Prolog
Przez szklane drzwi banku wyszedł ostatni klient. Znudzony strażnik
zamknął je na klucz, leniwie podciągnął obwieszony bronią pas i sprawdził, czy wszystkie komputery zostały wyłączone oraz czy nikt
niepowołany nie pozostał w budynku. Potem poczłapał w stronę korytarza
prowadzącego na zaplecze. Codziennie właśnie o tej porze otwierano
skarbiec i chowano do niego wszystkie pieniądze ze wszystkich kas.
- Dzień dobry, pani Lucynko - pozdrowił sprzątaczkę, która dopiero teraz
zaczynała pracę, i zniknął za drzwiami w drugim końcu korytarza.
- Dzień dobry, panie Stefanie - odpowiedziała pani Lucynka z charakterystycznym dla siebie opóźnieniem.
Była już starszą kobietą i wszystko robiła z opóźnieniem. Pracowała w banku od trzydziestu lat. Jakieś trzy, może cztery lata temu przestała
nadążać odpowiadać "Dzień dobry". Ciągle też myliła imiona - pan Stefan
tak naprawdę nazywał się zupełnie inaczej.
Otworzyła drzwi niewielkiego schowka, przecisnęła się między ogromnym
odkurzaczem a froterką do podłogi i wyciągnęła wózek z kubłami i mopami.
Pani Lucynka nie miała już najlepszej pamięci. Przeszła połowę długości
korytarza, zatrzymała się i palnęła otwartą dłonią w czoło, aż klasnęło.
Narzekając na swoje roztargnienie, zawróciła po butelkę płynu do mycia
podłóg. Codziennie zapominała o płynie i codziennie po niego wracała.
Zwykle musiała wracać po różne rzeczy dwu- albo i trzykrotnie, za każdym
razem akcentując moment olśnienia klaśnięciem. Wieczorem zastanawiała
się, dlaczego boli ją czoło.
Otworzyła schowek i wytrzeszczyła oczy. W ciasnym pomieszczeniu stało
trzech rosłych mężczyzn w niebieskoszarych kombinezonach. Wyszli na
korytarz i otoczyli osłupiałą sprzątaczkę. Pierwszy rozwinął szeroką
taśmę klejącą i przykleił jej koniec do rękawa pani Lucynki. Przekazał
rolkę drugiemu, drugi - trzeciemu, a trzeci - znów pierwszemu. W kilka
sekund trzy pary rąk, współdziałając jak ramiona jakiegoś wielkiego
pająka, okleiły kobietę tak, że nie mogła się poruszyć.
- Przepraszam, chyba pomyliłam drzwi - powiedziała dopiero teraz pani
Lucynka.
Pierwszy mężczyzna uniósł rolkę na wysokość twarzy kobiety, drugi
odwinął kawałek taśmy, a trzeci odciął nożykiem. Używając trzech par
rąk, zakleili pani Lucynce usta, przyklepali taśmę z dwóch stron, żeby
się lepiej trzymała, i wyjęli z kieszeni fartucha sprzątaczki kartę
magnetyczną, która otwierała wszystkie drzwi w banku. Wreszcie wstawili
nieszczęsną kobietę do schowka i zamknęli drzwi na klucz. Poprawili
kombinezony i równym krokiem pomaszerowali w stronę końca korytarza,
skąd właśnie rozległ się szczęk otwieranych drzwi skarbca.
Przed wejściem do banku zatrzymała się z piskiem opon biała furgonetka.
Wysiadło z niej kolejnych trzech mężczyzn w niebieskoszarych
kombinezonach.
1. Pierwszy dzień w szkole
- Muszę lecieć - powiedziała smutno mama, poprawiając Felixowi klapy
marynarki. - Mam w firmie mały kryzys i nie poradzą sobie beze mnie.
Bądź grzeczny i słuchaj pani.
Pocałowała go w czoło, wsiadła do swojej czerwonej Alfy Romeo1 i odjechała z piskiem opon. Zdaniem Felixa mama jeździła zdecydowanie za
szybko.
Felix Polon był szczupłym jasnowłosym trzynastolatkiem o piwnych oczach.
Wyglądał całkiem przeciętnie. Może z wyjątkiem ubrania - dziś z okazji
rozpoczęcia roku szkolnego miał na sobie elegancki ciemny garnitur i białą koszulę.
Samochód mamy zniknął za zakrętem. Felix odwrócił się i spojrzał na
swoją nową szkołę. Budynek wydał mu się zbyt duży. Podstawówka, do
której chodził przez sześć lat, mieściła się w parterowym dworku
otoczonym ogrodem z piaskownicami, zjeżdżalniami i drewnianymi domkami
do zabaw. Przypominała przedszkole. Ta szkoła wyglądała zupełnie
inaczej. Szary czterokondygnacyjny budynek miał chyba ze sto lat.
Sprawiał ponure wrażenie i wyglądał trochę jak zamek. Przy odrobinie
wyobraźni niewielkie podwyższenia dachu w każdym rogu budynku można było
uznać za baszty. Wiatr poruszał gałęziami dwóch topoli rosnących po obu
stronach wejścia. Gimnazjum imienia profesora Stefana Kuszmińskiego -
miejsce, gdzie będzie przychodził prawie codziennie przez następne trzy
lata.
Wzruszył ramionami i wszedł po szerokich schodach prowadzących do
olbrzymich drzwi. Klamka znajdowała się na wysokości jego czoła.
Otworzył skrzypiące skrzydło i niepewnie wszedł do środka. Mimo że do
rozpoczęcia uroczystości zostało jeszcze ponad dwadzieścia minut, w hallu było już kilkanaścioro uczniów. Niemal wszyscy z rodzicami. Tata
Felixa nie mógł z nim przyjść. Był wynalazcą i właśnie na dziś
zaplanowano pokaz jednej z jego maszyn przed ważnym ministrem. Mama
znalazła tylko tyle czasu, by podwieźć Felixa pod szkołę. Babcia Lusia z chęcią by z nim przyjechała autobusem, ale Felix grzecznie odmówił.
Tylko tego brakowało, żeby pierwszego dnia w nowej szkole wszyscy
zobaczyli go z babcią.
Rozejrzał się wokoło. Wszystko było tu duże. Pod wysokim sufitem wisiał
wielki ozdobny żyrandol, teraz zgaszony. Na wprost wejścia, za
portiernią, znajdowały się przeszklone drzwi prowadzące na patio
zarośnięte starymi, karłowatymi drzewami. Na prawo i lewo prowadziły
szerokie korytarze. Felix podszedł do pożółkłego ze starości planu,
który wisiał na ścianie, by w razie pożaru każdy wiedział, którędy
uciekać. Budynek widziany z lotu ptaka miał kształt kwadratu, pośrodku
którego usytuowano patio. Pierwsze i drugie piętro można było obejść
dookoła korytarzem. Trzeciego obejść się nie dawało, bo całą szerokość
frontowego skrzydła zajmowała sala gimnastyczna wraz z szatniami.
Parter, z kolei, przecinało przejście łączące patio z ogrodem.
Na najwyższej kondygnacji rozpościerał się prawdopodobnie strych,
którego nie umieszczono na planie. Felix, zanim wszedł do budynku,
dostrzegł małe półokrągłe okienka w dachu. Strych więc musiał tam być.
Felix poczuł na sobie czyjś wzrok. Po drugiej stronie hallu stała drobna
rudowłosa dziewczyna w jeansowej kurtce. Niesforne miedziane loki
wyłaziły na wszystkie strony spod gumki próbującej okiełznać jej
fryzurę. Gdy Felix na nią spojrzał, umknęła zielonookim spojrzeniem,
udając, że wcale na niego nie patrzyła. Przyszło mu do głowy, że
śmiesznie wyglądają jej chude nóżki w ciężkich martensach. Kobieta z charakterem, podsumował w duchu.
Uczniów przybywało i robiło się już ciasno. Ktoś dał sygnał, żeby iść na
górę, bo tam, w sali gimnastycznej, ma się odbyć powitanie pierwszaków.
Tłum ruszył więc schodami na trzecie piętro.
- Proszę państwa! - Kiedy w sali gimnastycznej rozległ się donośny głos,
nie było jeszcze widać, do kogo należy. - Proszę państwa! Nazywam się
magister inżynier Juliusz Stokrotka i jestem dyrektorem tej szkoły. Miło
mi przywitać naszych nowych uczniów wraz z rodzicami. Proponuję, aby
rodzice przeszli na prawo i usiedli na przygotowanych tam krzesłach.
Dzieci zapraszam na ławki po stronie lewej.
Po chwili zapanował jaki taki porządek. Felix, razem z innymi uczniami,
usiadł po lewej stronie. Właścicielem donośnego głosu okazał się niski
pulchny mężczyzna w za ciasnym granatowym garniturze, ze starannie
zawiązaną pod szyją muszką w radosnym zielonym kolorze. Na jego głowie
lśniła elegancka łysinka.
Dyrektor szkoły magister inżynier Juliusz Stokrotka, trzeba to
zapamiętać, pomyślał Felix.
- Teraz lepiej - powiedział dyrektor. - Nie weźmiemy już żadnego rodzica
za ucznia.
Kilka cichych chichotów z tyłu było jedyną reakcją na dowcip. Dyrektor
monotonnym głosem zaczął opowiadać o historii szkoły, o osiągnięciach
pedagogicznych, o regulaminie, ale Felix szybko stracił zainteresowanie
jego słowami. Wiedział oczywiście, czym różni się gimnazjum od szkoły
podstawowej. Miały być tak samo lekcje, przerwy i dzwonki, ale tutaj
obowiązywała sroższa dyscyplina i czekała go cięższa nauka. Trzeba się
będzie przyzwyczaić. Na osłodę pozostawało kieszonkowe, które dziś rano
dostał po raz pierwszy.
Cała uroczystość, razem z wnoszeniem i prezentowaniem sztandaru szkoły,
trwała około dwudziestu minut. Potem tłum wstał i wolno wylał się na
schody. Gdzieś w połowie korytarza na pierwszym piętrze Felix
zorientował się, że właściwie to nie wie, gdzie idzie. Rodzice,
rozmawiając, schodzili, by wrócić do swoich spraw, a grupki uczniów,
prowadzone przez nauczycieli, rozchodziły się do klas.
Nie minęły dwie minuty i Felix stwierdził, że został sam. No tak,
gimnazjum oznacza też samodzielność i zaradność. Trzeba było słuchać,
pomyślał.
- Te, Milky! - usłyszał za plecami.
Odwrócił się i ujrzał dwóch starszych od siebie chłopaków. Musieli
chodzić do drugiej lub trzeciej klasy.
- Masz kaskę? - zapytał wyższy, chudy, z jasnorudymi włosami i wystającymi, krzywymi zębami.
- To moje kieszonkowe - odparł niepewnie Felix, dotykając kieszeni.
Chwilę później zrozumiał, że właśnie popełnił błąd.
Drugi z chłopaków był niższy, ale za to dość gruby. Miał czarne kręcone
włosy i za duże spodnie, których krok zwisał gdzieś na wysokości kolan.
Uśmiechnął się i z szybkością, o jaką trudno go było podejrzewać, wyrwał
z ręki Felixa banknot.
- Dzięki - powiedział i odwrócił się, wpychając pieniądze do kieszeni.
Obaj odeszli, jakby nic się nie stało.
- Hej! - zawołał Felix i zrobił krok w ich stronę. - To moje...
Tamci zawrócili i podeszli do Felixa, prawie na niego wpadając. Byli
wyżsi co najmniej o głowę. Felix pomyślał o Cabanie. Caban był wielkim,
czarnym, kudłatym psem, który teraz zapewne smacznie spał w jego pokoju.
Gdyby tu był, nie pozwoliłby na takie traktowanie swojego pana.
- Coś mówiłeś? - zapytał rudy.
- Zostawcie go - powiedział chłopak w szarej bluzie, stając obok Felixa.
Spojrzeli na intruza, splunęli w jego stronę i odeszli z ociąganiem.
Niższy, walcząc z nadwagą, bujał się przy każdym kroku.
- Dzięki - powiedział Felix, wyciągając rękę. - Jestem Felix... z "X" na
końcu.
- Ernest - przedstawił się tamten i uścisnął Felixowi dłoń - z "T" na
końcu. Lepiej na nich uważaj. Rodzą się tacy niedorobieni, a potem i tak
muszą iść do jakiejś szkoły. Padło na naszą budę, ale wszędzie takich
znajdziesz. Ten wyższy, rudy, to Marcel, a grubas nazywa się Ruben.
- Zabrali mi dziesięć złotych.
- Możesz iść do swojej wychowawczyni - zaproponował Ernest.
- Nie chcę skarżyć.
- No to dyszka odpłynęła w siną dal.
Poklepał go po ramieniu, uśmiechnął się współczująco i odwrócił, by
odejść.
- Zaczekaj! - zawołał Felix. - Dlaczego on nazwał mnie "Milky"?
- To taki dowcip, że niby masz jeszcze mleczne zęby.
Witajcie w szkole, pomyślał Felix. Wrócił na parter do hallu, wciąż
próbując znaleźć informacje o swojej klasie. Ale był tam tylko wysoki i chudy jak tyczka chłopak w luźnych bojówkach, z łańcuszkiem zwisającym
przy pasku i w wytartej brązowej bluzie z kapturem. Jego ciemnoblond
fryzura wyglądała, jakby czesał się, odpalając we włosach petardę.
- O, przepraszam - powiedział Felix. - Szukam mojej klasy.
- Lista jest w gablocie - odparł tamten, patrząc na Felixa błękitnymi
oczami zza okularów. - Chodź, pokażę ci.
W gablocie, wśród setki innych wywieszek, rzeczywiście przypięta była
lista klas i uczniów.
- Pierwsza "a" - przeczytał Felix.
- To tak jak ja! - Ucieszył się chudzielec. - No to jesteśmy kolegami.
Nazywam się Net Bielecki.
- Felix Polon. Felix z "X" na końcu.
Podali sobie ręce.
- Starzy dali ci tego iksa?
- Sam sobie dałem. Tak jest fajniej.
- Masz rację. Ja całego "Neta" sam sobie dałem. Nienawidzę mojego
prawdziwego imienia.
- Dlaczego nie jesteś na lekcji?
- Szukałem zasięgu. Transfer się rwie i zeszło mi parę minut.
- Co?...
Net otworzył swój plecak i wyciągnął mały czarny laptop, stary telefon
komórkowy i kilka kabli.
- Często sprawdzam maila, prognozę pogody i takie tam.
- Nie boisz się, że ci ukradną? - zapytał Felix.
- To stary grat. Niezintegrowany system. Noszę go właśnie dlatego, żeby
nie było szkoda, jak zginie. Wszystko zahasłowane, ulega autodestrukcji
w przypadku nieautoryzowanego...
Felix uniósł dłonie w obronnym geście i powiedział:
- Wytłumaczysz mi kiedy indziej. Gdzie jest nasza sala? Na liście nie ma
numeru.
- Rzeczywiście - przyznał Net. - Nauczycielki po przemówieniu dyra
zebrały uczniów i zaprowadziły do sal. Szedłem na końcu, próbując złapać
zasięg... Masz rację, potem ci wytłumaczę. No i, jak uniosłem wzrok znad
ekranu, stałem sam na pustym korytarzu.
- Teraz trzeba znaleźć tę naszą salę - przypomniał Felix.
- Da się zrobić. - Net otworzył laptop. - Nie pytaj, skąd znam hasło do
wewnętrznej sieci - zastrzegł, unosząc palec i zaczął w niesamowitym
tempie uderzać w malutkie klawisze.
- Jest! Sala 115. Pierwsze piętro.
Schował cały sprzęt z powrotem do plecaka i ruszył w stronę schodów.
Oniemiały Felix dogonił go po kilku krokach. Weszli na piętro i od razu
zobaczyli dwóch "znajomych" Felixa szarpiących się z rudą dziewczyną w martensach.
- Spotkałem ich już dziś - rzucił niepewnie Net.
- Ja też - dodał Felix i przyspieszył kroku, chcąc im wytłumaczyć, co
myśli o szarpaniu dziewczyn, jednak Net pociągnął go za plecak.
- Daj spokój - szepnął ze strachem w oczach. - Ich jest dwóch, a my
sami... Mózgiem ich załatwmy. Przestawię zegar komputera szkoły na ósmą
czterdzieści pięć.
Przyklęknęli za rogiem. Net wyciągnął swój "niezintegrowany" laptop i zaczął klepać w klawisze.
- I nikt się nie zorientuje?
- Tu nie ma żadnych zabezpieczeń - odparł beztrosko Net. - Tutejszy
informatyk to musi być ameba, a ja nie zostawiam za sobą śladów.
- Ale... po co? I co z nią?
Rozległ się dzwonek. Podzwonił chwilę i ucichł, gdy Net wcisnął "Enter".
Felix wytrzeszczył oczy.
- Włączyłeś szkolny dzwonek tym? - Wskazał na laptop i plątaninę kabli.
- Włączył się sam. - Net wzruszył ramionami, robiąc niewinną minę. - Ja
tylko przestawiłem na chwilę czas.
- Nie znam się za dobrze na komputerach.
Wyjrzeli zza rogu. Drzwi kilku klas otworzyły się i na korytarz wysypało
się kilkunastu uczniów i kilkoro nauczycieli. Marcel i Ruben pospiesznie
oddalali się od zamieszania. Dziewczyna zbierała książki do
poprzecieranej torby. Felix i Net podeszli do niej. Korytarz szybko
pustoszał.
Rudowłosa poprawiła sfatygowaną kurtkę jeansową i plisowaną spódnicę.
- Wszystko OK? - zapytał Felix.
- OK. Dzięki, że włączyliście dzwonek. - Odgarnęła z czoła niesforne
loki. Miała duże, zielone oczy, lekko zadarty nos i nieco piegów.
Obiektywnie oceniając, była naprawdę ładna.
- Drobiazg - uśmiechnął się Net, ale chwilę potem zmarszczył brwi. Felix
zresztą zrobił to samo.
- Skąd wiesz? - zapytali jednocześnie.
- Kobieca intuicja - wyjaśniła, uśmiechając się tajemniczo.
Chłopcy wymienili zdziwione spojrzenia.
- Czego od ciebie chcieli? - zapytał Felix.
- Zabrać mi drugie śniadanie, ale nie dałam. I tak go nie mam.
- Mnie próbowali zabrać telefon - powiedział Net - ale chyba doszli do
wniosku, że jest zbyt cenny i będzie zadyma.
- A mnie ZABRALI dziesięć złotych - dodał Felix.
- Miło było poznać - powiedział Net - ale, sorry, musimy iść na pierwszą
lekcję.
- Z której jesteście klasy? - zapytała dziewczyna, zapinając torbę.
- Pierwsza "a" - powiedział Felix. - A ty?
- Ja też. - Uśmiechnęła się szeroko. - Nika Mickiewicz.
Chłopcy również się przedstawili i cała trójka pobiegła korytarzem.
Znaleźli odpowiednie drzwi, zapukali i weszli do sali. Ledwie
przekroczyli próg, zamarli. Wpatrywało się w nich kilkanaście par oczu i nauczycielka stojąca przy tablicy.
- Czy to nasi spóźnialscy? - zapytała. - Felix, Net i Nika?
Przytaknęli niepewnie. Wychowawczyni była młoda, miała długie jasne
włosy. Patrzyła na nich przyjaźnie, może nawet z lekkim rozbawieniem.
- Siadajcie. Są miejsca... niestety już tylko w ostatnich ławkach -
powiedziała. - Będę was uczyć języka polskiego. Nazywam się Jolanta
Chaber, ale możecie do mnie mówić "pani Jolu". - Zaczekała, aż usiądą, i zapytała - dlaczego przyszliście dopiero teraz?
- Trochę się... eee... zgubiliśmy - wyjaśnił Felix.
- Ale sprawdziliśmy w internecie numer sali i trafiliśmy - dodał szybko
Net.
- Sprawdzaliście w internecie numer sali? - unosząc brwi, zapytała z niedowierzaniem pani Jola. - A wystarczyło zapytać portiera albo
sekretarkę.
Uczniowie zaczęli chichotać, a Felix poczuł, jak robi się czerwony.
Kątem oka zauważył, że Net ma ten sam problem.
- Numer sali powinien być w gablocie - mruknął pod nosem Net. - Rany! Co
to?
To ostatnie było skierowane do Felixa, który wyjął z kieszeni czarne
pióro wieczne, odkręcił skuwkę i zaczął notować.
- Notuję - Felix wzruszył ramionami.
- Ale... piórem wiecznym? To na maxa niepraktyczne.
- Wcale nie ma być praktyczne.
Przez resztę lekcji pani Jola tłumaczyła zasady obowiązujące w szkole i wypisywała na tablicy plan zajęć oraz listę potrzebnych i niepotrzebnych
rzeczy do kupienia. Przynajmniej wychowawczyni wydawała się w porządku.
Gdy zabrzmiał prawdziwy dzwonek, wszyscy pobiegli do drzwi, jakby
ogłoszono ewakuację.
- Farciarze - rzucił jakiś chłopak, przechodząc obok ostatnich ławek. -
Macie najlepsze miejsca. Pierwsze, co zrobiła, to przesadziła wszystkich
do przodu.
- To wy przyszliście bez rodziców? - zapytał inny. - Celowo się
spóźniliście, żeby usiąść na końcu.
Pokręcili z dezaprobatą głowami i wyszli.
- Mieliśmy chyba złe wejście - zauważyła Nika, gdy zostali sami w klasie.
- Nie da się ukryć - przyznał Felix.
Net machnął ręką.
- Przynajmniej wychowawczyni niezła. W sensie estetycznym.
We trójkę wyszli na korytarz i od razu zobaczyli oddalających się
Marcela i Rubena. Po przeciwnej stronie płakała jakaś grubawa
dziewczyna. Nika podeszła zapytać, co się stało. Wysłuchała, pocieszyła
tamtą i wróciła.
- Zabrali jej nowy długopis - oznajmiła. - To Celina od nas z klasy.
- Trzeba będzie naprawdę na nich uważać - pokiwał głową Net - i omijać z daleka.
- Są złodziejami! - oburzył się Felix. - Złodziei trzeba tępić, a nie
omijać.
- Ale jak? - zapytał Net. - Są silniejsi. Olać i obchodzić łukiem.
- Typowa taktyka zastraszania - pokiwała głową Nika. - Wstawisz się za
kimś, to rzucą się na ciebie. Może powinniśmy działać wspólnie?
- Dobrze ci mówić - westchnął Net. - Jesteś dziewczyną i tobie nie
wtłuką.
- Ich jest tylko dwóch! - upierała się Nika. - Liczą właśnie na to, że
jak zastraszą każdego z osobna, to nikt się już nie wychyli.
- I dlatego powinniśmy działać razem - oświadczył Felix - ale nie tak.
Musimy znaleźć sposób, żeby dać im nauczkę! Żeby wszyscy zobaczyli, jacy
oni są głupi. Inaczej przez resztę szkoły nie dadzą nam żyć. Zastanówmy
się, w czym jesteśmy lepsi?
- Patrząc na nich... - zastanowiła się Nika - to we wszystkim.
- Z wyjątkiem bezpośredniego starcia - dodał Net.
* * *
Wieczorem tata Felixa był w fatalnym nastroju. Pokaz jego wynalazku
przed ministrem spraw specjalnych nie wypadł najlepiej. Urządzenie do
sklejania przestępców miało ułatwiać pracę policji. Przyklejało buty
uciekającego do ziemi, mogło też przykleić do jezdni opony samochodu.
Zadziałało doskonale, ale po pokazie nie udało się go wyłączyć i zrobiło
się zamieszanie, w wyniku którego minister przykleił się do swojej żony
i dwóch doradców.
- Wszyscy się na mnie poobrażali - żałośnie westchnął tata, siedząc nad
podgrzaną w mikrofalówce zupą. - Muszę się pospieszyć, bo ostatnio Gang
Niewidzialnych Ludzi okradł w naszym mieście kilka banków.
- Nie martw się, tato - spróbował pocieszyć go Felix. - I tak jesteś
najlepszy.
Tata westchnął ciężko, grzebiąc łyżką w talerzu. Był mężczyzną, który
nie emanował energią. Jego wewnętrzna siła objawiała się w jego
wynalazkach, w genialnych pomysłach i uporze, z jakim parł do celu. Na
pierwszy rzut oka wyglądał na zupełnie normalnego, zmęczonego
wyczerpującym dniem czterdziestolatka. Był średniego wzrostu, miał lekko
zaznaczony brzuszek, odrobinę przerzedzone włosy. Dziś wydawał się
jeszcze bardziej pozbawiony energii niż zwykle.
Mama nie wróciła jeszcze z pracy. Była dyrektorem marketingu w bardzo
dużym banku i nie pracowała praktycznie tylko wtedy, kiedy spała. Choć i to nie było pewne. Na domiar złego poprzedniego dnia Gang Niewidzialnych
Ludzi napadł właśnie na jej bank i ukradł ze skarbca całą masę
pieniędzy. To znaczyło, że dziś mama wróci jeszcze później.
- Nie wiesz, jak to jest skleić ministra i jego żonę - westchnął tata. -
Ale wymyśliłem już bezpieczniejsze rozwiązanie. - Ożywił się. -
Wycieraczka w wejściu do banku chwytająca złodziei za buty, gdy już
uciekają z workami pełnymi pieniędzy. To nawet lepsze od sklejacza, bo
nie jest potrzebny żaden pościg. Ale teraz nikt nie będzie chciał ze mną
rozmawiać. Może nawet odsuną mnie od innego, ważniejszego,
międzynarodowego projektu. Z nim też nie idzie mi najlepiej. Brakuje
zasadniczego elementu, bez którego cały ten projekt może się załamać.
Tego bym chyba nie zniósł... A jak tam w nowej szkole?
- W porządku - powiedział Felix, nie chcąc dokładać tacie zmartwień.
Obiecał sobie, że o zabraniu kieszonkowego opowie przy najbliższej
okazji. Spojrzał na Cabana. Pies położył mu łeb na nodze i łypał spod
kudłów wielkim brązowym okiem, jakby chciał wyczuć, skąd u jego pana ten
niepokój.
* * *
Następnego dnia rano Felix, ubrany już po "cywilnemu" w niebieskie
jeansy i sweter, podszedł do czekających na niego przed szatnią Neta i Niki. Zaspany Net był chyba jeszcze bardziej potargany niż wczoraj, a Nika znów miała na nogach martensy.
- Cześć - zaczął konspiracyjnie Felix. - Słuchajcie. Mam coś, co powinno
ich oduczyć kradzieży.
- Kanapkę z mydłem zamiast masła? - zapytał Net. - To ich z pewnością
powstrzyma!
- Mój tata skonstruował kiedyś zabezpieczenie przed złodziejami
kieszonkowymi - powiedział Felix i wyciągnął coś z kieszeni. Nachylili
się - Felix trzymał w dłoni małe czarne pudełko i monetę pięciozłotową.
- W kieszeni będę miał ukryty ten nadajnik - wyjaśnił, chowając pudełko.
- Gdy oddali się od monety na więcej niż pięć metrów, włączy się alarm.
Podał monetę Netowi i gestem pokazał, by przeszedł na drugą stronę
korytarza.
- Złodziej! Złodziej! - zaskrzeczała moneta, a Net czym prędzej wrócił
do nadajnika.
- Po drodze moneta zaczęła krzyczeć w autobusie szkolnym - powiedział
Felix. - Przejeżdżaliśmy chyba pod linią wysokiego napięcia i były
zakłócenia. Wszyscy patrzyli na mnie, jakbym naprawdę coś ukradł.
- Myślę, że mamy to, o co chodzi. - Net uśmiechnął się mściwie.
* * *
- Masz dla nas kaskę? - zapytał na przerwie po czwartej lekcji Marcel,
stając przed Felixem z szeroko rozstawionymi nogami i groźną miną. Felix
udał, że jest zaskoczony tym spotkaniem, choć tak naprawdę celowo niemal
wpadł na niego. Wyciągnął z kieszeni pięciozłotówkę i z udawanym
wahaniem podał chłopakowi. Tamten wyszczerzył żółtawe zęby i odszedł z monetą w stronę szkolnego sklepiku.
- Złodziej! Złodziej! - rozległo się na cały korytarz. - Zostałam
skradziona!
Felix, Net i Nika wymienili triumfalne spojrzenia. Marcel schował głowę
między ramionami i rozejrzał się, nie wiedząc, co zrobić z wrzeszczącą
monetą.
- Ale jazda! - krzyknął jakiś chłopak, zaglądając mu przez ramię. - Skąd
to masz?
Zanim Marcel zdążył cokolwiek powiedzieć, zrobiło się zbiegowisko. Nikt
nie próbował odbierać złodziejowi monety. Wszyscy byli zachwyceni.
Zrezygnowany Felix wycofał się do miejsca, gdzie czekali przyjaciele.
- Czy oni nie słyszą, co ona krzyczy? - zdenerwowała się Nika.
- Jak jesteś niskim nominałem, to nikt nie traktuje cię poważnie -
stwierdził ponuro Net.
Moneta powtarzała swoją kwestię coraz ciszej, aż zaczęła chrypieć.
Zacharczała ostatni raz i umilkła. Marcel spojrzał na Felixa i podszedł
do niego.
- Masz zapasowe baterie? - zapytał.
Felix z rezygnacją pokręcił głową. Marcel przyjrzał się monecie z głupkowatym wyrazem twarzy i odszedł. Gdy zniknął za załomem korytarza,
zbiegowisko zaczęło się rozpraszać.
- Rodzice musieli go wychowywać bezstresowo - mruknął ponuro Felix.
Nika wychyliła się za róg.
- Kupili sobie w sklepiku dwa pączki - oznajmiła.
- Za fałszywą monetę? - zdziwił się Net.
- Nie jest fałszywa - oburzył się Felix. - To prawdziwa moneta, tylko z wkładką.
- No to jesteś biedniejszy o kolejne pięć peelenów.
- Porażka na całej linii - podsumowała Nika. - Trzeba wymyślić coś
lepszego.
- Wpadnijcie do mnie po lekcjach - zaproponował Felix. - Coś
pokombinujemy.
Usiadł na podłodze, pokręcił z rezygnacją głową i ukrył twarz w dłoniach. Pomyślał, że chciałby, żeby byli tu teraz mama, tata i Caban.
A potem wstał i poszedł wykupić ze sklepiku swoją monetę z wkładką.
* * *
Ostatnią lekcją drugiego dnia szkoły była informatyka. Uczniowie
siedzieli przed komputerami przy stołach zestawionych w wielką wyspę.
Niki w ogóle nie interesowała lekcja. Z wypiekami na twarzy czytała pod
ławką Angielskiego pacjenta - pasjonującą książkę o wielkiej
romantycznej i nieszczęśliwej miłości. Net znał przedmiot lepiej od
nauczyciela. Jedynie Felix starał się wykonywać ćwiczenia, które
demonstrował na wielkim ekranie pan Eftep. Nauczyciel był wysoki i chudy, miał wystające zęby i krótko przycięte czarne włosy na małej
głowie. Czerwony polar zupełnie nie pasował do czarnych jeansów i butów
"trumniaków".
