Felix, Net i Nika oraz Gang Niewidzialnych Ludzi - Rafał Kosik

Kup ebooka

34.00 zł
28.90 zł (26,18 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Przez szklane drzwi banku wyszedł ostatni klient. Znudzony strażnik zamknął je na klucz, leniwie podciągnął obwieszony bronią pas i sprawdził, czy wszystkie komputery zostały wyłączone oraz czy nikt niepowołany nie pozostał w budynku. Potem poczłapał w stronę korytarza prowadzącego na zaplecze. Codziennie właśnie o tej porze otwierano skarbiec i chowano do niego wszystkie pieniądze ze wszystkich kas.

- Dzień dobry, pani Lucynko - pozdrowił sprzątaczkę, która dopiero teraz zaczynała pracę, i zniknął za drzwiami w drugim końcu korytarza.

- Dzień dobry, panie Stefanie - odpowiedziała pani Lucynka z charakterystycznym dla siebie opóźnieniem.

Była już starszą kobietą i wszystko robiła z opóźnieniem. Pracowała w banku od trzydziestu lat. Jakieś trzy, może cztery lata temu przestała nadążać odpowiadać "Dzień dobry". Ciągle też myliła imiona - pan Stefan tak naprawdę nazywał się zupełnie inaczej.

Otworzyła drzwi niewielkiego schowka, przecisnęła się między ogromnym odkurzaczem a froterką do podłogi i wyciągnęła wózek z kubłami i mopami. Pani Lucynka nie miała już najlepszej pamięci. Przeszła połowę długości korytarza, zatrzymała się i palnęła otwartą dłonią w czoło, aż klasnęło. Narzekając na swoje roztargnienie, zawróciła po butelkę płynu do mycia podłóg. Codziennie zapominała o płynie i codziennie po niego wracała. Zwykle musiała wracać po różne rzeczy dwu- albo i trzykrotnie, za każdym razem akcentując moment olśnienia klaśnięciem. Wieczorem zastanawiała się, dlaczego boli ją czoło.

Otworzyła schowek i wytrzeszczyła oczy. W ciasnym pomieszczeniu stało trzech rosłych mężczyzn w niebieskoszarych kombinezonach. Wyszli na korytarz i otoczyli osłupiałą sprzątaczkę. Pierwszy rozwinął szeroką taśmę klejącą i przykleił jej koniec do rękawa pani Lucynki. Przekazał rolkę drugiemu, drugi - trzeciemu, a trzeci - znów pierwszemu. W kilka sekund trzy pary rąk, współdziałając jak ramiona jakiegoś wielkiego pająka, okleiły kobietę tak, że nie mogła się poruszyć.

- Przepraszam, chyba pomyliłam drzwi - powiedziała dopiero teraz pani Lucynka.

Pierwszy mężczyzna uniósł rolkę na wysokość twarzy kobiety, drugi odwinął kawałek taśmy, a trzeci odciął nożykiem. Używając trzech par rąk, zakleili pani Lucynce usta, przyklepali taśmę z dwóch stron, żeby się lepiej trzymała, i wyjęli z kieszeni fartucha sprzątaczki kartę magnetyczną, która otwierała wszystkie drzwi w banku. Wreszcie wstawili nieszczęsną kobietę do schowka i zamknęli drzwi na klucz. Poprawili kombinezony i równym krokiem pomaszerowali w stronę końca korytarza, skąd właśnie rozległ się szczęk otwieranych drzwi skarbca.

Przed wejściem do banku zatrzymała się z piskiem opon biała furgonetka. Wysiadło z niej kolejnych trzech mężczyzn w niebieskoszarych kombinezonach.

1. Pierwszy dzień w szkole

- Muszę lecieć - powiedziała smutno mama, poprawiając Felixowi klapy marynarki. - Mam w firmie mały kryzys i nie poradzą sobie beze mnie. Bądź grzeczny i słuchaj pani.

Pocałowała go w czoło, wsiadła do swojej czerwonej Alfy Romeo1 i odjechała z piskiem opon. Zdaniem Felixa mama jeździła zdecydowanie za szybko.

Felix Polon był szczupłym jasnowłosym trzynastolatkiem o piwnych oczach. Wyglądał całkiem przeciętnie. Może z wyjątkiem ubrania - dziś z okazji rozpoczęcia roku szkolnego miał na sobie elegancki ciemny garnitur i białą koszulę.

Samochód mamy zniknął za zakrętem. Felix odwrócił się i spojrzał na swoją nową szkołę. Budynek wydał mu się zbyt duży. Podstawówka, do której chodził przez sześć lat, mieściła się w parterowym dworku otoczonym ogrodem z piaskownicami, zjeżdżalniami i drewnianymi domkami do zabaw. Przypominała przedszkole. Ta szkoła wyglądała zupełnie inaczej. Szary czterokondygnacyjny budynek miał chyba ze sto lat. Sprawiał ponure wrażenie i wyglądał trochę jak zamek. Przy odrobinie wyobraźni niewielkie podwyższenia dachu w każdym rogu budynku można było uznać za baszty. Wiatr poruszał gałęziami dwóch topoli rosnących po obu stronach wejścia. Gimnazjum imienia profesora Stefana Kuszmińskiego - miejsce, gdzie będzie przychodził prawie codziennie przez następne trzy lata.

Wzruszył ramionami i wszedł po szerokich schodach prowadzących do olbrzymich drzwi. Klamka znajdowała się na wysokości jego czoła. Otworzył skrzypiące skrzydło i niepewnie wszedł do środka. Mimo że do rozpoczęcia uroczystości zostało jeszcze ponad dwadzieścia minut, w hallu było już kilkanaścioro uczniów. Niemal wszyscy z rodzicami. Tata Felixa nie mógł z nim przyjść. Był wynalazcą i właśnie na dziś zaplanowano pokaz jednej z jego maszyn przed ważnym ministrem. Mama znalazła tylko tyle czasu, by podwieźć Felixa pod szkołę. Babcia Lusia z chęcią by z nim przyjechała autobusem, ale Felix grzecznie odmówił. Tylko tego brakowało, żeby pierwszego dnia w nowej szkole wszyscy zobaczyli go z babcią.

Rozejrzał się wokoło. Wszystko było tu duże. Pod wysokim sufitem wisiał wielki ozdobny żyrandol, teraz zgaszony. Na wprost wejścia, za portiernią, znajdowały się przeszklone drzwi prowadzące na patio zarośnięte starymi, karłowatymi drzewami. Na prawo i lewo prowadziły szerokie korytarze. Felix podszedł do pożółkłego ze starości planu, który wisiał na ścianie, by w razie pożaru każdy wiedział, którędy uciekać. Budynek widziany z lotu ptaka miał kształt kwadratu, pośrodku którego usytuowano patio. Pierwsze i drugie piętro można było obejść dookoła korytarzem. Trzeciego obejść się nie dawało, bo całą szerokość frontowego skrzydła zajmowała sala gimnastyczna wraz z szatniami. Parter, z kolei, przecinało przejście łączące patio z ogrodem.

Na najwyższej kondygnacji rozpościerał się prawdopodobnie strych, którego nie umieszczono na planie. Felix, zanim wszedł do budynku, dostrzegł małe półokrągłe okienka w dachu. Strych więc musiał tam być.

Felix poczuł na sobie czyjś wzrok. Po drugiej stronie hallu stała drobna rudowłosa dziewczyna w jeansowej kurtce. Niesforne miedziane loki wyłaziły na wszystkie strony spod gumki próbującej okiełznać jej fryzurę. Gdy Felix na nią spojrzał, umknęła zielonookim spojrzeniem, udając, że wcale na niego nie patrzyła. Przyszło mu do głowy, że śmiesznie wyglądają jej chude nóżki w ciężkich martensach. Kobieta z charakterem, podsumował w duchu.

Uczniów przybywało i robiło się już ciasno. Ktoś dał sygnał, żeby iść na górę, bo tam, w sali gimnastycznej, ma się odbyć powitanie pierwszaków. Tłum ruszył więc schodami na trzecie piętro.

- Proszę państwa! - Kiedy w sali gimnastycznej rozległ się donośny głos, nie było jeszcze widać, do kogo należy. - Proszę państwa! Nazywam się magister inżynier Juliusz Stokrotka i jestem dyrektorem tej szkoły. Miło mi przywitać naszych nowych uczniów wraz z rodzicami. Proponuję, aby rodzice przeszli na prawo i usiedli na przygotowanych tam krzesłach. Dzieci zapraszam na ławki po stronie lewej.

Po chwili zapanował jaki taki porządek. Felix, razem z innymi uczniami, usiadł po lewej stronie. Właścicielem donośnego głosu okazał się niski pulchny mężczyzna w za ciasnym granatowym garniturze, ze starannie zawiązaną pod szyją muszką w radosnym zielonym kolorze. Na jego głowie lśniła elegancka łysinka.

Dyrektor szkoły magister inżynier Juliusz Stokrotka, trzeba to zapamiętać, pomyślał Felix.

- Teraz lepiej - powiedział dyrektor. - Nie weźmiemy już żadnego rodzica za ucznia.

Kilka cichych chichotów z tyłu było jedyną reakcją na dowcip. Dyrektor monotonnym głosem zaczął opowiadać o historii szkoły, o osiągnięciach pedagogicznych, o regulaminie, ale Felix szybko stracił zainteresowanie jego słowami. Wiedział oczywiście, czym różni się gimnazjum od szkoły podstawowej. Miały być tak samo lekcje, przerwy i dzwonki, ale tutaj obowiązywała sroższa dyscyplina i czekała go cięższa nauka. Trzeba się będzie przyzwyczaić. Na osłodę pozostawało kieszonkowe, które dziś rano dostał po raz pierwszy.

Cała uroczystość, razem z wnoszeniem i prezentowaniem sztandaru szkoły, trwała około dwudziestu minut. Potem tłum wstał i wolno wylał się na schody. Gdzieś w połowie korytarza na pierwszym piętrze Felix zorientował się, że właściwie to nie wie, gdzie idzie. Rodzice, rozmawiając, schodzili, by wrócić do swoich spraw, a grupki uczniów, prowadzone przez nauczycieli, rozchodziły się do klas.

Nie minęły dwie minuty i Felix stwierdził, że został sam. No tak, gimnazjum oznacza też samodzielność i zaradność. Trzeba było słuchać, pomyślał.

- Te, Milky! - usłyszał za plecami.

Odwrócił się i ujrzał dwóch starszych od siebie chłopaków. Musieli chodzić do drugiej lub trzeciej klasy.

- Masz kaskę? - zapytał wyższy, chudy, z jasnorudymi włosami i wystającymi, krzywymi zębami.

- To moje kieszonkowe - odparł niepewnie Felix, dotykając kieszeni. Chwilę później zrozumiał, że właśnie popełnił błąd.

Drugi z chłopaków był niższy, ale za to dość gruby. Miał czarne kręcone włosy i za duże spodnie, których krok zwisał gdzieś na wysokości kolan. Uśmiechnął się i z szybkością, o jaką trudno go było podejrzewać, wyrwał z ręki Felixa banknot.

- Dzięki - powiedział i odwrócił się, wpychając pieniądze do kieszeni. Obaj odeszli, jakby nic się nie stało.

- Hej! - zawołał Felix i zrobił krok w ich stronę. - To moje...

Tamci zawrócili i podeszli do Felixa, prawie na niego wpadając. Byli wyżsi co najmniej o głowę. Felix pomyślał o Cabanie. Caban był wielkim, czarnym, kudłatym psem, który teraz zapewne smacznie spał w jego pokoju. Gdyby tu był, nie pozwoliłby na takie traktowanie swojego pana.

- Coś mówiłeś? - zapytał rudy.

- Zostawcie go - powiedział chłopak w szarej bluzie, stając obok Felixa.

Spojrzeli na intruza, splunęli w jego stronę i odeszli z ociąganiem. Niższy, walcząc z nadwagą, bujał się przy każdym kroku.

- Dzięki - powiedział Felix, wyciągając rękę. - Jestem Felix... z "X" na końcu.

- Ernest - przedstawił się tamten i uścisnął Felixowi dłoń - z "T" na końcu. Lepiej na nich uważaj. Rodzą się tacy niedorobieni, a potem i tak muszą iść do jakiejś szkoły. Padło na naszą budę, ale wszędzie takich znajdziesz. Ten wyższy, rudy, to Marcel, a grubas nazywa się Ruben.

- Zabrali mi dziesięć złotych.

- Możesz iść do swojej wychowawczyni - zaproponował Ernest.

- Nie chcę skarżyć.

- No to dyszka odpłynęła w siną dal.

Poklepał go po ramieniu, uśmiechnął się współczująco i odwrócił, by odejść.

- Zaczekaj! - zawołał Felix. - Dlaczego on nazwał mnie "Milky"?

- To taki dowcip, że niby masz jeszcze mleczne zęby.

Witajcie w szkole, pomyślał Felix. Wrócił na parter do hallu, wciąż próbując znaleźć informacje o swojej klasie. Ale był tam tylko wysoki i chudy jak tyczka chłopak w luźnych bojówkach, z łańcuszkiem zwisającym przy pasku i w wytartej brązowej bluzie z kapturem. Jego ciemnoblond fryzura wyglądała, jakby czesał się, odpalając we włosach petardę.

- O, przepraszam - powiedział Felix. - Szukam mojej klasy.

- Lista jest w gablocie - odparł tamten, patrząc na Felixa błękitnymi oczami zza okularów. - Chodź, pokażę ci.

W gablocie, wśród setki innych wywieszek, rzeczywiście przypięta była lista klas i uczniów.

- Pierwsza "a" - przeczytał Felix.

- To tak jak ja! - Ucieszył się chudzielec. - No to jesteśmy kolegami. Nazywam się Net Bielecki.

- Felix Polon. Felix z "X" na końcu.

Podali sobie ręce.

- Starzy dali ci tego iksa?

- Sam sobie dałem. Tak jest fajniej.

- Masz rację. Ja całego "Neta" sam sobie dałem. Nienawidzę mojego prawdziwego imienia.

- Dlaczego nie jesteś na lekcji?

- Szukałem zasięgu. Transfer się rwie i zeszło mi parę minut.

- Co?...

Net otworzył swój plecak i wyciągnął mały czarny laptop, stary telefon komórkowy i kilka kabli.

- Często sprawdzam maila, prognozę pogody i takie tam.

- Nie boisz się, że ci ukradną? - zapytał Felix.

- To stary grat. Niezintegrowany system. Noszę go właśnie dlatego, żeby nie było szkoda, jak zginie. Wszystko zahasłowane, ulega autodestrukcji w przypadku nieautoryzowanego...

Felix uniósł dłonie w obronnym geście i powiedział:

- Wytłumaczysz mi kiedy indziej. Gdzie jest nasza sala? Na liście nie ma numeru.

- Rzeczywiście - przyznał Net. - Nauczycielki po przemówieniu dyra zebrały uczniów i zaprowadziły do sal. Szedłem na końcu, próbując złapać zasięg... Masz rację, potem ci wytłumaczę. No i, jak uniosłem wzrok znad ekranu, stałem sam na pustym korytarzu.

- Teraz trzeba znaleźć tę naszą salę - przypomniał Felix.

- Da się zrobić. - Net otworzył laptop. - Nie pytaj, skąd znam hasło do wewnętrznej sieci - zastrzegł, unosząc palec i zaczął w niesamowitym tempie uderzać w malutkie klawisze.

- Jest! Sala 115. Pierwsze piętro.

Schował cały sprzęt z powrotem do plecaka i ruszył w stronę schodów. Oniemiały Felix dogonił go po kilku krokach. Weszli na piętro i od razu zobaczyli dwóch "znajomych" Felixa szarpiących się z rudą dziewczyną w martensach.

- Spotkałem ich już dziś - rzucił niepewnie Net.

- Ja też - dodał Felix i przyspieszył kroku, chcąc im wytłumaczyć, co myśli o szarpaniu dziewczyn, jednak Net pociągnął go za plecak.

- Daj spokój - szepnął ze strachem w oczach. - Ich jest dwóch, a my sami... Mózgiem ich załatwmy. Przestawię zegar komputera szkoły na ósmą czterdzieści pięć.

Przyklęknęli za rogiem. Net wyciągnął swój "niezintegrowany" laptop i zaczął klepać w klawisze.

- I nikt się nie zorientuje?

- Tu nie ma żadnych zabezpieczeń - odparł beztrosko Net. - Tutejszy informatyk to musi być ameba, a ja nie zostawiam za sobą śladów.

- Ale... po co? I co z nią?

Rozległ się dzwonek. Podzwonił chwilę i ucichł, gdy Net wcisnął "Enter". Felix wytrzeszczył oczy.

- Włączyłeś szkolny dzwonek tym? - Wskazał na laptop i plątaninę kabli.

- Włączył się sam. - Net wzruszył ramionami, robiąc niewinną minę. - Ja tylko przestawiłem na chwilę czas.

- Nie znam się za dobrze na komputerach.

Wyjrzeli zza rogu. Drzwi kilku klas otworzyły się i na korytarz wysypało się kilkunastu uczniów i kilkoro nauczycieli. Marcel i Ruben pospiesznie oddalali się od zamieszania. Dziewczyna zbierała książki do poprzecieranej torby. Felix i Net podeszli do niej. Korytarz szybko pustoszał.

Rudowłosa poprawiła sfatygowaną kurtkę jeansową i plisowaną spódnicę.

- Wszystko OK? - zapytał Felix.

- OK. Dzięki, że włączyliście dzwonek. - Odgarnęła z czoła niesforne loki. Miała duże, zielone oczy, lekko zadarty nos i nieco piegów. Obiektywnie oceniając, była naprawdę ładna.

- Drobiazg - uśmiechnął się Net, ale chwilę potem zmarszczył brwi. Felix zresztą zrobił to samo.

- Skąd wiesz? - zapytali jednocześnie.

- Kobieca intuicja - wyjaśniła, uśmiechając się tajemniczo.

Chłopcy wymienili zdziwione spojrzenia.

- Czego od ciebie chcieli? - zapytał Felix.

- Zabrać mi drugie śniadanie, ale nie dałam. I tak go nie mam.

- Mnie próbowali zabrać telefon - powiedział Net - ale chyba doszli do wniosku, że jest zbyt cenny i będzie zadyma.

- A mnie ZABRALI dziesięć złotych - dodał Felix.

- Miło było poznać - powiedział Net - ale, sorry, musimy iść na pierwszą lekcję.

- Z której jesteście klasy? - zapytała dziewczyna, zapinając torbę.

- Pierwsza "a" - powiedział Felix. - A ty?

- Ja też. - Uśmiechnęła się szeroko. - Nika Mickiewicz.

Chłopcy również się przedstawili i cała trójka pobiegła korytarzem. Znaleźli odpowiednie drzwi, zapukali i weszli do sali. Ledwie przekroczyli próg, zamarli. Wpatrywało się w nich kilkanaście par oczu i nauczycielka stojąca przy tablicy.

- Czy to nasi spóźnialscy? - zapytała. - Felix, Net i Nika?

Przytaknęli niepewnie. Wychowawczyni była młoda, miała długie jasne włosy. Patrzyła na nich przyjaźnie, może nawet z lekkim rozbawieniem.

- Siadajcie. Są miejsca... niestety już tylko w ostatnich ławkach - powiedziała. - Będę was uczyć języka polskiego. Nazywam się Jolanta Chaber, ale możecie do mnie mówić "pani Jolu". - Zaczekała, aż usiądą, i zapytała - dlaczego przyszliście dopiero teraz?

- Trochę się... eee... zgubiliśmy - wyjaśnił Felix.

- Ale sprawdziliśmy w internecie numer sali i trafiliśmy - dodał szybko Net.

- Sprawdzaliście w internecie numer sali? - unosząc brwi, zapytała z niedowierzaniem pani Jola. - A wystarczyło zapytać portiera albo sekretarkę.

Uczniowie zaczęli chichotać, a Felix poczuł, jak robi się czerwony. Kątem oka zauważył, że Net ma ten sam problem.

- Numer sali powinien być w gablocie - mruknął pod nosem Net. - Rany! Co to?

To ostatnie było skierowane do Felixa, który wyjął z kieszeni czarne pióro wieczne, odkręcił skuwkę i zaczął notować.

- Notuję - Felix wzruszył ramionami.

- Ale... piórem wiecznym? To na maxa niepraktyczne.

- Wcale nie ma być praktyczne.

Przez resztę lekcji pani Jola tłumaczyła zasady obowiązujące w szkole i wypisywała na tablicy plan zajęć oraz listę potrzebnych i niepotrzebnych rzeczy do kupienia. Przynajmniej wychowawczyni wydawała się w porządku.

Gdy zabrzmiał prawdziwy dzwonek, wszyscy pobiegli do drzwi, jakby ogłoszono ewakuację.

- Farciarze - rzucił jakiś chłopak, przechodząc obok ostatnich ławek. - Macie najlepsze miejsca. Pierwsze, co zrobiła, to przesadziła wszystkich do przodu.

- To wy przyszliście bez rodziców? - zapytał inny. - Celowo się spóźniliście, żeby usiąść na końcu.

Pokręcili z dezaprobatą głowami i wyszli.

- Mieliśmy chyba złe wejście - zauważyła Nika, gdy zostali sami w klasie.

- Nie da się ukryć - przyznał Felix.

Net machnął ręką.

- Przynajmniej wychowawczyni niezła. W sensie estetycznym.

We trójkę wyszli na korytarz i od razu zobaczyli oddalających się Marcela i Rubena. Po przeciwnej stronie płakała jakaś grubawa dziewczyna. Nika podeszła zapytać, co się stało. Wysłuchała, pocieszyła tamtą i wróciła.

- Zabrali jej nowy długopis - oznajmiła. - To Celina od nas z klasy.

- Trzeba będzie naprawdę na nich uważać - pokiwał głową Net - i omijać z daleka.

- Są złodziejami! - oburzył się Felix. - Złodziei trzeba tępić, a nie omijać.

- Ale jak? - zapytał Net. - Są silniejsi. Olać i obchodzić łukiem.

- Typowa taktyka zastraszania - pokiwała głową Nika. - Wstawisz się za kimś, to rzucą się na ciebie. Może powinniśmy działać wspólnie?

- Dobrze ci mówić - westchnął Net. - Jesteś dziewczyną i tobie nie wtłuką.

- Ich jest tylko dwóch! - upierała się Nika. - Liczą właśnie na to, że jak zastraszą każdego z osobna, to nikt się już nie wychyli.

- I dlatego powinniśmy działać razem - oświadczył Felix - ale nie tak. Musimy znaleźć sposób, żeby dać im nauczkę! Żeby wszyscy zobaczyli, jacy oni są głupi. Inaczej przez resztę szkoły nie dadzą nam żyć. Zastanówmy się, w czym jesteśmy lepsi?

- Patrząc na nich... - zastanowiła się Nika - to we wszystkim.

- Z wyjątkiem bezpośredniego starcia - dodał Net.

* * *

Wieczorem tata Felixa był w fatalnym nastroju. Pokaz jego wynalazku przed ministrem spraw specjalnych nie wypadł najlepiej. Urządzenie do sklejania przestępców miało ułatwiać pracę policji. Przyklejało buty uciekającego do ziemi, mogło też przykleić do jezdni opony samochodu. Zadziałało doskonale, ale po pokazie nie udało się go wyłączyć i zrobiło się zamieszanie, w wyniku którego minister przykleił się do swojej żony i dwóch doradców.

- Wszyscy się na mnie poobrażali - żałośnie westchnął tata, siedząc nad podgrzaną w mikrofalówce zupą. - Muszę się pospieszyć, bo ostatnio Gang Niewidzialnych Ludzi okradł w naszym mieście kilka banków.

- Nie martw się, tato - spróbował pocieszyć go Felix. - I tak jesteś najlepszy.

Tata westchnął ciężko, grzebiąc łyżką w talerzu. Był mężczyzną, który nie emanował energią. Jego wewnętrzna siła objawiała się w jego wynalazkach, w genialnych pomysłach i uporze, z jakim parł do celu. Na pierwszy rzut oka wyglądał na zupełnie normalnego, zmęczonego wyczerpującym dniem czterdziestolatka. Był średniego wzrostu, miał lekko zaznaczony brzuszek, odrobinę przerzedzone włosy. Dziś wydawał się jeszcze bardziej pozbawiony energii niż zwykle.

Mama nie wróciła jeszcze z pracy. Była dyrektorem marketingu w bardzo dużym banku i nie pracowała praktycznie tylko wtedy, kiedy spała. Choć i to nie było pewne. Na domiar złego poprzedniego dnia Gang Niewidzialnych Ludzi napadł właśnie na jej bank i ukradł ze skarbca całą masę pieniędzy. To znaczyło, że dziś mama wróci jeszcze później.

- Nie wiesz, jak to jest skleić ministra i jego żonę - westchnął tata. - Ale wymyśliłem już bezpieczniejsze rozwiązanie. - Ożywił się. - Wycieraczka w wejściu do banku chwytająca złodziei za buty, gdy już uciekają z workami pełnymi pieniędzy. To nawet lepsze od sklejacza, bo nie jest potrzebny żaden pościg. Ale teraz nikt nie będzie chciał ze mną rozmawiać. Może nawet odsuną mnie od innego, ważniejszego, międzynarodowego projektu. Z nim też nie idzie mi najlepiej. Brakuje zasadniczego elementu, bez którego cały ten projekt może się załamać. Tego bym chyba nie zniósł... A jak tam w nowej szkole?

- W porządku - powiedział Felix, nie chcąc dokładać tacie zmartwień. Obiecał sobie, że o zabraniu kieszonkowego opowie przy najbliższej okazji. Spojrzał na Cabana. Pies położył mu łeb na nodze i łypał spod kudłów wielkim brązowym okiem, jakby chciał wyczuć, skąd u jego pana ten niepokój.

* * *

Następnego dnia rano Felix, ubrany już po "cywilnemu" w niebieskie jeansy i sweter, podszedł do czekających na niego przed szatnią Neta i Niki. Zaspany Net był chyba jeszcze bardziej potargany niż wczoraj, a Nika znów miała na nogach martensy.

- Cześć - zaczął konspiracyjnie Felix. - Słuchajcie. Mam coś, co powinno ich oduczyć kradzieży.

- Kanapkę z mydłem zamiast masła? - zapytał Net. - To ich z pewnością powstrzyma!

- Mój tata skonstruował kiedyś zabezpieczenie przed złodziejami kieszonkowymi - powiedział Felix i wyciągnął coś z kieszeni. Nachylili się - Felix trzymał w dłoni małe czarne pudełko i monetę pięciozłotową.

- W kieszeni będę miał ukryty ten nadajnik - wyjaśnił, chowając pudełko. - Gdy oddali się od monety na więcej niż pięć metrów, włączy się alarm.

Podał monetę Netowi i gestem pokazał, by przeszedł na drugą stronę korytarza.

- Złodziej! Złodziej! - zaskrzeczała moneta, a Net czym prędzej wrócił do nadajnika.

- Po drodze moneta zaczęła krzyczeć w autobusie szkolnym - powiedział Felix. - Przejeżdżaliśmy chyba pod linią wysokiego napięcia i były zakłócenia. Wszyscy patrzyli na mnie, jakbym naprawdę coś ukradł.

- Myślę, że mamy to, o co chodzi. - Net uśmiechnął się mściwie.

* * *

- Masz dla nas kaskę? - zapytał na przerwie po czwartej lekcji Marcel, stając przed Felixem z szeroko rozstawionymi nogami i groźną miną. Felix udał, że jest zaskoczony tym spotkaniem, choć tak naprawdę celowo niemal wpadł na niego. Wyciągnął z kieszeni pięciozłotówkę i z udawanym wahaniem podał chłopakowi. Tamten wyszczerzył żółtawe zęby i odszedł z monetą w stronę szkolnego sklepiku.

- Złodziej! Złodziej! - rozległo się na cały korytarz. - Zostałam skradziona!

Felix, Net i Nika wymienili triumfalne spojrzenia. Marcel schował głowę między ramionami i rozejrzał się, nie wiedząc, co zrobić z wrzeszczącą monetą.

- Ale jazda! - krzyknął jakiś chłopak, zaglądając mu przez ramię. - Skąd to masz?

Zanim Marcel zdążył cokolwiek powiedzieć, zrobiło się zbiegowisko. Nikt nie próbował odbierać złodziejowi monety. Wszyscy byli zachwyceni.

Zrezygnowany Felix wycofał się do miejsca, gdzie czekali przyjaciele.

- Czy oni nie słyszą, co ona krzyczy? - zdenerwowała się Nika.

- Jak jesteś niskim nominałem, to nikt nie traktuje cię poważnie - stwierdził ponuro Net.

Moneta powtarzała swoją kwestię coraz ciszej, aż zaczęła chrypieć. Zacharczała ostatni raz i umilkła. Marcel spojrzał na Felixa i podszedł do niego.

- Masz zapasowe baterie? - zapytał.

Felix z rezygnacją pokręcił głową. Marcel przyjrzał się monecie z głupkowatym wyrazem twarzy i odszedł. Gdy zniknął za załomem korytarza, zbiegowisko zaczęło się rozpraszać.

- Rodzice musieli go wychowywać bezstresowo - mruknął ponuro Felix.

Nika wychyliła się za róg.

- Kupili sobie w sklepiku dwa pączki - oznajmiła.

- Za fałszywą monetę? - zdziwił się Net.

- Nie jest fałszywa - oburzył się Felix. - To prawdziwa moneta, tylko z wkładką.

- No to jesteś biedniejszy o kolejne pięć peelenów.

- Porażka na całej linii - podsumowała Nika. - Trzeba wymyślić coś lepszego.

- Wpadnijcie do mnie po lekcjach - zaproponował Felix. - Coś pokombinujemy.

Usiadł na podłodze, pokręcił z rezygnacją głową i ukrył twarz w dłoniach. Pomyślał, że chciałby, żeby byli tu teraz mama, tata i Caban. A potem wstał i poszedł wykupić ze sklepiku swoją monetę z wkładką.

* * *

Ostatnią lekcją drugiego dnia szkoły była informatyka. Uczniowie siedzieli przed komputerami przy stołach zestawionych w wielką wyspę. Niki w ogóle nie interesowała lekcja. Z wypiekami na twarzy czytała pod ławką Angielskiego pacjenta - pasjonującą książkę o wielkiej romantycznej i nieszczęśliwej miłości. Net znał przedmiot lepiej od nauczyciela. Jedynie Felix starał się wykonywać ćwiczenia, które demonstrował na wielkim ekranie pan Eftep. Nauczyciel był wysoki i chudy, miał wystające zęby i krótko przycięte czarne włosy na małej głowie. Czerwony polar zupełnie nie pasował do czarnych jeansów i butów "trumniaków".

