Alicja Paterek
Serce Pustyni
Około 15 godzin przed zniknięciem
- No, to nie zwiastuje niczego dobrego. Właściwie, to zwiastuje coś
bardzo złego.
Trójka przyjaciół, wraz z Wędrowcem oraz pobrzękującym niedaleko
Manfredem, stała na końcu statku, spoglądając na morze wydm. Wszędzie,
jak okiem sięgnąć, ciągnęła się połać piasku - wszędzie, z wyjątkiem
punktu daleko przed nimi, zamazanym nieco z powodu drżącego od gorąca
powietrza, który jednak bez wątpienia przedstawiał obcy statek.
- W tym świecie także zdarzają się piraci? - zdziwił się Net.
Wędrowiec ściągnął gogle i przetarł je, odsłaniając na chwilę twarz
ogorzałą od słońca.
- No, jeśli jest co złupić, pojawią się i chętni do łupienia - przyznał.
- Zastanawiałem się, dlaczego mniej statków obiera ten kurs... Mówiąc
prościej, trzeba było posłuchać instynktu żeglarza.
- I... co teraz? - dopytał znowu Net. Felix wpatrywał się w statek bez
słowa, Nika delikatnie zaciskała palce na barierce. - Powinniśmy... Coś
zrobić? Jest tu jakaś ogromna armata lub coś w tym stylu?
- Nie. I tak nie obroniłbym statku sam. No i każdy przedmiot zabrany na
pokład zmniejsza ładowność statku, a ja przewożę przecież towary na
handel. - Wędrowiec na nowo założył gogle. - Tamci za to mogą mieć jakąś
broń, ich celem jest łupienie. Z tego, co wiem, najczęściej nie porywają
całego statku, nie opłaca im się to, biorą tylko najcenniejsze rzeczy...
Eh. Spróbujemy im uciec, to nasza jedyna opcja. Obawiam się jednak,
dzieciaki, że w takim wypadku nie dam rady dostarczyć was w miejsce, o które prosiliście. Przepraszam.
Nika westchnęła głośno, Felix odwrócił spojrzenie. Net zerknął w stronę
horyzontu, jakby miał nadzieję zobaczyć z tej odległości latarnię Milo
świecącą im na powitanie. Od kiedy opuścili swoją Warszawę, spędzili już
tyle czasu, podróżując od świata do świata. Nie mieli pewności, czy
tamten portal nadal istnieje, ale był ich jedyną opcją powrotu do domu.
Teraz ta okazja odpływała jak liść rzucony na taflę jeziora i raczej nie
było na to rady. Nie mogli po prostu wyjść na piasek - groził im nie
tylko niemiłosierny upał, ale i głodne krwi, biomechaniczne stworzenia,
żyjące pod ziemią. Utknęli na pokładzie tego statku, a statek
najwyraźniej utknął we własnej sytuacji bez wyjścia.
- Felix! - wyrwało się Netowi. - Felix, powiedz, że masz jakiś plan.
Widać było, że Felix nad czymś rozmyśla, ale jego milczenie nie
nastrajało optymistycznie. Po chwili odpowiedział:
- Nie mamy kremów z filtrem... Musimy znaleźć coś, czym można się owinąć,
żeby nie skończyło się to udarem słonecznym. Woda i jakieś jedzenie też
by się przydały. W ogóle dobrze by było dowiedzieć się o tym świecie jak
najwięcej. - Odwrócił się ku nim. - Obawiam się, że możemy spędzić tu
jeszcze trochę czasu.
* * *
Około 14 godzin przed zniknięciem
Z początku mieli nadzieję, że pod pokładem znajdą trochę chłodu. Było to
raczej naiwne założenie. Kiedy zeszli po schodach, okazało się, że
powietrze co najwyżej zmieniało zapach na podobny do tego, który
wydziela drewniana szopa stojąca w upalnym słońcu.
- Kajuty... Ciekawe, co jest w magazynie. - Net rozejrzał się z ciekawością po ciasnej przestrzeni. - Mogę buchnąć komuś trochę
czekolady z przyszłości?
- Pewnie zapasy na podróż, no i przewożone towary. - Felix wydawał się
bardzo zainteresowany budową statku. - Dlaczego statek? - zastanowił się
na głos, rozglądając się wokoło. - Sterowiec nie byłby praktyczniejszy?
- Zamiast żagli ma balony, to właściwie prawie jak sterowiec. Baloniec.
- Net sięgnął do klamki na drzwiach z napisem "magazyn".
- Pamiętaj, żeby nic nie dotykać - upomniała go Nika. - Jesteśmy tu
gośćmi.
