1. Głęboka restrukturyzacja
Płomienie z ogłuszającym rykiem wiły się i wzbijały w czerń
przesłaniającą niebo. Paliło się wszystko wokół: domy, drzewa,
samochody. Asfalt na ulicach topił się z gorąca, dymił, a miejscami
bulgotał jak lawa, która za chwilę wystrzeli w niebo ognistym gejzerem.
Z okien niższych pięter buchał tylko smolisty dym. Co mogło się tam
spalić, już się spaliło. W szczelinach grubej kołdry dymu nad miastem
można było dostrzec tańczące na niebie błyskawice.
Przecznicę dalej zawalił się osłabiony pożarem dom, dodając do tego
chaosu pędzącą ognistym kanionem chmurę pyłu. Ziemia zadrżała, a grzmot
zagłuszył na chwilę wszystko inne.
Nika obudziła się, zlana zimnym potem. Usiadła gwałtownie na łóżku i rozejrzała się po swoim półtorapokojowym mieszkaniu. Wyglądało jak
zwykle. Rozkładana kanapa, na której spała, skrzypiała przy każdym
ruchu, stara szafa obok jak zawsze nie domykała się, a na końcówce kranu
samotna kropla wahała się, czy spaść, czy jeszcze chwilę zaczekać. Obok
okrągły półpokoik w wykuszu starej kamienicy niezmiennie zastawiony był
książkami. Te, które nie mieściły się na półkach, leżały nawet na trzech
stopniach schodów prowadzących z głównego pokoju.
Do Niki powoli docierało, że to był tylko sen. Wstała i podeszła do
okna. W dole przejechał zwyczajny tramwaj, aż w szafce zabrzęczały
szklanki. Ludzie na chodniku spieszyli się całkowicie zwyczajnie, a na
zwyczajnym niebie wisiały zwyczajne obłoki. Lodówka też buczała
zwyczajnie. Tak, to tylko zły sen.
Dziesięć dni do...
Ziewnęła i wzięła komórkę. I natychmiast rozbudziła się do końca.
Pierwszy dzień szkoły! Koniec wakacji! Powinna wyjść z domu kwadrans
temu!
Pobiegła do łazienki, w ekspresowym tempie przemyła twarz i przejechała
szczotką po zębach. Ubrała się, co na szczęście było proste, bo
poprzedniego dnia wszystko przygotowała. Zupełnie nowa ciemnoróżowa
spódniczka, wypatrzona w second handzie w Londynie, za jedyne dwa
funciaki. Nika nigdy nie nosiła takiego koloru, ale przecież cały świat
się zmienia, dlaczego i ona nie może? Wrzuciła do torby
najpotrzebniejsze rzeczy i brudnopis. Nie sprawdziła nawet, jakie mają
być dziś lekcje. Nieważne, przepisze potem na czysto. Wieczorem
zaglądała na stronę szkoły - jeszcze nie umieszczono tam planu zajęć.
Teraz było za późno, by zrobić cokolwiek poza zawiązaniem butów i dwustumetrowym sprintem do tramwaju. Albo półkilometrowym sprintem do
metra. Przystanek tramwajowy był po drodze do metra, więc trasę za
każdym razem wybierał los. Jeśli zbliżał się tramwaj, Nika wsiadała do
tramwaju; jeśli go nie było, szła dalej.
Wiązanie sznurówek dziesięciodziurkowych martensów niestety chwilę
trwało. Wprawdzie dawało się w nich swobodnie chodzić i bez wiązania,
ale biegać już nie. Poprawiła jeszcze rude loki, bo przecież nic, nawet
potencjalne spóźnienie na rozpoczęcie roku szkolnego, nie usprawiedliwia
wyjścia z domu z koczudłem na głowie. Przygładziła białą koszulę i spódniczkę. Tak, jest OK. Otworzyła lodówkę w nadziei, że znajdzie tam
coś, co zabierze, żeby zjeść po drodze. Nie znalazła - lodówka była
niemal pusta.
Zamknęła drzwi i zbiegła na parter. Wetknęła do uszu słuchawki, a muzyka
The Dumplings dodała jej energii. Drogę do przystanku pokonała, bijąc
chyba rekord prędkości, a i tak drzwi tramwaju zamknęły jej się przed
nosem.
Nice opadły ramiona. Stała, ciężko dysząc. No trudno, jeszcze kilka
oddechów i pobiegnie dalej, do metra.
Wtedy drzwi otworzyły się, witając ją zapomnianym przez wakacje
ściskiem. Nie czekając na nic, wskoczyła do zatłoczonego wnętrza i odetchnęła z ulgą. Nie było szans na dopchnięcie się do przodu i podziękowanie motorniczemu. Uniosła więc tylko dłoń ponad głowy
współpasażerów i pomachała z nadzieją, że tamten zauważy to w jednej z kamer.
Wyglądało na to, że się jednak nie spóźni. Uwiesiła się na rurce.
Jeszcze tylko dwadzieścia minut bujania się i obijania o ludzi, a potem
przesiadka do autobusu, gdzie bujania się i obijania będzie tylko
dziesięć minut.
* * *
- Jeszcze pięć minutek - mruknął Net i odwrócił się na drugi bok. Nawet
nie zastanawiał się, co właściwie go obudziło.
- Po co mnie prosisz, żebym cię budził? - zapytał Manfred. - To nie
ma sensu, jeśli rano zmieniasz zdanie.
- Ja rano i ja wieczorem to dwie różne osoby.
- Porozmawiaj ze sobą wieczornym i ustalcie wspólne stanowisko.
- Nie męcz mnie. Najpierw będzie apel. Tam nikt nie sprawdza obecności.
- Na apelu przekazywane są ważne informacje.
- Sprawdzę sobie w internecie.
- Strona szkoły nie była aktualizowana od tygodni. Wstawaj.
Konwersacja z Manfredem rozbudziła Neta wystarczająco, by już nie mógł
zasnąć ponownie. Spod kołdry wysunęła się jedna noga i oparła o dywan.
Chwilę później to samo zrobiła druga noga. Net na nic więcej nie znalazł
energii.
- Nogi już wstały - powiedział.
- Nie próbuj starych sztuczek.
- I co z tego, że wstanę? - Net wymacał na nocnym stoliku okulary. -
Zasnę w szkole na pierwszej lekcji.
Ociężałym ruchem podniósł je, jakby ważyły parę kilo, i włożył na nos.
- Nie, zasnę wcześniej, na przemówieniu Stokrotki - mruknął.
Dopiero teraz usiadł na łóżku. Strzecha włosów na jego głowie była
przesunięta niesymetrycznie w prawo. Przejechał po nich palcami, ale to
niczego nie zmieniło. Ziewnął przeciągle i popatrzył przez zmrużone oczy
w obiektyw kamery jednego z kilku stojących na biurku komputerów. Prawe
oko miał mocniej zmrużone niż lewe. Łypnął zły na kamerę.
- Zadowolony?
Kamera przesunęła się w prawo, w lewo i znów w prawo.
- Najwyżej w czterdziestu procentach - odparł Manfred. - W poprzednim
roku szkolnym zdarzyło ci się siedem razy położyć w tej pozycji i zasnąć.
- Łatwo ci zrzędzić, bo ty nie musisz spać.
Manfred, jako program sztucznej inteligencji, rzeczywiście nie
potrzebował snu.
Net ziewnął jeszcze raz i wreszcie wstał. Wakacje jednak rozleniwiają. A najbardziej odzwyczajają od wczesnego wstawania.
Pięć minut później stał przed lodówką z włosami ułożonymi jak należy, to
znaczy nadal sterczącymi na wszystkie strony, ale przynajmniej
symetrycznie. Choć półki były pełne, nie widział niczego, co nadawałoby
się na śniadanie. Wreszcie zdecydował się na szynkę konserwową i sok
pomarańczowy, bo niczego z bąbelkami oczywiście nie było. Że niby
niezdrowe. Do tostera wrzucił dwa tosty i spróbował zebrać myśli.
Pierwszy dzień szkoły. Co może być potrzebne? W sumie to skąd miałby
wiedzieć, skoro szkolna strona nie działała. Wzruszył ramionami i postanowił zabrać tylko brudnopis.
- Wiesz, o której tata jedzie do pracy? - zapytał.
- Już pojechał - odparł z najbliższego głośnika Manfred. - Mama
jeszcze nie wstała.
Net skrzywił się. W skrytości ducha liczył na to, że tata podwiezie go
do szkoły. Tata był informatykiem i pracował w Instytucie Badań
Nadzwyczajnych. Nie miał ścisłych godzin pracy, więc czasem się
zdarzało, że wyjeżdżał tak, by przy okazji zabrać Neta. No ale nie dziś.
Mama miała prawo jazdy, ale nie lubiła prowadzić. Zresztą pracowała w domu i zajmowała się bratosiostrą, czyli dwójką uczących się chodzić
bliźniaków.
Wyjrzał na patio. Po drugiej stronie, za trawnikiem i krzewami ozdobnymi
wznosiła się przeszklona pracownia malarska. Na sztalugach stał
niedokończony wielki obraz. Trudno było powiedzieć, co przedstawiał.
Mama zwykle rysowała abstrakcje. Jedyne, z czym Netowi kojarzył się ten
obraz, to grzyb nuklearny. Wczoraj malowała do późna, czyli jeszcze
trochę pośpi.
Piknięcie tostera sprowadziło jego myśli do bardziej przyziemnych spraw.
Posmarował tosty masłem i nałożył kilka plasterków szynki. Nie zdarzało
się, aby nie był głodny. Jadł całkiem sporo, a jednak jakimś cudem
pozostawał chudy.
Podszedł do okna i pochłaniając wielkimi kęsami tosty, spojrzał na swoje
miasto. Z wysokości ostatniego piętra apartamentowca ludzie w dole
wyglądali jak mrówki. Dużo było tych mrówek, na pewno więcej niż jeszcze
wczoraj, kiedy trwały wakacje. Znowu będzie tłok w autobusie.
Zerknął na telefon. Powinien wyjść z domu pięć minut temu. Wepchnął do
ust ostatni kęs i w zamyśleniu zmarszczył brwi. Szynka, ser czy pasztet?
A co tam! Wszystko naraz. Tak, jeszcze dwa tosty i powinno wystarczyć.
A może by tak taksa...?
* * *
To nie był zwykły budzik. To był BigBudzik. Miał formę sześcianu
wykonanego ze stalowych elementów połączonych śrubami i nitami. Wewnątrz
obracały się koła zębate, przekładnie, popychacze i mimośrody. Nie był
przykręcony do stołu, ale ważył kilka kilogramów. Wyniesienie go i ukrycie gdzieś, gdzie nie byłoby go słychać, wystarczyłoby za poranną
gimnastykę. BigBudzik wygrywał właśnie krótki motyw muzyczny ze starego
filmu Bliskie spotkania trzeciego stopnia.
Felix siedział na łóżku i próbował wyłączyć urządzenie. To nie było
proste, bo nic takiego jak wyłącznik nie istniało. Na obudowie
znajdowało się kilka przełączników, pokręteł i suwaków. Uruchomiony
wieczorem BigBudzik ustawiał losową sekwencję mechanizmu i każde jego
poranne wyłączenie przypominało łamigłówkę. Tę całkowicie mechaniczną
konstrukcję napędzał silnik elektryczny. W zasadzie wystarczyłoby wyjąć
baterie. No ale to byłoby niesportowe.
Felix nie mógł mieć do nikogo pretensji. Sam skonstruował BigBudzik i sam go wczoraj ustawił. Teraz próbował losowo wciskać i przełączać co
się dało. Dźwięk mechanicznej pozytywki nie cichł. Nie, tak się nie da.
Możliwych kombinacji jest zbyt wiele. Tu trzeba się postarać i odnaleźć
wewnętrzną logikę dzisiejszej sekwencji. Chłopak przetarł zaspane oczy i spróbował ponownie: pierwszy przełącznik w górę, dwa następne w dół,
duże pokrętło dwa obroty w prawo, małe pokrętło ćwierć obrotu w lewo,
środkowy suwak o jedną trzecią w górę.
Cisza.
Felix uśmiechnął się do siebie i wstał, zupełnie już rozbudzony. Zrobił
dziesięć pompek, piętnaście przysiadów i dwadzieścia brzuszków.
Wystarczy.
Przeszedł przez pokój przypominający warsztat szalonego wynalazcy. Co
nie było aż tak odległe od rzeczywistości. Ustawiony pod ścianą długi
stół roboczy z jednej strony płynnie zamieniał się w biurko z laptopem,
zeszytami i tym, co zwykle leży na biurkach uczniów. Dalszą część pokoju
wypełniały regały z częściami maszyn, z których wiele nadawałoby się do
scenografii filmu science fiction. Pokój Felixa mieścił się w wysokiej
piwnicy. Kiedyś był tu warsztat taty, ale odkąd zaczął on pracować w Instytucie Badań Nadzwyczajnych, warsztat zamienił się w rupieciarnię.
Wystarczyły dwa dni i zamówiony kontener na odpadki, by doprowadzić
miejsce do jakiego takiego porządku. W planach było przemalowanie ścian,
ale to były odległe plany.
Felix założył na nadgarstek bransoletę survivalową z paracordu, którą w razie konieczności mógłby zamienić w trzy metry linki, otworzył laptop i wszedł na stronę szkoły. Dyrektor magister inżynier Juliusz Stokrotka
wciąż życzył uczniom radosnych wakacji. Data czerwcowa. Felix pokręcił
głową z dezaprobatą. Lubił zawczasu wszystko przygotować, żeby
rzeczywistość go nie zaskakiwała. Postanowił, że zabierze tylko
brudnopis, choć perspektywa przepisywania wszystkiego nie wydawała się
zachęcająca.
Na schodach rozległ się tupot psich łap. Wielki, czarny, kudłaty terrier
rosyjski zbiegał, by sprawdzić, czemu jego pan wstał tak wcześnie.
- Caban! - Felix przytulił psa i podrapał go za uchem. - No widzisz,
znowu szkoła. Koniec wylegiwania się. I na spacery będziemy chodzić
tylko popołudniami.
Wziął z szafy ubranie i zaczął się wspinać po schodach. Minusem
mieszkania w piwnicy było to, że do łazienki musiał chodzić na parter.
Plusem, że miał spokój, bo nikomu nie chciało się tu zaglądać bez
powodu.
- Wstałeś? - Z kuchni wychylił się tata. - Robię śniadanie angielskie.
Reflektujesz?
- Jasne! - rzucił Felix i wszedł do łazienki.
Gdy z niej wychodził, prawie zderzył się z mamą. Jak zwykle elegancka i jak zwykle w pośpiechu, z małym neseserkiem w jednej dłoni i komórką w drugiej.
- Już wstałeś? - zdziwiła się. - A, no tak. Szkoła. Zapomniałam. Wakacje
szybko zleciały, co?
- Za szybko - zgodził się Felix. - Podrzucisz mnie?
- Nie dam rady, Kotku. - Mama pocałowała go w czoło. - Mam dziś chyba z dziesięć spotkań. No tak, koniec wakacji! To wszystko wyjaśnia! Klienci
wrócili i wszyscy naraz przypomnieli sobie, że mnie potrzebują.
- Za chwilę będzie śniadanie - rzucił z kuchni tata.
- Dzięki, zjem coś na mieście.
I już jej nie było. Chwilę później z podjazdu przed domem z piskiem opon
wyjechało czerwone Mini1.
- Znowu za szybko jeździ - zauważył Felix.
- A piłowanie zimnego silnika to przepis na remont po stu tysiącach -
dodał tata.
Przy drzwiach stał Golem Golem, dwumetrowy android, który wyglądał,
jakby zrobiono go z niepotrzebnych części starych maszyn. Co zresztą
było prawdą. Jednak, choć części nie były nowe, to na pewno w pełni
sprawne.
- Czy potrzebna będzie moja pomoc przy śniadaniu? - zapytał niskim
głosem Golem Golem.
- Dziękuję, nie - rzucił tata. - Poradzę sobie.
Kuchnia w domu państwa Polonów nie wyglądała jak przeciętna kuchnia.
Zamiast zwyczajnych sprzętów, stały tu urządzenia rodem z futurystyczno-industrialnej wizji kuchni autorstwa architekta
zakręconego na punkcie fantastyki naukowej. Na obiegającym pół
pomieszczenia blacie stało kilka wyglądających na niedokończone maszyn o nieoczywistym przeznaczeniu. Część z nich pracowała, wypuszczając
obłoczki pary i wydając dźwięki zgrzytania i mlaskania.
Na jednej zapaliła się czerwona lampka. Tata podstawił tam talerz i przesunął w górę solidną wajchę. Z przodu urządzenia otworzyła się
klapka i wyjechała z niej metalowa łapka z jajkiem sadzonym. Druga łapka
delikatnie zsunęła jajko na talerz. Tata podstawił drugi talerz, na
który trafiło identyczne jajko.
Gdy tata przeszedł z talerzami do kolejnej maszyny, klapka otworzyła się
po raz trzeci.
- A, zrobiłem też dla mamy - przypomniał sobie tata. - No to są trzy
jajka. Masz koncepcję, jak podzielić jajko sadzone na pół?
Problem rozwiązał się sam, gdy urządzenie zsunęło jajko wprost na
podłogę. Od razu zajął się nim Caban.
Kolejne maszyny wysypywały na talerze następne składniki. Śniadanie
angielskie w wersji uproszczonej składało się z jajka sadzonego,
przypieczonej parówki, podsmażonego pomidora, bekonu, pieczarek i fasolki w sosie pomidorowym. A do tego tosty. Do przygotowania śniadania
wystarczyłaby duża patelnia, ale wówczas nie byłoby połowy zabawy.
Felix spojrzał podejrzliwie na tatę.
- Chciało ci się?
- Pierwszy dzień szkoły - wyjaśnił tata. - Przykra okoliczność. Więc
wyżerka na osłodę.
Śniadanie smakowało równie pysznie, jak wyglądało. Felix zerkał co
chwila na zegarek. Do przystanku miał pięć minut spaceru, a autobus
odjeżdżał za osiem minut. Mały margines bezpieczeństwa.
- Tato...
- Tak, podwiozę cię. - Tata uśmiechnął się tajemniczo. - Dziś testujemy
nowy wynalazek.
Wrzucili talerze do zmywarki, a dokładniej to podali je zmywarce, która
odebrała je mechaniczną dłonią i sama włożyła do swojego wnętrza.
Przeszli do garażu, gdzie stał czarny kanciasty Land Rover. Leciwy
wehikuł co jakiś czas przechodził kolejne modyfikacje. Tata traktował go
jak poligon doświadczalny dla swoich wynalazków.
- Co tym razem? - zapytał Felix.
- Cierpliwości. - Tata uśmiechnął się tajemniczo i wsiadł do środka.