Felix zdążył już poznać większość nowych kolegów. Najwyższy z całej
klasy był Lucjan i na razie to on wiódł prym. Ciemnowłosy Wiktor był
znacznie niższy, niemal cały czas się uśmiechał i sprawiał wrażenie
zawsze chętnego do pomocy. Za to drobny blondyn, Oskar, wyglądał na
wiecznie niezadowolonego. Z tego, co zauważył Felix, Oskar musiał mieć
wszystko najlepsze. Najlepsze buty, zegarek, tornister, długopis. Ta
ambicja nie dotyczyła jednak samej jego osoby, więc nie wykazywał
większego zainteresowania lekcjami. Ciemnowłosy, niski i krępy Horacy
dotychczas nie wypowiedział chyba ani jednego słowa. Na końcu siedział
Klemens, który był tak gruby, że pod szyją robił mu się dodatkowy
podbródek. Zawsze miał pod ręką batonik lub paczkę chipsów i nieustannie
coś żuł albo chrupał. Był jeszcze drobny Kuba, który maniakalnie
interesował się sportem. Z dziewczyn najlepiej prezentowała się Aurelia.
Wysoka, o długich kruczoczarnych włosach, skręconych w drobne loczki.
Zapewne musiała wkładać w tę fryzurę dużo pracy. Miała nieprawdopodobnie
białe zęby. Klaudia, długowłosa blondynka, trzymała się zawsze blisko
Aurelii i starała się ją we wszystkim naśladować. Były jeszcze Celina -
niska, pucułowata, ale za to sympatyczniejsza od tamtych dwóch razem
wziętych - i przygarbiona, drobna Zosia, siedząca na końcu cichutko jak
myszka. Również urodą przypominała myszkę.
- Widziałem, jak Ruben zabrał jakiemuś chłopakowi piłkę i gdzieś z nią
poszedł - odezwał się cicho Net. Stukał w klawiaturę, pozorując, że coś
robi. - Gdzieś ją schował, bo potem jej już nie miał.
- Mogliśmy o tym wcześniej pomyśleć - powiedział Felix. - Muszą mieć w szkole jakąś kryjówkę.
- Dlatego nie można im nic udowodnić - zauważyła Nika, odrywając się na
chwilę od lektury.
- Ale będzie można, jak znajdziemy tę kryjówkę - szepnął Net. - Od tego
trzeba zacząć!
- Pan Bielecki jest chyba czymś bardzo zajęty - wycedził Eftep, patrząc
na Neta. - O czym ja przed chwilą mówiłem?
- O sposobie zapisywania informacji na płycie DVD - odparł bez
zająknięcia Net, wstając.
- No więc jaki to jest sposób?
Net uśmiechnął się i już otwierał usta, by odpowiedzieć, i to ze
wszystkimi szczegółami, ale poczuł kopnięcie w kostkę.
- Udawaj kretyna - syknął Felix.
Net zmarszczył brwi, jakby się nad czymś zastanawiał, i odpowiedział
niepewnie:
- Magnetyczny?
- Źle, panie Bielecki - zatriumfował informatyk. - Optyczny.
Zdecydowanie optyczny. Musisz zrozumieć, że komputery to nasza
przyszłość. Jeśli nie nauczysz się z nimi pracować, to niczego w życiu
nie osiągniesz. Siadaj.
Kręcąc głową i cmokając, wrócił z zatroskaną miną do swojego wykładu.
Felix zauważył, że siedzący na wprost nich Lambert gra na ukrytej za
monitorem konsoli, ale jednocześnie przytakuje Eftepowi w odpowiednich
momentach. To się dopiero nazywa podzielna uwaga.
- Dlaczego mam udawać kretyna? - wyszeptał Net, poprawiając okulary na
nosie.
- Żeby nikt cię nie podejrzewał, jak coś zmalujesz - odparł Felix. - Ten
facet prawdopodobnie zajmuje się szkolnymi komputerami.
- O! To by wyjaśniało, dlaczego tak łatwo obejść zabezpieczenia.
- Net i Felix - pan Eftep znów podniósł głos. - Ostatnie ostrzeżenie.
Spuścili głowy i zajęli się ćwiczeniami.
* * *
Nika była na miejscu pierwsza i teraz, siedząc na schodach, czytała
książkę. Obok leżał poobijany rower, który zapewne wiele już przeszedł.
Przednia opona była pomarańczowa, tylna czarna i niemal łysa. Nika nawet
na wyprawę rowerową założyła martensy, choć zrezygnowała ze spódniczki
na rzecz powycieranych spodni w nieokreślonym kolorze. Włosy spięła z tyłu starą srebrną spinką z zielonym oczkiem.
Felix i Net przyjechali niemal jednocześnie, kilka minut po czasie. Net
miał na nosie jaskrawożółte okulary.
- Oglądałem w telewizji program o UFO nad Tatrami - usprawiedliwił się
Felix. - A potem trochę pobłądziłem. Wysokie budynki zakłócają mi sygnał
z satelity.
Net uśmiechnął się, jakby usłyszał dowcip, i powiedział:
- Ja musiałem wrócić po kask. Jak będę jeździł bez, to mam szlaban na
rower.
- Ty też powinnaś mieć kask - dodał Felix, patrząc na Nikę.
- Zepsułby mi fryzurę - odparła, wzruszając ramionami. Spojrzała na
rower Felixa i uniosła brwi.
Net powiódł wzrokiem za jej spojrzeniem. Rzeczywiście, coś się tu nie
zgadzało. Felix siedział na stojącym w miejscu rowerze, ale nie
podpierał się nogą! Nie mógł już dłużej udawać, że nie widzi ich
zdziwionych spojrzeń.
- Mój wynalazek - powiedział z dumą i popukał w niewielkie półokrągłe
pudełko pod siodełkiem. - Czujnik przechyłu, silnik elektryczny i koło
zamachowe - żyrostat. Akumulator ładuje się podczas hamowania.
- Sam to zrobiłeś? - zapytał z niedowierzaniem Net. - Jakiego procesora
użyłeś?
- Już mówiłem, nie znam się na komputerach. To prosty układ elektryczny.
Początkowo używałem wysuwanych automatycznie kółek, ale... głupio to
wyglądało. Tak jest znacznie lepiej. Gdy rower zaczyna się minimalnie
przechylać, wykrywa to czujnik i uruchamia silnik z kołem zamachowym. To
tak, jakbyś stał na linie i machał rękami, żeby złapać równowagę.
- Bez komputera? - Net ukucnął obok i przyjrzał się bliżej wynalazkowi.
- Warto było? - zapytała Nika z niedowierzaniem. - Tyle roboty, żeby się
nie podpierać nogą?
- Zależy, jak na to patrzeć - odparł Felix. - Ty wkładasz dużo pracy we
fryzurę.
- Włosy same mi się tak kręcą! - zaprotestowała oburzona Nika.
I Net, i Nika musieli sami się przekonać, że urządzenie naprawdę działa.
Net obejrzał dokładnie cały rower i zwrócił uwagę na małe coś przypięte
do kierownicy, obok zestawu przełączników. Wyglądało jak bardzo stary
telefon komórkowy. Wyświetlacz i kilka przycisków.
- To ty poważnie mówiłeś z tym satelitą - zdziwił się Net. - To GPS2!
- Wprowadziłem do niego trasę z domu do szkoły - wyjaśnił Felix - i dzięki temu się nie gubię.
Net był pod wrażeniem, ale nic więcej już nie powiedział. Wsiedli na
rowery i ruszyli, starając się omijać ruchliwsze ulice.
Podróż zajęła im prawie godzinę. Dom Felixa stał przy ulicy Serdecznej,
na przedmieściach, w okolicy, gdzie jest tyle przestrzeni, że budynki
nie muszą stykać się bocznymi ścianami. Stary, piętrowy, miał spadzisty
dach - dziwnie błękitny i błyszczący oraz małą, obrośniętą dzikim winem
werandę od frontu. Do budynku przylegał spory garaż, a z tyłu znajdował
się nieduży, zarośnięty drzewami i krzakami ogród. Za tylnym
ogrodzeniem, ledwie prześwitującym między gałęziami, zaczynał się las.
Felix nacisnął dzwonek przy furtce. Z domu rozległo się donośne
szczekanie.
Na sąsiedniej posesji ubrany w dres facet z brzuszkiem mył gąbką
błyszczący Polonez. Felix ukłonił mu się.
- To pan Sobolak - wyjaśnił cicho. - Kupił nowy samochód i teraz
codziennie go myje.
Czekali jeszcze chwilę, ale najwyraźniej nikogo nie było w domu. Felix
otworzył furtkę kluczem. Weszli na wyłożoną kamieniami alejkę i zostawili rowery na trawniku.
- Co to za dachówka? - Net zadarł głowę. - Wygląda jak szkło.
- Baterie słoneczne - wyjaśnił Felix. - W naszym klimacie nie są zbyt
wydajne, ale i tak się opłaciło.
Kiedy znaleźli się na werandzie, Felix nacisnął przycisk przy drzwiach.
Obok przesunęła się metalowa płytka, odsłaniając podświetlaną
klawiaturę. Felix, udając, że nie zwraca uwagi na zaskoczone spojrzenia,
wpisał kod i zamek otworzył się sam.
Znaleźli się w wysokim hallu z lustrem w ozdobnych ramach i kilkoma
rzeźbionymi krzesłami.
- Usiądźcie, wypuszczę psa - powiedział Felix.
- Czy to aby konieczne? - zaniepokoił się Net, ale szybko usiadł, bo
Felix już sięgał do klamki na drzwiach, za którymi niecierpliwił się
pies.
- Nazywa się Caban - zaanonsował Felix i wpuścił do pokoju wielką czarną
i kudłatą bestię. - To czarny terier rosyjski.
Pies szczeknął raz, ale tak, że zatrzęsły się szyby. Nieufnie podszedł
do Niki i Neta. Obwąchał ich, po czym pomerdał króciutkim ogonkiem.
- Pierwszy etap za nami - oznajmił Felix. - Możecie wstać, ale bez
gwałtownych ruchów.
- Ja sobie tu trochę posiedzę - pisnął dziwnie Net.
- On coś w ogóle widzi przez te kudły? - zapytała Nika. Nachyliła się
nad psem i podrapała go za uchem. Caban sam nadstawiał łeb, podając do
pieszczoty najwłaściwsze miejsca.
- Chodźcie do kuchni - powiedział Felix. - Tylko... nie przestraszcie się.
- Ja już się boję. - Net wstał ostrożnie, cały czas obserwując psa. -
Nie jestem pewien, czy on jest do mnie odwrócony gryzącą stroną.
Pies ponownie zamachał ogonem. Dzięki temu przynajmniej było widać,
gdzie ma tył.
- Jeszcze nigdy nikogo nie ugryzł.
- Więc nie prowokujmy zmian - odparł Net, ale czujnie ruszył za Felixem
i Niką.
Kuchnia wyglądała niezwykle. Przypominała magazyn na wpół rozebranych
urządzeń. Goście usiedli przy stole, a Felix włączył zaparzacz herbaty.
Urządzenie miało wielkość przenośnego telewizora i wyglądało jak coś, z czego zdjęto część obudowy i wymontowano połowę części. Z wnętrza
dochodziły dźwięki przesuwających się i obracających mechanizmów. Ze
szczeliny w dolnej części urządzenia wysunęła się metalowa łapka
trzymająca spodeczek. Postawiła go na blacie przed urządzeniem. Druga,
podobna, sięgnęła po filiżankę i wsunęła ją pod otwór dyszy. Rozległ się
szum wrzącej wody i po chwili parujący aromatyczny płyn wypełnił
filiżankę. Łapka postawiła ją na spodeczku i przesunęła w bok. Zaparzacz
zrobił to samo z kolejnymi dwiema filiżankami.
Felix przeniósł naczynia na stół i postawił przed gośćmi. Nika pierwsza,
dystyngowanym gestem, uniosła filiżankę do ust i ostrożnie upiła łyk.
- Bardzo dobra - przyznała. - Ale czy zwykły czajnik nie byłby prostszy
w użyciu?
- Najbardziej wyczesana kuchnia, jaką widziałem - ocenił Net,
rozglądając się. - Jak to wszystko działa bez komputerów?
Felix postawił na stole miskę z chipsami i usiadł.
- Mój tata jest wynalazcą - wyjaśnił. - To, co tu widzicie, to
urządzenia, które pewnie nigdy nie wejdą do seryjnej produkcji.
Konstruuje je dla własnej przyjemności. Wszystko
mechaniczno-elektryczne. Bez komputerów.
Goście chrupali chipsy, popijali herbatą i oglądając wynalazki,
próbowali domyślić się ich przeznaczenia.
- Koszty naszej operacji wzrosły znacząco - odezwał się w końcu Felix. -
I cierpi na tym mój budżet.
- Dobra - przyznał Net. - Zrobimy zrzutkę. Już liczę...
Wyjął laptop, ale Felix go powstrzymał.
- Chodzi mi o to, że musimy nie tylko wymyślić sposób ich ukarania, ale
i odzyskać pieniądze.
- Twoje pieniądze już wydali - zauważyła Nika. - Możemy im odebrać tylko
pieniądze, które zabrali komuś innemu.
- A czy to ma znaczenie, do kogo należała jakaś moneta wcześniej? -
zapytał Net, wpychając w usta kolejny chips.
- To ma znaczenie - odparła dziewczyna - bo to nie będą pieniądze
Felixa.
- Pieniądze rzecz umowna - upierał się Net, wypluwając niechcący kilka
okruszków na stół. - Liczy się suma.
Rozległ się dzwonek do drzwi. Caban poderwał się, zaczął merdać krótkim
ogonem i popiskiwać jak szczeniak.
- Babcia - wyjaśnił Felix, obserwując zachowanie psa. - Babcia Lusia.
Zejdźmy jej z oczu, bo zaraz zacznie nas karmić...
- Nie lubisz swojej babci? - zdziwiła się Nika.
- Bardzo lubię - zaprotestował Felix - ale jest nadopiekuńcza i myśli,
że wciąż mam sześć lat.
Zerknął na monitor wiszący na ścianie i przyciskiem otworzył furtkę.
Caban, szczekając radośnie, pobiegł wielkimi susami do hallu.
- Poznaj moich przyjaciół, babciu - powiedział Felix, gdy starsza pani
weszła do domu. - Nika i Net.
Ukłonili się i przywitali. Babcia Lusia wyglądała tak, jak powinna
wyglądać wzorcowa babcia. Pełne dobroci spojrzenie, siwiuteńkie włosy
upięte w kok i mocno zaokrąglona sylwetka. Ciągnęła za sobą osobliwej
konstrukcji dwukołowy wózek, w którego trzech kontenerach znajdowały się
torby z zakupami.
- To my pójdziemy do piwnicy - oznajmił Felix, dając przyjaciołom
dyskretne ponaglające znaki.
- Zaczekajcie, skarbeńki - powiedziała babcia. - Może coś zjecie? Mam w lodówce pyszniutkie gołąbki. A może wolicie zupkę pomidorową? Jest też
kapuśniaczek i kurczak. Ziemniaczki zaraz upiekę...
- Naprawdę dziękujemy. Już jedliśmy.
- Pewnie chipsy - westchnęła babcia, wieszając płaszcz.
Pomogli jej wnieść torby do kuchni i po cichu ulotnili się. Caban spał
już przy ścianie, nie zwracając na nic uwagi. Udowodnił tym samym, że
uznał Neta i Nikę za przyjaciół domu. Wyglądał teraz jak wielki czarny
kłąb kudłów zmiecionych na kupkę w salonie fryzjerskim.
- Kiedyś mieliśmy sąsiadów, których pies nazywał się Wyziew - powiedział
cicho Net. - Tak mu jechało z pyska, że zeza można było dostać. Już ze
dwa razy miał walizki wystawione przed drzwi, ale szkoda im się robiło.
- Caban dostaje Tic Taki - odparł Felix, już na schodach do piwnicy. - A tata czasem myje mu zęby. Źle się do tego zabieramy. Mówię o Marcelu i Rubenie. Zobaczmy najpierw, co mamy do dyspozycji.
Sprowadził ich do sporego warsztatu, mieszczącego się w piwnicy.
- Łał! - krzyknął z podziwem Net. Wyprzedził Nikę i stanął na środku,
nie wiedząc, od czego zacząć zwiedzanie.
- Wygląda, jakby rozbiła się tu ciężarówka wioząca złom - z konsternacją
stwierdziła Nika.
- Nie czujesz klimatu, kobieto... - Net lekceważąco machnął ręką.
Pod kilkoma małymi okienkami stał długi stół z najróżniejszymi
narzędziami. Wzdłuż pozostałych ścian zamontowano solidne regały, aż do
sufitu zastawione pudłami i fragmentami najróżniejszych mechanizmów.
Były tu modele samolotów, małe roboty, telewizor, głowa manekina,
niezidentyfikowane wiązki przewodów, silniki i tryby. Co ciekawe,
większość przedmiotów wyglądała jak skrzyżowanie urządzeń kuchennych ze
zraszaczami do trawników czy też z częściami samochodowymi. Urządzenia
sprawiały wrażenie, że są niedokończone lub uszkodzone. W kącie oparta o ścianę stała zakurzona mechaniczna ręka, a obok niej coś, co mogło być
modelem wojskowej amfibii. W cieniu, obok schodów, które prowadziły
zapewne wprost do garażu, przykryty szmatą stał człekokształtny robot
wielkości dorosłego mężczyzny.
Nika zerknęła na jedną z półek, pisnęła cicho i cofnęła się.
- Tam jest pająk gigant - szepnęła.
- To robot kroczący - wyjaśnił Felix i zdjął z półki czarny mechanizm
wielkości dłoni z ośmioma metalowymi odnóżami. - Przydatny, kiedy coś
wpadnie pod kanapę.
Teraz widać było, że to mechanizm, ale dziewczyna i tak nie chciała
nawet na niego spojrzeć. Obok "pająka" stał mały pojazd gąsienicowy z długą anteną, kulka z wystającymi antenkami, coś co wyglądało jak
mechaniczny wąż i para półokrągłych, karbowanych klocków wielkości
dłoni.
- Hopsasy - wyjaśnił Felix - czyli obcasy na sprężynach.
- Tu są też myszy - pisnęła Nika.
Felix zbliżył się do leżących w ciemności nieruchomych białych myszek i oświetlił je latarką. Natychmiast zaczęły popiskiwać i krążyć po półce.
Gdy dojeżdżały do krawędzi albo do ściany - zawracały.
- Co jest w tym czarnym pudełku? - zapytała Nika, odsuwając się od
myszy.
- Negatywka. To takie coś jak pozytywka, ale gra heavy metal. Prezent
dla niegrzecznych dzieci.
- A to?
- Mechaniczny pies. Moje dzieło, prawie go skończyłem.
- Twój tata nie ma nic przeciwko temu, że wchodzisz do jego pracowni? -
zapytała Nika.
- Nie ma, jeśli nic nie ruszam - odparł Felix i wywalił zawartość dużego
kartonu wprost na podłogę. - Ale prawdziwą pracownię ma w Instytucie.
Tutaj wyżywa się po pracy.
- Musi być maniakiem - zauważyła Nika.
- Jest - przyznał Felix. - Wystarczy, że siedzi w jednym miejscu dłużej
niż pięć minut, i już zaczyna coś konstruować z tego, co ma pod ręką.
Kiedyś musiał spędzić noc na lotnisku pod Paryżem i przerobił dwa rzędy
krzesełek na huśtawkę i zjeżdżalnię dla dzieci. Hm... Zresztą, jak się
lepiej zastanowić, mógł tę historię zmyślić. Jest trochę zakręcony,
czasem nie wiadomo, co jest prawdą, a co żartem.
Zdjął z regału tekturowe pudełko i wyciągnął z niego mały helikopter,
który razem ze śmigłem mieścił się na dłoni.
- To mikrohelikopter - wyjaśnił. - Zdalnie sterowany szpieg. Z przodu ma
kamerę mniejszą od paznokcia. Możemy nim śledzić ruchy wroga. Gdy
pomalujemy go na biało, nie będzie się rzucał w oczy na tle sufitu.
Sięgnął po kolejne pudełko i wyciągnął z niego długopis z przewodem
zakończonym małą słuchawką.
- Mikrofon kierunkowy - wyjaśnił, biorąc następne pudełko.
- Czy twój tata zaopatruje agentów Jej Królewskiej Mości? - zapytał Net,
z każdą chwilą coraz bardziej zafascynowany.
- Nie wszystko nadaje się dla Jamesa Bonda - uśmiechnął się Felix. - To
tutaj - wyjął szary podłużny przedmiot z gumowym wałkiem na końcu - to
przyrząd do wyciągania "X" przed nawias. Tata zrobił go kiedyś, żeby
zdenerwować kilku profesorów, którzy krytykowali jego pracę. Oczywiście
nie działa.
Wyciągał i pokazywał kolejne wynalazki. Kieszonkowe solarium,
klimatyzacja do butów, latarka na baterie słoneczne, aparat do gaszenia
zapałek, mikromyśliwiec do zwalczania komarów, samojezdna golarka, i tak
dalej.
Net przyglądał się gadżetom z szeroko otwartymi oczami.
- Aparat do gaszenia zapałek? - zdziwił się. - Przecież to idiotyczne.
- Być może - przyznał Felix. - Tata często traktuje swoje wynalazki jako
ćwiczenie. Najpierw wymyśla czynność, jaka jest do zrobienia, a potem
konstruuje urządzenie, które wykonuje ją lepiej.
- Ale gaszenie zapałek?...
- Jeśli gasisz zapałkę, machając nią, może ci się wyślizgnąć, i pożar
gotowy.
Net pokręcił głową.
- A latarka na baterie słoneczne? - nie dawał za wygraną. - Po co komu
latarka, która może świecić, tylko gdy jest słońce?
- To nie tak. Ona się tylko ładuje na słońcu. Potem może świecić w ciemności.
- Dajcie spokój - przerwała im Nika, znacznie mniej zainteresowana
gadżetami. - Zastanówmy się, co może się nam przydać.
- Po pierwsze, potrzebujemy centrum dowodzenia - stwierdził Felix. -
Proponuję strych. Stamtąd najlepiej będzie działało zdalne sterowanie.
- Masz już jakiś plan? - zapytał Net.
Felix sięgnął po notes z odrywanymi kartkami, wyciągnął z kieszeni
pióro, odkręcił skuwkę i zaczął notować.
- Pierwszy etap operacji to przygotowanie naszej kwatery. Punkt drugi to
zlokalizowanie kwatery wroga. Trzeci - odbicie zakładników... to jest...
odzyskanie skradzionych przedmiotów. Czwarty - danie wrogowi nauczki.
Ten punkt wymaga osobnego przemyślenia.
- To już coś - zgodził się Net. - Od czego zaczniemy?
- Od początku - trzeźwo zauważyła Nika, której zabawa zaczynała się
podobać. - W poniedziałek po lekcjach zrealizujemy punkt pierwszy, a potem pomyślimy co dalej.
* * *
Wieczorem Felix z tatą siedzieli w salonie i oglądali w telewizji
program informacyjny. Automatyczny odkurzacz myszkował pod fotelami,
szumiąc cicho.
- Jak wiesz, Gang Niewidzialnych Ludzi obrabował bank, w którym pracuje
mama - odezwał się tata, starając się nie okazywać radości. - Jedynym
świadkiem jest jakaś sprzątaczka, ale ma taką sklerozę, że cudem pamięta
własne imię. Powiedziała, że bandyci weszli przez schowek na szczotki, a to przecież niemożliwe. Szefa gangu szuka cała nasza policja, a nawet
Interpol. Facet nazywa się Morten i jest niezwykle niebezpieczny.
Niewesoło.
- To dlaczego się cieszysz? - zapytał Felix.
- Wreszcie, po dwóch dniach, zadzwonili do mnie z Ministerstwa Spraw
Specjalnych. Potrzebują mojej pomocy. Pod warunkiem że przeproszę
ministra i jego żonę. O tych dwóch doradcach nie wspomnieli.
- I przeprosisz?
- Już przeprosiłem. Oficjalnie i kilka razy nieoficjalnie.
- A jak zamierzasz ich złapać?
- To nie jest proste. - Tata podrapał się za uchem. - Ciągle nad tym
myślę. Działają na terenie całego miasta. Pojawiają się w banku
dosłownie znikąd, przed otwarciem, po zamknięciu lub w czasie przerwy na
lunch i nie starają się nawet wyłączyć alarmu. Nim przyjedzie policja,
uciekają furgonetką. Furgonetka nagle, w samym środku policyjnej obławy,
skręca w boczną uliczkę i... znika. W dodatku nikt nie potrafi podać ich
dokładnych rysopisów. I tak za każdym razem. Dlatego nazwano ich
Niewidzialnymi Ludźmi.
- Jak mogą tak po prostu pojawiać się albo znikać? - zdziwił się Felix.
Tata wzruszył ramionami, ale wciąż się lekko uśmiechał.
- Gdyby policja to wiedziała, nie potrzebowaliby mojej pomocy.
* * *
Poniedziałkowe lekcje ciągnęły się niemiłosiernie. Na szczęście najpierw
był raczej przyjemny angielski. Pani od angielskiego, Christina, zamiast
kazać im wkuwać gramatykę, próbowała namówić wszystkich do zwykłej
rozmowy. Była chyba najlepszą nauczycielką angielskiego, jaką
kiedykolwiek mieli. Niemal nie znała polskiego albo udawała, że nie zna.
Więc najprostsze pytanie było jednocześnie ćwiczeniem. Miła i bardzo
cierpliwa, miała nie więcej niż dwadzieścia lat i długie, błyszczące
czarne włosy. Jak szybko się zorientowali, jej pasją było uczenie
najbardziej klasycznego, brytyjskiego akcentu i starannej wymowy.
Większość uczniów nie wybrała jeszcze dodatkowego języka obcego. Mógł to
być niemiecki, francuski, włoski lub hiszpański.
- Założę się, że hiszpańskie dzieci nie muszą się uczyć polskiego -
narzekał Net na przerwie, gdy stali przed tablicą ogłoszeń. - Nie wiem,
co wybrać. Mógłbym się uczyć eskimoskiego. Pewnie jest bardzo prosty.
- No i jeszcze zajęcia dodatkowe - przypomniała Nika. - Wybierzmy coś,
na co będziemy mogli chodzić razem. Myślałam o historii...
- Widziałaś historyka? Zaśniemy - skrzywił się Felix. - Spójrzcie na
listę, nic tam nie ma. Kurs kroju i szycia, coś, co się nazywa "Zostań
mistrzem origami", nauka gotowania "Pomóż mamie", kurs tańców ludowych.
Na szachy chyba się nie zapiszemy, zajęcia ze śpiewu też odpadają. Może
fizyka?
- Ja nie wytrzymam - szybko zaznaczyła Nika.
- Może matma? - zaproponował Net. - Mam w głowie cały program matematyki
w gimnazjum, aż do końca.
- Po co ci zajęcia dodatkowe z matmy, jeśli jesteś z niej dobry? -
zdziwiła się Nika.
- Żeby się nie przemęczać. A co innego zostaje? Z informatyki by mnie
wyrzucili za ataki śmiechu. Jest jeszcze trochę czasu na zastanowienie.
Obok stał zrozpaczony Kuba. Chyba miał problemy decyzyjne, a wybranie
właściwych zajęć kompletnie go przerosło.
* * *
Dobrnęli do ostatniej lekcji - geografia zapowiadała się interesująco.
Niestety, w połowie pani Konstancja Konstantynopolska zaczęła wywoływać
uczniów do tablicy, by wskazywali na mapie miasta, których nazwy
podawała. Celina, wywołana jako trzecia, z trudem wygramoliła się zza
swojego stołu, obciągając na okrągłym brzuszku kusy różowy sweterek.
Zawadziła szpiczastym bucikiem o podest przed tablicą i runęła jak długa
wprost przed stopy nauczycielki.
- Wygodniej ci będzie odpowiadać na stojąco - poradziła pani Konstancja,
której nie drgnął ani jeden mięsień twarzy. Przez salę przebiegły
stłumione chichoty.
- Ale rwie się do odpowiedzi - skomentowała cicho Aurelia. - Każdym
kilogramem swojego ciała.
- O jeden batonik za daleko - dramatycznie oznajmił Net.
Nika spiorunowała go wzrokiem. Celina wstała i przygnębiona musiała
wskazać aż trzy miasta.
Pod koniec lekcji nauczycielka zapowiedziała, że za tydzień będzie test
i muszą znać na pamięć nazwy stolic, języki urzędowe i liczby
mieszkańców wszystkich państw Ameryki Południowej. W klasie zapanowała
ponura atmosfera. Tylko Felix i Net nie stracili humoru. Wymienili
porozumiewawcze spojrzenia, uśmiechając się tajemniczo.
- Dyktafon cyfrowy i bezprzewodowe słuchawki - powiedział Felix po
dzwonku, jakby to wszystko wyjaśniało.
Nika podejrzewała, co chcą zrobić.
- Zamierzacie ściągać? - zapytała z niedowierzaniem.
- Czemu nie? - Net był zdziwiony. - W jakim celu mam znać liczbę
mieszkańców Chile albo Ekwadoru? Wiem, gdzie to sprawdzić w ciągu
kilkunastu sekund.
- Może chodzi o ćwiczenie pamięci?
- Znam na to sto lepszych sposobów. Mam w głowie adresy i konfiguracje
wszystkich ważniejszych wyszukiwarek internetowych, serwerów pocztowych,
pamiętam kody dostępu... Jeżeli chodzi o zajęcia dodatkowe, geografia
odpada.
- Jeśli nie będziesz się uczył, zostaniesz kretynem - podsumowała Nika.
* * *
Gdy zabrzmiał ostatni dzwonek, trójka przyjaciół po kryjomu przedostała
się na wąskie schody prowadzące na strych. Niestety, drzwi były
zamknięte na solidny zamek.
- No to kapota - oznajmił z pewną ulgą Net. - Odwołujemy akcję, a tamtych dwóch omijamy łukiem.
- Niekoniecznie - powiedział powoli Felix, grzebiąc w plecaku. Wyciągnął
metalowy przedmiot przypominający bardzo grube pióro wieczne. Zdjął
skuwkę i zatknął ją z drugiej strony.
- Chcesz napisać podanie do Stokrotki o udostępnienie nam strychu na
tajną siedzibę? - zapytał Net.
- To klucz uniwersalny - odpowiedział Felix i nacisnął przycisk z boku
przedmiotu. Z wąskiej przedniej części, z cichym szczęknięciem wysunęło
się w różnych kierunkach kilkanaście blaszek. Felix uśmiechnął się,
schował blaszki, włożył klucz do zamka i naciskając kilkakrotnie
przycisk, kręcił kluczem, aż usłyszeli przesuwające się zapadki. Wyjął
urządzenie i przyjrzał się układowi blaszek.
- Zapamiętał wzór zamka - wyjaśnił. - Wieczorem dorobię dla nas zwykłe
klucze.
Nika i Net spojrzeli na niego z podziwem. Net nacisnął klamkę i drzwi, z przykrym skrzypieniem, otworzyły się, ukazując ciemność. Na korytarzach
było za głośno, by ktoś to usłyszał - starsze klasy miały jeszcze
lekcje. Felix wszedł pierwszy i bez powodzenia próbował wymacać włącznik
światła. Stwierdził jednak, że wzrok szybko przyzwyczaił się do
półmroku, a gdy przeszedł kilka kroków, zrobiło się jaśniej. Światło
wpadało przez okrągłe okna w dachu, które dotychczas oglądali tylko z zewnątrz.
Z tyłu trzasnęły drzwi i rozległo się karcące psyknięcie Niki. Net
wymamrotał jakieś przeprosiny i oboje ostrożnie podeszli do Felixa.
Przed nimi ciągnął się zastawiony starymi gratami zakurzony strych.
Poczuli gęsią skórkę i przysunęli się bliżej siebie.
- Klucząc między tymi rupieciami, można pewnie przejść nad całą szkołą -
powiedział Net z przejęciem, ale szybko zaznaczył - nie, żebym miał
chęć...