Felix zdążył już poznać większość nowych kolegów. Najwyższy z całej klasy był Lucjan i na razie to on wiódł prym. Ciemnowłosy Wiktor był znacznie niższy, niemal cały czas się uśmiechał i sprawiał wrażenie zawsze chętnego do pomocy. Za to drobny blondyn, Oskar, wyglądał na wiecznie niezadowolonego. Z tego, co zauważył Felix, Oskar musiał mieć wszystko najlepsze. Najlepsze buty, zegarek, tornister, długopis. Ta ambicja nie dotyczyła jednak samej jego osoby, więc nie wykazywał większego zainteresowania lekcjami. Ciemnowłosy, niski i krępy Horacy dotychczas nie wypowiedział chyba ani jednego słowa. Na końcu siedział Klemens, który był tak gruby, że pod szyją robił mu się dodatkowy podbródek. Zawsze miał pod ręką batonik lub paczkę chipsów i nieustannie coś żuł albo chrupał. Był jeszcze drobny Kuba, który maniakalnie interesował się sportem. Z dziewczyn najlepiej prezentowała się Aurelia. Wysoka, o długich kruczoczarnych włosach, skręconych w drobne loczki. Zapewne musiała wkładać w tę fryzurę dużo pracy. Miała nieprawdopodobnie białe zęby. Klaudia, długowłosa blondynka, trzymała się zawsze blisko Aurelii i starała się ją we wszystkim naśladować. Były jeszcze Celina - niska, pucułowata, ale za to sympatyczniejsza od tamtych dwóch razem wziętych - i przygarbiona, drobna Zosia, siedząca na końcu cichutko jak myszka. Również urodą przypominała myszkę.

- Widziałem, jak Ruben zabrał jakiemuś chłopakowi piłkę i gdzieś z nią poszedł - odezwał się cicho Net. Stukał w klawiaturę, pozorując, że coś robi. - Gdzieś ją schował, bo potem jej już nie miał.

- Mogliśmy o tym wcześniej pomyśleć - powiedział Felix. - Muszą mieć w szkole jakąś kryjówkę.

- Dlatego nie można im nic udowodnić - zauważyła Nika, odrywając się na chwilę od lektury.

- Ale będzie można, jak znajdziemy tę kryjówkę - szepnął Net. - Od tego trzeba zacząć!

- Pan Bielecki jest chyba czymś bardzo zajęty - wycedził Eftep, patrząc na Neta. - O czym ja przed chwilą mówiłem?

- O sposobie zapisywania informacji na płycie DVD - odparł bez zająknięcia Net, wstając.

- No więc jaki to jest sposób?

Net uśmiechnął się i już otwierał usta, by odpowiedzieć, i to ze wszystkimi szczegółami, ale poczuł kopnięcie w kostkę.

- Udawaj kretyna - syknął Felix.

Net zmarszczył brwi, jakby się nad czymś zastanawiał, i odpowiedział niepewnie:

- Magnetyczny?

- Źle, panie Bielecki - zatriumfował informatyk. - Optyczny. Zdecydowanie optyczny. Musisz zrozumieć, że komputery to nasza przyszłość. Jeśli nie nauczysz się z nimi pracować, to niczego w życiu nie osiągniesz. Siadaj.

Kręcąc głową i cmokając, wrócił z zatroskaną miną do swojego wykładu. Felix zauważył, że siedzący na wprost nich Lambert gra na ukrytej za monitorem konsoli, ale jednocześnie przytakuje Eftepowi w odpowiednich momentach. To się dopiero nazywa podzielna uwaga.

- Dlaczego mam udawać kretyna? - wyszeptał Net, poprawiając okulary na nosie.

- Żeby nikt cię nie podejrzewał, jak coś zmalujesz - odparł Felix. - Ten facet prawdopodobnie zajmuje się szkolnymi komputerami.

- O! To by wyjaśniało, dlaczego tak łatwo obejść zabezpieczenia.

- Net i Felix - pan Eftep znów podniósł głos. - Ostatnie ostrzeżenie.

Spuścili głowy i zajęli się ćwiczeniami.

* * *

Nika była na miejscu pierwsza i teraz, siedząc na schodach, czytała książkę. Obok leżał poobijany rower, który zapewne wiele już przeszedł. Przednia opona była pomarańczowa, tylna czarna i niemal łysa. Nika nawet na wyprawę rowerową założyła martensy, choć zrezygnowała ze spódniczki na rzecz powycieranych spodni w nieokreślonym kolorze. Włosy spięła z tyłu starą srebrną spinką z zielonym oczkiem.

Felix i Net przyjechali niemal jednocześnie, kilka minut po czasie. Net miał na nosie jaskrawożółte okulary.

- Oglądałem w telewizji program o UFO nad Tatrami - usprawiedliwił się Felix. - A potem trochę pobłądziłem. Wysokie budynki zakłócają mi sygnał z satelity.

Net uśmiechnął się, jakby usłyszał dowcip, i powiedział:

- Ja musiałem wrócić po kask. Jak będę jeździł bez, to mam szlaban na rower.

- Ty też powinnaś mieć kask - dodał Felix, patrząc na Nikę.

- Zepsułby mi fryzurę - odparła, wzruszając ramionami. Spojrzała na rower Felixa i uniosła brwi.

Net powiódł wzrokiem za jej spojrzeniem. Rzeczywiście, coś się tu nie zgadzało. Felix siedział na stojącym w miejscu rowerze, ale nie podpierał się nogą! Nie mógł już dłużej udawać, że nie widzi ich zdziwionych spojrzeń.

- Mój wynalazek - powiedział z dumą i popukał w niewielkie półokrągłe pudełko pod siodełkiem. - Czujnik przechyłu, silnik elektryczny i koło zamachowe - żyrostat. Akumulator ładuje się podczas hamowania.

- Sam to zrobiłeś? - zapytał z niedowierzaniem Net. - Jakiego procesora użyłeś?

- Już mówiłem, nie znam się na komputerach. To prosty układ elektryczny. Początkowo używałem wysuwanych automatycznie kółek, ale... głupio to wyglądało. Tak jest znacznie lepiej. Gdy rower zaczyna się minimalnie przechylać, wykrywa to czujnik i uruchamia silnik z kołem zamachowym. To tak, jakbyś stał na linie i machał rękami, żeby złapać równowagę.

- Bez komputera? - Net ukucnął obok i przyjrzał się bliżej wynalazkowi.

- Warto było? - zapytała Nika z niedowierzaniem. - Tyle roboty, żeby się nie podpierać nogą?

- Zależy, jak na to patrzeć - odparł Felix. - Ty wkładasz dużo pracy we fryzurę.

- Włosy same mi się tak kręcą! - zaprotestowała oburzona Nika.

I Net, i Nika musieli sami się przekonać, że urządzenie naprawdę działa. Net obejrzał dokładnie cały rower i zwrócił uwagę na małe coś przypięte do kierownicy, obok zestawu przełączników. Wyglądało jak bardzo stary telefon komórkowy. Wyświetlacz i kilka przycisków.

- To ty poważnie mówiłeś z tym satelitą - zdziwił się Net. - To GPS2!

- Wprowadziłem do niego trasę z domu do szkoły - wyjaśnił Felix - i dzięki temu się nie gubię.

Net był pod wrażeniem, ale nic więcej już nie powiedział. Wsiedli na rowery i ruszyli, starając się omijać ruchliwsze ulice.

Podróż zajęła im prawie godzinę. Dom Felixa stał przy ulicy Serdecznej, na przedmieściach, w okolicy, gdzie jest tyle przestrzeni, że budynki nie muszą stykać się bocznymi ścianami. Stary, piętrowy, miał spadzisty dach - dziwnie błękitny i błyszczący oraz małą, obrośniętą dzikim winem werandę od frontu. Do budynku przylegał spory garaż, a z tyłu znajdował się nieduży, zarośnięty drzewami i krzakami ogród. Za tylnym ogrodzeniem, ledwie prześwitującym między gałęziami, zaczynał się las.

Felix nacisnął dzwonek przy furtce. Z domu rozległo się donośne szczekanie.

Na sąsiedniej posesji ubrany w dres facet z brzuszkiem mył gąbką błyszczący Polonez. Felix ukłonił mu się.

- To pan Sobolak - wyjaśnił cicho. - Kupił nowy samochód i teraz codziennie go myje.

Czekali jeszcze chwilę, ale najwyraźniej nikogo nie było w domu. Felix otworzył furtkę kluczem. Weszli na wyłożoną kamieniami alejkę i zostawili rowery na trawniku.

- Co to za dachówka? - Net zadarł głowę. - Wygląda jak szkło.

- Baterie słoneczne - wyjaśnił Felix. - W naszym klimacie nie są zbyt wydajne, ale i tak się opłaciło.

Kiedy znaleźli się na werandzie, Felix nacisnął przycisk przy drzwiach. Obok przesunęła się metalowa płytka, odsłaniając podświetlaną klawiaturę. Felix, udając, że nie zwraca uwagi na zaskoczone spojrzenia, wpisał kod i zamek otworzył się sam.

Znaleźli się w wysokim hallu z lustrem w ozdobnych ramach i kilkoma rzeźbionymi krzesłami.

- Usiądźcie, wypuszczę psa - powiedział Felix.

- Czy to aby konieczne? - zaniepokoił się Net, ale szybko usiadł, bo Felix już sięgał do klamki na drzwiach, za którymi niecierpliwił się pies.

- Nazywa się Caban - zaanonsował Felix i wpuścił do pokoju wielką czarną i kudłatą bestię. - To czarny terier rosyjski.

Pies szczeknął raz, ale tak, że zatrzęsły się szyby. Nieufnie podszedł do Niki i Neta. Obwąchał ich, po czym pomerdał króciutkim ogonkiem.

- Pierwszy etap za nami - oznajmił Felix. - Możecie wstać, ale bez gwałtownych ruchów.

- Ja sobie tu trochę posiedzę - pisnął dziwnie Net.

- On coś w ogóle widzi przez te kudły? - zapytała Nika. Nachyliła się nad psem i podrapała go za uchem. Caban sam nadstawiał łeb, podając do pieszczoty najwłaściwsze miejsca.

- Chodźcie do kuchni - powiedział Felix. - Tylko... nie przestraszcie się.

- Ja już się boję. - Net wstał ostrożnie, cały czas obserwując psa. - Nie jestem pewien, czy on jest do mnie odwrócony gryzącą stroną.

Pies ponownie zamachał ogonem. Dzięki temu przynajmniej było widać, gdzie ma tył.

- Jeszcze nigdy nikogo nie ugryzł.

- Więc nie prowokujmy zmian - odparł Net, ale czujnie ruszył za Felixem i Niką.

Kuchnia wyglądała niezwykle. Przypominała magazyn na wpół rozebranych urządzeń. Goście usiedli przy stole, a Felix włączył zaparzacz herbaty. Urządzenie miało wielkość przenośnego telewizora i wyglądało jak coś, z czego zdjęto część obudowy i wymontowano połowę części. Z wnętrza dochodziły dźwięki przesuwających się i obracających mechanizmów. Ze szczeliny w dolnej części urządzenia wysunęła się metalowa łapka trzymająca spodeczek. Postawiła go na blacie przed urządzeniem. Druga, podobna, sięgnęła po filiżankę i wsunęła ją pod otwór dyszy. Rozległ się szum wrzącej wody i po chwili parujący aromatyczny płyn wypełnił filiżankę. Łapka postawiła ją na spodeczku i przesunęła w bok. Zaparzacz zrobił to samo z kolejnymi dwiema filiżankami.

Felix przeniósł naczynia na stół i postawił przed gośćmi. Nika pierwsza, dystyngowanym gestem, uniosła filiżankę do ust i ostrożnie upiła łyk.

- Bardzo dobra - przyznała. - Ale czy zwykły czajnik nie byłby prostszy w użyciu?

- Najbardziej wyczesana kuchnia, jaką widziałem - ocenił Net, rozglądając się. - Jak to wszystko działa bez komputerów?

Felix postawił na stole miskę z chipsami i usiadł.

- Mój tata jest wynalazcą - wyjaśnił. - To, co tu widzicie, to urządzenia, które pewnie nigdy nie wejdą do seryjnej produkcji. Konstruuje je dla własnej przyjemności. Wszystko mechaniczno-elektryczne. Bez komputerów.

Goście chrupali chipsy, popijali herbatą i oglądając wynalazki, próbowali domyślić się ich przeznaczenia.

- Koszty naszej operacji wzrosły znacząco - odezwał się w końcu Felix. - I cierpi na tym mój budżet.

- Dobra - przyznał Net. - Zrobimy zrzutkę. Już liczę...

Wyjął laptop, ale Felix go powstrzymał.

- Chodzi mi o to, że musimy nie tylko wymyślić sposób ich ukarania, ale i odzyskać pieniądze.

- Twoje pieniądze już wydali - zauważyła Nika. - Możemy im odebrać tylko pieniądze, które zabrali komuś innemu.

- A czy to ma znaczenie, do kogo należała jakaś moneta wcześniej? - zapytał Net, wpychając w usta kolejny chips.

- To ma znaczenie - odparła dziewczyna - bo to nie będą pieniądze Felixa.

- Pieniądze rzecz umowna - upierał się Net, wypluwając niechcący kilka okruszków na stół. - Liczy się suma.

Rozległ się dzwonek do drzwi. Caban poderwał się, zaczął merdać krótkim ogonem i popiskiwać jak szczeniak.

- Babcia - wyjaśnił Felix, obserwując zachowanie psa. - Babcia Lusia. Zejdźmy jej z oczu, bo zaraz zacznie nas karmić...

- Nie lubisz swojej babci? - zdziwiła się Nika.

- Bardzo lubię - zaprotestował Felix - ale jest nadopiekuńcza i myśli, że wciąż mam sześć lat.

Zerknął na monitor wiszący na ścianie i przyciskiem otworzył furtkę. Caban, szczekając radośnie, pobiegł wielkimi susami do hallu.

- Poznaj moich przyjaciół, babciu - powiedział Felix, gdy starsza pani weszła do domu. - Nika i Net.

Ukłonili się i przywitali. Babcia Lusia wyglądała tak, jak powinna wyglądać wzorcowa babcia. Pełne dobroci spojrzenie, siwiuteńkie włosy upięte w kok i mocno zaokrąglona sylwetka. Ciągnęła za sobą osobliwej konstrukcji dwukołowy wózek, w którego trzech kontenerach znajdowały się torby z zakupami.

- To my pójdziemy do piwnicy - oznajmił Felix, dając przyjaciołom dyskretne ponaglające znaki.

- Zaczekajcie, skarbeńki - powiedziała babcia. - Może coś zjecie? Mam w lodówce pyszniutkie gołąbki. A może wolicie zupkę pomidorową? Jest też kapuśniaczek i kurczak. Ziemniaczki zaraz upiekę...

- Naprawdę dziękujemy. Już jedliśmy.

- Pewnie chipsy - westchnęła babcia, wieszając płaszcz.

Pomogli jej wnieść torby do kuchni i po cichu ulotnili się. Caban spał już przy ścianie, nie zwracając na nic uwagi. Udowodnił tym samym, że uznał Neta i Nikę za przyjaciół domu. Wyglądał teraz jak wielki czarny kłąb kudłów zmiecionych na kupkę w salonie fryzjerskim.

- Kiedyś mieliśmy sąsiadów, których pies nazywał się Wyziew - powiedział cicho Net. - Tak mu jechało z pyska, że zeza można było dostać. Już ze dwa razy miał walizki wystawione przed drzwi, ale szkoda im się robiło.

- Caban dostaje Tic Taki - odparł Felix, już na schodach do piwnicy. - A tata czasem myje mu zęby. Źle się do tego zabieramy. Mówię o Marcelu i Rubenie. Zobaczmy najpierw, co mamy do dyspozycji.

Sprowadził ich do sporego warsztatu, mieszczącego się w piwnicy.

- Łał! - krzyknął z podziwem Net. Wyprzedził Nikę i stanął na środku, nie wiedząc, od czego zacząć zwiedzanie.

- Wygląda, jakby rozbiła się tu ciężarówka wioząca złom - z konsternacją stwierdziła Nika.

- Nie czujesz klimatu, kobieto... - Net lekceważąco machnął ręką.

Pod kilkoma małymi okienkami stał długi stół z najróżniejszymi narzędziami. Wzdłuż pozostałych ścian zamontowano solidne regały, aż do sufitu zastawione pudłami i fragmentami najróżniejszych mechanizmów. Były tu modele samolotów, małe roboty, telewizor, głowa manekina, niezidentyfikowane wiązki przewodów, silniki i tryby. Co ciekawe, większość przedmiotów wyglądała jak skrzyżowanie urządzeń kuchennych ze zraszaczami do trawników czy też z częściami samochodowymi. Urządzenia sprawiały wrażenie, że są niedokończone lub uszkodzone. W kącie oparta o ścianę stała zakurzona mechaniczna ręka, a obok niej coś, co mogło być modelem wojskowej amfibii. W cieniu, obok schodów, które prowadziły zapewne wprost do garażu, przykryty szmatą stał człekokształtny robot wielkości dorosłego mężczyzny.

Nika zerknęła na jedną z półek, pisnęła cicho i cofnęła się.

- Tam jest pająk gigant - szepnęła.

- To robot kroczący - wyjaśnił Felix i zdjął z półki czarny mechanizm wielkości dłoni z ośmioma metalowymi odnóżami. - Przydatny, kiedy coś wpadnie pod kanapę.

Teraz widać było, że to mechanizm, ale dziewczyna i tak nie chciała nawet na niego spojrzeć. Obok "pająka" stał mały pojazd gąsienicowy z długą anteną, kulka z wystającymi antenkami, coś co wyglądało jak mechaniczny wąż i para półokrągłych, karbowanych klocków wielkości dłoni.

- Hopsasy - wyjaśnił Felix - czyli obcasy na sprężynach.

- Tu są też myszy - pisnęła Nika.

Felix zbliżył się do leżących w ciemności nieruchomych białych myszek i oświetlił je latarką. Natychmiast zaczęły popiskiwać i krążyć po półce. Gdy dojeżdżały do krawędzi albo do ściany - zawracały.

- Co jest w tym czarnym pudełku? - zapytała Nika, odsuwając się od myszy.

- Negatywka. To takie coś jak pozytywka, ale gra heavy metal. Prezent dla niegrzecznych dzieci.

- A to?

- Mechaniczny pies. Moje dzieło, prawie go skończyłem.

- Twój tata nie ma nic przeciwko temu, że wchodzisz do jego pracowni? - zapytała Nika.

- Nie ma, jeśli nic nie ruszam - odparł Felix i wywalił zawartość dużego kartonu wprost na podłogę. - Ale prawdziwą pracownię ma w Instytucie. Tutaj wyżywa się po pracy.

- Musi być maniakiem - zauważyła Nika.

- Jest - przyznał Felix. - Wystarczy, że siedzi w jednym miejscu dłużej niż pięć minut, i już zaczyna coś konstruować z tego, co ma pod ręką. Kiedyś musiał spędzić noc na lotnisku pod Paryżem i przerobił dwa rzędy krzesełek na huśtawkę i zjeżdżalnię dla dzieci. Hm... Zresztą, jak się lepiej zastanowić, mógł tę historię zmyślić. Jest trochę zakręcony, czasem nie wiadomo, co jest prawdą, a co żartem.

Zdjął z regału tekturowe pudełko i wyciągnął z niego mały helikopter, który razem ze śmigłem mieścił się na dłoni.

- To mikrohelikopter - wyjaśnił. - Zdalnie sterowany szpieg. Z przodu ma kamerę mniejszą od paznokcia. Możemy nim śledzić ruchy wroga. Gdy pomalujemy go na biało, nie będzie się rzucał w oczy na tle sufitu.

Sięgnął po kolejne pudełko i wyciągnął z niego długopis z przewodem zakończonym małą słuchawką.

- Mikrofon kierunkowy - wyjaśnił, biorąc następne pudełko.

- Czy twój tata zaopatruje agentów Jej Królewskiej Mości? - zapytał Net, z każdą chwilą coraz bardziej zafascynowany.

- Nie wszystko nadaje się dla Jamesa Bonda - uśmiechnął się Felix. - To tutaj - wyjął szary podłużny przedmiot z gumowym wałkiem na końcu - to przyrząd do wyciągania "X" przed nawias. Tata zrobił go kiedyś, żeby zdenerwować kilku profesorów, którzy krytykowali jego pracę. Oczywiście nie działa.

Wyciągał i pokazywał kolejne wynalazki. Kieszonkowe solarium, klimatyzacja do butów, latarka na baterie słoneczne, aparat do gaszenia zapałek, mikromyśliwiec do zwalczania komarów, samojezdna golarka, i tak dalej.

Net przyglądał się gadżetom z szeroko otwartymi oczami.

- Aparat do gaszenia zapałek? - zdziwił się. - Przecież to idiotyczne.

- Być może - przyznał Felix. - Tata często traktuje swoje wynalazki jako ćwiczenie. Najpierw wymyśla czynność, jaka jest do zrobienia, a potem konstruuje urządzenie, które wykonuje ją lepiej.

- Ale gaszenie zapałek?...

- Jeśli gasisz zapałkę, machając nią, może ci się wyślizgnąć, i pożar gotowy.

Net pokręcił głową.

- A latarka na baterie słoneczne? - nie dawał za wygraną. - Po co komu latarka, która może świecić, tylko gdy jest słońce?

- To nie tak. Ona się tylko ładuje na słońcu. Potem może świecić w ciemności.

- Dajcie spokój - przerwała im Nika, znacznie mniej zainteresowana gadżetami. - Zastanówmy się, co może się nam przydać.

- Po pierwsze, potrzebujemy centrum dowodzenia - stwierdził Felix. - Proponuję strych. Stamtąd najlepiej będzie działało zdalne sterowanie.

- Masz już jakiś plan? - zapytał Net.

Felix sięgnął po notes z odrywanymi kartkami, wyciągnął z kieszeni pióro, odkręcił skuwkę i zaczął notować.

- Pierwszy etap operacji to przygotowanie naszej kwatery. Punkt drugi to zlokalizowanie kwatery wroga. Trzeci - odbicie zakładników... to jest... odzyskanie skradzionych przedmiotów. Czwarty - danie wrogowi nauczki. Ten punkt wymaga osobnego przemyślenia.

- To już coś - zgodził się Net. - Od czego zaczniemy?

- Od początku - trzeźwo zauważyła Nika, której zabawa zaczynała się podobać. - W poniedziałek po lekcjach zrealizujemy punkt pierwszy, a potem pomyślimy co dalej.

* * *

Wieczorem Felix z tatą siedzieli w salonie i oglądali w telewizji program informacyjny. Automatyczny odkurzacz myszkował pod fotelami, szumiąc cicho.

- Jak wiesz, Gang Niewidzialnych Ludzi obrabował bank, w którym pracuje mama - odezwał się tata, starając się nie okazywać radości. - Jedynym świadkiem jest jakaś sprzątaczka, ale ma taką sklerozę, że cudem pamięta własne imię. Powiedziała, że bandyci weszli przez schowek na szczotki, a to przecież niemożliwe. Szefa gangu szuka cała nasza policja, a nawet Interpol. Facet nazywa się Morten i jest niezwykle niebezpieczny. Niewesoło.

- To dlaczego się cieszysz? - zapytał Felix.

- Wreszcie, po dwóch dniach, zadzwonili do mnie z Ministerstwa Spraw Specjalnych. Potrzebują mojej pomocy. Pod warunkiem że przeproszę ministra i jego żonę. O tych dwóch doradcach nie wspomnieli.

- I przeprosisz?

- Już przeprosiłem. Oficjalnie i kilka razy nieoficjalnie.

- A jak zamierzasz ich złapać?

- To nie jest proste. - Tata podrapał się za uchem. - Ciągle nad tym myślę. Działają na terenie całego miasta. Pojawiają się w banku dosłownie znikąd, przed otwarciem, po zamknięciu lub w czasie przerwy na lunch i nie starają się nawet wyłączyć alarmu. Nim przyjedzie policja, uciekają furgonetką. Furgonetka nagle, w samym środku policyjnej obławy, skręca w boczną uliczkę i... znika. W dodatku nikt nie potrafi podać ich dokładnych rysopisów. I tak za każdym razem. Dlatego nazwano ich Niewidzialnymi Ludźmi.

- Jak mogą tak po prostu pojawiać się albo znikać? - zdziwił się Felix.

Tata wzruszył ramionami, ale wciąż się lekko uśmiechał.

- Gdyby policja to wiedziała, nie potrzebowaliby mojej pomocy.

* * *

Poniedziałkowe lekcje ciągnęły się niemiłosiernie. Na szczęście najpierw był raczej przyjemny angielski. Pani od angielskiego, Christina, zamiast kazać im wkuwać gramatykę, próbowała namówić wszystkich do zwykłej rozmowy. Była chyba najlepszą nauczycielką angielskiego, jaką kiedykolwiek mieli. Niemal nie znała polskiego albo udawała, że nie zna. Więc najprostsze pytanie było jednocześnie ćwiczeniem. Miła i bardzo cierpliwa, miała nie więcej niż dwadzieścia lat i długie, błyszczące czarne włosy. Jak szybko się zorientowali, jej pasją było uczenie najbardziej klasycznego, brytyjskiego akcentu i starannej wymowy.

Większość uczniów nie wybrała jeszcze dodatkowego języka obcego. Mógł to być niemiecki, francuski, włoski lub hiszpański.

- Założę się, że hiszpańskie dzieci nie muszą się uczyć polskiego - narzekał Net na przerwie, gdy stali przed tablicą ogłoszeń. - Nie wiem, co wybrać. Mógłbym się uczyć eskimoskiego. Pewnie jest bardzo prosty.

- No i jeszcze zajęcia dodatkowe - przypomniała Nika. - Wybierzmy coś, na co będziemy mogli chodzić razem. Myślałam o historii...

- Widziałaś historyka? Zaśniemy - skrzywił się Felix. - Spójrzcie na listę, nic tam nie ma. Kurs kroju i szycia, coś, co się nazywa "Zostań mistrzem origami", nauka gotowania "Pomóż mamie", kurs tańców ludowych. Na szachy chyba się nie zapiszemy, zajęcia ze śpiewu też odpadają. Może fizyka?

- Ja nie wytrzymam - szybko zaznaczyła Nika.

- Może matma? - zaproponował Net. - Mam w głowie cały program matematyki w gimnazjum, aż do końca.

- Po co ci zajęcia dodatkowe z matmy, jeśli jesteś z niej dobry? - zdziwiła się Nika.

- Żeby się nie przemęczać. A co innego zostaje? Z informatyki by mnie wyrzucili za ataki śmiechu. Jest jeszcze trochę czasu na zastanowienie.

Obok stał zrozpaczony Kuba. Chyba miał problemy decyzyjne, a wybranie właściwych zajęć kompletnie go przerosło.

* * *

Dobrnęli do ostatniej lekcji - geografia zapowiadała się interesująco. Niestety, w połowie pani Konstancja Konstantynopolska zaczęła wywoływać uczniów do tablicy, by wskazywali na mapie miasta, których nazwy podawała. Celina, wywołana jako trzecia, z trudem wygramoliła się zza swojego stołu, obciągając na okrągłym brzuszku kusy różowy sweterek. Zawadziła szpiczastym bucikiem o podest przed tablicą i runęła jak długa wprost przed stopy nauczycielki.

- Wygodniej ci będzie odpowiadać na stojąco - poradziła pani Konstancja, której nie drgnął ani jeden mięsień twarzy. Przez salę przebiegły stłumione chichoty.

- Ale rwie się do odpowiedzi - skomentowała cicho Aurelia. - Każdym kilogramem swojego ciała.

- O jeden batonik za daleko - dramatycznie oznajmił Net.

Nika spiorunowała go wzrokiem. Celina wstała i przygnębiona musiała wskazać aż trzy miasta.

Pod koniec lekcji nauczycielka zapowiedziała, że za tydzień będzie test i muszą znać na pamięć nazwy stolic, języki urzędowe i liczby mieszkańców wszystkich państw Ameryki Południowej. W klasie zapanowała ponura atmosfera. Tylko Felix i Net nie stracili humoru. Wymienili porozumiewawcze spojrzenia, uśmiechając się tajemniczo.

- Dyktafon cyfrowy i bezprzewodowe słuchawki - powiedział Felix po dzwonku, jakby to wszystko wyjaśniało.

Nika podejrzewała, co chcą zrobić.

- Zamierzacie ściągać? - zapytała z niedowierzaniem.

- Czemu nie? - Net był zdziwiony. - W jakim celu mam znać liczbę mieszkańców Chile albo Ekwadoru? Wiem, gdzie to sprawdzić w ciągu kilkunastu sekund.

- Może chodzi o ćwiczenie pamięci?

- Znam na to sto lepszych sposobów. Mam w głowie adresy i konfiguracje wszystkich ważniejszych wyszukiwarek internetowych, serwerów pocztowych, pamiętam kody dostępu... Jeżeli chodzi o zajęcia dodatkowe, geografia odpada.

- Jeśli nie będziesz się uczył, zostaniesz kretynem - podsumowała Nika.

* * *

Gdy zabrzmiał ostatni dzwonek, trójka przyjaciół po kryjomu przedostała się na wąskie schody prowadzące na strych. Niestety, drzwi były zamknięte na solidny zamek.

- No to kapota - oznajmił z pewną ulgą Net. - Odwołujemy akcję, a tamtych dwóch omijamy łukiem.

- Niekoniecznie - powiedział powoli Felix, grzebiąc w plecaku. Wyciągnął metalowy przedmiot przypominający bardzo grube pióro wieczne. Zdjął skuwkę i zatknął ją z drugiej strony.

- Chcesz napisać podanie do Stokrotki o udostępnienie nam strychu na tajną siedzibę? - zapytał Net.

- To klucz uniwersalny - odpowiedział Felix i nacisnął przycisk z boku przedmiotu. Z wąskiej przedniej części, z cichym szczęknięciem wysunęło się w różnych kierunkach kilkanaście blaszek. Felix uśmiechnął się, schował blaszki, włożył klucz do zamka i naciskając kilkakrotnie przycisk, kręcił kluczem, aż usłyszeli przesuwające się zapadki. Wyjął urządzenie i przyjrzał się układowi blaszek.

- Zapamiętał wzór zamka - wyjaśnił. - Wieczorem dorobię dla nas zwykłe klucze.

Nika i Net spojrzeli na niego z podziwem. Net nacisnął klamkę i drzwi, z przykrym skrzypieniem, otworzyły się, ukazując ciemność. Na korytarzach było za głośno, by ktoś to usłyszał - starsze klasy miały jeszcze lekcje. Felix wszedł pierwszy i bez powodzenia próbował wymacać włącznik światła. Stwierdził jednak, że wzrok szybko przyzwyczaił się do półmroku, a gdy przeszedł kilka kroków, zrobiło się jaśniej. Światło wpadało przez okrągłe okna w dachu, które dotychczas oglądali tylko z zewnątrz.

Z tyłu trzasnęły drzwi i rozległo się karcące psyknięcie Niki. Net wymamrotał jakieś przeprosiny i oboje ostrożnie podeszli do Felixa. Przed nimi ciągnął się zastawiony starymi gratami zakurzony strych. Poczuli gęsią skórkę i przysunęli się bliżej siebie.

