2
- Wysoki sądzie, nie chcę, żeby mój tato trafił do więzienia. Jestem tu, bo postąpił źle, ale chcę, żeby sąd dał mu jeszcze jedną szansę. Nie chodzi mi o to, żeby go ukarać, tylko żeby przemyślał to, co zrobił.
Zupełnie nie wiem, dlaczego przyszło mi to do głowy i co wtedy sobie wyobrażałam. Sędzia popatrzyła na mnie badawczo. To nie było dobre posunięcie i natychmiast pożałowałam każdego wypowiedzianego słowa. Nie powinnam była tego robić i nie wiem, czego oczekiwałam po tym wszystkim. Po ostatnich niemal siedmiu miesiącach strachu i niepewności. I codziennej modlitwy, żeby dobry Bóg wreszcie go stąd zabrał. Modliłam się, choć nigdy tak naprawdę nie wierzyłam w Boga. A teraz, jak ta skończona idiotka, wypowiadałam słowa, które mnie samej nie mieściły się w głowie: "Nie chcę, żeby mój tato trafił do więzienia". Matko Boska, kto to w ogóle wymyślił? I dlaczego?
Kiedy znalazłam list z prokuratury w jego pokoju, nie zrobiłam nawet kopii. Nie musiałam, bo jego zawartość była dla mnie tak oczywista i znajoma, że naprawdę nie potrzebowałam żadnego dodatkowego potwierdzenia.
Od tego czasu strach mieszał się z nadzieją, że może teraz to wszystko się skończy. Jakoś nadziei nigdy mi nie brakowało. Była ze mną nawet w najtrudniejszych momentach, a może - na przekór - właśnie wtedy miałam jej najwięcej. Bo przecież życie nie jest prostą, która wiedzie do samego końca - to byłoby zupełnie bez sensu. Życie to wzloty i upadki, to radość i niepokój, to wiosna i zima. Moja zima trwała przez prawie dwie dekady, więc teraz czas najwyższy, żeby świat zaczął wreszcie budzić się do życia. I tylko ta myśl trzymała mnie w pionie i nie pozwalała mi zwariować.
Moja matka już dawno się poddała. I wcale nie dlatego, że była słaba. Wręcz przeciwnie - przez wiele lat była zbyt silna i zbyt dzielnie to wszystko znosiła. A teraz po prostu opadła z sił i beznamiętnie przyglądała się rozwojowi sytuacji. Zostałam sama. Wtedy nawet nie powiedziałam jej, co przyszło do domu. Nie chciałam jeszcze bardziej jej denerwować. Już dawno nauczyłam się, że pewne sprawy należy trzymać poza jej zasięgiem. Chroniłyśmy się nawzajem, bo tak naprawdę miałyśmy wyłącznie siebie. A właściwie to ja zawsze chroniłam ją, bo czułam, że potrzebuje tego bardziej ode mnie.
Był pedantem, ale tylko jeśli chodziło o jego osobiste rzeczy. Bałagan dokoła zupełnie go nie interesował, za to kiedy tylko ktoś nieznacznie przesunął jeden z kilku ołówków leżących na jego zagraconym biurku, on wiedział o tym natychmiast. Jego pokój był twierdzą, bez fosy i baszt, ale za to chronioną przez jego niemal fotograficzną pamięć. Nigdy niczego nie przeoczył.
Odłożyłam list na miejsce, identycznie jak wcześniej zaginając kartki, i wyszłam z tej ponurej nory. Dopiero wtedy odważyłam się oddychać. Łzy nadal płynęły mi po twarzy, kończąc swój żywot w dekolcie. Cisza przed burzą.
Musiał się bać, skoro nie zareagował na akt oskarżenia. Wiedziałam o tym doskonale, ale mój strach i tak był silniejszy. Spodziewałam się wszystkiego, każdego ciosu, który mógł nadejść właściwie zewsząd. Musiałam się przygotować i w odpowiedniej chwili odeprzeć atak.
Wtedy po raz pierwszy spałam z nożem wetkniętym w poszewkę od poduszki. Największym, jaki znalazłam w mieszkaniu. Odkąd pamiętałam, służył tylko do jednej czynności - patroszenia karpi przed Bożym Narodzeniem. Miał ułamany drewniany trzonek i prawie trzydziestocentymetrowe ostrze. Zawsze przed świętami ojciec kupował żywe ryby, które skutecznie blokowały wannę przez kilka dobrych dni, dopóki pewnego ranka nie znajdowaliśmy ich pływających bokiem. To był nieodłączny znak, że już nadszedł ich czas. Te, które jeszcze żyły resztkami sił, były dobijane młotkiem. A potem zaczynała się rzeź. Ojciec stawiał w łazience drewniany stołek, wykładał podłogę starymi gazetami i zaczynał egzekucję. To był jego coroczny świąteczny rytuał. Zawsze było dużo krwi. Znacznie więcej niż można by się spodziewać po martwej rybie. Patrzyłam, jak z jakimś chorym zacięciem tłukł te ryby, rozkrajał im brzuchy i wyciągał wnętrzności. Widać było, że sprawia mu to niemałą satysfakcję, jakby na tej biednej rybie odreagowywał wszystkie własne lęki i frustracje z całego roku. Potem przynosił podzielone i umyte już karpie do kuchni, gdzie mama gotowała je, układała na półmiskach i zalewała rosołem z żelatyną. W święta nikt tego nie jadł, tylko on. Do dziś nie jestem w stanie przełknąć ryby, bo cały czas mam przed oczami jego zaciętą minę, kiedy odkrajał kolejne kawałki martwego karpia. Zawsze zastanawiałam się wtedy, co go powstrzymuje, żeby tego samego nie zrobić z nami. Dlaczego wciąż jeszcze żyjemy.
W tamtym czasie nóż schowany pod poduszką był dla mnie gwarancją przeżycia do procesu. Nie miałam zamiaru go używać, nigdy nie byłam głupia ani nieodpowiedzialna. Miał po prostu być, koić nerwy i dawać złudne poczucie bezpieczeństwa. Tylko do rozprawy, bo przecież potem wszystko miało się zmienić.
- Czy jest pani pewna, że nie chce, żeby ojciec poszedł do więzienia? - Wydawało się, że sędzia nie bardzo rozumiała moje słowa.
Najpierw osobiście doprowadziłam do tej sytuacji, a teraz, w ostatecznym momencie, kiedy wreszcie mogłabym się go chociaż na jakiś czas pozbyć, nagle wycofałam się rakiem.
- Tak, wysoki sądzie. Chcę dać mu szansę. W końcu nikt nie jest tak do końca zły, prawda?
Kobieta prawie niedostrzegalnie kiwnęła głową.
- W takim razie proszę wszystkich o opuszczenie sali. Za chwilę odczytam wyrok.
Obejrzałam się w stronę ławy oskarżonych. Siedział rozparty bezczelnie jak w barze przy piwie i patrzył na mnie, uśmiechając się lekko. W jego spojrzeniu był triumf. Nigdy nie zapomnę tych oczu. Zionęła z nich pustka, brak jakichkolwiek uczuć i emocji. Zwykła czarna dziura - bezdenna i przerażająca. Jedynie uśmiech zadowolenia sugerował, że on doskonale wiedział, co się właśnie wydarzyło. Znowu był górą, tak jak przez całe nasze życie.
Dopiero wtedy w pełni zdałam sobie sprawę, że przegrałam swoją szansę na normalność i spokój. Po raz kolejny przegrałam swoje życie.
- Chodź, córeczko. - Mama podeszła i objęła mnie ramieniem. - Teraz wszystko w rękach sądu. Dziękuję ci.
- Damy radę, mamuś, przecież nie może być źle, prawda?
Uśmiechnęła się smutno.
- No pewnie, że damy radę.
Trudno nawet powiedzieć, co się czuje w takich chwilach. Bo ja nie czułam nic. Paradoksalnie jeszcze wtedy potrafiłam nawet w myślach nazywać go tatą, choć tak naprawdę już dawno przestał nim być. Bo tata to ktoś, kogo się kocha, kto przytuli, pocieszy i wesprze, kiedy dzieje się coś złego - to ktoś, kogo tak naprawdę nigdy nie poznałam. Jednak mój problem od zawsze polegał na tym, że za bardzo wierzyłam w to, że w każdym człowieku jest chociaż cząstka dobra. Że każdy potrafi się zmienić, wystarczy tylko dać mu na to szansę. I kiedy wszyscy dokoła pukali się znacząco w czoło, ja po raz kolejny wyciągałam rękę, zwłaszcza do tych, którzy chwilę wcześniej zaserwowali mi cios prosto w splot słoneczny. Wtedy też jeszcze miałam tę złudną nadzieję na coś, co z góry było niemożliwe.
Do domu wróciliśmy wspólnie, jak cudowna, kochająca się rodzina. Ojciec dostał wyrok w zawieszeniu i nadzór kuratora, a naszym losem nikt się nie zainteresował. Nikogo nie obchodziło, co znów będzie się działo za zamkniętymi drzwiami naszego mieszkania. Sąd zrobił swoje, a od całej reszty umył ręce. Miałam nadzieję, że przynajmniej odseparują go od nas, zabiorą, każą mu się wyprowadzić, ale nikt nie wspomniał o takim pomyśle. Wszystkie klocki wróciły na swoje okrutne miejsce. I choć układanka od zawsze była zepsuta, nikt nawet nie próbował podjąć się jej naprawy.
Nóż też wrócił na swoje miejsce, bo nie było sensu dłużej trzymać go pod poduszką. I tak do niczego by się nie przydał. Nie miałabym tyle odwagi, by kiedykolwiek go stamtąd wyciągnąć. Zresztą nie było już po co. Mój maleńki zryw śmiesznego buntu został zdeptany i zamieciony pod dywan razem z innymi błahymi sprawami. Nikogo nie obchodziłyśmy i nikt pewnie nawet by nie zauważył naszego zniknięcia. Byłyśmy zdane tylko na siebie i na łaskawość ojca, a ten rzadko kiedy bywał łaskawy. Nawet kurator bezradnie rozkładał ręce. Bo co mógł zrobić, kiedy słyszał, że jego podopieczny teraz wie, jak bić, żeby nie zostawiać śladów, i drugi raz nie da się tak ośmieszyć? Zresztą następnego razu i tak miało nigdy nie być - to była bezsensowna strata czasu i energii, tak bardzo potrzebnej na przetrwanie każdego kolejnego dnia. Pierwszy nie przyniósł bowiem żadnej zmiany poza poczuciem, że już nic dobrego mnie w życiu nie czeka. I poza gasnącą coraz bardziej nadzieją w oczach mojej matki.