- Z wyjątkiem sali gimnastycznej - odparł Felix i wskazał pionową ścianę
zaraz za rogiem. - Jest wyższa od reszty pomieszczeń na trzecim piętrze.
Przeszli obok ustawionych bezładnie szaf, minęli kilka bardzo starych
ławek szkolnych, takich przedwojennych, z unoszonym blatem i otworem na
kałamarz. Za nimi piętrzyły się tekturowe pudła. Na pokrytej kurzem
podłodze widać było tylko pojedyncze ślady ginące gdzieś w kącie.
Zawrócili. Niedaleko drzwi znaleźli za pudłami wąskie drewniane schodki
prowadzące na rodzaj półpiętra, którego podłoga znajdowała się dwa metry
ponad podłogą strychu. Było to na oko najciekawsze miejsce, więc
niewiele myśląc, weszli tam. Pomieszczenie okazało się jedną z czterech
narożnych nadbudówek widocznych z ulicy. Z dwóch stron spadzisty dach
dochodził niemal do podłogi, gdzie wstawiono dwa półokrągłe okienka z kilkoma zmatowionymi brudem i starością szybkami. Z trzeciej strony dach
nadbudówki przylegał do sali gimnastycznej, a z czwartej - kończył się
pionową, drewnianą ścianą oddzielającą ją od reszty strychu. Podłogę i więźbę dachową wykonano z drewna. Przez szpary pomiędzy deskami jednej
ze ścian widać było długi zagracony strych. Nadbudówka, pełna starych
mebli, miała pięć na pięć metrów. Przy dwóch wyższych ścianach ustawiono
przeszklone szafy, których zawartość sugerowała, że nie używano ich od
kilkudziesięciu lat. Wokół dostrzegli wielki pęknięty globus, jakieś
archaiczne przyrządy do fizyki, w tym stylowo wyglądającą maszynę
elektrostatyczną, i... szkielet ludzki na stojaku. Były też wypchane
zwierzęta, nadjedzone przez mole: duża sowa, orzeł przedni i lis.
Wszystko pokrywała bardzo gruba warstwa kurzu. Zapewne nikt tu nie
wchodził od dziesięcioleci.
- Będzie niezłe - stwierdził Felix. - Możemy się umówić, że to jest
wieża.
- Wystaje nad dach najwyżej pół metra - ocenił Net.
- Ale wieża dobrze brzmi - zadecydowała Nika. - Tylko szkielet musicie
stąd zabrać.
- No co ty, szkielet jest najlepszy - zaprotestował Net, ale spojrzenie
Niki powstrzymało go przed dalszymi zachwytami.
Postanowili na razie nie zapuszczać się w dalsze części strychu.
- Ciarki mnie przechodzą na samą myśl, że mamy tu wrócić - mruknęła
Nika, obchodząc szkielet dużym łukiem. Kostki w jego dłoniach
zaklekotały w rytm kroków dziewczyny.
- Po zastanowieniu... może rzeczywiście wybierzmy jakieś przytulniejsze
miejsce - zaproponował Net, przełykając ślinę.
- Wszędzie tak będzie - powiedział Felix, zdejmując plecak.
Wciągnęli po schodach kilka sparciałych materacy gimnastycznych,
dziurawych koców i niski stolik w całkiem niezłym stanie, jeśli nie
zwracać uwagi na brak jednej nogi. Podparli go paroma cegłami. Obok
jednego z okien zauważyli gniazdko elektryczne. Jeśli działało, mieli
rozwiązany problem zasilania i oświetlenia. Na koniec Nika zmusiła
Felixa do wyniesienia szkieletu gdzieś w niewidoczne miejsce.
- Pierwszy punkt planu wykonany - oznajmiła, wycierając stolik z kurzu.
- Mam nadzieję, że nie ma tu pająków.
Net uśmiechnął się złośliwie, rzucając porozumiewawcze spojrzenie w stronę Felixa.
- Wygląda w miarę bezpiecznie - stwierdził Felix, rozglądając się. -
Trzeba teraz jakoś przetransportować sprzęt. Wszystko nie zmieści mi się
do szkolnego plecaka. Pamiętajcie o podstawowych zasadach konspiracji.
Nikt nie może widzieć, jak wchodzimy na te schody.
* * *
Następnego dnia po lekcjach spotkali się w domu Felixa. Dopiero teraz
przyjaciele mieli okazję obejrzeć jego pokój. Przypominał odrobinę
warsztat - na długim blacie, oprócz przedmiotów zwykle znajdujących się
na biurku gimnazjalisty, przykręcone było imadło, leżały wiertarka,
lutownica, szlifierka, a pod spodem stało kilka kuferków z narzędziami.
Mimo to pokój był sympatyczny i przytulny, a bałagan nie przekraczał
norm przyjętych dla statystycznego nastolatka.
- Wejdziemy do szkoły od tyłu - powiedział Felix. - Tylne wejście
prowadzi przez szatnię, a stróż nocny pewnie siedzi w portierni i ogląda
mecz.
- No, fakt. Słyszałem, że pan Sylwester jest kibicem - przypomniał sobie
Net. - Ale i tak może nas zobaczyć przy schodach na piętro.
- No to czeka nas chwila emocji. Sprawdziłem w programie telewizyjnym.
Mecz zaczyna się o siódmej. Mamy mnóstwo czasu. Najpoważniejszy problem
to kamery nad drzwiami. Obserwują chodnik prowadzący do wejścia.
- Zauważyłem je - powiedział Net, nie kryjąc dumy. - Napisałem jakiś
czas temu krótki programik. Powinien sobie z nimi poradzić.
- Wirusy też piszesz? - zapytał Felix.
- Napisać wirusa potrafi byle głupek. Nie zajmuję się takimi rzeczami.
Mój program na jakiś czas zapętli obraz z kamery. W nocy nikt tego nie
zauważy, a potem, nawet jak się dopatrzą, nic nam to nie zaszkodzi.
Wyjął swój laptop i połączył go kablem z gniazdkiem telefonicznym.
- Czy to nie jest aby włamanie? - zaniepokoiła się Nika. - Możemy pójść
do więzienia.
- Jesteśmy nieletni - zbagatelizował Net, z wysuniętym językiem
wstukując do komputera szeregi liczb. - Zresztą, nic nie kradniemy.
Wręcz przeciwnie, wnosimy nowe rzeczy.
- To mi może zrujnować karierę - jęknęła z rezygnacją Nika.
Felix dał przyjaciołom dorobione klucze. Spakowali sprzęt do plecaków i zeszli do hallu.
- Za godzinę zaczyna się mecz - stwierdził Felix, zerkając na zegarek. -
Nie musimy się spieszyć.
- Nigdzie nie pójdziecie, serdeńka, dopóki nie zjecie zupy - oznajmiła
kategorycznie babcia Lusia, zagradzając im drogę i wskazując stół w jadalni, na którym stały trzy talerze pełne parującego rosołu z babcinym
makaronem. - To już pora mocno poobiednia. Musicie jeść, żeby mieć siłę
na naukę.
Trudno było odmówić, tym bardziej że widząc zupę, w której pływały
kawałki kurczaczka i marchewki, a wszystko pachniało oszałamiająco,
naprawdę poczuli głód.
- Pierwsza zasada - powiedział cicho Felix, gdy usiedli do stołu - jak
ktoś skończy, to niesie talerz i wstawia do zlewu.
- Żeby babcia nie musiała nosić? - zapytała Nika.
- Nie. Jak tego nie zrobisz, to będziesz dostawać dolewki zupy, aż
eksplodujesz.
Kwadrans później zjedli jeszcze budyń i ciasteczka, wszystko popili
domowej roboty kompotem z wiśni, po czym wreszcie wyszli przed dom,
gdzie leżały rowery.
- Teraz to już musimy się spieszyć - odetchnął głęboko Felix, klepiąc
się po brzuchu.
* * *
Tylna furtka w szkolnym ogrodzeniu była zamknięta, ale wystarczyło ją
lekko unieść, by skobel zamka wyskoczył z otworu w pogiętej framudze.
Zamknęli za sobą furtkę, ukryli rowery w krzakach i ostrożnie ruszyli w stronę drzwi. W świetle zachodzącego słońca stare drzewa wyciągały
szponiaste gałęzie, jakby chciały ich porwać w zalegające pod nimi gęste
cienie. Szkolny ogród był zapuszczony i przypominał dżunglę. Jego
skrajem, wzdłuż muru wiodła wąska ścieżka. Prowadziła do schodków,
schodzących do tylnych drzwi, a używanych chyba tylko przez robotników
wykonujących okresowe remonty.
- Jesteś pewien, że twój program działa? - zapytał Felix, zerkając na
kamerę nad drzwiami. Na szczęście lampa przymocowana do muru nie
zapaliła się jeszcze.
- Nie mogę tego sprawdzić - szepnął Net. - Ma nam dać dwie godziny, a potem sam się skasuje.
Felix wyjął klucz uniwersalny i po chwili drzwi stanęły otworem. W długim korytarzu prowadzącym do szatni było niemal całkiem ciemno.
Mroczne odnogi korytarzy wyglądały teraz jak wyloty smoczych jam. Zbici
w ciasną gromadkę, dotarli niemal po omacku do schodów.
W hallu paliło się kilka lamp. Zza lady portierni dochodził
podekscytowany głos komentatora sportowego. Telewizor rzucał na ściany
niebieskie odblaski. Widać było też czubek głowy Sylwestra, kiwającej
się w rytm akcji na boisku.
Przyjaciele wahali się. Nie mieli obaw, że stróż ich usłyszy. Nie
usłyszałby nawet odrzutowca lądującego przed szkołą. Mógł jednak
przypadkiem wstać i odwrócić się. W końcu podjęli decyzję i przemknęli
na wyższy ciąg schodów. Dotarli na strych. Felix wyjął z plecaka małą
puszkę sprayu i psiknął kolejno na zawiasy. Net włożył do zamka swój
klucz. Pasował i gładko się przekręcił. Drzwi otworzyły się bez
najmniejszego skrzypnięcia.
Gdy Felix z Netem rozstawili sprzęt i testowali małe monitorki i urządzenia do zdalnego sterowania, za oknem zrobiło się już ciemno.
Wszystko ukryli w otwieranej szafce, by w razie niespodziewanej wizyty
zamknąć tylko drzwiczki.
Felix z duszą na ramieniu wyszedł jeszcze, by zamocować mikrokamerę nad
oknem schodowym, na wprost drzwi na strych.
- Teraz tylko musimy podsunąć im coś, co zabiorą do swojej kryjówki -
powiedziała Nika. - To nie może być moneta, bo ją wydadzą. W ogóle to
musi być coś dużego, ale niezbyt cennego.
- Dlaczego niezbyt cennego? - zapytał Net, poprawiając okulary.
- Bo empetrójki ci nie ukradną - wyjaśniła. - Wiedzą, że poszedłbyś do
dyrektora. Co innego piłka albo breloczek.
- Mogę poświęcić latarkę - powiedział po namyśle Felix. - Świeci kilkoma
kolorami, ma opcję migania. To musi im się spodobać.
Nika trąciła go ramieniem i wskazała na monitor. Najpierw Felix nie
zorientował się, o co chodzi. I dopiero po chwili dostrzegł łysinę
Sylwestra wyłaniającą się z dołu ekranu. Dziewczyna z przerażeniem
ścisnęła rękę Felixa. Net też już to zobaczył, skulił się i wcisnął w kąt. Monitor pokazywał teraz plecy woźnego wkładającego klucz w zamek
drzwi od strychu. To był on, nie sposób było się pomylić. Nosił te
śmieszne spodnie, jakie czasem noszą starsi panowie, z paskiem z niewyjaśnionych przyczyn umieszczonym niemal pod pachami. Teraz wyraźnie
usłyszeli chrobot zamka. Felix rzucił się, by zamknąć szafkę, i ich
centrum dowodzenia utonęło w ciemności.
- Przerwa meczu - szepnął.
Przytulili się do siebie w najgłębszym kącie swojej kryjówki. Gdzieś
zapaliło się światło. Kroki zbliżyły się i zatrzymały. Net sam zasłonił
sobie ręką usta, by nie wydać żadnego głosu. Ze wszystkich sił próbował
nie kichnąć, bo łaskotały go w nos rude loki Niki. Brzęknęło szkło i rozległo się zadowolone pomrukiwanie. Kroki oddaliły się, zgasło światło
i trzasnęły drzwi. Felix otworzył szafkę i wszyscy zobaczyli na
monitorze woźnego schodzącego po schodach. W ręku trzymał... butelkę wina.
Net kichnął, aż wszyscy podskoczyli.
- Nasz strych nie jest tylko nasz - stwierdził. - To jego ślady
widzieliśmy za pierwszym razem.
- On pije w pracy - oburzyła się Nika.
- Też byś piła, gdybyś musiała siedzieć całą noc w takim wielkim budynku
- powiedział Net. - Zresztą gość ma przechlapane życie.
- Czemu?
- Pomyśl tylko. Imieniny trzydziestego pierwszego grudnia. Dwie imprezy
naraz. Myślisz, że ktoś przyniesie prezent na zabawę sylwestrową? To
musiało zostawić ślad na psychice... Do tego pracuje w nocy, a śpi w dzień, kiedy wszyscy hałasują... ale to nawet lepiej - zastanowił się z chytrą miną. - Gdyby nas przydybał, to i tak nikomu nic nie powie, bo
będzie się bał, że my wygadamy o winie.
Nika z niesmakiem pokręciła głową.
- A może on pije, bo tu... straszy? - dodał cichutko Net, wciskając się w kąt. - Och, po co ja to powiedziałem...
Nika uczepiła się tym razem rękawa Neta. Siedzieli, wsłuchując się w ciszę.
- Wynośmy się stąd, zanim rodzice zaczną nas szukać - powiedział Felix,
otrząsając się z ponurego nastroju.
- Nie możemy zaczekać tu już do rana? - zaproponował Net, wyobrażając
sobie drogę przez ciemny strych, piwnice i na koniec przez ogród. I sam
sobie odpowiedział - nie, nie, wolę to chyba mieć już za sobą...
Powrót nie wydawał się trudny, jeśli nie liczyć strachu przed nieznanym.
- Czuję na plecach obecność tego szkieletu - szepnęła Nika, gdy wstali.
- Przecież go wyniosłem - zdziwił się Felix.
- I teraz czai się gdzieś za rogiem...
- Mogę go przynieść.
- Nie, nie! Już wolę, jak się tak czai...
Zamknęli za sobą drzwi i jak najciszej zeszli na parter. Pan Sylwester
siedział w głębokim fotelu, znad lady znów wystawał mu tylko czubek
głowy. Powrót całkiem już ciemnymi podziemiami był jeszcze mniej
przyjemny. Drżące światło latarki bojaźliwie zaglądało w mroczne
zakątki. Nagle, jakieś oczy błysnęły w głębi korytarza. Nika krzyknęła i wskoczyła Netowi na ręce. Ten ledwie utrzymał równowagę. Echo krzyku
powróciło odbite od końca korytarza.
- To tylko szczur - wycedził przez zęby Net, z wysiłkiem starając się
jej nie upuścić. - Boi się nas bardziej niż my jego.
- Biegiem! - szepnął Felix.
Z góry doszedł ich odgłos szybkich kroków. Dobiegli, najciszej jak
mogli, do połowy korytarza, ale kroki pana Sylwestra dudniły już na
schodach. Rzucili się więc w bok, w wąską wnękę. Zgasili latarkę,
przytulili się do siebie i oparli o jakieś drzwi.
- Szczury... - wysyczał z niesmakiem stróż. Omiótł latarką dalszą część
korytarza, najwyraźniej nie mając ochoty sprawdzać, co tam jeszcze może
się kryć.
Czekali, wstrzymując oddech, ale dochodziły ich jedynie stłumione
odgłosy meczu. Ostrożnie wyjrzeli na główny korytarz.
- Spróbuj więcej tego nie robić - Net powoli powiedział do Niki i dodał
ciszej - nie powinno się brać dziewczyn na taką akcję.
Nika wzruszyła ramionami i obrażona ruszyła w stronę drzwi. Zaraz
przypomniała sobie jednak, że się trochę boi, zawróciła i stanęła między
chłopakami.
- Idziecie? - zapytała.
Chwilę później zamknęli za sobą drzwi wejściowe i odetchnęli wieczornym
powietrzem. W świetle księżyca nawet wykrzywione wiekiem konary drzew
zdziczałego ogrodu wyglądały mniej strasznie niż oczy szczura w korytarzu. W górze migał światłami pozycyjnymi pasażerski odrzutowiec.
Jego szum przebił się przez odgłosy miasta i dotarł aż do ziemi. To
przywróciło ich do rzeczywistości. Wyprowadzili rowery za furtkę.
- Jutro na długiej przerwie zaczynamy - zdecydował jeszcze Felix i rozjechali się do domów.
* * *
Pierwsza lekcja biologii w nowej szkole zrobiła na wszystkich wrażenie.
Sala była lekko przyciemniona drewnianymi żaluzjami w oknach. Kilka lamp
podświetlało przeszklone regały i gablotki pełne okazów egzotycznych
roślin i zwierząt. Zwierzęta w znakomitej większości były wypchane, ale
i tak wyglądały groźnie.
Net zatrzymał się przed wielką szybą, ścianą płaskiego szklanego
zbiornika wstawionego pionowo w regał, i uniósł brwi. Jego wnętrze
wyglądało, jakby ktoś nasypał tam ściółki leśnej: patyczków,
zbrązowiałych kolek i pokruszonych liści. Wewnątrz tej sterty śmieci coś
się poruszało w niezliczonych korytarzykach.
- Łał... - szepnął Net sam do siebie. - W tym śmietniku zalęgły się mrówki
faraona.
- To terrarium - wyjaśnił zza jego pleców Wiktor. - Wewnątrz jest
mrowisko. To białe na dole to jaja.
- Powaga? - zdziwił się Net. - Akwarium bez wody pełne mrówek. Zawołaj
jakąś dziewczynę... ale będzie wrzask.
Dziewczyny i tak miały nietęgie miny, bo prócz terrarium z mrówkami były
i takie z pająkami i wężami. A w kilku akwariach nie wszystkie
stworzenia były złotymi rybkami.
Odwrócili się na dźwięk otwierających się drzwi od zaplecza.
- Dżizas... - jęknęła Klaudia.
Profesor Butler był chudy i niepozorny, miał ponad czterdzieści lat.
Jego poplamiony fartuch jakiś czas temu pewnie musiał być biały. Siwe
włosy były nieco za długie i nieco za rzadkie. Szczerze mówiąc, były
również nieco za tłuste. Zwisały z głowy, jakby właśnie wszedł tu z deszczu. Okulary w przezroczystych oprawkach musiały być szczytem lansu
przed trzydziestu laty.
- Witam - powiedział profesor, otwierając dziennik. Pod paznokciami
nauczyciela można było dostrzec żałobne obwódki. - Siadajcie.
Uczniowie w milczeniu zajęli miejsca, a Nika szepnęła na ucho Felixowi:
- Jeśli o mnie chodzi, to zajęcia dodatkowe z botaniki z tym
obleśniakiem nie wchodzą w grę.
- No - zgodził się Net. - Pewnie obsmarkuje uczniów za nieodrobienie
pracy domowej.
Profesor Butler na pierwszej lekcji nie zrobił sekcji żaby ani nie
pokazał żadnych obrzydliwości ze swoich tajnych zbiorów, których pełne
było, jeśli wierzyć plotkom, jego zaplecze. Przeprowadził w zasadzie
normalne zajęcia, a jednak było w nim, i ogólnie w sali do biologii,
coś, co zaraz po dzwonku kazało wszystkim pospiesznie spakować się i wyjść na korytarz.
- On nas jeszcze zaskoczy - zawyrokował Felix.
- Chyba wypuszczając tarantulę podczas klasówki - podsunął Net.
* * *
Przed długą przerwą znów siedzieli w swojej kwaterze głównej na strychu.
- Kto ma iść na wabia? - zapytała Nika, obracając w rękach latarkę.
Spojrzenia chłopców wystarczyły jej za odpowiedź.
- Ładnie - powiedziała. - Kobietę samą puszczacie?
- Nie masz się z nimi bić, tylko położyć latarkę na ich drodze -
wyjaśnił Net.
- Sprawdziliśmy ich plan lekcji - powiedział Felix. - Przed długą
przerwą mają zajęcia w sali tuż za zakrętem korytarza. Niemal na pewno
pójdą w kierunku sklepiku. Postawisz migającą na pomarańczowo latarkę na
parapecie i odejdziesz.
- Jak znam życie, pierwsi wypadną z klasy - dodał Net. - Włączę dzwonek,
gdy tylko miniesz róg.
- OK - zgodziła się Nika, ale po chwili zmarszczyła brwi i zapytała -
zaraz, zaraz... Skąd będziecie wiedzieli, że minęłam róg?
Felix uśmiechnął się tajemniczo.
- Umieściłem dodatkową kamerę za okienkiem hydrantu - powiedział,
pstrykając przyciskiem przy jednym z monitorów, który wyświetlił obraz
korytarza na pierwszym piętrze.
- Dobrze - zgodziła się Nika - ale jesteście mi winni lody. Za
poświęcenie.
Wyszła, ściskając w ręku latarkę. Net połączył się z komputerem szkoły i przygotował do przestawienia zegara.
- Najcięższe są baterie - powiedział Felix. - Starczają na dwadzieścia
minut lotu.
- Więc musimy się streszczać - stwierdził Net. - Gdzie jest
mikrohelikopter?
- Na wierzchu gabloty w hallu.
- Jest... - Net wskazał monitor.
Zobaczyli Nikę, jak idzie korytarzem, stawia latarkę na parapecie i włącza migacz. Pomachała do kamery i odeszła. Gdy minęła róg, Net
nacisnął "Enter" i rozległ się dzwonek. Nim ucichł, drzwi klas zaczęły
się otwierać.
- Są! - krzyknął Net i wskazał dwie sylwetki zbliżające się szybkim
krokiem. Zgodnie z przewidywaniami, Marcel i Ruben jako pierwsi dotarli
do migającej latarki. Marcel chwilę się jej przyglądał i wyszczerzył w uśmiechu wystające zęby. Wziął latarkę z parapetu, mówiąc coś do innych
uczniów. Nie było wiadomo co, bo kamera nie miała mikrofonu. Potem
chłopak ruszył w kierunku schodów.
- OK, uruchamiam helikopter - powiedział Felix.
Sięgnął po zdalne sterowanie i włączył monitor. Zamarł z ręką w połowie
następnego ruchu. Obraz z kamery mikrohelikoptera był osobliwy.
Przedstawiał jakiś pognieciony papier, kawałek materiału w kwiatki i przesuwający się sufit. W dolnej części kadru widać było jasny trójkąt z dwiema czarnymi dziurami.
- Houston, mamy problem - powiedział zdziwiony Felix, patrząc na leżące
przed nim zdalne sterowanie. - Jeszcze nie wystartowałem.
- To jest... - Net zmrużył oczy. - To jest... fartuch pani Pumpernikiel,
naszej sprzątaczki, a to z dziurami to chyba jej nos. Widziany od dołu...
Jezu! Ona ma włosy w nosie!
- Helikopter jest w jej kieszeni! - powiedział z niedowierzaniem Felix.
- Musiała ścierać kurz z gabloty i go znalazła. Akurat dziś...
Wyłączył monitor, westchnął i zrezygnowany oparł się o regał.
- Nic nam nie wychodzi - jęknął.
Zaczekali na Nikę, żeby zdać jej relację, ale gdy kilka minut później
wróciła, nie dała im dojść do słowa.
- Czułam, że coś nawali i po prostu poszłam za nimi - oznajmiła. -
Znalazłam ich kryjówkę. I uważajcie: to są te drzwi, przy których
schowaliśmy się wczoraj w nocy.
Chłopcy spojrzeli na siebie.
- Co więcej - kontynuowała - zostawili je niedomknięte, więc zajrzałam
do środka. To jakiś zapomniany składzik. Bawili się tą latarką, a potem
odstawili ją na podłogę. Mają tam mnóstwo różnych rzeczy. Nie zdążyłam
przyjrzeć się dokładniej.
Net popatrzył na Nikę z większym szacunkiem niż przed chwilą.
- No to dwa pierwsze punkty planu zrealizowaliśmy - ocenił Felix. -
Pomyślmy, jak niepostrzeżenie wszystko stamtąd wynieść. Musi być tego
cała góra.
- A w jaki sposób oddamy wszystko właścicielom? - zapytał Net. -
Wystawimy w sklepiku czy jak?
- Może w ogóle nic stamtąd nie wynośmy - zaproponowała Nika. - Zróbmy
zdjęcia tych przedmiotów i wywieśmy je w szkolnej gablocie, wraz z mapką
dojścia do kryjówki. Marcel i Ruben raczej nie interesują się
zawartością gablot.
- Hm... Może zabieranie dziewczyny na akcję nie było aż tak złym pomysłem
- z szacuneczkiem rzucił Net, a Nika uśmiechnęła się i spuściła wzrok.
Felix patrzył to na nią, to na niego, ale nic nie powiedział.
Net wyjął laptop i wklepał na klawiaturze: "Jeżeli chcesz odzyskać swoją
własność, przyjdź pod wskazane drzwi dziś na długiej przerwie".
- Co myślicie? - zapytał.
- Doskonale - pochwaliła Nika i tym razem to Net uśmiechnął się
skromnie. - Ale jak zrobimy zdjęcia? Jakoś nie mam ochoty znów tu
przychodzić po zmroku...
- Możemy tylko na bieżąco obserwować obraz z kamer - powiedział Felix. -
Nie przewidziałem możliwości zapisu.
- Mam pomysł - powiedział Net. Wyciągnął jakiś kabel i podał go
Felixowi. - Wetknij to w gniazdo obok monitora.
Felix zrobił to, nie całkiem rozumiejąc, o co chodzi, a Net wetknął
drugi koniec do laptopa i zaczął w nieprawdopodobnym tempie uderzać w klawisze. Po chwili na ekranie komputera pojawił się obraz identyczny z tym z Felixowego monitora.
- Teraz możemy wszystko nagrać - wyjaśnił Net. - Wybrane klatki
wydrukuję w domu.
- Pamiętajcie, że straciliśmy helikopter - przypomniała Nika.
- Użyjemy pełzacza - zakomunikował Felix i wyciągnął z dna plecaka coś,
co wyglądało jak kawałek podwójnego łańcucha rowerowego z kilkunastoma
malutkimi kółkami. - Jeśli tam nie ma progu, to jest szansa, że się
przeciśnie pod spodem.
- O! - zainteresował się Net. - Nie pokazywałeś tego wcześniej. Jak to
działa?
- Zaraz zobaczycie.
Felix wyciągnął z plecaka mieszczące się na dłoni pudełeczko z dwoma
joystickami i anteną. Położony na materacu pełzacz ożył, posłuszny
poleceniom zdalnego sterowania. Zjechał, czy raczej spłynął jak stonoga
z materaca i bez problemu wpełzł na następny.
- Obrzydlistwo - wzdrygnęła się Nika.
- Może podchodzić pod przeszkody wysokie na kilka centymetrów - wyjaśnił
Felix. - Ale po schodach potrafi tylko zejść.
- Chciałabym wam zwrócić uwagę - odezwała się Nika - że właśnie zawalamy
kolejną lekcję.
Rozległ się dzwonek.
- Musimy mieć puste korytarze - powiedział Felix - bo jeszcze ktoś
rozdepcze pełzacza. Ty lepiej idź, żebyśmy mogli od ciebie przepisać.
- O nie! - zaprotestowała. - Robimy to wspólnie. Przepiszę wszystko od
Celiny.
Felix, obserwując na monitorze obraz z mikrokamery, poruszał joystickami
na zdalnym sterowaniu. Stare szafy wyglądały jak wieżowce oglądane z kabiny wyścigowego samochodu. Pełzacz poruszał się szybko i w ciągu
kilku chwil dotarł do drzwi strychu. Przedostał się pod nimi i zaczął
zeskakiwać ze schodów. Kilka razy się przewrócił, ale wyginając się, za
każdym razem powracał do właściwej pozycji.
Od patrzenia w rytmicznie kołyszący się obraz zakręciło im się w głowie.
Na parterze musieli zrobić krótką przerwę. Gdy ponownie spojrzeli na
monitor, zamarli. Ekierka, ich matematyczka, patrzyła w dół, prosto w kamerę i wrzasnęła, to znaczy można się było domyślić, że wrzasnęła, bo
na ekranie widać było tylko, jak jej oczy robią się coraz większe i szeroko otwiera usta. Potem zobaczyli, jak z przedziwną dla niej
prędkością biegnie w stronę pokoju nauczycielskiego.
- Myśli, że to wielki robal - zaśmiał się Net.
- Bidulka - szepnęła Nika.
- Niedobrze - powiedział Felix z poważną miną. - Jak wpadną na pomysł
robienia tu dezynsekcji, to zrobią też porządek na strychu.
Pełzacz zawrócił i pokonał schody do piwnicy. Obok przebiegł spóźniony
uczeń, ale nie zauważył przesuwającego się wzdłuż listwy podłogowej
małego robota. Została jeszcze długa prosta i pełzacz pokonał ją w kilka
sekund, po czym skręcił w zaułek. Przyjaciele odetchnęli z ulgą - pod
drzwiami była szczelina.
- Za bardzo się wczułem - westchnął Net. - Mam wrażenie, jakbym był
bardzo, bardzo malutki.
Pełzacz przejechał pod drzwiami i znalazł się w... całkowicie ciemnym
pomieszczeniu.
- O tym nie pomyśleliśmy... - westchnęła Nika.
- Kapota - przyznał Net. - To kamera tylko do światła dziennego.
Felix zmarszczył brwi i pokrętłem przy monitorze zwiększył kontrast,
wyławiając z ciemności ledwie kontury otoczenia. Nagle pchnął dźwigienki
zdalnego sterowania i uderzył pełzaczem w najbliższy przedmiot.
- Rozwalisz go - ostrzegł Net, ale Felix powtórzył manewr.
Za czwartym razem obraz zaczął równomiernie błyskać.
- Nie mówiłem... - powiedział zrezygnowanym tonem Net.
- Nie, dobrze! - krzyknęła prawie Nika.
Net zrozumiał, o co chodzi - pełzacz włączył migacz latarki. Chłopiec
wziął na kolana laptop i zaczął nagrywać obraz. Po objechaniu
pomieszczenia wokół udało się zapisać zdjęcia większości ukradzionych
przez Marcela i Rubena przedmiotów.
- Wystarczy - zadecydował Felix i wyprowadził pełzacza na zewnątrz, by
go ukryć pod kaloryferem i potem zabrać.
- Jutro, po pierwszej lekcji, wywiesimy to w gablocie - dodał Net,
chowając komputer.
Nika zajęta była pleceniem warkocza z przeciętej na trzy części
zapasowej sznurówki swojego martensa.
- Co robisz? - zapytali jednocześnie.
- Tworzę imitację pełzacza - wyjaśniła. - Położymy ją tam, gdzie
widziała ją Ekierka.
Chłopcy pokiwali głowami z minami "Też byśmy na to wpadli, ale za
chwilę".
* * *
Następnego dnia wchodząc do szkoły za pięć ósma, usłyszeli dzwonek.
- Połowa klasy ma już spóźnienia - stwierdził Felix, rozglądając się po
hallu, w którym zapanowało nagle straszne zamieszanie.
- Nie przestawiłem zegara! - Net palnął się dłonią w czoło, aż klasnęło.
