Fidel Castro. Prawdziwa historia - Norberto Fuentes

Reflow text when sidebars are open.
1.
Wszystkie trzy książki, które wręcza mi przyjaciel jako dzieła wzorcowe - Autobiografia Alicji B. Toklas Gertrudy Stein, Pamiętniki Hadriana Marguerite Yourcenar i wspomnienia Benvenuta Celliniego - okazują się w istocie kunsztownymi wersjami literackimi trzech rodzajów wspomnień. Dwie pierwsze ze względu na formę, w jakiej mierzą się z rzeczywistością, trzecia dzięki swej literackości, Cellini bowiem, jak mówią, wszystko lub prawie wszystko zmyślił. W moim wypadku, wiadomo, nie trzeba nadto silić wyobraźni, by zyskać czytelników. Poza tym, że miałem okazję oglądać siebie samego poprzez pryzmat autorów, którzy badali moje życie i wydali stosowne traktaty - liczba moich biografii idzie w setki - niniejsza książka może wzbogacić mnie o spojrzenie na siebie własnymi oczami. Dysponuję bogatym materiałem, który nie zawsze, wyznam, służy ukazaniu mojej osoby czy mojego postępowania w korzystnym świetle. Nie wahałem się jednak - w konfrontacji z przeżytymi zdarzeniami - wydobyć szczegółów, które mogą wydawać się śmieszne czy nawet godne ubolewania. Cokolwiek by mówić - a zrozumiałem to w trakcie pisania - owe negatywne szczegóły pozwalają oddać gamę niuansów i nie tylko czynią opowieść bardziej wiarygodną, ale też tworzą sympatyczniejszy wizerunek jej bohatera. Podam przykład. Pewnego dnia moja żona Dalia, dwóch szefów ochrony, Mainé i Cesáreo, a nawet mój syn Antonio, wówczas student medycyny, zatrwożyli się stanem mojego zdrowia, myśląc, że lada chwila dostanę zawału. Wściekłem się na samego siebie z powodu snu, w którym wypaliłem, po sam koniec, wyśmienite cygaro Cohíba. Jakże mi smakowało! Raczyłem się gęstym dymem na podniebieniu, upajałem wizją dostojnych, konfekcjonowanych na wymiar lansjerów z czasów, gdy jeszcze należałem do oddanych palaczy i bez najmniejszych przeszkód radziłem sobie z idealnym pierścieniem żaru. I wtedy nagle się obudziłem. Był to chyba sen z udziałem największej liczby świadków w historii, najbardziej brzemienny w konsekwencje (przynajmniej w kręgu najbliższych), w wymiarze obiektywnym, materialnym, namacalnym, konsekwencje, które wykroczyły poza doznania oniryczne. Darłem poduszki, w pokoju fruwało pierze, padłem bezwładnie na sofę, stłukłem o podłogę dwie szklanki. Wydarzyło się to dwa, trzy lata po tym, jak zerwałem z nałogiem, o czym w swoim czasie powiadamiałem każdego bez wyjątku dziennikarza, który zjawił się w Hawanie. Chyba nikt nie dokonał tak stanowczej i bezwzględnej introspekcji własnego zachowania jak ja owego poranka, kiedy to nieme oskarżenie siebie samego skłoniło mnie na początku do podwojenia podatku od papierosów i cygar konsumowanych przez społeczeństwo. Oduczyć palenia - taki był cel. Najbardziej wkurzyło mnie to, że sam intensywnie doświadczyłem tej przyjemności i obudziłem się z satysfakcją zawodowego palacza, który właśnie delektował się do ostatniego macha cudem kreolskiej manufaktury. Wezwali Zelmana, mojego lekarza, Pepína Naranjo, mojego sekretarza i sąsiada z chronionego kompleksu, i dopiero gdy zjawił się kapitan Nú?ez Jiménez, typ naukowca w guayaberze z rolexem na ręku, który towarzyszył mi we wszystkich szaleństwach z początku Rewolucji, zdołałem się uspokoić. "?aco - zwróciłem się do niego - masz pojęcie, z jaką frajdą wypaliłem to cygaro?".
Oryginalna wersja Autobiografii - na którą składały się dwa zeszyty z trzynastoma rozdziałami w każdym - była sporadycznie pisana na komputerze albo laptopie, w większości zaś niezawodnym piórem wiecznym na lśniącej prezydenckiej papeterii przeznaczonej do mojego wyłącznego użytku. Odkryłem, jak cudownie można wykorzystać czas na pokładzie starego zacnego iła-62, którym odbywałem polityczne wyprawy międzykontynentalne, jak w czasie pisania zrobić użytek z rozkładanych stolików samolotowych, jak dać się ponieść na manowce wspomnień, a nawet czerpać natchnienie z odgłosu czterech znakomitych turboodrzutowych silników Sołowiew D-30 kW, nieustających w metalicznym śrutowaniu. Przemieszczając się w słusznym już wieku z Hawany do dowolnego miejsca spośród moich dawnych obszarów konkwisty lub tam, gdzie obwoływano mnie bohaterem i jako takiego goszczono - w Afryce, Azji czy Ameryce - piszę. Tworzy się więź między pamięcią a słowami. Pamięć wytrwale przywraca mi przeszłość i zachęca, bym ją chwytał i przenosił na ekran bądź papier. Udaję się do tych odległych scenerii, które już do mnie nie należą i gdzie starego i zwapniałego bohatera, jakim jestem, przyjmują młodzi prezydenci i dygnitarze jako swoiste kuriozum. Czasem silą się na uprzejmość, podając mi ramię, żeby pomóc mi zejść ze schodów pokładowych i przez płytę lotniska poprowadzić mnie tam, gdzie czeka orkiestra, kompania reprezentacyjna wojska, ambasadorowie, flagi i kwiaty. A ja rzucam wtedy ostatnie spojrzenie do wnętrza samolotu na stolik z porzuconym czasowo laptopem albo stertą kartek, które sprawny sekretarz Chomi składa i przezornie chowa do aktówki. Przede mną trzy, cztery dni zadań oficjalnych, zręcznych dowcipów dla uszu dziennikarzy, wyszukanych na poczekaniu słów podziwu i uznania dla moich gospodarzy oraz kraju, a przez cały ten czas w głowie tylko jedna rozpaczliwa myśl, aby zasiąść z powrotem do pracy nad książką. Właściwie tylko tym tak naprawdę powinienem się zajmować, dobrze odziany, może w szalu na szyi, z filiżanką gorącej herbaty bez cukru w zasięgu ręki, tak by móc ją pić łyczkami lub w każdej chwili zażyczyć sobie następnej. Dopóki będę pisał.
Tak więc niniejsze strony nie tylko odpowiadają temu, co inni autorzy nazwali - w dziedzinie literatury - podróżą sentymentalną, lecz powstawały w czasie faktycznej podróży sentymentalnej mojego bytowania na tym świecie. Najczęściej towarzyszy jej dźwięk sowieckich silników Sołowiew i chłodny, profesjonalny głos pilotów, który dobiega moich uszu z ich kabiny, gdy łączą się z wieżą kontrolną i podają pozycję CU-T1208 linii lotniczych Cubana z VIP-em na pokładzie. Unoszę wtedy wzrok znad laptopa i w rutynowy sposób spoglądam ku wnętrzu kabiny pilotów. Tam widać tylko cienie i co jakiś czas fosforyzujące światła zegarów na tablicy rozdzielczej. Cubana Airlines CU-T1208. Cubana CU-T1208, With a VIP on board. VIP on board. I repeat. Na wysokości dwunastu kilometrów nad Oceanem Indyjskim wszyscy moi towarzysze śpią. Ja piszę.
Pierwszy zeszyt dotyczy okresu od 13 sierpnia 1926 do 1 stycznia 1959 roku. Drugi - od 1 stycznia 1959 do 13 sierpnia 2001 roku. Pierwszy obejmuje czas od moich narodzin w posiadłości Manacas w Biránie do ucieczki dyktatora Fulgencia Batisty. Drugi przybliża zniszczenie aparatu państwowego Republiki i ustanowienie tymczasowej władzy rewolucyjnej, następnie pełny okres Rewolucji. Na początku pracy autor miał sekretny zamiar uwydatnić w konstrukcji tekstu swoje przywiązanie do liczby 13 i jej wielokrotności. To coś w rodzaju fatum porządku numerycznego, czemu dawałem wyraz w rozmaitych wywiadach z zagranicznymi dziennikarzami, ale co mogło się przeobrazić w tour de force, jako że ciężar narracyjny książki skupia się na drugiej jej części. W obecnym wydaniu owa struktura nie tyle została zniesiona, ile dostosowana do wymogów szybszej lektury, zawsze jednak z myślą o podziale na siedem głównych podrozdziałów, tak by trzymać się liczby bliskiej naszej sprawy. Wszak siedem, cudowna siódemka, jest liczbą, z którą też się utożsamiam i która swego czasu była wykorzystywana w celach taktycznych do identyfikacji ruchu rewolucyjnego. Ruchu Rewolucyjnego 26 Lipca. Siódemka widniała na bransoletach partyzantów. Na graffiti. Wymawiano ją ściszonym głosem na potajemnych spotkaniach. M-26-72.
Tutaj, w swego rodzaju wstępie tłumaczącym, dlaczego postanowiłem spisać wspomnienia i skąd jako odniesienie, przewodnik oraz inspiracja wzięła się autobiografia Benvenuta Celliniego, dokonam pewnego spostrzeżenia. Cellini opisuje, a także odzyskuje dla nas świat, w którym nie istniały dzisiejsze sposoby komunikacji, w którym wszystko spowijał nimb tajemnicy. Teraz mamy zdjęcia, nagrania wideo, za dużo jednego i drugiego. Odkąd pojawiła się fotografia, cały świat sztuki zrobił krok wstecz, został zmuszony ustąpić pola. Mam na myśli pole sztuki narracyjnej. Gdy człowiek zdołał uchwycić światło, przenieść je na kartkę papieru, a potem ów obraz uwiecznić, literaturze i malarstwu realistycznemu pozostało szukanie innych dróg. Co ja takiego mogę opowiedzieć, czego nie da się odnaleźć w szufladzie biurka służb specjalnych czy w którejś z gazet? Otóż to, co zachowałem na swój użytek, a co dotyczy intencji i rozgrywek.
Rzeczą banalną, by nie rzec absurdem, jest próba rozszyfrowania, a co gorsza osądzania kogoś takiego jak ja tylko na podstawie pozorów. Z powodu niezrozumienia moich poczynań staję się łatwym celem obelg. Obraza zastępuje głębszy ogląd.
Pozostaje mi więc pisanie. To mój ostatni system propagandy rozumianej zgodnie z pierwotnym znaczeniem słowa "propaganda" od "propagować" ("upowszechniać"), a nie jako tandetna (choć czasem bardzo potrzebna i skuteczna) agit-prop ("agitacja") z jej kapitalistyczną wersją reklamową.
Niezawodny jest system porozumiewania się zwierząt, gdyż opiera się na ich czujnikach emocjonalnych, na ich wrażliwości, a nie na słowach. Słowa w równej mierze służą prawdzie jak kłamstwu, ale to słowa są środkiem komunikacji dostępnym ludziom.
Tworząc pewne zdanie o moim ojcu pod koroną tamaryndowca, które znajduje się w dalszej części - prawdziwy początek pierwszego zeszytu wspomnień - intuicyjnie odkryłem to, co ktoś inny nazwał brakiem świadomości dwóch najbardziej transcendentnych faktów ludzkiej egzystencji: naszych narodzin i naszej śmierci.
W moim wieku jedynym doświadczeniem godnym zainteresowania pozostaje śmierć. Na morzach, po których dziś żegluję, nic mnie już nie zadziwia. Wszystko, czym jestem teraz i czym będę w przyszłości, to historia. Swego czasu ów termin mnie onieśmielał, historia była pewną normą zachowań, później zdałem sobie sprawę, że nic takiego nie istnieje, że najlepszym tworzywem historii jest władza. Chyba najlepiej to wyraziłem, powtarzając, że władza jest po to, by ją sprawować, ale jakie znaczenie może mieć dla mnie historia, której nie będę świadom.
Udowodniłem, że strategia - która należy do najtrwalszych właściwości polityki - na nic się zdaje, że tylko taktyka jest warta zachodu. Zapoznałem się z wieloma poświęconymi mi biografiami, co ułatwiło mi pracę. Nie staram się więc w tej książce odpierać argumentów ani przyjmować pozycji defensywnej, choć, owszem, zamierzam przedstawić sam, własnymi słowami, moją interpretację faktów, których jestem bohaterem, a o których panuje wielce fałszywe wyobrażenie. To nie jest obrona, pragnę jeszcze raz podkreślić, lecz wyraz niezgody, by ludzie mający niewiele wspólnego z wydarzeniami, których byłem inspiratorem, przeinaczali je lub analizowali. Odtąd, przynajmniej wobec wydarzeń, o których tu mowa, trzeba się będzie odnosić do mojej interpretacji i moich pobudek. Istotnie zwycięstw i triumfów, medali i wiwatujących tłumów oraz wyrazów uwielbienia mi nie brakuje - kto wie, czy nie jestem najbardziej oklaskiwanym człowiekiem w historii, goszczonym przez największą liczbę prezydentów, dygnitarzy, człowiekiem, który może sobie przypisać najwięcej bohaterskich czynów.
Ja, ja sam, najechałem więcej krajów niż Aleksander Wielki, do tego znacznie odleglejszych; rzuciłem wyzwanie dwóm imperiom po stokroć potężniejszym od Rzymu i Egiptu i wszystkich staro- i nowożytnych potęg razem wziętych, a moje imię przez niemal pół wieku na całym świecie pojawiało się jako informacja dnia znacznie częściej niż jakiekolwiek inne wiadomości. Podpisana przeze mnie flaga powiewa na Antarktydzie (o ile może powiewać zamarznięta flaga). Na moją cześć wiwatowano w tumulcie walk na wzgórzach Golan, na angolskiej pustyni Moçâmedes i w wenezuelskich górach Falcón. Wietnamski batalion przybrał moje imię w czasie wojny przeciwko jankesom, otrzymałem szablę marszałkowską Związku Radzieckiego. Ale.
Ale.
Wolnego, ta książka nie jest pochwałą próżności, lecz owocem wysiłku intelektualnego.
Doprawdy, jeśli na koniec, oprócz dowodzenia okrętem, pozostaje pisanie, nie powinienem przytaczać znanej sentencji, że wszystkie zakończenia są złe. Bo tak nie jest.
Pisanie. Wielokrotnie zastanawiałem się nad nim. Chciałem się nawet wycofać z życia publicznego i poświęcić temu zajęciu. Wielu uczonych poczyniło wysiłek i napisało o mnie; wśród nich byli Tad Zulk, Herbert Matthews, Ann Gayer, a także Robert E. Quirk i Anglik Hugh Thomas, którego królowa Elżbieta uhonorowała orderem rycerskim za książkę o mojej Rewolucji. Che Guevara, umierając, myślał o mnie. Generał Arnaldo Ochoa poprzysiągł, że będzie miał mnie w pamięci w chwili, gdy go rozstrzelają. Tymczasem ja, zanim postawię ostatnią kropkę, czuję powinność, aby dedykować te strony zwykłemu żołnierzowi Rewolucji Kubańskiej, młodemu artylerzyście o imieniu Eduardo García Delgado, który napisał moje imię - Fidel - palcem zamoczonym w kałuży z własnych trzewi, dogorywając po zdradzieckim bombardowaniu naszej stolicy 15 kwietnia 1961 roku, w przeddzień desantu na Playa Girón. I nie chodzi też o drobiazgowe spisanie całej historii, przedstawionej już w setkach, jeśli nie tysiącach książek - nie tylko mojej historii, lecz całej Rewolucji Kubańskiej, co w zasadzie oznacza to samo. Wolę skoncentrować się na sprawach, które osobiście uważam za warte omówienia dlatego, że są nieznane, poddać je pewnej refleksji, wyjaśnić i rzucić światło na fakt, iż często wydawałem się wyniosły, a bywa, że szydzę z innych. Tych bliskich mojemu sercu uformowałem. Innych, to prawda, nie darzę szacunkiem. Gdyby jakiś czytelnik w przyszłości - pozostający z dala od moich domniemanych czy realnych manipulacji albo w innej przestrzeni, której nigdy nie poznam, co na jedno wychodzi - znalazł tu wyjaśnienia przydatne jego interesom lub poczynaniom, takie, które posłużyłyby mu do planowania czy wszczęcia jakichś działań, cokolwiek by to było, może się zaliczyć do ludzi godnych mojego szacunku.
Skoro obracałem się w świecie zamieszkanym przez osobników bojaźliwych i słabych, jak miałbym się nagiąć do tych, których sam zniewalałem. Muszę pisać dla istot wyższych.
Pozwolicie teraz, że opowiem, co się wydarzyło owej burzliwej sierpniowej nocy w 1926 roku, kiedy się urodziłem, o godzinie drugiej w nocy w domu na palach w posiadłości Manacas, i podzielę się wspomnieniem o moim ojcu. Moim ojcu w cieniu tamaryndowca.
W cieniu kwitnącego tamaryndowcaPalił pod tamaryndowcem, podczas gdy kobiety oprawiały zwierzęta albo obierały jukę. Biedaczysko. Widzę go, jak zażywa chłodu pod drzewem, które górowało nad patiem, ze swoim grubym pniem (dobre siedem metrów w obwodzie), z gronami małych kwiatów w koronie, z gęstym i lśniącym listowiem napełniającym dom rześką aurą. To dwudziestometrowe, wiecznie zielone drzewo znaczyło swoim cieniem teren nawet w suszę. I bujnie obradzało pięciolistnymi kwiatami w zwartych kiściach, żółtopomarańczowymi z czerwonymi prążkami, i fiołkowymi pąkami.
Rozumiem więź, jaka może zaistnieć między człowiekiem a otoczeniem. Myślę, że widok ojca obok starego tamaryndowca, którego wiek szacowano na ponad sto lat, jest pierwszym sprawdzalnym doświadczeniem w moim życiu. Pamiętam nieomylne znaki lata. Zbiór trzciny cukrowej dobiegł końca, zastępy maczetników opuszczają okolicę, gasną kominy pobliskich cukrowni w Marcané. Wówczas tamaryndowiec rozkwita, a mój ojciec opuszcza swoje zimowe schronienie na domowym strychu i pod drzewem oddaje się długim procesom trawiennym, z cygarem w dłoni i szeroko rozłożonymi grubawymi nogami. Patrząc na rozkwitły tamaryndowiec, można być pewnym, że lato czai się tuż za rogiem. Gorączka, jak nazywają tę porę miejscowi wieśniacy. Potem, z początkiem lipca, odbywa się kolejny rytuał w wykonaniu ojca. W każdym razie tak to pamiętam. Zachwyty nad płodnością drzewa i nieustanne powtarzanie, ile to funtów owoców udało mu się zebrać.
Drewniane ławki, na których dawnymi laty przesiadywał mój ojciec, ustawione wokół grubego pnia drzewa, według mnie wyznaczały cztery strony świata. Nieco z tyłu, po lewej, jest zbiornik z wodą, umieszczony na czterech cementowych podnóżkach, a jeszcze dalej widać poczerniałe pale z drzewa caiguarán, na których stoi mój dom. Jak mówiłem, oto mój ojciec. Widzę go z cazadorem de pita, z solidnym brylantem na prawej dłoni, w której właśnie trzyma cygaro, nie pozwalając mu zgasnąć i nie usuwając banderoli do chwili, aż niemal dosięgnie ją żar, tuż przy jego ustach. Cazador de Pita była jego ulubioną marką cygar. Carreros, wozacy, jak mówiliśmy na obwoźnych sprzedawców, dostarczali je masowo pod same drzwi posiadłości. Potem, gdy ojciec otworzył sklepik po drugiej stronie drogi naprzeciwko domu, to tam składowano tytoń i resztę towarów.
Poza tym ojciec ma na nogach wysokie gumiaki i jest w guayaberze, na której da się zauważyć plamy po kawie.
Widzicie go teraz? Dobrze, a więc to jest ów sielski i do cna kubański pejzaż, który ja za trzydzieści lat zniszczę. Nie do wiary. Wszędzie, gdzie tylko napotkam podobny klimat, dosłownie wszędzie, zniszczę go. Nie żebym go nienawidził czy uważał, że na to zasługuje, albo cokolwiek zakładał z góry, lecz dlatego - będę wierzył do samego końca - że to jest wynik pewnego procesu. Ja sam naruszę porządek i z czasem, żeby zachować nad tym kontrolę, nie pozostanie mi nic innego, jak przyłączyć się do wyzwolonej przeze mnie siły. Bo tak po prawdzie, nie mogę powiedzieć, żeby tam, wśród tego pejzażu, było mi źle. A właśnie w tym punkcie niemal wszyscy moi biografowie zawodzą. Gdy doszukują się w moim dzieciństwie w Manacas w Biránie przyczyn Rewolucji Kubańskiej, jakby obserwowali zachowanie psa Pawłowa. Nie chcą przyznać, że Rewolucja była procesem intelektualnym. Po pierwsze dekantacji. Po drugie funkcjonowania. Po trzecie kontroli. I nie pojmują, iż żaden z mechanizmów, które uruchomiłem, albo przynajmniej pobudziłem, nie ma nic wspólnego z dzieciństwem szczęśliwego dziecka.
Sytuacja czy epizod, który opisuję - mam pięć lat, kiedy ojciec, niczym jakiś kacyk pod tamaryndowcem, wyciąga pulchną dłoń z połyskującym na palcu diamentem i zwraca się do mnie "synku" albo "chłopie" - ogranicza się do obserwowania pejzażu, świata. To jest to, co widzę. Cały świat. I choć teraz nie umiem tego w pełni wyjaśnić, odbieram go jako nienaruszalny. To cały krajobraz, jaki istniał. I przyznam, że dla mnie był wystarczający. Średniowieczny krajobraz, który musiał wówczas trwać, niezmienny, odkąd ojciec, by założyć kolonię cukrową, przedarł się przez góry i wyciął lasy porośnięte drzewami ácana i caiguarán, mahoniowcem i hibiskusem. Mam wrażenie, jakbym przemierzał go, kręcąc się wokół własnej osi, lecz w zwolnionym tempie. Skrzynia na lód znajduje się przy szopie, w której trzyma się garnki i zboże, gdzie stoi długi stół, przy którym kobiety zajmujące się domem (moja matka, starsza siostra Angelita, służąca) oprawiają skórę czy, jak mówią, rozbierają świniaka, i gdzie w jednym z kątów postawią potem młynek do kukurydzy, a stół ma wydrążony kanał, którym wprost do wiadra postawionego na podłodze spływa krew zwierzęcia. I ponieważ nikt nie wie, co znajduje się w skrzyni na lód, wciąż możemy tu mówić o krajobrazie średniowiecznym.
Dom jest zwrócony frontem do drogi. Droga prowadzi do Cueto, pół godziny jazdy konno, dziesięć minut autobusem. Okna wychodzą na północny wschód, a na Kubie okna od tej strony otwierają się pod warunkiem, że budowniczy naprawdę znał się na swojej robocie. To stamtąd, niesieni przez pasaty, przypłynęli Hiszpanie. Ojciec popala cygaro, woła mnie do siebie i mówi, że kończę pięć lat, więc podaruje mi jedno peso. "W tym roku to ścierwo dało mi trzysta pięćdziesiąt funtów", dodaje.
Trzysta pięćdziesiąt funtów tamaryndy.
Teraz swoim cygarem wskazuje koronę tamaryndowca, z której znikły już, do kolejnej wiosny, wszystkie kwiaty i owoce.
Pytam go, ależ, ojcze, dlaczego nie dostanę pięciu peso. Pięć peso. Jedno za każdy rok. A ojciec na to, ożesz ty, łobuzie, jedno peso to pięć peset. Jakie znowu pięć peso? Taki mały, a już taki cwany.
Najmłodsze kobiety - moja siostra Juanita i nie wiem, może Emma i jakaś inna Murzynka, córki najemnych robotników z Haiti, którzy zostali w okolicy po zbiorze trzciny cukrowej - obierają naprzeciwko ojca jukę, a dalej, na górze w kuchni, ktoś, nie wiem kto, przygotowuje congrí, ryż z fasolą. Któraś z ciotek, może babka, może służąca. Małego Raulita jeszcze nie ma na scenie. Albo śpi w kołysce, albo się jeszcze nie urodził. Później to obliczę.
Wspominam, że kuchnia była na górze, bo dom został zbudowany na palach o wysokości ponad dwóch metrów. Także budynek poczty, który widać było sprzed bramy majątku, i szkoła stały na palach. Dopiero po latach odkryłem, dlaczego tyle domów i budynków publicznych na kubańskiej wsi stawiano na drewnianych palach albo betonowych słupach. Chodziło o to, by oszczędzić sobie wybierania ziemi pod fundamenty i nie wydawać fortuny na cement. Nie był to wymysł skąpego Galisyjczyka, jak twierdzą niektórzy, chcąc przyganić mojemu ojcu. Był to rozsądny zwyczaj budowlany, rządził się swoją logiką i na wsi stosowano go dość powszechnie. W pobliskim Banes na przykład domy potentatów z United Fruit w tak zwanej dzielnicy amerykańskiej też budowano na betonowych słupach. Nikomu jednak nie przyjdzie do głowy nazywać tych jankesów szczwanymi sknerami. Jedyne, co się rzucało w oczy, to zwierzęta, które chowały się pod domem, najróżniejsze stworzenia, prawie wszystkie uparcie nazywane przez ojca "domowymi". Klasyfikacja ta obejmowała krowy, kury, indyki, owce i kaczki. Ale nie świnie. Świnie miały chlew. Była w tym pewna racjonalizacja podziału przestrzeni, jaką sam obmyślił. Nie tylko zaoszczędzono na cemencie, lecz dzięki wykorzystaniu nieco dłuższych pali niż zazwyczaj oszczędzało się na stajni.
Idziemy dalej. Okno kuchenne, które wychodzi na stronę przeciwną do kierunku wiatru, żeby zapachy i opary znajdowały naturalne ujście, ma wspórkę podtrzymującą uniesione skrzydło po to, by wyrzucać resztki kuchenne, które z wysokości dziewięciu metrów spadają wprost do szerokiego cebrzyka. Gromadzona w ten sposób jadalna i wodnista substancja, z chwilą gdy wyląduje w cebrzyku, zwie się zupką i trafia do świńskich koryt. A tamaryndowiec przydaje uroku całemu patiu. Wkoło pachnie czystym powietrzem, gdy utrzymuje się wiatr, i jeśli nie umilknie, można nigdy nie poznać woni krwi ofiarnej, a kwiaty, jak mawia moja matka, tworzą klimat, i to jest coś, co zapisuje się w świadomości. Są też gliniane cegły tworzące cembrowinę wokół grubego pnia tamaryndowca, przywiezione z małej cegielni w Cueto, identycznie jak w każdym miasteczku na Kubie, z takim samym piecem, takimi samymi wózkami, takimi samymi czarnymi robotnikami zlanymi potem, z łopatami w dłoniach i okazałymi nagimi torsami lśniącymi jak po deszczu.
"Nie ma mowy o pięciu peso", mówi ojciec.
Przygląda mi się uważnie, a ja dostrzegam szelmowski błysk w jego oczach. Wiem, że jest w dobrym humorze, bo łagodnieje na twarzy i zniża głos, tak żeby kobiety, które obierają jukę dwadzieścia kroków od nas, nie usłyszały tego, co chce mi powiedzieć, a mówi coś, na co nie jestem jeszcze przygotowany, nawet żeby to zrozumieć, ale dzięki czemu wyczuwam, że istnieją jakieś drzwi i że te drzwi mogą się otworzyć, a dalej za progiem jest przestrzeń i możliwości, których znaczenia nie potrafię jeszcze pojąć, i w tym nierozumieniu po raz pierwszy w życiu odczuwam niepokój i nawet zapominam o czterech peso straconych w źle poprowadzonej rozgrywce.
"Czyżby paniczyk potrzebował pieniędzy na dziewczynki? Hm? Może ptaszek już się pali do wylotu z gniazdka? Czekam na wieści i sam ci do tego poszukam fachowej panienki, która nie zedrze ze mnie więcej jak cztery pesety".
W głębi dziedzińca jest chatka, w której ojciec trzyma radio RCA Victor i czasem ucina sobie sjestę, i gdzie mój najstarszy brat Ramón słucha meksykańskiej muzyki, ale ojciec nastawia tylko radiowe powieści, gdy tylko uda mu się coś złapać.
Za chlewem stoją traktory, fergusony i caterpillary.
W historyjkach, które powstaną za sześćdziesiąt lat - po to, by mnie odmalować jako produkt bandyckiej rodziny - ludzie z United Fruit, z zarządcą Hodgkinsem na czele, wpadają niczym piorun gniewu tam, gdzie stoją zaparkowane maszyny, i oskrobują blachę, szukając śladów oryginalnego lakieru, co odkrywa ich wczorajszy właściciel, czyli sam don Hodgkins z kieszonkowym scyzorykiem, zbawiennym i karzącym ostrzem, którym wygraża teraz mojemu ojcu. O posiadłości Manacas, którą ojciec wykarczował własnymi rękami i na której dorobił się jedynych luksusów w swoim życiu (doprowadził do domu elektryczność, zadbał, żeby nie brakowało mu ulubionych cygar, i nabył brylant na serdeczny palec swojej prawicy), powstało wiele kłamstw biografów, którzy nie wiedząc, jak obsmarować dziecko, uderzają w człowieka oddanego pracy. Biedny ojciec. Jeśli w ogóle przywołujemy w rodzinie don Hodgkinsa - a rzadko mamy okazję się spotkać na taką sesję wspominkową - to jako pijaczynę, który był żywym dowodem na istnienie sporej rezerwy koniaku w Biránie i z którym ojciec zawsze wdawał się w dyskusje o zatopieniu pancernika Maine. Ojciec, który dotarł na Kubę jako żołnierz, czuł się w obowiązku obwiniać Amerykanów o zatopienie własnego okrętu, co miało stworzyć pretekst do wypowiedzenia wojny Hiszpanii. Hodgkins, rzecz jasna, bronił stanowiska przeciwnego. Owe posiedzenia przy koniaku z wojną amerykańsko-hiszpańską w tle robiły wrażenie, jakby te dwa kraje miały znowu wypowiedzieć sobie wojnę. Ojciec podnosił dagerotyp - a może była to pocztówka? - z widokiem szczątków pancernika Maine w Zatoce Hawańskiej, który specjalnie na tę okazję trzymał pod ręką w jadalni, i pozwalał sobie na drwiący ton, jakiego nie słyszałem u niego w żadnej innej sytuacji: "Nie zaprzeczy pan, don Joquins, że ktokolwiek ten dynamit podłożył, nasi, nie nasi, wiedział, co z tego będzie. Widzi pan, moim zdaniem to świadczy o jednym, o zatopieniu statku z pełną świadomością popełnionego czynu. Niech pan na to spojrzy, na miłość boską. Całkowicie zatopiony". Chociaż później, a to pamiętam doskonale, gdy zataczający się don Hodgkins oddalał się do swojego samochodu, ojciec rzucał takie zdanie do mojego brata Ramóna: "Wciąż nie traktują mnie serio". Jak łatwo odebrać ziemię Amerykanom, burząc ich graniczne mury. Nikt nie potwierdzi prawdziwości tej historii. Rozciągnąć swoje osiemset hektarów kosztem United Fruit, przesuwając granice, do tego nocą - to przekracza nawet moją wyobraźnię. Chociaż na dobrą sprawę moim zdaniem jest coś godnego w legendzie o rekrucie w hiszpańskiej armii, który wygrywa wojnę po wojnie. "Świniak dla pań", krzyczy do wszystkich kobiet, które krzątają się po kuchni, obierają juki albo ćwiartują zwierzaka. "Ale fabada3 dla mnie".
"Słyszycie? Kobiety, do jasnej cholery. Świniak dla was. Fabada dla mnie".
Na górze w domu stoją drewniane obite skórą meble, ogromne i mocne, a na końcu patia jest toaleta. Pod łóżkiem umieszcza się miednicę służącą do opróżniania pęcherza nocą, której zawartość wylewa się przez okno. Nadjeżdża powóz z lodem ciągnięty przez muła. To powóz don Hildemara. Zawsze w pobliżu znajdzie się też jakieś porzucone koło od wozu, zawsze dzieciak albo wuj - gdy tylko zakosztuje alkoholu - wzywa wołu.
Niedziela 16 sierpnia 1931 roku. Będziemy świętować moje urodziny, z trzydniowym opóźnieniem, bo wypadły akurat w dzień roboczy. Odpust, mówi ojciec, tak to się nazywa, i kładzie swoją ciężką dłoń na mojej głowie. Przyjmuję ten gest jako oznakę czułości. Ta sama dłoń spoczywająca na mojej głowie to moje pierwsze wspomnienie związane ze światem doczesnym. Nie podam - bo tego nie wiem - kiedy wypowiedziałem pierwsze słowo czy, jak mawiały kobiety w naszym domu, zacząłem się wdzięczyć, ale pamiętam cyklon wiejący na południe od Biránu, gdy miałem dwa lata, i kojarzę ową chwilę z ciężarem mocarnej dłoni żołnierza z hiszpańskiej Galicii. Biránu nie nawiedził żaden huragan w dzień moich urodzin, jak twierdzą niektórzy biografowie. Amerykanka Georgie Anne Gayer, mimo swojej niechęci i rasistowskiego podejścia, nie opiera się pokusie przypisania mi nadludzkich mocy, na co miałby wpłynąć właśnie niszczycielski huragan wiejący w okolicy w dniu, kiedy się urodziłem. Gdzieś nieopodal, jak napisano w dokumentach z epoki, wiały dwa cyklony, mocno padało, chwilami się błyskało, a niebo przybierało czerwoną barwę, ale w sierpniu to nic niezwykłego. Na Kubie nigdy nie spadł śnieg. Niekiedy tylko w najwyższych partiach Sierra Maestra niemrawy szron pokrywa roślinność. Temperaturę mamy wysoką, lecz bez przesady, słonecznych dni nie ma wiele, a pasaty czynią klimat znośnym. Występują jednak cyklony. Gdy się uformują, prędkość wiatru dochodzi do trzystu kilometrów na godzinę, pojawiają się gwałtowne ulewy i dochodzi do podtopień. Monstrualne cyklony zjawiają się wraz z ciepłym prądem (oko cyklonu), którego średnica wynosi od dwudziestu do pięćdziesięciu kilometrów, a temperatura wewnątrz podnosi się o dziesięć stopni. Wirujący słup może urosnąć do wysokości od pięciu do ośmiu kilometrów i swoim zasięgiem objąć trzysta kilometrów w ciągu średnio ośmiu dni. Ale ja nie mogłem wiedzieć, że przychodzę na świat 13 sierpnia 1926 roku, około godziny drugiej w nocy, ani że huragan krążył wtedy w pobliżu Biránu, niepokojąc mieszkańców. Ale o cyklonie w 1928 roku - dwa lata później - już wiedziałem, czułem niebezpieczeństwo i deszcz, jeszcze dziś słyszę dźwięk kołatających okiennic i pamiętam ciepło dłoni ojca, silnego i surowego Galisyjczyka, gdy spoczywa na mojej głowie. Matka trzyma mnie na kolanach, a ja po raz pierwszy nabieram świadomości burzy, doświadczam, jak to jest znajdować się w jej centrum, jak potrafi ona wodzić za nos nawet wtedy, kiedy przebywa się w domu, kiedy na zewnątrz szaleją wiatr i powódź, a ty poznajesz wartość schronienia pod dachem, bo ręka ojca spoczywa na twojej głowie, podczas gdy matka chroni cię w ramionach. Następnego dnia dowiaduję się, czym jest zniszczenie - nie pamiętam teraz, czy mi o tym opowiedziano, czy widziałem to na własne oczy: na podłodze rozlana woda toaletowa, trzcina cukrowa sponiewierana przez wiatr, krowy i inne zwierzęta potopione, ludzie też.
Opowiedziałem kiedyś brazylijskiemu księdzu, bratu Betto, który nagrywał ze mną wywiad, o gorącej wierze mojej matki. Ksiądz był rewolucjonistą, przedstawicielem niespokojnej i drażliwej latynoamerykańskiej lewicy, którego zresztą darzyłem sympatią. Chciałem zaspokoić jego wyobraźnię, nie powiedziałem jednak, co oczywiste, całej prawdy. Co więcej, w tym, co powiedziałem, nie było choćby źdźbła prawdy. Opisując matkę jako kobietę dozgonnie religijną, nigdy nie wspomniałem, jakiej religii oddaje się ona z takim zapałem. Moja matka była wyznawczynią santerii4. Oprócz tego była przekonana, że zostałem wybrańcem. Wiedziała to, gdy jeszcze byłem płodem. Nosząc mnie w brzuchu, doznała objawienia, jej nienarodzony syn miał przyjść na świat, by wypełnić ważną misję, a to dlatego, że jego los naznaczyli bogowie. Była o tym przekonana tak mocno, że postanowiła mnie uświęcić, gdy jeszcze chodziła ze mną w ciąży. Opowiedziała mi o tym kilka dni przed triumfem Rewolucji, 24 grudnia 1958 roku, kiedy wymknąłem się na spotkanie z nią z gór Sierra Maestra. Kontrolowaliśmy teren, dlatego bez większej obawy o bezpieczeństwo mogłem się przemieścić - pobliskimi drogami i polami trzciny - w karawanie złożonej z czterech pojazdów i w towarzystwie około dwudziestu towarzyszy. Krajobraz zmienił się nie do poznania w ciągu czterech lat, które upłynęły od mojej ostatniej wizyty w domu, nie było mojego ojca i dom jakby się zmniejszył. Ale więcej opowiem o tym później. Nad Biránem zapadała noc. Matka czekała na mnie na górze, dlatego wszedłem po schodach na spotkanie z nią, podczas gdy moi ludzie, nie wiedząc, jak się zachować, kłębili się na dole przy schodach. Przed Liną Ruz González stanął żołnierz z przewieszonym przez ramię karabinem FAL, niegoloną od dwóch lat brodą, w nieco sponiewieranym oliwkowym mundurze, którego kieszenie wypełniał tytoń i dokumenty, opinającym mnie, jakby uszyła go na miarę wprawna ręka krawca, a nie był zdobyczą na wrogu, i ów żołnierz chwycił kobietę w ramiona, i kiedy niemal uniósł ponad ziemię, słyszy, jak ona mówi: "Aggayú"5. I nagle, jak należało się spodziewać, rozbrzmiewa różaniec skarg. Tym razem są to skargi miłe dla ucha. Że nikt mi nie wyprasował munduru. Że za paznokciami brud. Że towarzysze mają natychmiast opuścić gaj pomarańczowy. Że wyjadają pomarańcze. "I co najważniejsze, Fidelu. Jak śmiałeś wydać rozkaz spalenia pól trzciny cukrowej? Całe szczęście, że twój ojciec, niech Bóg ma go w swojej opiece, spoczywa spokojnie w trumnie. Fidelu. Fidelu. Ach, mój synu". Tamtej nocy, po kolacji, przebywając z matką na osobności, usłyszałem z jej ust tę historię. Dowiedziałem się, że jestem synem Aggayú, opowiedziała mi o całym procesie mającym na celu uczynić mnie świętym, rozpoczętym, kiedy jeszcze była ze mną w ciąży. Czuła, że zostałem wybrany, ujawniła, że zawezwała santero i to on ustalił, że moim ojcem jest bóg Aggayú. "Mogę to stwierdzić po twojej lewej dłoni - powiedział do niej. - Z twojej krwi on, dlatego gdy patrzę na ciebie, dostrzegam twojego syna". Bycie synem Aggayú komplikowało sprawę, ponieważ Aggayú to wielki wojownik, a od wielu lat nie pojawił się nikt, kto potrafiłby odprawić ceremonię na jego cześć. Tylko starzy santero wiedzieli, jak powinna ona wyglądać, ale wszyscy wymarli w latach dwudziestych, zabierając do grobu tajemnice tego rytuału. Dlatego święty nie przenika już umysłów wtajemniczanych osób. Wyszukuje się więc najbliższego świętego, w tym wypadku Szango6, którego w santerii Aggayú jest ojcem, i odprawia się rytuał ku jego czci Szango. Innymi słowy, i tu posłużę się współczesnym terminem medycznym, to coś w rodzaju bajpasa. Rozumiecie? Adepta poświęca się Szango, a jego samego przygotowuje dla Aggayú, potem prosi się Szango, by zawiadomił o wszystkim Aggayú. Istnieją święci, którzy z oriszów przeistaczają się w ocha i zyskują na sile. Z upływem lat tajemnica inicjacji została utracona. O ile mi wiadomo, ceremonie mające na celu przywołanie Aggayú nie odbywają się od dziesiątków lat, ostatnie wieści na ich temat pochodzą z miasta Pinar del Río z 1959 roku. Historię będzie znał mój przyjaciel, brazylijski ksiądz, jeśli przeczyta te słowa. Pamiętam, jak kiedyś, na początku Rewolucji, opowiedziałem o tym jednemu z moich kolegów studentów z Uniwersytetu Hawańskiego, czarnoskóremu Walteriowi o wyglądzie intelektualisty, którego potem mianowałem ambasadorem w Maroku, a on ledwie przybył na placówkę, wsiadł po pijaku do ambasadorskiego mercedesa i wjechał na zatłoczony rynek w mieście, potrącając królewskiego krawca, który, przy okazji, pozostawał w romantycznej relacji z jego wysokością. Walterio Carbonell. Czarny Walterio.
Tak więc moja matka miała swoją ceremonię, a ja dzięki temu otrzymałem swojego świętego. Kiedy przybyła na miejsce, wykonano na jej głowie tonsurę i pozostałe okryte tajemnicą czynności. Sprowadzono uznanego santero z Hawany. Nie jestem w stanie powiedzieć, czy był to Miguelito Febles, występujący także jako babalawo (kapłan w wierzeniach Jorubów), czy Taita Gaitán, obaj znani w latach dwudziestych, czy może Antonio Pe?alver, chociaż on wtedy był jeszcze bardzo młody. Całą trójkę (a właściwie ich imiona, ponieważ żaden już nie żyje) niedawno zlokalizowały dla mnie służby bezpieczeństwa poprzez Biuro numer 3, które zajmuje się kulturą, religią i sportem. Wyjawili mi też sekret słynnej inicjacji, ale to zachowam dla siebie. Zapytałem matkę, czy ojciec o tym wiedział. "Sam za wszystko zapłacił", odparła.
Ceremonia Aggayú kosztowała w tamtych czasach trzysta peso. Fortunę. Chociaż istnieli bardziej ekonomiczni święci. Zwierzęta nie były drogie, a na wsi ich nie brakowało. Baran, kura, kogut, gołąb, żółw. W ofierze składa się każde z nich. Dla Aggayú najcenniejszy wydaje się baran. Ofiarowuje mu się dwa koguty. Jednego żółwia. Ten jest dla Szango, który go zjada. Zwierzę zostaje poświęcone, a sekret ceremonii nie powinien być wyjawiany. Zabija się je na miejscu, a jego krew daje się do picia świętemu. Nie powinienem też mówić, jaki los spotyka poświęcone zwierzę. Różnie z tym bywa.
Niemal żadna biografia ani opowieść poświęcona postaci historycznej nie zaczyna się od chwili narodzin bohatera. Najczęściej wybiera się szczególny moment z jego życia, żeby przykuć uwagę czytelnika, i wtedy można wrócić w przeszłość. To dlatego, że narodziny i dzieciństwo są mniej więcej takie same u wszystkich, a dopiero późniejszy okres - lata młodzieńcze i życie zawodowe - stanowi pożywkę dla psychiatrów i badaczy rozwoju osobowości. Zajmijmy się zatem mniej znanym okresem historii osobistej - przypomnę, że badanym jestem ja - w którym można odnaleźć niepublikowany materiał, ten najważniejszy, w resztę bowiem obfitują, w takiej czy innej formie, prasa i biblioteki, a ostatnio nawet filmoteki i wideoteki. Zobaczcie, że już na samym początku szukam wymówki: brzuch mojej matki. Teraz pozostaniemy w strefie jak dotąd niedostępnej dla badaczy, a jest nią moja pamięć. Moja cudowna pamięć. Gdybym chciał wskazać dokładne miejsce przechowywania w niej informacji, powiedziałbym, że to zupełnie osobna przestrzeń. Odłóżmy na bok interpretacje. Skupmy się na faktach. W pewnym sensie mój prywatny panteon bóstw sprawujących opiekę nad moim losem powiększył się w nocy czterdzieści osiem godzin przed odniesionym triumfem. Święty Fidel z Sigmaringi. Pamiętam, że kiedy byłem małym chłopcem, rodzice mówili mi, że 24 kwietnia to dzień mojego świętego i w kalendarzu jest nim święty Fidel z Sigmaringi.
"Nie ma wybrańców. Są tylko decyzje", powiedziałem tamtej nocy do mojej matki. Zbliżała się dziesiąta, a ja zbierałem się do wyjścia, mając w planie wizytę w domu Ramóna Fonta, administratora cukrowni América, w której ustanowiliśmy nasze centrum dowodzenia na czas oblężenia Santiago. Przede mną były jakieś dwie godziny drogi. Jadąc bez włączonych reflektorów, narażaliśmy się na niebezpieczeństwo. "Nie ma wybrańców, mamo. Są tylko decyzje".
Uśmiechnąłem się. Powinienem powiedzieć jeszcze coś, żeby ją pocieszyć.
"Istnieją też czary i uniwersytet w Hawanie".
2 Movimento 26 de Julio - Ruch 26 Lipca (przyp. tłum.).
3 Fabada - danie o rodowodzie asturyjskim z północnej Hiszpanii przygotowywane z białej fasoli z dodatkiem wędlin (przyp. tłum.).
4 Santeria - to synkretyczny afroamerykański kult rozpowszechniony na Karaibach, szczególnie popularny na Kubie (przyp. tłum.).
5 Aggayú - jedno z bóstw w mitologii afrykańskiego ludu Joruba, jego chrześcijańskim odpowiednikiem jest św. Krzysztof (przyp. tłum.).
6 Szango - bóg piorunów i błyskawic w wierzeniach Jorubów (przyp. tłum.).
Wspomnienia na tym etapie?
Pisząc tę książkę, dokonałem pewnego odkrycia. Takiego mianowicie, że przeszłość nie jest niczyją własnością, przynajmniej dopóty, dopóki się jej nie opisze. I następnego, że Rewolucja jest niezłomną twórczynią przeszłości. I jeszcze jednego, że do pewnego momentu Rewolucja nie poddaje się wnikliwym badaniom. Moment taki może nastąpić, gdy umrze ostatni z jej bohaterów. Do tego czasu historia Rewolucji i tworzących ją ludzi znajduje się w rękach jej wrogów - tych, którzy uciekają - i w skrawkach informacji, jakie udało im się zdobyć.
Random House, Simon & Schuster, Giangiacomo Feltrinelli, jak większość wydawnictw oraz wydawców z całego świata, latami nie dawali mi spokoju, domagając się książki takiej jak ta. Zwodziłem ich wszystkich, tak jak się to robi, gdy chcemy odroczyć jakąś sprawę. Nawet przedstawione wyżej racje nie zdołały mnie zmobilizować. Odpierałem pomysł napisania książki w dużej mierze z powodu politycznej ceny, jaką przyszłoby zapłacić. A jeśli teraz się decyduję, to z czystych nudów. Po prostu nie mam ciekawszego zajęcia. Mówi się, że władzy towarzyszy samotność. To nieprawda. Nie było na świecie człowieka równie obleganego jak ja. Władza obdarzyła mnie w nadmiarze towarzystwem ludzi. Dokądkolwiek się ruszę, podąża za mną stado gawiedzi. Kiedy zmierzam w stronę wejścia do jakiegoś budynku - a to jedyne trasy, jakie pokonuję pieszo - spoglądam na otoczenie z wysokości ponad metra dziewięćdziesięciu swojego słusznego wzrostu i zawsze widzę kręgi ludzi i czuję się jak na arenie wiejskiego cyrku, która przemieszcza się krok w krok ze mną. To dosyć nudne. A nuda mnie zabija. Dlatego pisanie zamienia się w nieoczekiwaną przygodę. Moje kolejne odkrycie. Pisanie. Literatura, jak mówią, jest córką żalu, jeśli nie porażki. Bez żalu czy porażki nie mielibyśmy dzisiaj wielu doniosłych dzieł światowej kultury, a nawet, o hańbo, tych, które narodziły się ze skamlenia przed władcami o ponowne zatrudnienie - czym od pięciu stuleci prześladuje nas Machiavelli. Zawsze chodzi o jakiś ostracyzm lub czarną listę. To nie mój przypadek. Ja piszę z pozycji władzy absolutnej. Z pozycji człowieka spełnionego.
Zamierzam teraz zrealizować ten projekt na moich warunkach. Spieszę z wyjaśnieniem. Nie istnieje idealna autobiografia, bo jeszcze żaden autor nie postawił ostatniej kropki w tak doniosłym dziele z chwilą własnej śmierci. A ostatnie tchnienie to rzecz wielkiej wagi, bo pozostaje poza możliwością opisu, tylko do osobistego przeżycia, kiedy widzisz światło u wylotu tunelu i próbujesz się podnieść, ale zdajesz sobie sprawę, że oto wszystko dobiegło końca. Projekt zakłada, że te strony zostaną opublikowane w czasie sprawowania przeze mnie pełni władzy. Uruchomiony zostanie znany dobrze mechanizm. Korzystając z sekretnych kanałów kontaktowych przyjaciół i najbardziej zaufanych funkcjonariuszy służb wywiadowczych - którzy są wyłącznie do mojej dyspozycji - dotrę do największych wydawców na świecie i powiem: Oto jest książka! Ale chcę to zrobić w sposób przemyślany. Już wyjaśniam. Muszę uchwycić cugle czasu. Niech to nie wygląda na akt tchórzostwa - wręcz przeciwnie - i nie sprawia wrażenia, jakobym liczył na śmierć przed publikacją. Nie miejcie mi za złe, lecz chcę czerpać z tego przyjemność. Postanowiłem - wraz z bliskim przyjacielem - że książka będzie wydana na kilka tygodni przed moim rozstaniem ze światem doczesnym (to znaczy gdy uznam, że został mi tydzień życia lub jasności umysłu), abym zobaczył, jak będzie przyjęta. Robię to z myślą o moich notowaniach pozadoczesnych, bo jak nieraz mówiłem, wiążący osąd o mojej osobie powinien zostać wydany za tysiąc lat. Bez względu na współczesny werdykt ta książka powinna w sposób decydujący wpłynąć na osąd ostateczny.
Nota o metodzieTo żadna tajemnica. Czytelnicy wiedzą, że dysponuję ogromnym archiwum na użytek tych wspomnień. Dokumentacją, która stanowiła podporę mojego państwa, służyła mi do rządzenia i często do podejmowania decyzji na skalę globalną, chodziło bowiem o podstawę moich relacji z innymi. Ale nie tylko miałem być informowany, chciałem posiadać aktualizowane dane o przysługach, jakie zostały wyświadczone, oraz należnych długach, które zostały jeszcze do spłacenia. Nie zamierzam jednak powtarzać aktu szantażu, jakiego dopuścił się niegdyś finansista Robert Vesco - przeniewierca odbywający długoletnią karę więzienia - kiedy wystąpił o wsparcie przy publikacji dwóch książek, jednej zawierającej portrety byłych wspólników i klientów, opisanych pod zmienionymi nazwiskami, ale splamionych jakąś demaskującą informacją, drugiej zaś z prawdziwymi nazwiskami i bezwstydnym donosem na tych, którzy po pierwszym tekście nie opróżnili kieszeni. Chodzi zwyczajnie o to, że chcę pierwszy zadać cios. Masa informacji, które przetrwają i, jak sądzę, w którymś momencie ujrzą światło dzienne - jak u Czechów i Niemców, kiedy dokonali szturmu na siedziby swoich służb specjalnych czy otworzyli archiwa komitetów centralnych - nie trwoży mnie ani nie ma większego znaczenia, bo mnie one nie dosięgną. Za życia nie jestem obiektem żadnego szantażu. Tam, gdzie się znajdę potem, nie będzie mnie nic obchodzić. Mam jednak na uwadze zobowiązania wobec swoich spadkobierców, a w szczególności Dalii, mojej towarzyszki, jak i tych, którzy będą nad nimi sprawować opiekę. Jeśli chodzi o moje uprawnienia, postanowiłem zrobić ostrożny i umiarkowany użytek z olbrzymiej liczby dokumentów przechowywanych w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych oraz w niektórych departamentach Komitetu Centralnego Partii. W pracy pisarskiej, jakiej się tu podjąłem, usiłuję obnażyć mechanizmy własnych działań - tych najbardziej znanych - możliwie najobszerniej, i jako autor wspomnień nie chcę nadużywać dokumentacji, która okaże się pewnie ważniejsza dla historyków Rewolucji. I skoro tak czy inaczej będą o mnie mówić - o jakimś mnie, podczas gdy rzeczywisty ja będzie już nieuchwytny - i będą chłostać wedle uznania, po co komplikować sobie życie i ciskać kamieniami w niebo? Również po to, by szanse były wyrównane, jak w zawodach wędkarskich albo w meczu koszykówki, zadowalam się prostą metodą pracy z pamięci, tej prawdziwej, w chwili pozbawionej, przyznaję, napięcia dawnych czasów, co stawia mnie - bez urazy - na poziomie zupełnie ludzkim i wyposaża lepiej na bój. I wystarczy, że naprawdę w niewielu wypadkach skorzystam z wiedzy nagromadzonej w archiwach.
Pierwotny plan, by dopiero z ostatnim tchnieniem albo tuż przed pozwolić na publikację tych wspomnień, okazał się złudzeniem. Już dwa lata temu zostały opublikowane oba tomy pierwszej wersji dzieła. Przeważyły nalegania wydawców i moja niecierpliwość, aby powalczyć w dziedzinie całkiem nowej: na rynku literackim. Kilkaset tysięcy słów tworzących owe dwa tomy (329 778 - pierwszy i 490 238 - drugi), które zapełniły ponad 2500 stron, wciąż wprawia mnie w osłupienie, gdy się przyglądam, jak leżą w swej książkowej okazałości na stole. Powiedziałem jakiś czas temu, że zużyłem tony papieru i tony dźwięku - posłużę się tym symbolicznym określeniem - na deklaracje, dyskursy, raporty, spotkania, wywiady i wszelkie inne możliwe formy wykorzystania słowa1. Otóż prawdziwa wykładnia przesłania znajduje się właśnie w tych dwóch tomach. Nie ważą aż tony, ale w sumie siedem funtów (trzy funty pierwszy, cztery - drugi). Niemniej to, z czego debiutujący autor może być dumny w chwili publikacji, nie powinno przesłaniać głównej pobudki jego działań. On pisał dla kogoś. W moim wypadku, co logiczne, pierwszy na liście pożądanych czytelników jest bojownik rewolucyjny. To on powinien skorzystać z mojego doświadczenia życiowego i wszelkiej wiedzy, jaka wyłoni się z moich wspomnień. Tak też poprzednie wydanie Autobiografii, której obie okładki mierzą 9 i ? cala wysokości i 6 cali szerokości, a grzbiety mają odpowiednio grubość 1 i ? cala (tom pierwszy) i 2 i ? cala (drugi), wydaje się mało przydatne do walki. Książki rewolucyjne nie mogą być dziełami gabinetowymi, zdatnymi do czytania przy pulpicie. Muszą być łatwe do wyrzucenia w razie policyjnej obławy, mieścić się w kieszeni munduru wojskowego i nie powinny ciążyć w plecaku - oto ideał literatury rewolucyjnej. Teraz rozumiem, że moje wspomnienia okazały się zbyt obszerne jak na wymogi Rewolucji. A nie macie pojęcia, ile mi zostało w zanadrzu!
Przyjmując zatem, że rewolucje potrzebują lekkich środków transportu, opracowałem nową wersję książki w objętości umożliwiającej wydanie kieszonkowe, co ułatwi swobodne z nią wędrowanie i pozwoli zmieścić ją w plecaku wraz z tytoniem, amunicją i prowiantem.
Nic jednak nie przepadło. Bibliografia oraz część "historyczna" treści, która zajmowała wiele stron pierwszego wydania, zostaje w miejscu jej przeznaczonym: w bibliotekach. Tam będzie do dyspozycji fachowców i wszystkich zainteresowanych.
Gdy kończyłem pracę nad książką, byłem zdrowym człowiekiem. Nie zrezygnowałem z żadnego stanowiska, emerytura zaś pozostawała bardzo odległą możliwością. Wigor, z jakim pisałem, jest czytelny. Pisanie było dla mnie wówczas poważnym wyzwaniem. Każde przypadkowo użyte słowo mogło zagrozić nawet stabilności państwa. Ale to już historia; dziś jestem człowiekiem bliskim agonii, odseparowanym od świata w pokoju szpitalnym z widokiem na dziedziniec otoczony murami. Fidel Castro jest ostatnim więźniem Fidela Castro. Nie oszukuję się. Odczytuję znaki i wiem, jak się sprawy mają. I wiem, że jestem w przedsionku śmierci. Ale zadanie polegało na tym, aby przetrwała moja książka. I tylko to się liczy.
Spoglądam na zegarek i odczytuję datę - będę ją musiał umieścić pod tymi słowami - która przykuwa moją uwagę. Powinienem się wzruszyć? Zaniepokoić? Ja, który znam arbitralną moc przypadku? Dwa tysiące pięćdziesiąt dwa lata temu, w dniu jak ten dzisiejszy, w Rzymie zamordowano Juliusza Cezara. Idy marcowe w 44 roku p.n.e. Biedny rzymski senator, bez należnej mu eskorty. Sam się podał na tacy.
Fidel Castro Ruz 15 marca 2008 godz. 16.17
1 Zob. dziennik "Granma" z 29 lutego 2008 r. (przyp. autora).