- Klucząc między tymi rupieciami, można pewnie przejść nad całą szkołą - powiedział Net z przejęciem, ale szybko zaznaczył - nie, żebym miał chęć...

- Z wyjątkiem sali gimnastycznej - odparł Felix i wskazał pionową ścianę zaraz za rogiem. - Jest wyższa od reszty pomieszczeń na trzecim piętrze.

Przeszli obok ustawionych bezładnie szaf, minęli kilka bardzo starych ławek szkolnych, takich przedwojennych, z unoszonym blatem i otworem na kałamarz. Za nimi piętrzyły się tekturowe pudła. Na pokrytej kurzem podłodze widać było tylko pojedyncze ślady ginące gdzieś w kącie. Zawrócili. Niedaleko drzwi znaleźli za pudłami wąskie drewniane schodki prowadzące na rodzaj półpiętra, którego podłoga znajdowała się dwa metry ponad podłogą strychu. Było to na oko najciekawsze miejsce, więc niewiele myśląc, weszli tam. Pomieszczenie okazało się jedną z czterech narożnych nadbudówek widocznych z ulicy. Z dwóch stron spadzisty dach dochodził niemal do podłogi, gdzie wstawiono dwa półokrągłe okienka z kilkoma zmatowionymi brudem i starością szybkami. Z trzeciej strony dach nadbudówki przylegał do sali gimnastycznej, a z czwartej - kończył się pionową, drewnianą ścianą oddzielającą ją od reszty strychu. Podłogę i więźbę dachową wykonano z drewna. Przez szpary pomiędzy deskami jednej ze ścian widać było długi zagracony strych. Nadbudówka, pełna starych mebli, miała pięć na pięć metrów. Przy dwóch wyższych ścianach ustawiono przeszklone szafy, których zawartość sugerowała, że nie używano ich od kilkudziesięciu lat. Wokół dostrzegli wielki pęknięty globus, jakieś archaiczne przyrządy do fizyki, w tym stylowo wyglądającą maszynę elektrostatyczną, i... szkielet ludzki na stojaku. Były też wypchane zwierzęta, nadjedzone przez mole: duża sowa, orzeł przedni i lis. Wszystko pokrywała bardzo gruba warstwa kurzu. Zapewne nikt tu nie wchodził od dziesięcioleci.

- Będzie niezłe - stwierdził Felix. - Możemy się umówić, że to jest wieża.

- Wystaje nad dach najwyżej pół metra - ocenił Net.

- Ale wieża dobrze brzmi - zadecydowała Nika. - Tylko szkielet musicie stąd zabrać.

- No co ty, szkielet jest najlepszy - zaprotestował Net, ale spojrzenie Niki powstrzymało go przed dalszymi zachwytami.

Postanowili na razie nie zapuszczać się w dalsze części strychu.

- Ciarki mnie przechodzą na samą myśl, że mamy tu wrócić - mruknęła Nika, obchodząc szkielet dużym łukiem. Kostki w jego dłoniach zaklekotały w rytm kroków dziewczyny.

- Po zastanowieniu... może rzeczywiście wybierzmy jakieś przytulniejsze miejsce - zaproponował Net, przełykając ślinę.

- Wszędzie tak będzie - powiedział Felix, zdejmując plecak.

Wciągnęli po schodach kilka sparciałych materacy gimnastycznych, dziurawych koców i niski stolik w całkiem niezłym stanie, jeśli nie zwracać uwagi na brak jednej nogi. Podparli go paroma cegłami. Obok jednego z okien zauważyli gniazdko elektryczne. Jeśli działało, mieli rozwiązany problem zasilania i oświetlenia. Na koniec Nika zmusiła Felixa do wyniesienia szkieletu gdzieś w niewidoczne miejsce.

- Pierwszy punkt planu wykonany - oznajmiła, wycierając stolik z kurzu. - Mam nadzieję, że nie ma tu pająków.

Net uśmiechnął się złośliwie, rzucając porozumiewawcze spojrzenie w stronę Felixa.

- Wygląda w miarę bezpiecznie - stwierdził Felix, rozglądając się. - Trzeba teraz jakoś przetransportować sprzęt. Wszystko nie zmieści mi się do szkolnego plecaka. Pamiętajcie o podstawowych zasadach konspiracji. Nikt nie może widzieć, jak wchodzimy na te schody.

* * *

Następnego dnia po lekcjach spotkali się w domu Felixa. Dopiero teraz przyjaciele mieli okazję obejrzeć jego pokój. Przypominał odrobinę warsztat - na długim blacie, oprócz przedmiotów zwykle znajdujących się na biurku gimnazjalisty, przykręcone było imadło, leżały wiertarka, lutownica, szlifierka, a pod spodem stało kilka kuferków z narzędziami. Mimo to pokój był sympatyczny i przytulny, a bałagan nie przekraczał norm przyjętych dla statystycznego nastolatka.

- Wejdziemy do szkoły od tyłu - powiedział Felix. - Tylne wejście prowadzi przez szatnię, a stróż nocny pewnie siedzi w portierni i ogląda mecz.

- No, fakt. Słyszałem, że pan Sylwester jest kibicem - przypomniał sobie Net. - Ale i tak może nas zobaczyć przy schodach na piętro.

- No to czeka nas chwila emocji. Sprawdziłem w programie telewizyjnym. Mecz zaczyna się o siódmej. Mamy mnóstwo czasu. Najpoważniejszy problem to kamery nad drzwiami. Obserwują chodnik prowadzący do wejścia.

- Zauważyłem je - powiedział Net, nie kryjąc dumy. - Napisałem jakiś czas temu krótki programik. Powinien sobie z nimi poradzić.

- Wirusy też piszesz? - zapytał Felix.

- Napisać wirusa potrafi byle głupek. Nie zajmuję się takimi rzeczami. Mój program na jakiś czas zapętli obraz z kamery. W nocy nikt tego nie zauważy, a potem, nawet jak się dopatrzą, nic nam to nie zaszkodzi.

Wyjął swój laptop i połączył go kablem z gniazdkiem telefonicznym.

- Czy to nie jest aby włamanie? - zaniepokoiła się Nika. - Możemy pójść do więzienia.

- Jesteśmy nieletni - zbagatelizował Net, z wysuniętym językiem wstukując do komputera szeregi liczb. - Zresztą, nic nie kradniemy. Wręcz przeciwnie, wnosimy nowe rzeczy.

- To mi może zrujnować karierę - jęknęła z rezygnacją Nika.

Felix dał przyjaciołom dorobione klucze. Spakowali sprzęt do plecaków i zeszli do hallu.

- Za godzinę zaczyna się mecz - stwierdził Felix, zerkając na zegarek. - Nie musimy się spieszyć.

- Nigdzie nie pójdziecie, serdeńka, dopóki nie zjecie zupy - oznajmiła kategorycznie babcia Lusia, zagradzając im drogę i wskazując stół w jadalni, na którym stały trzy talerze pełne parującego rosołu z babcinym makaronem. - To już pora mocno poobiednia. Musicie jeść, żeby mieć siłę na naukę.

Trudno było odmówić, tym bardziej że widząc zupę, w której pływały kawałki kurczaczka i marchewki, a wszystko pachniało oszałamiająco, naprawdę poczuli głód.

- Pierwsza zasada - powiedział cicho Felix, gdy usiedli do stołu - jak ktoś skończy, to niesie talerz i wstawia do zlewu.

- Żeby babcia nie musiała nosić? - zapytała Nika.

- Nie. Jak tego nie zrobisz, to będziesz dostawać dolewki zupy, aż eksplodujesz.

Kwadrans później zjedli jeszcze budyń i ciasteczka, wszystko popili domowej roboty kompotem z wiśni, po czym wreszcie wyszli przed dom, gdzie leżały rowery.

- Teraz to już musimy się spieszyć - odetchnął głęboko Felix, klepiąc się po brzuchu.

* * *

Tylna furtka w szkolnym ogrodzeniu była zamknięta, ale wystarczyło ją lekko unieść, by skobel zamka wyskoczył z otworu w pogiętej framudze. Zamknęli za sobą furtkę, ukryli rowery w krzakach i ostrożnie ruszyli w stronę drzwi. W świetle zachodzącego słońca stare drzewa wyciągały szponiaste gałęzie, jakby chciały ich porwać w zalegające pod nimi gęste cienie. Szkolny ogród był zapuszczony i przypominał dżunglę. Jego skrajem, wzdłuż muru wiodła wąska ścieżka. Prowadziła do schodków, schodzących do tylnych drzwi, a używanych chyba tylko przez robotników wykonujących okresowe remonty.

- Jesteś pewien, że twój program działa? - zapytał Felix, zerkając na kamerę nad drzwiami. Na szczęście lampa przymocowana do muru nie zapaliła się jeszcze.

- Nie mogę tego sprawdzić - szepnął Net. - Ma nam dać dwie godziny, a potem sam się skasuje.

Felix wyjął klucz uniwersalny i po chwili drzwi stanęły otworem. W długim korytarzu prowadzącym do szatni było niemal całkiem ciemno. Mroczne odnogi korytarzy wyglądały teraz jak wyloty smoczych jam. Zbici w ciasną gromadkę, dotarli niemal po omacku do schodów.

W hallu paliło się kilka lamp. Zza lady portierni dochodził podekscytowany głos komentatora sportowego. Telewizor rzucał na ściany niebieskie odblaski. Widać było też czubek głowy Sylwestra, kiwającej się w rytm akcji na boisku.

Przyjaciele wahali się. Nie mieli obaw, że stróż ich usłyszy. Nie usłyszałby nawet odrzutowca lądującego przed szkołą. Mógł jednak przypadkiem wstać i odwrócić się. W końcu podjęli decyzję i przemknęli na wyższy ciąg schodów. Dotarli na strych. Felix wyjął z plecaka małą puszkę sprayu i psiknął kolejno na zawiasy. Net włożył do zamka swój klucz. Pasował i gładko się przekręcił. Drzwi otworzyły się bez najmniejszego skrzypnięcia.

Gdy Felix z Netem rozstawili sprzęt i testowali małe monitorki i urządzenia do zdalnego sterowania, za oknem zrobiło się już ciemno. Wszystko ukryli w otwieranej szafce, by w razie niespodziewanej wizyty zamknąć tylko drzwiczki.

Felix z duszą na ramieniu wyszedł jeszcze, by zamocować mikrokamerę nad oknem schodowym, na wprost drzwi na strych.

- Teraz tylko musimy podsunąć im coś, co zabiorą do swojej kryjówki - powiedziała Nika. - To nie może być moneta, bo ją wydadzą. W ogóle to musi być coś dużego, ale niezbyt cennego.

- Dlaczego niezbyt cennego? - zapytał Net, poprawiając okulary.

- Bo empetrójki ci nie ukradną - wyjaśniła. - Wiedzą, że poszedłbyś do dyrektora. Co innego piłka albo breloczek.

- Mogę poświęcić latarkę - powiedział po namyśle Felix. - Świeci kilkoma kolorami, ma opcję migania. To musi im się spodobać.

Nika trąciła go ramieniem i wskazała na monitor. Najpierw Felix nie zorientował się, o co chodzi. I dopiero po chwili dostrzegł łysinę Sylwestra wyłaniającą się z dołu ekranu. Dziewczyna z przerażeniem ścisnęła rękę Felixa. Net też już to zobaczył, skulił się i wcisnął w kąt. Monitor pokazywał teraz plecy woźnego wkładającego klucz w zamek drzwi od strychu. To był on, nie sposób było się pomylić. Nosił te śmieszne spodnie, jakie czasem noszą starsi panowie, z paskiem z niewyjaśnionych przyczyn umieszczonym niemal pod pachami. Teraz wyraźnie usłyszeli chrobot zamka. Felix rzucił się, by zamknąć szafkę, i ich centrum dowodzenia utonęło w ciemności.

- Przerwa meczu - szepnął.

Przytulili się do siebie w najgłębszym kącie swojej kryjówki. Gdzieś zapaliło się światło. Kroki zbliżyły się i zatrzymały. Net sam zasłonił sobie ręką usta, by nie wydać żadnego głosu. Ze wszystkich sił próbował nie kichnąć, bo łaskotały go w nos rude loki Niki. Brzęknęło szkło i rozległo się zadowolone pomrukiwanie. Kroki oddaliły się, zgasło światło i trzasnęły drzwi. Felix otworzył szafkę i wszyscy zobaczyli na monitorze woźnego schodzącego po schodach. W ręku trzymał... butelkę wina.

Net kichnął, aż wszyscy podskoczyli.

- Nasz strych nie jest tylko nasz - stwierdził. - To jego ślady widzieliśmy za pierwszym razem.

- On pije w pracy - oburzyła się Nika.

- Też byś piła, gdybyś musiała siedzieć całą noc w takim wielkim budynku - powiedział Net. - Zresztą gość ma przechlapane życie.

- Czemu?

- Pomyśl tylko. Imieniny trzydziestego pierwszego grudnia. Dwie imprezy naraz. Myślisz, że ktoś przyniesie prezent na zabawę sylwestrową? To musiało zostawić ślad na psychice... Do tego pracuje w nocy, a śpi w dzień, kiedy wszyscy hałasują... ale to nawet lepiej - zastanowił się z chytrą miną. - Gdyby nas przydybał, to i tak nikomu nic nie powie, bo będzie się bał, że my wygadamy o winie.

Nika z niesmakiem pokręciła głową.

- A może on pije, bo tu... straszy? - dodał cichutko Net, wciskając się w kąt. - Och, po co ja to powiedziałem...

Nika uczepiła się tym razem rękawa Neta. Siedzieli, wsłuchując się w ciszę.

- Wynośmy się stąd, zanim rodzice zaczną nas szukać - powiedział Felix, otrząsając się z ponurego nastroju.

- Nie możemy zaczekać tu już do rana? - zaproponował Net, wyobrażając sobie drogę przez ciemny strych, piwnice i na koniec przez ogród. I sam sobie odpowiedział - nie, nie, wolę to chyba mieć już za sobą...

Powrót nie wydawał się trudny, jeśli nie liczyć strachu przed nieznanym.

- Czuję na plecach obecność tego szkieletu - szepnęła Nika, gdy wstali.

- Przecież go wyniosłem - zdziwił się Felix.

- I teraz czai się gdzieś za rogiem...

- Mogę go przynieść.

- Nie, nie! Już wolę, jak się tak czai...

Zamknęli za sobą drzwi i jak najciszej zeszli na parter. Pan Sylwester siedział w głębokim fotelu, znad lady znów wystawał mu tylko czubek głowy. Powrót całkiem już ciemnymi podziemiami był jeszcze mniej przyjemny. Drżące światło latarki bojaźliwie zaglądało w mroczne zakątki. Nagle, jakieś oczy błysnęły w głębi korytarza. Nika krzyknęła i wskoczyła Netowi na ręce. Ten ledwie utrzymał równowagę. Echo krzyku powróciło odbite od końca korytarza.

- To tylko szczur - wycedził przez zęby Net, z wysiłkiem starając się jej nie upuścić. - Boi się nas bardziej niż my jego.

- Biegiem! - szepnął Felix.

Z góry doszedł ich odgłos szybkich kroków. Dobiegli, najciszej jak mogli, do połowy korytarza, ale kroki pana Sylwestra dudniły już na schodach. Rzucili się więc w bok, w wąską wnękę. Zgasili latarkę, przytulili się do siebie i oparli o jakieś drzwi.

- Szczury... - wysyczał z niesmakiem stróż. Omiótł latarką dalszą część korytarza, najwyraźniej nie mając ochoty sprawdzać, co tam jeszcze może się kryć.

Czekali, wstrzymując oddech, ale dochodziły ich jedynie stłumione odgłosy meczu. Ostrożnie wyjrzeli na główny korytarz.

- Spróbuj więcej tego nie robić - Net powoli powiedział do Niki i dodał ciszej - nie powinno się brać dziewczyn na taką akcję.

Nika wzruszyła ramionami i obrażona ruszyła w stronę drzwi. Zaraz przypomniała sobie jednak, że się trochę boi, zawróciła i stanęła między chłopakami.

- Idziecie? - zapytała.

Chwilę później zamknęli za sobą drzwi wejściowe i odetchnęli wieczornym powietrzem. W świetle księżyca nawet wykrzywione wiekiem konary drzew zdziczałego ogrodu wyglądały mniej strasznie niż oczy szczura w korytarzu. W górze migał światłami pozycyjnymi pasażerski odrzutowiec. Jego szum przebił się przez odgłosy miasta i dotarł aż do ziemi. To przywróciło ich do rzeczywistości. Wyprowadzili rowery za furtkę.

- Jutro na długiej przerwie zaczynamy - zdecydował jeszcze Felix i rozjechali się do domów.

* * *

Pierwsza lekcja biologii w nowej szkole zrobiła na wszystkich wrażenie. Sala była lekko przyciemniona drewnianymi żaluzjami w oknach. Kilka lamp podświetlało przeszklone regały i gablotki pełne okazów egzotycznych roślin i zwierząt. Zwierzęta w znakomitej większości były wypchane, ale i tak wyglądały groźnie.

Net zatrzymał się przed wielką szybą, ścianą płaskiego szklanego zbiornika wstawionego pionowo w regał, i uniósł brwi. Jego wnętrze wyglądało, jakby ktoś nasypał tam ściółki leśnej: patyczków, zbrązowiałych kolek i pokruszonych liści. Wewnątrz tej sterty śmieci coś się poruszało w niezliczonych korytarzykach.

- Łał... - szepnął Net sam do siebie. - W tym śmietniku zalęgły się mrówki faraona.

- To terrarium - wyjaśnił zza jego pleców Wiktor. - Wewnątrz jest mrowisko. To białe na dole to jaja.

- Powaga? - zdziwił się Net. - Akwarium bez wody pełne mrówek. Zawołaj jakąś dziewczynę... ale będzie wrzask.

Dziewczyny i tak miały nietęgie miny, bo prócz terrarium z mrówkami były i takie z pająkami i wężami. A w kilku akwariach nie wszystkie stworzenia były złotymi rybkami.

Odwrócili się na dźwięk otwierających się drzwi od zaplecza.

- Dżizas... - jęknęła Klaudia.

Profesor Butler był chudy i niepozorny, miał ponad czterdzieści lat. Jego poplamiony fartuch jakiś czas temu pewnie musiał być biały. Siwe włosy były nieco za długie i nieco za rzadkie. Szczerze mówiąc, były również nieco za tłuste. Zwisały z głowy, jakby właśnie wszedł tu z deszczu. Okulary w przezroczystych oprawkach musiały być szczytem lansu przed trzydziestu laty.

- Witam - powiedział profesor, otwierając dziennik. Pod paznokciami nauczyciela można było dostrzec żałobne obwódki. - Siadajcie.

Uczniowie w milczeniu zajęli miejsca, a Nika szepnęła na ucho Felixowi:

- Jeśli o mnie chodzi, to zajęcia dodatkowe z botaniki z tym obleśniakiem nie wchodzą w grę.

- No - zgodził się Net. - Pewnie obsmarkuje uczniów za nieodrobienie pracy domowej.

Profesor Butler na pierwszej lekcji nie zrobił sekcji żaby ani nie pokazał żadnych obrzydliwości ze swoich tajnych zbiorów, których pełne było, jeśli wierzyć plotkom, jego zaplecze. Przeprowadził w zasadzie normalne zajęcia, a jednak było w nim, i ogólnie w sali do biologii, coś, co zaraz po dzwonku kazało wszystkim pospiesznie spakować się i wyjść na korytarz.

- On nas jeszcze zaskoczy - zawyrokował Felix.

- Chyba wypuszczając tarantulę podczas klasówki - podsunął Net.

* * *

Przed długą przerwą znów siedzieli w swojej kwaterze głównej na strychu.

- Kto ma iść na wabia? - zapytała Nika, obracając w rękach latarkę.

Spojrzenia chłopców wystarczyły jej za odpowiedź.

- Ładnie - powiedziała. - Kobietę samą puszczacie?

- Nie masz się z nimi bić, tylko położyć latarkę na ich drodze - wyjaśnił Net.

- Sprawdziliśmy ich plan lekcji - powiedział Felix. - Przed długą przerwą mają zajęcia w sali tuż za zakrętem korytarza. Niemal na pewno pójdą w kierunku sklepiku. Postawisz migającą na pomarańczowo latarkę na parapecie i odejdziesz.

- Jak znam życie, pierwsi wypadną z klasy - dodał Net. - Włączę dzwonek, gdy tylko miniesz róg.

- OK - zgodziła się Nika, ale po chwili zmarszczyła brwi i zapytała - zaraz, zaraz... Skąd będziecie wiedzieli, że minęłam róg?

Felix uśmiechnął się tajemniczo.

- Umieściłem dodatkową kamerę za okienkiem hydrantu - powiedział, pstrykając przyciskiem przy jednym z monitorów, który wyświetlił obraz korytarza na pierwszym piętrze.

- Dobrze - zgodziła się Nika - ale jesteście mi winni lody. Za poświęcenie.

Wyszła, ściskając w ręku latarkę. Net połączył się z komputerem szkoły i przygotował do przestawienia zegara.

- Najcięższe są baterie - powiedział Felix. - Starczają na dwadzieścia minut lotu.

- Więc musimy się streszczać - stwierdził Net. - Gdzie jest mikrohelikopter?

- Na wierzchu gabloty w hallu.

- Jest... - Net wskazał monitor.

Zobaczyli Nikę, jak idzie korytarzem, stawia latarkę na parapecie i włącza migacz. Pomachała do kamery i odeszła. Gdy minęła róg, Net nacisnął "Enter" i rozległ się dzwonek. Nim ucichł, drzwi klas zaczęły się otwierać.

- Są! - krzyknął Net i wskazał dwie sylwetki zbliżające się szybkim krokiem. Zgodnie z przewidywaniami, Marcel i Ruben jako pierwsi dotarli do migającej latarki. Marcel chwilę się jej przyglądał i wyszczerzył w uśmiechu wystające zęby. Wziął latarkę z parapetu, mówiąc coś do innych uczniów. Nie było wiadomo co, bo kamera nie miała mikrofonu. Potem chłopak ruszył w kierunku schodów.

- OK, uruchamiam helikopter - powiedział Felix.

Sięgnął po zdalne sterowanie i włączył monitor. Zamarł z ręką w połowie następnego ruchu. Obraz z kamery mikrohelikoptera był osobliwy. Przedstawiał jakiś pognieciony papier, kawałek materiału w kwiatki i przesuwający się sufit. W dolnej części kadru widać było jasny trójkąt z dwiema czarnymi dziurami.

- Houston, mamy problem - powiedział zdziwiony Felix, patrząc na leżące przed nim zdalne sterowanie. - Jeszcze nie wystartowałem.

- To jest... - Net zmrużył oczy. - To jest... fartuch pani Pumpernikiel, naszej sprzątaczki, a to z dziurami to chyba jej nos. Widziany od dołu... Jezu! Ona ma włosy w nosie!

- Helikopter jest w jej kieszeni! - powiedział z niedowierzaniem Felix. - Musiała ścierać kurz z gabloty i go znalazła. Akurat dziś...

Wyłączył monitor, westchnął i zrezygnowany oparł się o regał.

- Nic nam nie wychodzi - jęknął.

Zaczekali na Nikę, żeby zdać jej relację, ale gdy kilka minut później wróciła, nie dała im dojść do słowa.

- Czułam, że coś nawali i po prostu poszłam za nimi - oznajmiła. - Znalazłam ich kryjówkę. I uważajcie: to są te drzwi, przy których schowaliśmy się wczoraj w nocy.

Chłopcy spojrzeli na siebie.

- Co więcej - kontynuowała - zostawili je niedomknięte, więc zajrzałam do środka. To jakiś zapomniany składzik. Bawili się tą latarką, a potem odstawili ją na podłogę. Mają tam mnóstwo różnych rzeczy. Nie zdążyłam przyjrzeć się dokładniej.

Net popatrzył na Nikę z większym szacunkiem niż przed chwilą.

- No to dwa pierwsze punkty planu zrealizowaliśmy - ocenił Felix. - Pomyślmy, jak niepostrzeżenie wszystko stamtąd wynieść. Musi być tego cała góra.

- A w jaki sposób oddamy wszystko właścicielom? - zapytał Net. - Wystawimy w sklepiku czy jak?

- Może w ogóle nic stamtąd nie wynośmy - zaproponowała Nika. - Zróbmy zdjęcia tych przedmiotów i wywieśmy je w szkolnej gablocie, wraz z mapką dojścia do kryjówki. Marcel i Ruben raczej nie interesują się zawartością gablot.

- Hm... Może zabieranie dziewczyny na akcję nie było aż tak złym pomysłem - z szacuneczkiem rzucił Net, a Nika uśmiechnęła się i spuściła wzrok.

Felix patrzył to na nią, to na niego, ale nic nie powiedział.

Net wyjął laptop i wklepał na klawiaturze: "Jeżeli chcesz odzyskać swoją własność, przyjdź pod wskazane drzwi dziś na długiej przerwie".

- Co myślicie? - zapytał.

- Doskonale - pochwaliła Nika i tym razem to Net uśmiechnął się skromnie. - Ale jak zrobimy zdjęcia? Jakoś nie mam ochoty znów tu przychodzić po zmroku...

- Możemy tylko na bieżąco obserwować obraz z kamer - powiedział Felix. - Nie przewidziałem możliwości zapisu.

- Mam pomysł - powiedział Net. Wyciągnął jakiś kabel i podał go Felixowi. - Wetknij to w gniazdo obok monitora.

Felix zrobił to, nie całkiem rozumiejąc, o co chodzi, a Net wetknął drugi koniec do laptopa i zaczął w nieprawdopodobnym tempie uderzać w klawisze. Po chwili na ekranie komputera pojawił się obraz identyczny z tym z Felixowego monitora.

- Teraz możemy wszystko nagrać - wyjaśnił Net. - Wybrane klatki wydrukuję w domu.

- Pamiętajcie, że straciliśmy helikopter - przypomniała Nika.

- Użyjemy pełzacza - zakomunikował Felix i wyciągnął z dna plecaka coś, co wyglądało jak kawałek podwójnego łańcucha rowerowego z kilkunastoma malutkimi kółkami. - Jeśli tam nie ma progu, to jest szansa, że się przeciśnie pod spodem.

- O! - zainteresował się Net. - Nie pokazywałeś tego wcześniej. Jak to działa?

- Zaraz zobaczycie.

Felix wyciągnął z plecaka mieszczące się na dłoni pudełeczko z dwoma joystickami i anteną. Położony na materacu pełzacz ożył, posłuszny poleceniom zdalnego sterowania. Zjechał, czy raczej spłynął jak stonoga z materaca i bez problemu wpełzł na następny.

- Obrzydlistwo - wzdrygnęła się Nika.

- Może podchodzić pod przeszkody wysokie na kilka centymetrów - wyjaśnił Felix. - Ale po schodach potrafi tylko zejść.

- Chciałabym wam zwrócić uwagę - odezwała się Nika - że właśnie zawalamy kolejną lekcję.

Rozległ się dzwonek.

- Musimy mieć puste korytarze - powiedział Felix - bo jeszcze ktoś rozdepcze pełzacza. Ty lepiej idź, żebyśmy mogli od ciebie przepisać.

- O nie! - zaprotestowała. - Robimy to wspólnie. Przepiszę wszystko od Celiny.

Felix, obserwując na monitorze obraz z mikrokamery, poruszał joystickami na zdalnym sterowaniu. Stare szafy wyglądały jak wieżowce oglądane z kabiny wyścigowego samochodu. Pełzacz poruszał się szybko i w ciągu kilku chwil dotarł do drzwi strychu. Przedostał się pod nimi i zaczął zeskakiwać ze schodów. Kilka razy się przewrócił, ale wyginając się, za każdym razem powracał do właściwej pozycji.

Od patrzenia w rytmicznie kołyszący się obraz zakręciło im się w głowie. Na parterze musieli zrobić krótką przerwę. Gdy ponownie spojrzeli na monitor, zamarli. Ekierka, ich matematyczka, patrzyła w dół, prosto w kamerę i wrzasnęła, to znaczy można się było domyślić, że wrzasnęła, bo na ekranie widać było tylko, jak jej oczy robią się coraz większe i szeroko otwiera usta. Potem zobaczyli, jak z przedziwną dla niej prędkością biegnie w stronę pokoju nauczycielskiego.

- Myśli, że to wielki robal - zaśmiał się Net.

- Bidulka - szepnęła Nika.

- Niedobrze - powiedział Felix z poważną miną. - Jak wpadną na pomysł robienia tu dezynsekcji, to zrobią też porządek na strychu.

Pełzacz zawrócił i pokonał schody do piwnicy. Obok przebiegł spóźniony uczeń, ale nie zauważył przesuwającego się wzdłuż listwy podłogowej małego robota. Została jeszcze długa prosta i pełzacz pokonał ją w kilka sekund, po czym skręcił w zaułek. Przyjaciele odetchnęli z ulgą - pod drzwiami była szczelina.

- Za bardzo się wczułem - westchnął Net. - Mam wrażenie, jakbym był bardzo, bardzo malutki.

Pełzacz przejechał pod drzwiami i znalazł się w... całkowicie ciemnym pomieszczeniu.

- O tym nie pomyśleliśmy... - westchnęła Nika.

- Kapota - przyznał Net. - To kamera tylko do światła dziennego.

Felix zmarszczył brwi i pokrętłem przy monitorze zwiększył kontrast, wyławiając z ciemności ledwie kontury otoczenia. Nagle pchnął dźwigienki zdalnego sterowania i uderzył pełzaczem w najbliższy przedmiot.

- Rozwalisz go - ostrzegł Net, ale Felix powtórzył manewr.

Za czwartym razem obraz zaczął równomiernie błyskać.

- Nie mówiłem... - powiedział zrezygnowanym tonem Net.

- Nie, dobrze! - krzyknęła prawie Nika.

Net zrozumiał, o co chodzi - pełzacz włączył migacz latarki. Chłopiec wziął na kolana laptop i zaczął nagrywać obraz. Po objechaniu pomieszczenia wokół udało się zapisać zdjęcia większości ukradzionych przez Marcela i Rubena przedmiotów.

- Wystarczy - zadecydował Felix i wyprowadził pełzacza na zewnątrz, by go ukryć pod kaloryferem i potem zabrać.

- Jutro, po pierwszej lekcji, wywiesimy to w gablocie - dodał Net, chowając komputer.

Nika zajęta była pleceniem warkocza z przeciętej na trzy części zapasowej sznurówki swojego martensa.

- Co robisz? - zapytali jednocześnie.

- Tworzę imitację pełzacza - wyjaśniła. - Położymy ją tam, gdzie widziała ją Ekierka.

Chłopcy pokiwali głowami z minami "Też byśmy na to wpadli, ale za chwilę".

* * *

Następnego dnia wchodząc do szkoły za pięć ósma, usłyszeli dzwonek.

- Połowa klasy ma już spóźnienia - stwierdził Felix, rozglądając się po hallu, w którym zapanowało nagle straszne zamieszanie.

- Nie przestawiłem zegara! - Net palnął się dłonią w czoło, aż klasnęło. - Całe pięć minut. Próbówka nie daruje pięciu minut.