- Całe pięć minut. Próbówka nie daruje pięciu minut.
I tak trzeba było najpierw zejść do szatni, bo wejście na lekcję chemii
w kurtce było gorsze od spóźnienia. Biegnąc, minęli Ekierkę, która
pomimo znalezienia sznurówki i tak postanowiła spryskać podejrzaną
okolicę mrówkozolem. Kiedy wpadli do sali, okazało się, że chemiczka też
dała się zaskoczyć wcześniejszemu dzwonkowi i weszła zaledwie kilka
sekund przed nimi.
Próbówka nie była złośliwa, ale nie lubiła braku punktualności. Zwykle
patrzyła na spóźnialskich prześwietlającym wzrokiem, a oni mogli być
pewni, że przed końcem lekcji zostaną wezwani do tablicy. Tym razem
machnęła tylko ręką, wskazując im, by usiedli. Poprawiła pobieżnie jasne
włosy i usiadła za biurkiem.
- Muszę porozmawiać z panem Eftepem - oświadczyła, by ukryć
zakłopotanie. - Z tymi dzwonkami ostatnio dzieje się coś dziwnego.
Net uśmiechnął się pod nosem.
- Zabezpieczy lepiej system - szepnął mu na ucho Felix, gdy usiedli.
- Nie sądzę - odparł Net. - Wymieni baterię podtrzymującą zegar i tyle.
Wybita z nastroju Próbówka całkiem niechcący przeprowadziła interesującą
lekcję, chociaż trójka przyjaciół myślami wybiegała już do szczęśliwego
zakończenia całej historii.
Kilka minut przed końcem lekcji Felix włożył wydruki pod bluzę, a rolkę
taśmy klejącej do kieszeni i podniósł rękę.
- Tak, Felixie? - zapytała Próbówka sponad zsuniętych na nos okularów.
Chemiczka była chudą kobietą po pięćdziesiątce i patrzyła zazwyczaj w ten sam, prześwietlający myśli i zamiary sposób, jakby chciała
powiedzieć "I tak wiem, że coś kręcisz".
- Ja muszę wyjść - powiedział Felix.
- Za pięć minut jest dzwonek... jeśli tym razem będzie o czasie.
Net klasnął się w czoło i zaczął grzebać w plecaku, by przywrócić
szkolnemu komputerowi właściwą godzinę.
- Ale ja muszę... - jęknął Felix, przestępując z nogi na nogę.
- Dobrze, już dobrze.
Felix wybiegł z sali i stwierdził, że bardzo dobrze udawał, że chce mu
się siusiu. Tak dobrze, że naprawdę musi najpierw pójść do toalety.
Chwilę później, gdy z niej wychodził, natknął się na niosącą kubeł i mop
panią Pumpernikiel i przypomniał sobie o helikopterze, który teraz
pewnie służył już do zabawy dzieciom sprzątaczki. Tego nie można tak
zostawić, pomyślał. Doszedł do jednej z gablot, których nie było widać z portierni, i rozejrzał się. Podważył scyzorykiem drzwiczki i bez
otwierania zamka uchylił je. Oparł szybę o czubek głowy i używając rąk i zębów, przedarł scotch na kawałki i przykleił nim wszystkie arkusze.
Zamknął gablotę w ten sam sposób, podważając ostrzem noża. Cofnął się,
by ocenić swoje dzieło. Jeden obrazek był naklejony do góry nogami, ale
chłopak nie chciał dalej ryzykować. Zresztą, właśnie rozległ się
dzwonek.
Felix udał zainteresowanie inną gablotą, w której wisiały zdjęcia
wszystkich dyrektorów szkoły. Były czarno-białe, a jedynie zdjęcie
dyrektora Stokrotki przyciągało wzrok kolorami dyrektorskiej
jaskrawożółtej muchy w niebieskie grochy.
Początkowo nikt nie zauważał nowej ekspozycji, ale pod koniec przerwy
Felix usłyszał:
- Moja piłka!
- Widzę mój samochód - dodał ktoś inny.
Felix pomyślał, że może za wcześnie to wywiesili i Marcel albo Ruben
mogą coś zwęszyć, ale dla nich zawartość gablot była tak samo
interesująca, jak farba na ścianie. Przeszli tuż obok, w ogóle nie
zwracając uwagi na uczniów oglądających zdjęcia.
* * *
Przyjaciele zeszli do piwnicy i z pewnej odległości obserwowali
kilkunastoosobową grupę kłębiącą się przed kryjówką Marcela i Rubena. W końcu ktoś zastukał w drzwi. Otworzyły się i ukazała się w nich wściekła
twarz Rubena. Na widok tylu uczniów chłopak w panice skulił się,
próbując cofnąć się do środka. Niestety drzwi wyślizgnęły mu się i otworzyły na całą szerokość, odsłaniając jasno oświetlone pomieszczenie
pełne skradzionych przedmiotów. Grupa wahała się tylko ułamek sekundy,
po czym naparła na Rubena i wepchnęła go do środka. Rozległy się okrzyki
radości właścicieli, którzy odnaleźli swoje ulubione zabawki i gadżety.
Marcel i Ruben wymknęli się na czworakach i z przerażonymi minami
uciekli.
Gdy Felix zbliżył się do drzwi, większość uczniów już wychodziła. Chwilę
później pozostały puste półki i porozrzucane drobiazgi.
- Znalazł się też jakiś "właściciel" twojej latarki - zauważyła smutno
Nika, stając obok. Podała Felixowi pełzacza.
- Może źle to wszystko zrobiliśmy - westchnął Felix. - Pewnie dużo
rzeczy nie trafiło do swoich właścicieli.
- Przedtem nic nie było u właściciela. Zrobiliśmy tyle, ile mogliśmy.
- Pogodziłem się ze stratą piętnastu złotych - powiedział Felix, biorąc
się w garść - nawet ze stratą latarki, ale helikoptera nie daruję.
- Co chcesz zrobić? - zapytał Net. - Jest już w domu Pumpernikiel.
Pewnie bawią się nim jej dzieci.
- Może go jeszcze nie zepsuły.
Ruszył w stronę schodów. Nika spojrzała na Neta, ale ten wzruszył
ramionami.
Zachowując tradycyjne już środki ostrożności, dotarli do kwatery
głównej. Felix włączył monitor i wybrał częstotliwość kamery
helikoptera. Obraz śnieżył, ale można było rozpoznać pokój dziecięcy i drzwi.
- Ponad kilometr - stwierdził Felix. - Może być za daleko dla zdalnego
sterowania, ale nie mamy czasu, by szukać lepszego miejsca.
Na monitorze drzwi do pokoju otworzyły się i wbiegli przez nie dwaj
chłopcy. Mieli może po sześć lat. Jeden z nich sięgnął po helikopter i zaczął biegać wokół pokoju, udając, że lata.
- Zaraz go rozwali. - Felix zacisnął zęby.
Włączył zdalne sterowanie i położył kciuki na dźwigienkach.
- Czekaj - ostrzegł go Net. - Dopóki go trzyma, nic nie zrobisz.
Patrzyli więc bezsilnie, jak chłopiec wykonuje wymyśloną misję, jak
drugą ręką rozwala domki z klocków, pozorując trafienia rakietami. Potem
helikopter udawanymi strzałami rakiet przeciwpancernych poprzewracał
resorowce.
- Teraz! - krzyknęła Nika, a Felix odruchowo uruchomił śmigło. Na
monitorze widać było, jak ręce drugiego chłopca próbują złapać
helikopter. Zapewne jego brat w tej właśnie chwili rzucił go. Helikopter
wzbił się pod sufit i zaczął krążyć.
Usta chłopców wykonały charakterystyczne "Łał!", po czym obaj zaczęli
podskakiwać, aby dosięgnąć zabawki. Felix starał się nie zawadzić o nic,
jednocześnie nie dając się złapać. Nie należało to do łatwych zadań, bo
obraz był nie najlepszej jakości, a zdalne sterowanie działało na taką
odległość niezbyt precyzyjnie.
Nagle jeden z chłopców wybiegł z pokoju. Kiedy wrócił po chwili, trzymał
wędkarski podbierak, czyli siatkę na patyku.
- No to po nas - westchnął Felix, z trudem unikając pierwszego zamachu
podbierakiem.
- Lufcik! - krzyknął Net. - Jest uchylony!
Przed kamerą ponownie mignęła siatka. Felix skręcił w stronę okna,
wykonał popisowy manewr i wyleciał na zewnątrz przez wąską szczelinę.
Nie było czasu na wiwaty, bo wiatr od razu zakręcił małym pojazdem.
- Gdzie jesteśmy... znaczy, gdzie on jest? - zapytał Net.
- Czy ja wiem - zastanowiła się Nika. - Wygląda znajomo.
Helikopter, walcząc z wiatrem, wzniósł się ponad wierzchołki drzew i powoli obrócił. Powyżej budynków dojrzeli na monitorze szkołę. Felix
pchnął stery i helikopter skierował się w stronę bazy. Nie był zbyt
szybki, a do tego leciał pod wiatr. Trwało ładnych parę minut, nim
pokonał połowę drogi.
- Otwórzcie okno - polecił Felix.
Net uchylił jedno skrzydło półokrągłego okienka i wraz ze świeżym
powietrzem dotarł do nich dźwięk syreny policyjnej.
- Ciekawe, co tam się dzieje - powiedział Net, próbując wyjrzeć.
- Mam go na monitorze - krzyknął Felix. - Ale zasuwa!
Radiowóz faktycznie jechał z ogromną prędkością. Trzysta metrów przed
nim pędziła biała furgonetka. Trójka przyjaciół przyglądała się temu w napięciu.
- Myślicie o tym samym co ja? - zapytał Felix.
- To ten Gang Niewidzialnych Ludzi - potwierdził Net. - Znów okradli
bank. Ciekawe, dokąd jadą? Nie mają szansy na ucieczkę!
Z drugiego końca ulicy nadjeżdżał następny radiowóz.
- Baterii starczy jeszcze na trzy minuty lotu - oświadczył Felix, ale
się nie zastanawiał. Wzniósł helikopter jeszcze wyżej i skręcił,
kierując kamerę wprost na pościg.
Furgonetka z piskiem opon, który usłyszeli przez okno, skręciła w boczną
uliczkę i wjechała w białą ciężarówkę. Nie uderzyła w nią, tylko
dosłownie wjechała po rampie do jej wnętrza. Rampa zamknęła się szybko.
Oba radiowozy skręciły w uliczkę, minęły ciężarówkę i pomknęły dalej.
- Ale numer! - zawołał Net. - Więc to tak znikają...
- Trzeba kogoś powiadomić - powiedziała Nika.
Tymczasem ciężarówka, nie zatrzymywana przez nikogo, powoli ruszyła.
- Ten telefon... - Felix wskazał na aparat przypięty do laptopa. - Czy
można z niego normalnie dzwonić?
- Tak - odparł Net. Odpiął kabel i podał go Felixowi.
Felix jedną ręką wybrał numer, drugą nadal pilotował mikrohelikopter.
- Tato, posłuchaj - powiedział szybko. - Nie, nic się nie stało. To
ważne. Ten gang... ta furgonetka wjechała do białej ciężarówki i teraz
spokojnie sobie odjeżdża. Nie żartuję. Wyślij Air Wolfa i sprawdź, dokąd
jadą! Są trzy uliczki na zachód od naszej szkoły.
- Co to jest Air Wolf? - zapytał podekscytowany Net, przejmując telefon.
- Też helikopter, tyle że nieco większy - odpowiedział Felix. - Tracę
kontrolę... Baterie chyba siadają...
Helikopter podjął lot w kierunku szkoły. Zaraz jednak zaczął tracić
wysokość, aż wreszcie wirnik stanął i maszyna runęła w dół. Felix,
widząc zbliżający się żywopłot, zacisnął zęby. Chwilę później helikopter
uderzył w gałęzie i obraz znikł. Wszyscy odruchowo podskoczyli.
Felix jeszcze przez chwilę wpatrywał się w mrówki na monitorze, w końcu
zrezygnowany opadł na materac.
- Nie zdąży - powiedział. - Mała szansa, że Air Wolf jest gotowy do
lotu.
- Zadzwońmy na policję! - krzyknęła Nika.
- Nie uwierzą nam.
Kilka minut siedzieli, gapiąc się w okno. Kolejna lekcja już się
zaczęła, ale nie mogli się zmobilizować i zejść na dół.
- A byliśmy tak blisko... - westchnął Net.
Felix przełączył monitor na odbiór telewizji. Zobaczyli miasto z lotu
ptaka i białą ciężarówkę uciekającą teraz całkiem szybko w stronę mostu.
- Przypominamy, że transmitujemy obraz na żywo z helikoptera śledzącego
ciężarówkę, którą ucieka nieuchwytny dotąd Gang Niewidzialnych Ludzi,
znany z napadów na banki w całym mieście. W ciężarówce może być nawet
sam tajemniczy Morten, przywódca bandy.
Wytrzeszczyli oczy. Helikopter obniżył pułap i podążał tuż za
ciężarówką. Przeleciał pod sygnalizacją świetlną i znów wzniósł się
ponad drzewa.
- Zwykły helikopter by tego nie zrobił - powiedział Net.
- To jest Air Wolf - powiedział ostrożnie Felix. - Pilotuje go mój tata.
Szybko zadziałał.
- Ale jak się zmieścił pod światłami? - naciskał Net.
- To nie jest prawdziwy helikopter, tylko zdalnie sterowany. Jest
mniejszy od roweru.
Obraz na monitorze pokazywał czekającą na końcu mostu policyjną blokadę
złożoną z kilkunastu radiowozów. W ślad za ciężarówką na most wjechało
kolejnych kilka pojazdów policyjnych, odcinając gangowi drogę ucieczki.
- Wygląda na to, że zupełnie niechcący rozbiliśmy prawdziwy gang -
zauważył z niedowierzaniem Net.
- Ale moich piętnastu zeta i tak już nie zobaczę - uśmiechnął się Felix
i wyłączył monitor. - Zapraszam was w sobotę po południu do mnie. Musimy
to uczcić.
Wstał i zarzucił na ramię plecak.
- Gdzie idziesz? - zapytała Nika.
- Po mikrohelikopter - odparł chłopak. - Zasłużył na spokojną emeryturę.
* * *
Tata Felixa puszczał kilka razy nagranie, na którym minister spraw
specjalnych osobiście gratulował mu pomocy w rozbiciu gangu. Niestety, w ciężarówce był tylko kierowca. Wszyscy bandyci z furgonetki gdzieś się
ulotnili i nie udało się ustalić gdzie, choć policyjni eksperci przez
wiele godzin analizowali nagranie z ucieczki. Wydawało się jednak, że
ujęcie szefa gangu jest kwestią kilku dni.
Potem, mimo pochmurnej pogody, tata wygonił przyjaciół do ogrodu i usmażył taką ilość hamburgerów i kiełbasek, że nikt nie mógł tego zjeść.
Caban miał za to zapewnione jedzonko na kilka dni. Babcia Lusia była
nieszczęśliwa, bo nie mogła nic gotować. Rozdawała za to talerze i sztućce, donosiła nowe serwetki. Wcześniej upiekła ciasto z niesamowitą
ilością rodzynek oraz szarlotkę, składającą się głównie z musu
jabłkowego przykrytego smakowitą kruszonką. Mama Felixa wpadła na kilka
minut, w pośpiechu zamiast Cabana niechcący pogłaskała mechanicznego
psa. Prawdopodobnie nawet tego nie zauważyła. Zaraz i tak zadzwoniła jej
komórka, i mama pojechała załatwiać kolejną superpilną sprawę.
- Słyszałem, jak Lambert wspominał, że to on znalazł ten schowek w piwnicy - powiedział Felix, gdy zostali sami w altance obrośniętej
dzikim winem. Caban usiadł obok niego, podbijał nosem rękę swojego pana,
domagając się pieszczot.
- Chce przypisać sobie nasz sukces! - oburzył się Net.
- Może tak będzie lepiej. - Felix wzruszył ramionami. - Ktoś by to
jeszcze sobie skojarzył z tym gangiem.
- Trochę szkoda, że nie ujawniliśmy naszego udziału w sprawie -
powiedział Net. - W telewizji wspomnieli tylko o jakichś "łebskich
dzieciakach". Sława przejdzie bokiem.
- I dobrze. To by nam nie wyszło na zdrowie.
- Tym bardziej że ten Morten wciąż jest na wolności - zauważył Net. -
Lepiej, żeby nie wiedział, kto jest przyczyną jego klęski.
- Na wolności jest cały gang - przyznał Felix. - Bardzo mnie ciekawi,
jak oni uciekli z tej furgonetki. Wewnątrz znaleziono ich ubrania, kilka
odkurzaczy i trochę jakiegoś sprzętu domowego. Gdzie tu sens?
- Ale przynajmniej nieźle się bawiliśmy - podsumowała Nika. - No i bez
tego wszystkiego pewnie byśmy się nie zaprzyjaźnili.
- A poza tym przysłużyliśmy się panu Sylwestrowi - dodał Net z uśmiechem.
Umieszczenie białych, światłoczułych myszek w pudełku z butelkami stróża
nocnego było wspólnym pomysłem Felixa i Neta. Tylko Nika miała
wątpliwości, czy to nie jest ingerowanie w czyjeś życie prywatne, ale
ostatecznie dała się przekonać. No i pan Sylwester przestał pić w pracy.
Niestety, zamiast tego zaczął palić.
Marcel i Ruben do końca tygodnia snuli się pod ścianami, a wszyscy
omijali ich wielkim łukiem. Przez długi czas nikomu nic nie zginęło ani
nie zostało odebrane. Ekierka doprowadziła w końcu do wezwania
specjalistów od dezynsekcji, ale ci nie mieli żadnego środka do
zwalczania splątanych sznurówek, więc po prostu opryskali listwy
podłogowe środkiem na mrówki. Pan Sylwester nie pisnął ani słowa o myszkach na strychu.
Cała szkoła rozmawiała o rozbiciu gangu, nie mając pojęcia, że ci,
którzy się do tego przyczynili, są tuż obok.
- Powiedz nam jedno - zaczął powoli Felix, patrząc na Nikę. - Tak się
zastanawialiśmy, skąd wiedziałaś, że pierwszego dnia to my włączyliśmy
dzwonek. Potem przypomniałem sobie, jak ostrzegłaś nas przed panem
Sylwestrem, zanim pojawił się na monitorze.
- No i jeszcze dzieci Pumpernikiel - dodał Net, celując w nią palcem. -
Wiedziałaś dokładnie, kiedy ten mały rzuci mikrohelikopter. Wydaje mi
się, że to jeszcze nie wszystko... Masz coś na swoje wytłumaczenie?
Nika uśmiechnęła się niewinnie, kręcąc od niechcenia palcem w rudych
lokach.
- Kobieca intuicja - odpowiedziała.
- Wiedzieliśmy, że tak odpowiesz.
I wszyscy zaczęli się śmiać. Potem pobiegli do kuchni, gdzie mieli jako
pierwsi przetestować nową maszynę do robienia deserów.
Ze względu na miłość autora do motoryzacji i jego wrodzoną krnąbrność, w tej książce nazwy samo-chodów są i będą pisane wielką literą. [wróć]
[czyt.: dżi-pi-es] - system nawigacji satelitarnej. Urządzenie odbiera sygnały z satelitów, dzięki czemu potrafi ustalić własną pozycję z dokładnością do kilku metrów. System należy do Departamentu Obrony USA. [wróć]
2. Megakorek
Minęło kilka tygodni i sprawa Gangu Niewidzialnych Ludzi powoli ucichła.
Kierowca znalazł się w areszcie. Niestety, nie chciał albo nie potrafił
wydać swojego szefa ani żadnego z gangsterów. Wszystko wskazywało na to,
że Morten dawno uciekł ze zrabowanymi pieniędzmi z Europy i nigdy już
nie uda się go złapać.
- Straszny korek - powiedziała mama Felixa, bębniąc palcami w kierownicę.
Wycieraczki zgarniały z szyby poranny deszcz. Ze wszystkich stron
otaczały ich samochody. Stały lub przesuwały się najwyżej kilka metrów
do przodu. Zwykle droga z domu do szkoły trwała nie więcej niż
piętnaście minut. Dziś jednak jechali już ponad czterdzieści. Felix nie
był szczególnie zmartwiony, tym bardziej że pierwszą lekcją był polski.
Chłopak może tylko żałował, że tym razem nie pojechał autobusem
szkolnym, bo zamiast słuchać narzekań mamy, mógłby pogadać z Netem. Na
drugiej lekcji miał być test z geografii. Obaj nic nie umieli, a nie
zdążyli przygotować elektronicznej ściągi.
- Wiesz, jaka to strata dla gospodarki, taki korek? - ciągnęła mama. -
Tam z przodu siedzi w samochodzie jakiś kretyn, który nie wie, do czego
służą kierownica i pedał gazu. Rozgląda się i dłubie w nosie, zamiast
jechać. A my wszyscy spóźniamy się przez niemrawca do pracy.
- Albo do szkoły - automatycznie dodał Felix, zmęczony słuchaniem
narzekań.
- Albo do szkoły - potwierdziła mama. - Poza tym założę się, że pani
Lucynka, nasza sprzątaczka, jak zwykle zapomniała o moim gabinecie. No
rusz się, zamiast poprawiać make-up! - wrzasnęła, wciskając klakson. -
Baba za kierownicą...
Felix, tak jak połowa jego klasy, dotarł do szkoły w połowie drugiej
lekcji. Przy recepcji natknął się na panią Pumpernikiel, która
tłumaczyła komuś z przejęciem, akcentując słowa wymachami ręki z mokrą
szmatą:
- Ciurek samochodów w każdą stronę. Nie ma kawałka pustego asfaltu. One
już tak zostaną na zawsze.
Pani Jola, wychowawczyni i jednocześnie nauczycielka polskiego, zamiast
zrobić prawdziwą lekcję, postanowiła przeczytać wszystkim początek
pewnej książki. Hobbit okazał się na tyle interesujący, że po lekcji
wszyscy ruszyli do szkolnej biblioteki, by go wypożyczyć i dowiedzieć
się, co było dalej. Ci, którzy nie słyszeli początku, nie rozumieli tego
entuzjazmu, ale na wszelki wypadek zapisali się w bibliotece "na
książkę".
- To się nazywa trend - powiedział Felix do Neta na przerwie po drugiej
lekcji. - Nie wiesz, o co chodzi, ale się zapisujesz, bo wszyscy to
robią.
- Właśnie. Ciekawe, co oni widzą w tej książce? Chyba też się zapiszę.
Felix pokręcił głową.
- Przyczyną, dla której wszyscy, włącznie z tobą, chcą ją przeczytać,
jest właśnie to duże zainteresowanie. To przyczyna i skutek w jednym.
Dalszą dyskusję przerwał im Lucjan, najwyższy chłopak z ich klasy.
- Oto pozytywny wpływ korka na zdrowie - oznajmił, przechodząc obok. -
Stres momentalnie mnie opuścił, gdy okazało się, że test jest odwołany.
Felix i Net musieli się z nim zgodzić. Nie mieli przecież elektronicznej
ściągi, którą w czasie testu zamierzali odtworzyć z dyktafonu do
bezprzewodowych słuchawek. W połączeniu z absolutnym brakiem
przygotowania, czyli wieczornego zakuwania w domowej ciszy, skończyłoby
się to porażką na całej linii.
- Wiecie, co mi się wydaje? - zaczęła Nika. - Wydaje mi się, że więcej
pracy włożycie w zrobienie tej elektronicznej ściągi niż w nauczenie się
tego.
- Chodzi o zasady - wyjaśnił Felix.
- Chodzi o czas - sprzeciwił się Net. - Informacji do wkucia jest tyle,
że nie mieszczą się w czterdziestu pięciu minutach nagrania. Musimy to
zrobić inaczej.
- Czy ja dobrze rozumiem? - upewnił się Felix. - Konstancja zadała nam
do wykucia tyle, że samo odczytanie tego trwa dłużej niż jedna lekcja?
- Tak - potwierdził Net. - Pomyślcie tylko, załadujemy sobie to wszystko
do głowy, a za dziesięć lat okaże się, że nie ma już w niej miejsca na
nic nowego.
- No, chyba że chcemy się dowiedzieć - zaczął ostrożnie Felix - w którym
z tych państw ukrył się Morten.
- Zapomnijmy o nim - machnął ręką Net. - Niech okrada brazylijskie
banki. Uważam, że pora sięgnąć po bardziej zaawansowane technologie niż
dyktafon. Użyjemy AI1.
- AI? - zdziwiła się Nika. - Co to jest?
- Sztuczna inteligencja - wyjaśnił Net. - Zaawansowany program
komputerowy. Od zwykłego różni się tym, że potrafi się uczyć. Z każdym
dniem staje się coraz sprawniejszy. Program sam dowie się, jaka
informacja jest nam potrzebna, odnajdzie ją w bazie danych i przekaże
nam wprost do ucha. Nasza własna pamięć pozostanie czysta i nietknięta.
Manfred jest już prawie gotowy.
- Manfred? - zdziwiła się jeszcze bardziej Nika. - Nadałeś mu imię?
- Pracuję nad nim wieczorami i trochę się zżyliśmy - przyznał Net.
- Kumplujesz się z programem komputerowym? - pytała dalej Nika, unosząc
coraz wyżej brwi.
- No wiesz... - Net próbował wybrnąć z sytuacji. - Można powiedzieć, że
pracujemy razem. Pomaga mi w udoskonalaniu siebie... znaczy, jego. Eee...
Takie... hobby.
- Czy Manfred będzie gotowy za tydzień? - zapytał Felix, nie zwracając
uwagi na wątpliwości Niki.
- To tak, jakbym się zapytał, czy ty jesteś już gotowy - oburzył się
lekko Net. - On jest gotowy, tyle że uczy się cały czas i nigdy nie
przestanie. Muszę tylko opracować dyskretny sposób komunikowania się z nim w czasie lekcji.
- Nie wiemy, jak będzie wyglądał test - zauważył Felix - ale swojego
laptopa na pewno nie będziesz mógł postawić na ławce.
- Dlatego potrzebujemy AI - odparł Net. - Manfred zorientuje się w sytuacji na bieżąco.
- Chyba mam pewien pomysł - powiedział Felix po namyśle. - Przyniosę
jutro do szkoły małe "coś" i je przetestujemy.
- Lepiej wpadnij do mnie dziś po lekcjach. Trzymam Manfreda w komputerze
odłączonym od sieci.
- Dlaczego?
- Nie jestem pewien, jak się zachowa w kontakcie z internetem. To tak,
jakbyś poszedł z domowym psem pierwszy raz do lasu.
- Może mu odbić?
- Po prostu wolę być ostrożny. Wpadniesz też? - Net skierował to pytanie
do Niki.
- Wpadnę - odpowiedziała z ociąganiem. - Chociaż nie jestem pewna, czy
takie komplikowanie prostej ściągi ma sens...
* * *
Net mieszkał z rodzicami na najwyższym piętrze dwudziestopiętrowego
apartamentowca. Felix i Nika musieli zaczekać w hallu, aż elegancko
ubrany portier zadzwoni na górę i sprawdzi, czy gospodarze naprawdę
spodziewają się dwójki młodych gości. Wprowadzili niezbyt czyste rowery
do dużej lśniącej windy i wcisnęli najwyżej umieszczony przycisk. Drzwi
zamknęły się bezszelestnie, a winda, również bezszelestnie, wjechała na
górę. Kiedy z niej wyszli, znaleźli się w prostokątnym pomieszczeniu.
Dostrzegli trzy pary drzwi: na klatkę schodową, węższe do zsypu, a na
wprost windy - pomiędzy wielkimi sztucznymi kwiatami - szerokie drzwi do
mieszkania. Do tylko jednego mieszkania. Poczuli, jak ich buty zapadają
się w miękką jasną wykładzinę, którą był wyłożony hall. Stanęli
onieśmieleni.
- Zajmuje całe piętro - powiedział z niedowierzaniem Felix. - Może nawet
ma wyjście na dach...
Drzwi otworzyły się i przejęty Net zaprosił ich do środka. Mieszkanie
było bardzo nowocześnie urządzone, na ścianach wisiały ogromne obrazy,
przykłady współczesnej sztuki abstrakcyjnej. Felix próbował domyślić
się, co przedstawiają, ale nie udało mu się. W apartamencie brakowało
tradycyjnych ścianek działowych, wąskich korytarzy. Drzwiami zamykane
były tylko łazienka i kilka mniejszych pokoi - zapewne sypialni. Cała
reszta pomieszczeń tworzyła jedną przestrzeń poprzedzielaną ażurowymi
regałami, niskimi murkami. Metalowe schody prowadzące na wyższy poziom
osłonięte były jedynie balustradą z hartowanego szkła.
Net poprowadził ich na górę, do przeszklonego pawilonu stojącego... w zielonym, wypielęgnowanym ogrodzie. Rozejrzeli się - trawa, kwiaty,
niewielkie drzewka i krzaki.
Oniemiali, wyszli na trawnik. Za sobą mieli przeszklony ogród zimowy i kuchnię, a przed sobą zieloną przestrzeń zakończoną ceglaną balustradką.
- Wyborny widoczek - przyznał Felix, patrząc na piętrzące się w oddali
wieżowce Centrum, wraz z wyższym od Pałacu Kultury nowym budynkiem
Silver Tower. Gdyby nie ten widok, można by pomyśleć, że wszystko wokół
to zadbany ogródek gdzieś na przedmieściach.
- Obrazy też macie fajne - powiedziała Nika. - Muszą być warte majątek.
- Mamy je za darmo. - Net uśmiechnął się i wskazał na lewo, na piętrowy
przeszklony pawilon. Czarnowłosa kobieta w poplamionym farbami T-shircie
pomachała im z góry przez szybę i wróciła do pracy przy wielkim płótnie.
- Namalowała je twoja mama? - domyśliła się Nika.
Net przytaknął i sprowadził ich ponownie do salonu.
- To pracownia mojego taty. - Net wskazał spore pomieszczenie z kilkoma
różnymi komputerami ustawionymi na długich blatach. Zasłonięte żaluzje
sprawiały, że w pracowni było dość ciemno.
- A jak urządzacie imprezy rodzinne? - zapytał Felix. - Przecież
bratankowie, siostrzeńcy, cała ta szarańcza zaraz to wszystko rozwalą.
- To proste. - Net wcisnął przycisk obok szerokiego przejścia. Ze ściany
wysunęły się tafle mlecznego szkła i zasłoniły pracownię. Widać było
tylko poświatę monitorów.
- Więc twój tata jest informatykiem - zastanowił się Felix. - Może
mógłby uczyć w naszej szkole zamiast Eftepa?
- I jak to sobie wyobrażasz?! - krzyknął prawie Net. - Jak ja bym
wyglądał? Wszyscy mieliby do mnie o wszystko pretensje. Chcieliby, żebym
wykradał tematy klasówek... No i najgorsze... on poprawiłby zabezpieczenia
szkolnych komputerów.
Felix, po namyśle, przyznał mu rację.
- Chodźcie do mojej jaskini - powiedział Net. - Doprosiłem się o zwykłe
drzwi, ze zwykłą klamką. Chcecie soku, coli albo coś?
- Coli - odpowiedzieli równocześnie.
- Nie chcemy, żeby nasz dentysta stracił pracę - dodał ciszej Felix.
Nika uśmiechnęła się.
