Chichot losu
To nie dzieje się naprawdę. Zaraz się obudzę i odetchnę z ulgą, bo to przecież tylko idiotyczny, zupełnie nierealny, chociaż przyznaję, wyjątkowo realistyczny sen. Może poprosić tego policjanta, by mnie uszczypnął? Co za nonsens. Senna mara nie będzie mnie szczypać, bym się obudził. No tak, ale to by właśnie udowodniło, że...
- Pan Leopold Kant. - Funkcjonariusz zerka na trzymany w dłoni dowód osobisty. Powoli, niemal z namaszczeniem odczytuje dane, jakby chciał nauczyć się ich na pamięć. Moje personalia jakoś dziwnie brzmią w jego ustach. Chyba się jeszcze do nich nie przyzwyczaiłem. - Proszę odpowiedzieć na pytanie. - Przenosi na mnie wzrok, wgapia się beznamiętnie i czeka. Nic nie powiem, może zamieni się w tygrysa i tym samym udowodni... Właściwie to facet bardziej przypomina jenota. - Dlaczego pani Gwizdoń przebywała w tym mieszkaniu? - Podnosi głos, chyba myśli, że niedosłyszę.
- On jest w szoku, panie oficerze. - Tej też nie znam. - Wprowadził się w zeszły czwartek.
Zerkam na kobietę w jaskrawej podomce i z dziwnym kolorem włosów.
- Dziękuję pani. Jasicki, zajmij się tą panią. - Policjant zbywa ją, za co jestem nawet wdzięczny. Ma w sobie coś niepokojącego, jakby była nie na miejscu, z innej bajki. No i wolałbym, żeby się tu tak nie złaziły. A co z tą od Fusi?
- Aaa... co z tą panią? - Wskazuję podłogę, na której jeszcze kilka chwil temu leżała staruszka. Dlaczego mam wrażenie, że wszystko, co powiem, brzmi, jakbym był tępawy? Zdaje się, że lekarz stwierdził zgon, nim ją wynieśli.
- Dlaczego pani Rozalia Gwizdoń przebywała w pana mieszkaniu?
- Kto?
- Gwizdoniowa. On pyta o Gwizdoniową - woła skrzekliwie z przedpokoju tamta kobieta, wyciągając szyję w moją stronę.
Jasicki najwyraźniej nie radzi sobie ze świadkiem. Świadkiem? Przecież to ja jestem świadkiem. Rozjaśnia mi się w głowie, jakby ktoś włączył lampę, ba, reflektor stadionowy. Zbieram się w sobie.
- Ta staruszka, to znaczy pani, która tu leżała, przyszła do mnie po psa. Nie, nie. Źle się wyraziłem. Ona szukała psa, tego ze zdjęcia.
- Tu, u pana, szukała psa.
- Tak. Pytała o psa. Źle się poczuła i zaproponowałem, by usiadła, dałem jej wodę i podszedłem do okna, by je otworzyć, bo miała problem z oddychaniem, a wtedy ona zemdlała, więc zadzwoniłem po pomoc. - Nareszcie! Udało mi się powiedzieć coś z sensem, a w dodatku szczerą prawdę. Zamiast aprobaty, zrozumienia, bo o pochwale wzorowej postawy obywatelskiej nawet nie marzę, widzę wciąż kamienną twarz i nie słyszę żadnego komentarza. Policjant przygląda mi się na tyle długo, że robi mi się nieswojo. Zaczynają boleć mnie policzki i uświadamiam sobie, że szeroko się uśmiecham. No tak, jestem zadowolony ze swoich zeznań, ale chyba nie wygląda to zbyt dobrze w obliczu zaistniałej sytuacji. - Przepraszam, ja jestem głęboko poruszony tym, co tu się stało, nie spodziewałem się... chciałem pomóc, a tu... - Ogarniam naprędce mimikę.
- Zostanie pan wezwany do złożenia zeznań. - Policjant oddaje dokumenty, wciąż patrząc na mnie intensywnie. - Do widzenia.
Kilka minut później zostaję sam. Ja i cisza.
- Wszystko z panem w porządku? - A jednak ktoś jeszcze się tu kręci. - Powinni jakiegoś psychologa albo na obserwację, przecież pan ogromny wstrząs przeżył! Kto by pomyślał, że Rozalia taki numer wykręci obcej osobie! Zawsze była dziwna i miała szalone pomysły, ale...
- Przepraszam, kim pani jest?
Kobieta, z którą rozmawiał ten drugi funkcjonariusz, wnosi z powrotem do kuchni stołek i najwyraźniej zamierza na nim usiąść. Pospiesznie zabieram jej mebel i wciskam z drugiej strony stołu, wsuwając głęboko pod blat. Mam ochotę wywalić tę babę jak najszybciej, zanim też mi tu kojfnie, jednak coś mi mówi, że lepiej zyskać sojusznika niż wroga, więc nic nie mówię. Ta wygląda zdrowiej i chyba odrobinę młodziej. Można rzec: żywotniej.
- No, sąsiadką jestem, mieszkam tuż obok pana, drzwi po lewej. Dlatego przyszłam, bo usłyszałam to całe zamieszanie. Wie pan, ja się w cudze sprawy nie wtrącam, ale pogotowie, policja tak w biały dzień w spokojnej dzielnicy! No, takie nieszczęście! Takie niespodziewane nieszczęście! - Wznosi zaaferowana ręce do góry, jakby chciała przywołać deszcz. - Gdyby pan czego potrzebował...
- Tak, to znaczy nie! Nie potrzebuję, ale bardzo dziękuję. - Odprowadzam ją do drzwi, jakbym zaganiał niesforną owcę do zagrody. - Chciałbym ochłonąć, zebrać myśli, jeśli pani pozwoli. Dziękuję za troskę.
- No, oczywiście, to zrozumiałe, już idę, ale wie pan, jakby co, to ja zawsze w domu jestem. W razie jakby co. Do widzenia, młody człowieku.
Poszła. Piszczy mi w uszach.