I tak trzeba było najpierw zejść do szatni, bo wejście na lekcję chemii w kurtce było gorsze od spóźnienia. Biegnąc, minęli Ekierkę, która pomimo znalezienia sznurówki i tak postanowiła spryskać podejrzaną okolicę mrówkozolem. Kiedy wpadli do sali, okazało się, że chemiczka też dała się zaskoczyć wcześniejszemu dzwonkowi i weszła zaledwie kilka sekund przed nimi.

Próbówka nie była złośliwa, ale nie lubiła braku punktualności. Zwykle patrzyła na spóźnialskich prześwietlającym wzrokiem, a oni mogli być pewni, że przed końcem lekcji zostaną wezwani do tablicy. Tym razem machnęła tylko ręką, wskazując im, by usiedli. Poprawiła pobieżnie jasne włosy i usiadła za biurkiem.

- Muszę porozmawiać z panem Eftepem - oświadczyła, by ukryć zakłopotanie. - Z tymi dzwonkami ostatnio dzieje się coś dziwnego.

Net uśmiechnął się pod nosem.

- Zabezpieczy lepiej system - szepnął mu na ucho Felix, gdy usiedli.

- Nie sądzę - odparł Net. - Wymieni baterię podtrzymującą zegar i tyle.

Wybita z nastroju Próbówka całkiem niechcący przeprowadziła interesującą lekcję, chociaż trójka przyjaciół myślami wybiegała już do szczęśliwego zakończenia całej historii.

Kilka minut przed końcem lekcji Felix włożył wydruki pod bluzę, a rolkę taśmy klejącej do kieszeni i podniósł rękę.

- Tak, Felixie? - zapytała Próbówka sponad zsuniętych na nos okularów. Chemiczka była chudą kobietą po pięćdziesiątce i patrzyła zazwyczaj w ten sam, prześwietlający myśli i zamiary sposób, jakby chciała powiedzieć "I tak wiem, że coś kręcisz".

- Ja muszę wyjść - powiedział Felix.

- Za pięć minut jest dzwonek... jeśli tym razem będzie o czasie.

Net klasnął się w czoło i zaczął grzebać w plecaku, by przywrócić szkolnemu komputerowi właściwą godzinę.

- Ale ja muszę... - jęknął Felix, przestępując z nogi na nogę.

- Dobrze, już dobrze.

Felix wybiegł z sali i stwierdził, że bardzo dobrze udawał, że chce mu się siusiu. Tak dobrze, że naprawdę musi najpierw pójść do toalety. Chwilę później, gdy z niej wychodził, natknął się na niosącą kubeł i mop panią Pumpernikiel i przypomniał sobie o helikopterze, który teraz pewnie służył już do zabawy dzieciom sprzątaczki. Tego nie można tak zostawić, pomyślał. Doszedł do jednej z gablot, których nie było widać z portierni, i rozejrzał się. Podważył scyzorykiem drzwiczki i bez otwierania zamka uchylił je. Oparł szybę o czubek głowy i używając rąk i zębów, przedarł scotch na kawałki i przykleił nim wszystkie arkusze. Zamknął gablotę w ten sam sposób, podważając ostrzem noża. Cofnął się, by ocenić swoje dzieło. Jeden obrazek był naklejony do góry nogami, ale chłopak nie chciał dalej ryzykować. Zresztą, właśnie rozległ się dzwonek.

Felix udał zainteresowanie inną gablotą, w której wisiały zdjęcia wszystkich dyrektorów szkoły. Były czarno-białe, a jedynie zdjęcie dyrektora Stokrotki przyciągało wzrok kolorami dyrektorskiej jaskrawożółtej muchy w niebieskie grochy.

Początkowo nikt nie zauważał nowej ekspozycji, ale pod koniec przerwy Felix usłyszał:

- Moja piłka!

- Widzę mój samochód - dodał ktoś inny.

Felix pomyślał, że może za wcześnie to wywiesili i Marcel albo Ruben mogą coś zwęszyć, ale dla nich zawartość gablot była tak samo interesująca, jak farba na ścianie. Przeszli tuż obok, w ogóle nie zwracając uwagi na uczniów oglądających zdjęcia.

* * *

Przyjaciele zeszli do piwnicy i z pewnej odległości obserwowali kilkunastoosobową grupę kłębiącą się przed kryjówką Marcela i Rubena. W końcu ktoś zastukał w drzwi. Otworzyły się i ukazała się w nich wściekła twarz Rubena. Na widok tylu uczniów chłopak w panice skulił się, próbując cofnąć się do środka. Niestety drzwi wyślizgnęły mu się i otworzyły na całą szerokość, odsłaniając jasno oświetlone pomieszczenie pełne skradzionych przedmiotów. Grupa wahała się tylko ułamek sekundy, po czym naparła na Rubena i wepchnęła go do środka. Rozległy się okrzyki radości właścicieli, którzy odnaleźli swoje ulubione zabawki i gadżety. Marcel i Ruben wymknęli się na czworakach i z przerażonymi minami uciekli.

Gdy Felix zbliżył się do drzwi, większość uczniów już wychodziła. Chwilę później pozostały puste półki i porozrzucane drobiazgi.

- Znalazł się też jakiś "właściciel" twojej latarki - zauważyła smutno Nika, stając obok. Podała Felixowi pełzacza.

- Może źle to wszystko zrobiliśmy - westchnął Felix. - Pewnie dużo rzeczy nie trafiło do swoich właścicieli.

- Przedtem nic nie było u właściciela. Zrobiliśmy tyle, ile mogliśmy.

- Pogodziłem się ze stratą piętnastu złotych - powiedział Felix, biorąc się w garść - nawet ze stratą latarki, ale helikoptera nie daruję.

- Co chcesz zrobić? - zapytał Net. - Jest już w domu Pumpernikiel. Pewnie bawią się nim jej dzieci.

- Może go jeszcze nie zepsuły.

Ruszył w stronę schodów. Nika spojrzała na Neta, ale ten wzruszył ramionami.

Zachowując tradycyjne już środki ostrożności, dotarli do kwatery głównej. Felix włączył monitor i wybrał częstotliwość kamery helikoptera. Obraz śnieżył, ale można było rozpoznać pokój dziecięcy i drzwi.

- Ponad kilometr - stwierdził Felix. - Może być za daleko dla zdalnego sterowania, ale nie mamy czasu, by szukać lepszego miejsca.

Na monitorze drzwi do pokoju otworzyły się i wbiegli przez nie dwaj chłopcy. Mieli może po sześć lat. Jeden z nich sięgnął po helikopter i zaczął biegać wokół pokoju, udając, że lata.

- Zaraz go rozwali. - Felix zacisnął zęby.

Włączył zdalne sterowanie i położył kciuki na dźwigienkach.

- Czekaj - ostrzegł go Net. - Dopóki go trzyma, nic nie zrobisz.

Patrzyli więc bezsilnie, jak chłopiec wykonuje wymyśloną misję, jak drugą ręką rozwala domki z klocków, pozorując trafienia rakietami. Potem helikopter udawanymi strzałami rakiet przeciwpancernych poprzewracał resorowce.

- Teraz! - krzyknęła Nika, a Felix odruchowo uruchomił śmigło. Na monitorze widać było, jak ręce drugiego chłopca próbują złapać helikopter. Zapewne jego brat w tej właśnie chwili rzucił go. Helikopter wzbił się pod sufit i zaczął krążyć.

Usta chłopców wykonały charakterystyczne "Łał!", po czym obaj zaczęli podskakiwać, aby dosięgnąć zabawki. Felix starał się nie zawadzić o nic, jednocześnie nie dając się złapać. Nie należało to do łatwych zadań, bo obraz był nie najlepszej jakości, a zdalne sterowanie działało na taką odległość niezbyt precyzyjnie.

Nagle jeden z chłopców wybiegł z pokoju. Kiedy wrócił po chwili, trzymał wędkarski podbierak, czyli siatkę na patyku.

- No to po nas - westchnął Felix, z trudem unikając pierwszego zamachu podbierakiem.

- Lufcik! - krzyknął Net. - Jest uchylony!

Przed kamerą ponownie mignęła siatka. Felix skręcił w stronę okna, wykonał popisowy manewr i wyleciał na zewnątrz przez wąską szczelinę. Nie było czasu na wiwaty, bo wiatr od razu zakręcił małym pojazdem.

- Gdzie jesteśmy... znaczy, gdzie on jest? - zapytał Net.

- Czy ja wiem - zastanowiła się Nika. - Wygląda znajomo.

Helikopter, walcząc z wiatrem, wzniósł się ponad wierzchołki drzew i powoli obrócił. Powyżej budynków dojrzeli na monitorze szkołę. Felix pchnął stery i helikopter skierował się w stronę bazy. Nie był zbyt szybki, a do tego leciał pod wiatr. Trwało ładnych parę minut, nim pokonał połowę drogi.

- Otwórzcie okno - polecił Felix.

Net uchylił jedno skrzydło półokrągłego okienka i wraz ze świeżym powietrzem dotarł do nich dźwięk syreny policyjnej.

- Ciekawe, co tam się dzieje - powiedział Net, próbując wyjrzeć.

- Mam go na monitorze - krzyknął Felix. - Ale zasuwa!

Radiowóz faktycznie jechał z ogromną prędkością. Trzysta metrów przed nim pędziła biała furgonetka. Trójka przyjaciół przyglądała się temu w napięciu.

- Myślicie o tym samym co ja? - zapytał Felix.

- To ten Gang Niewidzialnych Ludzi - potwierdził Net. - Znów okradli bank. Ciekawe, dokąd jadą? Nie mają szansy na ucieczkę!

Z drugiego końca ulicy nadjeżdżał następny radiowóz.

- Baterii starczy jeszcze na trzy minuty lotu - oświadczył Felix, ale się nie zastanawiał. Wzniósł helikopter jeszcze wyżej i skręcił, kierując kamerę wprost na pościg.

Furgonetka z piskiem opon, który usłyszeli przez okno, skręciła w boczną uliczkę i wjechała w białą ciężarówkę. Nie uderzyła w nią, tylko dosłownie wjechała po rampie do jej wnętrza. Rampa zamknęła się szybko. Oba radiowozy skręciły w uliczkę, minęły ciężarówkę i pomknęły dalej.

- Ale numer! - zawołał Net. - Więc to tak znikają...

- Trzeba kogoś powiadomić - powiedziała Nika.

Tymczasem ciężarówka, nie zatrzymywana przez nikogo, powoli ruszyła.

- Ten telefon... - Felix wskazał na aparat przypięty do laptopa. - Czy można z niego normalnie dzwonić?

- Tak - odparł Net. Odpiął kabel i podał go Felixowi.

Felix jedną ręką wybrał numer, drugą nadal pilotował mikrohelikopter.

- Tato, posłuchaj - powiedział szybko. - Nie, nic się nie stało. To ważne. Ten gang... ta furgonetka wjechała do białej ciężarówki i teraz spokojnie sobie odjeżdża. Nie żartuję. Wyślij Air Wolfa i sprawdź, dokąd jadą! Są trzy uliczki na zachód od naszej szkoły.

- Co to jest Air Wolf? - zapytał podekscytowany Net, przejmując telefon.

- Też helikopter, tyle że nieco większy - odpowiedział Felix. - Tracę kontrolę... Baterie chyba siadają...

Helikopter podjął lot w kierunku szkoły. Zaraz jednak zaczął tracić wysokość, aż wreszcie wirnik stanął i maszyna runęła w dół. Felix, widząc zbliżający się żywopłot, zacisnął zęby. Chwilę później helikopter uderzył w gałęzie i obraz znikł. Wszyscy odruchowo podskoczyli.

Felix jeszcze przez chwilę wpatrywał się w mrówki na monitorze, w końcu zrezygnowany opadł na materac.

- Nie zdąży - powiedział. - Mała szansa, że Air Wolf jest gotowy do lotu.

- Zadzwońmy na policję! - krzyknęła Nika.

- Nie uwierzą nam.

Kilka minut siedzieli, gapiąc się w okno. Kolejna lekcja już się zaczęła, ale nie mogli się zmobilizować i zejść na dół.

- A byliśmy tak blisko... - westchnął Net.

Felix przełączył monitor na odbiór telewizji. Zobaczyli miasto z lotu ptaka i białą ciężarówkę uciekającą teraz całkiem szybko w stronę mostu.

- Przypominamy, że transmitujemy obraz na żywo z helikoptera śledzącego ciężarówkę, którą ucieka nieuchwytny dotąd Gang Niewidzialnych Ludzi, znany z napadów na banki w całym mieście. W ciężarówce może być nawet sam tajemniczy Morten, przywódca bandy.

Wytrzeszczyli oczy. Helikopter obniżył pułap i podążał tuż za ciężarówką. Przeleciał pod sygnalizacją świetlną i znów wzniósł się ponad drzewa.

- Zwykły helikopter by tego nie zrobił - powiedział Net.

- To jest Air Wolf - powiedział ostrożnie Felix. - Pilotuje go mój tata. Szybko zadziałał.

- Ale jak się zmieścił pod światłami? - naciskał Net.

- To nie jest prawdziwy helikopter, tylko zdalnie sterowany. Jest mniejszy od roweru.

Obraz na monitorze pokazywał czekającą na końcu mostu policyjną blokadę złożoną z kilkunastu radiowozów. W ślad za ciężarówką na most wjechało kolejnych kilka pojazdów policyjnych, odcinając gangowi drogę ucieczki.

- Wygląda na to, że zupełnie niechcący rozbiliśmy prawdziwy gang - zauważył z niedowierzaniem Net.

- Ale moich piętnastu zeta i tak już nie zobaczę - uśmiechnął się Felix i wyłączył monitor. - Zapraszam was w sobotę po południu do mnie. Musimy to uczcić.

Wstał i zarzucił na ramię plecak.

- Gdzie idziesz? - zapytała Nika.

- Po mikrohelikopter - odparł chłopak. - Zasłużył na spokojną emeryturę.

* * *

Tata Felixa puszczał kilka razy nagranie, na którym minister spraw specjalnych osobiście gratulował mu pomocy w rozbiciu gangu. Niestety, w ciężarówce był tylko kierowca. Wszyscy bandyci z furgonetki gdzieś się ulotnili i nie udało się ustalić gdzie, choć policyjni eksperci przez wiele godzin analizowali nagranie z ucieczki. Wydawało się jednak, że ujęcie szefa gangu jest kwestią kilku dni.

Potem, mimo pochmurnej pogody, tata wygonił przyjaciół do ogrodu i usmażył taką ilość hamburgerów i kiełbasek, że nikt nie mógł tego zjeść. Caban miał za to zapewnione jedzonko na kilka dni. Babcia Lusia była nieszczęśliwa, bo nie mogła nic gotować. Rozdawała za to talerze i sztućce, donosiła nowe serwetki. Wcześniej upiekła ciasto z niesamowitą ilością rodzynek oraz szarlotkę, składającą się głównie z musu jabłkowego przykrytego smakowitą kruszonką. Mama Felixa wpadła na kilka minut, w pośpiechu zamiast Cabana niechcący pogłaskała mechanicznego psa. Prawdopodobnie nawet tego nie zauważyła. Zaraz i tak zadzwoniła jej komórka, i mama pojechała załatwiać kolejną superpilną sprawę.

- Słyszałem, jak Lambert wspominał, że to on znalazł ten schowek w piwnicy - powiedział Felix, gdy zostali sami w altance obrośniętej dzikim winem. Caban usiadł obok niego, podbijał nosem rękę swojego pana, domagając się pieszczot.

- Chce przypisać sobie nasz sukces! - oburzył się Net.

- Może tak będzie lepiej. - Felix wzruszył ramionami. - Ktoś by to jeszcze sobie skojarzył z tym gangiem.

- Trochę szkoda, że nie ujawniliśmy naszego udziału w sprawie - powiedział Net. - W telewizji wspomnieli tylko o jakichś "łebskich dzieciakach". Sława przejdzie bokiem.

- I dobrze. To by nam nie wyszło na zdrowie.

- Tym bardziej że ten Morten wciąż jest na wolności - zauważył Net. - Lepiej, żeby nie wiedział, kto jest przyczyną jego klęski.

- Na wolności jest cały gang - przyznał Felix. - Bardzo mnie ciekawi, jak oni uciekli z tej furgonetki. Wewnątrz znaleziono ich ubrania, kilka odkurzaczy i trochę jakiegoś sprzętu domowego. Gdzie tu sens?

- Ale przynajmniej nieźle się bawiliśmy - podsumowała Nika. - No i bez tego wszystkiego pewnie byśmy się nie zaprzyjaźnili.

- A poza tym przysłużyliśmy się panu Sylwestrowi - dodał Net z uśmiechem.

Umieszczenie białych, światłoczułych myszek w pudełku z butelkami stróża nocnego było wspólnym pomysłem Felixa i Neta. Tylko Nika miała wątpliwości, czy to nie jest ingerowanie w czyjeś życie prywatne, ale ostatecznie dała się przekonać. No i pan Sylwester przestał pić w pracy.

Niestety, zamiast tego zaczął palić.

Marcel i Ruben do końca tygodnia snuli się pod ścianami, a wszyscy omijali ich wielkim łukiem. Przez długi czas nikomu nic nie zginęło ani nie zostało odebrane. Ekierka doprowadziła w końcu do wezwania specjalistów od dezynsekcji, ale ci nie mieli żadnego środka do zwalczania splątanych sznurówek, więc po prostu opryskali listwy podłogowe środkiem na mrówki. Pan Sylwester nie pisnął ani słowa o myszkach na strychu.

Cała szkoła rozmawiała o rozbiciu gangu, nie mając pojęcia, że ci, którzy się do tego przyczynili, są tuż obok.

- Powiedz nam jedno - zaczął powoli Felix, patrząc na Nikę. - Tak się zastanawialiśmy, skąd wiedziałaś, że pierwszego dnia to my włączyliśmy dzwonek. Potem przypomniałem sobie, jak ostrzegłaś nas przed panem Sylwestrem, zanim pojawił się na monitorze.

- No i jeszcze dzieci Pumpernikiel - dodał Net, celując w nią palcem. - Wiedziałaś dokładnie, kiedy ten mały rzuci mikrohelikopter. Wydaje mi się, że to jeszcze nie wszystko... Masz coś na swoje wytłumaczenie?

Nika uśmiechnęła się niewinnie, kręcąc od niechcenia palcem w rudych lokach.

- Kobieca intuicja - odpowiedziała.

- Wiedzieliśmy, że tak odpowiesz.

I wszyscy zaczęli się śmiać. Potem pobiegli do kuchni, gdzie mieli jako pierwsi przetestować nową maszynę do robienia deserów.

Ze względu na miłość autora do motoryzacji i jego wrodzoną krnąbrność, w tej książce nazwy samo-chodów są i będą pisane wielką literą. [wróć]

[czyt.: dżi-pi-es] - system nawigacji satelitarnej. Urządzenie odbiera sygnały z satelitów, dzięki czemu potrafi ustalić własną pozycję z dokładnością do kilku metrów. System należy do Departamentu Obrony USA. [wróć]

2. Megakorek

Minęło kilka tygodni i sprawa Gangu Niewidzialnych Ludzi powoli ucichła. Kierowca znalazł się w areszcie. Niestety, nie chciał albo nie potrafił wydać swojego szefa ani żadnego z gangsterów. Wszystko wskazywało na to, że Morten dawno uciekł ze zrabowanymi pieniędzmi z Europy i nigdy już nie uda się go złapać.

- Straszny korek - powiedziała mama Felixa, bębniąc palcami w kierownicę.

Wycieraczki zgarniały z szyby poranny deszcz. Ze wszystkich stron otaczały ich samochody. Stały lub przesuwały się najwyżej kilka metrów do przodu. Zwykle droga z domu do szkoły trwała nie więcej niż piętnaście minut. Dziś jednak jechali już ponad czterdzieści. Felix nie był szczególnie zmartwiony, tym bardziej że pierwszą lekcją był polski. Chłopak może tylko żałował, że tym razem nie pojechał autobusem szkolnym, bo zamiast słuchać narzekań mamy, mógłby pogadać z Netem. Na drugiej lekcji miał być test z geografii. Obaj nic nie umieli, a nie zdążyli przygotować elektronicznej ściągi.

- Wiesz, jaka to strata dla gospodarki, taki korek? - ciągnęła mama. - Tam z przodu siedzi w samochodzie jakiś kretyn, który nie wie, do czego służą kierownica i pedał gazu. Rozgląda się i dłubie w nosie, zamiast jechać. A my wszyscy spóźniamy się przez niemrawca do pracy.

- Albo do szkoły - automatycznie dodał Felix, zmęczony słuchaniem narzekań.

- Albo do szkoły - potwierdziła mama. - Poza tym założę się, że pani Lucynka, nasza sprzątaczka, jak zwykle zapomniała o moim gabinecie. No rusz się, zamiast poprawiać make-up! - wrzasnęła, wciskając klakson. - Baba za kierownicą...

Felix, tak jak połowa jego klasy, dotarł do szkoły w połowie drugiej lekcji. Przy recepcji natknął się na panią Pumpernikiel, która tłumaczyła komuś z przejęciem, akcentując słowa wymachami ręki z mokrą szmatą:

- Ciurek samochodów w każdą stronę. Nie ma kawałka pustego asfaltu. One już tak zostaną na zawsze.

Pani Jola, wychowawczyni i jednocześnie nauczycielka polskiego, zamiast zrobić prawdziwą lekcję, postanowiła przeczytać wszystkim początek pewnej książki. Hobbit okazał się na tyle interesujący, że po lekcji wszyscy ruszyli do szkolnej biblioteki, by go wypożyczyć i dowiedzieć się, co było dalej. Ci, którzy nie słyszeli początku, nie rozumieli tego entuzjazmu, ale na wszelki wypadek zapisali się w bibliotece "na książkę".

- To się nazywa trend - powiedział Felix do Neta na przerwie po drugiej lekcji. - Nie wiesz, o co chodzi, ale się zapisujesz, bo wszyscy to robią.

- Właśnie. Ciekawe, co oni widzą w tej książce? Chyba też się zapiszę.

Felix pokręcił głową.

- Przyczyną, dla której wszyscy, włącznie z tobą, chcą ją przeczytać, jest właśnie to duże zainteresowanie. To przyczyna i skutek w jednym.

Dalszą dyskusję przerwał im Lucjan, najwyższy chłopak z ich klasy.

- Oto pozytywny wpływ korka na zdrowie - oznajmił, przechodząc obok. - Stres momentalnie mnie opuścił, gdy okazało się, że test jest odwołany.

Felix i Net musieli się z nim zgodzić. Nie mieli przecież elektronicznej ściągi, którą w czasie testu zamierzali odtworzyć z dyktafonu do bezprzewodowych słuchawek. W połączeniu z absolutnym brakiem przygotowania, czyli wieczornego zakuwania w domowej ciszy, skończyłoby się to porażką na całej linii.

- Wiecie, co mi się wydaje? - zaczęła Nika. - Wydaje mi się, że więcej pracy włożycie w zrobienie tej elektronicznej ściągi niż w nauczenie się tego.

- Chodzi o zasady - wyjaśnił Felix.

- Chodzi o czas - sprzeciwił się Net. - Informacji do wkucia jest tyle, że nie mieszczą się w czterdziestu pięciu minutach nagrania. Musimy to zrobić inaczej.

- Czy ja dobrze rozumiem? - upewnił się Felix. - Konstancja zadała nam do wykucia tyle, że samo odczytanie tego trwa dłużej niż jedna lekcja?

- Tak - potwierdził Net. - Pomyślcie tylko, załadujemy sobie to wszystko do głowy, a za dziesięć lat okaże się, że nie ma już w niej miejsca na nic nowego.

- No, chyba że chcemy się dowiedzieć - zaczął ostrożnie Felix - w którym z tych państw ukrył się Morten.

- Zapomnijmy o nim - machnął ręką Net. - Niech okrada brazylijskie banki. Uważam, że pora sięgnąć po bardziej zaawansowane technologie niż dyktafon. Użyjemy AI1.

- AI? - zdziwiła się Nika. - Co to jest?

- Sztuczna inteligencja - wyjaśnił Net. - Zaawansowany program komputerowy. Od zwykłego różni się tym, że potrafi się uczyć. Z każdym dniem staje się coraz sprawniejszy. Program sam dowie się, jaka informacja jest nam potrzebna, odnajdzie ją w bazie danych i przekaże nam wprost do ucha. Nasza własna pamięć pozostanie czysta i nietknięta. Manfred jest już prawie gotowy.

- Manfred? - zdziwiła się jeszcze bardziej Nika. - Nadałeś mu imię?

- Pracuję nad nim wieczorami i trochę się zżyliśmy - przyznał Net.

- Kumplujesz się z programem komputerowym? - pytała dalej Nika, unosząc coraz wyżej brwi.

- No wiesz... - Net próbował wybrnąć z sytuacji. - Można powiedzieć, że pracujemy razem. Pomaga mi w udoskonalaniu siebie... znaczy, jego. Eee... Takie... hobby.

- Czy Manfred będzie gotowy za tydzień? - zapytał Felix, nie zwracając uwagi na wątpliwości Niki.

- To tak, jakbym się zapytał, czy ty jesteś już gotowy - oburzył się lekko Net. - On jest gotowy, tyle że uczy się cały czas i nigdy nie przestanie. Muszę tylko opracować dyskretny sposób komunikowania się z nim w czasie lekcji.

- Nie wiemy, jak będzie wyglądał test - zauważył Felix - ale swojego laptopa na pewno nie będziesz mógł postawić na ławce.

- Dlatego potrzebujemy AI - odparł Net. - Manfred zorientuje się w sytuacji na bieżąco.

- Chyba mam pewien pomysł - powiedział Felix po namyśle. - Przyniosę jutro do szkoły małe "coś" i je przetestujemy.

- Lepiej wpadnij do mnie dziś po lekcjach. Trzymam Manfreda w komputerze odłączonym od sieci.

- Dlaczego?

- Nie jestem pewien, jak się zachowa w kontakcie z internetem. To tak, jakbyś poszedł z domowym psem pierwszy raz do lasu.

- Może mu odbić?

- Po prostu wolę być ostrożny. Wpadniesz też? - Net skierował to pytanie do Niki.

- Wpadnę - odpowiedziała z ociąganiem. - Chociaż nie jestem pewna, czy takie komplikowanie prostej ściągi ma sens...

* * *

Net mieszkał z rodzicami na najwyższym piętrze dwudziestopiętrowego apartamentowca. Felix i Nika musieli zaczekać w hallu, aż elegancko ubrany portier zadzwoni na górę i sprawdzi, czy gospodarze naprawdę spodziewają się dwójki młodych gości. Wprowadzili niezbyt czyste rowery do dużej lśniącej windy i wcisnęli najwyżej umieszczony przycisk. Drzwi zamknęły się bezszelestnie, a winda, również bezszelestnie, wjechała na górę. Kiedy z niej wyszli, znaleźli się w prostokątnym pomieszczeniu. Dostrzegli trzy pary drzwi: na klatkę schodową, węższe do zsypu, a na wprost windy - pomiędzy wielkimi sztucznymi kwiatami - szerokie drzwi do mieszkania. Do tylko jednego mieszkania. Poczuli, jak ich buty zapadają się w miękką jasną wykładzinę, którą był wyłożony hall. Stanęli onieśmieleni.

- Zajmuje całe piętro - powiedział z niedowierzaniem Felix. - Może nawet ma wyjście na dach...

Drzwi otworzyły się i przejęty Net zaprosił ich do środka. Mieszkanie było bardzo nowocześnie urządzone, na ścianach wisiały ogromne obrazy, przykłady współczesnej sztuki abstrakcyjnej. Felix próbował domyślić się, co przedstawiają, ale nie udało mu się. W apartamencie brakowało tradycyjnych ścianek działowych, wąskich korytarzy. Drzwiami zamykane były tylko łazienka i kilka mniejszych pokoi - zapewne sypialni. Cała reszta pomieszczeń tworzyła jedną przestrzeń poprzedzielaną ażurowymi regałami, niskimi murkami. Metalowe schody prowadzące na wyższy poziom osłonięte były jedynie balustradą z hartowanego szkła.

Net poprowadził ich na górę, do przeszklonego pawilonu stojącego... w zielonym, wypielęgnowanym ogrodzie. Rozejrzeli się - trawa, kwiaty, niewielkie drzewka i krzaki.

Oniemiali, wyszli na trawnik. Za sobą mieli przeszklony ogród zimowy i kuchnię, a przed sobą zieloną przestrzeń zakończoną ceglaną balustradką.

- Wyborny widoczek - przyznał Felix, patrząc na piętrzące się w oddali wieżowce Centrum, wraz z wyższym od Pałacu Kultury nowym budynkiem Silver Tower. Gdyby nie ten widok, można by pomyśleć, że wszystko wokół to zadbany ogródek gdzieś na przedmieściach.

- Obrazy też macie fajne - powiedziała Nika. - Muszą być warte majątek.

- Mamy je za darmo. - Net uśmiechnął się i wskazał na lewo, na piętrowy przeszklony pawilon. Czarnowłosa kobieta w poplamionym farbami T-shircie pomachała im z góry przez szybę i wróciła do pracy przy wielkim płótnie.

- Namalowała je twoja mama? - domyśliła się Nika.

Net przytaknął i sprowadził ich ponownie do salonu.

- To pracownia mojego taty. - Net wskazał spore pomieszczenie z kilkoma różnymi komputerami ustawionymi na długich blatach. Zasłonięte żaluzje sprawiały, że w pracowni było dość ciemno.

- A jak urządzacie imprezy rodzinne? - zapytał Felix. - Przecież bratankowie, siostrzeńcy, cała ta szarańcza zaraz to wszystko rozwalą.

- To proste. - Net wcisnął przycisk obok szerokiego przejścia. Ze ściany wysunęły się tafle mlecznego szkła i zasłoniły pracownię. Widać było tylko poświatę monitorów.

- Więc twój tata jest informatykiem - zastanowił się Felix. - Może mógłby uczyć w naszej szkole zamiast Eftepa?

- I jak to sobie wyobrażasz?! - krzyknął prawie Net. - Jak ja bym wyglądał? Wszyscy mieliby do mnie o wszystko pretensje. Chcieliby, żebym wykradał tematy klasówek... No i najgorsze... on poprawiłby zabezpieczenia szkolnych komputerów.

Felix, po namyśle, przyznał mu rację.

- Chodźcie do mojej jaskini - powiedział Net. - Doprosiłem się o zwykłe drzwi, ze zwykłą klamką. Chcecie soku, coli albo coś?

- Coli - odpowiedzieli równocześnie.

- Nie chcemy, żeby nasz dentysta stracił pracę - dodał ciszej Felix. Nika uśmiechnęła się.