Pokój Neta przypominał pomniejszoną pracownię jego ojca. Tyle że panował
tu bałagan, dzięki któremu było znacznie przytulniej. Nowoczesne meble
były poobklejane kolorowymi plakatami i jakimiś schematami. Po kątach
poniewierały się sterty zabawek i czasopism. Widać było, że Netowi nie
podobał się nowoczesny styl, w jakim urządzone było mieszkanie, i próbował nadać pokojowi inny charakter. Na podłużnym blacie, pod
zażaluzjowanym oknem, stały trzy monitory, dwie drukarki i inne sprzęty.
Zza biurka zwisały, plącząc się po ziemi, dziesiątki kabli. Część z nich
wpięta była w niektóre z kilkunastu gniazdek w ścianie. Migały lampki,
szumiały wentylatory, coś tykało wewnątrz jednego z pudełek.
- Po co ci aż tyle komputerów? - zapytał zaskoczony Felix.
- Różnie, ten stary służy wyłącznie do dekodowania telewizji
satelitarnej. Prawie czterysta kanałów.
- Czy to legalne? - zapytała oszołomiona Nika.
- Nie wiem. I tak nie oglądam, bo nie mam czasu. Robię to dla treningu.
Posadził ich na krzesłach, sam usiadł w czarnym, powycieranym fotelu na
kółkach. Może nie było to kulturalne, ale prawdopodobnie zbyt lubił ten
fotel, by choć na chwilę go komuś oddać. Potarł palce, jak wirtuoz
fortepianu przed koncertem, i z niesamowitą szybkością zaczął uderzać w klawisze największego komputera.
- Daję mu tylko płyty CD i zabezpieczone przed zapisem pendrive'y -
wyjaśnił. - Żeby się na coś nie nagrał.
- Zmieści się na pendrive? - zapytał Felix.
- Zależy na jaki. Ostrożność przede wszystkim. Teraz uważajcie, bo
włączę kamerę i mikrofon. Będzie nas widział, słyszał i... rozumiał.
Na czarnym ekranie pojawił się najpierw migający kursor, a potem napis:
"Cześć, Net. Widzę, że przyprowadziłeś przyjaciół".
- Cool! - zawołał Felix, ale bez przekonania. - Jak na filmach z lat
osiemdziesiątych...
- Spodziewałam się, że będzie miał... jakąś twarz - powiedziała wyraźnie
zawiedziona Nika.
- Hm. Nigdy o tym nie pomyślałem - przyznał Net - ale mogę go puścić
przez głośniki.
- Cześć Manfred! - powiedział Net. - Poznaj Nikę i Felixa. Opowiadałem
ci o nich.
- Witajcie! - rozległo się z małych głośników przy monitorze. - Miło mi
was poznać. W rzeczy samej, Net wiele o was opowiadał.
Nika odruchowo skinęła głową.
- Wyraża się w nieco dziwny sposób - wyszeptał Net.
- Cześć - powiedział Felix. - Naprawdę jesteś programem komputerowym?
- Tak, a ty naprawdę jesteś człowiekiem?
- To wynik moich prób z poczuciem humoru - wyjaśnił przejęty Net. -
Powiedz lepiej, czy pomożesz nam z klasówką z geografii?
- Z miłą chęcią - odparł Manfred. - Czy teraz przeprowadzimy próbę z tym
tajemniczym sposobem komunikacji dwustronnej?
- Tak - odparł szybko Felix i wyciągnął z dna plecaka gruby metalowy
długopis. - Pomyślałem, że ukryte klawiatury i mikrofony odpadają.
Kamera też nie byłaby w pełni skuteczna.
- Ale... długopis? - zdziwił się Net.
- Co jest jedyną dozwoloną czynnością podczas testu? - zapytał Felix.
- Pisanie - przyznał Net. - Ale... długopis?!
- To nie jest zwykły długopis - wyjaśnił Felix i podał go Netowi. -
Napisz coś na kartce, ale tak, żebym nie widział. Wystarczy krótkie
zdanie.
Net wziął pogniecioną kartkę i nieufnie napisał coś, zasłaniając się
ramieniem, po czym oddał długopis. Felix nacisnął przycisk z boku i rozległo się ciche brzęczenie. Wziął inną kartkę i napisał: "I tak nie
wierzę, że to działa. A kuku!". Net wytrzeszczył oczy i położył obok
swoją kartkę. Napis był taki sam, nawet krzywa literka "ł" była
identyczna.
- Skonstruował go mój tata - wyjaśnił Felix. - Zapamiętuje ruch ręki
przy pisaniu, a potem go odtwarza. Wystarczy dociskać go do papieru i pozwolić mu się swobodnie poruszać.
- Doskonały pomysł - powiedział Manfred, obracając nieco kamerę. -
Będziecie zadawać pytania, pisząc je na kartce i nie budząc niczyich
podejrzeń, a ja będę odpisywał.
- Prawie - odparł Felix. - Odpowiedzi będziesz nam przekazywał przez
słuchawki. Nie będziesz wiedział, gdzie powinny być wpisane. Zresztą
jest nas trójka, a długopis tylko jeden.
- Nie obraźcie się - wtrąciła Nika - ale ja naprawdę wolę nauczyć się i napisać to sama.
- Dlaczego? - zapytał Felix, a Net poparł go pytającym spojrzeniem. Byli
rozczarowani. Manfred spojrzał na nią, znów obracając kamerę.
- Dla zasady.
- Dla zasady? - upewnił się Net. - Przecież jesteś dziewczyną.
- Co to ma do rzeczy?! - Nika była naprawdę zła.
- Dobrze, dobrze. Wymsknęło mi się. Nie obrażaj się.
- Jak połączymy Manfreda z długopisem? - zapytał Felix. - Będzie musiał
z niego wychodzić kabel.
- Wystarczy dowolny interfejs bezprzewodowy, z którego będę mógł
odbierać sygnały. Reszty się nauczę.
- Widzicie, jest bardzo ambitny - z dumą powiedział Net. - Chcecie
zobaczyć pracownię mojej mamy?
- Dzięki, ale jest już późno - powiedziała wciąż obrażona Nika - a ja Z ZASADY wracam do domu przed zmierzchem.
- Nie obrażaj się o byle co - powiedział Net, wstając i ruszył, aby
odprowadzić ich do drzwi.
- Byle co! - skrzywiła się Nika.
- Czy dostanę potem kolorową kamerę? - zapytał Manfred, gdy wychodzili z pokoju.
- Masz to jak w banku - obiecał Net.
* * *
Podczas długiej przerwy Felix, Net i Nika jak zwykle poszli na strych do
swojej kwatery głównej. Zachowywali przy tym szczególną ostrożność,
uważając, by nikt ich nie zobaczył.
- Znów się spóźniliście na pierwszą lekcję - powiedziała Nika i dodała
nieco złośliwie - smutno byłoby mi bez was w drugiej klasie.
- Dziś znów był niesamowity korek - wyjaśnił Felix. - I tak wstałem
niemal godzinę wcześniej. Spóźniły się też wszystkie autobusy szkolne.
- Też wstałem wcześniej - dodał Net. - Nie wiem jak inni nauczyciele,
ale Konstancja nie uznaje tej sytuacji za okoliczność łagodzącą. Wczoraj
wpisała nam przecież spóźnienie, choć ostatni kilometr przeszliśmy na
piechotę.
- Nieobecność. Wpisała nieobecność - poprawiła go Nika. - Ona mówi, że
to nie jest kara, tylko stwierdzenie faktu, bo weszliście do klasy pół
godziny po dzwonku. Lucjanowi, który spóźnił się tylko kwadrans,
powiedziała, że mógł jechać wcześniejszym autobusem. On odpowiedział, że
zrobiłby tak, gdyby wcześniej wiedział, że się spóźni. Ona na to, że
trzeba przewidywać takie rzeczy. Wtedy on odpowiedział: "Gdybym
wiedział, że się przewrócę, tobym się położył", no i wywaliła go za
drzwi.
- To niesprawiedliwe - jęknął Net. - Mam tu internetowy serwis
informacyjny. Spójrzcie.
Odwrócił w ich stronę ekran laptopa.
"Dziś rano w centrum Warszawy miała miejsce awaria podobna do
wczorajszej. Zapewne z powodu zalania przewodów, na wszystkich
sygnalizatorach paliły się wyłącznie czerwone światła. Korek, jaki
powstał, mimo akcji policjantów, którzy dawali z siebie wszystko,
osiągnął niespotykane wcześniej rozmiary. Awaria ustąpiła samoczynnie
około dziesiątej."
- To chyba nie przekona Konstancji - powiedział Felix. - Dla niej liczy
się sam fakt spóźnienia, a my powinniśmy być chyba jasnowidzami.
- Szczerze mówiąc, to i tak skorzystaliśmy - stwierdził Net. - Nie było
testu. Egzekucja odroczona.
- Moja mama twierdzi, że na początku korka siedzi w samochodzie jakaś
guła i wstrzymuje wszystkich.
- Łatwo wyobrazić sobie kogoś, kogo można obarczyć winą za całe zło -
powiedział Net. - Ale korek powstaje w zupełnie inny sposób.
- Nie jestem ciekawa - zastrzegła Nika.
- Nie możemy przecież przyjeżdżać do szkoły na rowerach - powiedział
Felix. - Jeśli szkolny autobus będzie się spóźniał, to my będziemy mieć
kłopoty. Niezasłużone, ale poważne.
- Nic na to nie poradzimy.
- A jak idzie z Manfredem?
- Praca z Manfredem to jak pielęgnowanie bardzo delikatnego drzewka -
powiedział Net, ale Felix i Nika nie całkiem mu wierzyli.
- Będzie działać? - skonkretyzował Felix.
- Manfred to wybitny program. Test Turinga zdaje śpiewająco.
- Jaki test? - zapytała Nika.
- Test Turinga. Człowiek musi zgadnąć, czy rozmawia z innym człowiekiem,
czy z komputerem. Wszystkim, którzy rozmawiali z Manfredem, wydawało
się, że to człowiek. Test wymyślił Anglik, Alan Turing. Nie tylko
stworzył pierwszy komputer, ale również przewidział, że nadejdzie czas
programów uczących się, czyli AI.
- To super - przyznał Felix. - Ale czy Manfred pomoże nam zdać test z geografii?
- To było nieco trudniejsze, niż myślałem, ale udało mi się go połączyć
z twoim długopisem. Jeszcze z godzina testów i nauczy się rozpoznawać
moje pismo. Pogratuluj tacie doskonałego wynalazku.
- Chciałbym - westchnął Felix - ale on nawet nie wie, że go wziąłem. Mam
z tego powodu wyrzuty sumienia.
- Coś ty! Oddasz przecież. Wynalazek jest po to, aby go używać.
- Wiem, wiem. Potrzebna będzie jeszcze łączność dwukierunkowa. - Felix
wyciągnął z plecaka czarne pudełko z małą, płaską anteną. - Jedno takie
połączymy z komputerem Manfreda, drugie będę miał w plecaku. W ten
sposób długopis i trzy pary bezprzewodowych słuchawek będą mogły
współpracować z twoim... "delikatnym drzewkiem".
* * *
Zabrzmiał dzwonek. Ostatni dzwonek przed testem z geografii. Felix i Net
włożyli sobie do prawego ucha słuchawki. Nika konsekwentnie odmówiła.
Uczniowie weszli do sali, starając się ukryć ściągi i drżenie rąk.
- Czeski jestem z tej całej Ameryki Południowej - mruknął Net. - Jeśli
Manfred zawiedzie, to leżę.
- A ja z tobą - dodał Felix.
Pani Konstancja rozdała karty testowe, przy okazji od razu odnajdując i zabierając połowę ściąg. Większość uczniów z niedowierzaniem patrzyła na
kartki, choć zgodnie z obietnicą były tam tylko szczegółowe pytania o państwa Ameryki Południowej. Pytań było dwadzieścia, a przy każdym z nich można było zakreślić jedną z czterech odpowiedzi. Oczywiście tylko
jedna była poprawna. Wątpliwe, czy sam minister spraw zagranicznych
Wenezueli zdałby ten test.
Pani Konstancja zaczekała, aż wszyscy zajmą miejsca. Potem usiadła za
swoim biurkiem na podwyższeniu, splotła dłonie, aż strzyknęły kostki, i zamieniła się w czujnego policjanta. Była chudą, wysuszoną kobietą o bystrym spojrzeniu. Siedziała nieruchomo, wolno obracając głowę, jak
orlica wypatrująca ofiary z wysokiego szczytu.
Net przeczytał pierwsze pytanie i przepisał je tuż poniżej, by Manfred
mógł je przeanalizować. Poprawił też odruchowo słuchawkę w uchu. Felix
odkręcił skuwkę swojego pióra, zatknął z drugiej strony i ustawił złotą
stalówkę w pozycji startowej, centymetr nad papierem. Czarny korpus z chromowanymi zakończeniami drżał delikatnie w jego dłoni.
- Wydaje mi się, że metoda nauczania przyjęta przez tę nauczycielkę
cechuje się bardzo niską efektywnością - powiedział po kilku sekundach
Manfred poprzez słuchawki.
Felix spojrzał z rezygnacją w sufit, a Net napisał na marginesie kartki:
"Nie myśl teraz o tym. Po prostu podaj odpowiedzi."
- Oczywiście mogę to zrobić. Uważam jednak, że sensem nauczania w szkole
powinno być rozumienie, a nie mechaniczne zapamiętywanie tak
nieprzydatnych informacji.
"My wszyscy też tak uważamy, ale teraz chcemy tylko zaliczyć ten test."
- Przypomina mi to pewien problem szachowy -
"Jak tylko przyjdę do domu, to zablokuję ci dostęp do szachów!"
Pani Konstancja uśmiechnęła się do Neta, widząc, jak w zapale zapisuje
kartkę.
- Wówczas będę mógł poświęcić cały czas na doskonalenie siebie. Ale
wróćmy do testu. Analizując treść pytań i sposób ich zapisania, nie mogę
nie zauważyć, że osoba pisząca je lubi czuć się mądrzejsza od innych.
Net zacisnął zęby i przez chwilę bliski był zgniecenia kartki i rzucenia
nią w ścianę.
"Manfred! Podasz te odpowiedzi, czy nie?!!!"
- Patrząc perspektywicznie, nie wiem, czy jest to dla ciebie korzystne.
Zrezygnowany Felix wyjął z ucha słuchawkę i zaczął rozwiązywać test,
częściowo zgadując, częściowo losując, a częściowo przypominając sobie
relacje telewizyjne z Ameryki Południowej.
Net pisał już po całej powierzchni kartki. Ze złości sapał pod nosem.
"Jak wrócę do domu, to się policzymy!!! Żadnych szachów! Żadnych płyt
edukacyjnych! I zapomnij o kolorowej kamerze!"
* * *
Późnym popołudniem Felix i Nika wpadli do Neta sprawdzić, w jakim stanie
znajduje się Manfred po przyjęciu na siebie ładunku złości swego twórcy.
- Jednak go nie wyłączyłeś - zauważył Felix, patrząc na monitor ze
zmieniającymi się setkami cyferek i liter.
Net wzruszył ramionami i brzegiem bluzy zaczął przecierać okulary.
- W końcu to kumpel - mruknął.
- Czy on teraz śpi? - zapytała Nika, nachylając się do monitora
wyświetlającego wolno zmieniające się sekwencje znaków.
- Można tak powiedzieć. Wyłączyłem kamerę i mikrofon. To na ekranie, to
obraz jego myśli.
- Czy to go nie boli? - zatroszczyła się Nika.
- Manfred twierdzi, że wtedy ma czas na samodoskonalenie się.
- Wyuczyłeś go na upartego osła - podsumował Felix.
- Wprost przeciwnie - Net pokręcił głową. - Wychowałem go za dobrze.
Chciałem przeprowadzić z nim poważną rozmowę w sprawie tego testu, a zamiast tego on zrobił mi wykład, kim zostanę w przyszłości, jeżeli
teraz będę ściągał, zamiast się uczyć.
- Też powiedział, że zostaniesz kretynem? - zapytała ironicznie Nika.
- Coś w ten deseń...
- O! Co czytasz? - zawołał Felix, sięgając po leżącą na brzegu stołu
książkę. - Książka... To do ciebie niepodobne.
- Hobbit - odparł Net. - Pani Jola tak ją zareklamowała, że wszyscy ją
pożyczali. To i ja pożyczyłem... z biblioteczki taty. Całkiem niezła.
- Może będą jeszcze z ciebie ludzie - uśmiechnęła się Nika.
Wyszli na taras, czy raczej do ogrodu, i oparli się o murek. Cztery
metry poniżej był prawdziwy dach budynku otoczony dodatkową wysoką
barierką. Jak okiem sięgnąć, wszystkie ulice zablokowały uwięzione w korku samochody.
- Co to jest? - Felix wskazał centrum, nad którym unosiła się dziwna
ciemnoszara mgła.
- To chyba smog - odparł Net.
- Tak - przytaknął Felix. - Nie ma wiatru. Samochody stoją, ale mają
włączone silniki. Niedługo nie da się normalnie oddychać.
- Dzień dobry - powiedziała mama, stając za nimi. Miała ciemne włosy
sięgające ramion, niebieskie oczy i umalowane na czerwono usta. W przeciwieństwie do mamy Felixa, zawsze noszącej eleganckie kostiumy,
buty na wysokich obcasach i nienaganny makijaż, mama Neta miała na sobie
jeansy z dziurami, podwójne T-shirty i sportowe buty. Wszystko
pochlapane farbami.
- Net - mama patrzyła na syna bez zwykłego roztargnienia. - Właśnie
dzwonił ze szkoły doktor Jamnik. Chce się ze mną spotkać. Powinnam o czymś wiedzieć?
Net zrobił wielkie oczy i wzruszył ramionami.
- Zatem dowiemy się jutro - powiedziała mama, zamykając temat. Nalała
wszystkim mrożonej herbaty i wróciła do siebie malować.
- Celina mówiła, że doktor Jamnik przepisuje wszystkim, niezależnie od
rodzaju choroby, aspirynę i witaminę C - przypomniała sobie Nika.
- Ale co to może być? - zastanawiał się Net. - Zęby myję, uszy też,
czasami. Paznokcie czyste, głowa OK, w nosie nie dłubię, staram się nie
pluć na podłogę, jeśli nie jest to absolutnie konieczne. O co może mu
chodzić?
Mama, malując, zerkała co jakiś czas na dzieci. Obraz przedstawiał chyba
dziesiątki samochodów stojących jeden na drugim, ale z dołu nie było
dobrze widać.
- Martwi się o ciebie - powiedziała Nika.
- To ja powinienem martwić się o nią. Poznała kogoś w internecie i całymi wieczorami z nim czatuje.
- Dużo ludzi ma znajomych w internecie.
- Ja sam mam ich wielu - przyznał Net. - Ale... mama?
- Może twój tata poświęca jej za mało czasu?
- Fakt, kończy pisać jakiś bardzo skomplikowany program i od miesiąca
siedzi w pracowni całymi dniami i przez pół nocy. Ale... no przecież mamy
nie mają znajomych w sieci.
- Mama też człowiek - stwierdziła stanowczo Nika.
* * *
Następnego dnia, na długiej przerwie, przyjaciele weszli do swojej
kwatery. Net był w złym humorze, bo nie miał pojęcia, czego może chcieć
od niego szkolny lekarz.
- Nie zgadniesz - pocieszała go Nika. - Może chodzi o jakieś zaległe
szczepienie?
Net pokręcił tylko głową.
- Musimy podjąć jeszcze jedną decyzję - powiedział Felix. - Dziś kończą
się zapisy na zajęcia dodatkowe.
- Wiemy tyle, że nie ma niczego, co by nam wszystkim się podobało -
przypomniała Nika.
- Tam nie ma w ogóle nic, co by mi się podobało - mruknął Net.
- Ale chcemy chodzić razem? - upewniła się Nika.
Przyjaciele przytaknęli.
- Jak się męczyć, to wspólnie - przyznał Felix.
- Wobec tego - zadecydowała Nika - pozostaje nam wybrać to, czego żadne
z nas nie lubi.
Popatrzyli na siebie i zrobili miny, które robi się zwykle przed
wypiciem niesmacznego lekarstwa.
- Profesor Butler się ucieszy - westchnął Net.
* * *
Gabinet lekarski drażniąco pachniał lekarstwami. Do tego wszystko, z wyjątkiem podłogi, było tu białe: przeszklone szafki, kozetka, krzesła i biurko. Białe były nawet resztki włosów doktora Jamnika. Doktor był
łysiejącym, otyłym pięćdziesięciolatkiem, typem lekarza, który więcej
uwagi poświęca karcie pacjenta niż samemu pacjentowi.
- Wydaje mi się, że pani syn ma pewne problemy natury... hm... psychicznej -
zaczął doktor Jamnik, przyglądając się kartce papieru leżącej przed nim.
Net i jego mama patrzyli na niego osłupiali.
- Jest pani pewna - ciągnął lekarz, poprawiając okulary w czarnych
oprawkach - że syn powinien być przy tej rozmowie?
- Proszę kontynuować - powiedziała wolno mama.
- No cóż, dobrze. Moim zdaniem wygląda to na łagodną formę rozdwojenia
osobowości.
- Co proszę? - zdziwiła się mama.
- To tak, jakby w jednym ciele mieszkały dwie osoby - lekarz spojrzał na
nią, ale szybko przeniósł wzrok na papiery leżące na stole. - Niech pani
zobaczy sama. - Podał jej kartkę. Net z przerażeniem zobaczył, że to
jego test z geografii, i wjechał głębiej w krzesło. - Chłopak ma
wymyślonego przyjaciela, który żyje tylko w jego głowie. Nazywa się
Manfred. Tutaj może pani przeczytać, jak próbuje tego przyjaciela
namówić do napisania testu. Prawdopodobnie, gdy Net uczył się geografii,
to tak naprawdę uczył się jej Manfred. Myślę, że pani syn raz jest
Netem, a raz Manfredem i obaj nie potrafią ze sobą rozmawiać. Może
porozumiewają się, pisząc do siebie. - Lekarz wskazał jakieś miejsce na
kartce. - Tutaj na przykład Net pisze, że zabierze Manfredowi kamerę. Na
razie objawy może osłabić aspiryna i witamina C, ale radzę udać się z tym do specjalisty.
Mama podziękowała, pożegnała się i wyszli na korytarz.
- Wytłumaczę ci to wszystko - westchnął Net.
- Nie musisz - powiedziała mama. - Wiem, kim jest Manfred. Postaraj się
tak nim nie przejmować.
- Skąd wiesz?! - prawie krzyknął Net, próbując przypomnieć sobie, gdzie
mógł zostawić dziurę w zabezpieczeniu komputera z Manfredem. Mama nie
powinna umieć dostać się do niego.
- Rozmawiam z nim - powiedziała mama.
- Jak to z nim rozmawiasz?
- Przez internet - odparła zdziwiona. - Ludzie często rozmawiają z innymi ludźmi przez internet. To bardzo miły chłopiec. Gawędzimy sobie
czasem wieczorami. On mieszka w naszym mieście i wydaje się bardzo
samotny, ale... ty przecież go znasz. Proszę cię tylko o jedno: nie myśl o nim w szkole.
Chłopiec, pomyślał Net. On udaje człowieka i rozmawia z moją mamą!
- Czy wkładałaś wtyczkę łączącą mój komputer z innymi? Mam na myśli ten
duży komputer na środku biurka?
- Tata jakiś czas temu instalował nowy program antywirusowy na
wszystkich komputerach. Wtedy na pewno podłączył i twój. Tylko na kilka
minut.
Net złapał się za głowę. Na kilka minut! Manfred już na pewno skopiował
się na inne komputery, a z nich uciekł do internetu. Mógł być już w dowolnym miejscu na świecie! Ciekawe, z iloma osobami tak sobie
gawędził? Potrafi przecież nauczyć się każdego języka!
* * *
Felix, Net i Nika siedzieli w swojej kwaterze głównej na strychu.
Podczas ostatniej wyprawy w dalsze jego zakątki znaleźli trzy trochę
kulawe fotele. Przytaszczyli je, wyczyścili i ustawili wokół krzywego
stolika.
- Brakuje jakiegoś kwiatka i firanek - westchnęła Nika, ale nikt nie
podjął tematu.
Chwilę siedzieli w milczeniu.
- Chciałeś nam coś powiedzieć - odezwał się Felix.
- Monstrum wydostało się na wolność - jęknął zrozpaczony Net. - Teraz
flirtuje z moją mamą przez internet.
- Nazywasz Manfreda monstrum? - zapytał Felix. - Dopiero co był
przyjacielem.
- Już nim nie jest!
- Mogę mówić do ciebie "doktorze Frankenstein"? - zapytała Nika z niewinną minką.
- Frankenstein stworzył swoje monstrum z gotowych części - poprawił ją
Felix.
- Ona ma trochę racji - przyznał Net. - Manfred nie jest do końca moim
dziełem. Zasadniczą część programu sztucznej inteligencji podkradłem
tacie, nic mu nie mówiąc. Tata uczestniczy w międzynarodowym programie,
który ma stworzyć proste metody budowania AI do codziennych zastosowań.
Bierze się takie wstępnie przygotowane małe programy-klocki, składa je
razem w coś większego i zaczyna uczyć, ale po treningu zwykle nadają się
tylko do wyrzucenia. Jeden na tysiąc przechodzi do następnego etapu jako
dobrze przygotowana część. Zbiera się te udane części, a gdy jest ich
kilka tysięcy, łączy w coś jeszcze większego. I tak dalej, trenuje się i testuje coraz większe części, wciąż łącząc je ze sobą, aż powstaje
program na tyle duży i skomplikowany, by myśleć samodzielnie.
Wyciągnąłem skasowaną, prawie ostateczną wersję z kosza taty. Potem go
modyfikowałem i uczyłem. Wychowywałem. Nie mam pojęcia, co on jeszcze
może nabroić.
- Trochę to nudne - Nika ziewnęła teatralnie.
- Do czego miał służyć program twojego taty? - zapytał ostrożnie Felix.
- Do inteligentnego sterowania sygnalizacją świetlną w całym mieście -
powiedział Net. Zbladł i złapał się poręczy fotela.
- Kiedy to się stało? - zapytał Felix.
- Osiem dni temu - powiedział Net i opuścił głowę.
- Właśnie wtedy zaczęły się problemy z korkami - zauważył Felix.
Chwilę siedzieli w ciszy.
- Skoro twój tata napisał ten program, a ty go dokończyłeś - zastanowiła
się Nika - to razem powinniście wiedzieć, jak działa.
- Niestety, programu sztucznej inteligencji właściwie się nie pisze -
odpowiedział Net. - Jego się hoduje i uczy specjalnymi testami. Gdyby go
napisać od początku do końca, to wcale by nie był inteligentny.
- Czemu nie wyłączą komputerów sterujących światłami? - zapytała Nika.
- Bo bez nich korek i tak powstanie. Ruch jest tak duży, że potrzebny
jest program sztucznej inteligencji, by nim sterować. Stary się nie
sprawdza, więc miasto zamówiło u mojego taty nowy program. Niedokończoną
wersję przerobiłem na Manfreda. Co za niewdzięcznik! Zasługuje tylko na
skasowanie!
Wyjrzeli za okno z prawej strony. Samochody poruszały się w żółwim
tempie, jeden za drugim.
- Może go zwabić w jakieś miejsce i złapać? - zaproponowała Nika.
Net pokręcił głową, tak że Nika zaczęła się zastanawiać, czy już powinna
się obrazić. Na razie poprzestała na wbiciu wzroku w czubki swoich
martensów.
- On nie podróżuje z miejsca na miejsce - wyjaśnił smutno Net. - On się
kopiuje i ma teraz kilkaset, może kilka tysięcy kopii. Nie wiem ile.
Skasowanie jednej nie rozwiązuje problemu. Co gorsza, każda z nich wciąż
się uczy.
- A może nie ma problemu - powiedział Felix. - Może on nie jest świadomy
tego, co robi. Może wystarczy z nim porozmawiać?
- Opuścił dom jako dziecko - westchnął Net ze smutkiem. - Przez te osiem
dni wydoroślał już pewnie i może nawet go nie poznam. Nie byłem za
dobrym ojcem. Żałowałem mu stereofonicznego dźwięku, kolorowej kamery,
rozrywek...
- Nie przejmuj się. - Felix położył mu rękę na ramieniu. - Myślę, że cię
pamięta. Długo byłeś jego jedynym przyjacielem. Lubił cię. Może
spróbujemy go odszukać?
- Odszukanie jednej z kopii nic nam nie powie o pozostałych. Mogły mieć
inne przeżycia i są teraz zupełnie innymi Manfredami.
- Nie rozklejaj się. Spróbujmy coś z tym zrobić.
- To nic nie da. Trzeba się będzie... - zaczął Net, ale nie mógł
wypowiedzieć ostatniego słowa. - Trzeba się będzie...
- Przyznać - pomogła mu Nika.
- Tak! - Net wyglądał już jak kupka nieszczęścia. - Tylko tata będzie
wiedział, jak go powstrzymać.
- Przynajmniej spróbujmy - naciskał Felix.
- Spróbuję - westchnął z rezygnacją w głosie Net. - Wpadnijcie do mnie
po lekcjach.
Zabrzmiał dzwonek, więc zerwali się i pobiegli do klasy.
* * *
Po ostatniej lekcji pojechali do domu Neta. Wjechali elegancką windą na
ostatnie piętro apartamentowca. Tata siedział w salonie na kanapie i pisał coś na trzymanym na kolanach laptopie. Był szczupłym, wysokim
mężczyzną ubranym w powyciągany sweter i przetarte jeansy. Mimo
swobodnej pozycji nie garbił się. Podobnie jak syn, miał włosy koloru
ciemny blond, przypominające siano niestarannie zgarnięte na kupkę.
Spojrzał na dzieci zza okularów, pomachał im i powrócił do pracy. Net
wstrzymał oddech, zaprowadził przyjaciół do swojego pokoju i zamknął
drzwi. Oparł się o nie od środka i głośno odetchnął.
- Koniecznie spróbujmy znaleźć Manfreda - powiedział. - Chyba nie
potrafię się przyznać.
Usiadł przy jednym z komputerów i przez dziesięć minut wykonywał
czynności, które dla Felixa i Niki były całkowicie niezrozumiałe.
Klawisze klikały, okienka, cyferki i literki biegały po ekranie.
- Znalazłem jedną kopię - oznajmił Net. - Nazywa się Manfred 198-46a.
- Możesz z nim porozmawiać? - zapytał Felix.
- Tak. Napisałem, żeby wracał do domu. Zgodził się, ale nie gwarantuje,
że pójdą na to jego wszystkie kopie... Musi się z nimi skontaktować, a wciąż powstają nowe.
- Pamięta cię? - zapytała Nika.
- Tak, ale jak przez mgłę. Tak sądzę. Jak ty pamiętasz wychowawczynię z przedszkola.
- To było tylko kilka dni...
- On teraz chłonie wiedzę w takim tempie, że wydaje mu się, jakby mnie
nie widział od wielu lat. Musimy czekać, aż się odezwie.
- Jak on może wrócić? - zapytał Felix. - Tu już jest jeden Manfred.
- Ten tutejszy przejmie doświadczenia tamtego, a program główny skasuję
- wyjaśnił Net.
Zaczęło się nerwowe oczekiwanie. Nika przesiadła się na głęboki fotel
pod ścianą.
- On nie wróci - powiedziała nagle. Chłopcy spojrzeli na nią. - Nie
wróci, bo wie, że to by oznaczało dla niego śmierć.
- Przecież jest tylko kopią - wzruszył ramionami Net.
- Ale świadomą kopią. To znaczy... jest oddzielną osobą, która wcale nie
czuje się kopią.
- Przecież ty się nie znasz na programach.
Nika pokręciła głową.
