Feluni - Ewa Kuryluk
34.90 zł
27.22 zł
(26,90 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
1. Trzecie urodziny
Popiół, sadza, smoła, szarość - skarżyła się mama po przeprowadzce z Krakowa. - Nawet dorosłym smutno bez koloru, a co dopiero małym - zerkała na mnie - przekaż to wyżej, Karolku. - Nie omieszkam - wznosił oczy na plafon z udaną powagą. - To do ciebie - wręczył mamie przy śniadaniu kopertę z zagranicznym znaczkiem - przeczytaj nam na głos, Mijaczku. - Mamy zaszczyt poinformować, że Madame Mia Kuryluk została wybrana jednogłośnie członkiem honorowym stowarzyszenia miłośników kol... llorów - zająknęła się ze zdziwienia - wiesz, o co chodzi, Karolku? - Nie mam zielonego pojęcia. - Podpisali się niewyraźnie...? - schyliła się nad kartką - Vincent van Gogh, Paul Gauguin et Mademoiselle Eve Barbare de Frascati. - Wesołego prima aprilis, Mijaczku! - Ach, Karolku! - objęła tatę - co za ładny początek naszej pierwszej wiosny nad morzem czarnym.
W ostatnich miesiącach przed zgonem przypominało się mamie często coś z wiosny 1949 roku, naszej pierwszej w Warszawie, na przykład: - Dostałam z Unry wyplatany wózek, prawie nowy, a do tego granatowy śpiworek, w sam raz dla ciebie. - Albo: - Uznałam za dobry omen tę wiadomość. - Jaką, mamo? - Pniewscy się wygadali, że te kasztany naprzeciwko ich willi na Skarpie to n a s z e, różowe. - Aha. - We Lwowie rosły koło parku Stryjskiego, nieważne! - machnęła ręką. - Z Plant znałaś już zwyczajne białe kasztany, pamiętasz? - głaskała mnie po policzku jak w dzieciństwie. - Jak przez mgłę, mamo. - Ale jednak! - uśmiechała się do siebie. - Freud ma rację, najwcześniejsze wrażenia nie dają się wymazać - mówiła. - To szczęście, że widziałaś wiosnę w Krakowie, zanim ujrzałaś spalone kikuty drzew nad morzem czarnym. - Tak, mamo, na pewno. - Na spacerach na Skarpę zasłaniałaś sobie rączkami oczki albo udawałaś, że śpisz.
1. Ja z gąską Guzią, 1949.
Paryż, 5 maja 2015 roku. W sześćdziesiąte dziewiąte urodziny wstukuję do MacBooka Pro słowa mamy z jej ostatniej wiosny. Chociaż zanotowane piąte przez dziesiąte, regenerują pamięć i znów słyszę czy imaginuję sobie, co na jedno wychodzi, nasze rozmowy z ostatniej wiosny jedynaczki pchanej w wózku przez mamę: - Różowe kasztany są na północy rzadkie, mon petit chat - mówiła, wykorzystując każdą okazję, gdy byłyśmy same, do nauki francuskiego: jedynego języka, którym mówię do dziś bez akcentu, lecz piszę stylem dziecka - co za szczęście, quel bonheur, że wnet zakwitną en rose w odcieniu koralowego piasku w Oceanii.
- W osen-ani! Ani-osen! Ani os nos! - piszczałam z entuzjazmem. - Ładna rymowanka - przylizywała mi włosy. - W pokoju z fortepianem wisi nad szafą...? - zerkała na mnie zachęcająco. - Go-gen! - Bien, mon petit chat! - Po koralowym piasku biegają...? - Ko-niki! - Bien! - uśmiechała się do mnie - petits chevaux. - Sze-wo! Sze-wo! - Ciekawe, ile nowych pąków rozwinęło się przez noc! - manewrowała wózeczkiem między wertepami. - Co za delikatny zapach! - parkowała pod kasztanami. - Oddychaj głęboko noskiem, mon petit chat! - Maman! Maman! - wierciłam się niecierpliwie. - Wiosna, printemps - brała mnie na ręce. - Cała przyroda raduje się z powrotu słońca - podnosiła mnie do góry. - O, pierwsza pszczółka! - Bzy-bzy! - naśladowałam jej bzyczenie. - Leć sobie tam! - odpędzała ją ode mnie. - A teraz przywitamy się z naszymi różowymi kasztanami, jak? - Bon-szur! - piszczałam. - Bonżur - poprawiała - bonjour nos chataigniers en rose! - recytowała powoli. - Bonżur sza an ros - wyciągałam rączki do małych brzydali z bladoróżowej waty. - Chataigniers to nie chats - mrugała do mnie wesoło - petis chataigniers i petits chats są do siebie podobne - dodawała - tous les petits są takie bezbronne. - Tu peti! - pogłaskałam brzydale - tu peti!