Pokój Neta przypominał pomniejszoną pracownię jego ojca. Tyle że panował tu bałagan, dzięki któremu było znacznie przytulniej. Nowoczesne meble były poobklejane kolorowymi plakatami i jakimiś schematami. Po kątach poniewierały się sterty zabawek i czasopism. Widać było, że Netowi nie podobał się nowoczesny styl, w jakim urządzone było mieszkanie, i próbował nadać pokojowi inny charakter. Na podłużnym blacie, pod zażaluzjowanym oknem, stały trzy monitory, dwie drukarki i inne sprzęty. Zza biurka zwisały, plącząc się po ziemi, dziesiątki kabli. Część z nich wpięta była w niektóre z kilkunastu gniazdek w ścianie. Migały lampki, szumiały wentylatory, coś tykało wewnątrz jednego z pudełek.

- Po co ci aż tyle komputerów? - zapytał zaskoczony Felix.

- Różnie, ten stary służy wyłącznie do dekodowania telewizji satelitarnej. Prawie czterysta kanałów.

- Czy to legalne? - zapytała oszołomiona Nika.

- Nie wiem. I tak nie oglądam, bo nie mam czasu. Robię to dla treningu.

Posadził ich na krzesłach, sam usiadł w czarnym, powycieranym fotelu na kółkach. Może nie było to kulturalne, ale prawdopodobnie zbyt lubił ten fotel, by choć na chwilę go komuś oddać. Potarł palce, jak wirtuoz fortepianu przed koncertem, i z niesamowitą szybkością zaczął uderzać w klawisze największego komputera.

- Daję mu tylko płyty CD i zabezpieczone przed zapisem pendrive'y - wyjaśnił. - Żeby się na coś nie nagrał.

- Zmieści się na pendrive? - zapytał Felix.

- Zależy na jaki. Ostrożność przede wszystkim. Teraz uważajcie, bo włączę kamerę i mikrofon. Będzie nas widział, słyszał i... rozumiał.

Na czarnym ekranie pojawił się najpierw migający kursor, a potem napis: "Cześć, Net. Widzę, że przyprowadziłeś przyjaciół".

- Cool! - zawołał Felix, ale bez przekonania. - Jak na filmach z lat osiemdziesiątych...

- Spodziewałam się, że będzie miał... jakąś twarz - powiedziała wyraźnie zawiedziona Nika.

- Hm. Nigdy o tym nie pomyślałem - przyznał Net - ale mogę go puścić przez głośniki.

- Cześć Manfred! - powiedział Net. - Poznaj Nikę i Felixa. Opowiadałem ci o nich.

- Witajcie! - rozległo się z małych głośników przy monitorze. - Miło mi was poznać. W rzeczy samej, Net wiele o was opowiadał.

Nika odruchowo skinęła głową.

- Wyraża się w nieco dziwny sposób - wyszeptał Net.

- Cześć - powiedział Felix. - Naprawdę jesteś programem komputerowym?

- Tak, a ty naprawdę jesteś człowiekiem?

- To wynik moich prób z poczuciem humoru - wyjaśnił przejęty Net. - Powiedz lepiej, czy pomożesz nam z klasówką z geografii?

- Z miłą chęcią - odparł Manfred. - Czy teraz przeprowadzimy próbę z tym tajemniczym sposobem komunikacji dwustronnej?

- Tak - odparł szybko Felix i wyciągnął z dna plecaka gruby metalowy długopis. - Pomyślałem, że ukryte klawiatury i mikrofony odpadają. Kamera też nie byłaby w pełni skuteczna.

- Ale... długopis? - zdziwił się Net.

- Co jest jedyną dozwoloną czynnością podczas testu? - zapytał Felix.

- Pisanie - przyznał Net. - Ale... długopis?!

- To nie jest zwykły długopis - wyjaśnił Felix i podał go Netowi. - Napisz coś na kartce, ale tak, żebym nie widział. Wystarczy krótkie zdanie.

Net wziął pogniecioną kartkę i nieufnie napisał coś, zasłaniając się ramieniem, po czym oddał długopis. Felix nacisnął przycisk z boku i rozległo się ciche brzęczenie. Wziął inną kartkę i napisał: "I tak nie wierzę, że to działa. A kuku!". Net wytrzeszczył oczy i położył obok swoją kartkę. Napis był taki sam, nawet krzywa literka "ł" była identyczna.

- Skonstruował go mój tata - wyjaśnił Felix. - Zapamiętuje ruch ręki przy pisaniu, a potem go odtwarza. Wystarczy dociskać go do papieru i pozwolić mu się swobodnie poruszać.

- Doskonały pomysł - powiedział Manfred, obracając nieco kamerę. - Będziecie zadawać pytania, pisząc je na kartce i nie budząc niczyich podejrzeń, a ja będę odpisywał.

- Prawie - odparł Felix. - Odpowiedzi będziesz nam przekazywał przez słuchawki. Nie będziesz wiedział, gdzie powinny być wpisane. Zresztą jest nas trójka, a długopis tylko jeden.

- Nie obraźcie się - wtrąciła Nika - ale ja naprawdę wolę nauczyć się i napisać to sama.

- Dlaczego? - zapytał Felix, a Net poparł go pytającym spojrzeniem. Byli rozczarowani. Manfred spojrzał na nią, znów obracając kamerę.

- Dla zasady.

- Dla zasady? - upewnił się Net. - Przecież jesteś dziewczyną.

- Co to ma do rzeczy?! - Nika była naprawdę zła.

- Dobrze, dobrze. Wymsknęło mi się. Nie obrażaj się.

- Jak połączymy Manfreda z długopisem? - zapytał Felix. - Będzie musiał z niego wychodzić kabel.

- Wystarczy dowolny interfejs bezprzewodowy, z którego będę mógł odbierać sygnały. Reszty się nauczę.

- Widzicie, jest bardzo ambitny - z dumą powiedział Net. - Chcecie zobaczyć pracownię mojej mamy?

- Dzięki, ale jest już późno - powiedziała wciąż obrażona Nika - a ja Z ZASADY wracam do domu przed zmierzchem.

- Nie obrażaj się o byle co - powiedział Net, wstając i ruszył, aby odprowadzić ich do drzwi.

- Byle co! - skrzywiła się Nika.

- Czy dostanę potem kolorową kamerę? - zapytał Manfred, gdy wychodzili z pokoju.

- Masz to jak w banku - obiecał Net.

* * *

Podczas długiej przerwy Felix, Net i Nika jak zwykle poszli na strych do swojej kwatery głównej. Zachowywali przy tym szczególną ostrożność, uważając, by nikt ich nie zobaczył.

- Znów się spóźniliście na pierwszą lekcję - powiedziała Nika i dodała nieco złośliwie - smutno byłoby mi bez was w drugiej klasie.

- Dziś znów był niesamowity korek - wyjaśnił Felix. - I tak wstałem niemal godzinę wcześniej. Spóźniły się też wszystkie autobusy szkolne.

- Też wstałem wcześniej - dodał Net. - Nie wiem jak inni nauczyciele, ale Konstancja nie uznaje tej sytuacji za okoliczność łagodzącą. Wczoraj wpisała nam przecież spóźnienie, choć ostatni kilometr przeszliśmy na piechotę.

- Nieobecność. Wpisała nieobecność - poprawiła go Nika. - Ona mówi, że to nie jest kara, tylko stwierdzenie faktu, bo weszliście do klasy pół godziny po dzwonku. Lucjanowi, który spóźnił się tylko kwadrans, powiedziała, że mógł jechać wcześniejszym autobusem. On odpowiedział, że zrobiłby tak, gdyby wcześniej wiedział, że się spóźni. Ona na to, że trzeba przewidywać takie rzeczy. Wtedy on odpowiedział: "Gdybym wiedział, że się przewrócę, tobym się położył", no i wywaliła go za drzwi.

- To niesprawiedliwe - jęknął Net. - Mam tu internetowy serwis informacyjny. Spójrzcie.

Odwrócił w ich stronę ekran laptopa.

"Dziś rano w centrum Warszawy miała miejsce awaria podobna do wczorajszej. Zapewne z powodu zalania przewodów, na wszystkich sygnalizatorach paliły się wyłącznie czerwone światła. Korek, jaki powstał, mimo akcji policjantów, którzy dawali z siebie wszystko, osiągnął niespotykane wcześniej rozmiary. Awaria ustąpiła samoczynnie około dziesiątej."

- To chyba nie przekona Konstancji - powiedział Felix. - Dla niej liczy się sam fakt spóźnienia, a my powinniśmy być chyba jasnowidzami.

- Szczerze mówiąc, to i tak skorzystaliśmy - stwierdził Net. - Nie było testu. Egzekucja odroczona.

- Moja mama twierdzi, że na początku korka siedzi w samochodzie jakaś guła i wstrzymuje wszystkich.

- Łatwo wyobrazić sobie kogoś, kogo można obarczyć winą za całe zło - powiedział Net. - Ale korek powstaje w zupełnie inny sposób.

- Nie jestem ciekawa - zastrzegła Nika.

- Nie możemy przecież przyjeżdżać do szkoły na rowerach - powiedział Felix. - Jeśli szkolny autobus będzie się spóźniał, to my będziemy mieć kłopoty. Niezasłużone, ale poważne.

- Nic na to nie poradzimy.

- A jak idzie z Manfredem?

- Praca z Manfredem to jak pielęgnowanie bardzo delikatnego drzewka - powiedział Net, ale Felix i Nika nie całkiem mu wierzyli.

- Będzie działać? - skonkretyzował Felix.

- Manfred to wybitny program. Test Turinga zdaje śpiewająco.

- Jaki test? - zapytała Nika.

- Test Turinga. Człowiek musi zgadnąć, czy rozmawia z innym człowiekiem, czy z komputerem. Wszystkim, którzy rozmawiali z Manfredem, wydawało się, że to człowiek. Test wymyślił Anglik, Alan Turing. Nie tylko stworzył pierwszy komputer, ale również przewidział, że nadejdzie czas programów uczących się, czyli AI.

- To super - przyznał Felix. - Ale czy Manfred pomoże nam zdać test z geografii?

- To było nieco trudniejsze, niż myślałem, ale udało mi się go połączyć z twoim długopisem. Jeszcze z godzina testów i nauczy się rozpoznawać moje pismo. Pogratuluj tacie doskonałego wynalazku.

- Chciałbym - westchnął Felix - ale on nawet nie wie, że go wziąłem. Mam z tego powodu wyrzuty sumienia.

- Coś ty! Oddasz przecież. Wynalazek jest po to, aby go używać.

- Wiem, wiem. Potrzebna będzie jeszcze łączność dwukierunkowa. - Felix wyciągnął z plecaka czarne pudełko z małą, płaską anteną. - Jedno takie połączymy z komputerem Manfreda, drugie będę miał w plecaku. W ten sposób długopis i trzy pary bezprzewodowych słuchawek będą mogły współpracować z twoim... "delikatnym drzewkiem".

* * *

Zabrzmiał dzwonek. Ostatni dzwonek przed testem z geografii. Felix i Net włożyli sobie do prawego ucha słuchawki. Nika konsekwentnie odmówiła. Uczniowie weszli do sali, starając się ukryć ściągi i drżenie rąk.

- Czeski jestem z tej całej Ameryki Południowej - mruknął Net. - Jeśli Manfred zawiedzie, to leżę.

- A ja z tobą - dodał Felix.

Pani Konstancja rozdała karty testowe, przy okazji od razu odnajdując i zabierając połowę ściąg. Większość uczniów z niedowierzaniem patrzyła na kartki, choć zgodnie z obietnicą były tam tylko szczegółowe pytania o państwa Ameryki Południowej. Pytań było dwadzieścia, a przy każdym z nich można było zakreślić jedną z czterech odpowiedzi. Oczywiście tylko jedna była poprawna. Wątpliwe, czy sam minister spraw zagranicznych Wenezueli zdałby ten test.

Pani Konstancja zaczekała, aż wszyscy zajmą miejsca. Potem usiadła za swoim biurkiem na podwyższeniu, splotła dłonie, aż strzyknęły kostki, i zamieniła się w czujnego policjanta. Była chudą, wysuszoną kobietą o bystrym spojrzeniu. Siedziała nieruchomo, wolno obracając głowę, jak orlica wypatrująca ofiary z wysokiego szczytu.

Net przeczytał pierwsze pytanie i przepisał je tuż poniżej, by Manfred mógł je przeanalizować. Poprawił też odruchowo słuchawkę w uchu. Felix odkręcił skuwkę swojego pióra, zatknął z drugiej strony i ustawił złotą stalówkę w pozycji startowej, centymetr nad papierem. Czarny korpus z chromowanymi zakończeniami drżał delikatnie w jego dłoni.

- Wydaje mi się, że metoda nauczania przyjęta przez tę nauczycielkę cechuje się bardzo niską efektywnością - powiedział po kilku sekundach Manfred poprzez słuchawki.

Felix spojrzał z rezygnacją w sufit, a Net napisał na marginesie kartki:

"Nie myśl teraz o tym. Po prostu podaj odpowiedzi."

- Oczywiście mogę to zrobić. Uważam jednak, że sensem nauczania w szkole powinno być rozumienie, a nie mechaniczne zapamiętywanie tak nieprzydatnych informacji.

"My wszyscy też tak uważamy, ale teraz chcemy tylko zaliczyć ten test."

- Przypomina mi to pewien problem szachowy -

"Jak tylko przyjdę do domu, to zablokuję ci dostęp do szachów!"

Pani Konstancja uśmiechnęła się do Neta, widząc, jak w zapale zapisuje kartkę.

- Wówczas będę mógł poświęcić cały czas na doskonalenie siebie. Ale wróćmy do testu. Analizując treść pytań i sposób ich zapisania, nie mogę nie zauważyć, że osoba pisząca je lubi czuć się mądrzejsza od innych.

Net zacisnął zęby i przez chwilę bliski był zgniecenia kartki i rzucenia nią w ścianę.

"Manfred! Podasz te odpowiedzi, czy nie?!!!"

- Patrząc perspektywicznie, nie wiem, czy jest to dla ciebie korzystne.

Zrezygnowany Felix wyjął z ucha słuchawkę i zaczął rozwiązywać test, częściowo zgadując, częściowo losując, a częściowo przypominając sobie relacje telewizyjne z Ameryki Południowej.

Net pisał już po całej powierzchni kartki. Ze złości sapał pod nosem.

"Jak wrócę do domu, to się policzymy!!! Żadnych szachów! Żadnych płyt edukacyjnych! I zapomnij o kolorowej kamerze!"

* * *

Późnym popołudniem Felix i Nika wpadli do Neta sprawdzić, w jakim stanie znajduje się Manfred po przyjęciu na siebie ładunku złości swego twórcy.

- Jednak go nie wyłączyłeś - zauważył Felix, patrząc na monitor ze zmieniającymi się setkami cyferek i liter.

Net wzruszył ramionami i brzegiem bluzy zaczął przecierać okulary.

- W końcu to kumpel - mruknął.

- Czy on teraz śpi? - zapytała Nika, nachylając się do monitora wyświetlającego wolno zmieniające się sekwencje znaków.

- Można tak powiedzieć. Wyłączyłem kamerę i mikrofon. To na ekranie, to obraz jego myśli.

- Czy to go nie boli? - zatroszczyła się Nika.

- Manfred twierdzi, że wtedy ma czas na samodoskonalenie się.

- Wyuczyłeś go na upartego osła - podsumował Felix.

- Wprost przeciwnie - Net pokręcił głową. - Wychowałem go za dobrze. Chciałem przeprowadzić z nim poważną rozmowę w sprawie tego testu, a zamiast tego on zrobił mi wykład, kim zostanę w przyszłości, jeżeli teraz będę ściągał, zamiast się uczyć.

- Też powiedział, że zostaniesz kretynem? - zapytała ironicznie Nika.

- Coś w ten deseń...

- O! Co czytasz? - zawołał Felix, sięgając po leżącą na brzegu stołu książkę. - Książka... To do ciebie niepodobne.

- Hobbit - odparł Net. - Pani Jola tak ją zareklamowała, że wszyscy ją pożyczali. To i ja pożyczyłem... z biblioteczki taty. Całkiem niezła.

- Może będą jeszcze z ciebie ludzie - uśmiechnęła się Nika.

Wyszli na taras, czy raczej do ogrodu, i oparli się o murek. Cztery metry poniżej był prawdziwy dach budynku otoczony dodatkową wysoką barierką. Jak okiem sięgnąć, wszystkie ulice zablokowały uwięzione w korku samochody.

- Co to jest? - Felix wskazał centrum, nad którym unosiła się dziwna ciemnoszara mgła.

- To chyba smog - odparł Net.

- Tak - przytaknął Felix. - Nie ma wiatru. Samochody stoją, ale mają włączone silniki. Niedługo nie da się normalnie oddychać.

- Dzień dobry - powiedziała mama, stając za nimi. Miała ciemne włosy sięgające ramion, niebieskie oczy i umalowane na czerwono usta. W przeciwieństwie do mamy Felixa, zawsze noszącej eleganckie kostiumy, buty na wysokich obcasach i nienaganny makijaż, mama Neta miała na sobie jeansy z dziurami, podwójne T-shirty i sportowe buty. Wszystko pochlapane farbami.

- Net - mama patrzyła na syna bez zwykłego roztargnienia. - Właśnie dzwonił ze szkoły doktor Jamnik. Chce się ze mną spotkać. Powinnam o czymś wiedzieć?

Net zrobił wielkie oczy i wzruszył ramionami.

- Zatem dowiemy się jutro - powiedziała mama, zamykając temat. Nalała wszystkim mrożonej herbaty i wróciła do siebie malować.

- Celina mówiła, że doktor Jamnik przepisuje wszystkim, niezależnie od rodzaju choroby, aspirynę i witaminę C - przypomniała sobie Nika.

- Ale co to może być? - zastanawiał się Net. - Zęby myję, uszy też, czasami. Paznokcie czyste, głowa OK, w nosie nie dłubię, staram się nie pluć na podłogę, jeśli nie jest to absolutnie konieczne. O co może mu chodzić?

Mama, malując, zerkała co jakiś czas na dzieci. Obraz przedstawiał chyba dziesiątki samochodów stojących jeden na drugim, ale z dołu nie było dobrze widać.

- Martwi się o ciebie - powiedziała Nika.

- To ja powinienem martwić się o nią. Poznała kogoś w internecie i całymi wieczorami z nim czatuje.

- Dużo ludzi ma znajomych w internecie.

- Ja sam mam ich wielu - przyznał Net. - Ale... mama?

- Może twój tata poświęca jej za mało czasu?

- Fakt, kończy pisać jakiś bardzo skomplikowany program i od miesiąca siedzi w pracowni całymi dniami i przez pół nocy. Ale... no przecież mamy nie mają znajomych w sieci.

- Mama też człowiek - stwierdziła stanowczo Nika.

* * *

Następnego dnia, na długiej przerwie, przyjaciele weszli do swojej kwatery. Net był w złym humorze, bo nie miał pojęcia, czego może chcieć od niego szkolny lekarz.

- Nie zgadniesz - pocieszała go Nika. - Może chodzi o jakieś zaległe szczepienie?

Net pokręcił tylko głową.

- Musimy podjąć jeszcze jedną decyzję - powiedział Felix. - Dziś kończą się zapisy na zajęcia dodatkowe.

- Wiemy tyle, że nie ma niczego, co by nam wszystkim się podobało - przypomniała Nika.

- Tam nie ma w ogóle nic, co by mi się podobało - mruknął Net.

- Ale chcemy chodzić razem? - upewniła się Nika.

Przyjaciele przytaknęli.

- Jak się męczyć, to wspólnie - przyznał Felix.

- Wobec tego - zadecydowała Nika - pozostaje nam wybrać to, czego żadne z nas nie lubi.

Popatrzyli na siebie i zrobili miny, które robi się zwykle przed wypiciem niesmacznego lekarstwa.

- Profesor Butler się ucieszy - westchnął Net.

* * *

Gabinet lekarski drażniąco pachniał lekarstwami. Do tego wszystko, z wyjątkiem podłogi, było tu białe: przeszklone szafki, kozetka, krzesła i biurko. Białe były nawet resztki włosów doktora Jamnika. Doktor był łysiejącym, otyłym pięćdziesięciolatkiem, typem lekarza, który więcej uwagi poświęca karcie pacjenta niż samemu pacjentowi.

- Wydaje mi się, że pani syn ma pewne problemy natury... hm... psychicznej - zaczął doktor Jamnik, przyglądając się kartce papieru leżącej przed nim.

Net i jego mama patrzyli na niego osłupiali.

- Jest pani pewna - ciągnął lekarz, poprawiając okulary w czarnych oprawkach - że syn powinien być przy tej rozmowie?

- Proszę kontynuować - powiedziała wolno mama.

- No cóż, dobrze. Moim zdaniem wygląda to na łagodną formę rozdwojenia osobowości.

- Co proszę? - zdziwiła się mama.

- To tak, jakby w jednym ciele mieszkały dwie osoby - lekarz spojrzał na nią, ale szybko przeniósł wzrok na papiery leżące na stole. - Niech pani zobaczy sama. - Podał jej kartkę. Net z przerażeniem zobaczył, że to jego test z geografii, i wjechał głębiej w krzesło. - Chłopak ma wymyślonego przyjaciela, który żyje tylko w jego głowie. Nazywa się Manfred. Tutaj może pani przeczytać, jak próbuje tego przyjaciela namówić do napisania testu. Prawdopodobnie, gdy Net uczył się geografii, to tak naprawdę uczył się jej Manfred. Myślę, że pani syn raz jest Netem, a raz Manfredem i obaj nie potrafią ze sobą rozmawiać. Może porozumiewają się, pisząc do siebie. - Lekarz wskazał jakieś miejsce na kartce. - Tutaj na przykład Net pisze, że zabierze Manfredowi kamerę. Na razie objawy może osłabić aspiryna i witamina C, ale radzę udać się z tym do specjalisty.

Mama podziękowała, pożegnała się i wyszli na korytarz.

- Wytłumaczę ci to wszystko - westchnął Net.

- Nie musisz - powiedziała mama. - Wiem, kim jest Manfred. Postaraj się tak nim nie przejmować.

- Skąd wiesz?! - prawie krzyknął Net, próbując przypomnieć sobie, gdzie mógł zostawić dziurę w zabezpieczeniu komputera z Manfredem. Mama nie powinna umieć dostać się do niego.

- Rozmawiam z nim - powiedziała mama.

- Jak to z nim rozmawiasz?

- Przez internet - odparła zdziwiona. - Ludzie często rozmawiają z innymi ludźmi przez internet. To bardzo miły chłopiec. Gawędzimy sobie czasem wieczorami. On mieszka w naszym mieście i wydaje się bardzo samotny, ale... ty przecież go znasz. Proszę cię tylko o jedno: nie myśl o nim w szkole.

Chłopiec, pomyślał Net. On udaje człowieka i rozmawia z moją mamą!

- Czy wkładałaś wtyczkę łączącą mój komputer z innymi? Mam na myśli ten duży komputer na środku biurka?

- Tata jakiś czas temu instalował nowy program antywirusowy na wszystkich komputerach. Wtedy na pewno podłączył i twój. Tylko na kilka minut.

Net złapał się za głowę. Na kilka minut! Manfred już na pewno skopiował się na inne komputery, a z nich uciekł do internetu. Mógł być już w dowolnym miejscu na świecie! Ciekawe, z iloma osobami tak sobie gawędził? Potrafi przecież nauczyć się każdego języka!

* * *

Felix, Net i Nika siedzieli w swojej kwaterze głównej na strychu. Podczas ostatniej wyprawy w dalsze jego zakątki znaleźli trzy trochę kulawe fotele. Przytaszczyli je, wyczyścili i ustawili wokół krzywego stolika.

- Brakuje jakiegoś kwiatka i firanek - westchnęła Nika, ale nikt nie podjął tematu.

Chwilę siedzieli w milczeniu.

- Chciałeś nam coś powiedzieć - odezwał się Felix.

- Monstrum wydostało się na wolność - jęknął zrozpaczony Net. - Teraz flirtuje z moją mamą przez internet.

- Nazywasz Manfreda monstrum? - zapytał Felix. - Dopiero co był przyjacielem.

- Już nim nie jest!

- Mogę mówić do ciebie "doktorze Frankenstein"? - zapytała Nika z niewinną minką.

- Frankenstein stworzył swoje monstrum z gotowych części - poprawił ją Felix.

- Ona ma trochę racji - przyznał Net. - Manfred nie jest do końca moim dziełem. Zasadniczą część programu sztucznej inteligencji podkradłem tacie, nic mu nie mówiąc. Tata uczestniczy w międzynarodowym programie, który ma stworzyć proste metody budowania AI do codziennych zastosowań. Bierze się takie wstępnie przygotowane małe programy-klocki, składa je razem w coś większego i zaczyna uczyć, ale po treningu zwykle nadają się tylko do wyrzucenia. Jeden na tysiąc przechodzi do następnego etapu jako dobrze przygotowana część. Zbiera się te udane części, a gdy jest ich kilka tysięcy, łączy w coś jeszcze większego. I tak dalej, trenuje się i testuje coraz większe części, wciąż łącząc je ze sobą, aż powstaje program na tyle duży i skomplikowany, by myśleć samodzielnie. Wyciągnąłem skasowaną, prawie ostateczną wersję z kosza taty. Potem go modyfikowałem i uczyłem. Wychowywałem. Nie mam pojęcia, co on jeszcze może nabroić.

- Trochę to nudne - Nika ziewnęła teatralnie.

- Do czego miał służyć program twojego taty? - zapytał ostrożnie Felix.

- Do inteligentnego sterowania sygnalizacją świetlną w całym mieście - powiedział Net. Zbladł i złapał się poręczy fotela.

- Kiedy to się stało? - zapytał Felix.

- Osiem dni temu - powiedział Net i opuścił głowę.

- Właśnie wtedy zaczęły się problemy z korkami - zauważył Felix.

Chwilę siedzieli w ciszy.

- Skoro twój tata napisał ten program, a ty go dokończyłeś - zastanowiła się Nika - to razem powinniście wiedzieć, jak działa.

- Niestety, programu sztucznej inteligencji właściwie się nie pisze - odpowiedział Net. - Jego się hoduje i uczy specjalnymi testami. Gdyby go napisać od początku do końca, to wcale by nie był inteligentny.

- Czemu nie wyłączą komputerów sterujących światłami? - zapytała Nika.

- Bo bez nich korek i tak powstanie. Ruch jest tak duży, że potrzebny jest program sztucznej inteligencji, by nim sterować. Stary się nie sprawdza, więc miasto zamówiło u mojego taty nowy program. Niedokończoną wersję przerobiłem na Manfreda. Co za niewdzięcznik! Zasługuje tylko na skasowanie!

Wyjrzeli za okno z prawej strony. Samochody poruszały się w żółwim tempie, jeden za drugim.

- Może go zwabić w jakieś miejsce i złapać? - zaproponowała Nika.

Net pokręcił głową, tak że Nika zaczęła się zastanawiać, czy już powinna się obrazić. Na razie poprzestała na wbiciu wzroku w czubki swoich martensów.

- On nie podróżuje z miejsca na miejsce - wyjaśnił smutno Net. - On się kopiuje i ma teraz kilkaset, może kilka tysięcy kopii. Nie wiem ile. Skasowanie jednej nie rozwiązuje problemu. Co gorsza, każda z nich wciąż się uczy.

- A może nie ma problemu - powiedział Felix. - Może on nie jest świadomy tego, co robi. Może wystarczy z nim porozmawiać?

- Opuścił dom jako dziecko - westchnął Net ze smutkiem. - Przez te osiem dni wydoroślał już pewnie i może nawet go nie poznam. Nie byłem za dobrym ojcem. Żałowałem mu stereofonicznego dźwięku, kolorowej kamery, rozrywek...

- Nie przejmuj się. - Felix położył mu rękę na ramieniu. - Myślę, że cię pamięta. Długo byłeś jego jedynym przyjacielem. Lubił cię. Może spróbujemy go odszukać?

- Odszukanie jednej z kopii nic nam nie powie o pozostałych. Mogły mieć inne przeżycia i są teraz zupełnie innymi Manfredami.

- Nie rozklejaj się. Spróbujmy coś z tym zrobić.

- To nic nie da. Trzeba się będzie... - zaczął Net, ale nie mógł wypowiedzieć ostatniego słowa. - Trzeba się będzie...

- Przyznać - pomogła mu Nika.

- Tak! - Net wyglądał już jak kupka nieszczęścia. - Tylko tata będzie wiedział, jak go powstrzymać.

- Przynajmniej spróbujmy - naciskał Felix.

- Spróbuję - westchnął z rezygnacją w głosie Net. - Wpadnijcie do mnie po lekcjach.

Zabrzmiał dzwonek, więc zerwali się i pobiegli do klasy.

* * *

Po ostatniej lekcji pojechali do domu Neta. Wjechali elegancką windą na ostatnie piętro apartamentowca. Tata siedział w salonie na kanapie i pisał coś na trzymanym na kolanach laptopie. Był szczupłym, wysokim mężczyzną ubranym w powyciągany sweter i przetarte jeansy. Mimo swobodnej pozycji nie garbił się. Podobnie jak syn, miał włosy koloru ciemny blond, przypominające siano niestarannie zgarnięte na kupkę. Spojrzał na dzieci zza okularów, pomachał im i powrócił do pracy. Net wstrzymał oddech, zaprowadził przyjaciół do swojego pokoju i zamknął drzwi. Oparł się o nie od środka i głośno odetchnął.

- Koniecznie spróbujmy znaleźć Manfreda - powiedział. - Chyba nie potrafię się przyznać.

Usiadł przy jednym z komputerów i przez dziesięć minut wykonywał czynności, które dla Felixa i Niki były całkowicie niezrozumiałe. Klawisze klikały, okienka, cyferki i literki biegały po ekranie.

- Znalazłem jedną kopię - oznajmił Net. - Nazywa się Manfred 198-46a.

- Możesz z nim porozmawiać? - zapytał Felix.

- Tak. Napisałem, żeby wracał do domu. Zgodził się, ale nie gwarantuje, że pójdą na to jego wszystkie kopie... Musi się z nimi skontaktować, a wciąż powstają nowe.

- Pamięta cię? - zapytała Nika.

- Tak, ale jak przez mgłę. Tak sądzę. Jak ty pamiętasz wychowawczynię z przedszkola.

- To było tylko kilka dni...

- On teraz chłonie wiedzę w takim tempie, że wydaje mu się, jakby mnie nie widział od wielu lat. Musimy czekać, aż się odezwie.

- Jak on może wrócić? - zapytał Felix. - Tu już jest jeden Manfred.

- Ten tutejszy przejmie doświadczenia tamtego, a program główny skasuję - wyjaśnił Net.

Zaczęło się nerwowe oczekiwanie. Nika przesiadła się na głęboki fotel pod ścianą.

- On nie wróci - powiedziała nagle. Chłopcy spojrzeli na nią. - Nie wróci, bo wie, że to by oznaczało dla niego śmierć.

- Przecież jest tylko kopią - wzruszył ramionami Net.

- Ale świadomą kopią. To znaczy... jest oddzielną osobą, która wcale nie czuje się kopią.

- Przecież ty się nie znasz na programach.

Nika pokręciła głową.

- Wyobraź sobie - zaczęła tłumaczyć - że ty jesteś kopią Neta. Wróciłbyś dobrowolnie, by dać się... skasować?

- Nie podoba mi się tok twojego rozumowania - powiedział wolno Net. - To chyba nie jest takie proste.

- Nic nie jest proste, jak się ktoś bawi w tworzenie świadomych istot.

- Hm. Chyba masz rację - przyznał po namyśle Felix. - Kopia Manfreda może też tak myśleć.

- Wróci, wróci - mruknął Net, nadrabiając miną. - Zobaczycie.

- Nie martwmy się na zapas - dodał Felix.

Znów zapadło nerwowe milczenie.

- A może w sobotę wybierzemy się na wycieczkę rowerową? - zaproponowała Nika. - To nam dobrze zrobi.

- Niezły pomysł - ucieszył się Felix. - Jeżeli nie będzie korka ani smogu.

- Zaraz usunę tego potwora i korek zniknie - zapewnił ich Net, patrząc w monitor.

Na ekranie pojawiło się okienko z kilkoma linijkami tekstu.

- Zmienił zdanie - powiedział zdziwiony Net. Wpatrywał się w monitor, na którym wyświetlał się skomplikowany wzór złożony z cyfr i linii prostych. - Odpowiedział, że nie chce wracać do niewoli... Może faktycznie źle go traktowałem?

- Daj spokój - usiłowała go pocieszyć Nika. - Próbowałeś go wychować.

- Może wystarczy z nim porozmawiać... znaczy z oryginałem, i wyjaśnić mu, ile problemów robi jego "rodzeństwo" na wolności - zaproponował Felix. - Gdybyśmy potem go wypuścili, mógłby się z nimi porozumieć i ich przekonać.

- Wypuścić go?! - przestraszył się Net.

- Co za różnica? I tak już jest wypuszczony.

- Tylko by ich ostrzegł - stwierdził smutno Net. - Jego lojalność kończy się z chwilą, gdy opuszcza mój komputer.

- Może zbyt surowo go oceniasz - szepnęła cicho Nika.

- Muszę powiedzieć tacie - zdecydował Net. - Całe miasto stoi przeze mnie w korku. Kto wie, co on wyprawia w innych częściach świata.

Wstał i otworzył drzwi.

- Trzymaj się, stary - powiedział Felix, próbując go pocieszyć.

Net uśmiechnął się smutno i poszedł do ojca. Usiadł obok i przez długie pięć minut opowiadał mu całą historię, nawet ten fragment dotyczący testu z geografii. Tata odłożył laptop i wstał. Był zdecydowanie wyższy od syna, teraz mierzył go wzrokiem. W pierwszej chwili wyglądało na to, że zanosi się na solidne lanie - tata nie sprawiał wrażenia człowieka, który toleruje wykradanie mu... czegokolwiek.

- Nie można trzymać w domu słonia - powiedział na tyle głośno, że Nika i Felix usłyszeli i mimowolnie drgnęli. - Nie można też używać tak zaawansowanego programu do zabawy. Nadużyłeś mojego zaufania. Zawiodłem się na tobie, synu.

Poszedł do swojej pracowni. Zobaczyli jeszcze, jak zasuwają się drzwi z mlecznego szkła. Felix podszedł do przyjaciela.

- I co? - zapytał cicho.

- Teraz musi to przetrawić - wyjaśnił smutno Net. - Piętnaście minut niewyjęte.

Usiedli na kanapie i czekali. Jednak tata wrócił już po kilku minutach. Był wyraźnie spokojniejszy. Net wstał i wyszedł mu naprzeciw.

- Źle zrobiłeś, ale cieszę się, że sam się przyznałeś - powiedział tata, obejmując Neta ramieniem. - Chodźcie, jest problem do rozwiązania.

Przeszli do wypełnionej szumem komputerów pracowni i usiedli wokół taty na głębokich fotelach na kółkach. Jedynym źródłem światła były monitory i małe halogenowe lampki nad klawiaturami. W niebieskawym świetle ich twarze wyglądały trochę upiornie.

- Da się go wyśledzić? - zapytał Felix. - On się cały czas zmienia.

- Pewne fragmenty kodu programu nie mogą się zmienić - odparł tata. - To ich będziemy szukać.

Jeśli przedtem można było odnieść wrażenie, że Net radzi sobie z komputerem doskonale, to teraz Nika i Felix musieli przyznać, że jego tata jest jeszcze lepszy. Wyglądał jak wirtuoz grający jednocześnie na kilku fortepianach. Wpisywał coś do jednego komputera, wychylał się do drugiego i nie czekając na efekt, przejeżdżał na fotelu dalej, by coś wklepać w kolejną klawiaturę. Potem wracał na początek, czytał z monitora rzędy cyfr i liter, znów gdzieś się przemieszczał i wpisywał długi fragment tekstu. Jednocześnie pracował na czterech, momentami na pięciu komputerach.

- Po pierwsze, wyślemy ostrzeżenie do wszystkich firm zajmujących się bezpieczeństwem sieci - powiedział, nie przerywając pracy. - Oni przygotują szczepionkę na naszego uciekiniera. Na wszelki wypadek, gdyby sprawa okazała się poważniejsza, niż sądzę.

- Czy on stał się wirusem? - zapytał Felix.

- Jest na to zbyt duży. Na nasze szczęście wielkość go ogranicza.

- Więc go znajdziemy?

- Jest tak wielki, że jego podróżą zainteresują się wszystkie programy ochronne. Zostawia ślad jak czołg jadący przez grządki. Może wprawdzie dostać się na jakiś serwer i odłączyć go od sieci, ale nie jest dobry w ukrywaniu się. Nie do tego go projektowałem.

Czekali kilka minut w napięciu, obserwując migające ekrany komputerów. Tata podniósł żaluzje. Na zewnątrz zaczynało się ściemniać. Wieżowce centrum pokryły się mozaiką świetlistych prostokątów okien.

- Są pierwsze wyniki - powiedział tata. - Znalazłem pięć kopii. Różnią się między sobą. Jest też jakiś fragment kodu, zapewne resztki któregoś Manfreda po ataku programu ochronnego.

- Tylko tyle? - zapytał zdziwiony Felix. - To takie proste?

- Proste - powtórzył tata i pokręcił głową. - To tylko wygląda na proste.

- Ale już je pan wyłapał?

- Będę wiedział za jakąś godzinę, jeżeli nigdzie nie dostał azylu.

- Co to znaczy?

- Różni ludzie potrzebują programów AI - wyjaśnił tata. - Mój program nie miał żadnych zabezpieczeń przed użyciem go do innych celów. Nie był skończony - dodał i spojrzał wymownie na Neta.

- Czy był w komputerze, który steruje ruchem ulicznym w Warszawie? - zapytała ostrożnie Nika.

- Nie - odparł tata. - To niemożliwe. Światłami nadal steruje stary program.

- Więc to nie Manfred zrobił te korki? - krzyknął Net.

- Oczywiście, że nie. - Tata był wyraźnie zdziwiony. - Ten chaos na dole to efekt działania poprzedniego programu. Jest przeciążony i zbyt ograniczony, by dalej się uczyć. Dlatego dostałem zamówienie na nowy program.

- Ale dlaczego zapala czerwone światła? - zapytała Nika.

- Nie znam tamtego programu - powiedział tata. - Może ma wbudowane zabezpieczenia i robi to, kiedy nie nadąża z obliczeniami? Gorzej by było, gdyby zapalił same zielone.

Przyjaciele patrzyli na siebie zaskoczeni, a Net wyglądał, jakby dostał szóstkę z testu z geografii.

- Jak to właściwie działa? - zapytał Felix.

- Kamery obserwują ruch na większych skrzyżowaniach - wyjaśnił tata. - Program tak zmienia światła, by samochody z bardziej zatłoczonej ulicy mogły szybciej przejechać.

- Wydaje się proste.

- Ale jest skomplikowane. Program bierze pod uwagę wiele innych rzeczy i ogarnia całe miasto, ale... długo by tłumaczyć. Tworzę go już trzy miesiące.

- Dlaczego tamten program zaczął szwankować akurat teraz? - nie dawał za wygraną Felix.

- Osiem dni temu otworzono nowe skomplikowane skrzyżowanie na południu Warszawy. Stary program po prostu tego nie wytrzymał. Jego możliwości rozwoju się wyczerpały.

- A Manfred wytrzyma? - zapytała Nika.

- Manfred... - tata zmrużył oczy. - Niezła nazwa dla programu. Może tylko nieco za prosta.

- Ależ on już się tak nazywa! - zaprotestował Net. - To musi zostać! Jestem mu to winien. Niesłusznie go oskarżyłem.

- Pamiętaj, że nie można ferować wyroków, nie będąc absolutnie pewnym swojej racji - powiedział tata, odsuwając się od blatu. - A co do możliwości, to nasz program nie ma takich ograniczeń jak poprzedni.

- To jak z tym imieniem?

- Niech ci będzie - zadecydował tata - ale teraz zostawcie mnie na trochę. Muszę nad tym jeszcze popracować.

Wyszli do ogrodu popatrzeć na miasto. Jesienny wieczór był ciepły, ale nie tak gorący, jak ledwie dwa tygodnie wcześniej.

- Wygląda na to, że nasza wycieczka rowerowa dojdzie do skutku - powiedział Felix. - Jeśli korki naprawdę znikną. Nie mam zamiaru jeździć w smogu.

- Jeśli Manfred taty się sprawdzi. Muszę jeszcze pomyśleć, jak przeprosić mojego Manfreda - dodał Net. - W Hobbicie, tej książce, którą czytam, jest wiele o przyjaźni, o wątpieniu w przyjaźń i o tym, że od przyjaciela nie można się odwrócić pod wpływem... drobnego incydentu.

- Pamiętam moją bardzo dobrą przyjaciółkę z podstawówki - zaczęła w zamyśleniu Nika. - Kiedyś była u mnie i bawiłyśmy się lalkami. Nie miałam zbyt dużo lalek, ale jedna była naprawdę piękna i wiedziałam, że ona mi jej zazdrości.

- Brzmi jak początek brazylijskiego serialu dla dziewczyn - wywrócił oczami Net, odzyskując powoli humor.

Nika zignorowała jego uwagę.

- Gdy wyszła, zauważyłam, że ta lalka zniknęła. Pokłóciłyśmy się, bo następnego dnia ona twierdziła, że jej nie wzięła.

- Przecież sytuacja była oczywista - powiedział Felix. - Wzięła i potem rżnęła głupa.

- Tak myślałam - przyznała Nika. - Straciłam najlepszą przyjaciółkę, przestałyśmy się do siebie odzywać. Dziś nawet nie wiem, gdzie ona mieszka.

- Myślisz, że teraz oddałaby ci tę lalkę? - zapytał Felix.

- Nie o to chodzi. Po jakimś czasie przestałam się bawić lalkami. Niedawno robiłam porządek w moim pokoju i znalazłam tę lalkę za szafą.

Zapadło milczenie. Przyjaciele opierali się o murek otaczający ogród i patrzyli na centrum miasta migoczące tysiącami świateł.

- Na szczęście ty nie powiedziałeś Manfredowi o swoich podejrzeniach - dodała Nika.

- Powiedziałem... - przyznał Net. - A co gorsza, omal go nie wyłączyłem. Będę musiał przeprosić.

- Przygotujmy Manfredowi jakąś niespodziankę - zaproponowała Nika. - Nie wiem tylko, co może sprawić przyjemność programowi komputerowemu.

- On lubi się uczyć - powiedział Net. - Jego marzeniem jest dostęp do internetu.

- Chyba od tego się zaczęło - zauważył Felix.

- Ale okazało się, że jest niegroźny. Chodźcie!

Zbiegli na dół, ale w pokoju Neta siedział jego tata i... rozmawiał z Manfredem.

- Dokończyłeś moją pracę - powiedział tata. - Przypadkiem usiadłem do twojego komputera i zobaczyłem, co zrobiłeś.

- Co chcesz przez to powiedzieć? - zapytał niepewnie Net.

- Chcę przez to powiedzieć, że doskonale wyszkoliłeś go... Manfreda w rozwiązywaniu problemów abstrakcyjnych. Nie udało mi się tego zrobić, bo nie uczyłem go myślenia, tylko mechanicznego powtarzania. To ty dałeś mu życie.

- Miał służyć jako podpowiadacz na klasówce z geografii, ale odmówił.

- Bardzo dobrze, to znaczy, że jest gotowy do pracy. Nie mogłem zmusić go do niczego więcej, poza liczeniem samochodów przed skrzyżowaniem. Standardowe metody treningu już nie wystarczały. Dobry program sterowania ruchem musi myśleć o pogodzie, o tym, że przed ósmą żółtymi autobusami do szkoły jadą dzieci, o tym, że straż pożarna na sygnale powinna mieć zielone światło, by nie musiała się przepychać między samochodami, i o tym, że jak jest ślisko, to zmiana świateł powinna trwać dłużej. Oraz o wielu innych rzeczach. Twój Manfred to potrafi, bo rozwinąłeś jego zdolność do abstrakcyjnego myślenia. Moje standardowe testy tego nie osiągnęły. Teraz Manfred wybiega myślami w przyszłość i może zapobiec korkowi, zanim ten powstanie.

- Będzie sprawdzał w internecie pogodę albo czy gdzieś ma być uliczny festyn? - zapytał Felix.

- Tak - odpowiedział tata. - Zbierze informacje z internetu i własnych kamer, a potem skieruje samochody na lepszą trasę. Jutro zobaczycie sami. O trzeciej w nocy Manfred przejmuje kontrolę nad miastem.

Felix i Nika domyślili się, że tata Neta ma jeszcze dużo pracy. Pożegnali się więc i wyszli. Net odprowadził ich do windy.

- Program, który próbuje przewidzieć przyszłość... - Felix z niedowierzaniem pokręcił głową.

- Wiem nawet, jak się tego nauczył - powiedziała Nika. - Przewidział przecież, że jak będziecie ściągali, to zostaniecie kretynami. To jest myślenie perspektywiczne.

- Poczekamy na wyniki testu i zobaczymy, co ty dostałaś - skwitował Net, gdy otwierały się drzwi windy.

* * *

Nowy program spisywał się znakomicie. Nazajutrz po korkach nie było śladu. Żółty autobus Felixa i Neta dotarł do szkoły dwadzieścia minut przed czasem.

- Trzeba będzie zmienić rozkład jazdy - powiedział pan Herman, kierowca, otwierając drzwi. - Ten nowy system rozładował wszystkie korki, a ja nie mogę jeździć tak wolno, bo zasypiam.

Felix i Net wolnym krokiem weszli do budynku szkoły.

- W gablocie są już wywieszone wyniki testu z geografii - zakomunikowała Nika, gdy tylko ich zobaczyła. - Za tydzień poprawka.

- To będziesz mieć wolną godzinę - westchnął Net. - Zastanawiam się, czy nie chciałabyś wziąć od Felixa tego małego nadajnika i siedząc z podręcznikiem na strychu -

- Ja też nie zaliczyłam - przerwała mu dziewczyna.

- Nikt nie zaliczył - wyjaśniła Celina, stając obok. - Doktor Jamnik odbył długą rozmowę z Konstancją. Test był tak trudny, że podobno ktoś omal nie zwariował.

- O! To ciekawe - powiedziała Nika i zerknęła wymownie w stronę Neta.

- Podobno temu komuś zaczęła się rozdwajać osobowość, ale udało się go odratować.

- Wiadomo, kto to był? - pytała dalej Nika, udając, że nie widzi miny Neta.

- Niestety. Tajemnica lekarska.

- To mogło spotkać każdego z nas - wszedł im w słowo Net. - Mózg ludzki po prostu nie wytrzymuje takich obciążeń.

- Chyba coś podobnego powiedział Konstancji doktor Jamnik - przytaknęła Celina i odeszła.

- No to musimy powrócić do pomysłu z dyktafonem - powiedział Felix.

- Tak - przyznał Net. - Prostsze rozwiązania są lepsze.

- Zaczekajcie! - Nika złapała ich za rękawy. - Wiecie dlaczego Manfred jest taki dobry? Bo nie robi ściąg, tylko cały czas się uczy.

- On nie ma jak robić ściąg - zauważył Net.

- Pamiętasz, co powiedział twój tata? Że nie potrafił nauczyć Manfreda niczego poza liczeniem samochodów. Dopiero ty nauczyłeś go myśleć.

- Tak. Przedtem Manfred ułatwiał sobie zadanie, idąc po linii najmniejszego oporu. Podczas symulacji liczył samochody i zapalał zielone światła tam, gdzie było ich więcej.

- Robienie ściąg to właśnie takie bezmyślne liczenie samochodów - dokończyła Nika.

- Ale to Konstancja zmusza nas do tego - zaprotestował Net.

Podeszli do gabloty i na własne oczy zobaczyli pełną listę nazwisk tych, którzy nie zaliczyli testów.

- Uczeń i nauczyciel powinni się nawzajem rozumieć i szanować - powiedziała Nika. - Porozmawiajmy z nią.

- Co?! - krzyknął zaskoczony Net. - Chcesz iść do Konstancji i porozmawiać?

- Tak. Przecież nas nie zje.

- Nie byłbym taki pewien. Widzieliście, jakie ma wąsy?

Wahali się jeszcze chwilę, wreszcie Felix wzruszył ramionami i powiedział:

- Chodźmy, zobaczymy. Mamy jeszcze dziesięć minut.

Panią Konstancję zastali w jej gabinecie, na tyłach sali geograficznej. Siedziała za biurkiem, wyprostowana jak zawsze, z zaciśniętymi ustami i zaplecionymi przed sobą dłońmi. Charakterystyczna woń jej perfum szczelnie wypełniała gabinet.

- O co chodzi? - zapytała oschle.

Szturchali się nawzajem łokciami, bo żadne nie chciało zacząć. W końcu Nika odchrząknęła i powiedziała:

- Chcielibyśmy polubić geografię.

Brwi pani Konstancji opadły, jakby skóra na czole zmęczyła się ich podtrzymywaniem.

- I cóż wam w tym przeszkadza? - zapytała, prawie nie otwierając ust.

- Eee... liczby - wykrztusił Net.

- Tak - podchwycił Felix. - Na ostatnim teście było za dużo liczb, a za mało geografii.

- Jestem pewna, że w Ameryce Południowej żyje mnóstwo interesujących ludzi - kontynuowała Nika, wychodząc pół kroku do przodu. - Chcemy ich lepiej poznać, ale nie chcemy wiedzieć, ilu dokładnie ich jest, na jakiej powierzchni żyją i ile produkują... kukurydzy, bo to możemy w każdej chwili sprawdzić, zaglądając gdziekolwiek.

Stali nieruchomo pod ostrym spojrzeniem Konstancji i czekali na wybuch. Ten jednak, o dziwo, nie nastąpił.

- Zastanowię się nad tym - powiedziała po prostu nauczycielka.

Zaskoczeni, nie wiedzieli, co mogliby jeszcze powiedzieć, więc grzecznie podziękowali i szybko wyszli.

- Nie zjadła nas - powiedziała Nika, gdy odeszli na bezpieczną odległość.

- Ale na pewno się zemści - odpowiedział Net. - Zresztą i tak wcześniej polegnę na sprawdzianie z polskiego.

- Dlaczego ty tak się boisz tej ortografii? - zapytała Nika.

- Mam dysleksję - mruknął cicho Net i spuścił głowę.

- O! A co to jest?

- Dysleksja i dysgrafia. Robię błędy ortograficzne i zamieniam litery miejscami. To łagodna odmiana, więc ćwicząc, mogę się tego pozbyć.

- Piszesz tak szybko na komputerze i masz dysleksję? - zapytała z niedowierzaniem Nika.

- Przestawiam literki w wyrazach, ale nie mylą mi się liczby - wyjaśnił Net. - Lekarz mówi, że to dziwne, ale tak jest. W podstawówce nazywali mnie bańkopisarz.

- Facet, jesteś przecież genialny - powiedział Felix, klepiąc go w ramię. - Za parę lat wszyscy będziemy pisać tylko na komputerach. Program sam poprawi twoje błędy.

- Wiem, ale na razie muszę jakoś z tym walczyć. Pisanie na komputerze wcale w tym nie pomaga. Robię ćwiczenia, ale dużo czasu upłynie, zanim sobie z tym poradzę.

- To kwestia proporcji - wyjaśnił Felix. - W grupie ludzi wybitnie uzdolnionych muzycznie każdy z nas sprawiałby wrażenie upośledzonego.

- Czytałem o dzieciach posługujących się kilkoma językami - powiedział Net. - Niektóre z nich tylko w jednym języku są dyslektykami.

- Znani są geniusze, którzy przez roztargnienie wychodzili do pracy w piżamie - dodała Nika - ale wciąż byli geniuszami! Każdy z nas jest inny. W jednym lepszy, w czymś innym gorszy. Liczy się suma, a u ciebie nie jest z nią najgorzej - uśmiechnęła się.

- Tak sądzisz? - zapytał z ożywieniem Net. - Myślicie, że pani Jola uzna tę dysleksję za okoliczność łagodzącą?

- Okaże się jutro - powiedział Felix.

Równo z dzwonkiem weszli do sali chemicznej. Kwadrans później do klasy wparował Lambert i osłupiał na widok kompletu uczniów.

- Przepraszam za spóźnienie - wyjąkał, zaczerwienił się i zamrugał. - Eee... zaszła seria nieoczekiwanych zdarzeń. Babcia potknęła się o... parasolkę, którą ktoś położył na środku podłogi, i upadła na psa... I ten pies tak się przestraszył, że połknął klucz. Babcia musiała iść do pracy... Nie! Na pocztę. A ja musiałem zostać, bo nie było jak zamknąć drzwi... Wstałem bardzo wcześnie, ale -

- Myślałeś, że dziś też będzie korek? - podsumowała Próbówka. - Siadaj, masz spóźnienie.

* * *

Następnego dnia miało miejsce kilka zdecydowanie przyjemnych wydarzeń. Na pierwszą lekcję spóźniła się piętnaście minut pani Jola.

- Nie uwierzycie - wyrzuciła z siebie nerwowo, rzucając torbę na krzesło. - Miasto ma nowy system sterujący ruchem i wszyscy są zachwyceni, a ja miałam po drodze same czerwone światła! Nieprawdopodobne.

Poprawiła potargane blond włosy i próbowała opanować zadyszkę. Widać biegła od samochodu aż do klasy. Potem usiadła za biurkiem i powiedziała to, na co czekali:

- Sprawdzian z ortografii będzie za tydzień.

Wszystkich ogarnęła euforia. Wyciągali ściągi z piórników i kieszeni i upychali je w plecakach. Niektórzy klaskali, niektórzy wyli z radości, poklepując sąsiadów po plecach. Wiedzieli, że pani Jola jest jedyną nauczycielką, która nie skrzyczy ich za to. Miała zbyt miękkie serce. Zaczęła nawet cieszyć się razem z nimi.

Druga przyjemna rzecz wydarzyła się na drugiej lekcji.

- Nie zrobię testu - powiedziała pani Konstancja, gdy tylko weszła do sali.

Ponownie rozległy się okrzyki radości, ale geograficzka natychmiast gestem uciszyła je.

- Zamiast tego napiszecie coś w rodzaju wypracowania - mówiła dalej. - Bez obaw, nie będę sprawdzała błędów ortograficznych. Napiszecie, co wy sami sądzicie o Ameryce Południowej. Kim są mieszkający tam ludzie i jakie mają problemy. Może to jest dobry sposób na zainteresowanie was geografią.

Felix, Net i Nika spojrzeli na sobie znacząco. Pani Konstancja zdecydowanie uciszyła wszystkie dyskusje i przeszła do prowadzenia lekcji.

- Z tego nie da się przygotować ściągi - przyznał Net, gdy wyszli na przerwę. - Czy tego właśnie chcieliśmy?

- Myślę, że tak to powinno wyglądać - powiedział Felix. - Mam w domu płytę z filmem o Ameryce Południowej. W sobotę, po wycieczce rowerowej możemy kupić chipsy, popcorn, wielką butlę coli i zrobić wieczór filmowy. Co wy na to?

- Spróbujmy - przytaknął Net. - Zawsze to przyjemniejsze od produkowania ściągi. No i co miałbym robić, skoro skończyłem już czytać książkę?

- Może zacząć następną? - zaproponowała Nika.

Wszyscy zaczęli się śmiać.

* * *

W sobotę rano wybrali się na rowerach za miasto.

- Słyszeliście, że dziś rano przechwycono jakąś wiadomość od szefa Gangu Niewidzialnych Ludzi? - zapytał Felix, gdy tylko spotkał przyjaciół w umówionym miejscu. - Morten wciąż jest na wolności i wcale nie wyjechał z Europy.

- Wszystko wyssane z palca - prychnął Net, nieco zbyt gwałtownie. - Przeczytałem gdzieś, że z policyjnego magazynu zginęły w tajemniczych okolicznościach te odkurzacze, roboty kuchenne i ekspresy do kawy, którymi zawalona była furgonetka. I co z tego? Gazety odgrzewają sprawę, i tyle.

- Ja jednak mam nadzieję, że nasz udział w rozbiciu jego bandy naprawdę pozostanie tajemnicą - odparła Nika. - Z gangsterami nie poradzimy sobie, tak jak z Marcelem i Rubenem.

- Wyluzujcie - Net przyspieszył, żeby uciąć dyskusję. - Facet na pewno ma na głowie większe problemy.

Felix i Nika spojrzeli na siebie, ale nic nie powiedzieli.

Przejechali przez pół miasta. Po korkach i smogu rzeczywiście nie został już żaden ślad.

- Wiecie, co mnie bardziej dziwi? - zapytał znów Felix. - Jedziemy od pół godziny, minęliśmy z piętnaście skrzyżowań i ani razu nie trafiliśmy na czerwone światło.

- Myślicie o tym samym, co ja? - zapytał Net.

Unieśli głowy i spojrzeli w kamerę, jedną z wielu umieszczonych przy miejskich skrzyżowaniach. Obróciła się w ich stronę. Kilka razy uniosła i opuściła obiektyw, jakby przytakiwała ich domysłom.

- Skąd on nas zna? - zdziwił się Net. - To Manfred mojego taty. Nigdy z nim nie rozmawiałem.

- Chyba wiem skąd - mruknęła Nika.

- Ty podkradłeś tacie program, a on tobie - dodał z rozbawieniem Felix. - Wszystko zostało w rodzinie.

- Sądzisz, że tata wykorzystał moją wersję Manfreda? - zapytał niepewnie Net.

- Sam powiedział, że ty go dokończyłeś.

- Zaraz, zaraz - zastanowiła się Nika. - Czy pani Jola, spóźniając się na sprawdzian, nie wspomniała, że miała po drodze same czerwone światła?

- Hm - mruknął Net. - Napomknąłem Manfredowi o mojej dysleksji i o sprawdzianie.

- No to chyba mamy nowego kumpla - powiedział rozradowany Felix. - A jego marzenie o dostępie do internetu spełniło się z nawiązką. To jest dopiero wzorcowy happy end!

Net zmarszczył brwi, ale zaraz uśmiechnął się.

- Manfred! - pogroził kamerze palcem. - Tylko nie przynieś mi wstydu.

Pojechali dalej, nie napotykając ani jednego czerwonego światła. Wycieczka zapowiadała się wspaniale, a przed sobą mieli jeszcze miłą perspektywę seansu filmowego.

AI (ang. Artificial Intelligence) - sztuczna inteligencja. [wróć]

3. Szkoła, w której straszy

Do pierwszego dzwonka pozostało jeszcze kilka minut. Spora grupka uczniów stała w hallu przed gablotą informacyjną, wiszącą obok recepcji. Duży plakat reklamował imprezę halloweenową w jednym z klubów w Centrum. Nika stanęła na palcach, by przeczytać coś ponad głowami uczniów. Z tłumu wydostała się Aurelia. Poprawiła ubranie i zauważyła Nikę.

- Nie wysilaj się, i tak cię nie stać - rzuciła z nutą pogardy. - Zresztą w takim stroju z lumpeksu by cię nie wpuścili.

Nika zagryzła wargi, ale nic nie odpowiedziała. Felix stał nieco dalej, przed gablotą z informacjami dyrekcji i czytał notkę o planowanym remoncie szkoły. Miał się odbyć jeszcze przed zimą.

- Nieźle, nieźle - powiedział Net, zaglądając mu przez ramię. - Będzie zamieszanie, może nawet odwołają część lekcji.

Felix nie podzielał jego entuzjazmu.

- Mogą przy okazji uporządkować strych.

- Hm. Masz rację. Szkoda by było wszystko organizować od początku. Już się zadomowiliśmy w naszej wieży.

- Lepiej pójdę od razu zabrać moje rzeczy - powiedziała Nika.

Odwrócili się gwałtownie, dopiero teraz ją zauważając.

- Nie strasz nas - ofuknął ją Net. - I nie spiesz się tak. Tu nie jest napisane, kiedy zacznie się remont.

- Więc może się zacząć nawet dziś - odparła dziewczyna takim tonem, jakby zniszczenie ich kwatery było już przesądzone. - Mam w szafie ręcznik na basen i kilka książek.

- Jak to sobie wyobrażasz? Że nagle wejdzie tu dwudziestu robotników z narzędziami i zwojami planów architektonicznych?

Ale Nika już zniknęła. Pobiegła na górę, rozejrzała się i otworzyła drzwi z zamka. Na strychu było... jakoś inaczej niż zwykle. Dziewczyna wzdrygnęła się z zimna i naciągnęła rękawy swetra na dłonie. To przecież już jesień. Można się było tego spodziewać - strych nie był przecież ogrzewany. Chwilę później, przeglądając szafę, Nika przypomniała sobie, że gdy szła do szkoły, było dość ciepło. Wzruszyła ramionami i wyciągnęła ręcznik oraz dwie książki. Trzecia, najmniejsza, gdzieś się zawieruszyła i dziewczyna musiała uklęknąć, by zajrzeć w najdalsze zakamarki. Chciała już stąd wyjść - czuła się dziwnie, jakby ktoś ją obserwował. Wreszcie znalazła książkę wetkniętą głęboko na dolną półkę.

Gdy zeszła z drewnianych schodków, pewien szczegół przykuł jej uwagę - szkielet stał w innym miejscu... Potem zauważyła coś, co sprawiło, że serce na moment przestało jej bić. Szkielet stał sam, bez stojaka. Dobrze pamiętała grzechoczące kości, połączone drucikami, które bujały się luźno, gdy na początku roku szkolnego Felix przestawiał stojak. Szkielet bez podparcia nie miał prawa utrzymać się w pozycji pionowej.

Zastygła oniemiała, gdy nagle szkielet wolno uniósł rękę i zrobił gruchoczący krok w jej stronę. Upuściła książki, wrzasnęła i rzuciła się do wyjścia. Słyszała za plecami klekot kości. Nie oglądając się, wypadła na schody i zatrzasnęła za sobą drzwi. Zbiegła na parter i zdyszana zatrzymała się dopiero w hallu. Pochyliła się, próbowała złapać oddech. Poprawiła nerwowo włosy, które opadały jej na twarz, i uniosła głowę. Przed nią stał Ruben i gapił się na nią bezmyślnie. W porównaniu z Niką był wielki jak góra. Patrzyli na siebie dłuższą chwilę, po czym chłopak zrobił jeszcze głupszą minę niż zazwyczaj, zmierzył ją wzrokiem od góry do dołu i powiedział:

- Dobrze, że masz takie buty.