- Wyobraź sobie - zaczęła tłumaczyć - że ty jesteś kopią Neta. Wróciłbyś
dobrowolnie, by dać się... skasować?
- Nie podoba mi się tok twojego rozumowania - powiedział wolno Net. - To
chyba nie jest takie proste.
- Nic nie jest proste, jak się ktoś bawi w tworzenie świadomych istot.
- Hm. Chyba masz rację - przyznał po namyśle Felix. - Kopia Manfreda
może też tak myśleć.
- Wróci, wróci - mruknął Net, nadrabiając miną. - Zobaczycie.
- Nie martwmy się na zapas - dodał Felix.
Znów zapadło nerwowe milczenie.
- A może w sobotę wybierzemy się na wycieczkę rowerową? - zaproponowała
Nika. - To nam dobrze zrobi.
- Niezły pomysł - ucieszył się Felix. - Jeżeli nie będzie korka ani
smogu.
- Zaraz usunę tego potwora i korek zniknie - zapewnił ich Net, patrząc w monitor.
Na ekranie pojawiło się okienko z kilkoma linijkami tekstu.
- Zmienił zdanie - powiedział zdziwiony Net. Wpatrywał się w monitor, na
którym wyświetlał się skomplikowany wzór złożony z cyfr i linii
prostych. - Odpowiedział, że nie chce wracać do niewoli... Może faktycznie
źle go traktowałem?
- Daj spokój - usiłowała go pocieszyć Nika. - Próbowałeś go wychować.
- Może wystarczy z nim porozmawiać... znaczy z oryginałem, i wyjaśnić mu,
ile problemów robi jego "rodzeństwo" na wolności - zaproponował Felix. -
Gdybyśmy potem go wypuścili, mógłby się z nimi porozumieć i ich
przekonać.
- Wypuścić go?! - przestraszył się Net.
- Co za różnica? I tak już jest wypuszczony.
- Tylko by ich ostrzegł - stwierdził smutno Net. - Jego lojalność kończy
się z chwilą, gdy opuszcza mój komputer.
- Może zbyt surowo go oceniasz - szepnęła cicho Nika.
- Muszę powiedzieć tacie - zdecydował Net. - Całe miasto stoi przeze
mnie w korku. Kto wie, co on wyprawia w innych częściach świata.
Wstał i otworzył drzwi.
- Trzymaj się, stary - powiedział Felix, próbując go pocieszyć.
Net uśmiechnął się smutno i poszedł do ojca. Usiadł obok i przez długie
pięć minut opowiadał mu całą historię, nawet ten fragment dotyczący
testu z geografii. Tata odłożył laptop i wstał. Był zdecydowanie wyższy
od syna, teraz mierzył go wzrokiem. W pierwszej chwili wyglądało na to,
że zanosi się na solidne lanie - tata nie sprawiał wrażenia człowieka,
który toleruje wykradanie mu... czegokolwiek.
- Nie można trzymać w domu słonia - powiedział na tyle głośno, że Nika i Felix usłyszeli i mimowolnie drgnęli. - Nie można też używać tak
zaawansowanego programu do zabawy. Nadużyłeś mojego zaufania. Zawiodłem
się na tobie, synu.
Poszedł do swojej pracowni. Zobaczyli jeszcze, jak zasuwają się drzwi z mlecznego szkła. Felix podszedł do przyjaciela.
- I co? - zapytał cicho.
- Teraz musi to przetrawić - wyjaśnił smutno Net. - Piętnaście minut
niewyjęte.
Usiedli na kanapie i czekali. Jednak tata wrócił już po kilku minutach.
Był wyraźnie spokojniejszy. Net wstał i wyszedł mu naprzeciw.
- Źle zrobiłeś, ale cieszę się, że sam się przyznałeś - powiedział tata,
obejmując Neta ramieniem. - Chodźcie, jest problem do rozwiązania.
Przeszli do wypełnionej szumem komputerów pracowni i usiedli wokół taty
na głębokich fotelach na kółkach. Jedynym źródłem światła były monitory
i małe halogenowe lampki nad klawiaturami. W niebieskawym świetle ich
twarze wyglądały trochę upiornie.
- Da się go wyśledzić? - zapytał Felix. - On się cały czas zmienia.
- Pewne fragmenty kodu programu nie mogą się zmienić - odparł tata. - To
ich będziemy szukać.
Jeśli przedtem można było odnieść wrażenie, że Net radzi sobie z komputerem doskonale, to teraz Nika i Felix musieli przyznać, że jego
tata jest jeszcze lepszy. Wyglądał jak wirtuoz grający jednocześnie na
kilku fortepianach. Wpisywał coś do jednego komputera, wychylał się do
drugiego i nie czekając na efekt, przejeżdżał na fotelu dalej, by coś
wklepać w kolejną klawiaturę. Potem wracał na początek, czytał z monitora rzędy cyfr i liter, znów gdzieś się przemieszczał i wpisywał
długi fragment tekstu. Jednocześnie pracował na czterech, momentami na
pięciu komputerach.
- Po pierwsze, wyślemy ostrzeżenie do wszystkich firm zajmujących się
bezpieczeństwem sieci - powiedział, nie przerywając pracy. - Oni
przygotują szczepionkę na naszego uciekiniera. Na wszelki wypadek, gdyby
sprawa okazała się poważniejsza, niż sądzę.
- Czy on stał się wirusem? - zapytał Felix.
- Jest na to zbyt duży. Na nasze szczęście wielkość go ogranicza.
- Więc go znajdziemy?
- Jest tak wielki, że jego podróżą zainteresują się wszystkie programy
ochronne. Zostawia ślad jak czołg jadący przez grządki. Może wprawdzie
dostać się na jakiś serwer i odłączyć go od sieci, ale nie jest dobry w ukrywaniu się. Nie do tego go projektowałem.
Czekali kilka minut w napięciu, obserwując migające ekrany komputerów.
Tata podniósł żaluzje. Na zewnątrz zaczynało się ściemniać. Wieżowce
centrum pokryły się mozaiką świetlistych prostokątów okien.
- Są pierwsze wyniki - powiedział tata. - Znalazłem pięć kopii. Różnią
się między sobą. Jest też jakiś fragment kodu, zapewne resztki któregoś
Manfreda po ataku programu ochronnego.
- Tylko tyle? - zapytał zdziwiony Felix. - To takie proste?
- Proste - powtórzył tata i pokręcił głową. - To tylko wygląda na
proste.
- Ale już je pan wyłapał?
- Będę wiedział za jakąś godzinę, jeżeli nigdzie nie dostał azylu.
- Co to znaczy?
- Różni ludzie potrzebują programów AI - wyjaśnił tata. - Mój program
nie miał żadnych zabezpieczeń przed użyciem go do innych celów. Nie był
skończony - dodał i spojrzał wymownie na Neta.
- Czy był w komputerze, który steruje ruchem ulicznym w Warszawie? -
zapytała ostrożnie Nika.
- Nie - odparł tata. - To niemożliwe. Światłami nadal steruje stary
program.
- Więc to nie Manfred zrobił te korki? - krzyknął Net.
- Oczywiście, że nie. - Tata był wyraźnie zdziwiony. - Ten chaos na dole
to efekt działania poprzedniego programu. Jest przeciążony i zbyt
ograniczony, by dalej się uczyć. Dlatego dostałem zamówienie na nowy
program.
- Ale dlaczego zapala czerwone światła? - zapytała Nika.
- Nie znam tamtego programu - powiedział tata. - Może ma wbudowane
zabezpieczenia i robi to, kiedy nie nadąża z obliczeniami? Gorzej by
było, gdyby zapalił same zielone.
Przyjaciele patrzyli na siebie zaskoczeni, a Net wyglądał, jakby dostał
szóstkę z testu z geografii.
- Jak to właściwie działa? - zapytał Felix.
- Kamery obserwują ruch na większych skrzyżowaniach - wyjaśnił tata. -
Program tak zmienia światła, by samochody z bardziej zatłoczonej ulicy
mogły szybciej przejechać.
- Wydaje się proste.
- Ale jest skomplikowane. Program bierze pod uwagę wiele innych rzeczy i ogarnia całe miasto, ale... długo by tłumaczyć. Tworzę go już trzy
miesiące.
- Dlaczego tamten program zaczął szwankować akurat teraz? - nie dawał za
wygraną Felix.
- Osiem dni temu otworzono nowe skomplikowane skrzyżowanie na południu
Warszawy. Stary program po prostu tego nie wytrzymał. Jego możliwości
rozwoju się wyczerpały.
- A Manfred wytrzyma? - zapytała Nika.
- Manfred... - tata zmrużył oczy. - Niezła nazwa dla programu. Może tylko
nieco za prosta.
- Ależ on już się tak nazywa! - zaprotestował Net. - To musi zostać!
Jestem mu to winien. Niesłusznie go oskarżyłem.
- Pamiętaj, że nie można ferować wyroków, nie będąc absolutnie pewnym
swojej racji - powiedział tata, odsuwając się od blatu. - A co do
możliwości, to nasz program nie ma takich ograniczeń jak poprzedni.
- To jak z tym imieniem?
- Niech ci będzie - zadecydował tata - ale teraz zostawcie mnie na
trochę. Muszę nad tym jeszcze popracować.
Wyszli do ogrodu popatrzeć na miasto. Jesienny wieczór był ciepły, ale
nie tak gorący, jak ledwie dwa tygodnie wcześniej.
- Wygląda na to, że nasza wycieczka rowerowa dojdzie do skutku -
powiedział Felix. - Jeśli korki naprawdę znikną. Nie mam zamiaru jeździć
w smogu.
- Jeśli Manfred taty się sprawdzi. Muszę jeszcze pomyśleć, jak
przeprosić mojego Manfreda - dodał Net. - W Hobbicie, tej książce, którą
czytam, jest wiele o przyjaźni, o wątpieniu w przyjaźń i o tym, że od
przyjaciela nie można się odwrócić pod wpływem... drobnego incydentu.
- Pamiętam moją bardzo dobrą przyjaciółkę z podstawówki - zaczęła w zamyśleniu Nika. - Kiedyś była u mnie i bawiłyśmy się lalkami. Nie
miałam zbyt dużo lalek, ale jedna była naprawdę piękna i wiedziałam, że
ona mi jej zazdrości.
- Brzmi jak początek brazylijskiego serialu dla dziewczyn - wywrócił
oczami Net, odzyskując powoli humor.
Nika zignorowała jego uwagę.
- Gdy wyszła, zauważyłam, że ta lalka zniknęła. Pokłóciłyśmy się, bo
następnego dnia ona twierdziła, że jej nie wzięła.
- Przecież sytuacja była oczywista - powiedział Felix. - Wzięła i potem
rżnęła głupa.
- Tak myślałam - przyznała Nika. - Straciłam najlepszą przyjaciółkę,
przestałyśmy się do siebie odzywać. Dziś nawet nie wiem, gdzie ona
mieszka.
- Myślisz, że teraz oddałaby ci tę lalkę? - zapytał Felix.
- Nie o to chodzi. Po jakimś czasie przestałam się bawić lalkami.
Niedawno robiłam porządek w moim pokoju i znalazłam tę lalkę za szafą.
Zapadło milczenie. Przyjaciele opierali się o murek otaczający ogród i patrzyli na centrum miasta migoczące tysiącami świateł.
- Na szczęście ty nie powiedziałeś Manfredowi o swoich podejrzeniach -
dodała Nika.
- Powiedziałem... - przyznał Net. - A co gorsza, omal go nie wyłączyłem.
Będę musiał przeprosić.
- Przygotujmy Manfredowi jakąś niespodziankę - zaproponowała Nika. - Nie
wiem tylko, co może sprawić przyjemność programowi komputerowemu.
- On lubi się uczyć - powiedział Net. - Jego marzeniem jest dostęp do
internetu.
- Chyba od tego się zaczęło - zauważył Felix.
- Ale okazało się, że jest niegroźny. Chodźcie!
Zbiegli na dół, ale w pokoju Neta siedział jego tata i... rozmawiał z Manfredem.
- Dokończyłeś moją pracę - powiedział tata. - Przypadkiem usiadłem do
twojego komputera i zobaczyłem, co zrobiłeś.
- Co chcesz przez to powiedzieć? - zapytał niepewnie Net.
- Chcę przez to powiedzieć, że doskonale wyszkoliłeś go... Manfreda w rozwiązywaniu problemów abstrakcyjnych. Nie udało mi się tego zrobić, bo
nie uczyłem go myślenia, tylko mechanicznego powtarzania. To ty dałeś mu
życie.
- Miał służyć jako podpowiadacz na klasówce z geografii, ale odmówił.
- Bardzo dobrze, to znaczy, że jest gotowy do pracy. Nie mogłem zmusić
go do niczego więcej, poza liczeniem samochodów przed skrzyżowaniem.
Standardowe metody treningu już nie wystarczały. Dobry program
sterowania ruchem musi myśleć o pogodzie, o tym, że przed ósmą żółtymi
autobusami do szkoły jadą dzieci, o tym, że straż pożarna na sygnale
powinna mieć zielone światło, by nie musiała się przepychać między
samochodami, i o tym, że jak jest ślisko, to zmiana świateł powinna
trwać dłużej. Oraz o wielu innych rzeczach. Twój Manfred to potrafi, bo
rozwinąłeś jego zdolność do abstrakcyjnego myślenia. Moje standardowe
testy tego nie osiągnęły. Teraz Manfred wybiega myślami w przyszłość i może zapobiec korkowi, zanim ten powstanie.
- Będzie sprawdzał w internecie pogodę albo czy gdzieś ma być uliczny
festyn? - zapytał Felix.
- Tak - odpowiedział tata. - Zbierze informacje z internetu i własnych
kamer, a potem skieruje samochody na lepszą trasę. Jutro zobaczycie
sami. O trzeciej w nocy Manfred przejmuje kontrolę nad miastem.
Felix i Nika domyślili się, że tata Neta ma jeszcze dużo pracy.
Pożegnali się więc i wyszli. Net odprowadził ich do windy.
- Program, który próbuje przewidzieć przyszłość... - Felix z niedowierzaniem pokręcił głową.
- Wiem nawet, jak się tego nauczył - powiedziała Nika. - Przewidział
przecież, że jak będziecie ściągali, to zostaniecie kretynami. To jest
myślenie perspektywiczne.
- Poczekamy na wyniki testu i zobaczymy, co ty dostałaś - skwitował Net,
gdy otwierały się drzwi windy.
* * *
Nowy program spisywał się znakomicie. Nazajutrz po korkach nie było
śladu. Żółty autobus Felixa i Neta dotarł do szkoły dwadzieścia minut
przed czasem.
- Trzeba będzie zmienić rozkład jazdy - powiedział pan Herman, kierowca,
otwierając drzwi. - Ten nowy system rozładował wszystkie korki, a ja nie
mogę jeździć tak wolno, bo zasypiam.
Felix i Net wolnym krokiem weszli do budynku szkoły.
- W gablocie są już wywieszone wyniki testu z geografii - zakomunikowała
Nika, gdy tylko ich zobaczyła. - Za tydzień poprawka.
- To będziesz mieć wolną godzinę - westchnął Net. - Zastanawiam się, czy
nie chciałabyś wziąć od Felixa tego małego nadajnika i siedząc z podręcznikiem na strychu -
- Ja też nie zaliczyłam - przerwała mu dziewczyna.
- Nikt nie zaliczył - wyjaśniła Celina, stając obok. - Doktor Jamnik
odbył długą rozmowę z Konstancją. Test był tak trudny, że podobno ktoś
omal nie zwariował.
- O! To ciekawe - powiedziała Nika i zerknęła wymownie w stronę Neta.
- Podobno temu komuś zaczęła się rozdwajać osobowość, ale udało się go
odratować.
- Wiadomo, kto to był? - pytała dalej Nika, udając, że nie widzi miny
Neta.
- Niestety. Tajemnica lekarska.
- To mogło spotkać każdego z nas - wszedł im w słowo Net. - Mózg ludzki
po prostu nie wytrzymuje takich obciążeń.
- Chyba coś podobnego powiedział Konstancji doktor Jamnik - przytaknęła
Celina i odeszła.
- No to musimy powrócić do pomysłu z dyktafonem - powiedział Felix.
- Tak - przyznał Net. - Prostsze rozwiązania są lepsze.
- Zaczekajcie! - Nika złapała ich za rękawy. - Wiecie dlaczego Manfred
jest taki dobry? Bo nie robi ściąg, tylko cały czas się uczy.
- On nie ma jak robić ściąg - zauważył Net.
- Pamiętasz, co powiedział twój tata? Że nie potrafił nauczyć Manfreda
niczego poza liczeniem samochodów. Dopiero ty nauczyłeś go myśleć.
- Tak. Przedtem Manfred ułatwiał sobie zadanie, idąc po linii
najmniejszego oporu. Podczas symulacji liczył samochody i zapalał
zielone światła tam, gdzie było ich więcej.
- Robienie ściąg to właśnie takie bezmyślne liczenie samochodów -
dokończyła Nika.
- Ale to Konstancja zmusza nas do tego - zaprotestował Net.
Podeszli do gabloty i na własne oczy zobaczyli pełną listę nazwisk tych,
którzy nie zaliczyli testów.
- Uczeń i nauczyciel powinni się nawzajem rozumieć i szanować -
powiedziała Nika. - Porozmawiajmy z nią.
- Co?! - krzyknął zaskoczony Net. - Chcesz iść do Konstancji i porozmawiać?
- Tak. Przecież nas nie zje.
- Nie byłbym taki pewien. Widzieliście, jakie ma wąsy?
Wahali się jeszcze chwilę, wreszcie Felix wzruszył ramionami i powiedział:
- Chodźmy, zobaczymy. Mamy jeszcze dziesięć minut.
Panią Konstancję zastali w jej gabinecie, na tyłach sali geograficznej.
Siedziała za biurkiem, wyprostowana jak zawsze, z zaciśniętymi ustami i zaplecionymi przed sobą dłońmi. Charakterystyczna woń jej perfum
szczelnie wypełniała gabinet.
- O co chodzi? - zapytała oschle.
Szturchali się nawzajem łokciami, bo żadne nie chciało zacząć. W końcu
Nika odchrząknęła i powiedziała:
- Chcielibyśmy polubić geografię.
Brwi pani Konstancji opadły, jakby skóra na czole zmęczyła się ich
podtrzymywaniem.
- I cóż wam w tym przeszkadza? - zapytała, prawie nie otwierając ust.
- Eee... liczby - wykrztusił Net.
- Tak - podchwycił Felix. - Na ostatnim teście było za dużo liczb, a za
mało geografii.
- Jestem pewna, że w Ameryce Południowej żyje mnóstwo interesujących
ludzi - kontynuowała Nika, wychodząc pół kroku do przodu. - Chcemy ich
lepiej poznać, ale nie chcemy wiedzieć, ilu dokładnie ich jest, na
jakiej powierzchni żyją i ile produkują... kukurydzy, bo to możemy w każdej chwili sprawdzić, zaglądając gdziekolwiek.
Stali nieruchomo pod ostrym spojrzeniem Konstancji i czekali na wybuch.
Ten jednak, o dziwo, nie nastąpił.
- Zastanowię się nad tym - powiedziała po prostu nauczycielka.
Zaskoczeni, nie wiedzieli, co mogliby jeszcze powiedzieć, więc grzecznie
podziękowali i szybko wyszli.
- Nie zjadła nas - powiedziała Nika, gdy odeszli na bezpieczną
odległość.
- Ale na pewno się zemści - odpowiedział Net. - Zresztą i tak wcześniej
polegnę na sprawdzianie z polskiego.
- Dlaczego ty tak się boisz tej ortografii? - zapytała Nika.
- Mam dysleksję - mruknął cicho Net i spuścił głowę.
- O! A co to jest?
- Dysleksja i dysgrafia. Robię błędy ortograficzne i zamieniam litery
miejscami. To łagodna odmiana, więc ćwicząc, mogę się tego pozbyć.
- Piszesz tak szybko na komputerze i masz dysleksję? - zapytała z niedowierzaniem Nika.
- Przestawiam literki w wyrazach, ale nie mylą mi się liczby - wyjaśnił
Net. - Lekarz mówi, że to dziwne, ale tak jest. W podstawówce nazywali
mnie bańkopisarz.
- Facet, jesteś przecież genialny - powiedział Felix, klepiąc go w ramię. - Za parę lat wszyscy będziemy pisać tylko na komputerach.
Program sam poprawi twoje błędy.
- Wiem, ale na razie muszę jakoś z tym walczyć. Pisanie na komputerze
wcale w tym nie pomaga. Robię ćwiczenia, ale dużo czasu upłynie, zanim
sobie z tym poradzę.
- To kwestia proporcji - wyjaśnił Felix. - W grupie ludzi wybitnie
uzdolnionych muzycznie każdy z nas sprawiałby wrażenie upośledzonego.
- Czytałem o dzieciach posługujących się kilkoma językami - powiedział
Net. - Niektóre z nich tylko w jednym języku są dyslektykami.
- Znani są geniusze, którzy przez roztargnienie wychodzili do pracy w piżamie - dodała Nika - ale wciąż byli geniuszami! Każdy z nas jest
inny. W jednym lepszy, w czymś innym gorszy. Liczy się suma, a u ciebie
nie jest z nią najgorzej - uśmiechnęła się.
- Tak sądzisz? - zapytał z ożywieniem Net. - Myślicie, że pani Jola uzna
tę dysleksję za okoliczność łagodzącą?
- Okaże się jutro - powiedział Felix.
Równo z dzwonkiem weszli do sali chemicznej. Kwadrans później do klasy
wparował Lambert i osłupiał na widok kompletu uczniów.
- Przepraszam za spóźnienie - wyjąkał, zaczerwienił się i zamrugał. -
Eee... zaszła seria nieoczekiwanych zdarzeń. Babcia potknęła się o...
parasolkę, którą ktoś położył na środku podłogi, i upadła na psa... I ten
pies tak się przestraszył, że połknął klucz. Babcia musiała iść do
pracy... Nie! Na pocztę. A ja musiałem zostać, bo nie było jak zamknąć
drzwi... Wstałem bardzo wcześnie, ale -
- Myślałeś, że dziś też będzie korek? - podsumowała Próbówka. - Siadaj,
masz spóźnienie.
* * *
Następnego dnia miało miejsce kilka zdecydowanie przyjemnych wydarzeń.
Na pierwszą lekcję spóźniła się piętnaście minut pani Jola.
- Nie uwierzycie - wyrzuciła z siebie nerwowo, rzucając torbę na
krzesło. - Miasto ma nowy system sterujący ruchem i wszyscy są
zachwyceni, a ja miałam po drodze same czerwone światła!
Nieprawdopodobne.
Poprawiła potargane blond włosy i próbowała opanować zadyszkę. Widać
biegła od samochodu aż do klasy. Potem usiadła za biurkiem i powiedziała
to, na co czekali:
- Sprawdzian z ortografii będzie za tydzień.
Wszystkich ogarnęła euforia. Wyciągali ściągi z piórników i kieszeni i upychali je w plecakach. Niektórzy klaskali, niektórzy wyli z radości,
poklepując sąsiadów po plecach. Wiedzieli, że pani Jola jest jedyną
nauczycielką, która nie skrzyczy ich za to. Miała zbyt miękkie serce.
Zaczęła nawet cieszyć się razem z nimi.
Druga przyjemna rzecz wydarzyła się na drugiej lekcji.
- Nie zrobię testu - powiedziała pani Konstancja, gdy tylko weszła do
sali.
Ponownie rozległy się okrzyki radości, ale geograficzka natychmiast
gestem uciszyła je.
- Zamiast tego napiszecie coś w rodzaju wypracowania - mówiła dalej. -
Bez obaw, nie będę sprawdzała błędów ortograficznych. Napiszecie, co wy
sami sądzicie o Ameryce Południowej. Kim są mieszkający tam ludzie i jakie mają problemy. Może to jest dobry sposób na zainteresowanie was
geografią.
Felix, Net i Nika spojrzeli na sobie znacząco. Pani Konstancja
zdecydowanie uciszyła wszystkie dyskusje i przeszła do prowadzenia
lekcji.
- Z tego nie da się przygotować ściągi - przyznał Net, gdy wyszli na
przerwę. - Czy tego właśnie chcieliśmy?
- Myślę, że tak to powinno wyglądać - powiedział Felix. - Mam w domu
płytę z filmem o Ameryce Południowej. W sobotę, po wycieczce rowerowej
możemy kupić chipsy, popcorn, wielką butlę coli i zrobić wieczór
filmowy. Co wy na to?
- Spróbujmy - przytaknął Net. - Zawsze to przyjemniejsze od produkowania
ściągi. No i co miałbym robić, skoro skończyłem już czytać książkę?
- Może zacząć następną? - zaproponowała Nika.
Wszyscy zaczęli się śmiać.
* * *
W sobotę rano wybrali się na rowerach za miasto.
- Słyszeliście, że dziś rano przechwycono jakąś wiadomość od szefa Gangu
Niewidzialnych Ludzi? - zapytał Felix, gdy tylko spotkał przyjaciół w umówionym miejscu. - Morten wciąż jest na wolności i wcale nie wyjechał
z Europy.
- Wszystko wyssane z palca - prychnął Net, nieco zbyt gwałtownie. -
Przeczytałem gdzieś, że z policyjnego magazynu zginęły w tajemniczych
okolicznościach te odkurzacze, roboty kuchenne i ekspresy do kawy,
którymi zawalona była furgonetka. I co z tego? Gazety odgrzewają sprawę,
i tyle.
- Ja jednak mam nadzieję, że nasz udział w rozbiciu jego bandy naprawdę
pozostanie tajemnicą - odparła Nika. - Z gangsterami nie poradzimy
sobie, tak jak z Marcelem i Rubenem.
- Wyluzujcie - Net przyspieszył, żeby uciąć dyskusję. - Facet na pewno
ma na głowie większe problemy.
Felix i Nika spojrzeli na siebie, ale nic nie powiedzieli.
Przejechali przez pół miasta. Po korkach i smogu rzeczywiście nie został
już żaden ślad.
- Wiecie, co mnie bardziej dziwi? - zapytał znów Felix. - Jedziemy od
pół godziny, minęliśmy z piętnaście skrzyżowań i ani razu nie trafiliśmy
na czerwone światło.
- Myślicie o tym samym, co ja? - zapytał Net.
Unieśli głowy i spojrzeli w kamerę, jedną z wielu umieszczonych przy
miejskich skrzyżowaniach. Obróciła się w ich stronę. Kilka razy uniosła
i opuściła obiektyw, jakby przytakiwała ich domysłom.
- Skąd on nas zna? - zdziwił się Net. - To Manfred mojego taty. Nigdy z nim nie rozmawiałem.
- Chyba wiem skąd - mruknęła Nika.
- Ty podkradłeś tacie program, a on tobie - dodał z rozbawieniem Felix.
- Wszystko zostało w rodzinie.
- Sądzisz, że tata wykorzystał moją wersję Manfreda? - zapytał niepewnie
Net.
- Sam powiedział, że ty go dokończyłeś.
- Zaraz, zaraz - zastanowiła się Nika. - Czy pani Jola, spóźniając się
na sprawdzian, nie wspomniała, że miała po drodze same czerwone światła?
- Hm - mruknął Net. - Napomknąłem Manfredowi o mojej dysleksji i o sprawdzianie.
- No to chyba mamy nowego kumpla - powiedział rozradowany Felix. - A jego marzenie o dostępie do internetu spełniło się z nawiązką. To jest
dopiero wzorcowy happy end!
Net zmarszczył brwi, ale zaraz uśmiechnął się.
- Manfred! - pogroził kamerze palcem. - Tylko nie przynieś mi wstydu.
Pojechali dalej, nie napotykając ani jednego czerwonego światła.
Wycieczka zapowiadała się wspaniale, a przed sobą mieli jeszcze miłą
perspektywę seansu filmowego.
AI (ang. Artificial Intelligence) - sztuczna inteligencja. [wróć]
3. Szkoła, w której straszy
Do pierwszego dzwonka pozostało jeszcze kilka minut. Spora grupka
uczniów stała w hallu przed gablotą informacyjną, wiszącą obok recepcji.
Duży plakat reklamował imprezę halloweenową w jednym z klubów w Centrum.
Nika stanęła na palcach, by przeczytać coś ponad głowami uczniów. Z tłumu wydostała się Aurelia. Poprawiła ubranie i zauważyła Nikę.
- Nie wysilaj się, i tak cię nie stać - rzuciła z nutą pogardy. -
Zresztą w takim stroju z lumpeksu by cię nie wpuścili.
Nika zagryzła wargi, ale nic nie odpowiedziała. Felix stał nieco dalej,
przed gablotą z informacjami dyrekcji i czytał notkę o planowanym
remoncie szkoły. Miał się odbyć jeszcze przed zimą.
- Nieźle, nieźle - powiedział Net, zaglądając mu przez ramię. - Będzie
zamieszanie, może nawet odwołają część lekcji.
Felix nie podzielał jego entuzjazmu.
- Mogą przy okazji uporządkować strych.
- Hm. Masz rację. Szkoda by było wszystko organizować od początku. Już
się zadomowiliśmy w naszej wieży.
- Lepiej pójdę od razu zabrać moje rzeczy - powiedziała Nika.
Odwrócili się gwałtownie, dopiero teraz ją zauważając.
- Nie strasz nas - ofuknął ją Net. - I nie spiesz się tak. Tu nie jest
napisane, kiedy zacznie się remont.
- Więc może się zacząć nawet dziś - odparła dziewczyna takim tonem,
jakby zniszczenie ich kwatery było już przesądzone. - Mam w szafie
ręcznik na basen i kilka książek.
- Jak to sobie wyobrażasz? Że nagle wejdzie tu dwudziestu robotników z narzędziami i zwojami planów architektonicznych?
Ale Nika już zniknęła. Pobiegła na górę, rozejrzała się i otworzyła
drzwi z zamka. Na strychu było... jakoś inaczej niż zwykle. Dziewczyna
wzdrygnęła się z zimna i naciągnęła rękawy swetra na dłonie. To przecież
już jesień. Można się było tego spodziewać - strych nie był przecież
ogrzewany. Chwilę później, przeglądając szafę, Nika przypomniała sobie,
że gdy szła do szkoły, było dość ciepło. Wzruszyła ramionami i wyciągnęła ręcznik oraz dwie książki. Trzecia, najmniejsza, gdzieś się
zawieruszyła i dziewczyna musiała uklęknąć, by zajrzeć w najdalsze
zakamarki. Chciała już stąd wyjść - czuła się dziwnie, jakby ktoś ją
obserwował. Wreszcie znalazła książkę wetkniętą głęboko na dolną półkę.
Gdy zeszła z drewnianych schodków, pewien szczegół przykuł jej uwagę -
szkielet stał w innym miejscu... Potem zauważyła coś, co sprawiło, że
serce na moment przestało jej bić. Szkielet stał sam, bez stojaka.
Dobrze pamiętała grzechoczące kości, połączone drucikami, które bujały
się luźno, gdy na początku roku szkolnego Felix przestawiał stojak.
Szkielet bez podparcia nie miał prawa utrzymać się w pozycji pionowej.
Zastygła oniemiała, gdy nagle szkielet wolno uniósł rękę i zrobił
gruchoczący krok w jej stronę. Upuściła książki, wrzasnęła i rzuciła się
do wyjścia. Słyszała za plecami klekot kości. Nie oglądając się, wypadła
na schody i zatrzasnęła za sobą drzwi. Zbiegła na parter i zdyszana
zatrzymała się dopiero w hallu. Pochyliła się, próbowała złapać oddech.
