Janka źle spała tej pierwszej nocy po skończonej prawie
chorobie.
Budziła się często i często jej się zdawało, że jest
jeszcze w szpitalu. Widziała tę długą, białą, pełną łóżek salę, w
której niedawno leżała. Spoglądała na poprzeczną ścianę sali, tam,
gdzie obraz Matki Boskiej, słodko i z miłością patrzący na chorych,
poprzez żółtawe blaski oliwnej lampki. Pamiętała to spojrzenie,
miała je w mózgu. Nieraz w te nieskończone, długie i okropne noce
szpitalne, kiedy się budziła, biegła oczyma do tego obrazu, wisiała
duszą u boskiego uśmiechu Królowej, piła słodycz i dobroć jej
spojrzenia i długie, nieme, niewypowiadane modlitwy i skargi słała
do niej. Podnosiła głowę teraz i zdawało się jej, że słyszy jęki
chorych, chrapliwe rzężenia konających, że słyszy płaczliwe,
żebrzące zmiłowania słowa modlitw, szeptanych spalonemi gorączką
ustami. Przymykała oczy i leżała cicho, bez ruchu, w trwodze
niepojętej; przyciszało się w niej życie i zawieszało na mgnienie,
aby tę śmierć, którą czuła snującą się w szarych cieniach, którą
prawie widziała, jak przemyka się pomiędzy łóżkami i kościstemi
palcami dotyka chorych, i świeci czarnemi, pustemi oczodołami,
omylić, aby się jej wydrzeć podstępem choćby; albo zrywała się
gwałtownie, siadała na łóżku, bo krzyk wielki, wstrząsający,
rozdzierał boleśnie ciszę. Śmierć! - powtarzała zbladłemi ustami. -
Śmierć! - i serce przestawało jej bić w dręczącym bólu strachu,
rozpaczy i oczekiwania. Mary zmęczonego mózgu wysuwały szpony przypomnień i darły
jej duszę strzępami uczuć gorzkich i bolesnych, przeszłemi nędzami,
a tak okropnie, że nieomal krzyczała ratunku. Bukowiec, Bukowiec... powtarzała z uporem i tak długo, aż
ten dźwięk zamienił się w obraz i w świadomość i wypędzał z pamięci
wszystko, i zapełnił ją całą. Nie pamiętała znowu tych czterech
miesięcy teatru; rozmyślała o nim jak dawniej, zanim go poznała, i
jak dawniej zaczęła roić przyszłość, zapalać się, entuzjazmować,
przerzucać od pewności zwycięstwa do zupełnej apatji i
zniechęcenia, i jak dawniej gwałtowna jej dusza zrywała się do
walki, do zdobywania szczęśliwości nieznanej, drżała namiętnem i
niesformułowanem pragnieniem życia wolnego, wyłamania się z
wszelkiej zależności; i jak dawniej nienawidziła ojca, przymusu
wszelkiego i wierzyła, że posiądzie to wszystko nieznane a wielkie,
czego pożądała, i jak dawniej szarpała się w męce i rozbijała o
pręty klatki, w której los ją umieścił. Wreszcie wyczerpana usnęła
i już nieprzerwanie spała do rana. Obudziła się dziwnie rzeźwa i zdrowa. Wstała natychmiast i
poszła do okna. Poranek był przepiękny, jeden z tych, jakie bywają
czasami w październiku, pomiędzy dwiema serjami deszczów. Pożółkłe
trawniki pokrywał szron, mieniący się w słońcu, które świeciło
jasno i rozlewało potoki ciepła i wesela na czerwone liście buków,
na rdzawe korony grusz, stojących w ogródku, na blado-złote, jakby
z najczystszego, nietopionego jeszcze wosku topole; na
zielono-perłową ruń zbóż młodych, ciągnących się długim pasem,
równolegle z szynami kolei; - odbijało się w kałużach wody, jakby w
taflach z seledynu, rozzłacało powietrze i te długie mury lasów
stojących bez ruchu, zatopionych w jakiejś usypiającej ciszy.
Drzewa zdawały się wolno oddychać i podnosić ostatnie pędy i
nieopadłe jeszcze liście ku słońcu, i piły światło i ciepło. Wróble
z krzykiem radosnym trzepotały się pod magazynem i jakby oszalałe
ciepłem biły się zajadle, i całemi bandami obsiadały dachy,
wieszały się na drzewach i znowu spadały ze świergotem na ziemię. - Bardzo ciepło dzisiaj? - zapytała Rocha, który z mokrą
ścierką w ręku suwał się na kolanach po pokoju i wycierał podłogę. - Ciepło! e... panienko, ciepło je galante, ale i zamróz
je też galanty. Roześmiała się z tej odpowiedzi i zapragnęła ruchu,
powietrza, poczuła w sobie dawną Jankę, silną i niezmożoną. Zaczęła
się krzątać po pokoju i zapytała go znowu: - Pan na służbie? - Na służbie! e... jużci że na służbie, bo pan Zaleski
pojechał dodnia na swej maszynie i nie wrócił, pan naczelnik go
zastępuje. - Na rezerwie pojechał? - Na rezerwie! e... nie panienko, na taki maszynie, co to
się siada na ni okrakiem i ino się kalikuje nogami, a ona się kręci
sama; pan Zaleski cięgiem jeździ na niej! - Bicykl. - Biceg! e... juści, bo mi onegdaj na odwieczerzy pedział:
Rochu, przyprowadź biceg z magazynu. Przyprowadziłem juche
delikatnie kiej kunia, a on se skoczył na bicega tego i pojechał, a
to kółeczko ino się lśniło. Aż przymrużył oczy, tak sobie żywo przypomniał to
lśnienie, i szorował dalej. Janka zaczęła oglądać całe mieszkanie. Słaniała się nieco,
nogi drżały pod nią, z uczuciem dzieciństwa uczyła się prawie
chodzić i myślała, oglądając, że przez te cztery miesiące nic się
tutaj nie zmieniło, tylko więcej niż zwykle kurzu leżało na meblach
i fortepian był przykryty dywanem. Usiadła przy nim i otworzyła,
ale nie śmiała uderzyć w klawisze, które się w tem ostrem świetle
słonecznego dnia wydawały niby wyszczerzone zęby jakiejś czaszki
trupiej. Pewien lęk niewytłumaczony powstrzymywał ją, czuła, że,
uderzywszy, obudzi jakąś przeszłość, która ją znowu otoczy tumanami
przypomnień bolesnych, bo sam widok już przypominał jej, że w tym
samym saloniku oświadczał się jej Grzesikiewicz, i z tego samego
saloniku ojciec ją wygnał z domu. Zimno ją przejęło, poszła do
swojego pokoju, nie mając nawet odwagi zamknąć fortepianu. Usiadła
w oknie i przyglądała się stacji. Karaś, na maszynie rezerwowej, podciągał ładowne wagony
pod rampę, i co chwila rozlegał się głuchy huk buforów,
uderzających o siebie przy dojeżdżaniu. Świerkoski szedł z psem
linją i stał chwilę przy robotnikach, rozkopujących plant i
huczących oskardami przy podbijaniu podkładów. Jacyś Żydzi snuli
się po rampie, na której leżały stosy worków ze zbożem, dziesiątki
furmanek chłopskich zabierały węgiel z wagonów, słychać było zgrzyt
żelaznych szufli o węglarki, skrzyp wozów i poganianie koni.
Orłowski chodził po peronie w czerwonej czapce i w białych
rękawiczkach, co chwila spoglądając na nią. Życie toczyło się dokoła po codziennej równi cicho i
automatycznie prawie, a ona tak odwykła od niego, iż z pewnem
zdziwieniem i przykrością patrzyła; zobaczyła, że ci ludzie
poruszają się jakoś sennie, że się tutaj nie śpieszy nikomu, że
tutaj nikt nie potrąca i nie prześciga drugich w pośpiechu; że gwar
ustawiczny wysiłków, zgiełk, szamotanie się, ostra i wyczerpująca
walka współzawodnicza nie istnieje tutaj, że muszą czuć mało i
myśleć jeszcze mniej, tyle tylko, ile potrzeba było do roślinnego
prawie życia, do zaspokojenia najpierwotniejszych potrzeb; że
wszyscy mają w sobie coś z tej ziemi, odartej już z barw lata,
smutnej i jakby zamierającej, szarej a silnej, z tych lasów
wielkich; czuła w ludziach tę samą twardość, co w dębach, których
potężne, rosochate korony, pokryte zrudziałemi liśćmi, miała przed
sobą, po drugiej stronie stacji; ten sam smutek rezygnacyjny i
nieświadomy, jaki był w wielkich brzozach, co świeciły białemi
pniami z pośród ciemnych świerków; i tak samo ci ludzie zaczynali
mowę i milkli nagle, jak las, który się rozkołysał, rozszemrał,
rozchwiał niewiadomo dlaczego i milknął, i opuszczał się w zadumę,
także niewiadomo dlaczego. Chodziła po pokoju i myślała o takiem cichem życiu,
oddanem pracy i obowiązkom, o życiu tylko ciał i mięśni,
uwięzionych w jarzmie potrzeb codziennych. Wzdrygała się. Nie,
onaby nie mogła tak żyć i tak powoli, bez protestu i świadomości,
staczać się do śmierci, tak rozmieniać się na nędzne prace
codzienne, małe myśli, kręcenie się w kółku, niezmiernie gładko
wyszlifowanem, ale niezmiernie ciasnem. - Wyzdrowieć tylko zupełnie! wyzdrowieć jak najprędzej! -
myślała, ale jeszcze nie miała odwagi nic postanowić, co z sobą
zrobi później, po wyzdrowieniu. Czuła tylko, że przecież tutaj nie
pozostanie. Przy obiedzie była mniej ożywiona. - Czy dróżki w lesie bardzo rozmokłe? - spytała Janowej. - Nie, panienko, byłam rano na rydzach, to sucho całkiem. - Są rydze? - i pociągnęła nozdrzami, bo poczuła ich
zapach. Janowa przyniosła ich cały koszyk i pokazywała. Orłowski
kręcił się niespokojnie po pokoju, chciał coś mówić, ale dopiero
wychodząc po obiedzie rzekł do Janowej: - Janowa powie panience, żeby się ubrała ciepło, jeżeli
chce iść do lasu, ja przyślę pana Babińskiego, to z nim pójdzie, bo
sama może się jeszcze zmęczyć. Poszedł znowu na dół do kancelarji i bardzo serdecznie
prosił Stasia o towarzyszenie córce na spacer, lecz w duszy był
wściekły, bo sam miał ogromną chęć iść i prowadzić ją pod rękę, ale
za nic w świecie nie byłby w stanie tego zaproponować. Żeby stłumić
gniew, wyszedł na podjazd, który Roch zamiatał, i zaczął krzyczeć
na niego: - Niedołęga, przysięgam Bogu. Trzyma miotłę jak pióro!
Słyszysz, co mówię! wszystkie liście zostają za tobą; jak
zamiatasz, co? - Zostają! e... nie, panie naczelniku! e... zamiecie się,
zamiecie doczysta, będzie alagancko kiej w izbie - usprawiedliwiał
się spokojnie i dalej zamiatał. Orłowski miał już odejść, gdy go doszedł tętent konia;
ktoś jechał lasem. Przysłonił ręką oczy, bo słońce raziło go, i,
poznawszy jeźdźca, który wychylał się z lasu na bułanku z białą
grzywą i ogonem, uśmiechał się radośnie. - Roch! potrzymaj panu dziedzicowi konia! - krzyknął, gdy
jeździec zeskakiwał na podjeździe. - Dzień dobry! - skrzyżowały się powitania i ścisnęły się
silnie dłonie. - Panie Andrzeju, pozwólcie do mnie, na chwilę. Nie proszę
na górę, bo... - zaciął się, przygryzł brodę i machnął ręką. - Jakże zdrowie panny Janiny? - zapytał Grzesikiewicz,
kiedy się już znaleźli w kancelarji. - Dobrze, tak dobrze, że dzisiaj ma zamiar iść trochę się
przejść. - O! - szepnął Andrzej, i jego blado-niebieskie oczy
pociemniały jakąś myślą, zaczął skubać niewielkie, jasne wąsy. - Więc jest zupełnie zdrowa, co? - zapytał po chwili. - Zupełnie. Doktór był wczoraj i mówił, że zupełnie. A bo
niedosyć miałem trzy tygodnie ustawicznej trwogi, wiszenia pomiędzy
życiem a śmiercią. Mówił szorstko i w nagłym przypływie uczuć chwytał coraz
szybciej zębami brodę. - Ja dawniej wiszę - szepnął cicho Andrzej, z jakimś
ledwie odczutym akcentem bólu, i twarz mu pobladła, ale oczy
natychmiast rozbłysły dawną energją wytrwania i uporu. - Cóż tam u was słychać? kartofle kopiecie? - Kończymy kopać; za tydzień chcę już zacząć odsyłać do
gorzelni. - Rodzice zdrowi? ojca jakoś dawno nie widziałem. - Mama zdrowa, a ojciec także zdrów, o zdrów! - roześmiał
się sucho i trochę cierpko. - Nie zabieram panu czasu. Może pan
zechce zanieść pannie Janinie pozdrowienie ode mnie, dobrze? -
zakończył ciszej. Orłowski spojrzał bystro na niego, uścisnął mu ręce i
powiedział: - Dobrze, dobrze. A mamie ucałowanie rączek ode mnie. Wyszli pod stację, i Grzesikiewicz odjechał galopem.
Orłowski długo patrzył za nim, na jego rozrosłą, pochyloną nad
karkiem konia postać. - Szkoda, taki chłop jak dąb - myślał. - Szkoda! Żeby
Janka chciała tylko... Może się to wszystko jeszcze dobrze ułoży...
może teraz się zgodzi. Szkoda! - powrócił do kancelarji i zamyślił
się głęboko. Wszedł za nim Świerkoski, usiadł na kanapce, złamał się we
dwoje, jak zwykle, i gonił oczyma po pokoju. - Przyszedłem prosić pana o radę - zaczął, wsuwając ręce w
rękawy. - A owszem, owszem, jeśli będę mógł tylko. Świerkoski zaczął mu obszernie opowiadać o interesie, jaki
miał zamiar przeprowadzić, o dostawie trzystu sążni kamienia
brukowego. Chciał się podjąć tej dostawy, bo obliczał, że można na
tem zarobić w przeciągu dwóch lat około trzech tysięcy rubli.
Rozsnuwał swoje plany i projekty, zapalał się do tego zarobku, aż
mu oczy świeciły chciwością i usta drżały nerwowo. Przedstawił to
przedsiębiorstwo w najpiękniejszem świetle. - Co ja mogę innego radzić, bierz pan! - powiedział
Orłowski. - Potrzeba kilku tysięcy rubli, żeby puścić w ruch
interes, a ja tyle nie mam. Otóż przychodzi mi na myśl, właściwie
przyszedłem z nią: zaproponować panu spółkę w tem
przedsiębiorstwie. Trzydzieści procentów od kapitału włożonego jest
pewne. - Przysięgam Bogu, a naco mi to! - Prawda, mam kilkanaście
tysięcy rubli w papierach procentowych i na hipotekach, ale
niełakomy jestem na wielkie procenty, wystarczają mi dotychczasowe. - Cztery, pięć, no sześć procent najwyżej, ależ to
śmieszne! szczególniej teraz, gdy można mieć trzydzieści. Gdybym ja
miał taki kapitał, to ręczę, że w krótkim czasie podwoiłbym go i
potroił. Puściłbym go w ruch, umieścił w interesach, niech się
powiększa, niech robi dziesiątki tysięcy, setki, miljony. Niech
płynie szerokiem korytem, niech po drodze zbierze, co się da
zebrać, niech potężnieje. - Albo niech zginie bez śladu, bo i to się trafia -
przerwał mu Orłowski. Nie odpowiedział natychmiast Świerkoski, bo go olśniły
własne słowa i projekty, a odmowa Orłowskiego przejęła go zimnem i
żalem ogromnym, że te marzenia się nie urzeczywistnią. Spojrzał na Orłowskiego ze źle pokrytym gniewem i
nienawiścią. - Widział się pan z tym chamem? - szepnął twardo. - Z jakim chamem? - No, z tym Grzesikiem - objaśnił drwiąco. Orłowski rzucił się gwałtownie. - Widziałem się z panem Grzesikiewiczem. - Skądże on Grzesikiewicz! Grzesik, karczmarski syn,
wszyscy wiedzą o tem. - Dobrze, ale poco i dlaczego pan mi to mówi? - zapytał
gwałtownie Orłowski. - Myślałem, że pan nie wie, chciałem ostrzec po
przyjacielsku. - Dziękuję, przysięgam Bogu, dziękuję, ale zupełnie dobrze
się obywam bez takich wiadomości - mówił, biegając po pokoju,
zirytowany. - To się tak mówi: obejdę się, a jest inaczej zupełnie.
Proszę pana, ludzie są podli i maskują się, aby wyprowadzić w pole
takich, jak pan, a Grzesikowi potrzebne jest ukrywanie swego
pochodzenia przed państwem. Ho! ho! gra on teraz rolę szlachcica,
pana wielkiego. Tfy! chamczuk psiakrew - szeptał nienawistnie i
spluwał z pogardą. - Panie Świerkoski, przysięgam Bogu, ale oszczędź mię pan,
nie chcę słuchać więcej. - Dobrze! Amis! do domu. - Podniósł się ciężko, jego
trójkątna wilcza twarz pokryła się jakimś ceglanym rumieńcem, głowa
zaczynała mu drgać z hamowanego wzruszenia, a długie, chude, o
bardzo rozwiniętych węzłach palce, podobne do pazurów, darły z
wściekłością kożuch. - Spółki pan nie chce? - zapytał już w progu. - Dziękuję, zarabiaj pan sam, prędzej się zbogacisz -
rzucił mu szyderczo Orłowski. - O! o! pan szydzisz ze mnie - zawołał chrapliwie. - Nie, panie Świerkoski, ja życzę panu z całego serca
zbogacenia rychłego. Świerkoski wyszedł bez słowa, ale zaraz za drzwiami
wyprostował się dumnie i podniósł zaciśniętą pięść. - Poczekaj!
poczekaj - syczał. - Odbiję to wszystko kiedyś na tobie. Będziecie
jeszcze się nisko kłaniać Świerkoskiemu, będziecie! - myślał,
śpiesznie biegnąc do mieszkania. W pierwszym, pustym prawie pokoju,
gdzie, oprócz łóżka zbitego z nieheblowanych, sosnowych desek,
takiegoż stołu i ławeczki, nie było nic więcej, rozebrał się,
włożył pantofle i stary szynel dróżniczy w miejsce szlafroka i tak
przebrany poszedł do salonu, od którego klucz zawsze nosił przy
sobie. Salon stanowił wielki kontrast z resztą mieszkania, bo był
literalnie zapchany meblami bardzo wytwornemi i drogiemi.
Świerkoski otworzył wewnętrzne okiennice i zabrał się do
rozpakowywania wczorajszej przesyłki, jaką odebrał. Było to
maleńkie, damskie biureczko, inkrustowane perłową masą, prześliczne
cacko, zniszczone już i pokryte pleśnią wilgotnych składów,
obejrzał je z radością, bo udało mu się kupić je bardzo tanio w
jakimś pociejowskim składzie. - Franek! herbaty! - krzyknął do kuchni i zaczął wolno
cłapać pantoflami, zrobionemi ze starych kamaszków. Przystawał
przed sprzętami, dotykał się z pieszczotą mahoniów lub palisandrów,
gładził aksamity pokrycia, przeglądał się w wielkich zwierciadłach,
zasnutych pajęczyną, bo nie było wolno Frankowi uprzątać, ani nawet
zaglądać do tego skarbca, okręcał głowę w jedwabne, brudne
portjery, zasłaniające drzwi, albo na chwilę siadał na przepysznej,
tylko nieco poplamionej otomanie, pokrytej wiśniowym w złote pasy
aksamitem, o który omdlewającym ruchem kota obcierał policzki,
przymykał oczy z rozkoszy, przeciągał się, ogarniał pokój dumnem
spojrzeniem i szeptał: - Moje! moje! - Franek! herbaty! - Pił szklankę za szklanką, palił
papierosy jeden za drugim i rozmarzał się coraz bardziej. Zwinięty
w kłębek na otomanie, jak Amis, który leżał w drugim końcu,
otoczony kłębami dymu, przez który świeciły fosforycznie jego
żółtawe, wilcze oczy, puszczał wodze marzeniom, pozbywał się
codziennych trosk, zrzucał z siebie skórę zwykłą, znaną wszystkim,
zostawiał gdzieś daleko tego Świerkoskiego, który nienawidził
wszystkich: i tych, co byli dobrzy za dobroć ich, bogatych za
bogactwa, biednych, bo mu byli wstrętni, pięknych dla ich piękna,
szlachetnych, bo uważał ich za głupców, mądrych, bo drwił z
mądrości, bo nienawidził tej mądrości, która wskazywała jakieś
większe, piękniejsze cele w życiu, niż pieniądze, cały ten
Świerkoski, który się wił ciągle w wiecznych pożądaniach nigdy
niezaspokojonej ambicji i chciwości, zniknął, została tylko dusza,
która już osiągnęła wszystko i tem wszystkiem się rozkoszowała. Chodził już w myśli po wspaniałych salonach, czuł się
bogatym i podziwianym, uśmiech osiadł mu na wąskich wargach, wił
się po twarzy i przenikał rozszerzone dumą serce jakimś olbrzymim
przypływem pychy i zadowolenia; jego niskie, wysunięte nad twarzą
czoło idjoty, sfałdowane głębokiemi zmarszczkami, zdawało się
promieniować jakąś zielonawą aureolą. Wyjął z pugilaresu dziesiątki
losów loteryjnych najrozmaitszych krajów, porozkładał je przed sobą
i zapatrzył się w wielkie szeregi cyfr, w sumy, jakie obiecywał
wygrywać. - Dwieście tysięcy rubli! - szeptał z głęboką czułością,
rozwijając pożyczkę premjową. - Dwieście tysięcy rubli! - przeginał
się jakoś lubieżnie, bo ten słodki dźwięk łaskotał rozkosznie po
sercu. - Trzysta tysięcy marek! - zdawał się szeptać różowy los
loterji hamburskiej. - Dwieście tysięcy marek! - śpiewało mu w duszy od
błękitnego losu saskiego. - Sto tysięcy florenów! - grzmiały czerwone węgierskie. - Pół miljona franków! - rozległ się głęboki, poważny głos
liljowego papieru z głową rzeczypospolitej francuskiej w pośrodku. - Miljony! miljony! miljony! - szeptał, uśmiechając się
słabo, i te miljony już czuł przy sobie, rozpalały mu krew,
przenikały siłą potężną, rozprostowywały skurczoną w pożądaniu
duszę, podnosił głowę coraz wyżej, oddychał głęboko, jakby
wciągając słodki a denerwujący zapach tych pieniędzy, aby je
wchłonąć w siebie, aby je czuć we własnej krwi. - Miljony, moje miljony - skandował wolno razy kilkanaście
z uporczywością idjoty i kretyna, olśnionego świecącą blaszką. -
Moje - i nie pamiętał już nic, że prowadzi życie nędzne, że żywi
się chlebem, kartoflami i herbatą, że oszukuje zarówno ludzi, jak i
siebie, że dla tych urojeń poświęcił w życiu wszystko, że te losy
kłamały, że oszukiwały go dwa razy rocznie, że przez nie umierał
prawie z rozpaczy, ponieważ nie padała na nie wielka wygrana - nic,
nic już nie pamiętał, bo w najtajniejszej głębi jego istoty tkwiła
niespożyta wiara w spełnienie się tych idjotycznych marzeń.
Orłowski poszedł na górę, był wściekły za ode zwanie się
lekceważące o Grzesikiewiczu: Cham! Grzesik! karczmarski syn! -
myślał, powtarzając ze złością słowa Świerkoskiego. - Tak, ale
porządny człowiek, wykształcony, dobry, bogaty. Co im do tego? Co
to kogo obchodzi! - Dopiero po jakimś dłuższym czasie uspokoił się
i zaczął rozmyślać, dlaczego tak Świerkoski mówił, co w tem miał za
interes! Uderzył się nagle w czoło i kilka razy z rzędu schwycił
brodę zębami. - Ach! on może myśli o Jance, zazdrość o Andrzeja żre
go, a! rozumiem teraz, rozumiem. Mój panie Świerkoski! za małyś dla
Orłowskiej, za mały - szeptał, uchylił drzwi do kuchni i zawołał: - Niech Janowa powie, że pan Grzesikiewicz przesyła ukłony
panience. - Panie Stanisławie! - mówił do Babińskiego, zeszedłszy do
kancelarji - córka już czeka na pana. - Jestem gotów, tylko zechce mnie pan przedstawić, bo nie
mam przyjemności znać osobiście szanownej panny Janiny - mówił Staś
uroczyście, naciągając rękawiczki. Zaprowadził go, przedstawił w dwóch słowach, nie patrząc
na Jankę, i wyszedł. - Ja czekałem tylko wyzdrowienia pani, aby przyjść z
prośbą o pożyczenie książek do czytania - mówił Staś. - Takie nudy,
takie nudy, że moi przyjaciele warszawscy są zdumieni, że ja
wytrzymam tutaj. - Pan niedawno w Bukowcu? - Od trzech miesięcy, pani! - powiedział z tak komicznem
ubolewaniem, że Janka roześmiała się: wydał się jej sympatycznym i
zabawnym z tą różową cerą młodej dziewczyny i z tą nieśmiałością
dziecinną, śmieszną przy jego brodzie i wysokim wzroście, i
rozwiniętych ramionach. Robił wrażenie chłopaczka,
ucharakteryzowanego na mężczyznę. - Chodźmy, pokażę panu, że Bukowiec, chociaż nudny,
brzydkim nie jest. Podał jej rękę, gdy szli, ale się tak zarumienił
gwałtownie, że odwracał głowę, aby tego nie spostrzegła. Prowadził
ją z największą ostrożnością, bo nogi się jej plątały. - Babiński, a uważaj pan! - zawołał za nim Orłowski przed
stacją. - Czy do lasu pójdziemy? - Tak, musiał go pan już poznać trochę? - Nie. Byłem raz i zbłądziłem, a po drugie, mama mówi, że
to niezdrowo teraz chodzić po lesie, za dużo wilgoci, więc
niebezpiecznie, można się przeziębić, dostać febry, - O! pan się chyba o siebie obawiać nie powinien -
powiedziała, obrzucając go spojrzeniem. - Ba... właśnie, że muszę się pilnować, ciągle muszę
pamiętać; mama mówi, żebym nie zaniedbywał, bo zwykle jedna choroba
przygotowuje następne. - I zaczął obszernie opowiadać o środkach
leczniczych, o wycieraniu się kamforą po każdem zmęczeniu, o
obwijaniu flanelą do łóżka, mówił z całą naiwnością, a tak serjo,
że Janka powstrzymywała się, aby nie wybuchnąć śmiechem. - Ma pan dobrą mamę - powiedziała mu krótko, gdy skończył. - O pani! myślę, że takiej drugiej niema na świecie - i
znowu snuł tysiączne szczegóły o rozrzewniającej troskliwości
matczynej, i pomimo nieśmiałości, z jaką do niej się zwracał, jaką
miał w spojrzeniu niebieskich oczu, w ruchach, w uśmiechu - gadał i
gadał niepowstrzymanie. Nie odzywała się, nie słuchała go nawet; puściła jego
ramię i szła środkiem dróżki leśnej, przemiękłym piaskiem,
obeschłym tylko zwierzchu. Las nakrywał ich potężnie rozrosłemi
konarami, tylko przez gałęzie błyskały kawałki bladego nieba i na
mchach żółtawych, na skręconych, rudych i zeschłych piórach paproci
drżały miejscami złotawe blaski słoneczne. Suche szyszki,
zwieszające się ze świerków niby pełne wrzeciona, spadały im pod
nogi i w doły pełne zgniłej wody, w której odbijało się słońce. Nad
strugami stały czarne olchy, albo biało-srebrnawe osiki trzepały
listeczkami, pomimo zupełnej ciszy i spokoju, panujących w lesie.
Potężny zapach żywicy, liści gnijących, surowizny, kory i ziemi
przemiękłej unosił się po lesie. Janka błądziła w zadumie oczyma po
lesie tak dobrze jej znanym, odnajdywała wszędzie znajomych: wielką
górę skalistą i nagą, żółcącą się zrudziałemi głazami, jakieś
wapienne zbocza, po których się pięły, niby wyciągnięte szpony,
długie pędy jerzyn; olbrzymie sosny, co migotały zdaleka swoją
czerwonawą korą, istne bursztynowe kolumny, poplamione rdzą;
strumyki, które się sączyły pomiędzy korzeniami drzew, jak pasma
jedwabiu lśniące; ścieżki, polanki z bagniskami w pośrodku,
poznawała wszystko, myślała w Warszawie nieraz o tym lesie, było
teraz tak, jak chciała, aby było, jak pragnęła - a jednak
zobaczywszy, poczuła brak czegoś: nie witała uniesieniem, bo ten
las był jej prawie obojętnym teraz, nie czuła już tego łącznika
pomiędzy sobą a temi gąszczami, co stały nieme, w połowie z liści
odarte, zbiedzone i jakby zapadające w długi sen zimowy, a zionęły
chłodem. Chodzili z godzinę. Babiński zamilkł, a ona z pewną
goryczą patrzyła na ten las, który nic nie mówił teraz do niej,
którego życia nie czuła jak dawniej, i jak dawniej nie wstrząsał
nią. Czuła się obcą wobec niego. - Wracajmy, tak mnie odurzyło powietrze, że czuję się
jakby pijaną. - Dobrze, bo przyznam się, że zaczynam czuć katar, nie
wziąłem kaloszy. - Co pan robi wieczorem? - zapytała, aby coś powiedzieć. - Jeśli nie jestem na służbie, to siedzę w domu i czytam,
a gdy mi zbraknie książek, to idę do państwa Zaleskich, posłuchać
gry pani Zaleskiej. - Nie znam ich, muszą być w Bukowcu niedawno? - Trzy miesiące, razem sprowadziliśmy się tutaj. - Ależ ona musi całe dnie grywać, bo ciągle słyszę muzykę. - Po sześć godzin dziennie. Ogromnie pracuje, a przytem
niesłychanie miła - dodał gorąco i zmieszał się, bo Janka
uśmiechnęła się lekko. - Więc pani będzie łaskawa pożyczyć mi
książek do czytania? - Może pan przyjść jutro, to wybierzemy, jeśli się co
znajdzie. - Podziękowała za towarzystwo i poszła do mieszkania.
Jeszcze się nie zdążyła rozebrać, gdy Janowa przyniosła list. - To od tej pani, co gra cięgiem - objaśniła. Janka ciekawie oglądała heljotropowy list ze złotą lirą na
kopercie, woniejącej także heljotropem; nie miała go jeszcze czasu
przeczytać, gdy w kuchni rozległ się jakiś obcy głos. Janka
podeszła do drzwi, w których ukazała się Zaleska w szlafroku
adamaszkowym bordo w złote palmy, obrzuconym u szyi i przy dłoniach
kremowemi koronkami. - Pani pozwoli, ale przychodzę się usprawiedliwić... Janka poprosiła ją do pokoju. - Pani daruje... Jestem Zaleska! Musiała już pani słyszeć
o nas, jesteśmy niedawno w Bukowcu. Trochę dziwnym jest mój list,
ale niech mnie usprawiedliwi tak, jak mnie ośmielało bliskie
sąsiedztwo. - Usiadła przy stole, wyjęła srebrną papierośnicę i
podała Jance z uśmiechem zapraszającym. - Dziękuję pani, nie palę. - Jeśli zabieram czas, to proszę, powiedz pani otwarcie,
pomiędzy koleżankami nie powinno być żadnego skrępowania. - Zaczęła
gwałtownie koło siebie szukać zapałek. - Prosiłam pani listownie,
bo osobiście nie miałam odwagi, ale mam przynajmniej nadzieję, że
pani mi daruje i śmiałość, i natręctwo! - zapaliła wreszcie
papierosa i pociągnęła kilka razy z lubością. - Mam wieczorem
trochę gości, kuzyni bliscy, państwo Tacikowscy z Tacikowa, wie
pani? Ona i moja mama... wilgotny tytoń i palić się nie chce -
rzuciła papieros na podłogę i rozgniotła go nogą. - Byłam w
Warszawie, ale kupić zapomniałam, więc jeśli pani będzie łaskawa,
to będę jej wdzięczną, a wdzięczną być umiem... Pamiętam raz,
jeszcze byłam w konserwatorjum, na ostatnim kursie, Cesia
Pigłowska, wie pani? była później jedną z najlepszych uczenic
Rubinsteina, talent pierwszorzędny, ale zmarnowany przez
zamążpójście, chociaż ten jej mąż idealny, słowo daję - idealny. W
zabawny sposób poznali się ze sobą, wypadkiem, a że traf wszystkiem
rządzi... Ale powracam do prośby, otóż chciałam prosić o pożyczenie
nakrycia na sześć osób, bo tak mi dzieci wytłukły w ostatnich
dniach, że zmuszoną jestem pożyczać. A i pani ma fortepian? i pani
grywa? - zawołała, spostrzegłszy przez uchylone drzwi do saloniku
fortepian; pobiegła do niego i z wielką biegłością zaczęła
wybębniać jakąś improwizację. Janka poszła za nią, zdziwiona tą
paplaniną nieskończoną bez związku i sensu. - Zna pani to, co? - zagadnęła, rozpoczynając co innego. -
To scherzo z koncertu Moszkowskiego! Prześliczna rzecz, a
szczególniej w tem miejscu, słyszy pani śmiech, subtelny, ironiczny
śmiech! - Odrzuciła tren szlafroczka ruchem koncertantki na
estradzie, uśmiechała się, przechylając główkę na bok, jakby pod
ciężarem rozmarzenia, i grała, posyłając wdal z pod przysłonionych
powiek niezmiernie melancholijne spojrzenia. - Ale i bielizny
stołowej zechcesz mi pani pożyczyć - powiedziała, kończąc grę
jakiemś wściekłem fortissimo, westchnęła, opuściła bezwładnie
ramiona, niby pod ciężarem rozkoszy, powlokła oczami po saloniku,
podniosła rękę do czoła, westchnęła przeciągle, jakby się budząc, i
powstała, dumnie się prostując. - Daruje mi pani roztargnienie - zaczęła cicho, biorąc
Jankę za rękę - ale wiem, że pani mnie zrozumie, bo jesteś pani
przecież artystką. Słyszałam, słyszałam, i ma pani całą moją
przyjaźń i całe moje serce. Wszystkie dusze, żyjące tylko dla
sztuki, powinny się rozumieć i kochać. Do widzenia, do widzenia! -
przesłała jej pocałunek od ust i wybiegła. Janka nie miała
sposobności zamienić z nią i słowa jednego i po jej odejściu
wzruszyła ramionami lekceważąco, i wzięła się do czytania. W pół godziny Zaleska przesłała znowu heljotropowy liścik:
o pożyczenie dwóch funtów cukru i herbaty; bo, pisała, mężuś
zapomniał z Kielc. Janka kazała Janowej zanieść wszystko, o co prosiła, ale
Janowa zaprotestowała. - Panienko, ta pani to cięgiem ino pożycza; pan naczelnik
jeszcze dawniej, jak panienki nie było, powiedział, ażeby jej nic
nie dawać, bo nie oddaje. Niech pan sam powie! - zwróciła się do
Orłowskiego wchodzącego, powtarzając mu, o co idzie. - Głupiaś, moja Janowa, jak panienka jest w domu, to
panienka rządzi, mnie nic do tego - powiedział ostro. - Jeżeli
panienka kazała ci dać, to dać natychmiast. Janka położyła się zaraz do łóżka, bo się czuła tym
pierwszym spacerem bardzo zmęczoną. Orłowski cały wieczór chodził
po stołowym pokoju i co chwila prawie posyłał Janową do Janki z
zapytaniem, czy nie potrzebuje czego, a następnie zaproponował
czytanie głośne. - Niech Janowa powie, że bardzo serdecznie dziękuję i
słuchać będę z przyjemnością, bo zupełnie spać nie mogę! -
powiedziała Janka głośno. - Orłowski usłyszał, odsłonił kotarę,
przysunął stół i, siadłszy w drzwiach, czytał jakąś mdłą powieść
angielską. Rano Zaleska znowu przysłała wonny list, w którym
zapowiadała się na wieczór, a tymczasem przepraszała, że nie odsyła
pożyczonych przedmiotów, bo ci spodziewani kuzyni pojechali do
Warszawy, mężuś się widział z nimi na stacji, wstąpią zpowrotem.
Posyłała pocałunki i prosiła na zakończenie o pożyczenie kwarty
kaszki krakowskiej. - Panienko! ona ma tu! - wtrąciła Janowa, widząc uśmiech
Janki, z jakim czytała list, i zaczęła opowiadać o porządkach,
jakie panują u Zaleskich. - Nie chcę słyszeć, niech mi Janowa nigdy nie opowiada, co
się gdzie dzieje. - Zawdy przecie lepiej wiedzieć więcej kiej mniej! -
tłumaczyła Janowa. - Prowincja już mnie chwyta - myślała Janka - zaczynam już
czuć jarzmo. Przychodziła do zdrowia bardzo szybko i z początku z
pewnem upodobaniem poddawała się prądowi życia cichego i dosyć
czynnego, ale strasznie monotonnego, jakie płynęło w Bukowcu.
Pociągi w oznaczonych godzinach przychodziły i odchodziły; Orłowski
regularnie szedł na służbę rano i powracał wieczorem; Zaleski, jego
pomocnik, wszystkie wolne chwile poświęcał trenowaniu się na
rowerze przed stacją, na małym podjeździe. Spóźniał się na służbę i
zaniedbywał dom, a jeździł i jeździł, aż to znudziło wszystkich, i
tylko czasami w niedzielę chłopaki najbliższych wsi przylatywali
zobaczyć tego "cudaka", co w opiętym kostjumie, na tej djabelskiej
maszynie wykreślał nieskończone koła. Grzesikiewicz codziennie, w różnych godzinach, przyjeżdżał
dowiadywać się o zdrowie Janki. Przyglądała mu się kilka razy z
okna z dziwnem uczuciem pomieszania. Karaś ciągle wekslował swoje
wagony. Świerkoski dnie całe przesiadywał na stacji, łaził po linji
z psem, krzyczał na robotników. Janka przyzwyczaiła się widywać go
w jednych i tych samych godzinach, w których przechodził koło okien
i kłaniał się jej uniżenie, jak i przyzwyczaiła się do wiecznego
brzęczenia fortepianu Zaleskiej. Wiedziała, co robili wszyscy
wczoraj i co robić będą jutro. Wiedziała o wszystkich nadziejach i
chorobach Stasia, bo był u nich kilka razy i z całą naiwną
otwartością opowiadał wszystko, co się jego tyczyło. Wiedziała o
wszystkiem, bo Janowa nie mogła się uspokoić dotąd, aż
wypowiedziała, ile pani Zaleska wydaje na puder, ile na mięso, co
robi po nocach Karaś, kto z okolicy i po co przysyłał do bufetu, i
tak jej to prędko obrzydło, że zamykała się na całe dnie w pokoju i
leżała godzinami na łóżku, nie myśląc nic i nic nie czując prócz
nudy, która ją ogarniać poczynała. Zaleska wypisywała do niej całe tuziny pachnących listów,
wpadała na chwilę, a siedziała godziny całe, opowiadając w tempie
jedenastej rapsodji Liszta o najmłodszym swoim synku, Waciu, że
zaczynał już ząbkować; o Szopenie, że jest boski! o zdolnościach
starszego Stefka, który wybijał pięścią klawisze; o Helence, która
miała niegrzeczny zwyczaj plucia na wszystko. Wtrącała uwagi o
Babińskim i ze śmieszkiem znaczącym usprawiedliwiała się
dyskretnie, że nie jest winną temu, że chłopak głowę traci. To
znowu snuła fantastyczne projekty na przyszłość i odrazu
przeskakiwała do zapytania, po ile Janka płaciła za łokieć
materjału, z jakiego miała zrobioną suknię; to przynosiła kapelusz
do przymierzenia, bo lustro Janki było lepsze. Wspominała niejasno
o jakimś kuzynie w Warszawie, bardzo wpływowym, bardzo bogatym i
bardzo miłym, który ich protegował. - Bo mężuś jest zdolny bardzo - szeptała, uśmiechając się
blado i skubiąc kanwowy fartuszek z minką dziewczynki - ale nie ma
szczęścia, zupełnie nie ma, przez cztery lata zmienił sześć służb.
- Wzdychała ciężko i dawała do zrozumienia, że nie jest szczęśliwą,
że ją spotkał w życiu zawód wielki, że jest ofiarą losu. A czasami,
słówkami rzuconemi niebacznie, wspominała o jakimś swoim występie
publicznym; o występie, który był wielkim triumfem. Wyprostowywała
się, mówiąc o tem, usta jej drżały wzruszeniem i rzeczywista czy
też imaginacyjna boleść za przeszłością wyciskała jej łzy z oczu i
tak ją rozczulała, że śpiesznie wybiegała do siebie. Jance wydawała się bardzo śmieszną, ale szanowała ją, bo
grała znakomicie: tak opanowała technikę fortepianu, jak niewielu
ze znanych i uznanych mistrzów tego instrumentu, ale poza grą była
dzieckiem, zatopionem w małych sprawach codziennych, w głupstwach;
nic nie wiedziała i nic prawie nie pojmowała. Zaprosiła Jankę jednego dnia na herbatę, ale przedtem
heljotropowym liścikiem prosiła o szklanki i cukier miałki. Janka
poszła z ciekawością. Zaleska przeprowadziła ją śpiesznie przez pokój, w którym
mężuś nierozebrany, zabłocony ostatnią jazdą, chrapał rozgłośnie na
sofce, do swojego pokoju, przylegającego do saloniku Orłowskich.
Pokój był wybity błękitnym papierem i bardzo ładnie urządzony.
Meble pokrywał błękitny z heljotropowym odcieniem aksamit, takież
były portjery i firanki, i podobny zupełnie dywan tłumił kroki.
Blüthnerowski fortepian stał pod oknem; wielka palma swojemi
wachlarzowatemi liśćmi tworzyła zielony dach nad klawjaturą.
Gerydony, pełne zwiędłych i poschłych kwiatów, stafy w kilku
miejscach. Biurko, wykładane kością słoniową, maleńkie, eleganckie,
przepełnione cackami, powiędłemi bukiecikami fiołków, które od
wiosny wyrzucić zapomniano, listami, pudełkami z papierem listowym,
nutami, rękawiczkami, które się walały w rozsypanym pudrze, stało
na środku pokoju. Po krzesłach, po fotelikach japońskich z bambusu,
o poręczach z heljotropowego aksamitu, na fortepianie, nawet na
skromnem łóżku, ukrytem pod pawilonem z heljotropowych tiulów, na
dywanie pod ścianami leżały bezładnie porozrzucane książki, nuty,
przeglądy mód, fartuszki dziecinne, kalosze mężusia i t. d. i t. d. - Boże, co za nieład, Boże, co za nieporządek - narzekała
Zaleska, załamując ręce. - Anusia, Anusia! - wołała na służącą, ale Anusia nie
przyszła, tylko od kuchni dolatywał gwar i krzyk dzieci, a w
przerwach coraz potężniejsze chrapanie mężusia. - Panno Janino! niechże pani siada; straszliwy
nieporządek; ale jedna sługa nie może sobie dać rady ze wszystkiem;
doprawdy, że nieraz rozpacz mnie ogarnia. Mówiłam już mężusiowi,
aby przyjął pokojówkę; powiada, że dostać nie można. Pisałam nawet
do kuzyna, niechby przysłał z Warszawy. Poskładała nuty na fortepian, przysunęła Jance fotelik i
upadła zmęczona na niski, biegunowy fotel, obity heljotropowym
jedwabiem; ale zerwała się natychmiast, wydobyła pudełko cukierków
z biurka, przysunęła do Janki maleńki stoliczek z czerwonej laki,
postawiła cukierki i zaczęła Jankę zapraszać do nich. Sama jadła je
ciągle, bujała się na fotelu, poprawiała misternie w grajcarki
sztywne ufryzowaną grzywkę i znowu mówiła: - Proszę pani, myślę, czemu nie zostałybyśmy
przyjaciółkami! Chwilami tak mi potrzeba przyjacielskiego serca,
duszy, któraby mnie kochała. Ach! w tej chwili każę dawać herbatę.
- Wybiegła i powróciła prawie natychmiast zdyszana i zarumieniona,
z wypiekami na twarzy, upadła ciężko na fotelik, zaczęła gryźć
cukierki, z kuchni przybiegły za nią przeraźliwe krzyki dzieci. -
Ach! boję się szaleństwa, ale jeślibym dłużej miała w takich
warunkach żyć, to nie ręczę za siebie. - Przerwała, nasłuchując, bo
turkot jakiś rozległ się przed stacją. - Ma przyjechać do mnie
dzisiaj pani Osiecka, zna ją pani? - Tylko z widzenia. - Bardzo miła kobieta, trochę smutna, ale dystyngowana i
ma rozległe w świecie stosunki, bardzo często przyjmuje u siebie,
szczególniej latem, bo mieszkało u niej kilka kuzynek. Świerkoski
się podobno stara o jej siostrzenicę, Zosię, ale to bardzo dziwny
człowiek, przyznam się, że go się boję. Czy to prawda, że pani była
w teatrze - zapytała prosto. - Trzy miesiące byłam - odpowiedziała Janka niechętnie. - Pani mi daruje, już się nie pytam więcej, bo widzę,
sprawiłam przykrość zapytaniem. Tak, tak - szepnęła melancholijnie
- każdy człowiek, a szczególniej kobieta każda, ma w swojem życiu
jaśniejsze chwile, o których nierada mówić; rozumiem to dobrze.
Proszę pani, te morele w cukrze bardzo dobre, ręczę za nie, bo to
mój kuzyn je przysłał. Usiadła do fortepianu z cukierkiem w ustach i zaczęła grać
preludjum Szopena, te szeptane przez łzy, wśród czarów wiosennej
przyrody, zwierzenia duszy chorej. Janka wsłuchiwała się z
przejęciem i kładła na tych pełnych woni i smutku rytmach duszę, i
zwolna pogrążyła się w jakiś nastrój szarpiący nieopowiedzianą
tęsknotą. Zaleska grała z uczuciem i z przedziwną prostotą, nie
było w jej grze nic błyskotliwego, nic wirtuozowskiego, obliczonego
na olśnienie i zdumienie słuchaczy; gra jej była jakaś nieosobista,
tak nic indywidualnego nie mąciło i nie przysłaniało Szopena. Jej
blada, nieregularna twarz, powlekła się smutkiem, wielkie, piwne
oczy świeciły głębokim wyrazem odczuwania piękności muzyki,
przygryzła ze wzruszenia wiśniowe, prześlicznie wykrojone usta i
grała, przejmując się coraz głębiej. - Przestań! psiakrew, że to przespać się nie można, tylko
brzdąkanie i brzdąkanie - krzyczał mąż, zatrzaskując drzwi do
buduarku, i poznać można było po gwałtownem trzeszczeniu sofy, że
położył się znowu spać. Zaleska zerwała się od fortepianu i zalęknionym wzrokiem
spoglądała na drzwi, to na Jankę. - Pani daruje, ale mężuś zmęczony treningiem...
zapomniałam istotnie... - Wstała, chcąc prawdopodobnie iść
przepraszać go, ale usiadła zpowrotem przy fortepianie i zaczęła
obrywać zeschłe liście kwiatów na oknie, aby ukryć wzruszenie, ale
nie potrafiła, bo łzy zaczęły się wydzierać z pod zaciskanych
powiek i coraz obficiej płynąć po twarzy, żłobiąc w wypudrowanej
powierzchni żółtawe brózdy; rozpłakała się wreszcie spazmatycznie,
przysłoniła twarz chustką i płakała cicho, jak dziecko skarcone
niesłusznie. Janka uczuła się wprost oburzona brutalnością
Zaleskiego i w jakimś przypływie współczucia przysunęła się do
niej, i uspokajała ją z prawdziwą serdecznością. Zaleska
przycisnęła się do niej, jak dziecko, i płakała; zdawało się, że
całe strumienie łez ruszyły z łożysk niewyczerpanych i płyną coraz
obficiej. - O, jakże jestem nieszczęśliwa! o, gdybyś pani wiedziała!
- szeptała coraz ciszej, trzęsła się w łkaniu, jakie rozrywało jej
piersi. Janka przygarniała ją do siebie coraz silniej i głaskała
pieszczotliwie po wspaniałych, puszczonych w warkocz, włosach. Nie
wiedziała, co mówić do niej, ani czem ją pocieszać, wzbudzała
litość tem swojem dzieciństwem i wrażliwością. - Mężuś jest dobry, o, ja się nie skarżę na niego, nie;
jest bardzo dobry, ale służba tak go rozdrażniła, że czasem powie
jakie słowo ostre, które mnie tak boli, tak boli... - Umilkła i
zaczęła ssać chciwie cukierek; uspokoiło ją to nieco, bo poszła do
tualetki, stojącej obok łóżka, wytarła się kolońską wodą,
przypudrowała i wyszła uśmiechnięta i rozpromieniona; zupełnie już
zapomniała o przykrości niedawnej, tylko pod oczami, wilgotnemi od
łez i wody kolońskiej, wystąpiły sine plamy, jako jedyne ślady
wzruszenia. Poszła do kuchni i wkrótce służąca przyniosła herbatę. - Anusia, a nie zapomnij tam o dzieciach. - To się wie, nie trzeba mi przypominać - odpowiedziała
opryskliwie służąca. - Niech się Anusia nie gniewa, ale czasem można zapomnieć
- prosiła pokornie i, gdy służąca wyszła, zaczęła się
usprawiedliwiać: - Takie teraz są złe służące i tak o nie trudno,
że boję się, aby mnie moja Anusia nie opuściła, bo mężuś się
gniewa, jeśli zmieniam sługi często, a do tej dzieci zupełnie się
przyzwyczaiły. Jance żal się zrobiło tej biednej niewolnicy sług, męża i
dzieci, i chciała jej to powiedzieć, ale Zaleska znowu mówiła: - Pani zna pana Grzesikiewicza? - Dosyć dawno - odpowiedziała Janka, chmurniejąc. Zaleska spostrzegła się, że znowu sprawiła jej przykrość,
i umilkła, przysiadła do biurka, napisała na heljotropowym bilecie
kilka wierszy, które zaraz poszła wysłać przez Anusię. Później
znowu zaczynała mówić, ale wpadała co chwila w zamyślenie, patrzyła
w okno, zaglądała cichutko, czy mężuś śpi jeszcze, wzdychała, jadła
cukierki i przesiadała się z krzesła na krzesło, nie mogąc nigdzie
usiedzieć. - Wie pani! w Warszawie jesień nie jest tak straszną.
Ciekawam, czy też noszą jeszcze figara? - Nie wiem. - Sezon korcertowy już się rozpoczął; ach, te środy w
Towarzystwie Muzycznem! - Bywała pani często? - Nie opuszczałam ani jednej! a premjery w Rozmaitościach?
a koncerty latem w Dolinie Szwajcarskiej! a tysiąc przyjemności,
jakie tylko miasto dać może; ta atmosfera artystyczna, którą się
oddycha, to życie inne! Boże, Boże! gdzie to wszystko się podziało,
gdzie te czasy. Janka uśmiechnęła się ironicznie; znała ona nieco tę
atmosferę artystyczną, to inne życie. - Pani Osiecka z panienką przyjechały! - meldowała Anusia. - Proś! proś! - zawołała Zaleska, biegając po pokoju i,
nie wiedząc co robić, pobiegła do mężusia. - Heniu! Heniu! - szeptała mu do ucha, czerwieniejąc z
trwogi. - Mężusiu, mój złoty, wstań-no, przyjechała pani Osiecka. -
Zaczęła bardzo delikatnie poruszać go. - Do pioruna z babami! Czegóż znowu chce ten stary grzmot?
Psiakrew, że to przespać się nie można - krzyczał, podnosząc się na
nogi. - Henieczku! nie gniewaj się, mój złoty! mój jedyny! -
szczebiotała napół z płaczem, uwiesiła mu się u szyi i bardzo
pieszczotliwie i z niezrównanym wdziękiem kotki łasiła mu się u
szyi, i spoglądała w oczy trwożnie, niby pies, który się boi
kopnięcia. Odepchnął ją, zabrał poduszkę pod pachę i wyniósł się do
dziecinnego pokoju, a Zaleska pobiegła śpiesznie naprzeciw bardzo
poważnie prezentującej się damie, która wchodziła. - Jaka pani dobra, jaka pani dobra! - całowała ją
serdecznie. - Panno Zofjo, jakże zdrowie? - zwróciła się do młodej
panny w dość krótkiej sukience i filcowym, marynarskim kapeluszu. -
Panna Janina Orłowska! - przedstawiała Jankę. - Anusia! weźno
okrycie pani. - Cicho, dzieci! - krzyczała na gromadkę swoich dziatek,
która ze wszystkich stron wieszała się Osieckiej. - Pozwólcie panie
do mnie. - Moja pani Stefo, a niech się tam koniem zajmie służąca,
bo przyjechałyśmy same, no, mówię pani, same, bez parobka! -
zawołała potężnym głosem Osiecka, z trudem wpychając się na fotel. - Dobrze. Anusia! a daj tam koniowi owsa! Prawda, że konie
jadają owies? Osiecka roześmiała się na całe gardło i tak donośnie, że
koń zarżał na podjeździe. - Oj, ty dzieciaku, dzieciaku! a chodź-że do mnie, niech
cię ucałuję za taką szczerą naiwność, to... - zakrzyczała
gwałtownie, jakby jej kto zaprzeczał. - To ja się zajmę koniem, może Anusia nie chodzić -
powiedziała Janka, myśląc, że przy tej sposobności potrafi się
wymknąć. - O, złota panno Janino, dobrze, bo doprawdy nie wiem, czy
mamy w domu owies; ale pani zaraz powróci, koniecznie, bardzo o to
proszę, bardzo. Janka obiecała i wyszła. - Czy to ta Orłowska, co to była w teatrze, co to się
przed miesiącem truła? stało o tem w gazetach, sama czytałam, na
własne oczy! - dodała, czerwieniąc się z irytacji. - Tak, to ta sama, bardzo dystyngowana kobieta, dzielna. - O, dzielna! doskonale! Dzielna kobieta! - powtórzyła
ciszej Osiecka, i jakiś drwiący, zły uśmiech przeleciał po jej
przystojnej twarzy, okolonej zupełnie siwemi włosami, co przy
czarnych, ogromnych oczach, pełnych żywości i temperamentu,
stanowiło jakiś przykry kontrast. Usta i płeć miała zadziwiająco
świeże i młodzieńcze. Janka powróciła wkrótce, i zaczęła się pogawędka bardzo
żywa, o niczem prawie. Zaleska częstowała tylko cukierkami i
kolejno przysiadała się do każdej, aby kilka słów szepnąć do ucha w
tajemnicy. Osiecka ustawicznie przyglądała się Jance. Janka poczuła
ten wzrok ciekawy, podniosła dumnie głowę, spojrzenia ich się
skrzyżowały zimno i badawczo, a Jankę owładnął jakiś lęk
niewytłumaczony, zadrżała, bo oczy Osieckiej przewiercały ją
nawskroś i wprost obmacywały całą jej postać, i śledziły z uwagą
jej ruchy. - Nie nudzi się pani na wsi? - spytała Zosi. - Nie - odpowiedziała krótko i w zakłopotaniu spoglądała
na Osiecką, pytając się oczyma, czy mówić może, ale i Janka nie
pytała więcej, bo czuła, że myśli zebrać nie może, bo ten tubalny
głos Osieckiej podrażniał ją, a te jej oczy, ustawicznie biegające,
mieszały ją. Mękę jakąś czuła, jaką musi przechodzić ptak,
hipnotyzowany przez grzechotnika; nie miała sił się podnieść i
uciec, pomimo że pragnęła to zrobić; w głowie zaczynało się jej
mącić, fale krwi uderzały do mózgu, tak osłabła, że była bliską
omdlenia, a jednocześnie z pewnym strachem stwierdzała swój stan,
bo nigdy przedtem czegoś podobnego nie doświadczała. - Chora
jestem! - myślała, rozcierając sobie skronie. - Gdzież Henio? - zagrzmiała Osiecka. - Mężuś? prawdopodobnie na służbie... - Nieprawda. Tatuś śpi! - zaprzeczyła ze złośliwą radością
siedząca dotąd cicho Hela. - Tak... być może... nie uważałam - tłumaczyła się
Zaleska, spoglądając błagalnie na córkę. - Obudź go pani, to sobie małego preferka urządzimy; no,
mówię małego, to małego! Pani gra w preferansa? - zapytała już
spokojniej, zwracając się do Janki. - Nie - wyszeptała z trudem, wstrząsając się nerwowo. - Szkoda! Mój ś. p. mąż mawiał, że to jedna z
najprzyjemniejszych gier; dla mnie ona jest, niestety, jedyną
przyjemnością od czasu śmierci ś. p. męża; tak, jedyną biednej,
samotnej wdowy przyjemnością; no tak, skoro mówię, że samotnej,
biednej wdowy jedyną... przyjemnością... - powtórzyła z jakiemś
łkaniem, wsparła się na stoliczku, aż zatrzeszczał, i łzy, niby
wielkie krople tłuszczu, zaczęły płynąć z jej oczu niespodzianie. - Cioteczko! niech się ciocia uspokoi. - Droga pani wie, że jej każde wzruszenie szkodzi -
prosiła błagalnie Zaleska. - Szkodzi... oj, szkodzi, ale pani myślisz, że to biednej
sierocie tak łatwo zapomnieć o swoim przyjacielu najlepszym, a
wszystko mi ciągle przypomina, że jego już niema. Nie mogę podnieść
łyżki do ust, aby nie pomyśleć, że ten mój kochany, ten
niezapomniany! ten... - przysłoniła sobie tłustą, wielką, niby
patelnia, ręką oczy i ciężko wzdychała, aż fotel trzeszczał,
rozpierany jej kształtami, wstrząsanemi łkaniem sierocem. - Zosia
całowała ją po rękach i szczebiotała słowa banalnych pociech, ale w
oczach miała źle skrywaną niecierpliwość i znudzenie. - Zaleska
biegała pomiędzy nią a tualetką, skąd przynosiła coraz nowe flaszki
z perfumami i z całem namaszczeniem zlewała jej twarz i głowę
kolońską wodą. Osiecka pozwoliła robić z sobą wszystko, co chciała.
Odjęła ręce od twarzy i całym ciężarem zwiesiła się na poręczy
fotelika z bezwładnością boleści nieutulonej. Janka, pod wpływem tej sceny, która zrobiła na niej
komiczne wrażenie, odzyskała nieco sił i przytomności i teraz
patrzyła na profil Osieckiej z drwiącym uśmiechem. - Dziękuję ci, Stefa! dziękuję! - szeptała Osiecka
rozbolałym głosem. - Twoje współczucie budzi nowy żal, nowy ból
szarpie mnie przypomnieniami, że to nie on, nie ś. p. mąż mój tak
myśli o mnie; nie ś. p. mąż mój tak mnie pieści - zawołała
energiczniej. - Ależ nikt pani nie przeczy - powiedziała trochę szorstko
Janka. Osiecka uderzyła ją oczami, niby maczugą, i ciągnęła dalej
narzekania łzawym głosem: - Nie dziwię się obojętności ludzkiej, bo cóż kogo może
obchodzić stara, samotna kobieta? Grzeczność! tak, grzeczność zimna
tylko. To się dopiero później ocenia, kiedy się zostaje samą na
świecie... sierotą... opuszczoną... Pani Stefo, każ zaraz robić
kolację, bo tylko jedną partję dzisiaj zagramy, aby wcześniej
jechać do domu, bo noce teraz są ciemne - są bardzo ciemne, jeśli
się nie mylę. - Zwróciła się do Janki. - Doprawdy, ale nie mogę tego potwierdzić, bo wieczorem
już oddawna nie wychodziłam. - Ach, pani chorowała, jeśli się nie mylę. - Tak - powiedziała krótko Janka, bo ten wzrok przenikliwy
Osieckiej zabolał ją i zmieszał. - Pani Stefo, obudźno męża, czasby już zacząć grać; no,
mówię, że czas, to czas. - O, z pewnością, że czas - potwierdziła senna Zosia. Zaleska wyszła, i po chwili w sąsiednim pokoju rozległ się
gniewny, zaspany głos mężusia i pokorny, błagający żonusi; potem
trzask wysuwanych i zamykanych szuflad, chlupot wody i potężne
parskanie. W jakie pół godziny ukazał się Henio. Wyświeżony, w
nowym mundurze, uśmiechnięty, różowy od snu i wody, podobny do
młodego kurczaka, z tym nosem cienkim i długim, z grzywką
naturalnie się wijących w pierścionki włosów blond, starannie
rozczesanych przez środek głowy, aż do karku, z oczyma niebieskiemi
z wypełzłej emalji, ze słodkim uśmiechem i elegancją kelnera, suwał
nogami i przeginał wysoką, smukłą, dobrze uformowaną figurę.
Ucałował ręce Osieckiej, która go pieszczotliwie poklepała po
twarzy. - Pani dziedziczka dobrodziejka raczyła zaszczycić nas
swoją osobą, z czego ja i moja żona jesteśmy niezmiernie radzi,
nieprawdaż, żonusiu? - Ucałował po raz drugi jej ręce, pochylił
przepołowioną rozczesaniem głowę przed Zosią, i zwrócił się do
Janki z poważnym, pełnym szacunku dla córki zwierzchnika, wyrazem
twarzy. - Nie miałem dotychczas sposobności i przyjemności poznać
pani osobiście, chociaż tego pragnąłem bardzo, ja i moja żona,
nieprawdaż, żonusiu? Tak mówię, bo jestem pewny, że mam przed sobą
pannę Janinę Orłowską, córkę naszego drogiego, szanownego
naczelnika, z czego jesteśmy, ja i moja żona, niezmiernie
szczęśliwi, niezmiernie jesteśmy dumni, że możemy panią powitać u
siebie. - Stanął w drugiej pozycji, wyciągnął rękę, jak w
kontredansie, uścisnął jej dłoń, skłonił się tak nisko, że
zobaczyła jego czerwony kark, i usiadł pomiędzy Janką a żoną.
Uśmiech nie schodził mu z ust i rozpromienienie z twarzy. - Jaki on piękny! jak on mi przypomina ś. p. mojego męża -
rozrzewniła się Osiecka, całując go oczyma. - Panie Henryku! usiądź
pan przy mnie, bo mam taki szum w głowie, że zdaleka wyrazów
niektórych nie dosłyszę. Przysunęła się do niego tak blisko, że prawie pół jej
osoby, zwieszającej się przez trzcinowe poręcze fotelika, opadło i
pokryło jego nogi. - Żonusiu! może każesz naszykować stolik do kart. - Jakże panu idzie trening? - zapytała Zosia. - Bliski jestem celu, bardzo bliski - zawołał żywo. -
Robię już dwadzieścia kilometrów w minut pięćdziesiąt, i jeśli tak
dalej będę postępował, to wiosenny pierwszy rekord mój z pewnością,
bo dotychczas jeszcze nikt tak szybko nie jeździł. - Rozpromienił
się, z żywością zaczął rozmawiać o maszynach, gumach pełnych,
pneumatykach, oliwiarkach, szosach, rekordach i startach.
Przytaczał szczegóły z ostatnich wyścigów, opowiadał anegdotki ze
sportowego życia. Prawił z wielkiem lekceważeniem o niezwyciężonym
dotychczas, polskim championie cyklistów. Pokazywał nogami i rękami
niektóre
finishowe ruchy, które powinien robić jeździec, jeśli chce
pierwszy stanąć u celownika. Siadał na krześle, niby na maszynie, i
mówił, mówił, sam śmiał się z własnych dowcipów pierwszy, a nogami
bezwładnie pedałował i poręcz krzesła ściskał, i kręcił, jakby
kierownikiem. Zosia słuchała z otwartemi ustami, Osiecka co chwila
wybuchała potężnym śmiechem, aż fotelik trzeszczał i, aby okazać mu
swoje zadowolenie, klepała go po twarzy, lub szczypała nieznacznie
w wyrobione, stwardniałe bicepsy. - A smyk! a zuch chłopak! -
szeptała, zachęcając go do coraz nowych opowiadań. Zaleska w
otwartych drzwiach do jadalnego pokoju ukazywała się co chwila,
patrzyła na mężusia z dumą, słuchała, uśmiechała się delikatnie z
jego blagierstwa i znikała, krzątając się dalej około kolacji.
Jankę znudziło prędko to towarzystwo, więc, pomimo bardzo gorących
próśb, aby została dłużej, pożegnała się i poszła do mieszkania.