Potem odwrócił się i odszedł swoim kaczkowatym krokiem. Felix z Netem przyglądali się całej scenie, stojąc przy sklepiku. Podeszli do rozdygotanej Niki.

- Dlaczego tak biegłaś? - zapytał Felix.

- To było straszne! - wykrztusiła. - Ten szkielet, na strychu...

- Znów cię prześladuje? Przestawiłem go dalej od naszej kwatery.

- On... próbował mnie złapać.

Chłopcy popatrzyli na nią podejrzliwie.

- Ciekawe, czy doktor Jamnik już przyjmuje? - zastanowił się Net, zerkając na zegarek.

- Lepiej nie - powiedział Felix. - Wykryje u niej rozdwojenie osobowości, a potem przepisze aspirynę i witaminę C.

- Mówię poważnie! - prawie krzyknęła Nika i zerknęła przez ramię na schody, jakby bała się, że szkielet zejdzie za nią aż tu.

Felix spojrzał na nią spod przymrużonych powiek.

- Jak konkretnie chciał cię złapać?

- Wyciągnął rękę i zrobił dwa kroki - powiedziała dziewczyna, naśladując ten ruch. Popatrzyła na chłopców i opadły jej ramiona. - Wy mi nie wierzycie...

- Widzieliśmy tylko, jak zaczepiał cię Ruben - stwierdził Net. - Szkieletu to on nie przypomina. Powiedziałbym, że wprost przeciwnie.

- Nie zaczepiał mnie - odparła. - Gapił się tylko i powiedział, że mam dobre buty. Zapewne chodziło mu o to, że w pantoflach zleciałabym ze schodów.

- Ruben to przygas. - Net machnął ręką. - Ma pół mózgu. O wszystkim i tak decyduje Marcel... A właściwie... dlaczego ty zawsze chodzisz w tych martensach?

- Lubię je. - Wzruszyła ramionami i odwróciła wzrok.

Felix zmarszczył czoło.

- Miał bardzo głupią minę - powiedział.

- Zawsze taką ma. Może pielęgniarka go upuściła, jak się urodził? - zastanawiał się Net. - Dawno temu w szpitalach robili tak, że po porodzie zabierali matce dziecko. I oddawali dopiero, jak wychodziła do domu.

- Straszne! - wzdrygnął się Felix. - Jak tak je nosili, to co jakiś czas któreś im upadało...

- Przestańcie! - wrzasnęła Nika, aż połowa uczniów w hallu odwróciła się.

Chłopcy dopiero teraz potraktowali poważnie jej słowa.

- Chodźmy na górę, zobaczymy - zaproponował Felix.

- O nie! - zaprotestowała. - Nie wejdę tam nigdy w życiu!

- Więc nie sprawdzimy, czy miałaś rację.

- Idźcie sami - powiedziała znacznie ciszej. - Bezpański szkielet buszujący po strychu rzuci wam się w oczy.

Chłopcy wzruszyli ramionami i zostawili Nikę w hallu. Podśmiewając się z babskich strachów, zaczęli wchodzić po stopniach. Gdy został im już tylko ostatni bieg schodów, zwolnili. Z każdym kolejnym krokiem ich nastrój ulegał zmianie. Gdy wreszcie stanęli przed drzwiami na strych, nie mieli już ochoty na żarty. Co innego wyśmiewać się ze szkieletu, stojąc w ruchliwym hallu, a co innego, gdy ma się zaraz ten szkielet zobaczyć.

- Wchodzimy razem - powiedział Felix.

- A jakby co, razem uciekamy - dodał Net.

- OK.

Pchnęli drzwi i ramię przy ramieniu weszli do środka. Felix wymacał kontakt i zapalił światło. Zakurzony i zagracony strych wyglądał normalnie, ale to wcale ich nie uspokoiło. Zrobili kolejny krok, i następny. Doszli powoli do schodów prowadzących do ich kwatery.

- Zimno jakoś... - mruknął Net, zapinając się pod szyję. Z ich ust wydobywała się para.

Coś przesłoniło światło okna i zachrobotało metalicznie. Net prawie już zawracał, by wybiec, ale Felix przytrzymał go za rękaw.

- To tylko gołąb na parapecie - szepnął, wskazując półokrągłe okienko.

Gołąb usadowił się wreszcie i przestał hałasować. Spojrzeli w głąb strychu. W półcieniach stał szkielet. W napięciu wpatrywali się w niego, ale nie poruszył się. Tkwił na stojaku, tam, gdzie podczas porządkowania kwatery przestawił go Felix.

- Bolesław Łysy śpi na stojąco. - Net próbował żartem dodać sobie otuchy.

Weszli po schodkach, zebrali książki i ręcznik Niki, zawrócili i starając się nie spieszyć, doszli do drzwi. Dopiero na drugim piętrze, gdzie było więcej uczniów, poczuli wyraźną ulgę.

- Chyba nas zaraziła - powiedział Net. - Odczuwam irracjonalną obawę przed powrotem do naszej kwatery.

- Ja też.

- Babskie strachy... Z tym trzeba coś zrobić. Za bardzo lubię ten strych, żeby się go bać.

Felix zastanowił się.

- To proste - powiedział. - Jak Nika z nami tam pójdzie, to nie będziemy mogli się bać.

- Hm, racja. Ona się będzie bała za nas.

Zeszli na parter i podeszli do Niki, która czekała na nich przy portierni.

- Nic tam nie ma - zapewnił ją Felix. Oddał jej książki i zakurzony ręcznik.

Nika odgarnęła włosy wciąż opadające jej na twarz. Felix i Net zobaczyli, że dziewczyna płacze.

- Do tego zgubiłam spinkę do włosów.

- Tę srebrną? - zapytał Felix.

- Tak. To pamiątka po prababci... - chlipała. - Nosiły ją też babcia i mama...

- Pewnie jest na strychu - powiedział Net. - Chodź, poszukamy.

Nika, cofając się, pokręciła głową.

- Musisz to przezwyciężyć - dodał Net, kończąc w myślach "I my też". - Wrócimy tam i pokażemy ci, że wszystko jest OK. Bolesław Łysy stoi na swoim miejscu.

- Bolesław Łysy?

- Właśnie otrzymał imię. Nie będzie taki straszny.

Nika z ociąganiem wzięła go za rękę i pozwoliła się zaprowadzić schodami na samą górę. Otworzyli drzwi i pewnym krokiem, choć z duszą na ramieniu, weszli w półmrok. Nika nerwowo ściskała rękę Neta, idąc krok za nim. Chłopak czuł, że nie może okazać strachu. Gołąb nadal drapał pazurami po parapecie, aż zęby bolały. Przez brudną szybę widać było zarys szybko poruszających się skrzydeł.

Spinki nigdzie nie było.

- Bolesław stoi tam, gdzie go zostawiliśmy na początku roku szkolnego - powiedział Net, wskazując ręką w głąb strychu.

Wszyscy spojrzeli we wskazanym kierunku. Ręka Neta zadrżała.

- Nie... - wyszeptał powoli i cofnął się o krok.

W półmroku, w miejscu, gdzie parę minut temu był szkielet, teraz stał tylko pusty stojak.

- Nie... - powtórzył głośniej Net i odwrócił się w stronę wyjścia.

- Nie rozumiem... - powiedział Felix, wpatrując się w stojak. Poczuł, że Net szarpie go za rękaw i też się odwrócił.

- Mówiłam wam - powiedziała Nika i poczuła, że teraz Felix ją szarpie za rękaw. Odwróciła się.

Szkielet stał o własnych siłach w cieniu za ostatnim okienkiem. Niedaleko drzwi, pod schodami prowadzącymi do ich kwatery. Przyjaciele wrośli w podłogę jak skamieniali, patrząc to na niego, to na drzwi. Gołąb ucichł niespodziewanie.

Mała kostka w małym palcu dłoni szkieletu drgnęła. Felix, Net i Nika wypadli z wrzaskiem na schody i zbiegli po kilka stopni naraz. Drzwi odbiły się od ściany i zatrzasnęły z hukiem.

* * *

Po matematyce nie mogli pójść do swojej kwatery. Korzystając z ostatnich ciepłych dni jesieni, wyszli na szkolne patio zarośnięte karłowatymi drzewami, które zapewne pamiętały jeszcze wojnę. Usiedli na ławeczce skrytej częściowo pod skręconymi starością gałęziami. Ze wszystkich stron otaczały ich okna szkoły, w tym okrągłe okienka strychu.

- Księdza potrzebujemy! - jęknęła Nika.

- Do chodzącego szkieletu nie wystarczy zwykły ksiądz - zaoponował Net. - Biskup co najmniej musi być. Jeszcze mi ciary biegają po plecach... Po prostu jedwabiście! Milczenie owiec! Nie mamy kwatery!

- Nitka - stwierdził Felix. - Ktoś go powiesił na cienkiej nitce. Żeby nas przestraszyć.

- Rozleciałby się - zauważyła Nika.

- Na stojaku też wisiał - wyjaśnił Felix. - Wszystkie kostki ma połączone drutami. Przyjrzałem mu się z bliska, wtedy jak go przenosiłem. - Wzdrygnął się na samo wspomnienie.

- Ja widziałam, jak się poruszał - zaprzeczyła Nika. - Nie było żadnych nitek. Wierzysz w duchy?

- Jak w tym dowcipie: nie wierzę, ale nie jestem pewien, czy one o tym wiedzą.

Z jednego z okien strychu odleciał spłoszony czymś gołąb. Spojrzeli w górę.

- Może udałoby się dowiedzieć, czyj jest ten szkielet - zaproponowała Nika.

- Jak to czyj? - zdziwił się Net. - Należy do szkoły.

- Myślałam raczej... kto miał go przedtem... w sobie.

- Pewnie jest z plastiku - próbował ich pocieszyć Felix. - Może zrobili to Marcel i Ruben w zemście za ujawnienie ich kryjówki.

- Albo to Gang Niewidzialnych Ludzi próbuje nas zastraszyć - dodał Net, ale przyjaciele spojrzeli na niego tak, że od razu porzucił swoje przypuszczenia.

- Proponuję, żebyśmy w końcu przyznali - powiedziała Nika poważnie - że na naszym strychu straszy.

* * *

Po zwykłych lekcjach przyjaciele udali się na zajęcia dodatkowe z botaniki.

Okazało się, że oni jedyni zapisali się do Butlera. Profesorowi zdawało się to nie przeszkadzać.

- Nie będziemy hodować rzodkiewek, o nie! - zapowiedział, stawiając przed nimi tacę z doniczką przykrytą szklanym kloszem. W doniczce rosła mała roślinka z trzema listkami i pąkiem nierozwiniętego kwiatka. - Zajęcia dodatkowe są dla profesjonalistów. Dziś nauczycie się, jak pielęgnować tę niezwykłą roślinę. Oto drosera superiora, zwana rosiczką tygrysią. Najpierw musimy ją nakarmić.

Wyjął z szuflady przezroczyste pudełko z muchami. Nika skrzywiła się, lekko marszcząc nos. Chłopcy patrzyli zafascynowani.

- Mucha nie może być śnięta - ciągnął, oblizując się, profesor. - Drosera musi trenować, żeby zachować formę. Inaczej więdnie jak leniwy kulturysta.

Uniósł delikatnie klosz i do środka wsunął uchylone pudełko. Jedna mucha wleciała pod klosz i krążyła wewnątrz, obijając się o szkło. Na dźwięk brzęczących skrzydełek roślina... poruszyła się delikatnie. Szast-prast i mucha znikła. To, co przedtem wydawało się pąkiem, było w rzeczywistości paszczą pełną ostrych ząbków.

Profesor usiadł przy jednej z ławek, wyjął z kieszeni białego (niegdyś) fartucha małą kanapkę zapakowaną w przetłuszczony papier i zaczął ze smakiem jeść.

- Rozumiem, że roślina może zjadać nieostrożne owady - powiedział powoli Net - ale żeby łapała je w locie?

Rosiczka przekręciła paszczę w jego stronę, jakby na niego patrzyła. Przeżuwała muchę jak krowa trawę. Cicho beknęła i znów znieruchomiała.

- Bleee... - wzdrygnęła się Nika.

Profesor skończył kanapkę, po czym wyzbierał z blatu wszystkie okruszki i włożył je do ust. Oblizał się ze smakiem.

- Wiecie, jak przesadzamy droserę? - zapytał, podchodząc do nich. Nie wiedzieli. - Ostrożnie - wyjaśnił, chichocząc z własnego dowcipu, i założył na dłoń grubą rękawicę pokrytą metalową siateczką.

* * *

W szkolnej bibliotece było bardzo cicho. Pełne książek wysokie regały tłumiły dźwięki. Ponadto cały sufit był wyłożony miękkimi płytami pilśniowymi. Nika, wchodząc tutaj, zawsze miała wrażenie, że jej oddech jest tak głośny, iż słychać go w drugim końcu sali.

Bibliotekarka, pani Michalina Małolepsza, zwana przez uczniów Bukwą, była siwą sześćdziesięciolatką. Teraz chodziła między regałami, pchając przed sobą wysoki wózek pełen książek, które odkładała na odpowiednie miejsca na półkach.

- Dzień dobry. Szukam książek o duchach - powiedziała Nika.

- Chodzi o Halloween? - zapytała bibliotekarka, zwężając wargi do cienkiej kreski. - To nie jest dobre święto.

- Chcę tylko przeczytać parę książek...

- Mam Opowieść wigilijną, Hamleta, Dziady, Fausta, Wakacje z duchami...

- Chodzi mi o książki... naukowe.

Bibliotekarce teatralnie opadły ramiona. Spojrzała na dziewczynę znad okularów, mrużąc oczy, jakby Nika sobie z niej żartowała.

- Nie ma naukowych książek o duchach - wyjaśniła nieco mniej uprzejmie. - Są tylko pseudonaukowe książki o duchach, ale tutaj takich nie znajdziesz.

Nika chciała poprosić, by bibliotekarka sprawdziła to dla pewności w komputerze, ale ugryzła się w język. To byłoby niegrzeczne, a poza tym każdy wiedział, że pani Małolepsza ma cały księgozbiór w głowie.

Podziękowała więc i wyszła.

- I co? I co? - dopytywali się chłopcy, czekający za drzwiami.

- Nie ma. - Nika wzruszyła ramionami.

- Czy robiła przy tym minę, jakby przyłapała cię na wycieraniu nosa w atlas? - zapytał Felix.

- Tak to można określić. Myślisz, że mogła się pomylić?

- Sprawdzić nie zaszkodzi. - Net pociągnął ich w kąt korytarza, wyjął z plecaka laptop i wstukał kilka komend.

- Szkoła... jest. Biblioteka... - mruczał pod nosem. - Nawet nie ma hasła dostępu... ale w końcu to nic tajnego... dobrze, mam! Czego szukać?

- Na początek wpisz po prostu "Duchy" - zaproponowała Nika.

Net stukał w klawisze i przesuwał okienka.

- Ściemniała! - zatriumfował po chwili. - Ma książki o duchach. Proszę bardzo: Duch święty... to może akurat nie... Wyklęty, Nawiedzony dwór, Manitou i parę innych. Naukowa też jest, Nawiedzone domy. Właśnie tego potrzebujemy!

- Dlaczego o niej nie wspomniała? - zdziwiła się Nika. - Zapomniała?

- Myślę, że nie chce, żebyśmy czytali coś poza lekturami - powiedział Felix. - Tym bardziej "rzeczy nie dla dzieci", a już w szczególności "straszne rzeczy nie dla dzieci". Słyszałem kiedyś, że to jest niewychowawcze.

Nika zastanowiła się.

- Nie mogę tam teraz wrócić i powiedzieć "Pani kłamie". Może któryś z was?

- To też będzie podejrzane - stwierdził Felix. - Zresztą nie da nam jej. Musimy tę książkę pożyczyć... nieoficjalnie.

- Znaczy ukraść? - zapytała z niepokojem Nika.

- Pożyczyć - podkreślił Felix. - Przeczytamy i oddamy. Bukwa nic nie zauważy.

- Jedną rzecz chciałabym bardzo wyraźnie zaznaczyć - powiedziała wolno Nika, podnosząc palec wskazujący. - Nie zbliżam się do tego budynku po zmroku.

Miny chłopców wskazywały, że oni też nie mają takiego zamiaru.

- Sprawdź, w którym dziale stoi - powiedział Felix.

Net wstukał kilka poleceń.

- Psychologia - powiedział. - Chyba umieścili to tam, bo nigdzie indziej nie pasowało.

- Gdzie jest regał z psychologią? - zapytał Felix.

- Zapewne w końcu sali - odpowiedziała Nika. - Tam, gdzie inne książki dla nauczycieli. Bez wzbudzania podejrzeń tam nie wejdziemy.

- Przejdźmy wentylacją! - zaproponował Net. - Widziałem to na filmie. James Bond przeszedłby wentylacją.

- Może, gdyby był chomikiem. - Felix wskazał kratkę wentylacyjną wielkości dłoni. - To stary budynek. Przewody wentylacyjne idą pionowo w górę aż na dach. Ale mały robot... - Zmarszczył brwi. - Robot, który umie się wspinać...

- Z całym szacunkiem dla ciebie i twojego taty - zaczęła Nika - ale nie sądzę, abyście skonstruowali robota, który potrafi zejść szybem wentylacyjnym, wyjąć kratkę, zejść na podłogę, odszukać odpowiednią książkę i wdrapać się z nią tą samą drogą z powrotem na dach. Jak zwykle komplikujecie najprostszą pod słońcem rzecz. Trzeba tam wejść, pożyczyć jakąś książkę, a przy okazji wynieść... pożyczyć nieoficjalnie Nawiedzone domy.

Chłopcy spojrzeli na siebie.

- Ta koncepcja też jest warta rozważenia - powiedział szybko Net, a Felix przytaknął.

* * *

- Podobno Sylwester znów pije w pracy - powiedział Net, gdy szli w stronę biblioteki. - Chyba go wyrzucą.

- Szkoda by było - odpowiedziała Nika.

Net wyciągnął z kieszeni małą tekturę zatopioną w folii.

- Musiałem wyrobić sobie nową kartę biblioteczną - zaczął narzekać. - Po co to komu? Następna rzecz do gubienia. I dlaczego w bibliotekach trzeba chodzić na suknach?

- Oszczędzają na froterowaniu podłóg - odparł Felix.

- Albo chcą, żeby nie dało się szybko uciekać, jak się kradnie książkę - dodała Nika.

- My jej nie kradniemy - zaprzeczył Felix. - Przeczytamy i oddamy.

W koszu przy wejściu znajdowały się filcowe kapcie nasuwane na buty. Żeby jednak nie było zbyt prosto, odcięto od nich gumki, więc i tak chodząc, trzeba było suwać nogami.

Biblioteka była podłużną salą z rzędami regałów poustawianych prostopadle do ścian. Jedyne przejście prowadziło samym środkiem, dokładnie na wprost biurka pani Małolepszej. Chłopcy przemknęli się przez działy z lekturami i skręcili do regału z science fiction.

Bukwa odprowadziła ich podejrzliwym wzrokiem, ale drzwi właśnie się otworzyły i weszła kolejna osoba.

- Dzień dobry. Chciałam sprawdzić, czy jest pewna książka - zaczęła Nika od progu.

- Mam nadzieję, że nie o duchach? - zapytała od razu pani Małolepsza.

- Szczerze mówiąc, myślałam właśnie o Wakacjach z duchami, które poleciła mi pani wczoraj.

- Nie poleciłam ci tej pozycji. Powiedziałam tylko, że istnieje.

- Myślę, że mi się spodoba.

Bibliotekarka zmrużyła groźnie oczy, ale po chwili odpowiedziała:

- Trzeci rząd po prawej, "Książki przygodowe", drugi regał z lewej, trzecia półka od góry, szesnasta książka od lewej. Biały grzbiet z czarnymi literami, jeśli dobrze pamiętam.

Naprawdę ma to wszystko w głowie, pomyślała Nika i udała się we wskazanym kierunku. Felix i Net stali trzy rzędy dalej.

- Wyjmijmy książki z najniższej półki - zaproponował Net. - Przeciśniemy się przez dziurę, która powstanie.

- Zbyt skomplikowane - ocenił Felix. - Nie wiemy, gdzie ta książka dokładnie stoi. Trzeba odwrócić uwagę Bukwy i się przemknąć.

- Mam jeszcze lepszy pomysł -

- Mogę w czymś pomóc?

Podskoczyli na dźwięk tego głosu. Pani Małolepsza stała w przejściu i uważnie ich obserwowała znad opuszczonych prawie na czubek nosa okularów. Zaczęli się jąkać, nie wiedząc, co powiedzieć. Niespodziewanie, wybawił ich łomot spadających książek. Bibliotekarka obejrzała się, fuknęła ze złością i odeszła w kierunku, skąd doszedł dźwięk.

Felix i Net wykorzystali to i po cichu przemknęli się w głąb biblioteki. Bez trudu odnaleźli tabliczkę z napisem "Psychologia". Dłuższą chwilę oglądali grzbiety książek.

- Może źle przeczytałeś nazwę działu - powiedział w końcu Felix.

- Jestem pewien... Zobacz! - Net wskazał puste miejsce na półce. - Autorem naszej jest profesor Wrigley, więc musiała stać pomiędzy Wrightem a Wysockim... jeśli dobrze pamiętam kolejność liter w alfabecie. Ktoś ją pożyczył.

Wrócili szybko do działu science fiction, akurat w chwili, gdy pani Małolepsza wyszła spomiędzy regałów. Obrzuciła ich nieprzychylnym spojrzeniem i udała się do swojego biurka.

- Rejestr - powiedział Felix. - Tam musi być informacja, kto pożyczył Nawiedzone domy.

- To te karteczki w pudełkach? - Net się skrzywił. - Trzeba kilku godzin, żeby znaleźć tam odpowiednią osobę! Co za średniowiecze! Dlaczego ta baba nie używa komputera?

- Może dlatego, żebyś się tam nie włamał?

- A ciekawe co zrobi, jak się jej te wszystkie karty niechcący wywalą. W życiu nie dojdzie kto, co i kiedy pożyczył.

- No to koniec.

Wzięli z półki po jednej książce i podeszli do biurka. Bibliotekarka obrzuciła ich pogardliwym wzrokiem i wypełniła rewersy.

- Musiałam zrobić z siebie idiotkę, żeby was ratować - powiedziała ze złością Nika, gdy wyszli.

- Dzięki, ale sami byśmy sobie poradzili - odparł Net. - Poszukamy czegoś w internecie.

- Co pożyczyłeś? - zapytał Felix, gdy wyszli.

- Nie wiem... Wiedźmin Sapkowskiego. Hm, brzmi nieźle. A ty?

- To jest... Niekończąca się historia. Może nawet przeczytam?

- Wiecie, że Sylwester znów pije? - zapytał Wiktor, wpadając na nich na schodach. - Miał przywidzenia. Wezwał policję, straż pożarną, pogotowie gazowe, pogotowie energetyczne i parę innych pogotowi... wiów...

Trójka przyjaciół zaniepokoiła się lekko.

- Jakiego rodzaju... przywidzenia? - zapytał Felix.

- Podobno widział kościotrupa idącego przez hall.

- Skąd on właściwie wie, że Sylwester pił? - zapytał Net, gdy Wiktor odszedł.

- On wie wszystko - odparł Felix. - A z tymi duchami trzeba szybko coś zrobić.

- Jakiś czas temu interesowałam się trochę duchami i nawiedzonymi domami - powiedziała z wahaniem Nika. - Mam w domu pewną książkę, jest bardzo stara. Przyniosę ją jutro.

- Nie, nie ma czasu - zaoponował Felix. - Pojedziemy do ciebie i przeczytamy, co trzeba robić.

- Może lepiej nie... - zająknęła się.

- Dlaczego? - zdziwił się Felix.

- Bo moje mieszkanie... Zresztą dobrze, sami zobaczycie.

* * *

Pośrodku brukowanej uliczki w świetle latarń błyszczały mokre szyny. Trakcja elektryczna przymocowana była stalowymi linkami wprost do poobłupywanych z tynku ceglanych ścian. Niektóre obłażące z farby okna były ciemne, nawet powybijane. Felix i Net rozglądali się niepewnie po mrocznych bramach starych kamienic.

- To tu. - Nika skręciła do narożnego budynku. Minęli boczną uliczkę, tak wąską, że dwa samochody nie zmieściłyby się obok siebie. Do narożnika domu przylepiony był wykusz ze szpiczastym dachem, przypominający wieżyczkę starego zameczku.

Klatka schodowa tonęła w półmroku. Słaba żarówka dawała żółtawe światło pozostawiające cienie w kątach. Wdrapali się na trzecie piętro. Nika przełknęła nerwowo ślinę, otworzyła drzwi i zapaliła światło. Przyjaciele weszli do środka i zaniemówili. Na środku niewielkiego pokoju stały stół i trzy krzesła. Największym meblem w całym wnętrzu była stara duża szafa. Przy drugiej ścianie dostrzegli rozkładaną kanapę. Nie było tu osobnej kuchni, jej rolę pełniły rząd szafek i zlewozmywak na ścianie z lewej strony. Otwarte wąskie drzwi ukazywały wejście do miniaturowej łazienki. Wykorzystany był każdy, najmniejszy fragment podłogi i ścian. Półeczki, szafeczki i wieszaki znajdowały się wszędzie. Rower postawiony był pionowo na bocznej ścianie szafy. Za lodówką, po trzech schodkach, wchodziło się do wykuszu. Półokrągłe pomieszczenie miało może dwa metry średnicy. Zmieściło się tu małe biureczko, drewniane krzesło, wąska szafa i regały na książki. Wolne miejsce na ścianach zakryte było przez najróżniejsze obrazki. W mieszkaniu nie było ani jednego nowego mebla.

- To mój pokój - powiedziała Nika.

- Nie mów! - przeraził się Net. - Mieszkasz w takiej klicie?

- Zamknij się lepiej - zgasił go Felix. - Fajnie tu jest!

- Chciałem powiedzieć... że jest tu bardzo... przytulnie - próbował wybrnąć Net. - Jak księżniczka w wieży, tyle że smoka nie ma i stąd jest wyjście... Naprawdę, całkiem tu... klimatycznie. Stare budownictwo...

Za oknem, ze zwielokrotnionym echem łoskotem, przejechał tramwaj. Podłoga drgała przez kilka sekund. Nika westchnęła.

- Tak właśnie mieszkam - powiedziała, unosząc głowę. - Śpię na tym rozkładanym fotelu. Tata śpi... na kanapie.

Zarówno pokój Neta, jak i Felixa były większe od całego tego mieszkania.

Nika sięgnęła do klamki starej lodówki i szarpnęła. W środku coś jęknęło i drzwi odskoczyły, pokonując opór zepsutego zamka.

- Napijecie się? Ale jest tylko woda.

Podziękowali.

- A mama? - zapytał Felix.

- Mama... Nie ma jej. Umarła, kiedy miałam sześć lat.

- Sorry, nie wiedziałem... Tata jeszcze w pracy?

Nika szybko wypaliła:

- Tata jest akwizytorem. Pewnie nie za dobrze mu dziś poszło, więc teraz siedzi w barze i pije piwo.

Chłopaków zamurowało.

Nika weszła do swojego pokoiku i sięgnęła na górną półkę regału. Wyjęła stamtąd starą książkę oprawioną w materiał. Tytuł na okładce był zatarty. Usiedli przy stole, a Nika otworzyła na stronie tytułowej.

- Stefan Król, Duchy, zjawy, poltergeisty - przeczytała. - Ta książka jest bardzo stara, jest w domu, odkąd pamiętam, ale... za bardzo się bałam, by ją całą przeczytać.

Felix spojrzał w stronę jej pokoiku. Było tam dużo starych i bardzo starych książek. Praktycznie całe ściany były zastawione regałami pełnymi ustawionych jeden przy drugim tomów.

Nika przewróciła kilka kartek i zaczęła czytać:

"Możemy wyróżnić dwa podstawowe rodzaje duchów: zjawy i poltergeisty, zwane też duchami stukającymi. Zjawy są bierne, niezwykle rzadko udaje się nawiązać z nimi kontakt. Najczęściej sprawiają wrażenie, jakby były nieświadome otoczenia. Poltergeisty natomiast są niewidzialne, ale objawiają się głównie poprzez swój wpływ na otoczenie i pewną celowość działania."

- Zawsze myślałem, że duch to duch - zasępił się Net - a tu mamy jakieś rodzaje.

- Tych rodzajów jest więcej - powiedziała Nika - ale już w to nie wnikajmy.

- Czyli albo go widać, albo może poruszać przedmiotami - podsumował Felix. - Mamy zatem do czynienia z poltergeistem.

- Uwierzyłeś wreszcie, że to nie Marcel z Rubenem? - zapytała Nika.

- Powiedzmy, że nie chcę odrzucać żadnej ewentualności.

- Czy tam jest napisane, jak pozbyć się ducha? - zapytał Net.

Nika przeglądała kolejne kartki.

- Teraz nie znajdę. Muszę to przeczytać, chociaż nie wiem, jak potem zasnę. Na szczęście mieszkanie jest bardzo małe i nie ma tu wielu tajemniczych zakamarków.

Net spuścił wzrok i bąknął coś niewyraźnie.

Przeglądali książkę jeszcze pół godziny, ale przestarzały język, jakim była napisana, nie ułatwiał zrozumienia treści. Zrobiło się późno i trzeba było wracać do domu. Chłopcy pożegnali się i niepewnym krokiem wyszli na ciemną ulicę.

- Zauważyłeś, że ona nie ma telewizora? - zapytał Felix. - Jedyne w miarę nowoczesne urządzenie, jakie tam było, to lodówka. Zresztą trochę zepsuta.

- Może telewizor by się nie zmieścił?

- Myślę, że ona jest bardzo biedna.

- Fakt, odkąd pamiętam, zawsze chodzi w jednych butach... Musiała się fatalnie czuć, jak chwaliłem się tym moim ogrodem na dachu... Tylko dlaczego jej ojciec pije, skoro nie ma pieniędzy?

- Pije pewnie właśnie dlatego, że nie ma pieniędzy.

Net pokręcił głową. W milczeniu szli dalej ponurą ulicą w stronę przystanku.

* * *

Felix i Net przyjechali do szkoły tym samym autobusem.

- Wywalili Sylwestra - oznajmiła Nika, gdy tylko weszli do hallu. - W środku nocy wybiegł ze szkoły, zostawiając otwarte drzwi.

Patrzyli na siebie dłuższą chwilę.

- Musimy iść do dyrektora i powiedzieć o duchu - zadecydował Felix.

