Fidel Castro. Władza absolutna, lecz niewystarczająca - Norberto Fuentes


Reflow text when sidebars are open.
15.
Ci, których zmusza się do zejścia ze sceny historii, są ostatnimi, którzy uwierzą, że dla nich gra się skończyła.
(Stalin do H.G. Wellsa, 23 lipca 1934)
Myślę, że miałem jasno określone cele, kiedy na horyzoncie przed moją karawaną pojawiła się Hawana, ledwie zaczęliśmy zjeżdżać Drogą Centralną z gór piętnaście kilometrów na wschód od miasta, zaraz po tym jak za plecami zostawiliśmy miasteczko San Francisco de Paula. Widok Hawany był olśniewający, zwłaszcza gdy patrzyło się na wieżowce, których nikt się nie spodziewał zobaczyć. Bez wątpienia zemsta musiała się dokonać, byśmy mogli oddychać pełną piersią jak dumne narody - jak zaczynaliśmy to nazywać - a do zemsty nieodzowna jest uprzednia zniewaga. Ergo: gdyby nie zniewagi obiektywne, do których mogliśmy się odwołać, musielibyśmy je wymyślić. Warto przypomnieć, że pierwszym zadaniem do wykonania po triumfie Rewolucji było wyszukanie przeciwnika, który zająłby miejsce Batisty, a jeśli znalazłby się taki, który miałby długą datę przydatności, tym lepiej. Zdawaliśmy sobie sprawę, że pula batistowskich zbirów, którzy nadawali się do odstrzału, malała, masowe rozstrzeliwania zaś nie służą propagandzie, bo katu trudno udawać Dawida, który walczy z Goliatem.
Nie da się każdego dnia zmieniać wroga. Najlepiej mieć wroga strategicznego. Mój słynny list do Celii, w którym zawarłem przyrzeczenie rozpoczęcia wojny przeciwko Amerykanom, jak tylko skończymy z Batistą, był symptomatyczny. Ale to wszystko. Niepoważne byłoby mówienie, że już wtedy tworzyłem zaplecze do dysponowania wrogiem potężniejszym niż Batista. Głupi i niczemu niesłużący przejaw cynizmu. Ale przebłysk intuicyjnej inteligencji podpowiadającej, że skromny wiejski domek obrócony w popiół przez amerykańskie rockets to dobry argument na przyszłość, jest nie do przecenienia4. Lenin powiedział, że rewolucja jest tyle warta, ile jest w stanie się bronić, co my rozszerzyliśmy, stwierdzając, że rewolucja, a przynajmniej Rewolucja Kubańska, jest warta tyle, ilu będzie mieć wrogów, przed którymi będzie musiała się bronić.
Wspominałem już, że nigdy nie byliśmy bardziej bezbronni niż wówczas, gdy odnieśliśmy zwycięstwo. Różne siły prowadziły rozgrywkę o władzę, kiedy myśmy jeszcze jej nie zdobyli. Ale gdy osiągnęliśmy cel, słabością, którą natychmiast dostrzegliśmy u siebie, był brak wroga. Rozpracowanie wojska i grup partyzanckich operujących poza naszą kontrolą oraz natychmiastowe (o czym jeszcze nie wspomniałem wystarczająco dobitnie) zniszczenie plutokracji gospodarczej kraju to nic innego jak tylko świadome zastosowanie metod leninowskich. Ale gdzie ten krwiożerczy, okrutny i bezlitosny wróg, który usprawiedliwiałby każdą moją ofensywę? A to już nie był leninizm, moi drodzy czytelnicy. To - wybaczcie mi tę nadmierną próżność - był czystej maści fidelizm.
Przekonanie, że odnieśliśmy zwycięstwo, że triumf jest niezaprzeczalnie mój, pojawiło się z chwilą, gdy Celia zaczęła wprowadzać małe zmiany w swojej fryzurze. Chwilę zajęło mi zrozumienie, co chodzi jej po głowie. Wyruszyliśmy z cukrowni América w kierunku Palma Soriano, skąd przez radio miałem przemówić do narodu. Towarzysze z Radia Powstańczego wraz z Carlosem Franquim, który stał na czele operacji, przygotowali już sprzęt. Początkowo towarzyszył nam tylko jeep. Za kierownicą siedział Pacheco, pasażerami byli Pardo Llada i Penabaz. W moim land-roverze jechała stała ekipa. Celia na przednim fotelu, między kierowcą a mną, z tyłu zaś siedziała czwórka ochroniarzy. Mój samochód miał otwierany dach. Zaczęły do nas dołączać kolejne pojazdy, które nadjeżdżały od strony mijanych na trasie posiadłości, wyłaniały się z bocznych dróg prowadzących do szosy łączącej cukrownię América z Palma Soriano. Dojeżdżały do nas traktory, ciężarówki do przewozu trzciny cukrowej, samochody z wypożyczalni. Przyjrzałem się Celii i jej powściąganemu zaniepokojeniu. Zwróciłem też uwagę, że nakryła głowę chustką, którą przewiązała pod brodą. Wcześniej oglądałem ją tylko w berecie. Czasami z rozpuszczonymi włosami sięgającymi ramion. Teraz schwyciła lusterko wsteczne i skierowała je na siebie. Przez chwilę pomyślałem, że chodzi o jakieś środki ostrożności, że sprawdza, czy za naszymi plecami nic się nie dzieje. Ale w pewnej chwili wyjęła szminkę i zaczęła malować usta, uważając na wstrząsy, jakie towarzyszyły pokonywaniu trasy terenówką. Ach, ta kobieta - powiedziałem do siebie. Biedaczka. W kolejnych latach, aż do śmierci, Celia Sánchez Manduley będzie najpotężniejszą kobietą na Kubie. Prawdopodobnie także w całej Ameryce. A może nawet na całym świecie. To ona będzie głównym mediatorem naszego procesu, to do niej będą się zwracać tysiące rewolucjonistów i obywateli, z burżujami odsuniętymi od władzy włącznie, którzy będą dla siebie szukać synekur, domów, samochodów, sprawiedliwości, prosić o anulowanie wyroku rozstrzelania lub złagodzenie kary, o lekarstwa, pieniądze, dzieła sztuki, pozwolenie na opuszczenie kraju, stypendium na studia, miejsce w szpitalu, i zawsze gdy będą chcieli przekazać mi jakąkolwiek, choćby najmniej istotną wiadomość. Celia była instytucją. Wiedziała też, że wraz z triumfem Rewolucji odsunę się od niej. Wiedziała, że zwycięstwo moich ideałów jest równoznaczne z pogrzebaniem tych, które ona wyznawała. Tak więc instytucją była dama wywodząca się z drobnej burżuazji, na wpół wiejskiej, która rozpaczliwie pragnęła przebywać w moich objęciach, posłuszna i stateczna do bólu. Ze swojej strony popełniłem jednak niewybaczalny błąd wynikający z mojego charakteru. Zawsze uważałem, że mam nieco za duże jądra. Rozmawiałem o tym z kilkoma lekarzami i anatomami, ale w odpowiedzi zawsze słyszałem, że moje obserwacje nie znajdują poparcia naukowego. Wywnioskowałem, że zawartość mojego krocza będzie pewnym balastem, gdy jądra wypełnią się nasieniem. Nie jest tym samym pokonywanie wzniesień, przemieszczanie się w górę i w dół z opróżnionym albo z pełnym ładunkiem. Dlatego w Sierra Maestra obecność towarzyszki u mojego boku była zbawienna. Nie tylko jako pomocnicy wykonawczej, ale także po to, by pozbawić mnie balastu. Oczywiście nigdy nie powiedziałem jej, że moja nieustanna dyspozycyjność seksualna w górach odpowiada potrzebom, które uważam za zasadnicze dla swobodnego poruszania się. Kobieta wybaczy ci, że będziesz ją traktował jak prostytutkę - i Celia nie była tutaj wyjątkiem - ale nie możesz jej powiedzieć, by się tobą zajęła, bo ciążą ci własne jaja. Są dziwkami, ale nie lekiem. Kiedy schodzimy z gór i następuje rzeczywista zmiana wysokości, ciężar jąder przestaje mi doskwierać, a szybkie nocne kontakty z Celią stają się rzadsze i w mniejszym stopniu potrzebuję korzystać z jej grzeczności.
W szybkiej reakcji na próby Celii, by wprowadzić mnie w zły humor, szukam wyjścia z sytuacji, co kończy się dość żałośnie.
Zdążyła już włożyć szminkę do kieszeni na lewej piersi, gdy poklepuję ją po udzie i wyparowuję:
- Kurwa mać.
- Co się dzieje, Fidelu?
Nie spoglądam w żadnym konkretnym kierunku. Nie patrzę na nią. Skierowuję wzrok na drogę, która rozpościera się przed nami, widzę ludzi i ciężarówki, które zatrzymują się na poboczu, by przez chwilę na nas popatrzeć i pozdrowić machaniem rąk.
- Jak myślisz, co może pójść nie tak?
Oto następował triumf Rewolucji Kubańskiej. I co my z tego mamy? Mamy Dyrektoriat, komunistów z PSP i posiłki Gutiérreza Menoya, sukinsynów z Drugiego Frontu jako rywali na drodze do przejęcia władzy, Batistę, który właśnie wylądował w Santo Domingo, i Cantilla szykującego zamach stanu w Columbii.
- Czy to jest zwycięstwo, Celio? Powiedz prawdę. Czy to jest zwycięstwo, czy może jedno wielkie gówno?
Palma Soriano. Ludność wyległa na ulice i gdzie tylko spojrzeć, wszędzie uzbrojeni cywile z opaskami w dwu kolorach i napisem "26 Lipca" jako znakiem rozpoznawczym. Muszę się przyzwyczaić do poruszania wśród tłumu, tak będzie przez najbliższych wiele lat. Wtedy jeszcze nie wiem, że ponad czterdzieści. Nie sądzę, aby znalazł się ktoś, czyje imię skandowano więcej razy niż moje, począwszy od 1 stycznia 1959 roku.
Jadąc land-roverem, obserwuję pierwsze oznaki mody rewolucyjnej. Dziewczyny włożyły czerwone koszule i szerokie czarne spódnice, na ramionach mają opaski Ruchu. Mężczyźni, jak widać, ostatecznie rozstali się z żyletkami, chcą wyglądać szorstko i atrakcyjnie, każdy gotów jest zasilić szeregi plutonu egzekucyjnego i wykorzystać ostatnią w tej wojnie okazję, by zabić. Kraj, który jak dotąd stawiał wysokie wymagania w kwestii golenia się obywateli i w którym jednym z produktów mającym największe zapotrzebowanie w fabrykach mydła - Crusellas i Sabatés - były dezodoranty, nagle staje się miejscem pełnym nieogolonych mężczyzn. Co więcej, w powietrzu zaczyna się unosić nieświeży zapach potu, bo od teraz bycie umęczonym górską wędrówką i niedomytym staje się przejawem dobrego gustu, jest mile widziane w kręgach towarzyskich. Powiedziałbym nawet, że ów akcent dzikiego życia stanowi nieodłączny składnik zwycięskiej rewolucji partyzantów. Gdzie tylko się ruszę, wszędzie skandują moje imię. Fidel. Fidel. Fidel. Mówię wam, sam Chrystus nie dostąpił takiej apoteozy. Opieram się na badaniach naukowych poświęconych relacji ilościowej, jaka zachodzi między postacią historyczną a tłumem. Jeśli przyjąć, że Palma Soriano liczyła 25 421 mieszkańców - według statystyk z 1953 roku (ostatnia, jaka została przeprowadzona na Kubie przed Rewolucją) - i dodać do tego pięć kolejnych tysięcy przybyłych na miejsce w dzień naszego triumfu, w sumie daje to około trzydziestu tysięcy par rąk. Teraz, jeżeli zestawimy tę liczbę z dwudziestoma pięcioma tysiącami mieszkańców Jerozolimy - w dniu ukrzyżowania Chrystusa - a do tego dodamy fakt, iż nie wszyscy mieszkańcy Jerozolimy i okolicznych wiosek Judei wyszli na zakurzone ulice, by witać Pana, czyli inaczej niż było w moim wypadku, kiedy to cała społeczność palmowej wioski ruszyła na ulicę, by mnie pozdrowić, nietrudno wysnujemy wniosek, że zawsze, począwszy od pierwszego dnia Rewolucji, miałem większą publiczność niż Syn Boży. Moje dane, powtórzę, znajdują poparcie naukowe. Pierwotne szacunki, jakoby Jerozolimę zamieszkiwało od pięćdziesięciu pięciu do dziewięćdziesięciu pięciu tysięcy mieszkańców, zostały znacznie zredukowane, blisko o połowę, a nawet do czwartej części, po tym jak się okazało, że zasoby wody sprowadzanej ze wszystkich możliwych źródeł w okolicy wystarczały najwyżej dla siedemdziesięciu tysięcy ludzi. I to przy założeniu, że zużycie wynosi nie więcej jak pięć galonów dziennie na osobę. Palma Soriano natomiast była miejscowością przodującą - prosperowała znakomicie dzięki trzem centralom cukrowym w okolicy: América, Miranda i Palma - położoną na szerokiej depresji, która początek bierze w górnej części doliny Río Cauto i ciągnie się aż do kotliny Guantánamo, administracyjnie zaś obejmowała teren położonych na południu gór Sierra Maestra i nigdy nie miała najmniejszych problemów z dostępem do wody.
Radio Powstańcze zajęło skromne studio lokalnej rozgłośni i wszystkie krajowe stacje obiecały się z nami połączyć. Byłem gotów przekazać pierwszy komunikat, który można uznać za oficjalny, komunikat petenta pukającego do drzwi, za którymi kryje się władza, ale wciąż pozostającego petentem w całym znaczeniu tego słowa. Nastrój panuje - nie znajduję innego określenia - elektryzujący i wszystkie spojrzenia kierują się na mnie.
Staram się przecisnąć między ludźmi wypełniającymi salę, kiedy ktoś informuje mnie, że generał Eulogio Cantillo chce się ze mną rozmówić. Pokazują na telefon, mikrofon, słuchawki, sam już nie wiem, w każdym razie na jakiś sprzęt mówiący. "Jeszcze nie oszalałem" - mówię.
Namierzam człowieka, którego wyznaczyłem na kierującego moimi wystąpieniami w Radiu Powstańczym, Manuela Urrutię, widzę też komendantów z Armii Powstańczej. Ponownie słyszę, jak mówią, że Cantillo dzwoni do mnie z Hawany. Ale nie upadłem na głowę. Pamiętam, że tak właśnie pomyślałem. Nie jestem szaleńcem. Nie pamiętałem tylko, że wymówiłem te słowa na głos. Gdy teraz przeglądam notatki sporządzone przez Celię, natrafiam na zdanie: "Nie jestem szaleńcem". Tak powiedziałem. "Zrozumcie, że tylko wariaci rozmawiają z kimś, kto nie istnieje. Cantillo nie jest szefem Sztabu Generalnego, a ja nie będę rozmawiał z kimś, kogo nie ma, bo nie jestem szaleńcem. Cała władza znajduje się w rękach Rewolucji".
Świetne zakończenie. Cała władza w rękach Rewolucji.
Do Alto de Villalón zabrałem komendanta Hubera Matosa. Wyznaczyłem go, by dokonał szturmu na Santiago. Pułkownik Rego Rubido i komendant Bonifacio Haza zjawiają się przed południem. Wnoszą dwie ogromne białe flagi. Towarzyszy im protestancki minister, pastor González. Bonifacio Haza, który od kilku tygodni podlega Huberowi, zostanie później odesłany przez Raúla na rozstrzelanie. Był ostatnim spośród stojących nad wspólnym grobem u stóp wzgórza San Juan, którego 12 stycznia dosięgnął ogień z karabinów maszynowych. Rego Rubido i Haza stawiają się w Alto de Villalón. Chcą wiedzieć, co dalej. Słyszeli już o ucieczce Batisty. Huber mówi, dobra, walka dobiegła końca, ale jeśli nie ma zgody, przechodzę do ataku. Fidel chce podpalić Santiago, mówi. Dzisiaj. Rego wydaje się poprawiać na krześle, wtedy nadchodzi Raúl i przyłącza się do rokowań, aż wreszcie Rego mówi, że nie może brać odpowiedzialności za pozostałych oficerów, na co Raúl odpowiada, że w takim razie jedziemy do Santiago i tam się z nimi rozmówimy. Jadą kilkoma terenówkami do Moncada, spotykają się z oficerami, zachęcają, by przyjechali porozmawiać ze mną. Ja, zanim zdążyli wyjechać do Moncada, rozmawiałem z Huberem z aparatu na korbkę na drewnianej skrzynce, na który natknąłem się przy wyjeździe z Palma. Ocalał nietknięty niczym relikwia, przymocowany do zniszczonej i zwęglonej ściany na posterunku kontroli drogowej. Powiedziałem mu, żeby zabrał swoich ludzi i rozstawił ich na drodze z Caney do Santiago de Cuba, a także aby zebrał oficerów i niech ustawią wzdłuż drogi kolumny samochodów i ciężarówek, ile tylko dadzą radę. Następnie konkluduję: pakujecie się wprost do paszczy lwa. To niesamowite, pomyślałem, ale moja zręczność bojowa sprowadza się do umiejętnego unikania śmierci, omijania jej i trzymania na odległość. Raúl i Huber, których posyłam do Santiago, rozpoczynają ten sam taniec uników, w którym ja czuję się tak dobrze. Nie można było pozwolić, by wszystko poszło na marne. Nigdy moim zdaniem nie można pozwalać, by cokolwiek poszło na marne. Innymi słowy, żeby zostało poświęcone. Tym, co zawsze napawało mnie zdumieniem, była łatwość, z jaką ci, którzy mnie otaczają, gotowi są na poświęcenie dla mnie.
Zebrało się około czterystu samochodów, jeepów i ciężarówek, i nie mniej niż trzy tysiące powstańców, którzy zajęli odcinek drogi prowadzącej z Santiago do Escandel. Rego i jego podwładni ujrzeli tłum ludzi, który ciągnął się na kilometr, gdy kierowali się do miejsca, gdzie na nich czekałem, do Escandel. Przemieszczali się dwoma autobusami. Nasi sprawiali wrażenie, jakby ich było przynajmniej dziesięć tysięcy. O czym mogli myśleć w tym mieniącym się zimowym mroku w okolicach Santiago, a czego nie czuli Rzymianie oblegani przez barbarzyńców? "Fidel wiąże z wami plany", powiedział Raúl jadący z nimi w jednym autobusie. "Rewolucja zwyciężyła - dodał - ale wy też możecie uważać się za zwycięzców".
Przemówiłem do nich w szkole w Escandel, stając na stole. Powiedziałem: "Nie będzie więcej pretoriańskich strażników, zostanie wojsko". Wśród obecnych byli też ci, których później rozstrzelamy. Stałem na stole. Przeszedłem do kwestii Santiago. Powiedziałem: "Ruszamy na Santiago". Byliśmy głodni. Poprosiłem Celię, by poszukała czegoś do jedzenia. Kiedy zbliżaliśmy się do Santiago, powiedziałem do Hubera, żeby się trzymał blisko mnie.
Nocą docieramy do Santiago. Przemawiam z balkonu ratusza: "Wreszcie jesteśmy!". Trzydzieści minut później ogłaszam prezydentem Urrutię, a Santiago tymczasową stolicą wyspy. Urrutia złożył przysięgę w obecności tłumu. Nadchodzi pora wyjazdu. Mówię: "Wyjeżdżam do Hawany. Będę jechał szosą". Huber wciąż jest przy mnie. Nie oddalił się. "Spośród twoich ludzi - zwracam się do Hubera - zabieram ze sobą Duque z oddziałem, będzie ich ponad setka. Ty zajmujesz miasto, wysokie punkty". Rano wrócił do Moncada, by objąć stanowisko. Został szefem dystryktu.
Pytam o Rega Rubida. Zjawia się pułkownik, w tych swoich okularach nauczyciela szkoły średniej na nosie, poczciwy i łagodny, w najmniejszym stopniu nieświadomy, że obiecany awans na funkcję szefa sił zbrojnych pójdzie w niepamięć, gdy tylko dotrzemy do Hawany, a rozbrajanie wojska zaczniemy od niego. Poinstruowałem Rega, żeby natychmiast zorganizował zmotoryzowaną kolumnę, w której skład mają wejść: jeden batalion piechoty, polowa bateria artyleryjska i czołgi. Karawana. W stronę Hawany. Towarzyszy mi około tysiąca powstańców i dwóch tysięcy żołnierzy wojska. "Chodź ze mną, Rego", zwracam się do niego swojsko i ciepło, powiedziałbym, że nawet z nutą nostalgii w głosie. To podróż niespieszna i przemyślana, która bardziej aniżeli zbieranie oklasków podczas przejazdów na czołgu ma na celu zdobywanie kolejnych punktów, ognisk oporu czekających na nas na trasie, prowadzenie negocjacji i rokowań. Najtrudniej będzie w Cienfuegos, mieście zajętym przez członków Drugiego Frontu, i w Hawanie, gdzie na pozycjach zdążył już rozmieścić się Dyrektoriat Rewolucyjny, i ogłosić je jako zajęte przez nich. Zabieram ze sobą wojsko i Rega Rubida, który jeszcze nie wie, że jest moim zakładnikiem.
Raúl w towarzystwie Vilmy Espín przychodzi się pożegnać. Stałem pod arkadą posterunku w Moncada, tego samego, który siedem lat wcześniej próbowałem zdobyć, ostrzeliwując go wraz ze swoim komandem szturmowym, a kolumna Rega i moi powstańcy już uformowali kolumnę z pojazdów. Kierowałem się do ratusza. Nie rozmyślałem długo nad niepewnymi krokami, które stawiałem owego poranka, gdy doszło do szturmu, i ruszyłem ku czołgowi przygotowanemu do przewodzenia kolumnie. Spojrzałem ukradkiem na Raúla, który mówił coś na ucho Vilmie. Chciał, by pozwoliła nam porozmawiać na osobności, oddalił się na dziesięć kroków, a ona nie ruszyła się z miejsca. Pozdrowiłem Vilmę dłonią i uśmiechnąłem się do niej pojednawczo, dając do zrozumienia, że aprobuję jej związek z moim bratem. Była młoda i prezentowała się okazale w oliwkowym mundurze z ciężkim pistoletem przy pasku i białym mieczykiem wpiętym zalotnie w gęste włosy. Szybko dowiedziałem się o skonsumowaniu przez nich związku w czasie wspólnego dowodzenia Drugim Frontem Wschodnim "Frank País", dla którego Raúl ustanowił bazę w Mayarí i do którego przyjmował zarówno wojowników spalonych z powodu działalności podziemnej w Santiago, jak i większość komunistów przesyłanych nam przez Partię od chwili, gdy postanowiła wspierać walkę zbrojną. Ja przyjąłem pół tuzina, Raúl resztę. Jeśli chodzi o spalonych z Santiago, Vilma okazała się bardzo przydatna Raúlowi. Spalonymi nazywaliśmy towarzyszy, którzy podkładali bomby albo likwidowali policjantów, ale zostali namierzeni przez policję, która deptała im po piętach. Vilma miała na nich dobry wpływ, bo wywodziła się z jednej z najstarszych rodzin arystokratycznych w Santiago, a jej ojciec administrował największą fabryką w regionie - fabryką alkoholi Bacardí - w latach 40. Nie wiem, jakiego rodzaju szacunkiem towarzysze z Santiago darzyli tę rodzinę prowincjonalnych patrycjuszy. Kilka dni po pożegnaniu - jeszcze nie zdążyłem dotrzeć do Hawany - wzięli ślub cywilny.
Raúl nosił długie włosy, które spinał spinką pożyczoną od Vilmy. Wystawały mu spod czarnego beretu. Po rozpuszczeniu sięgały pierwszego kręgu piersiowego. Ów nieodłączny atrybut kobiecości, ewidentnie kontrastujący z wojskowym mundurem, był dla mnie przejawem czegoś, co na własne potrzeby nazywałem dwuznaczną osobowością mojego brata. Zanim pojawiła się Vilma, przysłana nam przez Ruch z Santiago właśnie jako spalona, docierały do mnie informacje o grupie chłopców wybieranych przez Raúla do eskortowania Drugiego Frontu. Wyróżniało ich to, że byli Mulatami, mierzyli blisko metr dziewięćdziesiąt, niektórzy z nich mieli zielone oczy i wszyscy przeszłość kryminalną. Pierwsza liga wśród osobników swojej rasy. Dlatego też przystąpienie Vilmy do Drugiego Frontu, a szczególnie zainteresowanie Raúlem, było bardzo dobrą wiadomością. Potem triumfowała Rewolucja, a dowódcy wywodzący się z Ruchu z Santiago przodowali w sądach rewolucyjnych, szafując karą śmierci. Oglądałem ich na zdjęciach w prasie i podczas transmisji telewizyjnych na żywo i moją uwagę zwracały właśnie ich włosy, długie i rozpuszczone, a także brak litości, jak i to, że większość z nich, w przeciwieństwie do mojego brata - i z wyjątkiem gołowąsów - goliła się, choć jednocześnie nie robiła nic ze swoimi fryzurami. Byli białymi z dobrym pochodzeniem, więc ich gładkie loki wyróżniały się wśród mulackich czupryn członków moich oddziałów w Sierra Maestra, tworzących inną rasę, bardziej nieokrzesaną rasę zabójców.
Położyłem rękę na ramionach Raúla - nadając poufały charakter naszej ulicznej rozmowie - dla lepszego efektu kampanii Faraday.
Ściszyłem głos, chcąc doprecyzować kilka rzeczy.
- Zostajesz tutaj z Hazą, co nie?
Raúl przytaknął.
- Nie spuszczaj z nich oka. Musisz mieć się na baczności. I zacznij ich porządkować.
- Haza już jest martwy, Fidelu. Jeszcze tej nocy go sprzątnę.
- Kurwa, Raúl, nie ma się co tak spieszyć.
- Trzeba go rozstrzelać. To kawał skurwysyna. Ludzie z Ruchu już się wkurzają, że muszą na niego patrzeć, jak paraduje przez miasto z opaską 26 Lipca.
- Dobra. Rozstrzelaj go, ale zaczekaj, aż się trochę oddalę z moją karawaną. Powiedzmy w okolice Camagüey. Rozumiemy się? Trzeba rozwiązać wojsko, Raúl. Ja się zajmę Regiem i garnizonami, muszą się poddać. Twoje zadanie teraz to uderzyć w te struktury.
- W kapusiów też - dodał szybko, jakby chciał coś ugrać. Wyglądało, jakby to on rozdawał karty z kandydatami do rozstrzelania.
- Rób, co chcesz z kapusiami, Raúl. Ale posłuchaj mnie w sprawie Hazy. Zaczekaj, aż będę daleko.
- Haza to kawał skurwysyna - powiedział.
Przytaknąłem i zmieniłem nieznacznie kierunek, nie przestając obejmować mojego brata. Odwróciłem się do Rega Rubida.
Ostatnim chwilom istnienia armii, liczącej w swoim najlepszym okresie około siedemdziesięciu tysięcy ludzi i zaopatrywanej przez Stany Zjednoczone w uzbrojenie wojenne godne sojusznika, z którym planowały stawić wspólny opór ewentualnej sowieckiej inwazji, towarzyszyło próżne pragnienie, by otrzymywać takie wynagrodzenie jak dotąd, z regularną coroczną zmianą umundurowania, korzystać z kompetentnych usług medycznych i obfitego wyżywienia, jakim szczyciły się kubańskie koszary. Patrzyłem z wysokości starej drewnianej katedry na poligonie Columbia, którą Camilo nakazał sprawdzić przed moim przyjazdem, by mieć pewność, że drewniane pale wytrzymają zarówno ciężar mojej grupy towarzyszy, jak i napór publiczności. Podium nie zawaliło się, bo Camilo zapobiegliwie otoczył miejsce grupą najbardziej postawnych bojowników ze swojej kolumny. Mieli opierać się plecami o konstrukcję i pomagać sobie kolbami karabinów maszynowych wymierzonych w nieroztropny tłum. Camilo pomyślał o tym, by wyposażyć ich w thompsony, które udało mu się skompletować w obozowisku, a które były łatwe w obsłudze i ułatwiały zapanowanie nad ludzką masą, utrzymując ją w bezpiecznej odległości. Dla mnie jedną z największych tajemnic mojego przybycia do Hawany było to, że nie odnotowano ani jednego wypadku. Obserwowałem otoczenie z wieży artyleryjskiej czołgu Sherman. Widziałem, jak w tłumie wypełniającym ulice i skandującym moje imię tworzy się swego rodzaju wyrwa, tak że publika przemieszcza się wzdłuż rozpędzonej masy żelastwa, którego prowadzący miał rozkaz nie zatrzymywać. Pod żadnym pozorem nie chciałem oglądać się za siebie, przekonany, że jeśli odwrócę wzrok i spojrzę z wysokości maszyny, zobaczę masę ciał zmasakrowanych przez któregoś z tych idiotów, to znaczy nieszczęśników kierujących czołgami. Kolejnym cudem było to, że prowadzący czołgi potrafili poruszać się nimi po ulicach miasta, nie mając przy tym żadnego punktu odniesienia, a przecież nigdy wcześniej żaden z nich nie jechał podobnym pojazdem po chodniku, otoczony zwartym tłumem, ledwie ustępującym mu drogi, na którą spogląda z wysokości wzroku mężczyzny średniego wzrostu, bo chodzi o czołg raczej wysoki, nie jak te wspaniałe sowieckie maszyny, którymi będziemy dysponować później, z serii T-52 i inne, wyglądające, jakby sunęły tuż nad powierzchnią, mówiłem, że wyglądają, jakby się kuliły. Czołgista był zwolennikiem Batisty i nie miałem sposobności, aby mu pogratulować, kiedy już dotarliśmy do Columbii. Zasmucam się, gdy dziś o tym myślę, bo dopiero teraz, pisząc te słowa, potrafię w pełni docenić jego zręczność. Mogłem mu zaproponować jakieś stanowisko. Albo ulokować go w szeregach nowych sił zbrojnych. Wyjechaliśmy przed południem z Matanzas, cudownego miasta na północnym wybrzeżu, poprzecinanego spokojnymi kanałami, z licznymi mostami i kolonialnymi dworkami, ze sto kilometrów na wschód od Hawany. Kluczowym dla mnie momentem na trasie do Hawany - w wymiarze osobistym, o czym zawsze starałem się milczeć - był przejazd przez wioskę Cotorro. Nazwa nie brzmi zbyt szczęśliwie w chwili sławienia cezara. Nie sądzę też, abym był w stanie przekazać w słowach emocje, jakie mi towarzyszyły, dlatego ograniczę się do przytoczenia faktu. Otóż w pewnym momencie dostrzegłem, jak moje siostry, w komplecie, blokują drogę wyjazdową z Cotorro i wznoszą ponad głowy małego chłopca ubranego w oliwkowy mundur. Aby upewnić się, że maluch na mnie spogląda i uśmiecha się z odległości trzystu metrów, które nas od siebie dzielą, sięgnąłem po okulary. Zrobiłem to po raz pierwszy podczas przejazdu. Taki mały luksus, na jaki sobie pozwoliłem. "Jak on wyrósł!", krzyknąłem przy hałasującym silniku w stronę Rega Rubida, którego miałem po swojej prawicy i który cierpliwie znosił niedogodności dziewięćsetkilometrowej podróży shermanem z Santiago do Hawany, a teraz także jazdę po twardym chodniku. "Huber, patrz, Fidelito!", zwróciłem się do Hubera stojącego tuż za moimi plecami, przytrzymującego się czołgowego luku, by nie stracić równowagi i nie runąć w dół wprost pod gąsienice. "Fidelito!", powtórzyłem, wskazując dłonią przed siebie. Poklepałem po plecach jednego z moich ochroniarzy, Aníbala, siedzącego po mojej lewej ręce, opierającego się o lufę. Powiedziałem do niego: "Popatrz, jak chłopak urósł przez te dwa lata!". Nikt nie odpowiadał na moje uwagi słowami. Wszyscy kiwali głowami. Jakim cudem mój syn przedostał się w moje ramiona, tego do dzisiaj nie jestem w stanie wyjaśnić. Pamiętam wrażenie towarzyszące kontaktowi z jego delikatnym kośćcem. Ściskając go, poczułem jego drobny szkielet, każdą kosteczkę. Wystarczy? Nie oczekujcie, że w podobnie ckliwym tonie będę się rozwodził dłużej na tematy prywatne. Uprzedzam, że o mojej pierwszej rozmowie z Fidelitem nie będę już opowiadał publicznie. "Stęskniłeś się?", to jedyne słowa, jakie byłem w stanie z siebie wydusić. On, chłopiec mający wtedy dziewięć lat, również nie wzbogacił naszej dialektycznej wymiany zdań. "Co mi przywiozłeś? Chciałbym dostać karabin maszynowy". Mirta, jak się dowiedziałem później, przebywała tamtego dnia na Kubie. Fidelito był w Miami i miał tam zostać do piątego, ale ona posłała po niego, by widział, jak wkraczam do Hawany. "Co mówisz, że byś chciał?", zapytałem. "Maszynówkę", odpowiedział, skierowując wzrok na broń moich towarzyszy. Przytuliłem go do siebie jeszcze mocniej. Poczułem zapach jego skóry. Wyjaśniam od razu, dla jasności lektury, że kilka kilometrów dalej poleciłem zatrzymać karawanę, aby przekazać malucha Celii, która jechała za nami jeepem. To ona miała się zająć małym przez resztę trasy, a potem znaleźć sposób, by zwrócić go rodzinie. "Do mnie wrócisz później, mistrzu. I spędzimy razem dużo czasu. Obiecuję. Tak. No i dostaniesz karabin".
Przejazd i pojawienie się w Hawanie naszej karawany to jedna z ikon współczesnej historii i epizod, który najczęściej był powielany. Pisząc, nie mogę teraz współzawodniczyć z nim, choćby nawet mój tekst miał potencjał wielkiego poematu epickiego. Nie bądźmy fałszywie skromni. Wielu pisarzy, których poznałem, przekonało mnie co do tego. Pierwszym z nich był Pablo Neruda, jakżeby inaczej. Potem przesłał rachunek za Pieśń o czynie czy jak jej tam było. I kosztowało nas to dziesięć tysięcy dolarów. Nauczyłem się dzięki ciągłemu przebywaniu z artystami i poetami, a zwłaszcza z filmowcami, że jeśli wydarzenia historyczne zostają uwiecznione przez oko kamery, za którą stoi przeciętnie zręczny operator, potem nie ma już miejsca dla innego rodzaju twórczości artystycznej. Filmowy i telewizyjny zapis dokumentalny tamtego przemarszu, podobnie zresztą jak tysiące trzydziestopięciomilimetrowych negatywów, z których udało nam się ocalić zaledwie czterdzieści procent, bo reszta znajduje się w archiwach amerykańskich - Hawana była wówczas pełna jankeskich fotoreporterów - są dla nas jak poematy homeryckie. Cokolwiek by mówić, obraz nie jest najgorszym rozwiązaniem. Rzecz jednak w tym, że już wtedy byłem człowiekiem starszej daty. A tamtej nocy moje przemówienie w Columbii transmitowała telewizja na cały kraj. Następnej nocy na ekranach wyświetlono kolejny program. Nosił tytuł Spotkania z prasą i cieszył się opinią rzetelnego programu o tematyce politycznej. Był kopią amerykańskiego Meet the Press. Zaczynało mi się podobać słowo "występować". "Wystąpienie". Mijały czasy, kiedy w radiu poświęcało się miejsce jedynie polityce kubańskiej, niekiedy urozmaicanej głębszymi analizami, najczęściej pochodzącymi z piątkowego wydania pisma "Bohemia". Na trasie do Columbii widziałem swoją podobiznę na plakatach trzymanych przez ludzi stojących wzdłuż drogi, zawieszonych na balkonach i przyklejonych do murów. Po raz pierwszy w życiu widziałem siebie na papierze. Zmierzam do tego, że użycie obrazu zwróciło moją uwagę i zrozumiałem, że będzie to główny instrument propagandy5. Odkryłem jeszcze coś nowego. Byłem pierwszym bojownikiem, który prezentuje się przed kamerami telewizyjnymi ubrany w wojskowy mundur, a do tego z brodą. Jedynym w mundurze i z brodą, jaki istnieje w całym wszechświecie. Już sam w sobie ów wizerunek Armii Powstańczej, jak i jego przedruk, nie miały precedensu w historii. Pstrokata chmara feudalnych brodaczy z karabinami FAL lub nowoczesnymi remingtonami z celownikiem teleskopowym, bandoletami przewieszonymi przez ramię i cygarem w ustach, ściskanym zębami. Przypominali Robin Hooda albo Emiliana Zapatę. W końcu chodziło o triumf powstania, obraz zachwycający do dziś nawet tych, którym bliższe są ideały kontrrewolucji. Nigdy się z tym nie pogodzą, ale zawsze będą chcieli dokonać czegoś podobnego. Powiem więcej: jedyną stałą kubańskiej kontrrewolucji jest mimetyczne odzwierciedlenie wydarzeń tamtego popołudnia. Wystarczy spojrzeć na ich dyskursy, dokumenty, propagandę. Wszyscy aspirują do tego, by odnieść triumf w jeden dzień, a nasze zniknięcie chcieliby widzieć w formie "upadku". Nie ma miejsca na negocjacje czy reformę. Wyobrażają sobie siebie siedzących zamiast mnie na czołgu, ściskających ten sam karabin, który trzymam ja. Naprawdę widok to tyleż atrakcyjny, co niepowtarzalny. Dlatego na początku 1961 roku, kiedy zamówiliśmy w Czechosłowacji wydruk pierwszych banknotów, zwróciłem się do Che, ówczesnego prezesa Banku Narodowego: "Słuchaj, Argentyńczyku, niech na banknotach, których używa się najczęściej, czyli na jednopesówkach, będą nasi powstańcy wkraczający do Hawany".
Wracam do tematu Columbii. Przyglądałem się tłumowi żołnierzy, którzy nie wiedzą, komu mają być posłuszni ani czyich rozkazów słuchać, wymieszanemu z tysiącami cywilów przybyłych z pobliskich dzielnic i rzucających się na wszystko, co wpada im w ręce, na stalowe kaski, stuptuty, białe rękawice używane w czasie ceremonii, manierki, a nawet materace z łóżek. Pawilony pozostawały opuszczone i były niestrzeżone. U żołnierzy dostrzegało się smutek i nadzieję, żartowałem sobie z nimi i mówiłem, że muszą być zdyscyplinowani, niech zachowają milczenie i będą posłuszni. Były to wyważone uwagi, które miały na celu przekonać ich, że wciąż są czynnymi wojskowymi na służbie. Język, jakiego używałem, nieznany dotąd, miał wartość dyskursu wykreowanego na potrzeby taktyczne. Oficerowie i żołnierze nie wiedzieli, że wielu z nich właśnie przestaje pełnić dotychczasowe funkcje, a niektórzy zostali już rozstrzelani. Trochę czasu minęło, zanim pozwolili mi rozpocząć. Od przybycia do Hawany trudno było usłyszeć coś innego oprócz odgłosu tłumu, jakby chodziło o wzburzone fale nieustępliwie uderzające o skalisty brzeg. W końcu publiczność zamilkła, choć utrzymanie ciszy niemało kosztowało. Wyobraźcie sobie teraz, jak będą wyglądać następne cztery godziny. Ja nawijam o trudnych latach, jakie nas czekają, tym bardziej że wszystko dopiero się rozpoczyna i wiele przed nami, i widzę, jak żołnierze Camila dwa metry poniżej trybuny nawalają kolbami karabinów każdego, kto podchodzi zbyt blisko. Wtedy niespodziewanie w świetle reflektorów wzlatują ku niebu gołębie wypuszczone przez kogoś z tłumu i dwa z nich siadają mi na ramionach. Odtąd powtarzam, że ptaki szukały najwyższego punktu odniesienia, a na trybunie byłem to ja, mierzący ponad metr dziewięćdziesiąt. Jakiś marnej klasy dowcipniś uznał natomiast, że gołębie przyciągnął dziwny zapach. Wstrzymałem się od wykonywania gwałtownych ruchów, które odstraszyłyby ptaki, i pozwoliłem, by fotografowie zdążyli poekscytować się tą sceną. Znałem swoją siłę oddziaływania na publiczność. Przez połowę przemowy gołębie siedziały na moich ramionach, a ja musiałem znieść nawet to, że narobiły mi na mundur. Nie wiem, czy gołębie oddają mocz, ale jeśli tak, to wtedy również oddały mocz. Pamiętam, że Hugh Thomas w swojej potężnej księdze o nas (albo raczej przeciwko nam) napisał, że była to przepowiednia pokoju, ale jego zdaniem, zważywszy na to, co wydarzyło się później, przepowiednia niespełniona. Jeden z mocno zakorzenionych kubańskich przesądów mówi, że gołąb to ucieleśniony posłaniec złej nowiny, nieszczęścia, a nawet śmierci, tak więc Thomas mógł mieć rację, co, jak się zdaje, zaświadcza, że prowadząc swoje historyczne badania dotyczące Kuby, zasięgnął wiedzy u jakiegoś lokalnego babalawo6. Oczywiście ja uważałem, że to dobry znak. W tamtym czasie niewiele wiedziałem na temat religii, ale miałem przecież jakieś podstawowe informacje, przede wszystkim zasłyszane od matki. Dlatego zwróciłem uwagę na nóżki ptaków na chwilę przed ich wylądowaniem na moich ramionach i utwierdziłem się w przekonaniu, że nie są to gołębie pocztowe, które przynoszą taką czy inną wiadomość, nie miały bowiem obrączek. Uznałem to za pomyślny znak, ponieważ na potrzeby religii nie można posługiwać się ptakiem, któremu ogranicza się wolność czy to z użyciem sznurka, czy pierścienia. Potem, gdy trwała Rewolucja, o czym wiedzą niektórzy z towarzyszy, rozwinąłem bliskie relacje z kapłanami Jorubów, a nawet brałem udział w ich ceremoniach. Kluczem, który otwierał mi drzwi do wielu tych kapłanów i ich sekretów, okazały się tamte gołębie z 8 stycznia, wszak to białe gołębie składa się w ofierze Olofi, ziemskiemu przedstawicielowi Olodumare, najwyższemu bóstwu Jorubów podczas hermetycznych rytuałów inicjacyjnych kandydata na babalawo.
Komendant Camilo Cienfuegos stał na trybunie po mojej lewej stronie, wychudzony, z płaskim brzuchem, jego głowę zdobił charakterystyczny dla niego kowbojski stetson, miał na sobie oliwkowy mundur, świeżo wyprany i starannie wyprasowany. "Dobrze mi idzie, Camilo?", zapytałem go znienacka i po przyjacielsku w trakcie przemowy na temat niebezpieczeństw, jakie szykuje nam przyszłość. Camilo przytaknął skromnie, wykonując ledwie zauważalny ruch głową, podkreślony przez pofalowane rondo kapelusza. Wtedy zdarzył się pierwszy faktycznie istotny gest mówiący o tym, czym miała być Rewolucja Kubańska. W trakcie wymiany komunikatów z Camilem doszło do pierwszego naturalnego buntu w procesie przemian: buntu języka. Przerwać dyskurs tak doniosły, kiedy przekazujesz stojącemu naprzeciwko ciebie wojsku, wciąż uzbrojonemu, że oto zostało pokonane, po to, by zwrócić się do towarzysza partyzanta, tak po prostu, jak gdyby nigdy nic, oznaczało, że na Kubie, po raz pierwszy od pięciu wieków trwania cywilizacji, został użyty język władzy. Jutro pod mur.
Pierwszą noc w Hawanie spędziłem w hotelu Monserrate, który był czymś pośrednim między internatem dla uczniów a domem schadzek. Na parterze mieściła się restauracja z barem, gdzie sprzedawano kreolską kawę, tytoń i kupony loteryjne, za drugą ladą recepcja hotelowa, za trzecim zaś blatem można było kupić bilety kolejowe i bilety na autobusy kursujące między prowincjami. W Monserrate miały swoje stanowiska niektóre firmy przewozowe. Był też niezwykły dzwonek ścienny służący do informowania o wyjeździe do Matanzas. W dwóch rzędach okazałych foteli z mahoniowego drewna zasiadali zarówno goście hotelu, jak i pasażerowie oczekujący na odjazd autobusu. Wielokrotnie tym autobusem wyjeżdżałem na prowincję, gdy policja deptała mi po piętach. Warto zatem wiedzieć, że był to jeden z głównych powodów, dla którego jako świeżo upieczony zwycięski przywódca Rewolucji na spędzenie pierwszej nocy wybrałem tani pokój w hotelu Monserrate. Przybyliśmy na miejsce sami, niedługo po północy. Celia, kapitan Pupo, szofer Leoncito i ja. Celia, jak mi powiedziała, oddała Fidelita w ręce jednej z moich sióstr (nie potrafiła ich jeszcze wtedy rozróżnić), zanim dotarliśmy do Columbii, i włożyła jej do kieszeni dwieście peso, na wypadek gdyby potrzebowała pieniędzy. Pierwszej nocy ochrona została dosłownie uprowadzona przez ludność. Ludzie chcieli mieć ich wśród siebie. Nie potrafię tego inaczej wyjaśnić. Mieć nas. Przywłaszczyć nas sobie. Prawdopodobnie - takie są moje kalkulacje - ponad połowa z moich chłopaków straciła tamtej nocy cnotę. Przy Monserrate ulica była pusta, a ja pamiętam, że wpisałem się do księgi gości. Właściciel nie mógł sobie poradzić z kluczami i z przyciskami starej windy, która miała metalowe kraty. Księga gości nigdy się nie odnalazła, mimo że Celia podjęła próbę jej odszukania, aby wyeksponować ją w jednym z naszych muzeów. Następnego dnia Celia zadzwoniła do Camila, by powiadomić go, gdzie przebywamy, i aby przysłał po nas samochody i kilkoro ludzi z długą bronią. Camilo był w Columbii i rozstawił patrole w całej Hawanie, każąc im mnie znaleźć. W południe udało mi się zreorganizować część mojej ochrony. Po południu postanowiłem przeprowadzić się do hotelu Habana Hilton, który otwarto kilka tygodni wcześniej. Zajęliśmy całe dwudzieste trzecie piętro. Ponieważ ściany były przesuwane i ruchome - odkryliśmy to po czasie - ustaliliśmy trochę naiwny plan mający zapewnić bezpieczeństwo, który polegał na codziennym zmienianiu przeze mnie sypialni. Nie było żadnej kontroli, nad niczym. Pozostałe piętra też były zajęte. Po upływie jakiegoś miesiąca właściciele zażądali iluś tam tysięcy peso, więc trzeba było zainterweniować. Ale trzeba było też pomyśleć o wyprowadzce. Najbardziej nalegała Celia. Pomysł, aby się wynieść, stał się jej obsesją. Jasne, budynek dwudziestopięciopiętrowy, z blisko pięciuset pokojami i całą infrastrukturą do dyspozycji, łącznie z telefonistkami, kelnerkami, służbą i pracownikami administracji, do tego te kobiety, które zjawiały się w hotelu, aby mnie poznać, wszystko to wymykało się coraz bardziej spod jej kontroli. Wtedy ochroniarze przenieśli się do hotelu San Luis, położonego przy drugorzędnej alei handlowej Belascoaín. Celia przyjaźniła się z właścicielem San Luis, który obiecał przyzwoite warunki finansowe za ulokowanie w hotelu około czterdziestu ludzi. Skład stale się powiększał. Ja zostałem w Hiltonie jeszcze kilka dni do czasu wyjazdu do Wenezueli, gdzie przebywałem od 23 do 27 stycznia.
W tych dniach mój brat Raúl, wysłany do Hawany na poszukiwania, wybrał trzech zaufanych oficerów powstańczych - Pupo, Pedra Garcíę i Vallego Laza - którzy mieli zaprowadzić porządek wśród ochrony (odnotowywano pijackie rozróby, ekscesy z kobietami, strzelaniny), i rozkazał przygotowanie garnizonu w Cojímar, rybackiej wiosce leżącej na wschód od Hawany, którą wszyscy znają z filmu Stary człowiek i morze. Przy wjeździe znajdowało się wzgórze, z którego było widać ujście rzeki Cojímar. Rybacy przemienili je w przytulną zatokę. Na lewo rozpościerał się widok na wioskę, a na wzgórzu stał dom. Został on zajęty i szybko umeblowany, a także wyposażony w klimatyzację. Na pustym placu naprzeciwko domu ustawiono wspornik i wzniesiono baraki garnizonu, natomiast przy wjeździe do kompleksu wbito dwa cementowe słupki i przewieszono łańcuch uniemożliwiający wjazd pojazdom nieupoważnionym. Obsługa stanowiska była bardzo prosta: podnosiło się żelazny hak umocowany na końcu łańcucha i zdejmowało go z obręczy przymocowanej do drugiego słupka. Po zrzuceniu łańcucha na ziemię opony przejeżdżały po nim, a pojazd przedostawał się na teren garnizonu.
Raúl nie zabawia długo w Santiago. Jest urodzonym organizatorem. Posyłam po niego do Hawany i mówię, by się przeniósł do domu Batisty w Columbii. Za likwidację wojska odpowiada wyłącznie Camilo. Natychmiast daje się odczuć ciężką dłoń mojego braciszka, i to nie tylko w poprawie stanu mojej ochrony. Po upływie kilku tygodni zaczynam zdawać sobie sprawę, że kształtuje się nowa armia. Wyprasowane mundury - choć jeszcze w stylu, nazwijmy to, różnorodnym, acz z widoczną poprawą jakości - wyglansowane buty, przycięte brody, odznaki starannie przypięte do kołnierza albo epoletów i coraz mniej osobników z długą bronią chodzących po ulicach. Któregoś dnia Raúl zaskakuje mnie dumnym oświadczeniem, że śpi z żoną w łóżku Batisty, i wygłasza znamienną opinię, iż wroga pozbawić należy wszystkiego, z jego łóżkiem włącznie. Zawsze uważałem go za człowieka o charakterze wyjętym wprost ze średniowiecza. Balansuje gdzieś pomiędzy dzikością a kulturą renesansu. Może stąd też bierze się jego bezkompromisowość przy równoczesnej potrzebie wyjaśniania, w sposób honorowy i obszerny, swoich najmroczniejszych poczynań.
Celia dość długo opróżniała zawartość czterech dużych kieszeni mojego munduru - dwóch przednich na piersi kurtki i po jednej w każdej nogawce spodni - gdy nocą przybyliśmy do stolicy i zadomowialiśmy się, lepiej czy gorzej, w hoteliku Monserrate. Wydobyła wymięte cygara, zapalniczki, dwie pary okularów i różne papiery. Pamiętam dokładnie rewers pudełka papierosów Competidora Gaditana, gdzie ktoś zanotował sześć czy siedem imion strażników, którzy zostaną rozstrzelani, i że były też dwa inne, zamazane, bo postanowiono wymienić tych ludzi na jeszcze inną dwójkę. Było jasne, że chodziło o zaokrąglenie liczby, a nie o przyczyny zastosowania najwyższego wymiaru kary.
Przypuszczam, że w pierwszych dniach rozstrzelaliśmy nie mniej niż pięciuset oficerów i żołnierzy batistowskich. Najwyższy rangą, wszystko na to wskazywało, był pułkownik Cornelio Rojas, mężczyzna o sporej wadze, który przedtem wygłosił okazałą przemowę. Cornelio należał do batistowskiego regimentu z Santa Clara i słynął z okrucieństwa. Wydawało się, że istnieje związek między jego wagą a działalnością zbira, jakby jego natura sybaryty uzasadniała chwycenie za jaja delikwenta, który na przesłuchaniu nie chciał współpracować. Szedł pewnym krokiem w stronę muru, z kapeluszem z krótkim rondem i koszulą wyrzuconą na spodnie. Kiedy stanął naprzeciwko luf karabinów - myślę, że był wśród nich amerykański M-1, dominikański san cristobal, amerykański springfield i garand, a także włoska beretta - podniósł w majestatycznym geście trybuna prawą dłoń i zwrócił się donośnym głosem do swoich katów, nie okazując przy tym najmniejszej oznaki obawy czy strachu, że oto mają swoją rewolucję i ich obowiązkiem jest o nią dbać. Dyskurs całkiem przekonujący i spójny, lecz przerwany przez wystrzał kul, które roztrzaskały mu głowę, pozbawiając ją całej zawartości. Na murze, po którym się osunął, został ślad po mózgu i kościach. Po mniej więcej dziesięciu dniach dostarczono mi nagranie filmowe. Mimo że było pozbawione dźwięku, wydawało się, że wykonywane przez pułkownika energiczne gesty mówiły same za siebie. Tak czy inaczej dyskurs został odnotowany przez dziennikarzy obecnych przy zdarzeniu, później zaś rozpowszechniono tekst, który poznał cały kraj. "Macie swoją rewolucję, chłopcy. Musicie o nią dbać". Cały kraj dowiedział się o pewności siebie, jaką zachował tuż przed śmiercią. Ja w każdym razie nigdy nie zapomniałem swobody, z jaką wznosił prawe ramię w celu zaakcentowania swoich słów, a także tego, w jaki sposób jego dostojność została anulowana przez bezwolny ruch rąk, które upodobniły się do skrzydeł kurczaka, w chwili gdy dosięgły go pierwsze kule. Jego mózg przemienił się w krwawą plamę, wprasowując się w rozstępy muru, a ciało nagle straciło równowagę, by osunąć się lekko w prawo, podczas gdy ręce wciąż unosiły się na wysokość klatki piersiowej. Wyglądał jak Chaplin, który wykonuje taniec ziemniaka w Gorączce złota. Kto wie, może do pierwszego przejawu cenzury mojego rządu doszło właśnie w związku z nagraniem z rozstrzelania pułkownika Rojasa? Od tego momentu wydałem fotografom zakaz uczestniczenia w jakiejkolwiek egzekucji. Mam na myśli fotografów, którzy nie znajdowali się pod naszą kontrolą. Niedługo potem trzeba było objąć tym zakazem również sytuacje, w których zapadały wyroki. Osądziliśmy Meroba Sosę, kolejnego batistowskiego pułkownika, i Papita Serguerę, mojego starego kumpla z czasów szkoły podstawowej w Santiago de Cuba, który przejął rolę niezmordowanego prokuratora rewolucyjnego i stał się żywym przykładem jakobina rozdającego karty w cieniu palm. Decyzja o wykonaniu egzekucji na Sosie zapadła w chwili, gdy opinia publiczna zaczęła brać jego stronę. Jak dowiedzieliśmy się nieco później, przed trybunałem, który skazywał go na śmierć, wojskowy wykazał się wyjątkową odwagą i niekłamanym spokojem ducha, co dla nas oznaczało wyjątkowo złą propagandę. Przed kamerami pokazał kajdanki, którymi go skuto w nadgarstkach, uśmiechnął się zjadliwie i powiedział: "Przebywam w rzymskim cyrku", do publiczności wypełniającej Pawilon Sportowy - gdzie był sądzony - która wyzywała go i domagała się rozstrzelania. W końcu trzeba też było zakazać dokumentacji fotograficznej więźniów w celach śmierci - już osądzonych, czekających na egzekucję - po tym jak jeden z fotografów, któremu udało się przedostać do korytarza więzienia La Caba?a, utrafił moment i wykonał zdjęcie Meroba Sosy, jak rozkłada ramiona na średniowiecznych prętach celi, starając się pogłaskać swoją małoletnią córkę, trzymaną w ramionach przez matkę, której pozwolono zobaczyć się po raz ostatni z mężem. Zdjęcie pojawiło się na pierwszej stronie popołudniowego dziennika "Prensa Libre" i wywołało w narodzie konsternację. Wykorzystałem sytuację, by jasno podkreślić, dokąd dotarliśmy w procesie rewolucyjnym. Wydałem kategoryczny rozkaz Che, stojącemu na czele La Caba?a, aby jeszcze tej samej nocy albo nazajutrz - nie pamiętam dokładnie - rozstrzelano Sosę. W wystąpieniu w telewizji zaś wyraziłem zaniepokojenie manipulacją bólem, jakiej dopuszczała się prasa, dodając, iż w jakimś sensie jest to zrozumiałe, gdyż chodziło o kogoś, kto miał zostać rozstrzelany i po raz ostatni w życiu patrzył na swoją córkę.
Pozwólcie mi powiedzieć, że równolegle z przeprowadzanymi egzekucjami czynione były uporczywe wysiłki, by schwytać Batistę, jak również wyłapywać zbirów, którzy zdołali uciec z kraju, przede wszystkim do Miami. Nie jestem w stanie zliczyć, ile razy ofiary dwóch pułkowników - Estebana Ventury Novo i Orlanda Piedry Neguerueli - niezależnie od siebie, a nawet najlepiej wykwalifikowani pracownicy służb wywiadowczych przychodzili do mnie z informacją, że udało im się namierzyć Venturę albo Piedrę. Zawsze jednak odrzucałem możliwość schwytania ich, bo uznawałem, że niewiele na tym zyskamy. Nikt oprócz nas nie znał tych podrzędnych zbirów, bez względu na to, jak bardzo zaszli za skórę naszym towarzyszom i jak wielu z nich wykastrowali czy pozbawili oczu, wydłubując je nożyczkami. Rewolucja nie zyskałaby żadnej korzyści propagandowej, gdybyśmy wykonali na nich wyrok, podczas gdy oni, dajmy na to, spędzaliby czas w swojej ulubionej kawiarni. Wręcz przeciwnie, dokonując egzekucji w takiej formie, zwrócilibyśmy na siebie uwagę policji i odsłonili nasze tajne struktury operujące w Miami. Zawsze powtarzałem: "Zajmijcie się Batistą". Chciałem złapać Batistę, by wywołać jeszcze większy skandal, niż udało się to Izraelczykom po schwytaniu Eichmana. Do znudzenia powtarzałem urzędującemu ministrowi: "Kim, do diabła, jest Esteban Ventura Novo dla opinii międzynarodowej?". Pokazywało to mnie samemu - i wspominam o tym, by udzielić wskazówki początkującym przywódcom - długą drogę, jaką przebyłem w ostatnich latach, ucząc się i dojrzewając, bo moje działania, bez względu na rozmiar ludzkiego bólu, o którym byłem informowany, podporządkowywałem propagandzie. Pewna kobieta o imieniu Verena del Pino Moré, związana z tajnymi szeregami 26 Lipca w Hawanie, wpadła w szpony pułkownika Piedry, a ten zgwałcił ją na koniu gimnastycznym czy czymś podobnym, najwyraźniej zainstalowanym przez wysokiego hierarchę policyjnego do takich celów w pokojach przeznaczonych do tortur. Verena nie poradziła sobie z traumatycznym przeżyciem i poświęcała się pukaniu do drzwi wszystkich naszych instytucji, prezentując podartą bieliznę z blaknącymi plamami krwi, już pożółkłymi, którą posługiwała się jako niepodważalnym dowodem uzasadniającym konieczność zemsty i sztandarem nawołującym do wymierzenia sprawiedliwości.
Były inne przypadki, choć nieco odmienne. Pewnego późnego popołudnia - cały czas mówimy o pierwszych dniach Rewolucji - Raúl bardzo powoli przejeżdżał swoją karawaną pojazdów przez jedną z ulic w pobliżu Uniwersytetu Hawańskiego. W którymś momencie reflektory jego buicka oświetliły dziewczynę, która siedziała na cementowej płycie i zanosiła się płaczem, chowając twarz w dłoniach. Nie będę wymieniał jej imienia dla jej bezpieczeństwa, ale powiem tylko, że była to nasza znajoma. Płakała, ponieważ wyrzucono ją z pracy, a oprócz tego obawiała się o życie. Nie chcąc opowiadać całej swojej historii, zdradziła tylko, że została kochanką strasznego Ventury, by ocalić życie bratu pojmanemu za nielegalną działalność przez jednego z jego zbirów. Teraz wszyscy mają się całkiem dobrze, jej brat został kapitanem Policji Rewolucyjnej, Ventura zaś przebywał w Miami, gdzie założył firmę ochroniarską, która dysponuje nawet opancerzonymi samochodami do przewożenia pieniędzy i uzbrojonymi w krótkolufowe strzelby strażnikami. Ona tymczasem została odtrącona przez brata, zapomniana przez Venturę, oskarżono ją o bycie batistowską dziwką i zwolniono z pracy w Ministerstwie Finansów. Raúl zajął się nią z donkiszotowskim gestem, który przyjąłem z satysfakcją, kiedy tylko się o tym dowiedziałem. Przywrócił ją na stanowisko i zaoferował dodatkową funkcję w wojsku (znów nie wspomnę jaką, aby nie ułatwiać jej identyfikacji) i przekazał jej numer telefonu, pod który mogła dzwonić, gdyby znów pojawiły się jakieś przeciwności losu. "Raúl - mówię, gdy go spotykam - niech tylko nie dowie się o tym ta szurnięta Verena".
Raúl. Mój brat Raúl. Myślę, że nie będzie już w swoim życiu rozstrzeliwał nikogo więcej. To znaczy nie będzie samodzielnie wykonywał strzału litości. Jest już za stary na takie historie. Nie sądzę więc, bym miał jeszcze okazję o tym opowiadać, może nawet nie będzie sposobności go zganić. Ależ ten mój brat ma twardą rękę, mówię o partyzantce pod jego kontrolą. Nie wiem, czy na Kubie znalazłby się ktoś inny, kto ma na koncie więcej przeprowadzonych egzekucji niż on. Po triumfie Rewolucji w styczniu 1959 roku, kiedy sprawował zwierzchnictwo nad dawną prowincją Oriente, rozpoczął od strzelania na obrzeżach miasta seriami z karabinu maszynowego do batistowskich dziennikarzy. Działanie szybkie i poza wszelkimi regułami. Przyjechał buldożer, wykopał dół, potem ciężarówka przywiozła nieszczęśników, autobus dowiózł resztę, w sumie około siedemdziesięciu. Zgromadzono ich, pokrzykując, i z miejsca otworzono ogień. Raúl, obecny na miejscu i wydający rozkazy, sam dobył pistoletu i zaczął raz po raz naciskać spust. Dziesięciu czy dwunastu jego współtowarzyszy zwyczajnie spóźniło się z reakcją. Ale kiedy już zaczęli strzelać i oni, robili to na zmianę, raz z pistoletów, raz z karabinów maszynowych Thompson. Po wszystkim tych, którzy nie osunęli się do fosy, chwytali za nogi i wrzucali do wykopanego dołu, tak aby po powrocie buldożera, który miał zasypać miejsce, nie został ślad po trupach, a kończyny nie walały się po okolicy. Gazeta, w której Raúl upatrzył sobie dziennikarzy, była bardziej aniżeli batistowska, bo mansferrerowska. Pisali do niej ludzie Rolanda Masferrera. Taki był Rolando. Bez względu na to, czym się akurat zajmował, czy był senatorem w Republice, czy stał na czele sił paramilitarnych - Tygrysy Masferrera, które napsuły nam tyle krwi w Sierra Maestra - zawsze miał udziały w prasie.
4 Rękopis:
Sierra Maestra, 5 czerwca 1958
Celio,
patrząc na dom Maria zniszczony przez amerykańskie rakiety, poprzysiągłem sobie, że za swoje postępowanie słono mi zapłacą. Kiedy ta wojna się zakończy, dla mnie rozpocznie się kolejna, znacznie dłuższa i większa rozmiarem. To im wypowiem kolejną wojnę. Wiem, że takie jest moje prawdziwe przeznaczenie.
Fidel
5 Wykonane przez artystę Eladia Rivadullę, który sam pokrył koszty druku (przyp. autora).
6 Babalawo lub babalao - kapłan w wierzeniach Jorubów (przyp. autora).
14.
Przyznaję, że nie byłem w stanie oprzeć się pokusie odwiedzenia matki. 24 grudnia podejmuję decyzję, by to zrobić. Raúl zjawił się w posiadłości naszych rodziców w Biránie, gdzie się wychowaliśmy, poprzedniego dnia. Abyśmy nie przebywali razem w jednym miejscu, dla naszego bezpieczeństwa, opuszcza dom. Odkąd sięgam pamięcią, wtedy po raz pierwszy - postępując zapobiegliwie - świadomie postanowiliśmy się rozłączyć. Wtedy też zaczęliśmy stosować podobną strategię, by nie dać wrogowi szansy namierzenia nas obu jednocześnie.
Nie widziałem jej od lat. Wiedziałem, że Raúl w jakiś sposób opiekuje się nią, tak jak naszymi włościami, bo zakres działań partyzantki, którą dowodził - tak zwany Drugi Front Wschodni "Frank País" - obejmował obszar wykraczający poza granice Banes.
Krótkie wyjaśnienie. Główny ośrodek partyzantki - emblematyczna Pierwsza Kolumna "José Martí", nadzorowana osobiście przeze mnie - rozdzielił się w marcu 1958 roku, wyodrębniając oddział pod dowództwem Raúla Castro, który stale prowadził operacje w północnej części doliny w paśmie gór na wschodzie kraju. To stąd wzięła się organizacja zwana Drugim Frontem Wschodnim "Frank País", która przyjmuje nazwę od drugiego dowódcy Ruchu 26 Lipca, rozstrzelanego przez policję batistowską rok wcześniej, 30 lipca, w zaułku Callejón del Muro w Santiago de Cuba. Użycie imienia Franka miało na celu przyciągnięcie jak największej rzeszy niespokojnych (nierzadko też odrażających) młodych ludzi z Santiago, którzy zasililiby szeregi Drugiego Frontu i pozostawali z dala ode mnie. Oprócz tego owo posunięcie oddalało od mojej osoby podejrzenie, jakobym to ja miał donieść, że w chwili śmierci Frank przebywał w tej części miasta. Podobna zagrywka strategiczna była tyleż niewinna, co efektywna.
Do Biránu wyruszyliśmy czterema, pięcioma jeepami wypełnionymi powstańcami. Wyjechaliśmy z La Rinconady. Ponieważ okolicę porastały wysokie trawy, guajiro Crespo, który prowadził jeden z samochodów, nie zorientował się, że zbliża się do niewielkiego mostu, i wpakował się do rowu. Nie wiem, jakim cudem udało mu się pozbierać, pamiętam tylko jeepa Willys, buchający spod maski dym i porykiwania silnika, a na koniec powściągliwą radość, gdy udało się dołączyć do nas w Biránie.
Kiedy już uściskałem się z matką, a ona dopełniła formalności ochrzanienia dwójki moich ochroniarzy, którzy - jak to ujęła - szabrowali jej gaj pomarańczowy, zobaczyłem, jakiego dzieła spustoszenia dopuścił się Ramón. Ramón Castro Ruz.
"Mongo", mój brat. Najwyraźniej go poniosło i wyżył się na dzierżawcach, biednych nieborakach, którzy sprawili jakiś kłopot, może chodziło o ziemię, może zalegali z opłatami, a może poszło o jakąś dziewczynę czy dług z walk kogutów, czy kto tam wie. Ramón miał fioła na punkcie walk kogucich. Obaj moi bracia mieli takiego samego hopla. I to Ramón zaraził tym Raúlita.
Przez chwilę pozwoliłem matce się porozpieszczać i obdarować bożonarodzeniowymi słodyczami, ale szybko przed dom zawitała komisja wieśniaków. Rozeszła się wieść, że przyjechałem, i zjawili się z żądaniem sprawiedliwości. Matka zdążyła mnie powiadomić, że Ramón przebywa w Holguín, załatwia jakieś sprawy. Ale nawet jeśli znajdowałby się na miejscu, nie było powodu, abym miał się zajmować sprawą jednego czy drugiego zabójstwa popełnionego przez tego, który obecnie odgrywa rolę głowy rodziny, i powoływać sąd podobny do tych, jakie mieliśmy w zwyczaju organizować na potrzeby partyzantki. Nie miało sensu aplikować teraz prawa z Sierra Maestra, które, jak wszyscy wiedzą, polegało na wykonywaniu kary śmierci przez rozstrzelanie. Dotyczyło to każdego, kto dopuścił się przestępstwa, które prowadziło do moralnego lub materialnego osłabienia kolumn partyzantki albo propagandowo szkodziło naszej sprawie. Krótko mówiąc, nie była to najwłaściwsza chwila, by rozstrzeliwać Ramóna, bo dawałoby to fatalny obraz Rewolucji w chwili, kiedy jest ona bliska triumfu. Nikt nie dostrzegłby w podobnym postępowaniu przejawu mojej praworządności, wszyscy za to zauważyliby, że jestem zdolny zabić własnego brata.
Oczywiście nie przedstawiłem sprawy w ten sposób wieśniakom, którzy się u mnie zjawili. Najpierw zaprosiłem ich do siedziby szkoły. Przyszło ze stu chłopów. Na taką publiczność łatwo wywrzeć wpływ, gdyż wiejskie audytorium na Kubie w tamtych czasach stanowili głównie analfabeci. Aby ich zahipnotyzować, wystarczyło stanąć przed nimi i rzucić kilka ostrych słów, nic bowiem nie przybliży cię bardziej do ubogiej publiki aniżeli soczyste zwroty w złym guście. Na moją korzyść przemawiało też to, że byłem synem posiadacza ziemskiego z okolicy, a ponadto "doktorem" i adwokatem. Nagle nieosiągalna dla nich istota staje przed nimi, słucha ich głosu, przytakuje ze zrozumieniem ich skargom i nie czuje się urażona, kiedy mówią o rzekomych nadużyciach popełnionych przez jej brata. Objawiony niczym Chrystus nie tylko wysłuchuję tego, co mieli do powiedzenia, ale także przemawiam do nich. Aby ich uciszyć, odwołuję się do logiki świętych więzów krwi. Cóż mam począć w podobnej sytuacji? Bronić brata czy odwrócić się do niego plecami? Czy znajdzie się wśród nich ktoś, kto nie musiał ani razu stawać w obronie krnąbrnego brata, który ostro się zabawia i nierzadko ucieka przed wymiarem sprawiedliwości? Opieram swoją retorykę na fundamencie wspólnego poczucia winy, wychodząc oczywiście z założenia, że żadna zbrodnia nie powinna pozostać bezkarna, nawet jeśli popełnił ją rodzony brat najznamienitszego rewolucyjnego przywódcy. Obowiązkowo natychmiast odwołuję się do represyjności tyranii, posiłkuję dźwiękiem odgłosów maczet policji wiejskiej, nadużyciami, głodem, pasożytami, jakie drążą żołądki ich dzieci, które nigdy nie miały okazji obuć stóp i których skóra nie poznała mydła. Konieczne jest poruszenie tych tematów, by przypomnieć im o prawdziwej niesprawiedliwości i o ich głodzie, sprawić, by zapomnieli o skargach, z którymi przyszli, a skupili się na prawdziwym złu. Nie jest problemem mój impulsywny brat Ramón, nawet jeśli kilka dni wcześniej poderżnął gardło jednemu czy drugiemu robotnikowi. Problemem jest kapitalizm. W tę stronę kieruję mój dyskurs. Aby wytrzebić zło u samych jego korzeni. Rozumiecie? Najpierw musimy wygrać wojnę. Zwieńczeniem dzieła będzie reforma rolna i ziemie, które nieodpłatnie podarujemy wieśniakom. Ziemia. Posiadanie ziemi. Żadna z tych kwestii nie wyklucza oczywiście szczegółowego zbadania występków mojego brata, jak i tego, że towarzysze mają rację - na tym etapie dyskursu są oni już naszymi towarzyszami - i Ramón zostanie odpowiednio ukarany. Tymczasem najważniejszym naszym problemem jest wojna. Doprowadzenie wojny do końca. I zakończenie jej naszym zwycięstwem.
Rozumiecie, towarzysze?
Po spotkaniu z wieśniakami i przełożeniu procesu mojego brata na okres po triumfie Rewolucji wróciłem do domu. Matka wyraziła zgodę, by na kolacji obecni byli dwaj czy trzej moi komendanci, ale najpierw musieli umyć ręce. Nie pamiętam, ile moich sióstr zasiadało z nami przy stole, ale przypominam sobie krzątaninę dwóch lub trzech wieśniaczek pomagających przy garach z ryżem, wielkich parujących kotłach wypełnionych czarną fasolą i tacy z przepysznym świniakiem. Miały na sobie szerokie wiejskie suknie, a od moich sióstr odróżniało je bezszelestne przemieszczanie się na bosaka po drewnianej podłodze. Pozostali z towarzyszących mi członków oddziału byli obsługiwani na dole, na dziedzińcu, pod listowiem starego tamaryndowca. Ustawiono tam ciężkie mahoniowe stoły, umocowane na podkładach kolejowych pozostałych po pierwszym szynobusie, jaki jeździł po polach trzciny cukrowej mojego ojca, rozłożono obrusy, a młode i zaradne wieśniaczki zajęły się moimi kompanami. Ktoś zauważył, że przypomina to odpust. Matka siedziała obok mnie, przy nowym stole w domowej jadalni, a z dołu dochodziły odgłosy chichotów moich ludzi i wieśniaczek. Zjadła ledwie odrobinę posiłku, przez cały czas nie puszczała mojej ręki i zarządzała służbą imperialną ciszą spojrzenia.
Wróciliśmy o północy.
Celia nie pojechała z nami, uznałem bowiem, że lepiej, bym nie stawiał się przed matką w towarzystwie kobiety.
Czekała na mnie z kilkoma członkami oddziału przy moście w pobliżu Palma Soriano. Odpoczywali w cieniu. Dochodził do mnie dźwięk ich sztylp, osprzętu, rozmów prowadzonych ściszonym głosem. Gdy tak patrzyłem na moich ludzi biwakujących bądź co bądź na głównej drodze - choć teraz zamkniętej dla ruchu - poruszających się swobodnie bez zachowania środków ostrożności, w zwolnionym tempie, jakby byli baletmistrzami, po raz pierwszy dotarło do mnie, że jesteśmy o krok od zwycięstwa.
Od razu ją namierzyłem po żarze nerwowo palonego papierosa. Była pochmurna i niespokojna. Smutna.
- Celio - odezwałem się - przynoszę ci trochę jedzenia.
Wiedziałem, jak zareaguje. Odpowie, że nie jest głodna albo że skosztuje później.
- Nie jestem głodna, Fidelu - odpowiedziała. - Może później trochę skosztuję.
I żeby się nią nie przejmować.
- Nie przejmuj się, Fidelu.
- Nie chodzi o przejmowanie się. Chodzi o to, żebyś coś jadła.
Że zje później, później.
- Później, Fidelu. Później.
Wtedy zauważyłem tragarzy. Dwóch młodych chłopaków, dość pokrzywionych, o indiańskiej urodzie, jak to się mówi na Kubie. Indiański typ urody - może pochodzili z Jukatanu albo wywodzili się od kubańskich aborygenów. Mimo ewidentnej skoliozy dźwigali dwa olbrzymie plecaki, w których były zdeponowane wszystkie pieniądze i dokumenty Rewolucji Kubańskiej, jakimi dysponowaliśmy w tamtym okresie. Oni jedyni zawsze wiedzieli, dokąd się udaję. Celia przekazywała informację na ucho jednemu z nich. Wyruszali trzy godziny po nas. Chociaż czasami, gdy przemieszczałem się land-roverem, dotarcie we wskazane miejsce zajmowało im nawet półtora dnia. Przywitałem się z nimi, zapytałem, czy jedli kolację, i podarowałem im tytoń. Był to jeden ze sposobów, by nie przejmować się Celią i jej milczącymi wyrzutami.
Tej nocy wilgoć zdominowała powietrze. Na drodze, którą sami wyłączyliśmy z użytku, nie było żywej duszy. Powiedziałem Celii, że będziemy się zbierać. Musieliśmy dotrzeć do ruin starej cukrowni w Oriente w pobliżu miejscowości San Luis, położonej na zachód od Palma Soriano, gdzie w najbliższych dniach miałem się spotkać z generałem Cantillo, głównym dowódcą sił batistowskich w miejscu prowadzonych działań. "Zbieramy się, towarzysze - powiedziałem. - Nie chcę, by zastał nas świt na tym pustkowiu".
Pułkownik Ramón M. Barquín miał elitarną wizję konspiracji przeciwko Batiście, według której zwyczajni obywatele nie uczestniczyli w niej. Barquín, sam spiskowiec, jak wiadomo, od 1956 roku dobrze strzeżony za kratkami na Isla de Pinos, dowiaduje się o pierwszych działaniach castrowskich w sytuacji całkowitej bezbronności. Jako lider tak zwanej konspiracji cygar, którą wysocy batistowscy funkcjonariusze do dziś uznają za pierwszą próbę obalenia Batisty przez CIA, Barquín widział zza solidnych krat, jak kolejne możliwości wymykają mu się z rąk. Prawda jest taka, że CIA zrobiła co mogła, by posłużyć się nim, zanim cały kraj przeszedł pod moją kontrolę. Niemal wszystkie plany z udziałem ewentualnych zamachowców wspominały o uwolnieniu Barquína, by to jego postawić na czele junty wojskowej. I to jest właśnie jedno z większych zaskoczeń końca wojny, kiedy okazuje się, że Batiście bardzo zależy, by utrudnić zadanie Amerykanom, krajowej burżuazji i - oczywiście - funkcjonariuszom, którzy zdradzili. Ostatni rozkaz, jaki Batista wydaje Cantillowi, stojąc na schodkach samolotu o świcie 1 stycznia 1959 roku i szykując się do opuszczenia kraju, dotyczy tego, by pod żadnym pozorem generał nie dopuścił do uwolnienia Barquína i jego powrotu do Hawany. I na koniec jeszcze jedna uwaga: nasze legendarne służby bezpieczeństwa, które tylekroć grały na nosie CIA i wychodziły zwycięsko z wzajemnych potyczek, nie oddały właściwego hołdu batistowskiemu wywiadowi wojskowemu, ich bezpośredniemu poprzednikowi, który sprawnie i szybko zapobiegał spiskom, do jakich dochodziło na podlegającym mu terytorium. Były bowiem, trzeba przyznać, sytuacje przypominające wydarzenia z Playa Girón, zanim pojawiłem się na scenie. I to bez sowieckich pancerników. Odnotujcie to jako wyrazy mojego szczerego uznania.
Projekt zakłada pozbawienie Batisty władzy i postawienie Barquína na czele rządowej junty. Spoiwem junty byłby generał Eulogio Cantillo, szef sił zbrojnych w Oriente. Junta będzie mieć charakter prowizoryczny, a jej zadaniem "jest jedynie zagwarantowanie stabilizacji i porządku publicznego w kraju" na okres od upadku reżimu Batisty do utworzenia Obywatelskiego Rządu Jedności Narodowej, w którego skład wejdą znani politycy, "a także Fidel Castro" - czytam w oryginalnych dokumentach zachowanych do naszych czasów - oraz inni reprezentanci ugrupowań opozycyjnych, które toczyły boje z Batistą. Jakież to wspaniałomyślne! A może powinienem powiedzieć, że spotyka mnie niezasłużony honor? Wzięli mnie pod uwagę! Z drugiej strony generał Rosell, szef Korpusu Inżynieryjnego, zostaje oddelegowany - teraz już przy pełnym udziale CIA - do Hawany, gdzie ma się spotkać z niejakim Ismaelem Suárezem de la Pazem tudzież "komendantem Echemendíą" z Ruchu 26 Lipca. Są to dokładne instrukcje Jacka Andersona, człowieka CIA w Hawanie, a wykonywać jego polecenia to jakby bezpośrednio słyszeć je z Langley. CIA chce podjąć próbę, choćby tylko na początek, nawiązania kontaktu między armią a tajnymi strukturami 26 Lipca w Hawanie. Jeśli im się powiedzie, to - jak zakładają - zyskają możliwość monitorowania i kontrolowania dowolnego rodzaju konspiracji, jaka wyniknie z tych kontaktów. Wybierając łagodnego Ismaela Suáreza de la Paza, czyli "komendanta Echemendíę", zdradzają - oczywiście bezwiednie - jak słabo udało im się spenetrować nasz Ruch. Pamiętam, że przebywałem w górach Sierra Maestra, kiedy dotarła do mnie informacja, że Amerykanie skontaktowali się z dyrekcją 26 Lipca w Hawanie i że przyjął ich komendant Echemendía. Pytali, jak działać. Odpowiedziałem, by posłuchali, co powiedzą im Amerykanie. Pamiętam też, że siedząc wtedy na ławce zrobionej z palmy przy wejściu do obozowiska w La Plata i trzymając w dłoni kartkę, odwróciłem się do Celii i zapytałem: "Kim, do licha, jest komendant Echemendía?".
A więc mają za zadanie poszukać kontaktów, by misja odbicia pułkownika Barquína z zakładu karnego na Isla de Pinos zakończyła się powodzeniem. Oczywiście ja o niczym nie wiem. Schodzę z gór, by przeprowadzić ostateczną ofensywę, podczas gdy te sukinsyny konspirują nie tylko za plecami Batisty, ale też za moimi.
Spotkanie z podpułkownikiem José Martínezem Suárezem, na jakie w trybie pilnym zgodził się "Pan Prezydent Batista", dotyczy "ważnej sprawy". Zostało zaplanowane na ósmą wieczorem. Martínez Suárez poinformował Batistę, że generał Eulogio Cantillo wyjechał tego dnia do Oriente na rozkaz generała Tabernilli Dolza, dowódcy połączonych sztabów. Ponieważ Cantillo przy każdej okazji, gdy odwiedzał Hawanę, skąd dowodził Sztabem Generalnym, miał zwyczaj spotykać się z panem prezydentem, ten wyraził zdziwienie i powiedział podpułkownikowi Martínezowi Suárezowi, że tym razem generał tego nie zrobił.
- Nie mógł, panie prezydencie. Otrzymał rozkaz jak najszybszego przeniesienia się do prowincji Oriente, a w Santiago zostanie podstawiony helikopter, który przewiezie go w wyznaczone miejsce na spotkanie z Fidelem Castro.
- Jeśli to prawda, jeszcze tej nocy wymienię szefostwo wojska - prawdopodobnie odpowiedział Batista.
- Jestem przekonany, że generał Cantillo wyjechał do Oriente i wypełni zalecenia. Wszystkie jednostki od Las Villas po Oriente, którym nie został odcięty odwrót i które się nie poddały, poniosły poważne straty albo utraciły z nami kontakt. Zwracam się, panie prezydencie, z prośbą, by nie wspominać o mnie, bo może mnie to kosztować życie, ale rozmawiałem z generałem Cantillo przed jego wyjazdem do Santiago de Cuba. Według moich szacunków, panie prezydencie, jest już za późno, by kazać dowodzącemu wojskiem pułkownikowi Regowi Rubido i szefowi dystryktu morskiego komandorowi Carnero paktować z Fidelem Castro.
Po skończeniu rozmowy Batista natychmiast zawezwał szefa Sztabu Generalnego Armii generała Pedra Rodrígueza Ávilę w celu sprawdzenia, czy generał Cantillo rzeczywiście wyjechał do Oriente. Ten potwierdził, że dowódca połączonych sztabów wydał rozkaz wyjazdu, nakazując jednocześnie, by szef sił lotniczych brygadier Carlos Tabernilla przydzielił mu samolot lub helikopter.
Wtedy Batista zwołał spotkanie i spytał generała Tabernillę w obecności innych dowódców, czyj był pomysł zaproponowania i zarządzenia rozejmu. Tabernilla odpowiedział, że nic o tym nie wie, ale owszem, słyszał o rozkazach dla generała Cantillo, by pojechał do Oriente na rozmowy z przywódcą powstańców. Nerwowo pokasłując, przyznał, że generał Cantillo powiadomił go o swoim zamiarze porozmawiania z księdzem, który pozostawał w kontakcie z Fidelem Castro, i dlatego chciał udać się do Santiago de Cuba. Nie miał jednak umówionego żadnego spotkania. Wtedy Batista wydał polecenie szefowi Sztabu Generalnego generałowi Rodríguezowi Ávili, by ten natychmiast przesłał generałowi Cantillo zaszyfrowany radiogram z rozkazem anulowania spotkania z przywódcą buntowników, bez względu na to, jakie miało być, pośrednie czy bezpośrednie. Nakazał też generałowi czym prędzej stawić się w Sztabie Generalnym. Generał Eulogio Cantillo ani nie odezwał się z biura, ani nie wrócił następnego dnia. Batista polecił Rodríguezowi Ávili, by zbadał sprawę i dowiedział się, kiedy Cantillo wraca. Nie otrzymawszy odpowiedzi na radiogram, Rodríguez Ávila decyduje się wysłać do Santiago drogą powietrzną swojego człowieka. Wybór pada na pułkownika Martíneza Suáreza.
Nazajutrz okazuje się, że samolot jest zepsuty. Chwilę zajmuje naprawienie maszyny, ale w końcu udaje się wystartować. Około godziny dziesiątej, kiedy Martínez Suárez dociera do Santiago de Cuba, Cantillo jest już w drodze do Sierra Maestra. Po południu generał przybywa helikopterem na miejsce wraz z Izquierdem. "Izquierdito", ich najlepszy pilot helikopterów, otrzymał od szefa lotnictwa, "Winsy'ego", polecenie, by "przygotować helikopter, który nie przysporzy żadnych problemów i będzie całkowicie sprawny". Martínez Suárez twierdzi, że Cantillo odpowiedział po angielsku: It's too late, Martínez, co zabrzmiało jak zalotne i szelmowskie słowa dziewczyny, która podnosi się z łóżka chwilę po utracie dziewictwa. Dziewica i "za późno". Martínez.
Martínez Suárez wraca do Hawany i przekazuje słowa Cantilla, że ten nigdy nie odebrał telegramu od Sztabu Generalnego nakazującego mu odwołanie spotkania z Fidelem Castro. Twierdził, że nie otrzymał rozkazu, choć wyznaczył chłopaka z ochrony, który miał czuwać na wypadek, gdyby taki nadszedł. Ale nigdy się to nie stało.
Szturm na Santiago de Cuba, zaplanowany na 30, najpóźniej na 31 grudnia, został przełożony po uroczystych obietnicach złożonych przez generała Cantillo podczas spotkania 28 grudnia w centrali Oriente w Palma Soriano. Rozmawialiśmy cztery godziny. W czasie spotkania, w którym uczestniczyli katolicki ksiądz i wielu oficjeli, zostało uzgodnione przeprowadzenie, przy wspólnej koordynacji, akcji rewolucyjnej o charakterze wojskowym. Z trudem przyszłoby znaleźć bardziej zróżnicowaną grupę, ale ta różnorodność miała uzasadnienie propagandowe. Takie też było wyjaśnienie obecności przy stole podczas rozmowy z Cantillem Raúla Chibása - brata nieżyjącego ortodoksyjnego przywódcy Eduarda Chibása - który zdążył już zapuścić gęstą brodę i którego z dnia na dzień uczyniłem komendantem. Z kolei księdza Francisco Guzmána znaleźliśmy, wydaje mi się, w którymś z pobliskich kościołów. Mogliśmy też pochwalić się obecnością dwóch eleganckich i mężnych komendantów, José Queveda i Francisca Sierry, którzy przeszli na naszą stronę. Obydwaj trzymali za pasem kolty 45, broń znajdującą się w wyposażeniu armii amerykańskiej, ale teraz także kubańskiej. Notable mieli tytoń - Quevedo nowe opakowanie tytoniu fajkowego Raleigh - i gwiazdki przy kołnierzu munduru wojskowego, które zaświadczały o ich komendanckich stopniach. Czy istniała lepsza gwarancja obiecującej przyszłości, jakiej mógł oczekiwać Cantillo?
Była kawa, tytoń i wzajemne uprzejmości. Przejrzałem referencje Cantilla, zapewniające mu poparcie i możliwość reprezentowania wojska w tej misji, a przede wszystkim nie dałem poznać po sobie, że robi to na mnie wrażenie. Chciałem mu pokazać, że interesuje nas konkret i że trzeba raz na zawsze skończyć z kompromisami, które tylko utrudniają podjęcie decyzji. W kontakcie z nim towarzyszyły mi podobne odczucia, jak podczas rozmów z innymi. Zrozumiałem to kilka dni po spotkaniu, kiedy triumfalną karawaną zmierzałem w stronę Hawany. Najgorsze było jednak to, że mało kto zdawał sobie sprawę z biegu wydarzeń, z tego, że mój czołg Sherman, który jedzie tą szosą, przynosi wolność, i to nie tylko tę, którą mam ja sam i której strzegę, ale również wolność, którą ofiaruję moim zwolennikom. Grupa. Tak w skrócie brzmi moje oświadczenie. Władzą jest grupa. Ale ludzie przywiązują się do rzeczy, które uniemożliwiają im bycie wolnymi. Idei honoru, moralności, etyki, ekonomii czy polityki, idei wszelkiego typu. Oczywiście z czasem one się zmieniają. I nie tylko są inne w różnych epokach historycznych, ale także w historii osobistej, bo nie masz przecież takiej samej moralności, gdy jako dziecko działasz pod wpływem impulsów, jak wtedy gdy masz już świadomość i otrzymałeś jakieś wychowanie albo kiedy życie zdążyło dać ci w kość. Ale wszystko to pieprzenie. Problem tkwi w tym, jakie kto ma potrzeby. Nie chodzi nawet o zdanie Louisa Althussera - podkreśliłem je - z monumentalnego dzieła poświęconego tematowi, że wolność to zrozumienie własnych potrzeb. Doprawdy? Czy napisał to, zanim udusił własną żonę, czy już później? Ja proponuję ludziom całkowite zrozumienie ich potrzeb, a ponadto władzę. Innymi słowy, nigdy nie jesteś bardziej wolny niż wtedy, gdy posiadasz władzę. Gdyby Althusser był ministrem w moim rządzie, z trudem wytrzymałby dwa dni na stanowisku. Teofilo Stevenson - trzykrotny mistrz olimpijski w wadze ciężkiej, którego trenowaliśmy, by pokonał Cassiusa Claya, ale w końcu nie udało się zakontraktować walki - został przyłapany w swoim rodzinnym mieście Las Tunas na podkładaniu dynamitu pod samochód żony. Wiedziony bezlitosnym i silnym atakiem zazdrości - moim zdaniem odczuwał rozpacz po odejściu żony - pozyskał od saperów, którzy pracowali przy budowie pobliskiej drogi, kilka lasek dynamitu i skonstruował tyleż diabelski, co naiwny artefakt: kable telefoniczne spiął z dynamitem, który połączył z akumulatorem łady. Całkiem zmyślna konstrukcja. Pozostawało tylko odpalić mściwy lont. Zadzwoniłem do Ramira Valdésa, ministra spraw wewnętrznych, i powiedziałem: "Słuchaj, Ramiro, nie ma mowy o zamykaniu Teofila". Tyle mogłem zrobić dla Murzyna, który rozsławił imię Kuby na ringach całego świata, a potem odrzucił multimilionerską ofertę złożoną mu przez jankesów namawiających go do dezercji. Ale człowiek zbacza na złą drogę i daje się zaślepić. Nie potrafi wykorzystać wolności, jaką się mu ofiaruje. Na przykład w chwili gdy zabija, nie robi tego z radością. Bez wyrzutów sumienia i bez oskarżeń. Nie ma większej wolności jak umiejętna odpowiedź na potrzebę taktyczną. Nie strategia, lecz taktyka. Bo strategia zawsze w końcu osiąga wymiar abstrakcyjny lub idealny. Nie. Nic z tego. Taktyka, czyli coś, co ma nieuchronny związek z materialnym wymiarem spraw. Potem mówią, że rewolucja to dzieło represji, a jest przecież dokładnie odwrotnie. Historia ludzkości nie zna scenerii, w której wolność byłaby bardziej pożądana niż w procesie rewolucji, kiedy mamy do czynienia z wolnością całkowitą.
Podczas rozmowy Cantillo starał się, bez sukcesu, namówić mnie do zawieszenia broni. Tylko raz dostrzegłem u niego zawahanie, gdy poruszony został temat Batisty i umieszczenia go w bezpiecznym miejscu. Zorientowałem się, że Cantillo nie wie o dwóch zasadniczych kwestiach. Po pierwsze, że gówno mnie obchodzi, co się stanie z Batistą. A po drugie, co było naprawdę ważne, że chcę go mieć żywego na potrzeby publicznego przedstawienia1.
W Hawanie - 28 grudnia po południu, według przekazanych mi informacji - szef Sztabu Generalnego powiadomił Batistę o wyjeździe Cantilla z Santiago de Cuba. Batista wysłał po niego na lotnisko swojego pomocnika z poleceniem towarzyszenia mu do posiadłości Kuquine, gdzie dyktator miał dom. Nie wolno mu było kontaktować się z żadnym innym przełożonym.
Batista przyjął generała za zamkniętymi drzwiami, w bibliotece. Zapytał go, jak mógł udać się do Oriente bez uprzedniej wizyty u niego, na co Cantillo odpowiedział, że gdy poinformował dowódcę połączonych sztabów o problemach w jego kierownictwie, generał Tabernilla nakazał mu nawiązać kontakt z Fidelem Castro. Wspomniał, że pewien ksiądz, ojciec Guzmán, przesłał wiadomość, iż może przyjąć rolę pośrednika w rozmowach z przywódcą powstańców. Generał Tabernilla Dolz polecił mu też, by czym prędzej wsiadał do samolotu i skontaktował się z rzeczonym księdzem, aby osobiście spotkać się z Fidelem Castro i dowiedzieć się, czego chce.
Przyznaję, że Cantillo balansuje na ostrzu noża. Kiedy dociera do Kuquine i rozmawia z Batistą (a raczej stosuje się do jego rozkazów), chce zrelacjonować spotkanie ze mną, ale ten odrzuca pomysł. "Nie, nic mi nie mów", przerywa, po czym dodaje: It's too late. Tym razem to on wypowiada te słowa. I wydaje następujący rozkaz: "Nie raportuj o niczym generałowi Tabernilli, jedź do domu". Ale zanim się z nim pożegna, wyjawia mu swój plan opuszczenia Kuby 6 stycznia, a następnie rozkazuje, by następnego dnia leciał do Oriente i zerwał wszystkie umowy ze mną.
Czytelnik bez trudu się domyśli, że informacje o wzajemnych relacjach wewnątrz batistowskiego kierownictwa trafiły w moje ręce po triumfie Rewolucji. Dysponuję również materiałami starannie skompilowanymi w ostatnich latach. Tak też dowiedziałem się, że Batista wykorzystał moment pożegnania, nim generał zdążył wsiąść do niebieskiego buicka, by złapać go za rękę i zapytać (a może chodziło jedynie o refleksję, która mimowolnie wydostała się z jego ust): "Dziwna sprawa, już od czasu letniej ofensywy Fidel Castro ma praktycznie wygraną wojnę, dlaczego wciąż chce negocjować?".
Wracamy do tego samego punktu. Batista nic nie rozumie. Po co, skoro wygrałem wojnę, otwieram się na dialog, a nawet sam go inicjuję. Może - kalkuluje - te dwa lata walki dały mi się we znaki? Może jestem zmęczony? Może chodzi o wewnętrzne problemy w naszych szeregach? Błąd. Poważny błąd. Partyzantka jest formacją militarną o dużej elastyczności. Ale tak czy inaczej - i tego Batista nigdy nie pojmie - otwieram się na kontakt z wojskiem. Nie z nim.
I w tym momencie tak sprawni negocjatorzy jak Batista i ja rozmijamy się. To rozczarowujące, że Batista się nie zorientował. Rzecz w tym, że to on przegrywa i jest dla mnie problemem na drodze do władzy. Trzeba się go pozbyć, strzepnąć jak nachalną muchę.
"Nie potrafię na to odpowiedzieć, panie prezydencie" - tyle prawdopodobnie mówi Cantillo.
Zaraz po powrocie Cantilla ze spotkania z Batistą w Kuquine Tabernilla stawia się w domu generała w obozie Columbia. Stary Pancho pyta: "No jak, Canti, co tam u Fidela...?". Na co ten odpowiada: "Przykro mi, panie generale, ale mam rozkaz od pana prezydenta: nie raportować". Problem z Tabernillą i jego poplecznikami był taki, że stworzyli jedyną konspirację, przynajmniej z tych znanych na Kubie, której celem było oddanie władzy, a nie jej zdobycie. Właśnie tak: oddanie władzy. Widzieli, jak się sprawy mają, i konspirowali, ale nie po to, by przejąć rządy. W takim też celu spotkali się 23 grudnia z ambasadorem amerykańskim, a następnie z innymi ważniakami z Columbii. Chcieli się przekonać, jak z tego wszystkiego wyjść cało. I wtedy Batista wzywa go do siebie i mówi: "Słuchaj, Pancho, dokonałeś mi tu zamachu stanu". "Ja, szefie?", miał ponoć powiedzieć Tabernilla.
Przebywałem akurat w La Plata Alta, gdy pewnego popołudnia powiadomiono mnie, że przyjechali Pardo Llada i jeszcze jakiś pan. Pamiętam, że powiadomił mnie o tym mój nowy błyskotliwy sekretarz (wysłany w góry przez Partię, skrupulatny i sprawny) Antonio Llibre. Na skromnych ławeczkach przy wejściu siedzieli José Pardo Llada i adwokat z Holguín Manuel Penabaz. Pardo miał dla mnie butelkę koniaku. Nie wiem, jak zdołał przewieźć ją nienaruszoną do La Plata. Manolito, którego doskonale znałem, dostarczał inne prezenty: tabliczki czekolady Hersey i książki, o ile dobrze pamiętam, cztery: Josipa Broz-Tity o wojnie partyzanckiej, Dziennik polowy Máximo Gómeza i dwa tomy Mao Tse-tunga: O właściwym traktowaniu sprzeczności w łonie ludu i O przewlekłej wojnie. Wtem z torby z grubym obszyciem, wyglądającej na ciężką, Manolito wyjął zieloną szkatułkę ze złotymi zdobieniami. W środku znajdował się wodoszczelny zegarek Rolex, pierwszy, jakiego miałem zostać właścicielem, po czym z głębi torby wyjął aparat fotograficzny Minox. Następnie rozłożył przede mną czasopismo "Selecciones"2 - to ostatnie, co miał w czarodziejskiej torbie - przerzucił stronę tytułową, by na kolejnej pokazać reklamę zegarka, który zdobi nadgarstek admirała siedzącego na wozie pancernym. Obok zaś widnieje hasło: "Człowiek, który rzuca wyzwanie światu, nosi rolexa". Chodziło o to, abym widząc ów obrazek, docenił jeszcze bardziej wagę skarbu, który właśnie mi ofiarował.
Kilka dni później siedzieliśmy na drewnianym progu domu, gdzie mieścił się improwizowany szpital w La Plata Alta, i rozmawialiśmy o Mao. Z wnętrza domu docierał zapach kawy. Celia krzątała się po kuchni i przygotowywała napój. Ja obracałem w dłoni wybornego montecrista numer 4, który jeszcze nie był zapalony. Zawczasu czerpałem przyjemność, której miałem doświadczyć po zapaleniu cygara, zaraz jak wypiję kawę.
Było dla mnie jasne, że zarówno Mao, jak i Amerykanie popierali swoje tezy doświadczeniem. Ale dla Amerykanów okazało się to wyjątkowo tragiczne w skutkach, bo ich wnioski pochodziły z dedukcji przeprowadzonej później, po tym jak my w latach 60. dokonywaliśmy przewrotu w całej niemal Ameryce Łacińskiej. Naprawdę się wystraszyli. Uwierzyli, że faktycznie zmierzamy po władzę w kolejnych krajach kontynentu. Stworzyli siły wyspecjalizowane w tłumieniu powstań i zapełnianiu komisariatów policji na kontynencie doradcami do spraw wywiadu i specjalistami od przesłuchań (czyli brutalnymi specami od tortur, z aktówkami wypełnionymi elektronicznym sprzętem najnowszej generacji, by potraktować nim twoje przyrodzenie, ugnieść je, a potem przypiec ci język). Nigdy nie zorientowali się, że były to tylko działania obronne Rewolucji Kubańskiej, realizowane niewielkim kosztem. Przy okazji wykorzystaliśmy partyzantkę, by poszerzyć nasze granice. Zmusiliśmy Pentagon i CIA do obalenia hipotetycznej rewolucji kontynentalnej, sprawiając, że odwrócili się do nas plecami, podczas gdy u nas nic nie było hipotetyczne, u nas realizowała się prawdziwa rewolucja. Kiedy solidarni z nami latynoamerykańscy bracia padali w walce z rangersami wyszkolonymi przez gringo, my w Hawanie bez większych trudności stawaliśmy się centrum konspiracyjnym światowej rewolucji o większym zasięgu niż III Międzynarodówka. Nie wiem, czy w którymś momencie zdali sobie z tego sprawę. Zawierzyli przekonaniu, że konflikt o niewielkiej intensywności jest nieszkodliwy, nie prowadzi do przejęcia władzy i, jak mi się wydaje, musieli czuć się spokojni.
- Wiecie co? - pamiętam, że tak odezwałem się tamtego spokojnego popołudnia w szpitalu w La Plata.
Pardo i Manolo milczeli.
- Kiedy Rewolucja odniesie zwycięstwo, będziemy potrzebować trzystutysięcznej armii. Musimy przygotować się na pozostanie przy władzy przynajmniej przez dwadzieścia lat.
Pardo pobladł, gdy usłyszał moje słowa. Stało się dla mnie wtedy jasne, że nigdy nie zostanie moim sojusznikiem i krótko będzie moim towarzyszem. Obserwując, jak krew nagle odpływa z jego twarzy, zrozumiałem, skąd bierze się fenomen zwany samotnością władzy. Dotarło do mnie, że nikt nie jest gotów ryzykować i podążyć krok w krok za nieograniczoną wyobraźnią.
Pardo wybełkotał:
- A co z Amerykanami, Fidelu?
Najgorszym wrogiem wszystkich możliwości jest strach.
- Amerykanie to dupki, Pardo - odpowiedziałem. - Nie podniosą na nas palca. Przestraszą się. My ich przestraszymy. Zobaczcie, co zrobił z nimi Raúl na Drugim Froncie. Wziął do niewoli pięćdziesięciu marines, a oni nie pisnęli nawet słowa. I nie tylko to. Raúl zażądał od nich pięćdziesięciu nowiusieńkich garandów, żeby w ogóle było o czym rozmawiać, i od razu mu je dali. Przylecieli bezpośrednio z bazy morskiej Guantánamo wprost na lądowisko Drugiego Frontu.
Proszę bardzo, oto informacja, która nigdy nie ujrzała światła dziennego.
Chwilę potem słyszę, jak za moimi plecami Pardo zwraca się do Penabaza:
- Popatrz, a to paskudnik, odbiło mu.
Posługiwali się starą ksywką, jaką nadano mi podczas studiów w Hawanie z powodu rozpuszczonej pogłoski, że rzekomo nie lubiłem się za często myć. Nie wybaczę tego Pardowi. Nie zapomnę. Pardo nie wiedział o jednej rzeczy: nie można sobie było pozwolić pobladnąć w chwili, gdy ja ogłaszam jedną ze swoich deklaracji, bo jeśli tak się dzieje, dla mnie jest to równoznaczne z narodzinami wroga. Od wtedy aż do chwili, gdy pozbyliśmy się go po triumfie Rewolucji, cokolwiek Pardo mówił, było mi przekazywane. Ani jedno wypowiedziane przez niego słowo nie uszło mojej uwagi. Czy to w masywach górskich, czy to w miastach, w Moskwie czy w Nowym Jorku (dokąd między innymi wysłałem go jako tymczasowego ambasadora), czy w samolotach, czy w kiblu. Ani jedno słowo.
Dochodziła szósta rano. Szedłem po wciąż zasnutej mrokiem ścieżce w cukrowni América, a za mną kroczyli Celia Sánchez i kilku chłopaków z ochrony. Myślałem o kapitanie naszego oddziału, którego zostawiłem związanego, bez koszuli, i który o wschodzie słońca miał zostać rozstrzelany. Myślałem, że nie mogę przestrzelić. Zbliżałem się do drewnianego domu administratora centrali pana Ramóna Fonta. Nie mogę przestrzelić, powtarzałem sobie, ze względu na liczbę gapiów, którzy będą przyglądać się egzekucji. Kapitan oddał kilka strzałów w niebo podczas świętowania Nowego Roku, bo - jak mi powiedziano - trochę za dużo wypił. Narzuciłem moim ludziom żelazną dyscyplinę, zwłaszcza teraz, gdy upadek Batisty wydawał się nieuchronny i rychły. Nie mogłem pozwolić, by banda wiejskich kretynów świętowała w chwili, gdy wyzwolenie co prawda było tuż za rogiem, ale jeszcze nie nastąpiło. Jak dotąd do moich największych osiągnięć należało umiejętne skoszarowanie armii wysoko w górach. Jedyna różnica między tymi, którzy wchodzili w jej skład, a pospolitymi bandytami i rabusiami polegała na tym, że ci byli trzymani krótko, z postawieniem przed plutonem egzekucyjnym włącznie. Mogli należeć do partyzantki, jeśli przestrzegali dyscypliny i uświadomili sobie, że po jednej stronie mierzą w nich karabiny Batisty, po drugiej moje. Dlatego kary śmierci wykonywane na tych, którzy dopuszczali się gwałtów (bez wnikliwego badania każdego przypadku) pozwoliły zapanować nad sytuacją.
Spieszę z wyjaśnieniem, że wieśniacy zasadniczo byli pokorni i pozbawieni nadto wygórowanych ambicji. Chociaż nie mieli dostępu do nowoczesnych wynalazków, o których mówiono już od czasów rewolucji przemysłowej z początku zeszłego wieku, na Kubie posiadali wszystko, co niezbędne do życia, czyli kilka kur, świnię pałaszującą detrytus w chlewie oraz parę grządek obsianych ryżem i fasolą. Co za tym idzie, nie martwili się o przyszłość. Nie mieli powodów, by odczuwać strach przed tym, co nastąpi, bo przecież oni nie pamiętali nawet, że wczoraj należy do przeszłości. Przywiązanie do miejsca sprawiało, że stawali się idealnym trybikiem kreolskiej gospodarki. Mieli gdzie mieszkać, co zapewniało im spokój materialny, który z kolei wpływał na poczucie zadowolenia. Byli wiecznie szczęśliwi. Nic nie wydarzyło się wcześniej, nic nie wydarzy się później. Do czasu, aż wstąpią w szeregi naszej partyzantki. Już sam fakt wejścia w posiadanie karabinu robił swoje.
Chłopak stał przywiązany do krzewu w parku w pobliżu młyna, a ja szedłem go rozstrzelać. Słońce nie zdążyło jeszcze w pełni wzejść. Mierzę z karabinu FAL, nie widzę jednak dobrze, bo wcześniej zdjąłem okulary. Teraz, kiedy zdążyło się już zebrać sporo ludzi, nie wypada sięgać do kieszeni. Nie mogę zawieść, gdy każdy mój ruch jest śledzony. Celuję w głowę nieszczęśnika i czekam na reakcję Celii lub któregoś z moich oficerów, niechby wybawili mnie z zakłopotania. Nic takiego się nie dzieje. Miałem zainaugurować swój nowy karabin FAL, który przysłał mi w prezencie z Wenezueli kontradmirał Wolfgang Larrazábal3 wraz z pokaźnym zapasem amunicji, dlatego nie wiedziałem jeszcze, że przy strzale do celu z tak niewielkiej odległości siła rażenia z pewnością pozbawiłaby ofiarę głowy, a bezwładne ciało by się osunęło, przemieniając akt sprawiedliwości w żałosny spektakl. Zauważyłem już wcześniej, że powalony przez pluton egzekucyjny człowiek, którego ciało krwawi na ziemi i który kona w konwulsjach, po tym jak zaaplikuje mu się trzy lub cztery strzały łaski, nie wywołuje poruszenia wśród publiczności. Ale jeśli mózg się rozpryśnie albo z brzucha wypłyną wnętrzności po spenetrowaniu ciała przez nabój, pojawia się niesmak i obrzydzenie. Mówię, że pierwszy raz stanąłem naprzeciwko żywego celu, bo kilka dni wcześniej, w Komendanturze Głównej La Rinconada, zanim przenieśliśmy się do cukrowni, ledwie poświęciłem kilka godzin na oswojenie się z karabinem, mierząc do samolotów wojskowych, które przelatywały po niebie.
Słońce wschodzi, jest zimowy kubański poranek. Kieruję się w stronę talerza z ryżem i kurczakiem. Noc była chłodna, więc nakazałem, by zarzucili czekającemu na egzekucję kapitanowi koszulę na plecy. Fulgencio Batista konspirował lepiej. Coś się nie zgadzało. Nie opuszczało mnie przeczucie, że coś się kroi, i obawiałem się najgorszego. Bo tak naprawdę najbardziej samotny jesteś, kiedy stajesz twarzą w twarz z tym, co wydobywa się z twojej podświadomości. Religia ateistów to przesąd. Albo tędy najbliżej im do metafizyki. Ale ja myślę, że przesąd to taka uogólniona właściwość intuicji. Rzecz w tym, że przechadzając się po zewnętrznych korytarzach kwatery, miałem bliżej nieokreślone przeczucia. Zaciągałem się mocno cygarem i pozwalałem wybrzmieć myślom.
- Fidelu.
Przez chwilę nie rozpoznałem głosu Celii.
- Co robisz tutaj na zewnątrz?
Chwyta mnie pod ramię, bardziej po bratersku niż jako kobieta.
- Nie stój tak, Fidelu, cała rosa osiada na tobie. Zobacz, jaką masz mokrą koszulę. To od rosy.
Słysząc odgłos samolotu, instynktownie przykładam dłoń do czoła, osłaniam się od promieni słońca, o tej porze padających niemal poziomo, spoglądam na wschód w poszukiwaniu zenitu. Szybko orientuję się, że to nie bombardowanie, lecz transport. To samolot dostawczy. Dlaczego jednak leci tak wysoko? Ostatnim lądowiskiem w okolicy jest lotnisko w Santiago de Cuba, powinien więc obniżyć już lot, wysunąć podwozie, ocierać się o dachy cukrowni. Dziwny ten samolot, mówię do siebie.
Szalony bezimienny koń, czerwony świtManolo Penabaz dociera do Los Negros na koniu. Zajął zwierzę w Guisie. Koń należał do arystokratki imieniem Evorita Arca i został nagrodzony w skokach przez przeszkody. Manolo konfiskuje zwierzę w posiadłości państwa Arców zwanej Villa Évora. Stamtąd udaje się do Los Negros. Koń ma złociste ubarwienie, jest smukły, to mieszanka z arabem. Jego sierść lśni niewiarygodnie. Niełatwo było go dosiąść. Zabrał zwierzę w bardzo niewygodnej uprzęży angielskiej. Los Negros. Miał pobrać podatki od Arabów, ale gdy dociera na miejsce w towarzystwie Pacheco i Samé, sprawy nabierają nowego biegu. Trzeba zająć się kwestią tak zwanych zuchwalstw Meksykanina. Penabaz, Pacheco i Samé tworzą trio śledcze. Jadą po podatki, a okazuje się, że będą rozstrzeliwać jakiegoś sukinsyna, którego nazywają Meksykaninem. Typ ogłosił się właścicielem okolicy i kradł pieniądze do czasu, aż rok wcześniej Sorí Marín wydał rozkaz schwytania go. Trzej jeźdźcy poddają go osądowi, a Manolito powołuje na obrońcę Pacheca, który nieomal pęka ze śmiechu. Meksykanin zaprzecza wszystkiemu, a ponieważ w okolicy wszyscy się go boją, nikt nie zeznaje przeciwko niemu. Meksykanin zostaje rozgrzeszony.
Tamtej nocy, opowiada Manolito, spał u boku Pacheca w domu Araba Alejandra Zaitúna, właściciela magazynu z kawą. Gdy się obudził, usłyszał w radiu wiadomość, że Batista wyjechał z kraju. Nie potrzebował konia, bo Pacheco miał jeepa. Podarował zwierzę najbiedniejszemu i najmniej rozgarniętemu chłopu w okolicy, który prawie oszalał, gdy Manolo wręczył mu cugle. Jakość dróg była marna. Zdążyło się rozjaśnić, wielu mieszkańców Los Negros już się obudziło. Jedziemy do cukrowni América. Mieszkańcy Los Negros wyszli na drogę świętować. Jeep Willys. Docierają do cukrowni América. Pacheco wysadza Manolita naprzeciwko domu administratora, gdzie właśnie przebywam. Pacheco mówi: "Jadę, zanim ten szaleniec ogłosi mnie prezydentem Republiki". Na ulicach nie widać śladu podekscytowania, okolice młyna i cukrowni América pogrążone są jeszcze we śnie. Wszystko w normie. Pardo jest spokojny. Siedzi na tarasie i kołysze się na krześle, być może czeka, bym go zawołał i poczęstował ryżem z kurczakiem. Nikt się nie zorientował, że odnieśliśmy zwycięstwo. "Słuchaj, Pardo, w radiu mówią, że Batista wyjechał", mówi Manolito. Wchodzą do jadalni, gdzie siedzę przy talerzu ryżu z kurczakiem. Nie daję im dokończyć zdania, wstaję na równe nogi i uderzając pięścią w stół, krzyczę: "Ten sukinsyn przeprowadził zamach stanu!". Moja reakcja jest jak zapalnik, dosłownie. "Zwołać kapitanów z Santiago", krzyczę. "Zebrać wszystkie ciężarówki z benzyną w bakach. I wyciągać paliwo z garaży. Podpalimy Santiago de Cuba. Czołgi na pięćdziesiąt pięć galonów". Płomień do Santiago. Ryż z kurczakiem. Zdrada. Czytałem w niektórych moich biografiach (wiele z nich o tym wspomina), że któregoś razu poprosiłem ojca o pieniądze, o kilka centavo, i po jego odmowie postanowiłem podpalić dom w Biránie. Podłożyć ogień i obrócić wszystko w popiół. O ile dobrze pamiętam, wspomina się nawet o jakichś oparzeniach i szkodach, do których zdążyło dojść, nim schwytano mnie z pochodnią w dłoni. Owszem, dom spłonął, ale wiele lat później, a przyczyną tego był ogień zaprószony przez mojego starego, który nie dogasił na strychu cygara. Cieszę się, że moi biografowie nie dotarli do informacji na temat tego, co zamierzałem zrobić z Santiago w dniu triumfu Rewolucji; byłoby to dla nich bardzo atrakcyjne. Dokonując analizy psychologicznej, ustaliliby, że piromańskie skłonności budziły się we mnie zawsze, gdy nie spełniano moich zachcianek, zarówno gdy chodziło o monety, których nie dał mi ojciec, jak i o poddanie się Republiki.
Być może chęć, by oddać płomieniom drugie co do wielkości miasto w kraju, była nadto dramatyczna. Przyznam, że przed oczami miałem przeróżne obrazy, od Nerona do pożaru Chicago w niedzielę 8 października 1871 roku. Porozmawiajmy jednak serio. Nie chodzi o to, że mam jakieś szczególne skłonności, by popuszczać wodze wyobraźni czy działać pod wpływem chwili. Chodzi o to, że ludzie często zapominają, że jestem taki sam jak każdy inny chłopak z sąsiedztwa, z tą różnicą, że trudno jest mi się pohamować, kiedy coś strzeli mi do głowy. Kto mnie powstrzyma? To tak samo jak z tym naszym kapitanem, którego miałem rozstrzelać. Analizując to teraz na spokojnie: jak miałbym zabić na oczach całej wioski odważnego młodziana, choćby spektakl ten był nie wiem jak wyczekiwany? Ta głowa - to w nią celowałem - roztrzaskująca się niczym dynia od uderzenia pocisku mojego FAL-a. Kto wymazałby tę scenę z historii Rewolucji Kubańskiej? W każdym razie ważne było spójne działanie, nie wiedziałem przecież, co się dzieje w stolicy.
Może niełatwo mnie zrozumieć, a nawet mogę wydać się bezlitosny i okrutny. Ale w rzeczywistości chodzi o obiektywizm. To nie okrucieństwo, lecz obiektywny opis sceny, w której ja jestem tylko jednym z komponentów. Co innego mogę zrobić? Staram się wyjaśnić jedną rzecz, dotrzeć do jednego punktu: nie wiedziałem, jaki jest zasięg wydarzeń rozgrywających się w Hawanie.
Nigdy Rewolucja Kubańska nie była bardziej osłabiona niż wtedy, kiedy odniosła zwycięstwo. Ten czas, jaki upłynął od chwili, gdy usłyszałem dźwięk samolotu Batisty, do chwili, gdy zjawiłem się w Hawanie, by przejąć kierownictwo i rozwiązać armię, okazał się najtrudniejszy.
W końcu żaden z nas nie będzie nikim więcej, niż jest, przynajmniej na tym etapie: Fulgencio Batista i ja. Generał rozpieszcza swoje wojsko, ja unieważniam jego działania, obiecując synekury. Gdy przybywam do Columbii, głównej siedziby militarnej w kraju położonej na zachód od Hawany, żartuję sobie z wojskowymi, mówiąc, że oczekujemy wojska zdyscyplinowanego - wrzawa, jaka towarzyszy przyjęciu mnie, nie pozwala wypowiedzieć choćby słowa - a oni, rozbawieni i pełni nadziei, urządzają mi owację, nie ustają w wiwatach. Ale trzeba było ich poskromić, uczynić bezbronnymi, pozbawić powodów do podejrzeń, a do wszystkiego użyć braterskiej retoryki. Wciąż pozostawali uzbrojeni, zorganizowani w kompanie i bataliony. Pozwólcie, że powiem o jeszcze jednej rzeczy: odkąd dotarłem do Sierra Maestra, wiedziałem, że potrzebuję wojska, by zabezpieczyć Hawanę. 13 marca, kiedy Dyrektoriat dokonuje szturmu na Pałac, zdaję sobie sprawę, że znajduję się dziewięćset kilometrów od władzy. Dowiaduję się z radia - naszego wspaniałego nowego odbiornika marki Zenit na baterie przesłanego przez Celię - że komando podjęło próbę zabicia Batisty, jednak bez powodzenia. Ta wiadomość wywołuje u mnie największy niepokój w trakcie całej kampanii. Uświadamia mi, jak daleko jestem od centrum władzy i że dowolny ignorant może zaprzepaścić całą intrygę, którą z takim mozołem uknułem. Mogą nawet pozwolić sobie na luksus zabicia Batisty, przejąć kontrolę i ogłosić wybory, kiedy tylko będą mieć na to pieprzoną ochotę, a ja tymczasem będę gnił w górach Sierra Maestra i tak naprawdę nikt o mnie nie będzie pamiętał. Mówią, że dwóch czy trzech strażników z Pałacu zaczaiło się za drzwiami gabinetu prezydenckiego i nie pozwoliło wejść do środka żadnemu szturmującemu. Nikt nigdy nie docenił roli, jaką ci ludzie odegrali dla Rewolucji. W tamtej chwili, ot paradoksy historii, powstrzymywali triumf czegoś, co szybko przerodziłoby się w kontrrewolucję, jeśli szturmujący osiągnęliby swój cel. Całe życie oskarżano mnie o bycie puczystą, a tymczasem to oni organizują pucz, przy którym moje wcześniejsze dokonania blakną. Niewiele brakuje, a by się im udało, jasna cholera.
Błyskawicznie dociera do mnie, że przegram wojnę, bo znajduję się daleko od centrum wydarzeń - odległość była zaletą, ale tylko jako strategia obronna - i wtedy zaczynam myśleć o posłużeniu się wojskiem. Plan działania wyglądał następująco: użyć wojska do zaznaczenia naszej obecności w budynkach rządowych w Hawanie, skoro ze względu na odległość nie mogłem wykorzystać do tego celu partyzantki. Podstęp ten był możliwy do zrealizowania, jeśli zdołałbym uruchomić niektóre kontakty i w odpowiednim momencie dał nadzieję. W końcu takie były okoliczności. Włączyć do akcji wojsko oznaczało pokonać je, tyle że posługując się innym terminem: asymilacja.
Podczas negocjacji zaskakuje mnie to, co dzieje się 31 grudnia.
Wtedy przyszedł mi do głowy pomysł, by w Santiago de Cuba zorganizować stolicę. Aby Rewolucja była tam, gdzie przebywałem ja, a nie w miejscu, gdzie stoją budynki ministerialne, by nie groziło jej, że ktoś w Hawanie wpadnie na pomysł przeprowadzenia zamachu stanu, a Dyrektoriat, który już był w drodze, by zająć Pałac, podczas przejęcia władzy dokona sabotażu. Problemem nie był symbol jakiegoś tam pałacu, problemem byłem ja. Dlatego ogłosiłem stolicą Santiago i powoli zacząłem przesuwać się w stronę Hawany, aż dotarłem do Columbii. Już nie chodziło o to, by puścić miasto z dymem, wręcz przeciwnie. Santiago stało się 1 stycznia tymczasową stolicą, na wypadek gdybym musiał skonfrontować ze sobą mieszkańców wschodu kraju z hawańczykami. W końcu ruszyłem pędem do Hawany, zostawiając w odwodzie nową stolicę. Znacie obrazy z 8 stycznia 1959 roku. Czasami, gdy mam przy sobie pieniądze i ściskam w dłoni banknot o nominale jednego peso, przyglądam się tej scenie. Na wojennym czołgu, owacyjnie witany przez obywateli, przemieszczam się pośród wysokich budynków miasta. Idylla. Nie może być inaczej, skoro nasz wjazd do Hawany zostaje utrwalony w Pradze na początku 1961 roku, gdy zlecamy Czechom wykonanie dla nas nowego wzoru kubańskiej waluty. Hawana. Nie będę ukrywał, że odczuwałem wtedy niepokój, siedząc na czołgu w otoczeniu batistowskich oficjeli i hierarchów. Ostatnie moje wspomnienie z Hawany to spotkanie z Chinem Esquivelem na dzień przed wyjazdem do Meksyku, by przygotować ekspedycję na Granmie. Pamiętam, że horyzont nagle zmienia się po wyjeździe z San Francisco de Paula, około piętnastu kilometrów od miasta, kiedy jedzie się Drogą Centralną. Tego styczniowego popołudnia patrzę na miasto jakby po raz pierwszy i nie rozpoznaję go. Mówię: "Jasna cholera, ależ kraj podbiłem. I to wszystko ma być teraz moje?". Razem ze zgrają swoich brodaczy obrócę to w ruinę. Próbowałem ogarnąć wiele spraw naraz. Musiałem rozprawić się z tajną działalnością w Hawanie, a nawet w Santiago musiałem posprzątać po swoich prześladowcach. Należało ograniczyć miastom swobodę, aby partyzantka mogła utrzymać dominację. Jak się to zrobi, trzeba uderzyć w wojsko, jak dotąd nietknięte. Było to konieczne, aby Rewolucja mogła przetrwać. To stąd zielone światło dla zapobiegawczych egzekucji. Ale najpierw wydaję rozkaz pozbycia się trzech amerykańskich misji wojskowych. Wiedziałem, jaki to wywoła efekt i jak wpłynie na moralność wysokiego dowództwa wojskowego, a nawet krajowej burżuazji. Po raz pierwszy, odkąd ustanowiona została Republika Kubańska, wojskowi będą musieli radzić sobie sami.
1 Chodziło też o pieniądze, od 300 do 900 milionów dolarów zdeponowanych za granicą, które zamierzaliśmy odzyskać w zamian za pustą obietnicę, że go nie rozstrzelamy. Starania, by postawić go przed rewolucyjnym wymiarem sprawiedliwości, trwały całe lata, właściwie aż do jego śmierci. Oddział podległy Głównemu Dowództwu do Działań Specjalnych (DGOE), który miał dopaść dyktatora w Palma de Mallorca, został odwołany o poranku 6 sierpnia 1971 roku, kiedy międzynarodowe źródła podały informację o śmierci Batisty na skutek zawału (przyp. autora).
2 Hiszpański odpowiednik "Reader's Digest" (przyp. autora).
3 Larrazábal był przywódcą ruchu rewolucyjnego, który przejął władzę po obaleniu dyktatora Marcosa Péreza Jiméneza (przyp. autora).