Felix zauważył leżący w bagażniku dron, i to całkiem spory. Chciał
zapytać, do czego ma służyć, ale zwyciężyła ciekawość. Wsiadł, zapiął
pas i spojrzał wyczekująco na tatę. Ten uśmiechnął się tajemniczo i nacisnął kilka przycisków. Ekrany rozjarzyły się, przyciski
podświetliły, a samochód uniósł się na pneumatycznym zawieszeniu. Nie
rozległ się żaden dźwięk, jeśli nie liczyć cichego syku powietrza w przewodach. Zmodernizowany Land Rover prócz silnika spalinowego miał
silnik elektryczny i pneumatyczny, zasilany ze zbiorników ze sprężonym
powietrzem, tłoczonym tam podczas hamowania.
Wnętrze samochodu, oryginalnie przypominające raczej kabinę maszyny
rolniczej niż samochodu, teraz, po wielu przeróbkach wyglądało raczej
jak wnętrze futurystycznego pojazdu wojskowego. Dziesiątki przełączników
upchnięto między kilkoma ekranami i dodatkowymi dźwigniami.
Wrota garażu uniosły się, a samochód bezszelestnie wytoczył na podjazd i przez elektrycznie rozsuwaną bramę wyjechał na ulicę.
- A teraz patrz! - Tata nacisnął duży zielony guzik, którego wcześniej
chyba tam nie było.
- e-Zygmunt, gotowy do pracy - rozległo się z głośników. - Jaka
destynacja?
- Nawigacja sterowana głosem? - zapytał Felix. - Nic specjalnego.
- Lepiej. Zaczekaj. Najpierw szkoła Felixa, potem Instytut Badań
Nadzwyczajnych - powiedział przesadnie wyraźnie tata. - Wjazd przez
fałszywą wierzbę.
- Przykro mi, adres nieznany.
- No tak, bo to jest wjazd top top top secret. - Tata podrapał się w głowę. - Nieważne. Na razie szkoła Felixa.
- Felix Polon, jak mniemam? Gimnazjum imienia profesora Kuszmińskiego?
- Tak właśnie, e-Zygmuncie.
- Przykro mi, adres nieznany.
- Jak to?! - Tata z wrażenia aż puścił kierownicę. - Wczoraj działało.
- Liceum imienia profesora Kuszmińskiego - rzucił Felix.
- Zrozumiałem, jadę. Podążam.
Tata spojrzał badawczo na Felixa.
- Dopiero co byłeś w drugiej klasie! - Tata wciąż nie trzymał
kierownicy, choć samochód jechał. - Rany, serio przegapiłem rok? Za dużo
energii poświęcam pracy. A niech to! Poważnie skończyłeś gimnazjum?
- Samo się skończyło - odparł Felix. - Zlikwidowali gimnazja. Teraz będę
chodził do pierwszej klasy liceum. Tato, nie powinieneś... trzymać
kierownicy?
- Poważnie? - Tata był szczerze zdziwiony. - No popatrz. Nie jestem na
bieżąco.
- Kierownica... - Felix wskazał wąską uliczkę przed maską.
- Nie, w żadnym razie. - Tata założył ramiona, spojrzał na syna i poruszył porozumiewawczo brwiami. - Testujemy samochód autonomiczny.
e-Zygmunt, depnij trochę.
- Dozwolona prędkość w tym obszarze to trzydzieści kilometrów na
godzinę.
- O proszę. Jednak działa! Przykrość taka, że już nie potrafi jechać bez
elektroniki.
- Czy to jest aby legalne? - zapytał Felix.
- W Kalifornii na pewno.
* * *
Nika dotarła sporo przed czasem. Przysiadła na murku obok schodów
prowadzących do szkoły i obserwowała uczniów. Większość ubrana była
elegancko, a przynajmniej odświętnie. Czasem pomachał jej ktoś znajomy.
Nie zauważyła do tej pory nikogo ze swojej klasy, a wielu osób nie
kojarzyła nawet z widzenia. Oni również wyglądali na zagubionych, jakby
znaleźli się tu pierwszy raz.
Przy krawężniku bezszelestnie zatrzymał się czarny Land Rover. Felix
wysiadł, pożegnał się z tatą i spojrzał na ponury i masywny gmach
szkoły, przypominający trochę stary obiekt wojskowy. Dopiero po chwili
dostrzegł Nikę. Przywitali się serdecznie, choć nie widzieli się
zaledwie kilka dni.
- Dużo nowych - mruknęła Nika.
Felix obejrzał się za siebie. Pojawiało się coraz więcej uczniów. Do
rozpoczęcia apelu pozostało dziesięć minut.
- Nie wyglądają na pierwszorocznych - zauważył. - Niektórzy są starsi od
nas.
- Młodzież dziś tak szybko dorasta. - Net przeskoczył murek i stanął
między nimi. - Za naszych czasów to było nie do pomyślenia.
Cmoknął Nikę i uścisnął dłoń Felixa.
- Znowu jesteśmy pierwszakami - rzucił. - Starszaki będą nam kraść
kredki. A już czułem się taki dorosły, taki odpowiedzialny.
- A propos odpowiedzialności. - Felix wycelował w niego palec. -
Wisisz mi dwie dychy.
- Oj tam, oj tam. Nie jestem aż tak odpowiedzialny, jak ty małostkowy.
- Dwadzieścia funtów, nie złotych.
- Oddam przecież.
- Miałam straszny sen - odezwała się Nika. - Śniła mi się apokalipsa.
- Apokalipsa... - Net machnął lekceważąco ręką. - Straszny sen to jest
wtedy, jak się śni test z geografii.
- Był bardzo realistyczny. Pożar, walące się budynki, całe niebo w piorunach. Czułam się tak, jakby to wszystko się działo naprawdę. Ten
sen był taki... - chwilę szukała właściwego słowa - ... epicki.
- Epicko to zaraz będzie przynudzał Stokrotka - zauważył Net.
Felix spojrzał na zegarek i machnął głową, że już czas.
Na schodach dołączyli do nich Oskar i Wiktor.
- Nie zgadniecie, gdzie byłem - rzucił zamiast przywitania Oskar.
- W Grecji - odparł Net. - Wrzuciłeś ze sto zdjęć.
Oskar zmarszczył brwi i mruknął coś niewyraźnie. Pokazał im telefon, a dokładniej zdjęcie przedstawiające zamieszanie: straż pożarną, policję,
antyterrorystów, ambulanse i tłum.
- Tego jeszcze nie wrzuciłem.
- To z Grecji? - zapytał Net.
- To Warszawa. Dwadzieścia minut temu. W metrze był zamach.
- Zamach w metrze? - Nika zatrzymała się w połowie schodów. - Mogłam tam
być. Przyjechałam tramwajem, bo zdążyłam dobiec.
- No to nieźle - zauważył z przejęciem Net.
- Kilka sekund różnicy i bym poszła do metra.
- To nie był zamach, tylko próbny alarm - wyjaśnił Wiktor, który zawsze
był doskonale poinformowany. - Ćwiczenia.
- Wyglądało na prawdziwe - powiedział z zawodem w głosie Oskar.
Nika westchnęła i ruszyła dalej.
- Widzieliście kogoś z naszej klasy? - zapytała. - Jest dużo nowych.
- Połączyli nas z Siódemką. Część uczniów od nich przeszła do nas. I tak
jak u nas, wszyscy, którzy mieli iść do trzeciej gimnazjum, wylądowali w pierwszej liceum.
- A co się dzieje z tymi z niższych klas? - zapytał Net.
- Wracają do podstawówki2. W Siódemce będzie tylko
podstawówka, a u nas tylko liceum.
- A to nie miało być jakoś inaczej zrobione?
- Lokalne zawirowania czasoprzestrzeni.
- Ale przypał - szepnął Net. - Degradacja. Jak to dobrze, że jesteśmy w trzeciej. Znaczy, że mieliśmy być.
Weszli do znajomego hallu szkoły i wraz z gęstniejącym tłumem
licealistów podążyli schodami na ostatnie piętro, gdzie dziwnym kaprysem
architekta umieszczono salę gimnastyczną. Tu też wszystko wyglądało
znajomo: niewielkie podwyższenie z ustawionym mikrofonem, obok długi
stół z tym samym co zawsze zielonym suknem. Za stołem siadali już
nauczyciele, z których większość wykazywała tyle samo entuzjazmu, co
uczniowie. Szykował się kolejny nudny apel.
- Nie ma Eftepa... - szepnął z radością Net. - Jest chory albo... Albo już
tu nie pracuje! To by wyjaśniało, czemu strona nie była aktualizowana od
początku wakacji.
Za stołem zasiadło kilka nieznanych im osób, zapewne nauczycieli z Siódemki. Eftepa rzeczywiście nie było nigdzie widać. Ani rzutnika,
który zwykle obsługiwał, ani ekranu do prezentacji, a cały system
nagłośnienia sprowadzał się do mikrofonu podłączonego do jednego
głośnika.
Gdy wszyscy usiedli, do sali wszedł dyrektor magister inżynier Juliusz
Stokrotka. Tym razem zupełnie niepodobnie do siebie założył czarny
garnitur i ciemnoszarą kamizelkę. Koszula i muszka również były
szaroczarne, a pogrzebowego nastroju dopełniała ponura mina. Chyba
trochę schudł, choć mogło to być złudzenie, bo przecież czarny
wyszczupla. I tylko łysina pozostała taka sama.
- Witajcie w nowym roku szkolnym - powiedział Stokrotka do mikrofonu, a ton jego głosu pasowałby raczej do mowy pogrzebowej. - Nastąpiło wiele
zmian. Wiele dobrych zmian, które z całą pewnością wpłyną na poprawienie
jakości edukacji...
Zazwyczaj po trzecim zdaniu dyrektora połowa słuchaczy zupełnie traciła
zainteresowanie przemową. To akurat się nie zmieniło.
- Myślicie, że Eftep odszedł? - zapytał szeptem Net. - Znaczy, nie że
kopnął w matrycę, tylko że odszedł z naszej szkoły.
- Stokrotka go wyrzucił - wyjaśnił Wiktor. - Dyscyplinarnie.
- O! - Net spojrzał na niego z zainteresowaniem. - Super! - Zorientował
się, że mówi za głośno i ściszył głos. - Za co?
- Poszło o jakieś przewały przy międzynarodowej olimpiadzie
informatycznej.
Net ściągnął usta i wymienił spojrzenia z Felixem i Niką3, po czym
zaśmiał się jak brzuchomówca. Jerzy Wierszewski, zwany przez uczniów
Eftepem, od początku nauki w szkole uwziął się na Neta. Nauczycielowi
trudno było znieść, że uczeń zna się na informatyce znacznie lepiej od
niego.
- ... pewne zmiany personalne - ciągnął tymczasem dyrektor - i głęboka
restrukturyzacja. Jak już wspomniałem na wstępie, perspektywiczne
decyzje...
Net, mimo najszczerszych chęci, nie potrafił się dłużej skupić na
monotonnym słowotoku Stokrotki. I nie był w tym odosobniony. Popatrzył
na Nikę i poruszył brwiami w sposób, który oznaczał: "zniknęła ostatnia
przeszkoda, by ta szkoła stała się znośna". Nika w odpowiedzi
zmarszczyła nosek, co miało znaczyć: "pamiętaj o chemii i geografii".
Felix poruszył tylko kącikiem ust, co oznaczało: "zawsze może być
gorzej", na co Net skrzywił się "nie psuj mi tej chwili małego triumfu".
- ... wszystkim serdecznie nowego roku szkolnego. - Stokrotka skinął
głową, co znaczyło, że skończył przemowę.
Dopiero jednak dłuższa cisza dała wszystkim do zrozumienia, że trzeba
zacząć bić brawo. A jednoznaczny sygnał wysłał pan Czwartek, nauczyciel
fizyki, który zaczął klaskać, nawet nie odrywając wzroku od ekranu
leżącego na stole smartfona. Podzielna uwaga. Obok pan Cedynia,
historyk, skupił się na czynności, która od zawsze wychodziła mu
najlepiej - drzemał. Konstancja Konstantynopolska, geograficzka,
siedziała nieruchomo i obserwowała salę przez zmrużone powieki niczym
przez szczeliny strzelnicze.
Dyrektor skinął głową i przygarbiony, ruszył do jedynego wolnego miejsca
za stołem. Jako że był bardzo niski, wyglądało to, jakby usiadł na małym
stołeczku zamiast krzesła. Z drugiego końca stołu wstał przystojny
trzydziestolatek z ciemnymi włosami zaczesanymi do tyłu, w nieskazitelnym grafitowym garniturze. Zapiął najniższy guzik marynarki i sprężystym krokiem podszedł do mikrofonu. Zdecydowanie przesadnym ruchem
uniósł go o dwadzieścia centymetrów i uśmiechnął się do całej sali.
- Dzień dobry państwu - odezwał się miękkim, ale jednocześnie silnym
głosem. - Witam panie i panów. Dziękuję bardzo mojemu zastępcy za ten
erudycyjny wstęp, a teraz jednak przejdźmy do konkretów.
Net kaszlnął nieco zbyt głośno, choć gardło go ani trochę nie swędziało.
Przez salę przeszła fala niemego niedowierzania. Dyrektor Stokrotka
jeszcze bardziej skulił się za stołem.
- Nazywam się Romuald Wąs i jestem nowym dyrektorem tej szkoły.
Rozległy się szmery, a nowy dyrektor z lekkim uśmiechem na twarzy
pozwolił tej chwili wybrzmieć i dopiero wtedy kontynuował:
- Pod moim kierownictwem ta szkoła odżyje i wyda na świat wybitnych
absolwentów. Jestem pewien, że wspólnym wysiłkiem...
- E, przynudza tak samo, jak Stokrotka - szepnął Net.
- ... trwają prace nad przywróceniem sprawności szkolnej strony. Na razie
swoje nowe klasy i wychowawców poznacie z listy wywieszonej w szkolnej
gablocie.
- Nowe klasy? - szepnął podejrzliwie Net.
- Dla nowych uczniów - odparł Wiktor. - Druga, trzecia i czwarta liceum.
- Zaleją nas imigranci z Siódemki. Będziemy mniejszością we własnej
szkole.
- ... uważam rok szkolny za rozpoczęty! - dokończył nowy dyrektor. Uniósł
dłonie w uroczystym geście, a sala nagrodziła go niemrawymi brawami.
Zaczęło się szuranie krzesłami i przepychanie się do wyjścia. Tłum
ruszył na parter, ale oczywiście tylko kilkanaście pierwszych osób miało
szansę cokolwiek przeczytać w gablotkach.
Felix, Net i Nika dotarli tylko do podnóża schodów.
- Ile luda! - Net przeniósł spojrzenie na plecak Felixa. - Masz może
lornetkę?
Pytanie wcale nie było pozbawione sensu, zważywszy, że zawartość
Felixowego plecaka nieraz uratowała przyjaciołom skórę.
Felix pokręcił tylko głową.
- Nie potrafisz się włamać na szkolny serwer? - zapytała Nika.
- To banalnie proste - odparł Net. - Tylko po co? Tam nie ma tych
tabelek.
Powoli przesuwali się do przodu. Od strony wiszących na ścianie gablotek
dobiegały odgłosy niezadowolenia i ożywionych dyskusji. Gdy wreszcie tam
dotarli, poznali ich przyczynę.
- Że what? - wykrzyknął Net. - Rozdzielili nas?! To jakaś chora
pomyłka!
Sprawdzili raz jeszcze. Nie było wątpliwości. Felix i Net wylądowali w klasie C, a Nika w E. W każdej z klas co najmniej dwie trzecie uczniów
było z Siódemki, ale nawet tych chodzących do Kuszmińskiego
przetasowano. U Niki z poprzedniej klasy została tylko Aurelia, co było
chyba najgorszym z możliwych rozwiązań - dziewczyny, delikatnie mówiąc,
nie przepadały za sobą.
Na dole tabelek widniał niepozorny napis: "Mamy nadzieję, że to pomoże
wyrównać poziom i lepiej zintegrować się uczniom obu szkół".
- Brakuje też kilku naszych nauczycieli - zauważyła ze smutkiem Nika. -
Nie ma pani Joli.
- Pewnie przenieśli ich do Siódemki - stwierdził Felix.
Wychowawcą Niki miał być profesor Butler, a przy klasie Felixa i Neta
nie wpisano nikogo. Nika zmarszczyła nosek na samo wspomnienie zajęć z botaniki progresywnej, które prowadził kiedyś Butler. Nie był złym
nauczycielem, prowadził naprawdę ciekawe lekcje, jednak, co istotne dla
Niki, jego poziom higieny osobistej pozostawiał wiele do życzenia,
podobnie jak i zawartość samej pracowni. Cóż, na szczęście godzina
wychowawcza jest raz w tygodniu.
- To nic strasznego - starała się przekonać chyba bardziej siebie niż
przyjaciół. - Przecież nie rozstajemy się całkiem.
- No wiesz... - mruknął Net.
- No wiem. Jakoś się muszę pocieszyć.
- Zapiszmy się na wspólne zajęcia dodatkowe - zaproponował Felix. - Póki
są miejsca. Tylko że... - rozejrzał się po gablotkach - nie ma listy.
Dłużej nie mogli się przyglądać zawartości gablotek, bo napierał na nich
tłumek kolejnych uczniów.
* * *
Nika nie przejmowała się wyglądem sali biologicznej. Po prostu wybrała
miejsce pod oknem, z dala od regałów z akwariami, terrariami oraz
roślinami, co do których nie było pewności, że nie gryzą. Za to
uczniowie z Siódemki zaczęli od oglądania oświetlonych specjalnymi
żarówkami okazów, jakby byli w zoo. Dopiero po chwili dotarło do nich,
na co patrzą. Wtedy się cofnęli, a kilka dziewczyn chciało nawet wyjść.
Zza przymkniętych drewnianych okiennych żaluzji sączyło się delikatne
światło, w sali panował więc półmrok i pachniało trochę jak na wybiegu
słoni.
- Wolne? - Aurelia, nie czekając na odpowiedź, położyła swoją torbę na
ławce obok Niki.
Nika spojrzała na nią niechętnie. Przebojowa Aurelia była jej
przeciwieństwem pod prawie każdym względem. Miała czarne kręcone włosy,
ubierała się modnie i drogo. Kreowała się na nie tylko klasową, ale
szkolną piękność, a do tego nieraz wytykała Nice brak pieniędzy. Nie
mówiąc już o tym, że podrywała Neta.
- O, masz w końcu nową spódnicę - zauważyła. - Całkiem spoko. No, musimy
się trzymać razem - wyjaśniła.
Nika tylko pokiwała głową. W tym trzymaniu się razem było jednak trochę
racji.
Rozległ się dzwonek i dopiero teraz część uczniów zrozumiała swój błąd.
Miejsca pod oknem i pośrodku były już zajęte. Zostały tylko te od strony
regału.
Z zaplecza wyszedł profesor Butler. Zdawał się nie zauważać, że w sali
jest ktoś poza nim. Uczniowie z Siódemki wytrzeszczyli oczy. Profesor
Butler był chudym i niepozornym pięćdziesięciolatkiem. Poplamiony
fartuch jakiś czas temu pewnie był biały, choć nikt by się o to nie
założył. Siwe włosy, nieco za długie i nieco za rzadkie, były również
nieco za tłuste. Grube okulary w przezroczystych oprawkach musiały być
szczytem lansu w czasie pierwszych lotów w kosmos.
Profesor położył na stole dziennik i notes tak wymiętoszony, że część
kartek zwinęła się w krzywe rurki. Odgarnął włosy na bok, a włosy
zostały w tej pozycji, jak trzymane niewidzialną siłą. Albo, co bardziej
prawdopodobne, długotrwałym brakiem kontaktów z szamponem.
Usiadł za stołem, otworzył dziennik, otworzył notes i zaczął przeglądać
to jeden, to drugi.
- Ktoś zna temat zajęć? - zapytał, nie podnosząc wzroku. - Daję czwórkę.
Uczniowie z Siódemki popatrzyli po sobie z zaskoczeniem. Aurelia i Nika,
które jako jedyne znały profesora, po prostu czekały.
- Czwórka za tę informację. - Butler chaotycznie przeglądał kolejne
strony. - Piątka! Piątka po raz pierwszy.
Wreszcie odsunął dziennik i wertował już tylko notes. Kartki zwijały
się, niektóre wypadały.
- Ściągnęli mnie z pracowitych wakacji w Białowieży - mruknął. -
Myślałem, że to dopiero w październiku. Hm... Przecież sam sobie nie
wpiszę nieprzygotowania.
Nika uniosła rękę, ale Butler tego nie zauważył.
- To jest godzina wychowawcza - powiedziała więc głośno.
- Nie ma takiego gatunku. - Butler uniósł wzrok. - A, że godzina
wychowawcza... - Chwilę rozglądał się po uczniach przez zatłuszczone
szkła. - To ja mam jakieś wychowawstwo?
- Jesteśmy pierwszą E - wyjaśniła Nika. - A pan jest naszym wychowawcą.
- No proszę! - Pokręcił głową. - Wczoraj jeszcze krzyżowałem żubry z sasankami, a tu mi dali wychowawstwo. - Podrapał się za uchem. - Czyli
nie dowiedzieli się o krzyżowaniu. To i lepiej, he, he. - Uniósł wzrok,
spojrzał na Nikę, zmrużył oczy, wysunął głowę do przodu, wreszcie
przechylił okulary, żeby poprawić ogniskową. - A, Nika Mickiewicz. -
Przysunął do siebie dziennik. - Pierwsza piątka w tym roku.
Część uczniów z Siódemki spojrzała na nią z lekką zawiścią.
- Eee... - Nika przygarbiła się. - Nie o to mi chodziło. Chciałam po
prostu...
Aurelia spojrzała na nią wielkimi oczami. Jednak, ku wielkiemu
zaskoczeniu Niki, pokiwała głową z uznaniem i wyszczerzyła białe ząbki w uśmiechu.
- Nieźle. - Trąciła ją porozumiewawczo łokciem. - Damy sobie radę.
Profesor rozpisywał długopis w swoim notesie, ale długopis odmówił
współpracy.
- Nie pisze... - Uniósł okulary i przyjrzał się z bliska kartce. Wysunął
język i polizał papier. Przekrzywił głowę i chwilę mlaskał. -
Wielkanocny majonez.
Przewrócił kartkę i zapisał coś. Dopiero teraz, ucieszony, wpisał ocenę
do dziennika.
- Nika Mickiewicz... - Przewrócił okładkę dziennika i spojrzał na tytuł. -
Pierwsza E? Byłaś w drugiej. Tak bardzo nie zdałaś, że cię cofnęli?
- To jest pierwsza liceum. - Nika była coraz bardziej speszona.
- A, czyli od razu przeskoczyłaś o dwie klasy wzwyż. Zuch dziewucha. -
Wstał i zamyślił się. - O czym by wam tu opowiedzieć na godzinie
wychowawczej...? - Chwilę chodził tam i z powrotem za stołem do
doświadczeń i ssał kciuk, a uczniowie z Siódemki obserwowali go z niedowierzaniem, z uchylonymi ustami. - Dobra, zasłońcie całkiem
żaluzje. Pokażę wam trochę ciekawych zdjęć przyrody.
Siedzący najbliżej okien z obawą wykonali prośbę profesora. On sam
pociągnął za sznurek nad tablicą, opuścił biały ekran, włączył rzutnik i zaczął opowiadać:
- Sasanki zasadniczo są roślinami, ale bardzo tolerancyjnymi i otwartymi
na nowe znajomości...
* * *
Felix i Net usiedli w ostatniej ławce w jednej z tych sal, które nie
były przeznaczone do niczego konkretnego, tylko tak po prostu miały
ławki i tablicę. Można w nich było nauczać dowolnego nudnego przedmiotu.
Przed nimi szybko usiadł Oskar.
- Jesteśmy osaczeni - szepnął, rozglądając się czujnie. - Mało nas.
Było w tym sporo racji. Miejsca przed nimi zajęli Lucjan i Celina, ale
większość uczniów pochodziła z Siódemki. Lucjan, zupełnie jak nie on,
siedział cicho i nie zwracał na siebie uwagi. Dotarł jeszcze Gilbert,
który usiadł obok Oskara. Było też kilku uczniów z innych dawnych klas
Kuszmińskiego, ale zdecydowaną większość stanowili ci z Siódemki.
Z ich klasy była jeszcze Zosia, która siedziała bliżej tyłu i co chwila
zerkała na Gilberta.
- Nie czaję tego pomysłu z rozdzieleniem klas. Jak to tak bez Niki? -
poskarżył się Net. - Czuję się jak bez nogi. Wystarczyłoby wywalić
Geralda i wszystko by grało.
Minęło już kilka minut od dzwonka, a nie pojawiał się żaden nauczyciel.
W sali robiło się coraz głośniej.
- Nie tylko osaczeni, ale i porzuceni - powiedział Oskar, po czym szybko
zastrzegł - nie, żebym akurat na to narzekał.
- Dlaczego nie mogliśmy zostać trzecią klasą? - ciągnął Net. - Jak w innych szkołach. Byśmy sobie po prostu dociągnęli spokojnie ten rok.
- To Romuald Wąs - odezwał się Gilbert. - Chce się wykazać. Najlepiej
się wykazać poprzez działanie, bo przez brak działania to się wykazuje
każda płyta chodnikowa. To wszystko jest logiczne. Mamy nowego dyrektora
i on musiał coś zrobić, żeby nauczyciele go zauważyli. Bez tego byłby
niewidzialnym dyrektorem. Jak zgolony wąs.
- Co ty bredzisz? - Lucjan spojrzał na niego z niesmakiem.
- Braki w sprycie nadrabiam inteligencją. Moim zdaniem mam rację.
- Co robiłeś przez całe wakacje? Wąchałeś klej?
- Tak. Zapisałem się do kółka modelarskiego w domu kultury. Przez
większość czasu tworzyłem model czołgu w skali 1:0.
- Co? Nie ma takiej skali.
- Oni zorientowali się dopiero tydzień temu. Podczas wystawy prac.
Drzwi otworzyły się i momentalnie zapanowała cisza, a wszyscy wrócili na
miejsca. Do sali wmaszerował wicedyrektor magister inżynier Juliusz
Stokrotka z dziennikiem pod pachą.
- Nie ma nic gorszego niż dyrektor i wychowawca w jednej osobie -
szepnął Oskar.
- Brzmi mądrze - przyznał Net. - Ale dlaczego?
- Bo nie ma wyższej instancji, do której można się odwołać.
Net zastanowił się nad tą mądrością, choć nie był pewien, czy to
rzeczywiście taka mądrość. W życiu by mu nie przyszło do głowy skarżyć
się Stokrotce na panią Jolę. Nigdy nie zastanawiał się nad tym, do czego
jest potrzebny wychowawca. Czy jego brak cokolwiek zmieniał?
- Najważniejsze, że w tej szkole nie ma już Eftepa - mruknął. - Z resztą
jakoś sobie poradzę.
- Dzień dobry. - Stokrotka bez entuzjazmu usiadł za biurkiem i otworzył
dziennik.
- Dzieeeń dooobryyy - odpowiedzieli bez entuzjazmu uczniowie. A przynajmniej większość z nich.
- Czemu my zawsze tak przeciągamy te samogłoski? - zapytał szeptem Net.
I od razu, napotykając ciężkie spojrzenie Felixa, machnął ręką, że
nieważne.
Dyrektor wyglądał na nieco przybitego, a jednocześnie zdezorientowanego.
Nigdy wcześniej nie prowadził przecież lekcji. Są dyrektorzy-nauczyciele
i są dyrektorzy-dyrektorzy. To był ten drugi przypadek.
- Sytuacja jest nadzwyczajna - zaczął Stokrotka. - W naszej szkole
przybyło uczniów. Nauczycieli też przybyło, ale niestety nie aż tylu. Z jednym nauczycielem musieliśmy się... ekhem, rozstać. Powstał pewien
deficyt. Chwilowo więc pierwsza C nie będzie miała wychowawcy. To nie
znaczy w żadnym wypadku, że będziecie pozostawieni sami sobie! Do czasu
przyjęcia do pracy nowego nauczyciela ja osobiście będę pełnił tę
funkcję. Tak...?
To było reakcją na uniesioną dłoń Klaudii.
- Mam takie pytanie - zaczęła dziewczyna. - Bo ja mam koleżankę i ona
trafiła do innej klasy. Czy to tak już będzie? Tak jak teraz?
- Być może część z was nie rozumie sensu podziału klas. - Mina dyrektora
świadczyła o tym, że on też go nie rozumie. - Jest w tym jednak głęboki
sens. Bardzo głęboki sens. Chodzi o... pfff... poprawę warunków nauczania
i... samopoczucie.
- A ile to potrwa? - dopytywała Klaudia.
- Do końca czwartej klasy - odparł uprzejmie Stokrotka, po czym
kontynuował - przy każdej reorganizacji pojawia się element...
zamieszania. I właśnie w wyniku tego elementu nie macie wychowawcy...
Nie sposób było się dłużej skupić na słowach Stokrotki. Felix otworzył
brudnopis i pod pozorem notowania poprawiał szkice jakiegoś swojego
nowego wynalazku. Netowi zaś zwyczajnie zaczęły opadać powieki. Walczył
z tym dzielnie przez jakieś siedemnaście i pół sekundy, po czym dał za
wygraną i oparł czoło na przedramieniu. Znalazł się gdzie indziej i kiedy indziej.
Obudził go głośny huk. Jakby coś spadło. Jakby spadło coś wielkości i ciężaru sporej lodówki. Wyładowanej ołowiem. Otworzył oczy i ujrzał coś,
co przypominało nisko wiszącą chmurę. Było ciemno i gorąco, śmierdziało
spalenizną. Coś uwierało go w plecy. Sięgnął za siebie i namacał kamień,
a dokładniej kawał gruzu. Całkiem spory. Gruz był wszędzie dookoła, a Net leżał w czymś w rodzaju głębokiego rowu o ścianach usypanych z rozkruszonego betonu, cegieł, kamieni i pogiętych elementów stalowych.
Chmura w rzeczywistości była kłębowiskiem dymów, unoszących się nad
pożarami, ukrytymi za krawędziami rowu.
- Coś wybuchło? - rzucił w przestrzeń i wstał. - Co tu się stało?!
Szkoła się zawaliła, kiedy spałem?
Z trudem zaczął się wdrapywać na zbocze gruzowiska. Nikogo nie
dostrzegał wśród gruzów.
Wreszcie dotarł na górę, skąd rozciągał się widok na pogrążone w mroku
miasto, oświetlone jedynie piekielnym blaskiem płomieni. Górne piętra
wieżowców niknęły w powłoce dymów. Niższe budynki w większości zamieniły
się w spalone ruiny.
Net czuł narastającą panikę.
- Ale ja tylko zasnąłem na lekcji! - wykrzyknął.
Rzucił się na ziemię, gdy usłyszał odgłosy wystrzałów.
- Nie da się ukryć - przez wystrzały przebił się znajomy głos.
Net ostrożnie otworzył oczy i uniósł głowę. Nad nim stał Stokrotka i pukał palcem w blat.
- Oj! - Net momentalnie się rozbudził do końca i wyprostował na krześle.
Już zamierzał się tłumaczyć, ale dyrektor po prostu przeszedł dalej,
kontynuując wątek:
- Zmiany programowe oznaczają również konieczność znacznych modyfikacji
procesu edukacyjnego oraz wielotorowe podejście do zmiennych aspektów...
I Net od razu poczuł, że znowu zamykają mu się oczy. Zrobił trzy
głębokie wdechy i wyprostował plecy, by przyjąć jak najmniej wygodną
pozycję. Gdyby drugi raz zasnął, Stokrotka pewnie wyrzuciłby go z klasy,
jednak chłopak przede wszystkim za nic nie chciał wracać do swojego snu.
Obok Felix zarysował już prawie całą stronę. Skomplikowany schemat wydał
się Netowi zupełnie niezrozumiały, a próby odgadnięcia, co przedstawia,
zamiast go rozbudzić, przywołały ponowną falę senności. Dzwonek, który
zabrzmiał pół minuty później, był wybawieniem.
Wszyscy zaczęli się leniwie zbierać.
- Net Bielecki. - Stokrotka wycelował w niego palcem. - Zostań chwilę.
Net poczuł ciarki na plecach. Podszedł do biurka, z którego dyrektor
wziął dziennik.
- Panie dyrektorze, bo ja tak... deficyt snu... spadek poziomu tlenu w sali...
niekorzystna akustyka...
- Znasz się na komputerach. - Stokrotka nawet go nie słuchał. - Mamy
mały problem ze szkolną stroną internetową. Nauczyciel, który się nią
zajmował, już tu nie pracuje.
Net wydał z siebie mimowolny dźwięk, nieco przypominający kwiknięcie z trudem tłumionej satysfakcji. Szybko jednak przywrócił kamienny wyraz
twarzy.
- No i tylko ten nauczyciel znał hasło dostępu - ciągnął Stokrotka. -
Jestem wprawdzie pewien, że ten nauczyciel zabezpieczył wszystko jak
należy... jednak gdybyś spróbował... gdyby udało ci się obejść jego
zabezpieczenia, toby nam wszystkim znacznie ułatwiło sprawę.
- Ten nauczyciel nie zostawił hasła? - upewnił się Net.
- Rozstaliśmy się w mało przyjaznych okolicznościach. - Dyrektor wydął
wargi. Ta rozmowa sprawiała mu kłopot, wiedział przecież, że Net wie, o kogo i o jaką sytuację chodzi. Jednocześnie nie chciał przyznać, że wie.
I co gorsza, wiedział, że Net wie również i o tym. - W gabinecie mam
komputer z dostępem do internetu. Nie chciałbym używać słowa "włamanie"...
- Szkoda czasu. - Net wyjął z plecaka tablet z klawiaturą ukrytą w etui
i ustawił go na biurku. - Znaczy, szkoda czasu, żeby tam iść.
Wszedł na stronę logowania i wklepał w polu użytkownika "administrator",
a jako hasło też "administrator". I pojawił się panel administracyjny.
Udało się za pierwszym razem. To nawet nie było włamanie. Żadna
trudność, zważywszy, że Eftep zawsze i wszędzie ustawiał to samo hasło.
A raczej nie zmieniał ustawień domyślnych.
Już miał ogłosić sukces, ale w porę się powstrzymał. To by przecież
wyglądało podejrzanie łatwo. Na szczęście Stokrotka nie widział ekranu.
Net otworzył więc program do notatek i zaczął energicznie klepać w klawiaturę, naciskając losowe znaki. Robił przy tym bardzo mądrą minę.
Po minucie uznał, że wystarczy. Zamknął notatnik.
- Mogę zmienić hasło. Oj, sorki! To znaczy, przepraszam. Tu może pan
wpisać swoje nowe hasło. - Odwrócił tablet w stronę dyrektora i zasłonił
oczy. - Nie patrzę.
* * *
Net odnalazł przyjaciół pod oknem w załomie korytarza na pierwszym
piętrze, gdzie przez poprzednie lata zwykle spotykali się, żeby pogadać.
- Nie opowiadaj mi swoich snów, co? - rzucił w kierunku Niki. - To jest
zaraźliwe.
- Co ci się śniło? - zapytała z zainteresowaniem.
- Mniej więcej to, co mi opowiedziałaś. Wolę sny o tropikalnych wyspach
albo o jedzeniu.
- A czy...? - Nie dokończyła, bo Net ostrzegawczo uniósł palec.
- Tropikalne wyspy albo żarcie - powiedział powoli. - Może być
jednocześnie.
Nika pokręciła z rezygnacją głową i wyjrzała przez okno. Wychodziło na
park z fontannami, na ulicę przed wejściem do szkoły i na kawiarnię
Zbędne Kalorie po przeciwnej stronie. W kawiarni też często bywali, ale
dziesięciominutowa przerwa to za mało, żeby tam iść. Sklepiku na
parterze jeszcze nie otworzyli, więc zabrakło pretekstu do kolejkowego
integrowania się z siódemkowcami. Za to na odwiedzenie innego ważnego
miejsca było wystarczająco dużo czasu.
- Lepiej zobaczmy, jak przetrwała wakacje Kwatera Główna. - Felix ruszył
w kierunku schodów na strych.
Kwatera Główna była pomieszczeniem na prawie nieużywanym strychu, które
przyjaciele zamienili w rodzaj tajnego klubu. Bardzo się przydała kilka
razy podczas tajnych akcji.
W tym momencie zabrzmiał dzwonek. Przyjaciele zatrzymali się, zdziwieni.
- Ktoś się pomylił. - Felix spojrzał na zegarek.
- Wykrzaczył się program sterujący dzwonkiem - wyjaśnił Net.
- Nie, skrócili przerwy do pięciu minut - rzucił przechodzący obok
Wiktor.
- Po co? - zapytał oburzonym głosem Net.
- Jest o jedną trzecią więcej uczniów. Więcej klas, więcej lekcji.
- Szkoła.zip - mruknął Net.
* * *
Dyrektor magister inżynier Juliusz Stokrotka w ponurym nastroju
przekroczył próg sekretariatu. Zamknął za sobą drzwi i zamarł.
Sekretariat wypełniał klekot maszyny do pisania. Za biurkiem siedziała
pani Helenka, szkolna sekretarka, i serdelkowatymi palcami uderzała w klawisze. Przepisywała odręczną notatkę z małej kartki. Stojący obok
wyłączony komputer służył za podstawkę pod buteleczki z kolorowymi
lakierami do paznokci. Sekretarka miała na sobie jaskrawożółtą obcisłą
bluzkę, podkreślającą wszystkie niedoskonałości jej figury. Natapirowane
blond włosy i przesadny make-up dopełniały obrazu.
W obecności sekretarki w sekretariacie nie byłoby nic niezwykłego, gdyby
nie to, że dyrektor zwolnił ją z pracy jeszcze przed wakacjami.
- Dzień dobry, Helenko - powiedział ostrożnie dyrektor.
- Dzień dobry, panie dyrektorze. - Helenka nawet nie podniosła wzroku
znad maszyny.
- Jak ci minęły wakacje?
- Spokojnie, bardzo spokojnie. Odpoczęłam dzięki dołóżkowym nausznikom.
- Ach tak...? - Dyrektor podszedł bliżej i przebiegł wzrokiem po
dokumentach na biurku. - I to działa?
- Oczywiście. Tak było napisane w instrukcji obsługi. Zakłada się je na
uszy przed snem i rano jest się zrelaksowanym. Tylko naturalne
składniki: bawełna i polyester.
- Pamiętasz, jak przed wakacjami dyktowałem ci pismo w sprawie
zwolnienia z pracy?
- Pamiętam. To było ostatnie pismo, jakie napisałam przed wakacjami.
Wysłałam je w drodze do domu.
- Wysłałaś je? - Dyrektor uniósł brwi. - Ono było przeznaczone dla
ciebie.
- Wysłałam je do siebie, na adres sekretariatu szkoły. - Sekretarka
wskazała rynienkę z korespondencją przychodzącą. - No i dziś znalazłam
je w skrzynce razem z innymi listami.
Stokrotka zamknął oczy i głęboko odetchnął.
- Mogłabyś otworzyć kopertę i przeczytać list? - poprosił.
- Oczywiście, panie dyrektorze. - Chwyciła nożyk do papieru w dwa palce,
tak by nie uszkodzić jaskrawozielonych tipsów, rozcięła kopertę i wyciągnęła dokument. - Mając na uwadze wieloletnią współpracę oraz
pozytywny stosunek -
- Nie musisz czytać na głos - powiedział dyrektor. Po namyśle dodał -
nie pamiętasz, jak ci to dyktowałem?
- Pamiętam doskonale. Stał pan tam, gdzie teraz. Pytał pan, czemu nie
piszę na komputerze, a ja odpowiedziałam, że od tych klawiszy
komputerowych psuje mi się lakier na paznokciach i że lepiej napisać na
maszynie i włożyć do segregatora.
Dyrektor przejechał dłonią po twarzy i czekał, aż sekretarka skończy
czytać. Wreszcie spojrzała na Stokrotkę znad papieru z rzadkim u niej
skupieniem.
- Zamierza pan zwolnić mnie z pracy? - zapytała z niedowierzaniem.
- Nie, nawet mi to nie przeszło przez myśl. - Dyrektor wziął z jej dłoni
list i zgniótł go w kulkę. - Ktoś to przysłał na zły adres.
- Ach tak! - Pani Helenka uśmiechnęła się. - Cóż za ulga.
Zaczęła znów klepać na maszynie.
Dyrektor odwrócił się, żeby wejść do swojego gabinetu, ale zatrzymał
się. Przez wakacje w sekretariacie przybyło coś, czego tu wcześniej nie
było. Wciśnięty w kąt między kopiarką a koszem na śmieci stał wąski
stolik i rachityczne składane krzesełko.
- Co to za stolik? - zapytał Stokrotka.
Helenka odwróciła się przez ramię i chwilę patrzyła na mebel.
- Kiedy przyszłam, już tu był - odparła.
Stokrotka otworzył obite sztuczną skórą drzwi i wszedł do gabinetu,
eleganckiego jak na standardy sprzed czterdziestu lat. Obszedł biurko,
przejeżdżając palcami po porysowanej powierzchni, i usiadł w głębokim
fotelu. Spojrzał na przylepioną do monitora kartkę z nieaktualnym hasłem
do szkolnego serwera. Trzeba będzie wpisać nowe, ale to za chwilę. Na
razie ze wzruszeniem oparł dłonie o wyślizgany blat. Wygląda na to, że
pora pożegnać się z tym miejscem. Trzeba będzie urządzić nowy gabinet,
znacznie skromniejszy, gdzieś w nieużywanym pomieszczeniu, może obok
pokoju nauczycielskiego. Spędził tu wiele lat i traktował gabinet jak
swój drugi dom, a teraz ten młody, arogancki, nieopierzony... Ech.
Pogładził klawiaturę komputera, zerknął na paprotki pod oknem, na
gipsowe popiersie patrona szkoły, na szafę z dokumentami, na skórzane
fotele i na przedpotopowy interkom.
Przedpotopowy interkom właśnie zadzwonił.
Dyrektor zwlekał chwilę, nim nacisnął przycisk połączenia. Spodziewał
się, co usłyszy.
- Tak kochanieńka?
- Panie dyrektorze, pan dyrektor do pana dyrektora.
A więc to naprawdę już.
- Proś pana dyrektora. I zrób nam, proszę, dwie kawy. - Stokrotka
rozłączył się, ale w porę przypomniał sobie, jaką kawę przyrządza
sekretarka. Nacisnął szybko przycisk. - Albo lepiej dwie herbaty.
Do gabinetu wszedł Romuald Wąs. W dłoni trzymał czarną teczkę z kilkoma
dokumentami. Stokrotka wstał i wyszedł mu na przywitanie z wysilonym
uśmiechem na ustach.
- Mam taką propozycję na wstępie - powiedział Wąs. - Przejdźmy na ty. To
zdecydowanie ułatwi nam współpracę. - Wyciągnął rękę. - Romuald.
- Juliusz... - Stokrotka automatycznie uścisnął podaną dłoń. Pomysł
niespecjalnie mu się podobał. Ale stało się.
- Mamy kilka spraw do przegadania, Julku. Juliuszu! Przepraszam...
- Tak, lepiej zostańmy przy tej wersji.
Stokrotka zastanawiał się chwilę, czy zaprosić gościa na fotele, ale
zmienił zdanie. Podręcznik naturalnego przywódcy, który niedawno
skończył powtórnie czytać, radził nie oddawać pola bez walki. Wrócił
więc za biurko i usiadł w swoim fotelu.
- Jest kilka spraw do przegadania. Na przykład ten nowy podział klas.
Wąs przysiadł bokiem na biurku i patrzył teraz na Stokrotkę z góry.
Stokrotka zmarkotniał. Nie do końca o to chodziło.
- Przedtem były klasy lepsze i gorsze - powiedział Wąs. -
Przeanalizowałem średnią ocen i dobrałem uczniów tak, by średnia każdej
klasy była jak najbardziej zbliżona.
Stokrotka nie miał pojęcia, czemu to miało służyć, i nie zamierzał się z tą niewiedzą ujawniać. A Wąs nie zamierzał ciągnąć tematu.
- Sklepik szkolny jest zamknięty - dodał Stokrotka. - Część uczniów nie
przynosi drugiego śniadania, będą się więc wymykać do sklepu po drugiej
stronie ulicy. Co w połączeniu z krótkimi przerwami oznacza, że będą się
spóźniać.
- Wypowiedziałem umowę temu... jak mu tam?
- Robertowi. Podniosłeś mu czynsz.
- Mamy inflację.
- Podniosłeś trzykrotnie.
- Urynkowiłem warunki. Musimy dbać o szkolne finanse.
- Teraz nie mamy nawet tych kilkuset złotych.
- Może jakiemuś bankowi wynajmiemy. Albo wstawimy automaty. - Wąs zrobił
zatroskaną minę. - Wiesz, przez ostatnie dni wakacji przejrzałem
dokumenty księgowe. Nieco się w nich zagłębiłem. Skupiłem się głównie na
kondycji finansowej naszej wspólnej szkoły. - Otworzył teczkę, wyjął z niej wydruk i podsunął Stokrotce. - Właśnie o tej kondycji chciałem z tobą porozmawiać.
Stokrotka wziął papier. Wyglądał znajomo.
- Rachunek za zakup oświetlenia gablotek w hallu szkoły - podpowiedział
Wąs. - Oświetlenie "ogniskujące energię kosmiczną w celu poprawienia
autoregulacji organizmów". Dwukrotnie droższe od zwykłego oświetlenia.
Stokrotka poczuł, jak robi mu się gorąco.
- Tak, to był nieszczęśliwy zakup...
- Dalej mamy trzykrotnie droższe od zwykłych zasłony do okien. - Wąs
wyjął z teczki kolejny wydruk. - Wyprodukowane w fabryce
"przestrzegającej zasad równości, tolerancji społecznej i wolnego
dostępu do mediów".
Dyrektor otarł chusteczką spocone czoło, a tymczasem Wąs kładł przed nim
kolejne wydruki.
- Horrendalnie droga gruzińska woda mineralna do dystrybutora w sekretariacie; nadprzewodzący piorunochron; kable do telefonów
przesyłające sygnał z pięciokrotną prędkością światła; wycieraczki przy
wejściu z funkcją "aktywnego usuwania zanieczyszczeń stałych z obuwia".
I jeszcze parę. - Rzucił kilka kartek i wyjął ostatni wydruk. - No i na
koniec najładniejszy kwiatek. Opłata za ogrzewanie za cały rok z góry. -
Kciukiem wskazał słoneczny dzień za oknem.
Stokrotka przełknął ślinę. To wszystko były zakupy dokonane przez panią
Helenkę bez jego wiedzy. Za to zresztą zwolnił ją z pracy, a zwolnienie
w postaci zwiniętej kulki tkwiło w kieszeni jego marynarki.
- Porozmawiajmy może o sprawach dotyczących uczniów - zaproponował.
- Nie działa szkolna strona.
- Pewien zdolny uczeń, Net Bielecki, pomógł mi rozwiązać ten problem. To
już nieaktualne. Za to wciąż brakuje polonisty, a klasa pierwsza C nie
ma wychowawcy.
Wąs nachylił się nad Stokrotką i powiedział grobowym głosem:
- Na koncie bankowym szkoły jest teraz minus trzy złote. Nie mamy
pieniędzy, żeby zatrudnić brakującego nauczyciela.
Stokrotka nie wiedział, co na to odpowiedzieć. Poluzował muszkę i wstał,
byle być dalej od następcy. Podszedł do okna i złączył dłonie w takim
geście, jakby przymierzał się do poważnej przemowy. Niestety, naprawdę
nie wiedział, co powiedzieć.
- Nie, spokojnie. - Wąs uniósł pojednawczo dłonie i też wstał. - Ja
wiem, że to nie twoja wina. Wszystko sprawdziłem. - Obszedł biurko i niby od niechcenia elegancko opadł na dyrektorski fotel. Nacisnął
przycisk interkomu. - Pani Helu, przepisała pani ten dokument, o który
prosiłem rano?
- Oczywiście, panie dyrektorze.
- Zatem poproszę.
Helenka otworzyła drzwi, przeszła przez cały gabinet i położyła dokument
na biurku.
- Zaraz przyniosę dwie herbaty - powiedziała.
- Jedna wystarczy - odparł uprzejmie Wąs. - I nie teraz. Niech naciąga.
Poproszę panią, kiedy nadejdzie czas. - Zaczekał, aż sekretarka wyjdzie,
i przebiegł wzrokiem po tekście. - Tu jest ostatni dokument, który
podpiszesz jako dyrektor, Juliuszu.
Uniósł kartkę w taki sposób, że Stokrotka musiał po nią podejść.
- Formalnie to ja już jestem wicedyrektorem. - Stokrotka rozejrzał się
za miejscem, gdzie mógłby usiąść i podpisać.
- Jeżeli szukasz swojego biurka, to kazałem je wstawić do sekretariatu.
- Wąs wstał i szerokim gestem zaprosił go na skórzaną kanapę dla gości.
- Ale na razie usiądź tutaj wygodnie. Ważne, żeby podpis wyszedł równo i ładnie. Przeczytaj.
Stokrotka poczuł się, jakby był uczniem wezwanym na dywanik dyrektora.
Usiadł przy niskim stoliku i zaczął czytać:
- Mając na uwadze wieloletnią współpracę oraz pozytywny stosunek -
- Nie musisz czytać na głos. - Wąs uniósł jedną dłoń w geście ni to
łaski, ni to zakazu.
Stokrotka w milczeniu przebiegł wzrokiem dokument. To było wypowiedzenie
umowy o pracę. Ale nie dla niego, tylko dla pani Helenki.
- Pomyślałem, że chciałbyś to podpisać osobiście. - Wąs włożył dłonie do
kieszeni. Nie zamierzał siadać.
Stokrotka dotknął wypukłości w kieszeni marynarki i zadarł głowę, by
spojrzeć na wysokiego następcę.
- Romualdzie, wolałbym -
- Zależy mi na tym, żebyś TY to podpisał - powiedział z uśmiechem Wąs,
po czym spoważniał i dodał lodowatym tonem - chyba że wolisz odejść
razem z nią.
* * *
Przyjaciele siedzieli w kawiarni Zbędne Kalorie nad szarlotką z bitą
śmietaną i czekoladą na gorąco, też z bitą śmietaną. Pani Basia,
właścicielka, uśmiechała się do nich zza baru. Sama wyglądała, jakby
wszelkie przybytki serwujące zbędne kalorie omijała wielkim łukiem. W legginsach, w których często chodziła, mogłaby występować jako żywa
reklama klubu fitness.
Nika pochłaniała swoje ciastko w przyspieszonym tempie.
- Wyglądasz, jakbyś nic nie jadła od wczoraj - zauważył Net.
- Jeszcze nie przyszedł przelew na tatę - przyznała.
- Mogłaś powiedzieć... - Net zatrzymał się w połowie drogi z widelczykiem
do ust i spojrzał na nabity na niego kawałek szarlotki. - Myślałem, że
przychodzi listonosz.
- Poradzę sobie - zapewniła. - Kiedyś przychodził listonosz, ale
zmienili to.
- Tak powinno być szybciej.
- Nie jest. - Nika nabrała kolejny, dla odmiany mały kawałek ciastka. -
Dostałam z banku kartę. Na tatę, ale jeżeli płacę zbliżeniowo, nikt nie
sprawdza imienia. Nie robię zakupów za więcej niż parę złotych.
Net spojrzał na swoją zjedzoną w połowie szarlotkę i odłożył widelczyk.
- No i przesłodziłem się. Ktoś chce dokończyć? - Odsunął od siebie
talerzyk, przemieszczając go w stronę Niki. - Co robisz w sobotę?
- Nawet nie wiem, co robię jutro.
Net zerknął na Felixa, który siedział z nosem w telefonie, co było
raczej do niego niepodobne.
- W sobotę robimy grilla. Będą rodzice Felixa i... Felix też będzie. - Net
kopnął przyjaciela pod stołem. - No i ty będziesz. - To było do Niki. -
Mama Felixa ma zrobić sałatkę, a my ogarniamy, eee... węgiel drzewny, no i zasadniczą część konsumpcyjną. - Znów trącił Felixa butem. - Co nic nie
mówisz?
- Zastanawiam się, kto ustalił skład klas - mruknął Felix znad komórki.
- Kto wymyślił to przemieszanie. Bo średnia ocen to żaden powód. Nikt
nie porównuje średniej ocen między klasami. Tym bardziej więc nie ma
powodu, żeby ją wyrównywać w ten sposób.
- Kolejna głupia decyzja. - Net wzruszył ramionami. - Nie pierwszy raz.
- To nie jest przypadek. To dodatkowa robota dla dyrekcji, więc musi w tym być jakiś sens. Jeśli robisz zwykłe przemeblowanie w domu, to masz
pół dnia z głowy. Nie robisz tego bez powodu.
- Tego nie ustala dyrektor, tylko rada pedagogiczna - zauważyła Nika.
- Pierwsza rada pedagogiczna odbędzie się za kilka dni - powiedział
Felix. - Nie mogli wcześniej podjąć tej decyzji, bo się jeszcze nie
spotkali. Na fejsie są zdjęcia z wakacji. Jeszcze trzy dni temu
Christina opalała się na plaży w Nicei.
- Ej, research4 w internecie to moja specjalność. - Net
zajrzał na ekran telefonu Felixa. - Może ustalili wszystko na czacie... O,
wrzuciła zdjęcia w bikini!
Nika spojrzała na niego przez zmrużone powieki. Jednocześnie naturalnym
ruchem przysunęła do siebie talerzyk z Netową szarlotką.
- Co z tym można zrobić? - zapytała. - Są przepisy, które to regulują?
- Manfred mógłby to sprawdzić - Net zerknął na swój plecak z tabletem -
ale dziś trochę mniej się lubimy. Od pobudki mniej więcej.
- Do samorządu nie możemy z tym iść, bo jeszcze nie ma nowego samorządu
- stwierdził Felix. - Wybory będą najwcześniej za tydzień.
- Poważnie mówisz, że moglibyśmy coś z tym zrobić? - Nika spojrzała na
niego z nadzieją.
- Odwaliliśmy kilka niezłych akcji - przypomniał Net - przy których
zmiana składu klas to pikuś z masłem.
- Nie wiem, czy aż tak - zastanowił się Felix. - Na początek
porozmawiajmy ze Stokrotką.
- Stoi! A w sobotę grill. - Net energicznie skinął głową. - Powiedz
rodzicom, że są zaproszeni.
- A są?
- No przecież! Moi się ucieszą.
Plan miał jeden słaby punkt - rodzice Neta nic nie wiedzieli o żadnym
sobotnim grillu, wymyślił go bowiem przed chwilą.
- Ale najpierw - dodał Felix - jutro rano idziemy porozmawiać ze
Stokrotką.
* * *
Magister inżynier Juliusz Stokrotka zszedł po schodach z tekturowym
pudłem w dłoniach. W pudle były przedmioty osobiste, prywatne książki,
płyty gramofonowe, kasety magnetofonowe i segregator z dokumentami
dotyczącymi historii jego pracy. Dwa kroki za nim podążała Helenka z podobnym pudłem, z którego wystawały tubki kremów do rąk, szczotki do
włosów i słodycze. Stokrotka zatrzymał się na dole schodów, opuścił
głowę i westchnął. Postawił pudło na najniższym stopniu, wziął drugie
pudło od Helenki i też je odstawił. Oboje chwilę patrzyli na siebie.
Stokrotka zrobił krok i objął byłą sekretarkę. Ta po chwili odwzajemniła
uścisk. Trwali tak dobre pół minuty, po czym cofnęli się i podnieśli
swoje pudła. Helenka pociągnęła nosem, oboje spojrzeli jeszcze raz na
szkołę i bez słowa odeszli w przeciwne strony.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Autor uparł się, żeby nazwy samochodów pisać wielką literą [przyp.
red.]. [wróć]
Wiem, że to tak nie wyglądało w rzeczywistości. Ale nie pozwólmy,
by niewygodne fakty przeszkodziły w ciekawej opowieści ;) [wróć]
Ta historia została opisana w książce Felix, Net i Nika oraz
(nie)Bezpieczne Dorastanie. [wróć]
Research [wym. risercz] - ang. badania. Często używana jest
forma w języku angielskim. [wróć]