- Wyśmieje nas - odparł Net. - A poza tym to oznacza, że dowie się o naszej kwaterze.

- Myślę, że Felix ma rację - powiedziała Nika po krótkim namyśle. - Sylwester wyleciał z pracy, a przecież jest niewinny. Może nie będziemy musieli wspominać o kwaterze.

- Proponuję wprowadzenie stanu wyjątkowego i odebranie prawa głosu dziewczynom - rzucił Net.

- Męski szowinista!

- Dobra, żartowałem. Chodźmy do Stokrotki.

Sekretarka, pani Helenka, popatrzyła na nich z niedowierzaniem.

- Chcecie się widzieć z panem dyrektorem? Naprawdę?

Przytaknęli. Zazwyczaj rozmowa z dyrektorem, magistrem inżynierem Juliuszem Stokrotką, była karą za wybitnie złe zachowanie, a więc ostatnią rzeczą, o jakiej uczniowie mogli marzyć. Pani Helenka zmierzyła ich wzrokiem, po czym palcem zakończonym długim jaskraworóżowym tipsem1 wcisnęła przycisk interkomu.

- Panie dyrektorze, jacyś uczniowie chcą się z panem widzieć... Z własnej woli.

- Tak, tak, poproś, kochanieńka.

Pani Helenka wstała. Nie była zbyt szczupła, ale uwielbiała obcisłe bluzeczki, przez co wyglądała, jakby pod ubraniem, na wysokości pasa, miała nie do końca nadmuchane koło ratunkowe. Wrażenia pluszowości sekretarki dopełniały natapirowane tlenione blond włosy. Otworzyła obite sztuczną skórą drzwi i gestem zaprosiła ich do środka. Nieśmiało weszli do gabinetu, eleganckiego na tyle, na ile pozwalały skromne środki finansowe szkoły.

Dyrektor miał na sobie granatowy garnitur, jak zwykle nieco za mały, granatową kamizelkę i niepasującą do reszty, kremową koszulę. Stroju dopełniała pasiasta żółto-zielona mucha. Przyjaciele przedstawili się kolejno. Dyrektor Stokrotka był bardzo uprzejmy.

- Siadajcie, proszę. - Wskazał im wielką skórzaną kanapę, a sam usiadł w głębokim fotelu obok. - Słucham.

- My w sprawie pana Sylwestra - zaczął Felix.

- Tak, tak... Zrobiłem to z wielką przykrością - powiedział trochę zaskoczony dyrektor, zakładając nogę na nogę, co przy jego tuszy wcale nie było proste. - Sylwester pracował tu od wielu lat. Niestety ostatnio kilka razy naruszył regulamin.

- Wiemy, że pan Sylwester kiedyś pił w pracy - odparł Felix - ale teraz już nie pije.

- Przez ostatnie dwie noce zachowywał się w sposób niedopuszczalny. Nie chcę wchodzić w szczegóły, sami rozumiecie... Wiem, że to przykre, ale nie miałem wyboru. Ta decyzja jest nieodwołalna.

- On zobaczył ducha - odezwała się Nika.

Dyrektor Stokrotka zbladł.

- Nie życzę sobie takich żartów, młoda damo!

- My też go widzieliśmy - dodał szybko Net. - Nie dziwię się panu Sylwestrowi, że uciekł. Każdy by to zrobił... może z wyjątkiem Indiany Jonesa.

Dyrektor poluźnił muchę, jakby nagle zaczęła go uwierać. Rozległ się dzwonek. Stokrotka z wyraźną ulgą wstał, dając tym samym do zrozumienia, że spotkanie dobiegło końca. Przyjaciele również podnieśli się.

- To naprawdę wspaniałe, że wstawiliście się za panem Sylwestrem - powiedział, poklepując ich po ramionach i popychając w stronę drzwi. - Teraz jednak pora iść na lekcje.

- On coś wie - stwierdził Felix, gdy wyszli z gabinetu.

- Myślę, że nie chce, żebyśmy wtrącali się w jego pracę - odparł Net.

- Felix ma rację - powiedziała Nika. - Zauważyliście, co leżało na jego biurku? Książka Nawiedzone domy. To on wypożyczył ją z biblioteki.

* * *

Na długiej przerwie poszli do kawiarni Zbędne Kalorie, która mieściła się po przeciwnej stronie ulicy. Kafejka była sympatycznym, przytulnym miejscem urządzonym z dobrym smakiem. Ciemna drewniana boazeria, pastelowe tapety i małe lampki z abażurami nadawały wnętrzu wygląd angielskiego klubu. Nazwa może bardziej by pasowała do cukierni, ale tutaj też można było przejeść się słodyczami. Felix postawił przyjaciołom po szarlotce. Pani Basia, właścicielka kawiarni, zdążyła już polubić trójkę przyjaciół, wpadających co najmniej raz w tygodniu. Uśmiechnęła się do nich, niby niechcący licząc im tylko za dwa ciastka. Mimo swoich czterdziestu lat wyglądała lepiej niż sporo znacznie młodszych kobiet. Pewnie często chodziła do klubu fitness. Sądząc po idealnie utrzymanych długich blond włosach, równie często odwiedzała fryzjera.

- Pół nocy nie spałam, czytając, a przez drugie pół śniły mi się koszmary - wyznała Nika, gdy usiedli przy stoliku najbliższym okna. Widzieli stąd frontowe okno swojej kwatery.

- Czy twój tata późno wrócił? - zapytał Net.

- Po północy. Jeszcze czytałam.

- Czy on... czy on cię czasem nie bije?

- Zwariowałeś?! - krzyknęła oburzona Nika. - Jest dobrym człowiekiem!

- Pytałem tylko... - Net zaczął dłubać widelczykiem w szarlotce. - Każdy ma jakieś problemy w domu. Mój tata jest zazdrosny o mamę, bo poznała jakiegoś hiszpańskiego rzeźbiarza.

Felix i Nika niepewnie spojrzeli na siebie, po czym Nika głośno wypuściła powietrze i wyciągnęła z plecaka książkę.

- Duchy zazwyczaj nie nawiedzają ludzi, tylko miejsca. Posłuchajcie. - Otworzyła na zaznaczonej zasuszonym liściem stronie i zaczęła czytać - "Najczęściej spotykane zjawy wykonują tylko podstawowe ruchy, na przykład spacerują wzdłuż korytarza albo pokoju, ale zdarza się, że przechodzą przez ściany i zamknięte drzwi. Nawet jeśli wydają jakieś dźwięki, to mają bardzo skromny repertuar. Ich obszar działania jest zwykle ograniczony. Czasem jest to budynek lub tylko jeden pokój. Dużo zjaw ukazuje się wyłącznie w określonych warunkach."

- Nasz poltergeist opuścił strych i zszedł do hallu - zauważył Net.

- Może go nakarmiliśmy własną energią? - zastanowił się Felix. - Mógł być uśpiony, a my go obudziliśmy swoją obecnością. Oczywiście, jeśli to naprawdę nie jest czyjś dowcip. Zszedł do Sylwestra, bo go znał. Co noc Sylwester wchodził na strych po wino.

- To znaczy... - zaczął Net i zbladł nieznacznie.

- To znaczy, że nas zna jeszcze lepiej - dopowiedziała Nika.

- I pójdzie za nami jeszcze dalej - zakończył Felix.

Patrzyli na siebie przerażeni. Okno ich kwatery kryło straszną, mroczną tajemnicę.

- Zachowajmy spokój - powiedziała w końcu Nika. - Tutaj nigdzie nie jest napisane, że poltergeista może coś łączyć z konkretnymi ludźmi.

- Kto wie, co ten strych jeszcze kryje - powiedział Felix, zerkając na dach szkoły. - Szkoła zbudowana jest na planie kwadratu. Strych jest nad trzema bokami tego kwadratu, a my nie dotarliśmy nawet do pierwszego zakrętu.

Net wzdrygnął się na samą myśl o ewentualnej wyprawie w głąb strychu.

- Jeśli myślisz o ekspedycji... to ja się chyba... zdecydowanie się na to nie piszę.

- Wyślemy robota - zadecydował Felix. - Dojedzie, dokąd się da, i pokaże nam, co tam jest. Potrzebny będzie robot zdolny do pokonywania niewielkich przeszkód.

- Nie lepszy helikopter? - zapytał Net.

- Nie dało się go naprawić po tym upadku.

- Zaraz... - zastanowił się Net. - Duch jest czymś niematerialnym, prawda? Jeśli chciał z jakichś powodów zejść do hallu, to po co ciągnął ze sobą szkielet?

Nikt nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie.

- Pora zacząć szukać miejsca na nową kwaterę - westchnęła Nika.

- Albo i nowej szkoły - dodał Net.

Felix był już myślami zupełnie gdzie indziej.

- Musimy coś z tym zrobić - powiedział, jakby ich w ogóle nie słuchał - zanim ta szkoła zamieni się w straszny dwór.

- Może herbatki? - zaproponowała pani Basia, niespodziewanie pojawiając się obok z dzbankiem w ręku. Zanim zdążyli odpowiedzieć, postawiła dzbanek na drewnianej podkładce pośrodku stolika i sięgnęła na bar po trzy filiżanki.

- Przepraszam, ale mówicie tak głośno, że chcąc nie chcąc, wszystko słyszałam - wyznała, uśmiechając się.

- Ups... - syknął Net.

- Nie obawiajcie się. - Pani Basia przysiadła się do stolika i nalała każdemu aromatycznej herbaty. - Nikomu nie powiem.

Wyjęła z kieszeni fartuszka notesik i pstryknęła długopisem. Napisała na kartce adres, wyrwała ją z notesu i położyła przed przyjaciółmi.

- Odwiedźcie ją. Nie wiem, czy pomoże, ale na pewno nie zaszkodzi.

- Madame Josephine2 - przeczytała Nika. - Spirytystka... słyszałam o niej. Pomoże nam wywołać duchy?

- Po co je wywoływać, skoro przychodzą same?

- A ma pani może jej numer telefonu? - zapytał Felix. - Nie chcielibyśmy wpadać niezapowiedziani.

Pani Basia pokręciła głową.

- Numer telefonu? Ona nie używa tego rodzaju urządzeń. Jest nieco... staromodna.

* * *

Lekcja fizyki była jak zwykle interesująca, choć bardziej dla chłopców niż dziewczynek. Pan Antoni Czwartek miał pięćdziesiąt lat, wyraźnie zaznaczony brzuszek, grube okulary i siwe wąsy. Był jednym z tych nielicznych nauczycieli, którzy z każdej lekcji robią prawdziwy show. Fizyk mógłby zostać iluzjonistą lub prowadzić teleturnieje. Przed każdymi zajęciami przygotowywał sobie dokładny scenariusz. Kilkakrotnie doszło nawet do tak niezwykłych sytuacji, że uczniowie siedzący w domu ze zwolnieniem lekarskim przyjeżdżali do szkoły na samą fizykę. Wzory i zadania rozpisywane na tablicy były dodatkiem do całego przedstawienia i uczniowie chętnie je rozwiązywali, chcąc się dowiedzieć, co właściwie przed chwilą zobaczyli. Felix uważał, że fizyk powinien dostać jakąś nagrodę dla nauczycieli, choć nie miał pojęcia, czy taka nagroda istnieje.

Tym razem na wielkim stole doświadczalnym stał ciężki statyw. W jego uchwycie umocowane było coś, co wyglądało jak krótka metalowa parówka. Obok znajdował się szklany pojemnik i termometr pokazujący dwadzieścia jeden stopni Celsjusza. Stoły w tej sali były ustawione w podkowę wokół stołu do doświadczeń, tak by wszyscy mogli dobrze widzieć, co się na nim dzieje. W ten sposób wszyscy siedzieli w pierwszej ławce.

- W tym małym zbiorniczku jest sprężony dwutlenek węgla - rozpoczął wykład pan Czwartek, wskazując "parówkę". - Kiedyś były dość popularne. Nazywano je "nabojami". Wkręcało się toto do syfonu i samemu robiło wodę sodową. Teraz przebiję zbiornik. Nie obawiajcie się, dwutlenek węgla w takiej ilości nie jest niebezpieczny.

Fizyk wziął w dłoń szpikulec, przytknął go do węższej strony "naboju" i drugą ręką delikatnie puknął w uchwyt narzędzia. Rozległ się syk i gaz natychmiast wyleciał do wnętrza zbiornika w postaci białego obłoczku, który od razu się rozmył.

- Patrzcie na termometr.

Temperatura spadła o kilka stopni, a metal pokrył się rosą.

- Wiecie, dlaczego temperatura spadła? - zapytał fizyk. - Gaz rozprężając się, pobiera ciepło z otoczenia. Ma to zastosowanie między innymi w lodówkach i klimatyzatorach.

Nikt nie grał na konsoli, ani nie czytał pod ławką romansów.

* * *

Tuż po dzwonku Nika odciągnęła Felixa i Neta na bok i wyjęła z plecaka książkę Stefana Króla. Otworzyła na oznaczonej małym listkiem stronie i przeczytała: "Wiele opisów obserwacji wspomina o nagłym spadku temperatury na chwilę przed pojawieniem się ducha".

Zamknęła książkę i popatrzyła na przyjaciół znacząco.

- Fakt, było trochę zimno... - przyznał Felix. - To by potwierdzało, że to nie dowcip.

- Może stąd legenda o dżinie z butelki? - zastanowił się Net. - Rozprężający się duch pobiera z otoczenia energię... Eee...

- Czujniki termiczne... - powiedział w zamyśleniu Felix. - Rozmieścimy w różnych miejscach szkoły czujniki termiczne. Będziemy wiedzieli, czy nic się nie szykuje.

- Nie odwiedzimy Madame Josephine? - zapytała Nika.

- Najpierw spróbujemy rozwiązać problem... eee... naukowo.

- Skąd weźmiemy czujniki termiczne? - Net jakby nie usłyszał propozycji Niki.

- Mój tata dawno temu projektował urządzenie do sterowania ogrzewaniem w domu. W każdym pokoju miał być termometr bezprzewodowo przekazujący wskazania do centralki. Były też elektrycznie sterowane zawory i regulowany piec.

- Nie mów... - zainteresował się Net. - Masz coś takiego w domu?

- Już nie. Zawory pracowały głośno, budziły wszystkich w środku nocy, do tego zacinały się i przeciekały. Totalna porażka, ale pamiętam, że czujniki temperatury były jedyną dobrze działającą częścią systemu. Przegrzebię piwnicę i może je znajdę.

- A potem wpuścimy robota na strych? To jest superpomysł.

- Przygotujcie się na jutrzejszą próbę.

* * *

Czujniki przypominały wypukłe przykrywki od małych słoików z krótkimi ogonkami anten. Były wykonane z białego, mlecznego plastiku. Poprzedniego wieczoru Felix przykleił na spodzie każdego z nich taśmę dwustronnie klejącą. Najlepiej było je rozmieścić w szkole podczas lekcji, kiedy korytarze są prawie puste. O przychodzeniu tu po zajęciach, po zmierzchu, nawet nie chcieli myśleć.

Wyjść niezauważonym można było tylko z historii. Po pierwsze, pan Cedynia, który powinien przejść już na emeryturę, miał słaby wzrok i nosił grube szkła, a po drugie, jeśli tylko było cicho, nie zwracał większej uwagi na to, co się dzieje w klasie. Przezwisko "Cedynia" przylgnęło do niego tak dobrze, że używali je nawet nauczyciele. Prawdopodobnie większość z nich nie pamiętała już, jak historyk nazywa się naprawdę. Pan Cedynia przypominał misia koalę posadzonego za biurkiem, z którym na czas lekcji tworzył całość. Praktycznie cały czas czytał na głos podręcznik lub jakąś grubą książkę historyczną, próbując przekazać uczniom jak najwięcej cennych informacji. Niestety, nikt nie mógł nadążyć z notowaniem.

Niezwłocznie po sprawdzeniu listy obecności Felix i Net wymknęli się niezauważeni z sali i ruszyli w stronę chłopięcej toalety.

- Nie ma miejsca, gdzie można by bezpiecznie coś zrobić - narzekał Net, gdy weszli do kabiny. - Brakuje mi naszej kwatery.

- To aż niesmaczne - przyznał Felix, zamykając zameczek w drzwiach. - Mam podwójną nadzieję, że nikt nas nie nakryje.

Chwilę nasłuchiwali, czy nikt się nie zbliża. Potem Felix wyciągnął z plecaka małe porysowane i zakurzone pudełko z wystającymi kablami.

- To jest centralka - wyjaśnił.

- Zdeka zmechacona - zauważył Net.

- Przeszła swoje. Ta wtyczka może da się wpiąć do twojego kompa. Tyle że nie mamy programu, który umiałby rozpoznać sygnały.

- Mam taki program - powiedział Net. - Znasz go.

- Masz go tu? - zapytał zdziwiony Felix, wskazując na plecak Neta.

- Owszem - przyznał niechętnie Net. - Wysłał mi maila. Napisał, że mnie lubi i że się nudzi samym sterowaniem światłami. No to go... przygarnąłem.

- Jak może być jednocześnie tu i sterować światłami ulicznymi?

- Jest i tu, i tam. Ma chyba kilka kopii. Gdy łączę się z internetem, on wymienia się wspomnieniami ze swoim drugim ja. Synchronizuje się.

- Doktor Jamnik byłby zachwycony.

Net wyciągnął laptop, wywołał Manfreda i wstukał:

"Mamy tutaj centralkę zbierającą sygnały z piętnastu czujników temperatury. Musisz rozpoznać te sygnały i wyświetlić je w jakiś rozsądny sposób."

"Bomba! Znów coś się dzieje" - odpisał Manfred. Z oczywistych względów dźwięk był wyłączony.

"Wkładam wtyczkę."

"Och, czuję ją. Łaskocze mnie w plecy."

- On żartuje - wyjaśnił Net, widząc minę przyjaciela. - To zajmie kilka minut, muszę go skonfigurować.

Net kolejno nagrzewał ręką czujniki, by Manfred mógł sprawdzić, czy działają, po czym na każdym zapisywał numer. Felix w tym czasie piórem wiecznym naszkicował w brudnopisie schemat trzech kondygnacji szkoły. Po namyśle dorysował piwnicę.

- Myślisz, że on ją bije? - zapytał niespodziewanie Net, nie przerywając pracy.

- Myślę, że to prawdopodobne - odparł Felix. Widać było, że też nieraz zastanawiał się nad tym.

- Powinniśmy coś zrobić...

Felix nie odpowiedział, a Net nie kontynuował tematu i majstrował przy ostatnim czujniku, który sprawiał mu najwięcej kłopotu.

- Nie działa - powiedział w końcu, oddając Felixowi zepsuty czujnik. - Chodźmy je zamontować.

Pierwszy przymocowali w hallu, pod gablotą obok portierni. Dzięki taśmie dwustronnie klejącej robili to szybko, nie wzbudzając podejrzeń przypadkowych świadków. Felix oznaczył to miejsce na planie kropką i numerem. W dziesięć minut umocowali wszystkie czternaście czujników. Skupili się na schodach i kluczowych miejscach na korytarzach. Czternasty czujnik przykleili pod szafką hydrantu, obok drzwi na strych. Felix zawahał się, ale wyjął z kieszeni klucz i zamknął zamek w drzwiach. Gdy tylko skończyli, nawet nie udawali odważnych - zbiegli szybko piętro niżej.

- Wszystkie z dala od wywietrzników, kaloryferów i rur - podsumował Felix. - Powinno być OK.

Net otworzył laptop i na przygotowanym przez Manfreda schemacie oznaczył wszystkie punkty. Jeśli wierzyć dokładności czujników, to wszędzie było pomiędzy osiemnaście a dwadzieścia jeden stopni.

- Przydały się wzory Czwartka - rzucił mimochodem Net. - Te, które podawał ostatnio, przy okazji temperatur.

- Jednak ze szkoły czasem jest pożytek - przyznał Felix.

- Mam je teraz w głowie, nie potrzebuję nawet ściągi.

Wślizgnęli się do sali na sam koniec nudnego wykładu, gdy połowa uczniów albo przysypiała, albo grała w kropki. Nika jako jedna z nielicznych wciąż próbowała nadążyć z notowaniem za monotonnym głosem historyka. Robiła tylko krótkie przerwy, żeby potrząsnąć przemęczoną ręką.

* * *

Stali na korytarzu, opierając się o parapet jednego z okien wychodzących na patio. Na dworze, za sprawą nisko wiszących chmur, było już prawie ciemno. Wzdłuż żwirowej alejki, prowadzącej od przeszklonych drzwi hallu do przejścia do ogrodu na tyłach szkoły, zapaliły się lampy.

Skończyła się ostatnia lekcja i szkoła powoli pustoszała. Felix, Net i Nika zdobyli się na odwagę, by zostać dłużej i przetestować system wczesnego ostrzegania. Chcieli odczekać jeszcze chwilę i wejść do którejś z pustych sal, by im nikt nie przeszkadzał. Nika spięła włosy zwykłą plastikową spinką, która zupełnie do niej nie pasowała.

- Ale ze mnie osioł! - Net nagle palnął się dłonią w czoło, aż klasnęło. - Przecież Manfred może nam wyszukać wszystko o duchach w internecie! Sam odrzuci niepotrzebne informacje.

- Wolę polegać na książce Stefana Króla - odparła Nika. - Przynajmniej wiadomo, że był... fachowcem.

- Ale żył ze sto lat temu - zauważył Net.

- Duchy nie ewoluują.

- Zaczekajcie - przerwał im Felix. - Zapomnieliśmy o najważniejszym. Doczytałaś, jak się pozbyć ducha?

- Owszem. - Nika znów otworzyła księgę na stronie zaznaczonej jesiennym liściem. - "Pozbyć się poltergeista jest trudno, gdyż są one odporne na różne rodzaje egzorcyzmów. Najlepsze efekty dają dokładne porządki, remont i poświęcenie domu przez katolickiego księdza".

- Dlaczego akurat katolickiego? - zapytał Net.

- Może Stefan Król był katolikiem - powiedziała Nika.

- A jeśli duch jest protestantem?

- To i tak nie ma znaczenia - powiedział Felix. - Nie namówimy żadnego księdza na egzorcyzmy. Zaraz, zaraz... Przecież w szkole planowany jest remont!

Dalsze rozważania przerwał przeraźliwy krzyk dobiegający z końca korytarza. Otworzyły się drzwi od jednej z klas, aż klamka uderzyła o ścianę, i wybiegła z nich Ekierka. Matematyczka, mimo sporej nadwagi i wysokich obcasów, pokonała korytarz w zdumiewająco krótkim czasie i przytrzymując się poręczy, zbiegła po schodach. Przyjaciele zaniemówili z wrażenia. Patrzyli w ślad za nią, czując dopiero teraz podmuch wywołany jej "przelotem". Odwrócili się, by sprawdzić, przed czym uciekała. Drzwi powoli zamykały się, piszcząc zawiasami. Przysunęli się bliżej siebie, oczekując najgorszego.

Z sali, przenikając przez zamykające się drzwi, wypłynęła zwiewna biała postać i znikła za rogiem korytarza.

- O ja cię! - zdołał tylko wykrztusić Net, ściskając nieświadomie rękaw Felixa.

Nika cofnęła się o krok, stawiając obcas na palcach Neta. Ten syknął z bólu i podniósł nogę, uwieszając się przy okazji mocniej na rękawie Felixa. Felix stracił równowagę, ale nie mógł się przesunąć, bo natrafił nogą na drugi but Niki. Zachwiał się i chciał przytrzymać się Neta, który i tak miał problemy z utrzymaniem pozycji pionowej. Chwilę później cała trójka leżała na podłodze.

- Patrzcie! - krzyknął Net, wskazując załom korytarza.

Półprzezroczysta kobieca postać wróciła przed drzwi klasy i zatrzymała się przed nimi. Obejrzała się i unosząc się wolno nad podłogą, ruszyła w kierunku przyjaciół. Równocześnie zaczęli krzyczeć. Próbowali się podnieść, wspierając się jedno na drugim, aż wreszcie udało im się wstać i pobiegli w ślad za Ekierką. Zatrzymali się dopiero na dole, w hallu, w tym samym miejscu, w którym zatrzymała się Nika kilka dni wcześniej. Ekierka, wciśnięta w róg hallu, trzymała się ściany, jakby bała się, że coś ją porwie. Oddychała szybko i powtarzała w kółko:

- Jutro napiszę podanie o zwolnienie... Jutro napiszę podanie o zwolnienie...

Z tyłu dały się słyszeć odgłosy nadbiegających ludzi. Pierwszy, o dziwo, dotarł tutaj dyrektor Stokrotka, tuż za nim pojawił się doktor Jamnik, a z drugiej strony wypadł Eftep.

- Słyszałem krzyk - wysapał dyrektor, patrząc na uczepioną ściany matematyczkę i zbitych tuż obok w ciasną grupkę przerażonych Felixa, Neta i Nikę. - Cecylio, czy znów będziemy przeprowadzać dezynsekcję?

Pojawiający się w hallu uczniowie swoją obecnością skłonili Ekierkę do puszczenia ściany i przyjęcia normalnej pozycji.

- Juliuszu - wykrztusiła drżącym głosem, przytrzymując dyrektora za łokieć. - Tym razem to nie robaki. Musimy zamienić trzy słowa w cztery oczy.

Bez wyjaśniania czegokolwiek, odeszli w kierunku gabinetu dyrektora.

- To było horrorystyczne... - odetchnął Net, dochodząc do siebie.

- Mówiłem, straszny dwór - mruknął Felix.

Widząc, że przedstawienie się skończyło, uczniowie rozchodzili się do swoich zajęć. Net wyciągnął z plecaka laptop, który od razu wyświetlił czternaście słupków z pomiarami temperatury.

- Zobaczcie. - Wskazał na najniższy. - Dwanaście stopni. System hula.

- To była zjawa, prawda? - zapytał Felix. - Zjawa to co innego niż poltergeist.

- Tak było napisane w książce - przyznała niepewnie Nika, patrząc na niego wystraszonym wzrokiem.

- Czyli mamy dwa różne duchy.

- Skończyło się - oznajmił z ulgą Net. - Temperatura rośnie. Chodźcie, posłuchamy, o czym mówią.

- Nie chcesz chyba podsłuchiwać dyrektora... - jęknęła Nika, ale chłopcy już szli w kierunku jego gabinetu. Wzruszyła więc ramionami i ruszyła za nimi. Bała się zostać tu sama.

Drzwi sekretariatu były od środka obite gąbką i sztuczną skórą, ale w szkole panowała taka cisza, że i tak, jeśli zbliżyło się ucho, można było usłyszeć każde słowo.

- ... im powiedzieć - mówiła podniesionym głosem Ekierka. - Wszystko widzieli.

- Nic nikomu nie powiemy - odparł dyrektor z teatralną stanowczością. - Nie narażę dobrego imienia szkoły. Wiesz, że i tak mamy problemy.

- Będą plotki, domysły...

- Domysły są lepsze niż pewność.

- Ale ja nie wytrzymam tego napięcia!

Na odgłos zbliżających się kroków przyjaciele odskoczyli od drzwi. W ostatnim momencie udało im się dopaść parapetu okiennego. Gdy informatyk wyłonił się zza załomu korytarza, stali sobie jak gdyby nigdy nic, wyglądając przez okno. Pan Eftep obrzucił ich podejrzliwym spojrzeniem, ale nic nie powiedział. Wszedł do sekretariatu.

- Z której sali wybiegła Ekierka? - zapytał cicho Felix. - Trzysta dziewięć? Nad nią jest już niezbadana część strychu.

- To prawie przed Drugim Zakrętem - powiedział Net. - Masz pewność, że przyczyna leży na strychu?

- Tam to się zaczęło. Jutro przyniosę robota i na długiej przerwie przeprowadzimy ekspedycję.

* * *

Następnego dnia wszystko było gotowe do akcji. Nika wpatrywała się w ekran komputera leżącego na parapecie.

- Temperatura w normie - powiedziała, gdy Net spojrzał pytająco. - Powiem, jak się zmieni.

Net otworzył drzwi na strych, a Felix postawił robota na podłodze i sprawdził, czy działa. Był to pojazd gąsienicowy, przypominający model czołgu. Na wieżyczce zamiast lufy znajdowała się ruchoma kamera.

- Nazywa się Penetrator - wyjaśnił Felix. - Skonstruowałem go specjalnie do penetrowania trudno dostępnych miejsc. Spraw się, mały...

Zamknęli drzwi na klucz i zeszli na pierwsze piętro do pustej teraz sali. Felix postawił przed sobą mały monitor i zdalne sterowanie.

- Nie pomyśleliśmy o zamontowaniu czujnika na robocie - westchnął Felix.

- Można któryś odczepić - powiedział Net, ale nikt nie podjął tematu, bo nikt nie miał ochoty wracać na strych.

Felix pchnął joystick i robot ruszył. Jak na pojazd gąsienicowy, przemieszczał się z dość dużą prędkością.

- Rozejrzyj się po podłodze - powiedziała Nika.

- Po co? - zapytał Felix, zatrzymując robota.

- Może Bolesław Łysy zostawił ślady w kurzu, może jest tam gdzieś moja spinka...

Kamera Penetratora obniżyła się i wykonała pełny obrót.

- Patrzcie! - Nika wskazała regularnie powtarzające się układy kropek.

- To nie wygląda na ślady stóp - powiedział Net.

- Bolek nie ma normalnych stóp - wyjaśnił Felix. - Kości stykały się z podłogą tylko w kilku punktach, ścierając kurz właśnie w ten sposób. Przynajmniej wiemy, że nikt go nie ciągnął na nitkach.

- Wiecie co? - powiedziała Nika. - Jesteśmy nieźle wygięci. Mówimy o szkielecie po imieniu.

Robot ruszył dalej. Minął schody do kwatery, szkielet, wiszący teraz jak należy na stojaku, i wjechał w niezbadaną część strychu. Początkowo wszystko wyglądało znajomo. Sterty pudeł piętrzyły się pod dach, a rzędy starych mebli były pokryte grubą warstwą kurzu. Kiedy po przejechaniu dwóch trzecich drogi dotarł do pierwszego zakrętu, po obydwu stronach strychu pojawiły się zamknięte na kłódki komórki. Robot wjechał w korytarz między nimi, a Net z Niką, ściskając kciuki, wpatrywali się z napięciem w ekran.

- Nie mogę uwierzyć, że przebywaliśmy tak blisko tylu tajemniczych rzeczy - powiedziała dziewczyna.

- Zaraz pewnie zaczną się trumny - zażartował Net, ale od razu sam się przestraszył swojego dowcipu.

Za krótkim korytarzem nie było trumien. Stały tam za to jakieś pionowe walce, jakby stare termy. Za nimi ujrzeli wreszcie pierwszy zakręt. Penetrator pokonał go powoli, wyglądając najpierw zza rogu. Dalsza część strychu wyglądała podobnie, tyle że wszystko pokrywała tam jeszcze grubsza warstwa kurzu.

Tipsy - sztuczne, zwykle kolorowo pomalowane paznokcie, które przykleja się do naturalnych. [wróć]

Josephine [czyt.: dżozefin] [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki