1. Przerwany lot
Za oknami ciemność, podłoga wibruje, jednostajny pomruk silników usypia.
Gdyby to był zwykły samolot, większość pasażerów klasy business już by
smacznie spała, a ci z ekonomicznej próbowaliby znaleźć najmniej
niewygodną pozycję. Ale to nie jest zwykły samolot. Wprawdzie ma fotele,
i to całkiem wygodne, jednak po jedenastu godzinach pojęcie komfortu
powoli przestawało istnieć. Tym bardziej że przymocowano je do ścian,
bokiem do kierunku lotu.
Net znudził się chodzeniem tam i z powrotem wzdłuż ładowni, zastawionej
wojskowymi pakunkami. Potykał się co chwila, bo jedyne oświetlenie
stanowiły rozmieszczone co kilka metrów słabe lampy.
- Mamy teleportery, latalerze, samoloty naddźwiękowe - zrzędził - a lecimy śmigłowcem. Jak Sikorski z Gibraltaru.
- To nie jest śmigłowiec, tylko samolot śmigłowy - mruknął Felix, zajęty
analizowaniem wymiętej papierowej mapy. - Drobna różnica. Mogliśmy
polecieć Herculesem albo wcale.
- No ale czemu on jest śmigłowy? Przecież są takie odrzutowe, szybsze.
- Taki na przykład Boeing C-17 Globemaster III jest odrzutowy -
przytaknął Felix. - Ale polskie lotnictwo używa samolotów Lokheed C-130
Hercules, a one są śmigłowe. Mniej paliwa, prostsze w serwisowaniu, mogą
latać w warunkach wysokiego zapylenia.
- To tak na wypadek, gdyby znowu wybuchł ten wulkan na Islandii? Ten,
którego nazwy nie da się wymówić? O, coś wreszcie jest! - Net przycisnął
nos do okna. - Coś świeci w dole.
Nika, do tej pory milcząca i pochłonięta lekturą Ścieżek Północy
Flanagana, odłożyła książkę, zgasiła małą latarkę nauszną i też
wyjrzała.
Okien było ledwie kilka, ale dla trójki przyjaciół wystarczyło.
W dole, z doskonałej czerni wyłaniał się świat dziesiątek, setek tysięcy
świetlnych punkcików. Przypominał oglądaną w dużym powiększeniu kolonię
fluorescencyjnych bakterii. Widok był rozmyty jak za mgłą.
Felix uruchomił program nawigacyjny w telefonie, ale nie udało się
złapać zasięgu, nawet tuż przy oknie - kadłub samolotu skutecznie
ekranował sygnał.
- Może to Delhi - zastanowił się. - Jest ogromne i zawsze wisi nad nim
smog.
- Można by zapytać pilotów. - Net zerknął do przodu, na przegrodę
oddzielającą ładownię od kabiny.
- Przecież wiesz, że jesteśmy tutaj pod warunkiem - przypomniała Nika -
że piloci się o nas nie dowiedzą.
Rzeczywiście, początkowo przyjaciele się ukrywali, jednak po kilku
godzinach okazało się, że nikt nie zagląda do ładowni.
- Był jeszcze warunek - Net dotknął M-ATV-a1, przypiętego pasami
do podłogi, i porozumiewawczo poruszył brwiami - że nie dotykamy
ładunku.
Nika przewróciła oczami i wróciła do lektury.
Ładunek stanowił opancerzony pojazd patrolowy, większy i wyższy od
Hummera, oraz kilka sporych drewnianych skrzyń oznaczonych jedynie
wojskowym numerem ewidencyjnym i orzełkiem w koronie. Było jeszcze
trochę drobnicy, jakieś worki i skrzynki. Ładownia Herculesa w niczym
nie przypominała wnętrza normalnego samolotu pasażerskiego. Ściany i sufit były oplecione pasami montażowymi i nieosłoniętymi rurami
instalacji hydraulicznych. Podłogę wykonano z blachy podziurawionej
różnego rodzaju otworami, służącymi montażowi ciężkich ładunków. Wnętrze
wyglądało trochę jak tunel metra. W trakcie budowy.
Niemniej lot Herculesem okazał się najlepszym sposobem, by dyskretnie
dostać się z Polski do Tajlandii.
- Wciąż narzekasz - zauważył Felix.
- Ziom, przez pierwsze dwie godziny nie narzekałem. - Net rzucił się na
zielone wojskowe worki z nieznaną, ale miękką zawartością. - Baran... -
Zamknął oczy i głęboko odetchnął. - Drugi baran... trzeci baran... czwarty
baran... O, ten jest czarny. Obok stoi owca. Piąty baran...
Nic to nie dało, nawet nie poczuł śladu senności, mimo że doliczył do
sześćdziesięciu ośmiu baranów. Być może dlatego, że tak naprawdę
liczenie baranów tylko przeszkadza w zasypianiu. Wyjął telefon i otworzył e-booka Kwantowa teoria umysłu. Zanurzył się w lekturze, co
nie było dla niego wcale łatwe. Tutaj jednak brakowało bodźców i rozrywek, więc nawet książka stała się atrakcyjna.
Kwadrans później dźwięk silników zmienił się. Jakby zmniejszyły się
obroty.
- Lądujemy? - Net oderwał się od lektury.
Felix zerknął na telefon.
- Powinniśmy jakoś niedługo - powiedział.
- Zniżamy się - zauważyła Nika. - Czujecie?
Rzeczywiście pojawiło się charakterystyczne uczucie lekkości, znane
każdemu, kto kiedykolwiek leciał samolotem.
- Bangkok? - Net zerwał się z posłania z worków i przycisnął czoło do
okna. - Nie widzę żadnego miasta. - Za szybą ziała idealna czerń, jeśli
nie liczyć migającego światła pozycyjnego. - Przepraszam, ale czy to
śmigło nie powinno się obracać?
Felix złożył mapę i zaczął obserwować silniki. Hercules miał ich cztery,
po dwa na każde skrzydło. W krótkich błyskach trudno było się
zorientować, czy śmigło się obraca, czy wręcz przeciwnie.
- Nagrajmy i zobaczymy w zwolnionym tempie. - Net już wyciągał telefon z kieszeni.
- Wolę prostsze metody. - Felix zaświecił latarką przez okno.
Zapadła cisza - z dwóch śmigieł obracało się tylko jedno.
Nika znów odłożyła książkę i przeszła na drugą stronę samolotu.
- Te się obracają - zawołała.
- Oba? - zapytał Net. - Obydwa?
- Tak. To znaczy... Teraz już tylko jedno.
Felix i Net obeszli samochód. Właściwie to Net go obiegł, po czym i tak
musiał zaczekać na Felixa, bo w świetle słabej latarki nausznej wiele
nie dało się dostrzec. Teraz wpatrywali się w skrzydło oświetlone
latarką Felixa. Obracało się tylko jedno śmigło.
- Oszczędzają paliwo? - zapytała Nika.
Felix tylko pokręcił głową.
Jeżeli mieli jeszcze wątpliwości, czy wszystko w porządku, to rozwiał je
kolejny silnik. Przyjaciele w napięciu wpatrywali się w zwalniające
śmigło.
- Czy ten samolot może lecieć na jednym silniku? - zapytał Net.
Felix znów pokręcił głową. Nie było oczywiste, czy miał na myśli "nie",
czy "nie wiem".
- Mam złe przeczucia - szepnęła Nika.
- Jak zwykle umiesz dodać otuchy - mruknął Net.
I wtedy stało się coś, czego podświadomie się spodziewali. Czwarty
silnik zaczął pracować nierówno i przerywać, aż wreszcie się zatrzymał.
- O mamusiu... - jęknął Net. - Jak mogły się zepsuć wszystkie naraz?
Felix bezradnie pokręcił głową, a Net już się rozkręcał:
- I co teraz będzie?! Mówiłem, żeby nie lecieć!
Nika w pierwszym odruchu chciała go przytulić, ale powstrzymała się.
- Będzie dobrze - powiedziała, siląc się na spokojny ton.
Nagle w ładowni zgasły światła, a zamiast nich zapaliły się słabsze,
czerwone. Słyszeli tylko szum powietrza opływającego kadłub.
- Dżizas... - westchnął Net.
- To co prawda nie szybowiec - Felix starał się zachować spokój - ale
kilka kilometrów przeleci rozpędem. Może kilkanaście. Jest czas, żeby
uruchomić silniki. Albo znaleźć lotnisko.
I wtedy usłyszeli jeszcze coś. Nie był to niestety dźwięk rozrusznika,
tylko modulowany pisk alarmu gdzieś z przodu.
Bez słowa ruszyli w stronę kabiny pilotów. Nie było sensu dłużej się
ukrywać.
Niewielkie urządzenie na ścianie grodzi przed kabiną mogło, choć nie
musiało, być interkomem.
- Może się nie wkurzą - podsunęła Nika.
- A jeśli zasnęli, to nawet podziękują - dodał Net.
Felix nie namyślał się długo. Nacisnął guzik. Na obudowie zapaliła się
czerwona kontrolka, a gdzieś z przodu dobiegło przytłumione brzęczenie.
Odpowiedź nie nadchodziła, piszczał jedynie alarm.
Felix zastanawiał się już od pewnego czasu, czy w samolocie wojskowym są
od strony ładowni jakieś zabezpieczenia przed otworzeniem drzwi do
kabiny.
Podeszli bliżej. Nawet jeżeli takie zabezpieczenie istniało, nie mogło
spełnić swojej funkcji. Drzwi były bowiem uchylone i delikatnie
chybotały się na zawiasach.
Felix otworzył je szerzej. Przygotował sobie już nawet przeprosiny, że
przeszkadza w tak trudnym momencie. No i że w ogóle tu są, ale... kabina
pilotów była pusta. Na panelach migało kilka kontrolek, inne świeciły
różnymi kolorami, przy czym dominował czerwony. Alarm wciąż piszczał.
- Co jest?! - jęknął Net. - Poszli na spacer z psem?
Felix odwrócił się i krzyknął w głąb samolotu:
- Halo! Jest tu kto?!
W tonie głosu Felixa było coś takiego, że reszta spojrzała tam gdzie on.
Niebo na wschodzie, przed dziobem samolotu, jaśniało, zapowiadając
nadchodzący brzask. Przez przednią szybę widać było majaczący horyzont.
Horyzont, który znajdował się zdecydowanie za wysoko.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
M-ATV - (ang. MRAP-All Terrain Vehicle) samochód opancerzony, odporny na wybuchy min. [wróć]