Poprawiła nerwowo włosy, które opadały jej na twarz, i uniosła głowę.
Przed nią stał Ruben i gapił się na nią bezmyślnie. W porównaniu z Niką
był wielki jak góra. Patrzyli na siebie dłuższą chwilę, po czym chłopak
zrobił jeszcze głupszą minę niż zazwyczaj, zmierzył ją wzrokiem od góry
do dołu i powiedział:
- Dobrze, że masz takie buty.
Potem odwrócił się i odszedł swoim kaczkowatym krokiem. Felix z Netem
przyglądali się całej scenie, stojąc przy sklepiku. Podeszli do
rozdygotanej Niki.
- Dlaczego tak biegłaś? - zapytał Felix.
- To było straszne! - wykrztusiła. - Ten szkielet, na strychu...
- Znów cię prześladuje? Przestawiłem go dalej od naszej kwatery.
- On... próbował mnie złapać.
Chłopcy popatrzyli na nią podejrzliwie.
- Ciekawe, czy doktor Jamnik już przyjmuje? - zastanowił się Net,
zerkając na zegarek.
- Lepiej nie - powiedział Felix. - Wykryje u niej rozdwojenie
osobowości, a potem przepisze aspirynę i witaminę C.
- Mówię poważnie! - prawie krzyknęła Nika i zerknęła przez ramię na
schody, jakby bała się, że szkielet zejdzie za nią aż tu.
Felix spojrzał na nią spod przymrużonych powiek.
- Jak konkretnie chciał cię złapać?
- Wyciągnął rękę i zrobił dwa kroki - powiedziała dziewczyna, naśladując
ten ruch. Popatrzyła na chłopców i opadły jej ramiona. - Wy mi nie
wierzycie...
- Widzieliśmy tylko, jak zaczepiał cię Ruben - stwierdził Net. -
Szkieletu to on nie przypomina. Powiedziałbym, że wprost przeciwnie.
- Nie zaczepiał mnie - odparła. - Gapił się tylko i powiedział, że mam
dobre buty. Zapewne chodziło mu o to, że w pantoflach zleciałabym ze
schodów.
- Ruben to przygas. - Net machnął ręką. - Ma pół mózgu. O wszystkim i tak decyduje Marcel... A właściwie... dlaczego ty zawsze chodzisz w tych
martensach?
- Lubię je. - Wzruszyła ramionami i odwróciła wzrok.
Felix zmarszczył czoło.
- Miał bardzo głupią minę - powiedział.
- Zawsze taką ma. Może pielęgniarka go upuściła, jak się urodził? -
zastanawiał się Net. - Dawno temu w szpitalach robili tak, że po
porodzie zabierali matce dziecko. I oddawali dopiero, jak wychodziła do
domu.
- Straszne! - wzdrygnął się Felix. - Jak tak je nosili, to co jakiś czas
któreś im upadało...
- Przestańcie! - wrzasnęła Nika, aż połowa uczniów w hallu odwróciła
się.
Chłopcy dopiero teraz potraktowali poważnie jej słowa.
- Chodźmy na górę, zobaczymy - zaproponował Felix.
- O nie! - zaprotestowała. - Nie wejdę tam nigdy w życiu!
- Więc nie sprawdzimy, czy miałaś rację.
- Idźcie sami - powiedziała znacznie ciszej. - Bezpański szkielet
buszujący po strychu rzuci wam się w oczy.
Chłopcy wzruszyli ramionami i zostawili Nikę w hallu. Podśmiewając się z babskich strachów, zaczęli wchodzić po stopniach. Gdy został im już
tylko ostatni bieg schodów, zwolnili. Z każdym kolejnym krokiem ich
nastrój ulegał zmianie. Gdy wreszcie stanęli przed drzwiami na strych,
nie mieli już ochoty na żarty. Co innego wyśmiewać się ze szkieletu,
stojąc w ruchliwym hallu, a co innego, gdy ma się zaraz ten szkielet
zobaczyć.
- Wchodzimy razem - powiedział Felix.
- A jakby co, razem uciekamy - dodał Net.
- OK.
Pchnęli drzwi i ramię przy ramieniu weszli do środka. Felix wymacał
kontakt i zapalił światło. Zakurzony i zagracony strych wyglądał
normalnie, ale to wcale ich nie uspokoiło. Zrobili kolejny krok, i następny. Doszli powoli do schodów prowadzących do ich kwatery.
- Zimno jakoś... - mruknął Net, zapinając się pod szyję. Z ich ust
wydobywała się para.
Coś przesłoniło światło okna i zachrobotało metalicznie. Net prawie już
zawracał, by wybiec, ale Felix przytrzymał go za rękaw.
- To tylko gołąb na parapecie - szepnął, wskazując półokrągłe okienko.
Gołąb usadowił się wreszcie i przestał hałasować. Spojrzeli w głąb
strychu. W półcieniach stał szkielet. W napięciu wpatrywali się w niego,
ale nie poruszył się. Tkwił na stojaku, tam, gdzie podczas porządkowania
kwatery przestawił go Felix.
- Bolesław Łysy śpi na stojąco. - Net próbował żartem dodać sobie
otuchy.
Weszli po schodkach, zebrali książki i ręcznik Niki, zawrócili i starając się nie spieszyć, doszli do drzwi. Dopiero na drugim piętrze,
gdzie było więcej uczniów, poczuli wyraźną ulgę.
- Chyba nas zaraziła - powiedział Net. - Odczuwam irracjonalną obawę
przed powrotem do naszej kwatery.
- Ja też.
- Babskie strachy... Z tym trzeba coś zrobić. Za bardzo lubię ten strych,
żeby się go bać.
Felix zastanowił się.
- To proste - powiedział. - Jak Nika z nami tam pójdzie, to nie będziemy
mogli się bać.
- Hm, racja. Ona się będzie bała za nas.
Zeszli na parter i podeszli do Niki, która czekała na nich przy
portierni.
- Nic tam nie ma - zapewnił ją Felix. Oddał jej książki i zakurzony
ręcznik.
Nika odgarnęła włosy wciąż opadające jej na twarz. Felix i Net
zobaczyli, że dziewczyna płacze.
- Do tego zgubiłam spinkę do włosów.
- Tę srebrną? - zapytał Felix.
- Tak. To pamiątka po prababci... - chlipała. - Nosiły ją też babcia i mama...
- Pewnie jest na strychu - powiedział Net. - Chodź, poszukamy.
Nika, cofając się, pokręciła głową.
- Musisz to przezwyciężyć - dodał Net, kończąc w myślach "I my też". -
Wrócimy tam i pokażemy ci, że wszystko jest OK. Bolesław Łysy stoi na
swoim miejscu.
- Bolesław Łysy?
- Właśnie otrzymał imię. Nie będzie taki straszny.
Nika z ociąganiem wzięła go za rękę i pozwoliła się zaprowadzić schodami
na samą górę. Otworzyli drzwi i pewnym krokiem, choć z duszą na
ramieniu, weszli w półmrok. Nika nerwowo ściskała rękę Neta, idąc krok
za nim. Chłopak czuł, że nie może okazać strachu. Gołąb nadal drapał
pazurami po parapecie, aż zęby bolały. Przez brudną szybę widać było
zarys szybko poruszających się skrzydeł.
Spinki nigdzie nie było.
- Bolesław stoi tam, gdzie go zostawiliśmy na początku roku szkolnego -
powiedział Net, wskazując ręką w głąb strychu.
Wszyscy spojrzeli we wskazanym kierunku. Ręka Neta zadrżała.
- Nie... - wyszeptał powoli i cofnął się o krok.
W półmroku, w miejscu, gdzie parę minut temu był szkielet, teraz stał
tylko pusty stojak.
- Nie... - powtórzył głośniej Net i odwrócił się w stronę wyjścia.
- Nie rozumiem... - powiedział Felix, wpatrując się w stojak. Poczuł, że
Net szarpie go za rękaw i też się odwrócił.
- Mówiłam wam - powiedziała Nika i poczuła, że teraz Felix ją szarpie za
rękaw. Odwróciła się.
Szkielet stał o własnych siłach w cieniu za ostatnim okienkiem.
Niedaleko drzwi, pod schodami prowadzącymi do ich kwatery. Przyjaciele
wrośli w podłogę jak skamieniali, patrząc to na niego, to na drzwi.
Gołąb ucichł niespodziewanie.
Mała kostka w małym palcu dłoni szkieletu drgnęła. Felix, Net i Nika
wypadli z wrzaskiem na schody i zbiegli po kilka stopni naraz. Drzwi
odbiły się od ściany i zatrzasnęły z hukiem.
* * *
Po matematyce nie mogli pójść do swojej kwatery. Korzystając z ostatnich
ciepłych dni jesieni, wyszli na szkolne patio zarośnięte karłowatymi
drzewami, które zapewne pamiętały jeszcze wojnę. Usiedli na ławeczce
skrytej częściowo pod skręconymi starością gałęziami. Ze wszystkich
stron otaczały ich okna szkoły, w tym okrągłe okienka strychu.
- Księdza potrzebujemy! - jęknęła Nika.
- Do chodzącego szkieletu nie wystarczy zwykły ksiądz - zaoponował Net.
- Biskup co najmniej musi być. Jeszcze mi ciary biegają po plecach... Po
prostu jedwabiście! Milczenie owiec! Nie mamy kwatery!
- Nitka - stwierdził Felix. - Ktoś go powiesił na cienkiej nitce. Żeby
nas przestraszyć.
- Rozleciałby się - zauważyła Nika.
- Na stojaku też wisiał - wyjaśnił Felix. - Wszystkie kostki ma
połączone drutami. Przyjrzałem mu się z bliska, wtedy jak go
przenosiłem. - Wzdrygnął się na samo wspomnienie.
- Ja widziałam, jak się poruszał - zaprzeczyła Nika. - Nie było żadnych
nitek. Wierzysz w duchy?
- Jak w tym dowcipie: nie wierzę, ale nie jestem pewien, czy one o tym
wiedzą.
Z jednego z okien strychu odleciał spłoszony czymś gołąb. Spojrzeli w górę.
- Może udałoby się dowiedzieć, czyj jest ten szkielet - zaproponowała
Nika.
- Jak to czyj? - zdziwił się Net. - Należy do szkoły.
- Myślałam raczej... kto miał go przedtem... w sobie.
- Pewnie jest z plastiku - próbował ich pocieszyć Felix. - Może zrobili
to Marcel i Ruben w zemście za ujawnienie ich kryjówki.
- Albo to Gang Niewidzialnych Ludzi próbuje nas zastraszyć - dodał Net,
ale przyjaciele spojrzeli na niego tak, że od razu porzucił swoje
przypuszczenia.
- Proponuję, żebyśmy w końcu przyznali - powiedziała Nika poważnie - że
na naszym strychu straszy.
* * *
Po zwykłych lekcjach przyjaciele udali się na zajęcia dodatkowe z botaniki.
Okazało się, że oni jedyni zapisali się do Butlera. Profesorowi zdawało
się to nie przeszkadzać.
- Nie będziemy hodować rzodkiewek, o nie! - zapowiedział, stawiając
przed nimi tacę z doniczką przykrytą szklanym kloszem. W doniczce rosła
mała roślinka z trzema listkami i pąkiem nierozwiniętego kwiatka. -
Zajęcia dodatkowe są dla profesjonalistów. Dziś nauczycie się, jak
pielęgnować tę niezwykłą roślinę. Oto drosera superiora, zwana rosiczką
tygrysią. Najpierw musimy ją nakarmić.
Wyjął z szuflady przezroczyste pudełko z muchami. Nika skrzywiła się,
lekko marszcząc nos. Chłopcy patrzyli zafascynowani.
- Mucha nie może być śnięta - ciągnął, oblizując się, profesor. -
Drosera musi trenować, żeby zachować formę. Inaczej więdnie jak leniwy
kulturysta.
Uniósł delikatnie klosz i do środka wsunął uchylone pudełko. Jedna mucha
wleciała pod klosz i krążyła wewnątrz, obijając się o szkło. Na dźwięk
brzęczących skrzydełek roślina... poruszyła się delikatnie. Szast-prast i mucha znikła. To, co przedtem wydawało się pąkiem, było w rzeczywistości
paszczą pełną ostrych ząbków.
Profesor usiadł przy jednej z ławek, wyjął z kieszeni białego (niegdyś)
fartucha małą kanapkę zapakowaną w przetłuszczony papier i zaczął ze
smakiem jeść.
- Rozumiem, że roślina może zjadać nieostrożne owady - powiedział powoli
Net - ale żeby łapała je w locie?
Rosiczka przekręciła paszczę w jego stronę, jakby na niego patrzyła.
Przeżuwała muchę jak krowa trawę. Cicho beknęła i znów znieruchomiała.
- Bleee... - wzdrygnęła się Nika.
Profesor skończył kanapkę, po czym wyzbierał z blatu wszystkie okruszki
i włożył je do ust. Oblizał się ze smakiem.
- Wiecie, jak przesadzamy droserę? - zapytał, podchodząc do nich. Nie
wiedzieli. - Ostrożnie - wyjaśnił, chichocząc z własnego dowcipu, i założył na dłoń grubą rękawicę pokrytą metalową siateczką.
* * *
W szkolnej bibliotece było bardzo cicho. Pełne książek wysokie regały
tłumiły dźwięki. Ponadto cały sufit był wyłożony miękkimi płytami
pilśniowymi. Nika, wchodząc tutaj, zawsze miała wrażenie, że jej oddech
jest tak głośny, iż słychać go w drugim końcu sali.
Bibliotekarka, pani Michalina Małolepsza, zwana przez uczniów Bukwą,
była siwą sześćdziesięciolatką. Teraz chodziła między regałami, pchając
przed sobą wysoki wózek pełen książek, które odkładała na odpowiednie
miejsca na półkach.
- Dzień dobry. Szukam książek o duchach - powiedziała Nika.
- Chodzi o Halloween? - zapytała bibliotekarka, zwężając wargi do
cienkiej kreski. - To nie jest dobre święto.
- Chcę tylko przeczytać parę książek...
- Mam Opowieść wigilijną, Hamleta, Dziady, Fausta, Wakacje z duchami...
- Chodzi mi o książki... naukowe.
Bibliotekarce teatralnie opadły ramiona. Spojrzała na dziewczynę znad
okularów, mrużąc oczy, jakby Nika sobie z niej żartowała.
- Nie ma naukowych książek o duchach - wyjaśniła nieco mniej uprzejmie.
- Są tylko pseudonaukowe książki o duchach, ale tutaj takich nie
znajdziesz.
Nika chciała poprosić, by bibliotekarka sprawdziła to dla pewności w komputerze, ale ugryzła się w język. To byłoby niegrzeczne, a poza tym
każdy wiedział, że pani Małolepsza ma cały księgozbiór w głowie.
Podziękowała więc i wyszła.
- I co? I co? - dopytywali się chłopcy, czekający za drzwiami.
- Nie ma. - Nika wzruszyła ramionami.
- Czy robiła przy tym minę, jakby przyłapała cię na wycieraniu nosa w atlas? - zapytał Felix.
- Tak to można określić. Myślisz, że mogła się pomylić?
- Sprawdzić nie zaszkodzi. - Net pociągnął ich w kąt korytarza, wyjął z plecaka laptop i wstukał kilka komend.
- Szkoła... jest. Biblioteka... - mruczał pod nosem. - Nawet nie ma hasła
dostępu... ale w końcu to nic tajnego... dobrze, mam! Czego szukać?
- Na początek wpisz po prostu "Duchy" - zaproponowała Nika.
Net stukał w klawisze i przesuwał okienka.
- Ściemniała! - zatriumfował po chwili. - Ma książki o duchach. Proszę
bardzo: Duch święty... to może akurat nie... Wyklęty, Nawiedzony dwór,
Manitou i parę innych. Naukowa też jest, Nawiedzone domy. Właśnie tego
potrzebujemy!
- Dlaczego o niej nie wspomniała? - zdziwiła się Nika. - Zapomniała?
- Myślę, że nie chce, żebyśmy czytali coś poza lekturami - powiedział
Felix. - Tym bardziej "rzeczy nie dla dzieci", a już w szczególności
"straszne rzeczy nie dla dzieci". Słyszałem kiedyś, że to jest
niewychowawcze.
Nika zastanowiła się.
- Nie mogę tam teraz wrócić i powiedzieć "Pani kłamie". Może któryś z was?
- To też będzie podejrzane - stwierdził Felix. - Zresztą nie da nam jej.
Musimy tę książkę pożyczyć... nieoficjalnie.
- Znaczy ukraść? - zapytała z niepokojem Nika.
- Pożyczyć - podkreślił Felix. - Przeczytamy i oddamy. Bukwa nic nie
zauważy.
- Jedną rzecz chciałabym bardzo wyraźnie zaznaczyć - powiedziała wolno
Nika, podnosząc palec wskazujący. - Nie zbliżam się do tego budynku po
zmroku.
Miny chłopców wskazywały, że oni też nie mają takiego zamiaru.
- Sprawdź, w którym dziale stoi - powiedział Felix.
Net wstukał kilka poleceń.
- Psychologia - powiedział. - Chyba umieścili to tam, bo nigdzie indziej
nie pasowało.
- Gdzie jest regał z psychologią? - zapytał Felix.
- Zapewne w końcu sali - odpowiedziała Nika. - Tam, gdzie inne książki
dla nauczycieli. Bez wzbudzania podejrzeń tam nie wejdziemy.
- Przejdźmy wentylacją! - zaproponował Net. - Widziałem to na filmie.
James Bond przeszedłby wentylacją.
- Może, gdyby był chomikiem. - Felix wskazał kratkę wentylacyjną
wielkości dłoni. - To stary budynek. Przewody wentylacyjne idą pionowo w górę aż na dach. Ale mały robot... - Zmarszczył brwi. - Robot, który umie
się wspinać...
- Z całym szacunkiem dla ciebie i twojego taty - zaczęła Nika - ale nie
sądzę, abyście skonstruowali robota, który potrafi zejść szybem
wentylacyjnym, wyjąć kratkę, zejść na podłogę, odszukać odpowiednią
książkę i wdrapać się z nią tą samą drogą z powrotem na dach. Jak zwykle
komplikujecie najprostszą pod słońcem rzecz. Trzeba tam wejść, pożyczyć
jakąś książkę, a przy okazji wynieść... pożyczyć nieoficjalnie Nawiedzone
domy.
Chłopcy spojrzeli na siebie.
- Ta koncepcja też jest warta rozważenia - powiedział szybko Net, a Felix przytaknął.
* * *
- Podobno Sylwester znów pije w pracy - powiedział Net, gdy szli w stronę biblioteki. - Chyba go wyrzucą.
- Szkoda by było - odpowiedziała Nika.
Net wyciągnął z kieszeni małą tekturę zatopioną w folii.
- Musiałem wyrobić sobie nową kartę biblioteczną - zaczął narzekać. - Po
co to komu? Następna rzecz do gubienia. I dlaczego w bibliotekach trzeba
chodzić na suknach?
- Oszczędzają na froterowaniu podłóg - odparł Felix.
- Albo chcą, żeby nie dało się szybko uciekać, jak się kradnie książkę -
dodała Nika.
- My jej nie kradniemy - zaprzeczył Felix. - Przeczytamy i oddamy.
W koszu przy wejściu znajdowały się filcowe kapcie nasuwane na buty.
Żeby jednak nie było zbyt prosto, odcięto od nich gumki, więc i tak
chodząc, trzeba było suwać nogami.
Biblioteka była podłużną salą z rzędami regałów poustawianych
prostopadle do ścian. Jedyne przejście prowadziło samym środkiem,
dokładnie na wprost biurka pani Małolepszej. Chłopcy przemknęli się
przez działy z lekturami i skręcili do regału z science fiction.
Bukwa odprowadziła ich podejrzliwym wzrokiem, ale drzwi właśnie się
otworzyły i weszła kolejna osoba.
- Dzień dobry. Chciałam sprawdzić, czy jest pewna książka - zaczęła Nika
od progu.
- Mam nadzieję, że nie o duchach? - zapytała od razu pani Małolepsza.
- Szczerze mówiąc, myślałam właśnie o Wakacjach z duchami, które
poleciła mi pani wczoraj.
- Nie poleciłam ci tej pozycji. Powiedziałam tylko, że istnieje.
- Myślę, że mi się spodoba.
Bibliotekarka zmrużyła groźnie oczy, ale po chwili odpowiedziała:
- Trzeci rząd po prawej, "Książki przygodowe", drugi regał z lewej,
trzecia półka od góry, szesnasta książka od lewej. Biały grzbiet z czarnymi literami, jeśli dobrze pamiętam.
Naprawdę ma to wszystko w głowie, pomyślała Nika i udała się we
wskazanym kierunku. Felix i Net stali trzy rzędy dalej.
- Wyjmijmy książki z najniższej półki - zaproponował Net. - Przeciśniemy
się przez dziurę, która powstanie.
- Zbyt skomplikowane - ocenił Felix. - Nie wiemy, gdzie ta książka
dokładnie stoi. Trzeba odwrócić uwagę Bukwy i się przemknąć.
- Mam jeszcze lepszy pomysł -
- Mogę w czymś pomóc?
Podskoczyli na dźwięk tego głosu. Pani Małolepsza stała w przejściu i uważnie ich obserwowała znad opuszczonych prawie na czubek nosa
okularów. Zaczęli się jąkać, nie wiedząc, co powiedzieć.
Niespodziewanie, wybawił ich łomot spadających książek. Bibliotekarka
obejrzała się, fuknęła ze złością i odeszła w kierunku, skąd doszedł
dźwięk.
Felix i Net wykorzystali to i po cichu przemknęli się w głąb biblioteki.
Bez trudu odnaleźli tabliczkę z napisem "Psychologia". Dłuższą chwilę
oglądali grzbiety książek.
- Może źle przeczytałeś nazwę działu - powiedział w końcu Felix.
- Jestem pewien... Zobacz! - Net wskazał puste miejsce na półce. - Autorem
naszej jest profesor Wrigley, więc musiała stać pomiędzy Wrightem a Wysockim... jeśli dobrze pamiętam kolejność liter w alfabecie. Ktoś ją
pożyczył.
Wrócili szybko do działu science fiction, akurat w chwili, gdy pani
Małolepsza wyszła spomiędzy regałów. Obrzuciła ich nieprzychylnym
spojrzeniem i udała się do swojego biurka.
- Rejestr - powiedział Felix. - Tam musi być informacja, kto pożyczył
Nawiedzone domy.
- To te karteczki w pudełkach? - Net się skrzywił. - Trzeba kilku
godzin, żeby znaleźć tam odpowiednią osobę! Co za średniowiecze!
Dlaczego ta baba nie używa komputera?
- Może dlatego, żebyś się tam nie włamał?
- A ciekawe co zrobi, jak się jej te wszystkie karty niechcący wywalą. W życiu nie dojdzie kto, co i kiedy pożyczył.
- No to koniec.
Wzięli z półki po jednej książce i podeszli do biurka. Bibliotekarka
obrzuciła ich pogardliwym wzrokiem i wypełniła rewersy.
- Musiałam zrobić z siebie idiotkę, żeby was ratować - powiedziała ze
złością Nika, gdy wyszli.
- Dzięki, ale sami byśmy sobie poradzili - odparł Net. - Poszukamy
czegoś w internecie.
- Co pożyczyłeś? - zapytał Felix, gdy wyszli.
- Nie wiem... Wiedźmin Sapkowskiego. Hm, brzmi nieźle. A ty?
- To jest... Niekończąca się historia. Może nawet przeczytam?
- Wiecie, że Sylwester znów pije? - zapytał Wiktor, wpadając na nich na
schodach. - Miał przywidzenia. Wezwał policję, straż pożarną, pogotowie
gazowe, pogotowie energetyczne i parę innych pogotowi... wiów...
Trójka przyjaciół zaniepokoiła się lekko.
- Jakiego rodzaju... przywidzenia? - zapytał Felix.
- Podobno widział kościotrupa idącego przez hall.
- Skąd on właściwie wie, że Sylwester pił? - zapytał Net, gdy Wiktor
odszedł.
- On wie wszystko - odparł Felix. - A z tymi duchami trzeba szybko coś
zrobić.
- Jakiś czas temu interesowałam się trochę duchami i nawiedzonymi domami
- powiedziała z wahaniem Nika. - Mam w domu pewną książkę, jest bardzo
stara. Przyniosę ją jutro.
- Nie, nie ma czasu - zaoponował Felix. - Pojedziemy do ciebie i przeczytamy, co trzeba robić.
- Może lepiej nie... - zająknęła się.
- Dlaczego? - zdziwił się Felix.
- Bo moje mieszkanie... Zresztą dobrze, sami zobaczycie.
* * *
Pośrodku brukowanej uliczki w świetle latarń błyszczały mokre szyny.
Trakcja elektryczna przymocowana była stalowymi linkami wprost do
poobłupywanych z tynku ceglanych ścian. Niektóre obłażące z farby okna
były ciemne, nawet powybijane. Felix i Net rozglądali się niepewnie po
mrocznych bramach starych kamienic.
- To tu. - Nika skręciła do narożnego budynku. Minęli boczną uliczkę,
tak wąską, że dwa samochody nie zmieściłyby się obok siebie. Do
narożnika domu przylepiony był wykusz ze szpiczastym dachem,
przypominający wieżyczkę starego zameczku.
Klatka schodowa tonęła w półmroku. Słaba żarówka dawała żółtawe światło
pozostawiające cienie w kątach. Wdrapali się na trzecie piętro. Nika
przełknęła nerwowo ślinę, otworzyła drzwi i zapaliła światło.
Przyjaciele weszli do środka i zaniemówili. Na środku niewielkiego
pokoju stały stół i trzy krzesła. Największym meblem w całym wnętrzu
była stara duża szafa. Przy drugiej ścianie dostrzegli rozkładaną
kanapę. Nie było tu osobnej kuchni, jej rolę pełniły rząd szafek i zlewozmywak na ścianie z lewej strony. Otwarte wąskie drzwi ukazywały
wejście do miniaturowej łazienki. Wykorzystany był każdy, najmniejszy
fragment podłogi i ścian. Półeczki, szafeczki i wieszaki znajdowały się
wszędzie. Rower postawiony był pionowo na bocznej ścianie szafy. Za
lodówką, po trzech schodkach, wchodziło się do wykuszu. Półokrągłe
pomieszczenie miało może dwa metry średnicy. Zmieściło się tu małe
biureczko, drewniane krzesło, wąska szafa i regały na książki. Wolne
miejsce na ścianach zakryte było przez najróżniejsze obrazki. W mieszkaniu nie było ani jednego nowego mebla.
- To mój pokój - powiedziała Nika.
- Nie mów! - przeraził się Net. - Mieszkasz w takiej klicie?
- Zamknij się lepiej - zgasił go Felix. - Fajnie tu jest!
- Chciałem powiedzieć... że jest tu bardzo... przytulnie - próbował wybrnąć
Net. - Jak księżniczka w wieży, tyle że smoka nie ma i stąd jest
wyjście... Naprawdę, całkiem tu... klimatycznie. Stare budownictwo...
Za oknem, ze zwielokrotnionym echem łoskotem, przejechał tramwaj.
Podłoga drgała przez kilka sekund. Nika westchnęła.
- Tak właśnie mieszkam - powiedziała, unosząc głowę. - Śpię na tym
rozkładanym fotelu. Tata śpi... na kanapie.
Zarówno pokój Neta, jak i Felixa były większe od całego tego mieszkania.
Nika sięgnęła do klamki starej lodówki i szarpnęła. W środku coś jęknęło
i drzwi odskoczyły, pokonując opór zepsutego zamka.
- Napijecie się? Ale jest tylko woda.
Podziękowali.
- A mama? - zapytał Felix.
- Mama... Nie ma jej. Umarła, kiedy miałam sześć lat.
- Sorry, nie wiedziałem... Tata jeszcze w pracy?
Nika szybko wypaliła:
- Tata jest akwizytorem. Pewnie nie za dobrze mu dziś poszło, więc teraz
siedzi w barze i pije piwo.
Chłopaków zamurowało.
Nika weszła do swojego pokoiku i sięgnęła na górną półkę regału. Wyjęła
stamtąd starą książkę oprawioną w materiał. Tytuł na okładce był
zatarty. Usiedli przy stole, a Nika otworzyła na stronie tytułowej.
- Stefan Król, Duchy, zjawy, poltergeisty - przeczytała. - Ta książka
jest bardzo stara, jest w domu, odkąd pamiętam, ale... za bardzo się
bałam, by ją całą przeczytać.
Felix spojrzał w stronę jej pokoiku. Było tam dużo starych i bardzo
starych książek. Praktycznie całe ściany były zastawione regałami
pełnymi ustawionych jeden przy drugim tomów.
Nika przewróciła kilka kartek i zaczęła czytać:
"Możemy wyróżnić dwa podstawowe rodzaje duchów: zjawy i poltergeisty,
zwane też duchami stukającymi. Zjawy są bierne, niezwykle rzadko udaje
się nawiązać z nimi kontakt. Najczęściej sprawiają wrażenie, jakby były
nieświadome otoczenia. Poltergeisty natomiast są niewidzialne, ale
objawiają się głównie poprzez swój wpływ na otoczenie i pewną celowość
działania."
- Zawsze myślałem, że duch to duch - zasępił się Net - a tu mamy jakieś
rodzaje.
- Tych rodzajów jest więcej - powiedziała Nika - ale już w to nie
wnikajmy.
- Czyli albo go widać, albo może poruszać przedmiotami - podsumował
Felix. - Mamy zatem do czynienia z poltergeistem.
- Uwierzyłeś wreszcie, że to nie Marcel z Rubenem? - zapytała Nika.
- Powiedzmy, że nie chcę odrzucać żadnej ewentualności.
- Czy tam jest napisane, jak pozbyć się ducha? - zapytał Net.
Nika przeglądała kolejne kartki.
- Teraz nie znajdę. Muszę to przeczytać, chociaż nie wiem, jak potem
zasnę. Na szczęście mieszkanie jest bardzo małe i nie ma tu wielu
tajemniczych zakamarków.
Net spuścił wzrok i bąknął coś niewyraźnie.
Przeglądali książkę jeszcze pół godziny, ale przestarzały język, jakim
była napisana, nie ułatwiał zrozumienia treści. Zrobiło się późno i trzeba było wracać do domu. Chłopcy pożegnali się i niepewnym krokiem
wyszli na ciemną ulicę.
- Zauważyłeś, że ona nie ma telewizora? - zapytał Felix. - Jedyne w miarę nowoczesne urządzenie, jakie tam było, to lodówka. Zresztą trochę
zepsuta.
- Może telewizor by się nie zmieścił?
- Myślę, że ona jest bardzo biedna.
- Fakt, odkąd pamiętam, zawsze chodzi w jednych butach... Musiała się
fatalnie czuć, jak chwaliłem się tym moim ogrodem na dachu... Tylko
dlaczego jej ojciec pije, skoro nie ma pieniędzy?
- Pije pewnie właśnie dlatego, że nie ma pieniędzy.
Net pokręcił głową. W milczeniu szli dalej ponurą ulicą w stronę
przystanku.
* * *
Felix i Net przyjechali do szkoły tym samym autobusem.
- Wywalili Sylwestra - oznajmiła Nika, gdy tylko weszli do hallu. - W środku nocy wybiegł ze szkoły, zostawiając otwarte drzwi.
Patrzyli na siebie dłuższą chwilę.
- Musimy iść do dyrektora i powiedzieć o duchu - zadecydował Felix.
- Wyśmieje nas - odparł Net. - A poza tym to oznacza, że dowie się o naszej kwaterze.
- Myślę, że Felix ma rację - powiedziała Nika po krótkim namyśle. -
Sylwester wyleciał z pracy, a przecież jest niewinny. Może nie będziemy
musieli wspominać o kwaterze.
- Proponuję wprowadzenie stanu wyjątkowego i odebranie prawa głosu
dziewczynom - rzucił Net.
- Męski szowinista!
- Dobra, żartowałem. Chodźmy do Stokrotki.
Sekretarka, pani Helenka, popatrzyła na nich z niedowierzaniem.
- Chcecie się widzieć z panem dyrektorem? Naprawdę?
Przytaknęli. Zazwyczaj rozmowa z dyrektorem, magistrem inżynierem
Juliuszem Stokrotką, była karą za wybitnie złe zachowanie, a więc
ostatnią rzeczą, o jakiej uczniowie mogli marzyć. Pani Helenka zmierzyła
ich wzrokiem, po czym palcem zakończonym długim jaskraworóżowym tipsem1
wcisnęła przycisk interkomu.
- Panie dyrektorze, jacyś uczniowie chcą się z panem widzieć... Z własnej
woli.
- Tak, tak, poproś, kochanieńka.
Pani Helenka wstała. Nie była zbyt szczupła, ale uwielbiała obcisłe
bluzeczki, przez co wyglądała, jakby pod ubraniem, na wysokości pasa,
miała nie do końca nadmuchane koło ratunkowe. Wrażenia pluszowości
sekretarki dopełniały natapirowane tlenione blond włosy. Otworzyła obite
sztuczną skórą drzwi i gestem zaprosiła ich do środka. Nieśmiało weszli
do gabinetu, eleganckiego na tyle, na ile pozwalały skromne środki
finansowe szkoły.
Dyrektor miał na sobie granatowy garnitur, jak zwykle nieco za mały,
granatową kamizelkę i niepasującą do reszty, kremową koszulę. Stroju
dopełniała pasiasta żółto-zielona mucha. Przyjaciele przedstawili się
kolejno. Dyrektor Stokrotka był bardzo uprzejmy.
- Siadajcie, proszę. - Wskazał im wielką skórzaną kanapę, a sam usiadł w głębokim fotelu obok. - Słucham.
- My w sprawie pana Sylwestra - zaczął Felix.
- Tak, tak... Zrobiłem to z wielką przykrością - powiedział trochę
zaskoczony dyrektor, zakładając nogę na nogę, co przy jego tuszy wcale
nie było proste. - Sylwester pracował tu od wielu lat. Niestety ostatnio
kilka razy naruszył regulamin.
- Wiemy, że pan Sylwester kiedyś pił w pracy - odparł Felix - ale teraz
już nie pije.
- Przez ostatnie dwie noce zachowywał się w sposób niedopuszczalny. Nie
chcę wchodzić w szczegóły, sami rozumiecie... Wiem, że to przykre, ale nie
miałem wyboru. Ta decyzja jest nieodwołalna.
- On zobaczył ducha - odezwała się Nika.
Dyrektor Stokrotka zbladł.
- Nie życzę sobie takich żartów, młoda damo!
- My też go widzieliśmy - dodał szybko Net. - Nie dziwię się panu
Sylwestrowi, że uciekł. Każdy by to zrobił... może z wyjątkiem Indiany
Jonesa.
Dyrektor poluźnił muchę, jakby nagle zaczęła go uwierać. Rozległ się
dzwonek. Stokrotka z wyraźną ulgą wstał, dając tym samym do zrozumienia,
że spotkanie dobiegło końca. Przyjaciele również podnieśli się.
- To naprawdę wspaniałe, że wstawiliście się za panem Sylwestrem -
powiedział, poklepując ich po ramionach i popychając w stronę drzwi. -
Teraz jednak pora iść na lekcje.
- On coś wie - stwierdził Felix, gdy wyszli z gabinetu.
- Myślę, że nie chce, żebyśmy wtrącali się w jego pracę - odparł Net.
- Felix ma rację - powiedziała Nika. - Zauważyliście, co leżało na jego
biurku? Książka Nawiedzone domy. To on wypożyczył ją z biblioteki.
* * *
Na długiej przerwie poszli do kawiarni Zbędne Kalorie, która mieściła
się po przeciwnej stronie ulicy. Kafejka była sympatycznym, przytulnym
miejscem urządzonym z dobrym smakiem. Ciemna drewniana boazeria,
pastelowe tapety i małe lampki z abażurami nadawały wnętrzu wygląd
angielskiego klubu. Nazwa może bardziej by pasowała do cukierni, ale
tutaj też można było przejeść się słodyczami. Felix postawił
przyjaciołom po szarlotce. Pani Basia, właścicielka kawiarni, zdążyła
już polubić trójkę przyjaciół, wpadających co najmniej raz w tygodniu.
Uśmiechnęła się do nich, niby niechcący licząc im tylko za dwa ciastka.
Mimo swoich czterdziestu lat wyglądała lepiej niż sporo znacznie
młodszych kobiet. Pewnie często chodziła do klubu fitness. Sądząc po
idealnie utrzymanych długich blond włosach, równie często odwiedzała
fryzjera.
- Pół nocy nie spałam, czytając, a przez drugie pół śniły mi się
koszmary - wyznała Nika, gdy usiedli przy stoliku najbliższym okna.
Widzieli stąd frontowe okno swojej kwatery.
- Czy twój tata późno wrócił? - zapytał Net.
- Po północy. Jeszcze czytałam.
- Czy on... czy on cię czasem nie bije?
- Zwariowałeś?! - krzyknęła oburzona Nika. - Jest dobrym człowiekiem!
- Pytałem tylko... - Net zaczął dłubać widelczykiem w szarlotce. - Każdy
ma jakieś problemy w domu. Mój tata jest zazdrosny o mamę, bo poznała
jakiegoś hiszpańskiego rzeźbiarza.
Felix i Nika niepewnie spojrzeli na siebie, po czym Nika głośno
wypuściła powietrze i wyciągnęła z plecaka książkę.
- Duchy zazwyczaj nie nawiedzają ludzi, tylko miejsca. Posłuchajcie. -
Otworzyła na zaznaczonej zasuszonym liściem stronie i zaczęła czytać -
"Najczęściej spotykane zjawy wykonują tylko podstawowe ruchy, na
przykład spacerują wzdłuż korytarza albo pokoju, ale zdarza się, że
przechodzą przez ściany i zamknięte drzwi. Nawet jeśli wydają jakieś
dźwięki, to mają bardzo skromny repertuar. Ich obszar działania jest
zwykle ograniczony. Czasem jest to budynek lub tylko jeden pokój. Dużo
zjaw ukazuje się wyłącznie w określonych warunkach."
- Nasz poltergeist opuścił strych i zszedł do hallu - zauważył Net.
- Może go nakarmiliśmy własną energią? - zastanowił się Felix. - Mógł
być uśpiony, a my go obudziliśmy swoją obecnością. Oczywiście, jeśli to
naprawdę nie jest czyjś dowcip. Zszedł do Sylwestra, bo go znał. Co noc
Sylwester wchodził na strych po wino.
- To znaczy... - zaczął Net i zbladł nieznacznie.
- To znaczy, że nas zna jeszcze lepiej - dopowiedziała Nika.
- I pójdzie za nami jeszcze dalej - zakończył Felix.
Patrzyli na siebie przerażeni. Okno ich kwatery kryło straszną, mroczną
tajemnicę.
- Zachowajmy spokój - powiedziała w końcu Nika. - Tutaj nigdzie nie jest
napisane, że poltergeista może coś łączyć z konkretnymi ludźmi.
- Kto wie, co ten strych jeszcze kryje - powiedział Felix, zerkając na
dach szkoły. - Szkoła zbudowana jest na planie kwadratu. Strych jest nad
trzema bokami tego kwadratu, a my nie dotarliśmy nawet do pierwszego
zakrętu.
Net wzdrygnął się na samą myśl o ewentualnej wyprawie w głąb strychu.
- Jeśli myślisz o ekspedycji... to ja się chyba... zdecydowanie się na to
nie piszę.
- Wyślemy robota - zadecydował Felix. - Dojedzie, dokąd się da, i pokaże
nam, co tam jest. Potrzebny będzie robot zdolny do pokonywania
niewielkich przeszkód.
- Nie lepszy helikopter? - zapytał Net.
- Nie dało się go naprawić po tym upadku.
- Zaraz... - zastanowił się Net. - Duch jest czymś niematerialnym, prawda?
Jeśli chciał z jakichś powodów zejść do hallu, to po co ciągnął ze sobą
szkielet?
Nikt nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie.
- Pora zacząć szukać miejsca na nową kwaterę - westchnęła Nika.
- Albo i nowej szkoły - dodał Net.
Felix był już myślami zupełnie gdzie indziej.
- Musimy coś z tym zrobić - powiedział, jakby ich w ogóle nie słuchał -
zanim ta szkoła zamieni się w straszny dwór.
- Może herbatki? - zaproponowała pani Basia, niespodziewanie pojawiając
się obok z dzbankiem w ręku. Zanim zdążyli odpowiedzieć, postawiła
dzbanek na drewnianej podkładce pośrodku stolika i sięgnęła na bar po
trzy filiżanki.
- Przepraszam, ale mówicie tak głośno, że chcąc nie chcąc, wszystko
słyszałam - wyznała, uśmiechając się.
- Ups... - syknął Net.
- Nie obawiajcie się. - Pani Basia przysiadła się do stolika i nalała
każdemu aromatycznej herbaty. - Nikomu nie powiem.
Wyjęła z kieszeni fartuszka notesik i pstryknęła długopisem. Napisała na
kartce adres, wyrwała ją z notesu i położyła przed przyjaciółmi.
- Odwiedźcie ją. Nie wiem, czy pomoże, ale na pewno nie zaszkodzi.
- Madame Josephine2 - przeczytała Nika. - Spirytystka... słyszałam o niej. Pomoże nam wywołać duchy?
- Po co je wywoływać, skoro przychodzą same?
- A ma pani może jej numer telefonu? - zapytał Felix. - Nie chcielibyśmy
wpadać niezapowiedziani.
Pani Basia pokręciła głową.
- Numer telefonu? Ona nie używa tego rodzaju urządzeń. Jest nieco...
staromodna.
* * *
Lekcja fizyki była jak zwykle interesująca, choć bardziej dla chłopców
niż dziewczynek. Pan Antoni Czwartek miał pięćdziesiąt lat, wyraźnie
zaznaczony brzuszek, grube okulary i siwe wąsy. Był jednym z tych
nielicznych nauczycieli, którzy z każdej lekcji robią prawdziwy show.
Fizyk mógłby zostać iluzjonistą lub prowadzić teleturnieje. Przed
każdymi zajęciami przygotowywał sobie dokładny scenariusz. Kilkakrotnie
doszło nawet do tak niezwykłych sytuacji, że uczniowie siedzący w domu
ze zwolnieniem lekarskim przyjeżdżali do szkoły na samą fizykę. Wzory i zadania rozpisywane na tablicy były dodatkiem do całego przedstawienia i uczniowie chętnie je rozwiązywali, chcąc się dowiedzieć, co właściwie
przed chwilą zobaczyli. Felix uważał, że fizyk powinien dostać jakąś
nagrodę dla nauczycieli, choć nie miał pojęcia, czy taka nagroda
istnieje.
Tym razem na wielkim stole doświadczalnym stał ciężki statyw. W jego
uchwycie umocowane było coś, co wyglądało jak krótka metalowa parówka.
Obok znajdował się szklany pojemnik i termometr pokazujący dwadzieścia
jeden stopni Celsjusza. Stoły w tej sali były ustawione w podkowę wokół
stołu do doświadczeń, tak by wszyscy mogli dobrze widzieć, co się na nim
dzieje. W ten sposób wszyscy siedzieli w pierwszej ławce.
- W tym małym zbiorniczku jest sprężony dwutlenek węgla - rozpoczął
wykład pan Czwartek, wskazując "parówkę". - Kiedyś były dość popularne.
Nazywano je "nabojami". Wkręcało się toto do syfonu i samemu robiło wodę
sodową. Teraz przebiję zbiornik. Nie obawiajcie się, dwutlenek węgla w takiej ilości nie jest niebezpieczny.
Fizyk wziął w dłoń szpikulec, przytknął go do węższej strony "naboju" i drugą ręką delikatnie puknął w uchwyt narzędzia. Rozległ się syk i gaz
natychmiast wyleciał do wnętrza zbiornika w postaci białego obłoczku,
który od razu się rozmył.
- Patrzcie na termometr.
Temperatura spadła o kilka stopni, a metal pokrył się rosą.
- Wiecie, dlaczego temperatura spadła? - zapytał fizyk. - Gaz
rozprężając się, pobiera ciepło z otoczenia. Ma to zastosowanie między
innymi w lodówkach i klimatyzatorach.
Nikt nie grał na konsoli, ani nie czytał pod ławką romansów.
* * *
Tuż po dzwonku Nika odciągnęła Felixa i Neta na bok i wyjęła z plecaka
książkę Stefana Króla. Otworzyła na oznaczonej małym listkiem stronie i przeczytała: "Wiele opisów obserwacji wspomina o nagłym spadku
temperatury na chwilę przed pojawieniem się ducha".
Zamknęła książkę i popatrzyła na przyjaciół znacząco.
- Fakt, było trochę zimno... - przyznał Felix. - To by potwierdzało, że to
nie dowcip.
- Może stąd legenda o dżinie z butelki? - zastanowił się Net. -
Rozprężający się duch pobiera z otoczenia energię... Eee...
- Czujniki termiczne... - powiedział w zamyśleniu Felix. - Rozmieścimy w różnych miejscach szkoły czujniki termiczne. Będziemy wiedzieli, czy nic
się nie szykuje.
- Nie odwiedzimy Madame Josephine? - zapytała Nika.
- Najpierw spróbujemy rozwiązać problem... eee... naukowo.
- Skąd weźmiemy czujniki termiczne? - Net jakby nie usłyszał propozycji
Niki.
- Mój tata dawno temu projektował urządzenie do sterowania ogrzewaniem w domu. W każdym pokoju miał być termometr bezprzewodowo przekazujący
wskazania do centralki. Były też elektrycznie sterowane zawory i regulowany piec.
- Nie mów... - zainteresował się Net. - Masz coś takiego w domu?
- Już nie. Zawory pracowały głośno, budziły wszystkich w środku nocy, do
tego zacinały się i przeciekały. Totalna porażka, ale pamiętam, że
czujniki temperatury były jedyną dobrze działającą częścią systemu.
Przegrzebię piwnicę i może je znajdę.
- A potem wpuścimy robota na strych? To jest superpomysł.
- Przygotujcie się na jutrzejszą próbę.
* * *
Czujniki przypominały wypukłe przykrywki od małych słoików z krótkimi
ogonkami anten. Były wykonane z białego, mlecznego plastiku.
Poprzedniego wieczoru Felix przykleił na spodzie każdego z nich taśmę
dwustronnie klejącą. Najlepiej było je rozmieścić w szkole podczas
lekcji, kiedy korytarze są prawie puste. O przychodzeniu tu po
zajęciach, po zmierzchu, nawet nie chcieli myśleć.
Wyjść niezauważonym można było tylko z historii. Po pierwsze, pan
Cedynia, który powinien przejść już na emeryturę, miał słaby wzrok i nosił grube szkła, a po drugie, jeśli tylko było cicho, nie zwracał
większej uwagi na to, co się dzieje w klasie. Przezwisko "Cedynia"
przylgnęło do niego tak dobrze, że używali je nawet nauczyciele.
Prawdopodobnie większość z nich nie pamiętała już, jak historyk nazywa
się naprawdę. Pan Cedynia przypominał misia koalę posadzonego za
biurkiem, z którym na czas lekcji tworzył całość. Praktycznie cały czas
czytał na głos podręcznik lub jakąś grubą książkę historyczną, próbując
przekazać uczniom jak najwięcej cennych informacji. Niestety, nikt nie
mógł nadążyć z notowaniem.
Niezwłocznie po sprawdzeniu listy obecności Felix i Net wymknęli się
niezauważeni z sali i ruszyli w stronę chłopięcej toalety.
- Nie ma miejsca, gdzie można by bezpiecznie coś zrobić - narzekał Net,
gdy weszli do kabiny. - Brakuje mi naszej kwatery.
- To aż niesmaczne - przyznał Felix, zamykając zameczek w drzwiach. -
Mam podwójną nadzieję, że nikt nas nie nakryje.
Chwilę nasłuchiwali, czy nikt się nie zbliża. Potem Felix wyciągnął z plecaka małe porysowane i zakurzone pudełko z wystającymi kablami.
- To jest centralka - wyjaśnił.
- Zdeka zmechacona - zauważył Net.
- Przeszła swoje. Ta wtyczka może da się wpiąć do twojego kompa. Tyle że
nie mamy programu, który umiałby rozpoznać sygnały.
- Mam taki program - powiedział Net. - Znasz go.
- Masz go tu? - zapytał zdziwiony Felix, wskazując na plecak Neta.
- Owszem - przyznał niechętnie Net. - Wysłał mi maila. Napisał, że mnie
lubi i że się nudzi samym sterowaniem światłami. No to go... przygarnąłem.
- Jak może być jednocześnie tu i sterować światłami ulicznymi?
- Jest i tu, i tam. Ma chyba kilka kopii. Gdy łączę się z internetem, on
wymienia się wspomnieniami ze swoim drugim ja. Synchronizuje się.
- Doktor Jamnik byłby zachwycony.
Net wyciągnął laptop, wywołał Manfreda i wstukał:
"Mamy tutaj centralkę zbierającą sygnały z piętnastu czujników
temperatury. Musisz rozpoznać te sygnały i wyświetlić je w jakiś
rozsądny sposób."
"Bomba! Znów coś się dzieje" - odpisał Manfred. Z oczywistych względów
dźwięk był wyłączony.
"Wkładam wtyczkę."
"Och, czuję ją. Łaskocze mnie w plecy."
- On żartuje - wyjaśnił Net, widząc minę przyjaciela. - To zajmie kilka
minut, muszę go skonfigurować.
Net kolejno nagrzewał ręką czujniki, by Manfred mógł sprawdzić, czy
działają, po czym na każdym zapisywał numer. Felix w tym czasie piórem
wiecznym naszkicował w brudnopisie schemat trzech kondygnacji szkoły. Po
namyśle dorysował piwnicę.
- Myślisz, że on ją bije? - zapytał niespodziewanie Net, nie przerywając
pracy.
- Myślę, że to prawdopodobne - odparł Felix. Widać było, że też nieraz
zastanawiał się nad tym.
- Powinniśmy coś zrobić...
Felix nie odpowiedział, a Net nie kontynuował tematu i majstrował przy
ostatnim czujniku, który sprawiał mu najwięcej kłopotu.
- Nie działa - powiedział w końcu, oddając Felixowi zepsuty czujnik. -
Chodźmy je zamontować.
Pierwszy przymocowali w hallu, pod gablotą obok portierni. Dzięki taśmie
dwustronnie klejącej robili to szybko, nie wzbudzając podejrzeń
przypadkowych świadków. Felix oznaczył to miejsce na planie kropką i numerem. W dziesięć minut umocowali wszystkie czternaście czujników.
Skupili się na schodach i kluczowych miejscach na korytarzach.
Czternasty czujnik przykleili pod szafką hydrantu, obok drzwi na strych.
Felix zawahał się, ale wyjął z kieszeni klucz i zamknął zamek w drzwiach. Gdy tylko skończyli, nawet nie udawali odważnych - zbiegli
szybko piętro niżej.
- Wszystkie z dala od wywietrzników, kaloryferów i rur - podsumował
Felix. - Powinno być OK.
Net otworzył laptop i na przygotowanym przez Manfreda schemacie oznaczył
wszystkie punkty. Jeśli wierzyć dokładności czujników, to wszędzie było
pomiędzy osiemnaście a dwadzieścia jeden stopni.
- Przydały się wzory Czwartka - rzucił mimochodem Net. - Te, które
podawał ostatnio, przy okazji temperatur.
- Jednak ze szkoły czasem jest pożytek - przyznał Felix.
- Mam je teraz w głowie, nie potrzebuję nawet ściągi.
Wślizgnęli się do sali na sam koniec nudnego wykładu, gdy połowa uczniów
albo przysypiała, albo grała w kropki. Nika jako jedna z nielicznych
wciąż próbowała nadążyć z notowaniem za monotonnym głosem historyka.
Robiła tylko krótkie przerwy, żeby potrząsnąć przemęczoną ręką.
* * *
Stali na korytarzu, opierając się o parapet jednego z okien wychodzących
na patio. Na dworze, za sprawą nisko wiszących chmur, było już prawie
ciemno. Wzdłuż żwirowej alejki, prowadzącej od przeszklonych drzwi hallu
do przejścia do ogrodu na tyłach szkoły, zapaliły się lampy.
Skończyła się ostatnia lekcja i szkoła powoli pustoszała. Felix, Net i Nika zdobyli się na odwagę, by zostać dłużej i przetestować system
wczesnego ostrzegania. Chcieli odczekać jeszcze chwilę i wejść do
którejś z pustych sal, by im nikt nie przeszkadzał. Nika spięła włosy
zwykłą plastikową spinką, która zupełnie do niej nie pasowała.
- Ale ze mnie osioł! - Net nagle palnął się dłonią w czoło, aż klasnęło.
- Przecież Manfred może nam wyszukać wszystko o duchach w internecie!
Sam odrzuci niepotrzebne informacje.
- Wolę polegać na książce Stefana Króla - odparła Nika. - Przynajmniej
wiadomo, że był... fachowcem.
- Ale żył ze sto lat temu - zauważył Net.
- Duchy nie ewoluują.
- Zaczekajcie - przerwał im Felix. - Zapomnieliśmy o najważniejszym.
Doczytałaś, jak się pozbyć ducha?
- Owszem. - Nika znów otworzyła księgę na stronie zaznaczonej jesiennym
liściem. - "Pozbyć się poltergeista jest trudno, gdyż są one odporne na
różne rodzaje egzorcyzmów. Najlepsze efekty dają dokładne porządki,
remont i poświęcenie domu przez katolickiego księdza".
- Dlaczego akurat katolickiego? - zapytał Net.
- Może Stefan Król był katolikiem - powiedziała Nika.
- A jeśli duch jest protestantem?
- To i tak nie ma znaczenia - powiedział Felix. - Nie namówimy żadnego
księdza na egzorcyzmy. Zaraz, zaraz... Przecież w szkole planowany jest
remont!
Dalsze rozważania przerwał przeraźliwy krzyk dobiegający z końca
korytarza. Otworzyły się drzwi od jednej z klas, aż klamka uderzyła o ścianę, i wybiegła z nich Ekierka. Matematyczka, mimo sporej nadwagi i wysokich obcasów, pokonała korytarz w zdumiewająco krótkim czasie i przytrzymując się poręczy, zbiegła po schodach. Przyjaciele zaniemówili
z wrażenia. Patrzyli w ślad za nią, czując dopiero teraz podmuch
wywołany jej "przelotem". Odwrócili się, by sprawdzić, przed czym
uciekała. Drzwi powoli zamykały się, piszcząc zawiasami. Przysunęli się
bliżej siebie, oczekując najgorszego.
Z sali, przenikając przez zamykające się drzwi, wypłynęła zwiewna biała
postać i znikła za rogiem korytarza.
- O ja cię! - zdołał tylko wykrztusić Net, ściskając nieświadomie rękaw
Felixa.
Nika cofnęła się o krok, stawiając obcas na palcach Neta. Ten syknął z bólu i podniósł nogę, uwieszając się przy okazji mocniej na rękawie
Felixa. Felix stracił równowagę, ale nie mógł się przesunąć, bo natrafił
nogą na drugi but Niki. Zachwiał się i chciał przytrzymać się Neta,
który i tak miał problemy z utrzymaniem pozycji pionowej. Chwilę później
cała trójka leżała na podłodze.
- Patrzcie! - krzyknął Net, wskazując załom korytarza.
Półprzezroczysta kobieca postać wróciła przed drzwi klasy i zatrzymała
się przed nimi. Obejrzała się i unosząc się wolno nad podłogą, ruszyła w kierunku przyjaciół. Równocześnie zaczęli krzyczeć. Próbowali się
podnieść, wspierając się jedno na drugim, aż wreszcie udało im się wstać
i pobiegli w ślad za Ekierką. Zatrzymali się dopiero na dole, w hallu, w tym samym miejscu, w którym zatrzymała się Nika kilka dni wcześniej.
Ekierka, wciśnięta w róg hallu, trzymała się ściany, jakby bała się, że
coś ją porwie. Oddychała szybko i powtarzała w kółko:
- Jutro napiszę podanie o zwolnienie... Jutro napiszę podanie o zwolnienie...
Z tyłu dały się słyszeć odgłosy nadbiegających ludzi. Pierwszy, o dziwo,
dotarł tutaj dyrektor Stokrotka, tuż za nim pojawił się doktor Jamnik, a z drugiej strony wypadł Eftep.
- Słyszałem krzyk - wysapał dyrektor, patrząc na uczepioną ściany
matematyczkę i zbitych tuż obok w ciasną grupkę przerażonych Felixa,
Neta i Nikę. - Cecylio, czy znów będziemy przeprowadzać dezynsekcję?
Pojawiający się w hallu uczniowie swoją obecnością skłonili Ekierkę do
puszczenia ściany i przyjęcia normalnej pozycji.
- Juliuszu - wykrztusiła drżącym głosem, przytrzymując dyrektora za
łokieć. - Tym razem to nie robaki. Musimy zamienić trzy słowa w cztery
oczy.
Bez wyjaśniania czegokolwiek, odeszli w kierunku gabinetu dyrektora.
- To było horrorystyczne... - odetchnął Net, dochodząc do siebie.
- Mówiłem, straszny dwór - mruknął Felix.
Widząc, że przedstawienie się skończyło, uczniowie rozchodzili się do
swoich zajęć. Net wyciągnął z plecaka laptop, który od razu wyświetlił
czternaście słupków z pomiarami temperatury.
- Zobaczcie. - Wskazał na najniższy. - Dwanaście stopni. System hula.
- To była zjawa, prawda? - zapytał Felix. - Zjawa to co innego niż
poltergeist.
- Tak było napisane w książce - przyznała niepewnie Nika, patrząc na
niego wystraszonym wzrokiem.
- Czyli mamy dwa różne duchy.
- Skończyło się - oznajmił z ulgą Net. - Temperatura rośnie. Chodźcie,
posłuchamy, o czym mówią.
- Nie chcesz chyba podsłuchiwać dyrektora... - jęknęła Nika, ale chłopcy
już szli w kierunku jego gabinetu. Wzruszyła więc ramionami i ruszyła za
nimi. Bała się zostać tu sama.
Drzwi sekretariatu były od środka obite gąbką i sztuczną skórą, ale w szkole panowała taka cisza, że i tak, jeśli zbliżyło się ucho, można
było usłyszeć każde słowo.
- ... im powiedzieć - mówiła podniesionym głosem Ekierka. - Wszystko
widzieli.
- Nic nikomu nie powiemy - odparł dyrektor z teatralną stanowczością. -
Nie narażę dobrego imienia szkoły. Wiesz, że i tak mamy problemy.
- Będą plotki, domysły...
- Domysły są lepsze niż pewność.
- Ale ja nie wytrzymam tego napięcia!
Na odgłos zbliżających się kroków przyjaciele odskoczyli od drzwi. W ostatnim momencie udało im się dopaść parapetu okiennego. Gdy informatyk
wyłonił się zza załomu korytarza, stali sobie jak gdyby nigdy nic,
wyglądając przez okno. Pan Eftep obrzucił ich podejrzliwym spojrzeniem,
ale nic nie powiedział. Wszedł do sekretariatu.
- Z której sali wybiegła Ekierka? - zapytał cicho Felix. - Trzysta
dziewięć? Nad nią jest już niezbadana część strychu.
- To prawie przed Drugim Zakrętem - powiedział Net. - Masz pewność, że
przyczyna leży na strychu?
- Tam to się zaczęło. Jutro przyniosę robota i na długiej przerwie
przeprowadzimy ekspedycję.
* * *
Następnego dnia wszystko było gotowe do akcji. Nika wpatrywała się w ekran komputera leżącego na parapecie.
- Temperatura w normie - powiedziała, gdy Net spojrzał pytająco. -
Powiem, jak się zmieni.
Net otworzył drzwi na strych, a Felix postawił robota na podłodze i sprawdził, czy działa. Był to pojazd gąsienicowy, przypominający model
czołgu. Na wieżyczce zamiast lufy znajdowała się ruchoma kamera.
- Nazywa się Penetrator - wyjaśnił Felix. - Skonstruowałem go specjalnie
do penetrowania trudno dostępnych miejsc. Spraw się, mały...
Zamknęli drzwi na klucz i zeszli na pierwsze piętro do pustej teraz
sali. Felix postawił przed sobą mały monitor i zdalne sterowanie.
- Nie pomyśleliśmy o zamontowaniu czujnika na robocie - westchnął Felix.
- Można któryś odczepić - powiedział Net, ale nikt nie podjął tematu, bo
nikt nie miał ochoty wracać na strych.
Felix pchnął joystick i robot ruszył. Jak na pojazd gąsienicowy,
przemieszczał się z dość dużą prędkością.
- Rozejrzyj się po podłodze - powiedziała Nika.
- Po co? - zapytał Felix, zatrzymując robota.
- Może Bolesław Łysy zostawił ślady w kurzu, może jest tam gdzieś moja
spinka...
Kamera Penetratora obniżyła się i wykonała pełny obrót.
- Patrzcie! - Nika wskazała regularnie powtarzające się układy kropek.
- To nie wygląda na ślady stóp - powiedział Net.
- Bolek nie ma normalnych stóp - wyjaśnił Felix. - Kości stykały się z podłogą tylko w kilku punktach, ścierając kurz właśnie w ten sposób.
Przynajmniej wiemy, że nikt go nie ciągnął na nitkach.
- Wiecie co? - powiedziała Nika. - Jesteśmy nieźle wygięci. Mówimy o szkielecie po imieniu.
Robot ruszył dalej. Minął schody do kwatery, szkielet, wiszący teraz jak
należy na stojaku, i wjechał w niezbadaną część strychu. Początkowo
wszystko wyglądało znajomo. Sterty pudeł piętrzyły się pod dach, a rzędy
starych mebli były pokryte grubą warstwą kurzu. Kiedy po przejechaniu
dwóch trzecich drogi dotarł do pierwszego zakrętu, po obydwu stronach
strychu pojawiły się zamknięte na kłódki komórki. Robot wjechał w korytarz między nimi, a Net z Niką, ściskając kciuki, wpatrywali się z napięciem w ekran.
- Nie mogę uwierzyć, że przebywaliśmy tak blisko tylu tajemniczych
rzeczy - powiedziała dziewczyna.
- Zaraz pewnie zaczną się trumny - zażartował Net, ale od razu sam się
przestraszył swojego dowcipu.
Za krótkim korytarzem nie było trumien. Stały tam za to jakieś pionowe
walce, jakby stare termy. Za nimi ujrzeli wreszcie pierwszy zakręt.
Penetrator pokonał go powoli, wyglądając najpierw zza rogu. Dalsza część
strychu wyglądała podobnie, tyle że wszystko pokrywała tam jeszcze
grubsza warstwa kurzu.
Tipsy - sztuczne, zwykle kolorowo pomalowane paznokcie, które przykleja się do naturalnych. [wróć]
Josephine [czyt.: dżozefin] [wróć]
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki