Fenomen - Marek Łasisz
8.08 zł
6.71 zł
(6,87 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Obudził się, gdy słońce dawno już rozpoczęło swoją wędrówkę. Siadł i przeciągnął się, ziewając. Uśmiechnął się i rozejrzał dookoła. Za dnia wszystko wyglądało o wiele lepiej. Odrzucił przykrycie i prawie wyskoczył z łóżka. Miał parę rzeczy do wyjaśnienia. Ale przede wszystkim chciał się upewnić, czy na pewno nikogo tu nie ma.
Zaczął po kolei zaglądać do pomieszczeń na pierwszym piętrze, odwiedził między innymi tę dziwną salę, gdzie Nataniel trzymał te swoje wypchane zwierzęta. Dobrze, że nie przyszedł tu wczoraj w nocy, bo i za dnia wyglądało to niepokojąco. Te wszystkie patrzące na niego szklane ślepia. Brr.
Następnie zajrzał do pokoju po drugiej stronie schodów, który najwyraźniej służył jako biblioteka, gdyż stało tu kilka wygodnych foteli, a regały z książkami sięgały od podłogi aż do samego sufitu. Była tu nawet specjalna, przesuwająca się na szynie drabinka, dzięki której można było dosięgnąć do najwyższych półek. Na jednym ze stolików zobaczył odłożoną grzbietem do góry książkę. Wyglądała, jakby ktoś odłożył ją dosłownie przed chwilą.
Z ciekawości przesunął nieco drabinkę i wspiął się na samą górę. Dotknął jedną ręką sufitu i spojrzał w dół. Zakręciło mu się w głowie i szybko złapał poręcz dwoma rękami. Uśmiechnął się. Z tej perspektywy fotele wyglądały jak zabawkowe sprzęty w domu dla lalek. Zszedł na dół i wyjrzał przez okno. Słońce, białe chmury i intensywnie zielone otoczenie tworzyły sielankowy widok. Dopiero teraz zobaczył, że kuliste korony jabłoni pokryte są białymi kwiatami.
Gdzieś w środku poczuł jak narasta w nim dziwne uczucie, połączenie radości, oczekiwania i świadomości nadciągającej przygody. W zasadzie to czym miał się przejmować? Łucja z Natanielem na pewno tu wrócą. Musieli gdzieś po prostu wyjechać, może z jakiegoś powodu zwolnili też służbę, kto wie? To w końcu ich dom, mogą robić, co chcą. On na nich poczeka i tyle. Ale będą mieli miny, jak go tu zobaczą, na progu z Azorem! Ale gdzie on właściwie znów poszedł? Pojawia się i znika jak kamfora. No nieważne, na pewno zaraz się znajdzie.
Chłopiec zajrzał jeszcze do kilku pokoi. W niektórych zobaczył kolejne drzwi prowadzące jeszcze dalej gdzieś w głąb domu, ale na razie nie miał ochoty wszędzie wchodzić. Nadal nie wyczuwał żadnej ludzkiej obecności, było też zupełnie cicho. W zasadzie był pewien, że jest tu zupełnie sam.
Zszedł na dół i pierwsze kroki skierował do kuchni, w której, jak wiedział, urzędowała, przynajmniej kiedyś, Brytfanna, córka Boczka Aleksandra. Nikogo tu jednak teraz nie było. Co dziwne, na kuchni stało kilka garnków, a w jednym z nich, na dnie, znajdowała się cienka warstwa zaschniętej masy.
Chłopiec z zaciekawieniem pochylił się nad naczyniem. Sucha maź popękała niczym ziemia na pustyni, ale kiedyś musiała to być zdaje się jakaś zupa. Hmm. Dziwne. Nie spodziewał się po Brytfannie takiego niechlujstwa. Nie pozmywała garnków przed odejściem z pracy? Dotknął zaschniętej skorupy na dnie. Znów skojarzyła mu się z wyschniętą na proch ziemią, jednak gdy nacisnął mocniej, poczuł, że pod suchą powierzchnią zachowała się jeszcze odrobina wilgoci.
Zaintrygowały go wbudowane wprost w ścianę szerokie, drewniane drzwi. Otworzył je na oścież. Jego oczom ukazała się znakomicie wyposażona spiżarnia. Była tak wielka, że mógł cały wejść do środka. Czego tu nie było! Półki zapełniały najrozmaitsze wiktuały począwszy od dużych opakowań makaronu, ryżu i kaszy, poprzez mnóstwo słoików z oliwkami, ogórkami i marynowanymi pieczarkami, po pieczywo chrupkie, konserwy, czekolady, chałwy i słone przekąski, na słoiczkach z przyprawami skończywszy. Natychmiast poczuł, jak żołądek podjeżdża mu do góry.
Rzucił się na jedzenie jak wygłodniały wilk. Pootwierał najróżniejsze opakowania gotowych do spożycia produktów. Nie miał ochoty zawracać sobie głowy gotowaniem. Jadł szybko, jakby ktoś miał zaraz przyjść i mu tego zabronić. Nie musiał długo czekać, aby przy stole pojawił się Azor. Siadł grzecznie, ale wbił w niego wzrok.
Chłopiec wstał, zajrzał do spiżarni i na najniższej półce zobaczył duże opakowania jedzenia dla psów. Nigdzie za to nie było psiej miski, więc otworzył jedną z szafek i wyciągnął dużą, szklaną misę i nasypał do niej karmę.
Azor rzucił się łapczywie na jedzenie. Obaj skoncentrowali się na swoich miskach i cały otaczający świat przestał chwilowo dla nich istnieć.
Chłopiec, gdy już się porządnie najadł, spojrzał na wilka, który skończył wcześniej i teraz siedział na tylnych łapach, przyglądając mu się uważnie. Wstał i nalał mu wody do innej miski. Szczęśliwie kran działał bez zarzutu, chociaż była w nim jedynie zimna woda.
Gdy chwilę odpoczął, zajrzał jeszcze do kilku pokoi na parterze, ale i tu, tak jak się spodziewał, nie znalazł nikogo.
Wyszedł przed dom. Spojrzał na żwirowy podjazd z białych kamyczków. Wiedział, że prowadzi on wprost do bramy wjazdowej. Czy powinien tam teraz pójść? Co właściwie powinien zrobić? Wrócił do domu i wszedł do pokoju z kominkiem, gdzie rozmawiał kiedyś z Natanielem i z jego kolegą malarzem. Zastanawiali się wtedy nad nazwą dla nowego dzieła artysty. Pili też jakieś dziwaczne napoje. Teraz stoliki stały puste, a dwa fotele były zwrócone przodem do wygasłego paleniska.
Artur siadł na jednym z nich i położył nogi na podnóżku. No więc tak. Podsumowując sytuację. Łucja i Nataniel gdzieś wyjechali. On jest sam w całej posiadłości. Nie ma prądu, ale jest woda i jedzenie. Może przeżyć tu spokojnie parę dni, ba, nawet miesiąc albo i dłużej, jeśli będzie trzeba. Ma nawet żarcie dla Azora, chociaż podejrzewał, że wilk daje sobie radę i bez tego. Te małe piórka na jego brodzie, taaak, pokiwał głową, wilk nie umrze tu z głodu, chociaż suchą karmą też nie pogardził. Łobuz jeden.