Feralna umowa - Wiesław Rybski

-
Proszę czekać

1

Nadciągający zmierzch gasnącymi promieniami zachodzącego słońca skrzył niezliczone kryształy lodowej powłoki, pokrywającej niekończącą się przestrzeń śnieżnego bezkresu. Długi cień psiego zaprzęgu majestatycznie przesuwał się po zmarzniętej powierzchni, zostawiając za sobą wąski ślad płóz ciągniętych sanek. Niebieska poświata krótkiego dnia polarnej północy z wolna pogrążała się w zapadającej wokół szarości.

Osha mocniej ściągnęła końce uprzęży i głośnymi cmoknięciami popędziła psy do szybszego biegu. Sunący znad pobliskiej Zatoki Hudsona lodowaty wiatr napierał na jej plecy, tworząc nie lada wyzwanie dla zdającej uciekać przed nim piątki psów. Niczym nieokiełznana przyroda kanadyjskiego terytorium Nunavat w swej zimowej odsłonie nie miała litości dla braku odporności oraz ludzkich słabości, akceptowała jedynie niczym nieprzezwyciężoną chęć przeżycia.

Psy mknęły w równym tempie, jakby kolejny raz odkryły, co jest ich ulubionym zajęciem. Osha ponownie naciągnęła na twarz szalik w kapturze parki. Ostre uderzenia wiatru wydawały się jej dziwnie mocniejsze od tego, co czuła kiedyś, wilczy ogon kaptura już tak nie chronił przed przejmującym ją zimnem. Musiałam już trochę odwyknąć, pomyślała i uśmiechając się w zaciśniętym kokonie polarnego odzienia mocno nacisnęła na reling sań.

Piętnaście lat temu, gdy żyła i mieszkała w osadzie Arviat, niewiele ponaddwutysięcznym zbiorowisku Inuitów, mieszczącej się na zachodnim wybrzeżu Zatoki Hudsona i administracyjnie należącej do regionu Kivalliq, polarna zima nie była dla niej niczym specjalnym, była z nią na co dzień i nie wiedziała, że może być inaczej. Wówczas, gdy była nastolatką, inny świat był jej znany jedynie z ekranu telewizora i wszystko, co na nim widziała, zdawało się kompletnie nierealne. W ostatniej klasie szkoły średniej, gdy rodzice tragicznie zginęli w niefortunnym zderzeniu kutra z górą lodową, Osha uprzytomniła sobie, jak ogromną przewagę ma otaczająca przyroda nad borykającymi się z uciążliwą codziennością mieszkańcami osady, i postanowiła wyrwać się z polarnego kręgu do świata, który znała jedynie z telewizyjnego ekranu. Wtedy, jako piętnastolatka, przekonała swą babcię – ostatnią osobę z rodziny oraz jedyną opiekunkę – aby ta wyraziła zgodę na jej dalszą edukację w odległym Quebecu. Stara kobieta zdruzgotana utratą syna i jego żony w propozycji wnuczki dojrzała szansę na jej lepsze życie i chociaż oznaczało to dla niej rozłąkę z jedynym i ostatnim członkiem rodziny, nie tylko wyraziła zgodę, ale zobowiązała się swym skromnym budżetem zapewnić jej godziwe warunki przebywania w obcym mieście. Wyraziła wszak swój warunek, iż Osha nigdy nie zapomni o swych korzeniach i nie narazi dobrego imienia Inuitów na upokorzenie swym niewłaściwym zachowaniem. Osha solennie przyrzekła spełnienie woli babci i opuściła zimową krainę osady Arviat.

Od tamtego czasu Osha nigdy nie zapominała o babci Ilannaq. Odwiedzała ją w każde wakacje, okazjonalnie w święta i zawsze w jej urodziny przypadające w połowie lutego.

Już ponadsiedemdziesięcioletnia kobieta niezmiennie z utęsknieniem oczekiwała tych wizyt. Szczególnie były one jej miłe w ostatnich latach, gdy spotykała się z dojrzałą już kobietą, od której mogła się wiele nowego dowiedzieć, ale także której mogła się zwierzyć ze wszystkich rodzinnych zdarzeń, jakie miały miejsce w jej życiu.

Osha również lubiła te spotkania, nie były bowiem one jedynie uspokojeniem jej sumienia z racji wypełnianych obowiązków należnej babci opieki, za każdym razem uzmysławiały jej, jak ogromnie mogą się różnić ludzie w swych przyzwyczajeniach i co stanowi prawdziwą wartość w ich relacjach.

Nie mogła wyprzeć się całkowicie lub raczej zapomnieć o tym, że należała do Inuitów. Nie był to żaden powód do wstydu, mimo że obraźliwe miano Eskimoska nadal ją irytowało. Teraz, żyjąc na co dzień w dalekim Montrealu, jej dziecięce i ze wczesnej młodości wspomnienia zacierały się, a nowe otoczenie wymuszało odmienny styl zachowania się. Sama do tego dążyła i była zadowolona z osiągniętego statusu i nowego sposobu życia.

Jednak w rodzinnych stronach nadal wstępował w nią duch zakorzenionych przyzwyczajeń i zawsze, gdy wracała, zachowywała się jak prawdziwa kobieta dalekiej Północy. Gdy była zima, jej dawni koledzy ze szkoły średniej już na lotnisku w Arviat przygotowywali dla niej właściwy strój oraz psi zaprzęg. Znali jej zamiłowanie do jazdy saniami i dbali o to, aby zrobić jej przyjemność. Sprawiało jej to nie tylko radość z posiadanej akceptacji w lokalnej społeczności, ale także pozwalało utrzymywać kiedyś nabyte sprawności.

Osha poczuła nagłą zmianę rytmu biegu ciągnących sanie psów. Przywódca zaprzęgu wyraźnie zwolnił i zaczął co raz oglądać się do tyłu. Niezaprzeczenie coś go niepokoiło, reszta zaprzęgu też jakby nagle utraciła zapał do dalszej gonitwy. Wokół było już zupełnie ciemno, jedynie wyłaniające się w oddali światła pierwszych domów osady oraz wschodzący za chmurami księżyc nieznacznie rozjaśniały otaczającą ją przestrzeń.

Osha spojrzała za siebie, wiatr zelżał, ale była to jedyna zmiana, jaką zauważyła. Coś jednak było nie tak, psy nie mogły się mylić. Ich trucht był nerwowy i dziwnie cichy, jakby obawiały się, że ktoś może je usłyszeć. Owinęła końce uprzęży o reling i stanowczym Whoa!! kazała zatrzymać się psom.

Księżyc wychylił się zza chmur, jednak jego światło było nikłe i nadal wkoło niewiele było widać. Osha sięgnęła po zawieszoną na relingu latarkę. Sporych rozmiarów maglite z ledowym światłem błysnął jasnym strumieniem i nagle to, co było niewiadomą, okazało się najczarniejszym z możliwych scenariuszy. Niecałe pięćdziesiąt metrów od zaprzęgu, dokładnie na obranym przez nią szlaku, ogromny nanuq – biały niedźwiedź, niekwestionowany władca polarnego kręgu – unosił pokaźny łeb znad rozszarpanej zdobyczy. Z wyszczerzonych zębów spływała krew ofiary, a świecące oczy bestii utkwione były w strumieniu omiatającego go światła.

Osha słyszała wiele opowieści, których niesławnym bohaterem był nanuq, wszystkie one przeważnie kończyły się nieuniknioną z nim konfrontacją. Rezultat tych spotkań był na ogół korzystny dla zamieszkujących osadę tubylców. Jednak nie bez znaczenia był fakt, że działo się tak przede wszystkim wtedy, gdy to miejscowi organizowali polowanie, w przeciwnych przypadkach element zaskoczenia często był korzystniejszy dla władcy lodowej krainy. Nanuq cieszył się należnym mu szacunkiem sięgającym zabobonnej wiary, że jest zwierzęcym wcieleniem szamana, aż do złej sławy drapieżnika bezwzględnego w pościgu za swą ofiarą.

Każde spotkanie z nanuqiem było ekstremalnym wyzwaniem, zalecane stosowanie gazu pieprzowego ponoć ratowało życie w dziewięćdziesięciu procentach, jednak jego użycie przy silnych powiewach wiatru i ograniczonej widoczności mogło prowadzić do znalezienia się w przedziale pozostałych dziesięciu. W saniach był pojemnik z gazem, był również winchester kaliber 45-70.

Osha sięgnęła po przytroczoną do sań strzelbę.

Nanug wyprężył długą szyję. Potrząsnął łbem w obie strony i ruszył w kierunku psiego zaprzęgu. Z każdym stąpnięciem poruszał się szybciej, nie spuszczając oczu z kolejnej ofiary.

Osha szybkim ruchem lewej ręki załadowała nabój i wymierzyła w zbliżającego się napastnika. Czasu nie miała dużo: jeden, może dwa strzały. Polarny niedźwiedź to duże zwierzę i zdawać by się mogło, że trudno w niego nie trafić z odległości niecałych dwudziestu metrów. Tyle tylko, że trafić to nie znaczy przeżyć.

Trzeba unieruchomić system nerwowy, dokładnie... trafić w oko lub tę część głowy, której grubość kości nie spowoduje ześlizgnięcia się pocisku.

Osha mocno przytuliła do policzka kolbę strzelby i wymierzyła w zbliżające się ślepia.

Głośny huk wystrzału przedarł się przez otaczającą ciszę głębokim echem, psy zaczęły szczekać. Nanuq zatrzymał się, jakby nieświadom, co się wokół niego dzieje, lewą łapą gwałtownie zaczął uderzać po swej paszczy. Osha zeskoczyła z sań i z prawej strony podeszła bliżej napastnika, zarepetowała ponownie, wymierzyła w jego prawą skroń i z wolna przycisnęła spust. Głowa zwierzęcia odskoczyła w bok i czerwona struga krwi zalała białe futro, jego nogi bezładnie ugięły się, pogrążając resztę cielska w puszystym śniegu. Podeszła jeszcze bliżej i oddała kolejny strzał w rozpostartą paszczę.

Niedźwiedź konwulsyjnie wyprężył tylne łapy i zastygł w bezruchu. Z bronią gotową do kolejnego strzału zbliżyła się do swej ofiary i przykucnęła, aby się jej przyjrzeć z bliska. Rozszarpany łeb zwierzęcia w niczym nie pomniejszał jego grozy. Zakrwawione i połamane kły nadal napawały strachem. Uchwyciła za nienaturalnie odstający kieł dolnej szczęki i mocno go przekrzywiła, tak mocno, aż pozostał w jej dłoni. Starła z niego krew śniegiem i schowała do kieszeni parki.

Wskoczyła do sań, uchwyciła końce uprzęży i głośnym Hike! zerwała psy do biegu.

Otaczający ją mrok łagodniał i żółte światła ulicznych lamp osady znaczyły powrót do bezpiecznej cywilizacji. Psy zwolniły, dając się wyprzedzić pojawiającym się od czasu do czasu śnieżnym skuterom. Na drugim skrzyżowaniu skręciły w prawo i po kilkudziesięciu metrach zatrzymały się na niedużym placu, nad którym widniał przejrzyście podświetlony napis: "Posterunek policji w Arviat".

Osha zarzuciła na ramię nieduży plecak, pogładziła prowadzącego zaprzęg dorodnego przedstawiciela rasy husky i weszła do środka. W małym korytarzu okienko recepcyjne było zasłonięte, oboje drzwi mieszczących się na przeciwległych ścianach korytarza były również zamknięte, tylko jasna szczelina światła spod drzwi naprzeciwko głównego wejścia świadczyła, że ktoś jednak pełni służbę. Bez zbędnej enuncjacji swego przybycia zwyczajowym pukaniem, nacisnęła klamkę i weszła do środka.

– Czyli można by was tutaj co najmniej ograbić, i nikogo by to nie interesowało, tak? – odezwała się, nie szczędząc sobie pobłażliwego spojrzenia na siedzącego za biurkiem starszego funkcjonariusza.

Kapitan Sivoy, dowódca miejscowego posterunku, podniósł się z krzesła i wyszedł zza swej fortecy. Na jego zahartowanej, ciemnej twarzy pojawił się dobrotliwy uśmiech niczym nieskrywanej przyjemności spotkania kogoś szczególnie lubianego.

– Kiedyś tylko twoja babka mogła sobie pozwolić na takie zachowanie. Teraz już jest na to za stara, ty zaś jesteś zbyt ładna i zbyt młoda, abym nie mógł ci tego wybaczyć.

– Za to ty jesteś, jak zawsze ten sam: pogromca Północy... i damskich serc. Miło cię widzieć, Sivoy. – Osha podeszła i lekko zbliżyła swe usta i nos do jego policzka.

– To miłe, że nie zapominasz o starym glinie, szkoda tylko, że nie pamiętasz o tych młodszych, którzy poszliby za tobą nawet w środek piekła.

Stary Sivoy myślał o swym synu Siluku, którego umizgi tak stanowczo odrzuciła stojąca przed nim kobieta.

– Mam dla ciebie prezent. – Położyła na biurku butelkę Canadian Club Classic. – A ci młodsi powinni zostać tutaj, wystarczy jedna zdrajczyni, czyż nie tak?

– Dzięki, Osha, ale już i tak nie poprawisz swych notowań. – Spojrzał na butelkę i roześmiał się. – Prosto z lotniska? Zaprzęgiem, jak zawsze?

– Aha, tylko tym razem miałam przygodę.

– To jakiś wariat. Nie miał pojęcia, z kim zaczyna... – Kapitan mrugnął znacząco, nie tracąc dobrego humoru.

– Może i racja, bo nie wyszło mu to na zdrowie – odpowiedziała w sposób, który nie mógł nie zwrócić uwagi kapitana.

– To znaczy?

– Natknęłam się na nanuqa.

– I co?

– Zginął od kul, gdy próbował się do mnie zbliżyć. – Otworzyła dłoń z nadal zakrwawionym kłem.

Kapitan Sivoy przyglądał się z uwagą zakrwawionej i zakrzywionej w swym kształcie zdobyczy.

– Gdzie to się stało?

– Jakieś półtora mili od osady, na wilczym szlaku. Chyba nie zamierzał się dzielić swoją zdobyczą.

– Ostatnio często pojawiają się w naszej okolicy. Nie dalej jak wczoraj musieliśmy jednego przegonić racami. Zakradł się do magazynu na zapleczu sklepu z żywnością. Może to ten sam? Rzucił się na ciebie?

– Oczywiście, z otwartą paszczą, abym mu wyrwała zęba. – Osha schowała swą zdobycz, szelmowsko się uśmiechając.

– Nie żartuj sobie. Miałaś dużo szczęścia. – W głosie kapitana wyraźnie zabrzmiała nuta szacunku i chociaż pogromczyni stała przed nim, respekt niewątpliwie przeznaczony był dla jej ofiary.

– Miałam również winchestera. Ruszył na mnie, oddałam trzy strzały, inaczej byłoby już po mnie.

– Potrafisz zachować zimną krew.

– Powiedział Inuita do swej rodaczki.

– Niełatwo cię okiełznać.

– Dlatego jeszcze nie mam męża?

– No, łatwo mu nie będzie.

– No widzisz, czyli nie ma czego żałować, że mnie już tu nie ma.

– Dla mnie szkoda i zapewne nie tylko dla mnie. – Popatrzył wymownie w jej oczy.

– Okay, Sivoy. Chyba nie chcesz, aby wilki rozprawiły się z nanuqiem?

Kapitan pokiwał głową i wydał kilka krótkich poleceń przez krótkofalówkę.

– Jedziemy tam. Ty zostajesz tutaj. To znaczy zajmij się Ilannaq, zapewne czeka na ciebie.

***

Dwie stare kobiety klęczały przy niskim stole i uporczywie wpatrywały się w kawałek foczej skóry. Jej krawędzie były obszyte kolorowymi rzemykami, a środek wypełniała rozrzucona w nieładzie garść różnokształtnych kawałków kości. Palce sczerniałych i mocno pomarszczonych dłoni delikatnie dotykały guzowatych kształtów, aby po chwili zebrać wszystkie kości razem i ponownie rozsypać na foczej skórze. Kobieta szybko cofnęła dłonie i zastygła w oczekiwaniu aż wszystkie kości znieruchomieją. Jej ciało dziwnie zadygotało, jakby nagle przeszył ją niespodziewany skurcz. Brwi uniosły się, zagęszczając zmarszczki czoła oraz rozszerzając wąskie szczeliny oczu, aby te mogły wyraźnie dostrzec to, co nią tak wstrząsnęło. Po krótkiej chwili odwróciła głowę i spojrzała na swą towarzyszkę, jej oczy ponownie zniknęły za ściśniętymi szczelinami bezrzęsnych powiek.

– Co tak zamilkłaś? – spytała Ilannaq swą zdawać by się mogło otumaniałą towarzyszkę.

– Bo złe rzeczy widziałam, Ilannaq, bardzo złe. Już drugi raz kości pokazały, że duchy przodków opuściły Oshę. Została sama. Nikt jej nie chroni. Zatrzymaj ją tutaj. Tam daleko, gdzie jest, czyhają na nią tylko złe demony. Za wielką wodą ktoś na nią czeka, możesz ją stracić na zawsze. – Kobieta zebrała kości i umieściła je w niewielkim skórzanym woreczku, który z nabożną czcią schowała w fałdach obszernej bluzy.

– To akurat może i dobrze, najwyższy czas, aby wyszła za mąż. – Roześmiała się stara Ilannaq.

– Stracisz ją... już prawie byś ją straciła... – Kobieta nagle postanowiła nic więcej nie mówić i odwróciła głowę.

– Mówiłam ci już wiele razy, żebyś nie dawała się omamiać tym szamańskim zabobonom.

– Jesteś taka jak ja i nie zmienisz tego, co przewidzieli dla nas przodkowie.

– Stara jesteś i głupia – odrzekła Ilannaq. – Nie widzisz, że czasy się zmieniły?

– To już nie nasze czasy, już nie nasze... – Stara kobieta wstała i zaczęła się zbierać do wyjścia.

Dobrze, że już się wynosi ta stara szamanka. Nikt jej tutaj nie prosił. Tylko mi psuje przyjemność spotkania się z wnuczką. Ilannaq pragnęła jak najszybciej pozbyć się niechcianego przybysza.

– Idź do domu i uważaj na siebie – pożegnała ją przy drzwiach.

– To nie ja mam uważać, nie ja... – usłyszała Ilannaq, zamykając drzwi.

Wróciła do kuchni. Chciała skończyć przerwane zmywanie naczyń i przynajmniej pozamiatać pokój. Jej wnuczka miała zdecydowanie wyższe standardy domowego ładu od jej przyzwyczajeń. Nie zawsze to do niej przemawiało, ale zbyt kochała Oshę, aby wywoływać jej niezadowolenie z tak błahego powodu.

Usłyszała dochodzące od drzwi stuki. Czyżby stara szamanka zapomniała o wypowiedzeniu kolejnej przestrogi?, pomyślała zniesmaczona i przekręciła klucz w wysłużonym zamku oraz odciągnęła nie mniej wiekową zasuwę, której rola w zapewnieniu bezpieczeństwa przed niechcianym gościem była jednak bezsprzecznie najważniejsza.

– Chyba nie myślałaś, że może mnie dzisiaj tutaj zabraknąć? Nie pomyślałaś tak, babciu, prawda? – Osha z szeroko rozpostartymi ramionami stała w ochraniającym przed wiatrem korytarzu.

– W moich myślach zawsze jesteś ze mną. Szybko, wejdź do środka. – Stara kobieta zamknęła drzwi i przez chwilę przyglądała się wnuczce. – Lubię cię tak ubraną, powinnaś tak się nosić na co dzień, wówczas nawet mężczyźni z Montrealu nie daliby ci spokoju.

– Wiesz, ci z Montrealu podobno nie dają spokoju tym mniej ubranym. – Osha uśmiechnęła się szelmowsko i mocno objęła Ilannaq, wtulając swój nos i usta w jej policzek. – Tak się cieszę, że zastaję cię w dobrym zdrowiu i w takim samym nastroju. Wszystkiego najlepszego na dalsze lata, babciu. Wiem, że niczego więcej nie pragniesz, ale znowu będziesz musiała przyjąć ode mnie prezent. – Ponownie się roześmiała i powtórnie przylgnęła do Ilannaq.

– To ty jesteś dla mnie jedynym prezentem. A teraz ściągaj parkę, tutaj jest strasznie gorąco.

Osha zamaszystym ruchem prawej ręki uniosła tył parki i zwinnie się z niej wyswobodziła. Sztywne odzienie osunęło się na podłogę, zdobyczny kieł nanuqa wypadł z kieszeni i potoczył się wprost pod stopy Ilannaq.

Stara kobieta podniosła zdobycz i pytającym wzrokiem spojrzała na wnuczkę.

– Skąd to masz?

– O czym mówisz, babciu? – Osha starała się zbagatelizować postawione pytanie, kończąc niby bezwiednym: – Ach to...

W jej głosie jednak nie dało się nie zauważyć nuty zakłopotania. Dobrze znała przesądy miejscowych. Zabicie nanuqa mogło okryć sławą, mogło również być zabobonną przyczyną początku nieprzewidywalnego ciągu niebezpiecznych zdarzeń. Nie zamierzała martwić Ilannaq swą przygodą, ale teraz było już za późno. Stara kobieta zbyt dużo widziała w swym życiu, aby można ją było oszukać.

– Musisz mi przyrzec, że nie będziesz o tym myśleć w kategoriach nadal panujących przesądów.

– No, skoro tak zaczynasz, to niczego ci nie mogę przyrzec. Odpowiedz, skąd masz kieł nanuqa. – Spojrzała wyczekująco. – Tak świeży kieł – dodała.

– Zaskoczył mnie na wilczym szlaku, musiałam go zastrzelić. Kieł wzięłam na pamiątkę.

Ilannaq poczuła, jak zimny strumień potu spływa po jej kręgosłupie, a obraz starej szamanki nad rozsypanymi kośćmi przesłonił trzymanego w dłoni nadal zakrwawionego kła.

2

Duża sala hotelu Ritz-Carlton w Nicei tętniła co raz powtarzającymi się gromkimi oklaskami ponad dwustu gości, zgromadzonych przy kilkudziesięciu okrągłych stołach, których białe nakrycia tworzyły elegancki kontrast z czarnymi smokingami mężczyzn oraz wszelkiej maści kolorami wieczorowych sukien.

Stojąca za ustawioną z boku sali mównicą kobieta, pomimo częściowo przesłoniętej sylwetki, skupiała uwagę wszystkich par oczu znajdujących się w sali osób. Jej niezbyt wysoka, niemniej niesamowicie kształtna postać w czerwonym obcisłym jedwabnym qipao – sukni z wysoką stójką oraz mocno uwidocznionym bocznym rozcięciem wzdłuż lewego uda, emanowała wdziękiem oraz niecodzienną urodą. Fioletowoczarne włosy spięte w wysoki kok przebity dwoma ozdobnymi szpilami z jasną cerą jej subtelnej twarzy uzupełniał image kobiety Dalekiego Wschodu.

Ling Mang mimo zbliżającej się pięćdziesiątki była nadal piękna i fascynująca.

– ...Tak, moi kochani, te siedemdziesiąt pięć lat istnienia firmy Durand to już przeszłość. Przeszłość, w której wielu z nas, siedzących w tej sali, odegrało jakże ważną rolę. Wiem o tym, bo sama w niej uczestniczyłam. No, może w niepełnym jej wymiarze... – Szelmowsko uniosła podbródek w odpowiedzi na kolejny aplauz zgromadzonych.

– I powiem wam, że to jeden z tych niewielu przypadków, kiedy to upływający czas napawa nas dumą i utwierdza w potrzebie dalszej konsekwencji w wykonywanych zadaniach i obowiązkach. Jak wspomniał obecny prezes firmy, Nel Durand, odniesienie sukcesu zawsze sprowadza się do podstawowych zachowań: chcieć i umieć. Ja tylko dodam, że "chcieć" oznacza determinację w dążeniu do celu, natomiast "umieć" to wiedza i doświadczenie, które pozwalają ten cel zrealizować. I właśnie tego nigdy nie brakowało w firmie Durand, a to dzięki i wyłącznie wam, moi drodzy. Za co jeszcze raz serdecznie dziękuję. – Ling Mang skłoniła głowę kończąc swe wystąpienie i przy stojącej owacji sali podeszła do naszego stołu.

Ling Mang jest siostrą mojej tragicznie zmarłej matki i to jej od dwunastego roku życia zawdzięczałem wszystko, co dotychczas osiągnąłem i kim jestem. Rok temu, gdy kazała mi wracać ze Stanów krótkim mailem: "Gratuluję obrony pracy doktorskiej. Nie podejmuj pracy w Stanach. Wracaj do Monte Carlo", nie miałem pojęcia, co mnie czeka. Wszystko stało się jasne, gdy kilka dni potem uczestniczyłem w scenie, która w późniejszym czasie niejednokrotnie spędzała mi sen z oczu.

W scenie tej ciotka Ling siedziała w swym ulubionym fotelu i paląc papierosa oznajmiła, co następuje:

– No więc, Nel, masz to szczęście, ale również niemały obowiązek złożonej odpowiedzialności w stosunku do kilkuset pracowników i poważnej rzeszy klientów, że jesteś właścicielem ważnej i uznanej na światowym rynku urządzeń chemicznych firmy: firmy Durand Ltd. Zapewne nieraz zastanawiałeś się, jakie są losy firmy twego ojca oraz jaki jest jej obecny status i miejsce na światowym rynku. Przez ostatnie szesnaście lat byłam jej jedyną właścicielką i chociaż moja wiedza techniczna nie mogła być żadnym wytłumaczeniem takiego właśnie stanu rzeczy, to posiadane rodzinne koligacje na pewno tak. Praktycznie firma i jej oddział w Hongkongu zarządzane są przez oddanych mi ludzi, do których mam całkowite zaufanie. Fabian Martin, naczelny dyrektor firmy, jest tutaj najlepszym przykładem. Na początku, gdy przejęłam w spadku po twoich rodzicach firmę, nic ci o niej nie mówiłam, bo byłeś małym chłopcem. Później, gdy skończyłeś szkołę średnią i wyjechałeś do Stanów, miałeś jasno określony cel i również nie chciałam cię angażować w bieżące sprawy firmy. – Ling zaciągnęła się papierosem i zmoczyła usta w szklaneczce whisky.

– Nadszedł jednak czas – mówiła dalej – że moja rola jako właściciela oraz głównego decydenta firmy dobiegła końca. I nie ukrywam, że jest to dla mnie duża ulga. Masz wszelkie upoważnienia oraz odpowiednią wiedzę, abyś teraz to ty decydował o dalszych losach Durand Ltd. Zdaję sobie również sprawę z tego, że być może twoje naukowe zainteresowania ciągle utrzymują cię w rozterce wyboru właściwej drogi kariery, jednak, jeżeli mogę ci doradzić, to uważam, że firma, którą stworzył twój dziadek i tak mocno rozwinął twój ojciec, ma prawo liczyć na właściwe zainteresowanie trzeciego pokolenia rodziny Durand. – Jej wzrok nie opuszczał moich oczu, ponownie upiła łyk whisky.

– Dziwne, ale nie mogę powiedzieć, że jest mi równie lekko. – Odstawiłem pustą szklankę.

– To się nazywa przejęcie odpowiedzialności – dodała z uśmiechem, ale i z należną chwili uwagą.

 

Od tamtego czasu moje życie zaczęło nabierać nowego charakteru, który z biegiem kolejnych miesięcy zaczynał mi być coraz bliższy.

– Czy słyszałaś ten jęk zawodu, jak opuszczałaś mównicę? – szepnąłem do ucha Ling, podsuwając jej krzesło.

– Mówiłam ci już wielokrotnie, że komplementowanie kobiet dla nich samych często jest oznaką obraźliwej nachalności – odpowiedziała mi równie skrycie, jednak z niedającym się ukryć zadowoleniem w oczach.

– To było wspaniałe wystąpienie, szanowna pani Mang. – Lam Guan, dyrektor chińskiego oddziału firmy, z szacunkiem skłonił głowę.

– Ling, powiem tylko, że Paul Durand, ojciec naszego obecnego szefa, przebywając w niebiosach, miał dzisiaj wyjątkową frajdę. Jak zawsze byłaś wspaniała. – Fabian Martin, dyrektor zarządzający firmy, uśmiechnął się, nie kończąc okazjonalnych oklasków.

– Dziękuję panowie. To prawda, wszyscy jak tutaj siedzimy powinniśmy być dumni z naszych osiągnięć, jednak szczególne uznanie należy się właśnie wam. I to wasze zdrowie niech będzie adresem tego toastu. – Ciocia Ling uniosła kieliszek z szampanem.

Przy stole było nas ośmioro. Po mej lewej stronie miejsca zajmowali: Fabian Martin wraz z żoną, a dalej Lam Guan z małżonką. Obie pary prezentowały się dystyngowanie, dojrzały wiek obu mężczyzn widocznie tonowały siedzące przy nich żony. Czyniły to elegancją i na przekór upływającemu czasowi ciągle zachowaną urodą swych twarzy. Po mej prawie stronie znajdowała się ciocia Ling, obok niej siedziała Lea Delon, moja sekretarka z głównego oddziału firmy w Tulonie. Przy niej było miejsce dla Lo Shan, mojej prawej ręki i szefowej biura sekretariatu oddziału firmy w Hongkongu. Obie były młode i obie mogłyby śmiało opuścić eliminacje do wszelkich wyborów miss kobiecej urody.

Ich miejsca przy stole nie były przypadkowe. Lea Delon była bałwochwalczą fanką Ling Mang. Jej pojawienie się w mym sekretariacie zostało skwitowane zdawkowym komentarzem Ling, która stwierdziła: "Lepiej sama bym nie wybrała", co z kolei mając na uwadze przypadek Lo Shan, wybranej właśnie przez nią, gdy była szefową firmy, należało uznać za komplement najwyższej klasy. Lo Shan swą obowiązkowością oraz chińską urodą mogła stanąć na każdym szczycie.

Obie dziewczyny wzajemnie się lubiły i dzielący ich dystans Tulon–Hongkong nie był tego główną przyczyną. Lea, mimo że była rodowitą paryżanką, świetnie posługiwała się językiem zarówno mandaryńskim, jak i kantońskim, co było nie tylko ogromnym ułatwieniem w ich wzajemnych kontaktach, ale także otwierało przed nią dowolne zainteresowania związane z Państwem Środka. Nieskrywana przychylność Ling powodowała, iż należące do niej obowiązki wykonywała w perfekcyjny sposób. Siedząc przy stole obok swej mistrzyni wprost nie spuszczała z niej oczu.

Lo Shan, której zdolności lingwistyczne obejmowały również język angielski oraz francuski, by nie wspomnieć perfekcji w japońskim, zajmując miejsce pomiędzy Leą oraz żoną Lam Guana pełniła funkcję tłumaczki zawiłości lingwistycznych dla swych chińskich rodaków.

Każdą z nich ceniłem wyjątkowo i z obiema łączyło mnie coś więcej niż zwykła zależność służbowa, przy czym nie było to potajemne dzielenie łóżka. Nigdy nie łamałem nadrzędnej zasady braku seksualnych kontaktów z pracownikami mojej firmy. Nie mógłbym co prawda zaprzeczyć, że taka myśl zupełnie mi nie przyszła do głowy, jeśli musiałbym zdecydować się na jedną z nich, to bez wątpienia byłaby to Lo Shan, co i tak przypuszczalnie spotkałoby się ze zdecydowaną odmową z jej strony.

– Mam nadzieję – panna Delon ujęła kieliszek – że mimo mojego najkrótszego stażu w firmie Durand mogę zaproponować toast na cześć pani Mang, której rola w historii firmy nie mogłaby być przeceniona i której przychylność jest mi szczególna bliska, za co chciałabym podziękować.

– Lea, to miłe z twej strony, dziękuję. Wierzę, że już za dwadzieścia lat ktoś będzie mógł również powiedzieć to o tobie. – Ling uśmiechnęła się życzliwie i spojrzała na mnie. – Co prawda obok mnie znajduje się mężczyzna, któremu komplementowanie kobiet nie sprawia szczególnej trudności, jednak wzniesienie toastu za zasługi własnej ciotki umknęło jego uwadze. Może jednak masz coś do powiedzenia, Nel?

W rogu sali muzycy ostatecznie doszli do przekonania, że smakowanie roznoszonych drinków nie jest ich głównym zajęciem, i ciepłe rytmy swingu wdarły się w przytłumiony gwar sali. Uchwyciłem dłoń Ling i podniosłem się z krzesła.

– To prawda, droga ciociu, że twoja rola w historii firmy Durand jest nie do przecenienia. W zdecydowanej większości ludzie, którym los znienacka otworzył drzwi do władzy i niejednokrotnie dał szansę zrobienia czegoś niezwykłego, nie potrafią z tego skorzystać. Wręcz niszczą tę szansę, robiąc przy tym wiele zła własnemu otoczeniu oraz zależnym od nich ludziom. Ty, przeciwnie, jako młoda kobieta pokazałaś, że można inaczej i potrafiłaś to utrzymać ponad szesnaście lat, doprowadzając firmę do stanu, w jakim nigdy przedtem nie była. Wytarte słowa podziękowań, niezależnie od tego, jak bardzo byłyby miłe, nie są w stanie oddać należnej ci wdzięczności. Co prawda twoja wiara w dokonanie właściwego wyboru swego następcy była mocno przesadzona, ale mam nadzieję, że nigdy nie pozbawisz go swych rad oraz spostrzeżeń. Dziękuję Ling i pamiętaj o nas. – Schyliłem się i uniosłem ją z krzesła, całując w oba policzki.

Lo Shan wstała i zaczęła bić brawo, po chwili dołączyła do niej reszta towarzystwa skupionego wokół stołu.

– Może jednak nie powinnam cię namawiać do wypowiedzi w szerszym gronie. – Ling starała się ukryć drżenie głosu. – Ale skoro już tak się stało, to powinieneś zrobić następny krok i zaprosić mnie do tańca. – Roześmiała się i ujęła mnie pod ramię.

Nieduży parkiet przy orkiestrze, pomimo rozlegających się obok niego dźwięków kilkunastoosobowego zespołu muzyków, był nadal pusty. Pojawienie się naszej pary wyraźnie ośmieliło resztę towarzystwa i już przy następnym kawałku zaczynało się robić tłoczno.

Siedemdziesiąta piąta rocznica działalności firmy nie jest okazją do hiphopowych czy nawet rockandrollowych wyczynów zarówno na parkiecie, jak i w repertuarze grających muzyków. Towarzystwo jest raczej nobliwe i niezbyt skore do prezentacji tego, czego w dużej mierze powagą wieku nie jest w stanie zaakceptować. Nigdy jednak nie jest tak, że to, co tak oczywiste, nie ma swoich wyjątków lub nie może posłużyć do osiągnięcia zgoła odmiennych celów.

Denise Lefebvre nie dawała żadnych szans swemu ojcu w utemperowaniu jej tanecznych wyczynów. Bywalczyni najdroższych dyskotek Lazurowego Wybrzeża, pewna swej towarzyskiej pozycji, pieniędzy oraz posiadanej urody, nie zwykła była robić cokolwiek innego od tego, na co miała w danym momencie ochotę. Jej pojawienie się w dowolnym towarzystwie przeważnie prowadziło do zachowań nietypowych lub wręcz skandalicznych. Denise Lefebvre była femme fatale południa Francji i przyległych do niego okolic. Po śmierci matki była jeszcze bardziej hołubiona przez swego ojca Ronalda Lefebvre'a, magnata w handlu nieruchomościami. Jako jedyna spadkobierczyni ogromnej fortuny mogła robić wszystko, co chciała... i to robiła.

– Wiem, tato, że taniec to nie jest twój ulubiony sposób na dobrą zabawę, ale z kim innym miałabym tutaj zatańczyć, skoro dzieli mnie od całej reszty jedno lub dwa pokolenia. – Zwolniła i pozwoliła się poprowadzić w staroświeckim stylu. – Chociaż, jak spojrzeć delikatnie w lewo, to może i mogłabym zmienić zadanie, a i ty mógłbyś być bliżej pięknej Ling Mang.

– Proszę, Denise, pamiętaj, że jesteś z ojcem i zaprzestań takich insynuacji.

– No, chyba nie powiesz mi, że Ling Mang ci się nie podoba. Wszyscy wkoło skoczyliby za nią w ogień, gdyby tylko ich podstarzałe jędze mogły na to przymknąć oko, a ona sama im na to pozwoliła. Co innego ty. Postawny, raczej zamożny i do tego samotny. Tak, to inna sytuacja. Zgodzisz się, prawda?

– Denise, upominam cię kolejny raz. – Ronald Lefebvre, nie chcąc upodabniać się do innych, mniej lub bardziej skrycie zerkających w stronę Ling Mang, starał się nie patrzeć we wskazanym przez córkę kierunku.

Na nic to jednak się zdało, gdyż Denise nie zwykła łatwo rezygnować z podjętych decyzji, a już szczególnie, gdy te decyzje dotyczyły Nela Duranda. Jego ciotka, fakt, była ozdobą imprezy, na co w pełni zasługiwała, zresztą tak samo jak na ukradkowo kierowane na nią spojrzenia wszystkich mężczyzn, jej ojca nie wykluczając, o czym dobrze wiedziała, wymuszając na nim wspólny taniec. Dla niej Ling Mang była tylko okazją do zbliżenia się do jej siostrzeńca, jedynego rówieśnika z lat szkolnych, którego ceniła i darzyła szacunkiem. Znali się długo i czasami byli sobie dość bliscy, zwłaszcza gdy kłócili się co do sposobów przeprowadzania dowodów znanych twierdzeń matematycznych ze szczególnym upodobaniem tych określonych przez Leibniza – twórcę rachunku różniczkowo-całkowego. Denise w szkolnych latach lubiła matematykę i wiedziała o niej znacznie więcej niż nakazywał szkolny program. Wiedziała również, że to szczególnie w niej ceni Nel. Nie mogła jedynie zrozumieć, dlaczego taki mądrala nie chce iść z nią do łóżka.

Z nią! Dziewczyną marzeń wszystkich chłopaków.

Denise sprytnie okręciła się wokół ojca, tak aby znaleźć się bliżej swego celu.

– Dziękujemy za to miłe zaproszenie, pani Mang. To wspaniała okazja oraz udana impreza – odezwała się, zbliżając się do Nela i patrząc na Ling. – Wszyscy ci zazdroszczą takiej cioci, Nel. Proszę, przyjmij moje najserdeczniejsze gratulacje. Właśnie mówiłam tacie, że takich kobiet już teraz nie ma. Może nie powinieneś więc aż tak wyraźnie okazywać praw swej wyłączności i użyczyć towarzystwa pani Mang również innym. – Tym razem spojrzała na ojca.

– Rozumiem, Denise, że proponujesz zmianę partnerów. – Ling zatrzymała się, opuszczając rękę z mego ramienia.

– Pani Mang, Denise swym zwyczajem może wprowadzać w zakłopotanie, proszę więc... – Ronald Lefebvre starał się stonować zachowanie córki.

– Panie Lefebvre – Ling weszła mu w zdanie – może rzeczywiście czas na lampkę szampana. Nel, Denise... – Ling podała mu rękę, aby odprowadził ją z parkietu.

– Zawsze ją będę podziwiać, jest wprost boska. Powiem ci, Durand, że również coś z tego zostało w tobie. I to chyba dlatego nie mogę przestać myśleć o tobie. – Jej obie ręce zawisły na mej szyi.

– Co i z czego, Denise?

– Ta pieprzona niedostępność zawoalowana w odrębności dalekiej Azji. Właśnie to i ten upór, że i tak mnie nie zaciągnie do łóżka. Wiem, że tak jest.

– To może również wiesz, dlaczego tak jest?

– Nie do końca, przecież się widzę w lustrze. Starej toyoty i niespłaconego kredytu w banku również nie mam.

– A co z tą boskością?

– Właśnie! Ale skąd się biorą te wszystkie ślicznoty wokół ciebie? Ty mi to powiedz.

– Głównie z Dalekiego Wschodu.

– I co, w majtkach mają coś innego?

– W majtkach wszystkie macie to samo. To już bardziej chodzi o głowę. No i to, co jest na niej, też nie jest bez znaczenia.

– Blondies się więc nie liczą, tak?

– No... mniej.

– Na litość boską, mów przynajmniej ciszej. – Uszczypnęła mnie w szyję.

– Tańczymy, czy nadal tylko ględzimy?

– Tańczymy.

Przylgnęła do mnie w stopniu tyle doskonałym, co nieprzyzwoitym, szepcząc do ucha:

– I nawet stary Leibniz nic nie wskóra?

– Stary Leibniz co miał zrobić, to zrobił, i całkiem dobrze mu to wyszło. O czym, muszę przyznać, większość twych znajomych nie tylko nie ma pojęcia, ale nawet nie wie, kim on był.

– Teraz już też niewiele pamiętam. Pochodna z całki, kryteria zbieżności szeregów, warunki konieczne i te wszystkie brednie, powiem ci, że nic nie dały. – Roześmiała się, nie kryjąc w swych oczach podtekstu.

– To co to jest funkcja pierwotna? I jaka jest wartość całki z funkcji e do x, w przedziale: jeden, trzy?

– Funkcja pierwotna danej funkcji to taka funkcja, której pochodną jest dana funkcja. A ta wartość to: e do trzeciej minus e – wyrecytowała po krótkim namyśle. – Chyba nie bierzesz dosłownie wszystkiego, co ci mówią dziewczyny?

– Może rzeczywiście nie powinienem.

– To jeszcze tylko te czarne włosy. – Musnęła wargami mój policzek, aby zaraz zwolnić swój uścisk, pytając: – A ta, co tak wpatrzona w ciebie?

Odwróciłem się do tyłu i zobaczyłem Lo Shan. Stała na brzegu parkietu widocznie zniecierpliwiona, na jej twarzy była konsternacja.

– To moja sekretarka z Hongkongu, musi mi mieć coś ważnego do powiedzenia, skoro się tutaj znalazła.

– Może nie tylko do powiedzenia, bo włosów na pewno zmieniać nie musi.

Nasze spojrzenia się spotkały i Lo Shan podeszła bliżej, aby możliwie konspiracyjnym głosem powiedzieć:

– Nie chciałam przeszkadzać, jednak sprawa jest na tyle ważna, że muszę to zrobić. – Spojrzała na Denise, dając znać, że sprawa wymaga również dyskrecji.

– Przepraszam, Denise, ale muszę cię opuścić. Nie możesz mi mieć tego za złe – zwróciłem się do mej partnerki.

– A co mogę, Nel? No, co mogę? – zadziornie spytała, nie spuszczając oczu z Lo Shan.

– Dzięki, Denise, do następnego razu.

– Żebyś wiedział, nie wiem tylko, czy wówczas mnie rozpoznasz. – Roześmiała się i odchodząc dotknęła włosów Lo Shan.

Ująłem Lo Shan pod rękę i odeszliśmy na bok.

– O co chodzi? – spytałem.

– Statek, który płynął z naszym reaktorem na Sachalin, zatonął. Stało się to nieopodal koreańskiej wyspy Czedżu. Trwa akcja ratownicza, ale szanse na to, że uda się wszystkich ocalić, są nikłe.

– Skąd o tym wiesz?

– Konsulat Republiki Korei Południowej w Hongkongu zawiadomił sekretariat.

3

Kanadyjskie Centrum Meteorologii znajdowało się w Dorval, na południowym obrzeżu Montrealu. Jego siedzibą był całkiem spory czterokondygnacyjny budynek, którego płaski dach wypełniały czasze anten satelitarnych. Nie wzbudzał zainteresowania entuzjastów szczególnych form architektonicznych i w księdze odwiedzających go gości na próżno by szukać nazwiska: Norman Foster. Przeciętność formy i bylejakość zewnętrznego wizerunku obiektu jednak nie zawsze podobnie identyfikuje spełnianą przez niego funkcję. Centrum Meteorologii mogłoby być tego najdobitniejszym przykładem.

Generalnie jego zadaniem była konsolidacja tworzonych modeli teoretycznych z przewidywaniami opartymi na uzyskanych doświadczeniach. Celem takiego działania było stworzenie aktualnego obrazu wszystkiego tego, co się unosi w powietrzu. O zatruciach technologicznych, skażeniach nuklearnych lub pyłach wulkanicznych pamiętając szczególnie. Pracujący w centrum naukowcy i inżynierowie mieli do dyspozycji dostępne w czasie rzeczywistym obserwacje prowadzone przez dziesiątki krążących wokół planety satelitów, co pozwalało im opracowywać coraz dokładniejsze stany otaczającej nas atmosfery. Informacje te stanowiły bazę do tworzenia lokalnych prognoz pogodowych wykorzystywanych przez miejscowe społeczności, lotnictwo, żeglugę i mniej oficjalnie przez Ministerstwo Obrony Narodowej.

Centrum w zasadzie dzieliło się na trzy oddziały: informatyczny, operacyjny oraz rozwoju. Uzupełnieniem tego podziału był departament zajmujący się zjawiskami niezwyczajnymi, znany jako DUP (Department of Unusual Phenomena). Jego skład osobowy nie był duży, zgodnie z regułą, iż sprawy skomplikowanie i nietypowe mogą rozwiązywać głównie ci mądrzejsi.

Szefem DUP był profesor Henry Gibbs, znany w środowisku akademickim autorytet w dziedzinie meteorologii oraz postępujących zmian klimatycznych. Mimo stosunkowo młodego wieku, zbliżał się do czterdziestki, jego dokonania często budziły powszechne zainteresowanie w branży, chociaż nie zawsze wynikały bezpośrednio z przedstawianych przez niego tez. W swych działaniach, oprócz posiadanej wiedzy szczegółowej, Gibbs posiłkował się głównie intuicją, która w analizie zjawisk rzadkich często odgrywa czołową rolę, szczególnie gdy pole zdarzeń podobnych jest mocno ograniczone. Intuicja ta, często prowadząca do oczekiwanego rezultatu, oraz umiejętność prezentacji własnej osoby, wspomagana ujmującą powierzchownością, czyniły osobę profesora popularną i godną zazdrości. Cechy te nie przywoływały uczucia obojętności w kobiecej percepcji, niejednokrotnie wręcz stanowiły o uzyskiwanym przez niego status quo, czego najlepszym przykładem była rekomendacja pani minister resortu na zajmowane stanowisko szefa DUP. Okazywana mu kobieca przychylność nie zawsze spotykała się z idącymi za nią oczekiwaniami. Gibbs bowiem kierował się głównie swoimi upodobaniami. Zawodowa wiedza zawsze była przez niego ceniona i stanowiła niewątpliwie fundament utrzymywania pewnej dozy zażyłości, jednak warunkiem koniecznym do przejścia w strefę intymności była oczywista uroda zainteresowanej. Co w praktyce w otaczającym go kręgu naukowców nie było znów takie częste. Jednak nie niespotykane.

Henry Gibbs poprawił krawat, rozpiął poły białego fartucha i wyszedł ze swego gabinetu. Przeszedł przez krótki korytarz i nie zadając sobie trudu pukania nacisnął klamkę drzwi oznaczonych plakietką:

 

"Sekcja analizy struktury wiatru

Dr Osha Shiwak"

 

Za oknem słońce przebiło się ponad bezlistne korony drzew i długim snopem światła z wolna przesuwało się po dębowej posadzce. Osha odsunęła się od ekranu monitora i przetarła znużone oczy.

– Zmęczona? Po urlopie? – usłyszała znajomy głos.

– Może trochę rozkojarzona... i po jakim urlopie?

– Nie było cię w ubiegłym tygodniu...

– Fakt, nie było. Babcia miała urodziny. Poleciałam do Arviat.

– Jakieś zmiany nad Zatoką Hudsona? Niedźwiedzie nadal wiodą prym? – W głosie Gibbsa wyraźnie zabrzmiała nuta pryncypialnej pobłażliwości.

– Już nie odpływamy na krach do krainy przodków. A niedźwiedzie? Bywa różnie. – Odwzajemniła się spojrzeniem: nie rób z siebie większego dupka, niż nim jesteś.

 

Osha starała się być w dobrych stosunkach ze swoimi współpracownikami. Również ze swoim szefem, profesorem Gibbsem. Jednak ich relacje bywały różne i chyba właśnie takie określenie było najwłaściwsze.

Gdy pięć lat temu Osha jako absolwentka uniwersytetu McGill ze świeżo obronioną pracą doktorską zaczynała pracę w Centrum Meteorologii, Henry Gibbs już tam pracował i był liderem niewielkiego zespołu zajmującego się obserwacją zmian powłok lodowcowych. Swoją prezencją i postawą wzbudzał zainteresowanie, a z racji kierowania zespołem cieszył się szacunkiem. Pojawienie się nowej osoby o odmiennym rodowodzie etnicznym i, co bardziej widoczne, o urzekającej swą odrębnością urodzie nie mogło nie zwrócić jego uwagi lub raczej wyznaczyć nowego celu pożądania. Nowa asystentka rozpoczęła pracę od oddziału informatycznego, co główne uzasadnienie miało w kontynuacji jej zainteresowań zagadnieniami statystyki i probabilistyki zdarzeń. Później, zgodnie z zasadą zaznajomienia się z wszystkimi oddziałami Centrum, Osha kolejne sześć miesięcy spędziła w oddziale operacyjnym, a następnie pół roku w oddziale rozwoju. Henry Gibbs w trakcie tego półtorarocznego okresu nie rezygnował z żadnej próby zbliżenia się do niej. Wszelkie spotkania wewnętrzne, sympozja, zjazdy branżowe były okazją do prób nawiązania bliższego kontaktu. I wszystkie one nie przynosiły oczekiwanego sukcesu. Osha była bezwzględna w swej konsekwencji odmowy, kokieteryjnie studząc jego zapały uporem stwierdzenia, że nie łączy przyjemności pracy zawodowej z życiem prywatnym, w tym również uczuciowym.

Któregoś dnia, gdy wracali z Nowego Jorku, Gibbs wypił zbyt dużo na kończącej sympozjum kolacji i postanowił przypuścić bardziej zdecydowany atak. Pora zdawała się odpowiednia: była noc, lot do Montrealu krótki, niemal wszystkie miejsca w klasie business świeciły pustkami. Na cóż więc czekać? Usiadł w pustym fotelu obok niej i nie kryjąc swych zamiarów położył dłoń na jej okrytym krótką spódnicą udzie.

Brak reakcji Oshy ośmielił go i jego ręka zaczęła z wolna poruszać się ku górze.

– Jeżeli natychmiast nie weźmiesz dłoni, złamię ci go. – Osha błyskawicznym chwytem odgięła mały palec jego dłoni.

Jego ręka przestała się poruszać, ale wyraźnie nie zamierzał rezygnować.

– Mam liczyć do trzech, czy łamać od razu? – Odgięła palec do pozycji baczność.

– Wszystkie jesteście takie same. Zdaje ci się, że jesteś inną suką? – syknął i odsunął rękę.

– Skoro już mówimy o psach, to raczej ty wciągnij fiuta, możesz sobie zrobić krzywdę. Nie każda widzi w nim coś aż tak ekstra. Ponadto powinieneś wiedzieć, że jeżeli już rozkładamy nogi, to czynimy to głównie z uwagi na jego właściciela. Czy mam ci to dalej wyjaśniać, czy postarasz się zrozumieć sam?

– Możesz skończyć.

– To dobrze, a teraz tam masz wolne miejsce. – Wskazała mu najodleglejszy fotel. – Samotność budzi refleksje.

Od tamtej pory, szczególnie w szerszym gronie pracowników, Gibbs starał się nie okazywać zbytniego zainteresowania zdziczałą Eskimoską, jak ją skrycie nazywał. Jego zachowanie było poprawne, nawet mogło stwarzać pozory chłodnej obojętności w stosunku do pięknej przedstawicielki Inuitów, jednak przed samym sobą nie mógł zaprzeczyć, że jej najmniejszy znak przyzwolenia mógłby wprowadzić wiele zamieszania w jego postanowieniach.

Osha po zakończonym stażu upodobała sobie rzadkie i często nietypowe zjawiska atmosferyczne. Interesowały ją również erupcje wulkanów i wszelkie związane z nimi zmiany w atmosferze. Swoim zaangażowaniem w badania oraz dzięki często cytowanym tezom z jej artykułów zamieszczanych w fachowych pismach zyskała sobie pozycję liczącego się eksperta. W Centrum, z racji posiadanych zainteresowań związała się z grupą pracowników tworzących krąg miłośników zjawisk niezwyczajnych, będący podstawą utworzonego w niedługim czasie departamentu DUP.

Gdy powstał DUP, jego szefem został uznany ekspert zjawisk meteorologicznych profesor Davidson. Jego szefowanie jednak nie trwało długo, czego przyczyną był zaawansowany wiek oraz zdiagnozowana choroba Alzheimera. Powstały wakat otworzył drogę awansu dla tych szczególnie ambitnych oraz posiadających odpowiednie koneksje. Henry Gibbs w obu przypadkach miał potrzebne osiągnięcia. Uwielbiał być podziwiany, a znaczące spoufalenie z panią minister zapewniało mu niezbędną rekomendację. Fakt, że doktor Osha Shiwak była pracownikiem departamentu DUP, dodatkowo łechtał jego dumę. Pewnym problem było to, że dyrektor naczelny Centrum Meteorologii, profesor Eleonora Hope, nie należała do osobistych przyjaciół pani minister, natomiast rościła sobie wszelkie prawa do takiego statusu w stosunku do Henry'ego Gibbsa, widocznie okazując, że należy się jej za to należna rekompensata. Gibbs przekonał się o tym już w dniu, gdy obejmował nowe stanowisko. Jego bezpośrednia szefowa oznajmiła wówczas:

– Henry, chciałabym, aby pewne sprawy były jasne. Rozumieniem twoją niekwestionowaną pozycję w naszym ministerstwie i nie chcę nawet wnikać, jaka to jest pozycja. – Z szelmowskim uśmiechem zbliżyła się do niego na odległość pełnego i kształtnego biustu. – Chcę, żebyś wiedział, że tutaj łączy nas wspólne miejsce pracy i chciałabym wierzyć, że stwarza ono znacznie wygodniejszą okazję do spotkań, niż uciążliwe podróże do Ottawy.

– Wiesz, nigdy nie twierdziłem, że Ottawa jest w czymkolwiek lepsza od naszego Montrealu, ponadto...

– Ponadto... – przerwała mu – jeśli sądzisz, że twoja afirmacja doktor Shiwak jest nikomu nieznana, to uwierz mi, że bardziej się nie możesz mylić. Lubię Oshę i cenię ją za to, co potrafi. Owszem, może się podobać, jednak takie miss mogą prowadzić do kłopotów. – Roześmiała się. – Właściwie to wszystko, co miałam ci do powiedzenia – dodała i podała mu policzek do pocałowania.

Osha przyjęła nominację Gibbsa z obojętnością. Dla niej liczyła się głównie wykonywana praca oraz realizacja własnych pasji. Ewentualne umizgi nowego szefa zawsze mogła podnieść do rangi seksualnego molestowania, a to musiałoby wywołać jednoznaczne skutki w dalszej jego karierze. Była również świadoma okazywanej jej życzliwości przez profesor Hope, która kiedyś powiedziała jej wprost:

– Obie jesteśmy kobietami, dlatego nie dziwi nas samcze zachowanie mężczyzn. Szczerze mówiąc, czasami jest ono nam wręcz potrzebne. Nie możemy jednakże zapominać, że należny nam szacunek nie może oczekiwać fizycznego zadośćuczynienia. Gdyby ktoś miał właśnie takie oczekiwania co do twej osoby, to wiedz, że zawsze będę po twojej stronie. I nawet moje własne zachowania nie będą w takim przypadku jakimkolwiek punktem odniesienia.

Słowa te, w ostatnim zdaniu, nie były początkowo zrozumiałe przez nią samą, ale kiedy wychodząc któregoś dnia z budynku, tuż przed północą, zauważyła przytłumione światło w gabinecie Gibbsa, a na ścianie poruszające się dwa cienie w rytmie niemającym nic wspólnego z przeglądaniem wyników badań, sens wypowiedzi dyrektor Hope nie mógł być bardziej jednoznaczny.

W życiu Oshy relacje bardziej intymne nie były zupełnie nieobecne. Jednak, jak to często bywa, wyjątkowa uroda oraz całkowite oddanie się wykonywanemu zawodowi nie sprzyjały tworzeniu częstych związków, a już szczególnie nie z osobnikami o przeciętnych walorach. Jej wybory były rzadkie i niepozbawione pewnych ekstrawagancji. Od dwóch lat, jeżeli już miała ochotę iść do łóżka, to było to łóżko Gasparda Trigera, francuskiego pisarza i poety, który uznał zimy Montrealu za bardziej inspirujące od paryskiej ulicy.

 

Henry Gibbs mimo oczywistego przekazu w oczach Oshy nie tracił swej pewności siebie.

– Niepotrzebny ten sarkazm, wiesz, że interesuje mnie wszystko, co jest związane z twoją osobą. – Odwzajemnił się spojrzeniem niepozbawionym oczywistej dwuznaczności.

– Myślę, że nie tylko ja o tym wiem – odparowała.

– Potrafisz być intrygująca. – Roześmiał się. – Mimo wszystko nie będę zbyt dociekliwy. Sekrety własne często pozwalają nam lepiej zrozumieć innych.

Z pewnymi wyjątkami, chociażby ściągania majtek swej szefowej, pomyślała, jednak uśmiechnęła się i spytała:

– To jaki jest powód twej wizyty?

– Mam dla ciebie dobrą wiadomość.

– Żenisz się?

– Nie bądź okrutna.

– No więc?

– Nadal jesteś zafascynowana Dalekim Wschodem?

– Dlaczego pytasz?

– Wiem, że interesują cię nagłe zmiany ciśnienia atmosferycznego w pasie granicznym strefy podzwrotnikowej. Wyspa Czedżu w Korei Południowej to chyba niezłe miejsce, aby poczuć wiatr we włosach.

– Poważnie? Zgodzili się? – Osha nie była w stanie ukryć entuzjazmu.

Miesiąc temu zwróciła się z prośbą do dyrektor Hope o pomoc w uzyskaniu zgody od KMA (Korea Meteorological Administration) na przeprowadzenie własnych obserwacji gradientów ciśnień powietrza atmosferycznego w rejonie wyspy Czedżu. W pierwszym momencie Eleonora Hope zdawała się być zaskoczona tym pomysłem. Często jednak druga myśl jest lepsza od pierwszej, a szansa przynajmniej czasowego pozbycia się seksownej pokusy dla Henry'ego Gibbsa w tym przypadku nie mogła nie być brana pod uwagę. Profesor Hope obiecała zająć się sprawą.

– Możesz podziękować naszej szefowej. To wyłącznie jej zasługa. – Gibbs skinął głową, jakby chciał to zrobić za nią.

Niewątpliwie, chociaż tym razem to twoja osoba odegrała decydującą rolę, przemknęło jej przez myśl. – Tak, na pewno to uczynię – powiedziała na głos.

– Tak, powinnaś, tym bardziej że jeszcze masz polecieć do Japonii.

– Do Japonii?

– Tym razem Japończycy poprosili o twoją wizytę. Przecież lubisz śnieg?

W pierwszej chwili pomyślała, że to kolejna złośliwość Gibbsa odnośnie do jej etnicznej przynależności. Dopiero po chwili w jej pamięci powrócił obraz z ostatniego kongresu meteorologów, na którym duże zainteresowanie Japończyków wywołał jej odczyt na temat opadów śniegu w rejonach kolizji wilgotnych chmur z pasmami górskimi, zjawiska nagminnie występującego w północno-zachodnich prefekturach Japonii.

– Przysłali jakiś program? – Wstała od biurka.

– Wszystko znajdziesz na biurku Eleonory. Mam ci przekazać, że czeka na ciebie – Gibbs spojrzał na zegarek – za dwie godziny.

– A kiedy mam lecieć na Czedżu?

– To zależy od ciebie. Jeśli skończyłaś ostatnie zlecenie, to możesz lecieć w dogodnym dla siebie czasie. Na miejscu jesteś oczekiwana od zaraz.

– Raport o przewidywanych trendach w zmianach siły wiatru dla północnych farm elektrowni wiatrowych został wczoraj przekazany do obu zainteresowanych. Praktycznie jestem więc wolna.

– To będzie nam tutaj smutno bez ciebie.

No chyba nie wszystkim, uśmiechnęła się skrycie.

– Dzięki za te nowiny, bardzo mnie one cieszą, a z tym smutkiem to nie przesadzaj, przecież mają być nowe przyjęcia. Nowe twarze zawsze wprowadzają zainteresowanie, prawda? – Że nie wspomnę o nowych dupach, dodała w myśli.

Gibbs musiał chyba również mieć podobne zdanie, bo na jego twarzy pojawił się błysk nadziei. Dłużej wpatrywał się w sylwetkę swej rozmówczyni, jakby chciał sam siebie przekonać, czy jest to w ogóle możliwe. Ostatecznie nic nie mówiąc kiwnął głową i przesadnym spojrzeniem na zegarek zamanifestował konieczność swego odejścia.

Podeszła do okna: widoczna za szybą autostrada transkanadyjska zdawała się otwierać początek czekającej jej podróży. Seul to daleko, a Czedżu była na południe od stolicy, czyli jeszcze dalej. Osha ponownie usiadła przed monitorem, jej palce sprawnie zaczęły przebiegać po klawiaturze. Bezpośredniego lotu z Montrealu do Seulu nie było. Najbliższy był z Toronto i trwał ponad czternaście godzin.

4

Pojęcie zimy w południowej Francji oraz w Hongkongu ma niewiele wspólnego z jego powszechnym znaczeniem. Dotyczy to szczególnie Hongkongu, gdzie koniec lutego to przyjemny chłód około dwudziestu stopni, niemalże całkowicie pozbawiony opadów deszczu, co akurat na Lazurowym Wybrzeżu w tym okresie nie jest taką znów rzadkością.

Przedpołudniowy powiew chłodnego wiatru znad Victoria Harbour wdzierał się przez nieco uchylone okno mego gabinetu, lekko kołysząc młode gałązki stojącej przy szklanej ścianie araukarii. Otwarłem okno do końca i spojrzałem w kierunku portowego nabrzeża. Kolejny statek był gotowy do przyjęcia ładunku. Długie cygaro kolumny rektyfikacyjnej zbliżało się na wieloosiowej naczepie do jego burty. Chłodny powiew przyjemnie przywracał stan fizycznej równowagi zaburzonej długim lotem z Francji, siedmiogodzinną różnicą czasu oraz zaledwie kilkoma godzinami snu. Tylko widok załadowywanej kolumny niezbyt temu ukojeniu sprzyjał.

Informacja o zatonięciu ostatniego ładunku w jego drodze na Sachalin przywoływała refleksję, że to, co może się wydawać tak duże i niemalże niezniszczalne, nagle może zniknąć w najmniej przewidywalny sposób. Leżący gdzieś na dnie Morza Wschodniego reaktor do hydrokrakingu węglowodorów, przeznaczony dla instalacji petrochemicznej na Sachalinie, był tego najlepszym przykładem. Reaktor, którego średnica wynosiła cztery metry, mierzył ponad trzydzieści pięć metrów wysokości, o grubości powłoki prawie trzystu milimetrów, który potrafił wytrzymać ciśnienie stu osiemdziesięciu pięciu atmosfer i temperaturę prawie pięciuset stopni Celsjusza i którego waga wynosiła ponad siedemset dwadzieścia ton... zniknął bez śladu.

Niezwykły epilog użyteczności reaktora swą ekstrawagancją niewiele się różnił od sposobu, w jaki został on zakontraktowany. Gdy cztery miesiące temu pojawili się w Hongkongu przedstawiciele firmy Petro Sachalin Company, ich propozycja dla firmy Durand była nie tylko zaskakująca, co właśnie ekstrawagancka. Klient chciał złożyć zamówienie na wykonanie reaktora do krakingu węglowodorów, co samo w sobie niczym szczególnym nie było, jednak braku negocjacji strony kupującej wobec zaproponowanej ceny ponad pięćdziesięciu milionów dolarów amerykańskich oraz wyznaczenia przez nią bonusu w kwocie dwóch milionów dolarów za każdy tydzień przyspieszenia terminu jego realizacji już do zwyczajnej procedury nie można było zaliczyć. Dodatkowa propozycja zdeponowania pełnej kwoty zamówienia w lokalnym banku, z której połowa miała być wypłacona po przyjęciu zlecenia, a reszta płatna w dniu załadunku towaru, również nie wskazywała na zwyczajowy sposób załatwiania tego typu transakcji. Przedstawiona dokumentacja techniczna reaktora, wykonana przez uznaną firmę inżynieryjną z Tokio, nie wzbudzała najmniejszych zastrzeżeń, dając zielone światło do natychmiastowej realizacji.

Po sprawdzeniu przez firmę Durand, że Petro Sachalin Company to największa rafineria na Sachalinie, której właścicielem jest spółka japońsko-rosyjska, dalsze rozmowy z dwoma rosyjskimi przedstawicielami firmy zostały szybko zakończone. Fakt zdeponowania kwoty zamówienia potwierdzony deklaracją z obu stron, że zarówno przedmiot kontraktu, jak i sam kontrakt został objęty klauzulą bezwzględnej poufności, stanowiły uwieńczenie wzajemnego układu.

Po co im była ta klauzula tajności? I czy teraz, po katastrofie, nadal obowiązywała? Zadawałem sobie kolejny raz te same pytania, przecząc prawdzie, iż upewnianie się w poprawności definiowania problemu wcale nie zbliża do jego rozwiązania. W aspekcie finansowym trudno byłoby o lepsze zlecenie, to było jasne. Tym bardziej że cała kwota była już wpłacona, a jakakolwiek odpowiedzialność firmy Durand, oczywiście nie licząc gwarancji technicznych, kończyła się z chwilą dostawy reaktora do portowego nabrzeża. Fracht strony kupującej własnym statkiem mógł tylko to potwierdzić.

Inną kwestią była informacja otrzymana z Konsulatu Republiki Korei dotycząca zatonięcia statku oraz trwającej akcji ratowniczej. Skąd Koreańczycy wiedzieli, że to firma Durand była producentem reaktora? I co było przyczyną tej tragedii?

Wszystko to dziwnie nie dawało mi spokoju, a postawione pytania tylko ten niepokój podsycały.

Wróciłem do biurka i wcisnąłem przycisk interkomu.

– Dzień dobry, Shan.

– Dzień dobry, panie prezesie. Właśnie zamierzałam przyjść. Mam nowe wieści.

– To czekam.

Trudy podróży i kilka stref czasowych nie pozostawiły na Lo Shan widocznego śladu, co było zgodne z regułą, iż subtelność urody jest wartością bezwzględną, lub prościej, że ładna, bez względu na okoliczności, zawsze będzie ładną. W szarym kostiumie, którego dolna część nie urągając umiarowi miejsca pracy bezspornie świadczyła o tym, co jest niezbędne w perfekcji kobiecej sylwetki, panna Lo wchodząc do pokoju była uosobieniem elegancji oraz wdzięku Dalekiego Wschodu.

– Proszę, siadaj. – Wskazałem na fotele przy małym japońskim stoliku.

Usiadłem naprzeciwko, nie spuszczając wzroku z jej oczu. Były wyraźnie przygnębione.

– Jesteś smutna, Shan. O co chodzi?

– Jestem. Właśnie dowiedziałam się, że na statku, którym płynął nasz reaktor, znajdował się również nasz pracownik, Wang Zian.

– Cóż on tam robił?

– Według szefa serwisu, Petro Sachalin Company zwróciła się z prośbą, aby transport reaktora był nadzorowany przez przedstawiciela producenta. Zaoferowali znaczną kwotę i poprosili o oddelegowanie na statek na okres dwóch tygodni doświadczonego serwisanta. Wyraziliśmy zgodę, takie kontrakty już były przez nas realizowane. A i sami zainteresowani bardzo chwalili sobie oferowane im dodatkowo diety za każdy dzień poza firmą.

– I nadal nic nie wiadomo, czy udało się komuś wyjść cało z tej katastrofy?

– Jesteśmy w kontakcie z Konsulatem Republiki Korei, ale na razie nie mamy żadnych wiadomości o rezultatach prowadzonej akcji ratowniczej.

– Rodzina Wanga powiadomiona?

– Właśnie była jego żona. Jest zupełnie roztrzęsiona.

– Zadbaj, aby została otoczona odpowiednią opieką.

– Ciągle ma nadzieję, że może jej mąż się odnajdzie.

– Myślisz, że to możliwe?

– Nie wiem, ale nadzieja... – Spojrzała mi w oczy, nie kończąc.

– Wiedzą, gdzie znajduje się wrak?

– Nic szczegółowego nie chcą powiedzieć, ale twierdzą, że w najbliższych dniach będą mieć pewniejsze informacje.

– Wiadomo, że zdarzenie to zaszło u wybrzeży Czedżu. To pechowe miejsce. Rok temu zatonął tam koreański prom Sewol z prawie pięciuset pasażerami na pokładzie. Tylko nieco mniej niż dwustu z nich udało się uratować.

– Tak, to prawda, tyle że Sewol nie zdążył dopłynąć do Czedżu, wywrócił się do góry dnem u wybrzeży Korei, natomiast statek z naszym reaktorem zatonął w parę godzin po wyjściu z portu na Czedżu.

– Skoro się im tak spieszyło z dostawą, to dlaczego cumowali na wyspie? – zdziwiłem się.

Milczenie Lo Shan zdawało się być najwłaściwszą odpowiedzią.

Rozległ się dzwonek telefonu. Podszedłem do biurka, podniosłem słuchawkę i usłyszałem głos Lei Delon:

– Dzień dobry, panie prezesie, mam nadzieję, że nie przeszkadzam. Dzwoniłam do Shan, ale powiedziano mi, że jest na spotkaniu z panem, dlatego dzwonię...

– Lea, o tej porze? – Przerwałem jej spoglądając na bregueta. – We Francji jest przecież trzecia w nocy.

– Nie chciałam tak wcześnie budzić Lo Shan, jednak sprawa wydaje się ważna. Sześć godzin temu dzwonił koreański posterunek policji z wyspy Czedżu, prosząc o pilny kontakt z panem.

– Powiedzieli, w jakiej sprawie?

– Pytałam, ale dzwoniący mężczyzna odpowiedział, że o tym może rozmawiać wyłącznie z panem.

– I co mu odpowiedziałaś?

– Że obecnie nie ma pana we Francji i przekażę jego prośbę o umożliwienie kontaktu.

– Zostawił swoje namiary?

– Tak, przesłałam mailem.

– Dzięki, Lea, a teraz wracaj do łóżka. – Odłożyłem słuchawkę i spojrzałem na Lo Shan.

Na jej twarzy malowało się oczekiwanie, ale właściwe zachowanie w stosunku do przełożonych nie dopuszczało zadania pytania: dlaczego dzwoniła?

– Lea wysłała mailem kontakt do posterunku policji na Czedżu. Ktoś z tamtejszych funkcjonariuszy chce pilnie ze mną porozmawiać.

– Zejdę do siebie i prześlę tę wiadomość na pański monitor. – Wstała i podeszła do drzwi.

Na jej twarzy wyraz oczekiwania przeistoczył się w najgorsze przewidywania.

Moje przypuszczenia nie były nic lepsze. Telefony z policji, szczególnie te spoza miejsca zamieszkania, pomijając przypadki informacji o odnalezionym portfelu, nie są na ogół anonsem niczego dobrego. Telefony z posterunków policji usytuowanych w odległych krajach mogły tylko tę zasadę potwierdzać.

Na ekranie monitora pojawiła się krótka notka: "Posterunek KNPA (Korean National Police Agency) w Czedżu, starszy inspektor: Moon Dowon". Dalej podany był numer telefonu z adnotacją: "Proszę dzwonić o każdej porze".

Skoro o każdej porze, to o każdej, spojrzałem na zegarek, dochodziła jedenasta przed południem, w Korei była godzina później.

– Shan, połącz mnie z tym posterunkiem. – Nachyliłem się nad interkomem.

Parę chwil później zadzwonił telefon. Podniosłem słuchawkę.

– Dzień dobry, panie Durand. Inspektor Moon Dowon, policja Republiki Korei na wyspie Czedżu.

– Witam, inspektorze.

– Dziękuję za bezpośredni kontakt. Jak pan zapewne już wie, statek, który płynął na Sachalin z ładunkiem wyprodukowanym w firmie Durand, zatonął. Taka informacja normalnie kwalifikuje się do przekazu przez firmę ubezpieczeniową, jednak w tym przypadku zaszły pewne okoliczności, które wymuszają ingerencję naszego posterunku.

Inspektor jakby na chwilę zawiesił głos, oczekując przynajmniej wstępnej reakcji z mej strony. Postanowiłem jednak mu nie przerywać, co miało tę przewagę nad ujawnieniem swej ciekawości, że nie definiowało mego zakresu zainteresowania. Mówił więc dalej:

– Ponieważ zdarzenie miało miejsce w obrębie naszych wód terytorialnych i straż przybrzeżna Republiki Korei prowadziła akcję ratowniczą wraz z akcją lokalizacji wraku, dlatego wszelkie informacje związane z tym zdarzeniem są wyłącznie w naszej dyspozycji.

– To chyba normalna procedura. – Stwierdziłem, dając znać, że nadal uczestniczę w rozmowie.

– Zapewniam, że tak. Jednak w tym przypadku wystąpiły pewne okoliczności nadzwyczajne, które wymagają odstępstwa od zwykłej procedury postępowania, zawsze stosowanej w przypadkach zatonięć statków. – Inspektor ponownie postanowił sprowokować mą ciekawość.

Powtórnie uznałem swą strategię za właściwą.

– Mam dla pana złą wiadomość, panie Durand. W dziesiątce osób, które udało się uratować, niestety nie ma pracownika pańskiej firmy.

– Czy to oznacza, że akcja została zakończona?

– Tak. Zlokalizowaliśmy miejsce położenia wraku. Niestety, w jego pomieszczeniach odnaleziono tylko zwłoki pozostałych marynarzy.

– Również naszego pracownika?

– Niejakiego Wang Ziana, według informacji zawartych w posiadanym przez niego paszporcie.

– Tak, to nasz pracownik. To smutne.

– Nie tylko smutne, panie Durand.

Tym razem inspektor mógł całkowicie liczyć na moją ciekawość.

– Jak mam to rozumieć? – spytałem.

– Niestety, nie mogę w tej kwestii panu pomóc, to właśnie stanowi o wspomnianych przeze mnie okolicznościach nadzwyczajnych. – Inspektor Moon zawiesił chwilowo głos, aby zaraz z pełną powagą i determinacją stwierdzić: – Wang Zian został odnaleziony z poderżniętym gardłem.

– Czego pan ode mnie oczekuje, inspektorze? – spytałem, nie mając pojęcia, jak w takiej sytuacji się zachować i tym bardziej, co zrobić.

– Może najlepiej byłoby, gdyby pan się mógł do nas wybrać. Z Hongkongu to niedaleko, trzy i pół godziny lotu. Proszę mnie dobrze zrozumieć. Nie twierdzę, że pański przylot jest bezwzględnie konieczny, ale jak przypuszczam, jest to w pańskim interesie, aby takie zdarzenie nie było kanwą do powstania i co gorsza do rozpowszechniania szkodzących firmie plotek.

Facet miał rację.

– To słuszne, co pan mówi. Postaram się być możliwie najszybciej. Dziękuję za informację i do zobaczenia, inspektorze. – Odłożyłem słuchawkę i podszedłem ponownie do okna.

Przy nabrzeżu dwa pokaźne dźwigi z wolna opuszczały kolumnę rektyfikacyjną do ładowni statku. Trzeba mieć nadzieję, że ten ładunek dopłynie do swego miejsca przeznaczenia, pomyślałem, ale zaraz naszła mnie druga myśl, że już dawno uznano, iż nadzieja to nie strategia. Co w kontekście rozmowy z inspektorem nabierało szczególnego znaczenia. Zabójstwo Wanga oraz zatopienie statku lub raczej może zatopienie ładunku nie mogło być przypadkowe. Pokładanie nadziei w przypadkowość zdarzeń w tych okolicznościach byłoby zaprzeczeniem nie tylko ufności w ich zaplanowaną sekwencję, przeczyłoby wręcz zdrowemu rozsądkowi. To, co stało się u wybrzeży Czedżu, musiało być ostatecznym następstwem konkretnej strategii.

Czyjej i jakiej?

Proste pytania zawsze są najtrudniejsze, mogą też powodować nagłą suchość w ustach. Wróciłem do biurka i nacisnąłem przycisk interkomu:

– Shan, proszę o herbatę.

Jiwon Kido, Japonka z ojca i Koreanka z matki, również moja dziewczyna z czasów pobytu na MIT, niedościgniony wzór kobiety idealnej pod względem urody, sprawności w sztuce walk: kendo oraz taekwondo i nade wszystko nadzwyczajnej pod względem sprawności umysłu, zwykła mi mówić:

– Powinieneś więcej pić herbaty, nie tylko dlatego, że w jakimś sensie predysponuje cię do tego chińskie pochodzenie. Herbata to jedyny napój, który oprócz gaszenia pragnienia potrafi wyzwolić w nas tryb refleksyjnej oceny zachodzących wokół nas zjawisk.

– To piwo już nie? – pytałem.

– Wyobraź sobie, że nie – odpowiadała równie sardonicznie. – Przykładem może być przyćmiony alkoholem wybór pomiędzy dziewczyną ubraną wyzywająco i dziewczyną ubraną skromnie. W tym przypadku wizja przesadnych wyobrażeń zamazuje rzeczywistość, podczas gdy to, co ukryte, nie tylko bywa ciekawsze, ale jest przede wszystkim objęte ograniczonym dostępem.

Shan napełniła filiżankę i postawiła ją przede mną.

– To herbata tieguanyin, dostaliśmy ją w prezencie od jednego z naszych stałych poddostawców. Jest tyle wspaniała, co droga. Kosztuje trzy tysiące dolarów za kilogram, ale jest tego warta. Według starej legendy odmieniła los biednego chłopa i całej wioski.

– To chyba już wyczerpała swe ukryte moce – odrzekłem.

– Skąd ten pesymizm, jeśli mogę spytać?

– Inspektor Moon Dowon właśnie mnie poinformował, że zakończono akcję ratowniczą na Morzu Wschodnim. Odnaleziono zwłoki Wanga.

– To przerażające.

– Nawet makabryczne.

– Tak, na pewno tak.

– Został zamordowany.

Lo Shan obiema rękoma przesłoniła usta. Jej oczy powiększyły się w dziwny nienaturalny sposób, aby zaraz zamienić się w dwie ściśnięte kreski.

– Jak to zamordowany? W jaki sposób? – zdołała wyszeptać.

– Z tego, co powiedział inspektor, to znaleziono go z poderżniętym gardłem.

– Jak to wytłumaczymy jego żonie? I co pomyślą o naszej firmie? – Nadal miała przesłonięte usta, co powodowało, że jej głos był przytłumiony, jednak niepozbawiony troski o właściwe zachowanie.

– Stało się to daleko stąd i obraz firmy z tego powodu nie ucierpi, niemniej jego żona musi zostać otoczona opieką. Niech dział pracowniczy zapewni jej wszelką pomoc i wypłaci godne odszkodowanie.

– Tak, zaraz ich poinformuję.

– Najpierw powiadom żonę. Zrobisz to zapewne lepiej jako kobieta, niż pracownik działu zatrudnienia. Ponadto miałaś już z nią kontakt.

– Mam przekazać, że został zamordowany? Może lepiej, jeśli tylko na razie powiem, że zginął podczas katastrofy statku. – Lo Shan czekała na potwierdzenie swej sugestii.

Informacja o śmierci w swym przekazie jest wystarczająco tragiczna, aby wywołać traumę w kręgu rodziny. Okoliczności samego zejścia to już sprawa wtórna. Jednak kiedy w grę wchodzi morderstwo, okoliczności te nabierają statusu niezwykłych, co i tak nie zmienia faktu odejścia z tego świata. Powodują natomiast atmosferę sensacji, która oprócz bólu po utracie bliskiej osoby dodatkowo pogrąża rodzinę w domysłach odnośnie do prawdziwego motywu zbrodni, a niejednokrotnie również w odczuciu narastającego strachu przed ewentualną eskalacją działań mordercy. Wówczas odpowiedni przekaz tragicznej nowiny może być nie tylko uzasadniony, ale wręcz staje się konieczny.

– Tak będzie lepiej – wyraziłem głośno efekt mych doraźnych przemyśleń.

– Kiedy się to stało?

– Nic więcej nie wiem. Mam nadzieję zapoznać się ze stanem faktycznym na miejscu.

– Wybiera się pan na Czedżu? – W głosie Shan pojawiła się nuta obawy.

– I to najbliższym lotem. Obiecałem to inspektorowi Moon.

– Zaraz się tym zajmę. – Zaczęła swym zwyczajem tyłem podchodzić do drzwi. Przed naciśnięciem klamki zatrzymała się i spytała: – To może najpierw załatwię ten lot, a później skontaktuję się z żoną Wanga...

Skinąłem głową na "tak".

5

Lo Shan swą nieustępliwością oraz umiejętnie dobraną narracją potrafiła przekroczyć wiele barier biurokratycznej obojętności, kwalifikacje te jednak nie obejmowały zmiany rozkładów lotów na trasie Hongkong–Czedżu. Bezpośrednie połączenia były tylko cztery razy w tygodniu i żadna z tych możliwości nie potwierdzała złożonej inspektorowi Moon obietnicy możliwie szybkiego pojawienia się w jego biurze. Pozostawała wyłącznie opcja przesiadki w Seulu, co mimo zawiedzionej miny Shan, wywołanej zapewne brakiem zrozumienia linii lotniczych wobec prezentowanych przez nią argumentów, wcale mi nie przeszkadzało.

W Korei bywałem rzadko, lub posługując się miarą bardziej dokładną, byłem tam dwa razy. W obu przypadkach odwiedziłem tylko Seul i za każdym razem miałem potwornego kaca po wieńczącej podpisanie kontraktu kolacji. Umiejętność picia jest cechą przydatną, w Korei stanowi ona uzupełnienie pracowitości i bezwzględnego oddania firmie, co nie jest bez znaczenia dla pozycji oraz zajmowanego stanowiska, przy czym kolejność wymienionych zalet nie zawsze ma decydujące znaczenie. Niemniej obie wizyty zawsze budziły we mnie miłe wspomnienia. Seul jest ciekawym miastem, Koreanki ciekawiły mnie nawet bardziej.

Boeing 777 z wolna obniżał swój pułap; wyświetlana na ekranie wartość wysokości zbliżała się do dwóch tysięcy metrów, a temperatura na zewnątrz wynosiła minus dwadzieścia pięć stopni. Słoneczna kula schowała się za prawą stroną kadłuba i przezroczysty dotychczas woal chmur krzepł w swej szarości. Boczne turbulencje potwierdzały, że zmieniająca się gęstość otoczenia ma znaczenie dla poruszających się w nim obiektów.

Pasażerowie przygotowywali się do lądowania, kończyli dopijać drinki, ci bardziej pracowici zamykali laptopy i wyłączali telefony komórkowe, stewardessy ponownie założyły białe żakiety z wizytówką Korean Air i przechodząc między rzędami foteli prosiły o ich stosowne ustawienie.

– Proszę zsunąć fotel panie Durand, za dziesięć minut lądujemy. – Cichy szept nad uchem oderwał mój wzrok od okna, w którym spoza strzępiastych chmur wyłaniała się pofałdowana morska tafla.

Przycisnąłem odpowiedni guzik i spojrzałem na ekran. Byliśmy już prawie na tysiącu metrach, wartość temperatury nadal zaczynała się od cyfry dwa, nie zmieniając przy tym swego znaku. Podniebna opiekunka wciąż stała przy fotelu, widocznie lotnicze procedury również opierały się na zasadzie: wiara plus stuprocentowe sprawdzenie.

– Z tą temperaturą to wszystko w porządku? – Wskazałem na uparcie niezmienną wartość: minus dwudziestu stopni Celsjusza.

– Niestety tak. W tym roku mamy paskudną zimę w Seulu. – Objęła się obiema rękoma dla podkreślenia swych słów. – Jest też dużo śniegu. Pański płaszcz zdaje się nie jest najlepszym okryciem w tych okolicznościach. – Uśmiechnęła się i podeszła do następnego pasażera.

Chyba nie, pomyślałem, patrząc, jak solidne zwały śniegu skrzyły się bielą wzdłuż pędzącego pod nami pasa. Koła dotknęły swego przeznaczenia i huk rewersów silników oznajmił, że Incheon International Airport przygarnął swego kolejnego ptaka.

Lo Shan każdorazowo, gdy wyprawiała mnie w podróż, podczas której należało zmienić samolot, załączała do biletów kartkę ze szczegółowym opisem, jak należy to zrobić. Może i postronny obserwator uznałby to za przejaw wymaganej przeze mnie specjalnej troski, jednak w praktyce było to nadzwyczaj wygodne. Spojrzałem na jej ładne pismo. Z hali przylotów należało zjechać na poziom B i udać się na lotniskowy dworzec kolei. Tam kierować się do peronów "All stop train", a nie do AREX, gdyż te ostatnie obsługiwały tylko pociągi pospieszne łączące Incheon z centrum Seulu. Dla pewności w nawiasie była informacja: "'All stop train' to na lewo przy wejściu na dworzec, ich nazwa jest na niebieskim tle. W kasie proszę kupić bilet na lotnisko Gimpo, to jakieś dwadzieścia minut jazdy. Lot na Czedżu jest o godzinie...".

Czterdzieści minut później byłem w hali odlotów na Gimpo. Na Czedżu do końca dnia odlatywały jeszcze trzy samoloty. Mój był tym w środku z przypisaną godziną odlotu o dwudziestej piętnaście. Czyli za niecałe półtorej godziny. Wokół było skromniej jak w Incheon, za to wskazywana na monitorach temperatura na zewnątrz wynosiła zaledwie minus trzy stopnie, co dawało nadzieję, iż spostrzeżenie stewardesy co do mojego płaszcza być może nie było aż tak trafne.

Na zewnątrz było już ciemno, sodowe światła rozświetlały pryzmy odgarniętego śniegu, pomiędzy którymi uwijały się sprzęgnięte wózki bagaży. Znajdująca się w rogu hali Starbucks Coffee wypełniona była pasażerami, którzy przedkładali siłę rozgłosu nad smak i jakość usługi. Zielona syrenka nawet z odsłoniętym biustem niezbyt mnie pociągała. Pierwszy oficer ze statku Pequod, którego imię przywłaszczyła sobie największa na planecie sieć kawiarni, zapewne byłby równie zniesmaczony.

Parędziesiąt metrów dalej była mała regionalna restauracja, do której przylegał kiosk z wystawionymi karuzelami książek oraz półkami gazet. Kupiłem "The Korean Times", usiadłem przy pierwszym stoliku obok okna i poprosiłem o małą butelkę soju oraz przekąskę z suszonych anchois.

Mój powód wizyty w Republice Korei nie krzyczał wielkością czcionki z tytułowej strony, ona była zarezerwowana dla niusa dnia: "Kim Jongun ponownie straszy wystrzeloną rakietą". Pozostałe szpalty gazety omawiały głównie skandal stulecia dotyczący niefrasobliwości w polityce prowadzonej przez byłą już prezydent Park Geunhye oraz wpływu, jaki miała na to jej przyjaciółka Choi Soonsil. Kobiety władzy w Azji wyraźnie straciły charyzmę. Song Mei Ling, bardziej znana jako Madame Czang Kai-szek, mimo swego odejścia po stu pięciu latach pobytu na ziemskim padole, nadal wytyczała wzór przywódczego talentu, inteligencji, wierności oraz niecodziennej urody. Może to imię Ling ma coś z tym wspólnego? Uśmiechnąłem się mimo woli, przywołując z rejestrów pamięci scenę ostatniego przemówienia Ling Mang.

– Pan Nel Durand proszony do stanowiska informacji. Pan Nel Durand, proszę się pilnie zgłosić do informacji. – Głos był donośny i obarczony mocnym akcentem Azji. To, co jednak było w nim szczególnie niezwykłe, to fakt, że wymawiał moje nazwisko. Rozejrzałem się wkoło, nikt nie zrywał sobie ścięgien, aby dobiec do okrągłego kontuaru informacyjnego punktu. Widocznie wiadomość musiała dotyczyć mnie. Seul to duże miasto, jednak drugi Nel Durand i to również na lotnisku Gimpo... Nie, taki przypadek zdawał się raczej mało możliwy.

Podchodziłem do lady, gdy jedna z stojących za nią dziewcząt nachylała się do mikrofonu, aby znanym mi już głosem oznajmić: Pan Nel Durand pilnie proszony do informacji.

– Annyeonghaseyo – odezwałem się obowiązującym w języku koreańskim przywitaniem, co niemalże wyczerpywało moją jego znajomość, nie wliczając kilku dosadnych przekleństw. – To ja, Nel Durand.

Annyeonghaseyo odpowiedziała odruchowo, aby po chwili zastanowienia się wrócić do angielskiego. – Pan Nel Durand?

– We własnej osobie. – Spojrzałem na jej identyfikator. Nazywała się Kim Bora i zarówno nazwiskiem, jak i imieniem szczególnie się nie wyróżniała. Miejsce, w którym się znajdowała, również jej prezencji nie czyniło niczym nadzwyczajnym. Chociaż dla przybysza spoza tego regionu jej fioletowoczarne włosy, szeroko rozstawione kości policzkowe oraz zdecydowanie wąskie i lekko skośne oczy niepozbawione naturalnej zmarszczki nakątnej przy przynosowym kącie oka czyniły ją niewątpliwie atrakcyjną, pełne usta z charakterystycznym zgrubieniem środka górnej wargi czyniły ją nie mniej seksowną.

Może równie nieźle wypadłem w jej ocenie, bo dopiero po dobrej chwili przyglądania się mi powtórzyła:

– Pan Durand?

– Ten sam.

Przez myśl przemknął mi prawdziwy powód pojawienia się w Korei. Byłem proszony na przesłuchanie albo przynajmniej na spotkanie z policją. Prezentowany przez atrakcyjną Koreankę brak całkowitego przekonania do tego, co mówię, a nawet pewna doza podejrzliwości nie mogło być lepszą zapowiedzią tego, co wciąż było przede mną.

– Czy wszystko pan ma? – spytała, patrząc mi głęboko w oczy.

– Może nie wszystko, ale raczej nie narzekam. – Odwdzięczyłem się nie mniej wnikliwym spojrzeniem.

– Przepraszam. – Zarumieniła się przesłaniając usta. – Źle zapytałam, chodziło mi o to, czy niczego pan nie zgubił.

– Myślisz, że nie wiedziałbym o tym?

– Pojęcie zguby wyklucza działanie świadome, tak więc może pan o tym nie wiedzieć. – Kim Bora zaczynała wykazywać przewagę.

Uśmiechnąłem się dla złagodzenia jej postępującej dominacji.

– Proszę sprawdzić, czy przedmioty osobiste ma pan przy sobie. – Patrzyła na mnie wyczekująco, wyraźnie nie zamierzając nic więcej mówić.

Posłusznie sięgnąłem do wewnętrznej kieszeni marynarki. Wyjąłem portfel, w środku wszystko było na swoim miejscu: obie karty ID, francuska oraz z Hongkongu, prawo jazdy, trzy karty płatnicze plus prawo jazdy. Pięć banknotów Narodowego Banku Korei, każdy o równowartości pięćdziesięciu dolarów, również było na swym miejscu. Schowałem portfel. Z drugiej kieszeni wyjąłem firmową kopertę, w której był bilet lotniczy wraz z kartą pokładową. W małej kieszonce były jedynie wizytówki. W bocznych kieszeniach oprócz pilota do beemki niczego więcej nie miałem. Kieszenie spodni starałem się zawsze mieć puste.

Olśnienie przyszło nagle. Nie miałem paszportu. Nerwowo obszukałem obie kieszenie płaszcza, fakt był bezsporny. Paszportu nie było.

– Nie mam paszportu. – Podniosłem wzrok do poziomu pilnie mnie obserwujących oczu Kim Bory.

– No właśnie, czyli jednak nie wiedział pan o tym. – Nie zamierzała ukrywać swego tryumfu.

– Potrafisz wygrywać, i to w niezłym stylu.

– W niezłym? – spytała kokieteryjnie urażona. – Czy mówimy o tym samym? – W jej dłoni pojawił się mój hongkoński paszport.

– Dziękuję, Bora-sshi. – Wyciągnąłem po niego rękę.

– Przepraszam, ale muszę sprawdzić pańską tożsamość. – Ponownie schowała paszport pod ladę. – Taka jest procedura.

– Przecież jesteśmy już przyjaciółmi.

– Być może tak. – Roześmiała się. – Jednak poproszę o dowód identyfikujący, może być również prawo jazdy.

– Chodzi ci o zdjęcie i datę urodzin?

– Właśnie.

– Myślę, że mogliśmy chodzić do jednego przedszkola. – Podałem jej obie karty ID oraz prawo jazdy.

Uważnie obejrzała wszystkie plastiki, porównując dane z paszportu. Po chwili wręczyła mi je z powrotem, nie zapominając o paszporcie.

– Z tym przedszkolem to jednak mało prawdopodobne, nie zapomniałabym takiego chłopaka. – Kim Bora wiedziała, jak nie tracić przewagi.

– Bardzo dziękuję, Bora-sshi, jestem szczerze zobowiązany.

– Może i powinnam żałować, ale to nie mnie należy się to zobowiązanie. – Figlarnie zmrużyła oczy. – Paszport znalazła kobieta, która przed chwilą udała się do samolotu na Czedżu. Może jeszcze ją pan odnajdzie przy tamtym wejściu. – Wskazała na salkę z numerem osiem. – Raczej zwraca na siebie uwagę – dodała.

– Niemniej, jeszcze raz bardzo ci dziękuję, przyjemnej pracy.

– Proszę na siebie uważać, panie Durand, nie zawsze można odzyskać swą zgubę. Prawda?

– Prawda, Kim Bora-sshi, dzięki ponownie.

W salce numer osiem właśnie otwierano drzwi do wejścia do rękawa samolotu. Tłum pasażerów tłoczył się przy bramce, oddając karty pokładowe lub rejestrując się za pomocą smartfonów. Większość stanowiły kobiety, głównie z dziećmi, mężczyźni zdawali się tworzyć oddzielną grupę i sądząc z ich zachowania nie była to grupa przeciwników napojów wyskokowych.

Patrzyłem, jak kolejne rzędy krzeseł pustoszały, wszyscy możliwie jak najszybciej pragnęli znaleźć się we wnętrzu samolotu. Jeżeli nieznajoma znalazczyni mego paszportu miała się raczej wyróżniać, jak to określiła Kim Bora, to ów wyróżnik musiał być nader subtelny, gdyż w morzu czarnych głów nic szczególnie nie przyciągało mego wzroku. Nie rezygnowałem jednak z uważnej obserwacji i nagle uwaga Kim Bory nie mogła nabrać lepszego dowodu swej słuszności. Z krzesła przesłoniętego słupem podtrzymującym strop hali podniosła się młoda kobieta. Miała na sobie sweter koloru krwistej czerwieni oraz mocno wytarte dżinsy, których obcisłe nogawki niknęły w wysokich irchowych butach, na podręcznym bagażu miała przewieszoną jasnozieloną parkę, której przydatność w zewnętrznej aurze nie mogłaby być poddana jakiejkolwiek uwadze co do niestosowności dokonanego wyboru.

Jeżeli poszukiwana przeze mnie nieznajoma miała być osobą znajdującą się w tym miejscu, to wskazanie było oczywiste.

Tylko ona.

Podszedłem bliżej, aby upewnić się w mym przekonaniu, a właściwie to aby się jej lepiej przyjrzeć.

Czasami doznajemy tego dziwnego uczucia nagłego otępienia, wywołanego zaskakującym nas zjawiskiem lub obrazem. Wówczas staramy się nie okazywać tego po sobie w nadziei nieeksponowania swej słabości lub braku zrozumienia. Przeważnie niezbyt dobrze nam to wychodzi, co tylko pogłębia w nas stan własnej przegranej. Jak bardzo było to prawdziwe odczucie, miałem okazję się przekonać, wpatrując się w twarz nieznajomej.

W czarnej oprawie kruczoczarnych włosów, związanych w gruby koński ogon, jej twarz o opalonej cerze z nieznacznie uwypuklonymi kośćmi policzkowymi oraz z lekko zwężonymi brązowymi oczami, kształtnym nosem i pełnymi ustami w karminowym odcieniu szminki musiała zadziwiać. Nie była Azjatką, zapewne również nie mieszkanką Europy, miała w sobie coś etnicznie niezmiernie rzadkiego, coś z plemiennej Indianki, cholernie ładnej Indianki.

Patrzyła na mnie z pewnym dystansem, żeby nie powiedzieć – przewagą. Nie spuszczałem z niej wzroku. W jej oczach pojawił się błysk świadczący o tym, że była to jednak przewaga. Zaczynałem zbierać się w sobie na odwagę do właściwego zagajenia, gdy usłyszałem:

– Jak pan mnie odnalazł, panie Durand? – spytała po francusku w sposób, jaki to robią osoby posługujące się tym językiem na co dzień.

Francuski, pomimo przekonań mieszkańców Paryża o jego naczelnej roli w kulturze świata, aż tak codzienny nie jest, i chociaż odegrał swą rolę na Półwyspie Indochińskim, to już na pewno nie zapisał się swą popularnością w pozostałej części Azji. Na lotnisku Gimpo brzmiał równie obco, co niespodziewanie.

– Było to znacznie łatwiejsze niż natknięcie się na mój paszport – odpowiedziałem również po francusku, co nie mogło być dla niej zaskoczeniem, skoro sama wybrała ten język.

– No tak, nie chowałam się pod ladą w kiosku z gazetami. – Uśmiechnęła się nieznacznie, nie zdając sobie przy tym sprawy, że w mej ocenie kobiecej urody stanęła obok niezagrożonego dotychczas miejsca Jiwon Kido.

– Widocznie kiedy kupowałem gazetę, mój paszport wysunął się z kieszeni płaszcza, do którego go wsadziłem, przechodząc przez odprawę paszportową. Oczywiście nie jest to żadne usprawiedliwienie, przeciwnie – powinno być dla mnie przestrogą. Tym bardziej więc jestem wdzięczny i serdecznie dziękuję.

– Miło, że mogłam pomóc, panie Durand. – Nadal się uśmiechała. – Jednak wciąż chciałabym wiedzieć, jak pan mnie odnalazł.

– Azjatki w kobiecej rywalizacji niczym nie ustępują w obowiązującej w tym względzie perfidii, jednak starają się nie przeczyć faktom oczywistym. – Postanowiłem dodać trochę dramaturgii, robiąc krótką przerwę.

– Nadal słucham, panie Durand...

– Dziewczyna z informacji twierdzi, że nieznajoma znalazczyni raczej zwraca na siebie uwagę.

– No proszę, a więc jesteśmy obserwowani. – Skinęła głową w kierunku stanowiska informacji.

– Skoro lecimy w tym samym kierunku, byłoby mi miło spotkać się na miejscu. – Sięgnąłem do małej kieszeni i podałem jej wizytówkę. – Na Czedżu będę kilka dni, zamieszkam w hotelu Ramada Plaza.

– Mój zawód ma znacznie mniej wspólnego z prowadzeniem biznesu. – Przyglądała się wręczonej wizytówce. – Swoje mam w bagażu. Nie wiem też, gdzie zostanę zakwaterowana. Ktoś będzie mnie oczekiwał na lotnisku.

– To kogo mam szukać?

Schowała wizytówkę do tylnej kieszeni dżinsów i wolnym ruchem podała mi rękę.

– Osha Shiwak.

Uścisk miała ciepły i mocny, na jej nadgarstku kołysał się zawieszony na rzemyku całkiem pokaźny kieł jakiegoś stwora.

– Osha? To chyba rzadkie imię?

– Niech pan więcej już nic nie gubi, panie Durand. – Spojrzała na opustoszałe już wejście do rękawa samolotu. – Muszę już iść. Powodzenia. – Uśmiechnęła się szelmowsko, po czym szybkim krokiem ruszyła w kierunku bramki i oczekującej przy niej dziewczynie z obsługi lotniska.

– Do zobaczenia na Czedżu! – krzyknąłem za nią, ale była już w zejściu do samolotu i chyba mnie nie usłyszała.