- Bladoróżowe - przyglądała się pąkom kasztanów mama. - Byłoby ci do twarzy w perkalowej sukience w takim odcieniu, mon petit chat, ale nic w sklepach nie ma - postawiła mnie na ziemi. - Planują wychować nowego człowieka, a nie produkują dla dzieci nic ładnego - sarknęła. - Po co nie, maman? - Mają za nic detale, to w nich siedzi diabeł - wydymała wargi. - A do bladoróżowej sukienki kremowe bolerko - dodawała rozmarzona. - Kre-mo-fe? - przełykałam ślinę na myśl o rurkach z kremem. - Zgłodniałaś, mon petit chat? - oblizywała się zachęcająco. - Non! Non! - parskałam - chowa-nek!
- Non! - oznajmiła pewnego dnia - dziś się nie bawimy w chowanego. - Non, maman? - zmartwiłam się. - Jutro są twoje urodziny, mon petit chat - powiedziała uroczyście - skończysz ile lat? - Lat? - zamyśliłam się. - Un, deux, trois - policzyła na palcach. - Tszy? - Bien! - pogładziła mnie po policzku. - Na twoje trzecie urodziny odbędzie się bal maskowy - włożyła mi swoje ciemne okulary. - Bal! Mask! - podskoczyłam z radości i okulary mi zjechały. - Attends! - mama związała je z tyłu gumką. - A to twój aksamitny ogonek - przypięła mi na pupie do rajtuzów swój zamszowy pasek agrafką. - Un, deux, trois! - zaklaskała. - Trois petits pas! - zrobiła trzy kroki do przodu na palcach i obejrzała się na mnie. - En, de, trwa! - skradałam się za mamą jak kot dozorczyni, Zbój. - Pas comme ça! - tupnęła. - Petit chat pląsa z gracją - pokazała mi jak. - Un, deux, trois! - ruszyła dalej tanecznym krokiem. - Tu Wenecja, mon petit chat! - zawołała. - Nous sommes a Venise, tam pływają...?
- Gon-di! La-bo! - odpisnęłam, znając już zabawę w Wenecję, a z albumu mamy gondole z łabędzimi szyjami. - Oui, mon petit chat! - pociągnęła mnie za sobą za ogonek. - Venise odbija się w lustrze Adriatyku perłowo - spuściła głowę. - Złote kopuły, skrzydlate konie, wieże z koronki - zadarła głowę. - Najpiękniejsze miasto świata stoi na morzu - rozejrzała się - tu vois? - Oui, maman! - przytakiwałam często, gdy czegoś nie rozumiałam, dla świętego spokoju. - Szumią fale - nasłuchiwała. - Un, deux, trois! - schowała się za kasztanem. - Na campo di castagni kryjówka w sam raz - zamachała do mnie chusteczką - a kuku, mon petit chat!
- A kuk, maman! - Na nasz bal maskowy przybyło wielu miłych gości w maskach niewidkach - wyjrzała zza kasztana. - Bawimy się w chowanego ensemble - znów się schowała. - A kuk, maman! - A kuku, mon petit chat! Przywitaj się ładnie! - Bon-szur - dygnęłam. - A teraz przedstaw się - dodała - je suis... - Że swi - podciągnęłam do góry sfałdowane rajtuzy - że swi Eff Barbar de...? - z przejęcia zapomniałam nazwy naszej ulicy. - Eve Barbare de Frascati - mama wyszła zza kasztana. - Le bal est fini - podeszła do wózka - pora na drugie śniadanie, Eve Barbare - wyjęła siatkę z wiktuałami. - Zjesz smacznego budyniu z sokiem? - Non! - A może się jednak skusisz? - cmoknęła do słoika po miodzie od dziadków. - Non! - Bien, mon petit chat - nie zezłościła się na niejadka - jak anniversaire to anniversaire. - Skarby! - zapiszczałam. - No niech ci będzie - zdjęła mi okulary i odpięła ogonek. - Et voila, ma petite archéologue - wręczyła mi kubełek z łopatką i usiadła na gazecie pod kasztanem. Zjadła za mnie budyń i tarte jabłko. A ja wykopałam porcelankę w kwiatki i sprzedałam mamie za grosik. - A la maison - wzięła mnie za rączkę, zamiast wpakować do wózka - może wdrapiesz się dziś sama na nasz petit mont noir?
Na petit mont noir stała rudera z wybitymi oknami i menelami, omijana przez mamę. Po jej zgonie została odbudowana i jest teraz, jakby los chciał sobie zażartować, siedzibą wydawnictwa Noir sur Blanc. - Nasz petit mont noir ma mniej metrów niż ty lat, Eve Barbare - En! De! - po dwóch kroczkach straciłam równowagę i poraczkowałam do mamy na czworakach. - Trois! - schyliła się po mnie. - Kto w wieku trzech lat zdobył le petit mont noir - wytarła mi brudne rączki - zdobędzie kiedyś Mont Blanc.
Mont Blanc zdobyłam po śmierci mamy. A wspinając się na rakach przez mer du glace, ujrzałam ją przed sobą ze mną na rękach. I usłyszałam: - A co tam płynie, Eve Barbare? - Wi-siel-ka? - Bien, mon petit chat! - pocałowała mnie w nagrodę. - Pora pożegnać się z n a s z y m i kasztanami - pomachała im moją rączką - au revoir, nos chers chataigniers en rose. A demain!
Demain, 5 maja 1949 roku, powitał mnie rano przywiązany do łóżeczka niebieski balonik z mordką w ciapki. I stos upominków zapakowanych przez mamę w karbowaną bibułkę w różnych kolorach. Od którego zacząć? Rączki poleciały mi same do żółtego. Rozwiązałam niebieską wstążeczkę i ze środka wyjrzał pomarańczowy dzióbek pluszowej gąski.
- Sto lat! - do pokoju weszli rodzice - sto lat, nasz starszaku! - A ile dziś kończysz lat, Ewusiu? - zapytał tata. - En, de, trwa - policzyłam na palcach. - Tszy! - Tak, córeczko, to twoje trzecie urodziny, ale pierwsze w Warszawie - wyjął mnie z łóżeczka - a jak się nazywa twoja nowa koleżanka? - Gonska! - Gąska to nie imię. - Non? - wbiłam oczy w ojca. Mama odsłoniła okno i w słońcu zalśniły oczki z guzików. - Gonska Guzia? - przytuliłam ją do siebie. - Śliczne imię! - pochwalił mnie tata i pomógł rozwiązać czerwoną wstążeczkę na drugim upominku, płaskim i twardym. - Bajka? - A jaka, córeczko? - wyjął z zielonej bibułki książkę. - Byl sobie - poznałam na okładce znajomą trąbkę w supełek - byl sobie sloń! - Świetnie, starszaku! - zmierzwił mi włosy. - I co dalej? - Dalej...? - potarmosiłam tatę za rękaw - dalej ty! - Ja? - złapał nos w dwa palce i wyrecytował głosem grubym jak słoń:
Był sobie słoń wielki - jak słoń.
Zwał się ten słoń Tomasz Trąbalski.
Wszystko, co miał, było jak słoń!
Lecz straszny był zapominalski.
- Zapominalski jak petit chat - wtrąciła złośliwie mama. - Maluchy bywają zapominalskie - stanął w mojej obronie tata - natomiast starszaki są...? - Pamiętalskie! - No właśnie! - parsknął śmiechem. - A kto napisał Trąbalskiego, pamiętalski? - zapytał. - Trom-bala? - podrapałam się w głowę. "Te" jak Trąbalski - podpowiedziała mama. - Tu? - pisnęłam. - Ciepło! - Tuw? - Upał! - Tu-fim? - Brawo, pamiętalski! - zaklaskali i rozpakowaliśmy razem trzeci upominek.
Trzeci upominek wyglądał na bajkę. Lecz okazał się takim brudasem, że schowałam przed nim rączki pod skrzydełka Guzi. - To samo wydanie co n a s z e, Karolku - mama przerzucała z zachwytem poplamione kartki z oślimi uszami. - Po co to? - musnęłam z odrazą długi płotek, po którym drapały się do góry i złaziły na dół czarne i białe żuczki z laseczkami. A tata zamruczał do mamy: - Trafił ci się, Mijaczku, biały kruk.
- Biały kluk? - wytrzeszczyłam oczy na tatę. - Tak się nazywają, córeczko, rzadkie książki. - To? - wytarłam w piżamkę paluszek zabrudzony przez białego kruka - to żucz-ki? - To nuty, mon petit chat - odparła mama - utwory napisane specjalnie dla dzieci przez Karola Czernego. - Czarnego? - łypnęłam na krucze włosy taty, w których trafiały się od niedawna białe. - To Karol? - porównałam twarz z twarzą taty. - Tak, to portret twojego nauczyciela - mama obrysowała mu okulary - od jutra zaczynamy lekcje fortepianu!
- Od jutra? - zaniepokoił się tata - czy nie za wcześnie, Mijaczku? - Przeciwnie, Karolu! To już ostatni dzwonek! - odparowała. - Musi zacząć ćwiczyć, nim zesztywnieją palce - dodała pod nosem. - Ewusia już się uczy francuskiego, Mijaczku - wybąkał błagalnie. - Dzięki temu ma akcent jak mała paryżanka! - przylizała mi włosy. - To nie skrzypce, Charles - wyjaśniła łagodniej - fortepian jest dziecinnie łatwy!
Nie, fortepian nie był dziecinnie łatwy. Ale nie mogłam doczekać się lekcji, gdyż każdą poprzedzał następny odcinek nowej bajki o petit chat Mrou-Mrou i jego maman. - Un, deux, trois! - zaczynała mama zawsze tak samo. - Le petit chat Mrou-Mrou ma oczki jak bławatki - sprawdzała moje pod światło z obawy, czy mi nie pociemniały. A kończyła niestety zbyt prędko komendą: - Ukłoń się ładnie publiczności, mon petit chat. - Bon-szur! - dygałam mamie. - Bonjour, Eve Barbare - zdejmowała ostrożnie z klawiszy naszego wiewiórkowego "Leśnika" narzutkę "wyszydełkowaną przez naszą mamę" i ogłaszała jak przez radio: - Mon petit chat przepada za fortepianem.
2. "Czarne i białe żuczki", moje pierwsze zapisy nut.