- Za kogo mnie uważasz? - Net zniknął w pokoju. Dziewczyna westchnęła, a potem przyjrzała się dziwnym urządzeniom w suficie, a właściwie to nie w suficie, tylko we właściwym pokładzie. - Felix, czy tylko wydaje mi się,
czy to kryształy? Technologia przyszłości?
- Wręcz przeciwnie. - Chłopak spojrzał z bliska na półprzezroczyste
kryształy, kształtem przypominające odwrócony pryzmat, ale inaczej
wyszlifowane, umieszczone w pokładzie. - To wynalazek stary już nawet
jak na nasze czasy... Dawniej zdarzało się, że używano takich kryształów,
żeby oświetlać przestrzeń pod pokładem. Światło wpada z góry, a potem
załamuje się i rozprasza, żeby zapewnić niżej trochę światła. Sposób
dużo bezpieczniejszy w czasach lamp naftowych i pochodni.
- Nie jestem pewna, czy chciałabym rozpalać ogień na dusznym, suchym,
drewnianym statku - zgodziła się Nika.
- Uroki życia sprzed czasów elektryczności. Jeśli się nie mylę, to
podobne pryzmaty były też używane, żeby zobaczyć, czy przypadkiem w ładowni nie zaprószono ognia. Tak jakby na odwrót. - Felix zadarł głowę.
- Ten statek to bardzo interesujący mix starego budownictwa z nowoczesnością. A ja wciąż się zastanawiam, jak działa ten system z balonami.
- Nika, Felix? Musicie to zobaczyć. - Net wystawił głowę zza framugi. -
Poważnie.
Magazyn okazał się najprzestronniejszym pomieszczeniem pod pokładem.
Pełen był paczek, staromodnych beczek i worków, ale także urządzeń
elektrycznych i ubrań. Wszystko zostało porządnie zapakowane oraz
oznakowane. W osobnym miejscu stały zapasy Wędrowca na podróż.
Tym, co zainteresowało Neta, było niewielkie pudło. Tuż nad nim - nie na
nim, co zauważyli ku swojemu zaskoczeniu - unosił się intensywnie
zielony kryształ. W przeciwieństwie do pryzmatów umieszczonych w pokładzie, nie wydawał się szklany. Właściwie to nie przypominał
niczego, co wcześniej widzieli w całym swoim życiu. Zbliżyli się do
niego z wahaniem.
- Pole elektromagnetyczne? - Felix prawie dotknął pudełka. Powstrzymał
się w ostatnim momencie.
- I buczy - stwierdził Net. - Przypomina mi taką śmieszną lampkę, którą
widziałem kiedyś w necie. Tylko tamta mniej przypominała znaczek Simsów,
a bardziej księżyc. Myślicie, że to jest fragment tej technologii
przyszłości?
- Nie mam pojęcia co to. - Felixa wyraźnie bardzo korciło, żeby obejrzeć
kryształ z bliska. Kucnął, ale go jednak nie dotknął. - Muszę spytać o to naszego przewodnika.
- Właściwie... - Wzrok Niki padł na bele materiału oraz jedzenie. - Możemy
go też spytać, czego tu w ogóle wolno nam dotykać i używać. Wprosiliśmy
się na jego teren i zupełnie się tym nie przejmujemy. Ten statek jednak
do kogoś należy, tak samo jak te rzeczy.
- Masz rację. Wędrowiec nas uratował. Powinniśmy się odwdzięczyć,
przynajmniej nic nie psując. - Felix wyprostował się. - Net?
- Czemu wszyscy zakładają, że to ja coś zepsuję? - Chłopak uniósł dłonie
do góry. - Obiecuję trzymać się z daleka od zielonego znaczka Simsów.
Zadowoleni?
* * *
Około 13 godzin przed zniknięciem
Podróż statkiem przez pustynię, a już szczególnie będąc ściganym przez
piratów, z założenia wydawała się ekscytującym zajęciem. Problem polegał
na tym, że pościg okazał się wyjątkowo nieemocjonujący, jeżeli to w ogóle był pościg. Statek piracki wlókł się za nimi w niemal tym samym
tempie przez większość dnia. Felix zajął miejsce na mostku, obserwując
pracę Wędrowca, a zarówno Net, jak i Nika zostali na pokładzie pod
własnoręcznie stworzonym daszkiem. Upał był nie do wytrzymania. Nika
próbowała czytać, Net zaś leżał z zamkniętymi oczami i obawiał się, że
dosłownie usmaży mu się mózg.
- Manfred? - Chmara minirobotów unosiła się w pobliżu od samego rana.
Net co jakiś czas pytał przyjaciela o odległość od drugiego statku, ale
jednostki, w jakich Manfred podawał dane, nie mówiły mu za dużo. - Dalej
leci tak samo?
- Teraz on ma nad nami przewagę szybkości, ale spowodowaną głównie
wiatrem. Pewnie wróci do zwykłej prędkości, gdy to się zmieni.
- I niech tak zostanie. Ile masz jeszcze baterii?
- Niewiele. Trochę obawiam się, że bez ładowania niedługo nie będę mógł
już wam pomóc. Czy to właśnie odczuwa człowiek? Obawiasz się, że twoje
ciało zawiedzie, a potem...
- A potem żyjesz wiecznie w moim telefonie. Nie możesz umrzeć, Manfred.
Najwyżej... Najwyżej minie trochę czasu, zanim się spotkamy ponownie. I w tym świecie musi być gdzieś prąd.
- Jest, ale tutaj, na pustyni, to jednak produkt deficytowy. - Wędrowiec
z Felixem zbliżyli się do nich, schodząc z góry. - Nie zdziwcie się, że
zmieniłem kurs. Przez radio dowiedziałem się, że niedaleko znajduje się
jedna z przenośnych stacji paliwowych. Piraci nie powinni nas
zaatakować, dopóki tam jesteśmy... a wy zobaczycie jedną z ciekawostek
naszego świata.
- Ciekawostek?
- Przenośne miasto. - Wędrowiec znowu założył gogle i długi do ziemi
płaszcz. Oparł się o barierkę. - Statki zazwyczaj podróżują przez
pustynię bez zatrzymywania się. Nie ma nas dużo. Czasami jednak zdarzają
się... Stacje. Szybko zbudowane, tymczasowe miasteczka. Nie można ich
ulokować na stałe, bo biomechy by je pożarły. Przez pewien czas jednak
stoją, a na nich - są ludzie. To przykład jednej z symbioz tego świata.
- Symbioz? - Tym razem Neta ogarnęły złe przeczucia. - Symbioz z czym?
Wędrowiec tylko się uśmiechnął.
- Pięknej panience się to może nie spodobać - zapowiedział trochę
złowieszczo, choć nie takie były jego intencje. - Powiem wam potem. A na
razie, co powiecie na obiad?
* * *
Około 10 godzin przed zniknięciem
Na horyzoncie majaczyło miasto.
W pierwszym odruchu Net wymamrotał "fatamorgana" i nawet Felix go nie
poprawił - naprawdę wyglądało to jak fatamorgana, coś zupełnie
niepasującego do struktury świata. Błyszczało olinowaniem, metalem,
drewnem i materiałem. Miało dziwaczny, przyczajony kształt. Liczne
podesty spoczywały na nogach, wykrzywionych niczym u owada. Na masztach
powiewały kolorowe sztandary. Przyjaciele dostrzegli też ludzi, którzy z tej odległości wydawali się maleńcy jak mrówki. W czymś, co Felix nazwał
w myślach dokami, cumowało kilka statków.
Stali na pokładzie i wpatrywali się w ten nierealny widok.
- Mówił pan - zauważył przytomnie Felix - że biomechy zjadają wszystko,
co pozostanie na noc na pustyni. Z czym zatem może być ta symbioza?
Niczego nie widzę.
- Natura ma swoje sposoby, żeby odnaleźć balans. - Wędrowiec zmrużył
oczy. - No, może nie zawsze, wnioskując po pustyni... Ale przynajmniej
czasem. Tak jak pojawiły się biomechy, stworzono też coś, co poluje na
nie. Widzieliście moje pająki, nie?
- Coś takiego żyje pod miastem?! - Net złapał się za serce. - Kolejne
gniazdo radioaktywnych tarantul?
- Lepiej. - Mężczyzna uśmiechnął się krzywo. - Matka.
- Mamusioboska... - Net nie mógł się powstrzymać od komentarza. Nika lekko
zbladła. - Czyli to taka postapokaliptyczna wersja tego pająka, którego
nie zabiłeś i schował ci się pod łóżkiem. Tylko że ten nażarł się kurzu
i jest wielkości twojego psa. Za jakie grzechy...
Im bardziej się zbliżali, tym mocniej miasto przypominało coś, co
superpaczka prędzej spodziewałaby się zobaczyć w filmie
postapokaliptycznym niż na własne oczy. Wędrowiec zaczął się krzątać
przy przyciskach i linach.
- Sytuacja, w jakiej się znaleźliśmy, generuje mnóstwo problemów -
wyjaśnił. - Na świecie, mam na myśli. Biomechy nie wszędzie występują
tak często, ale na pustyni lgną do ludzi, do miast. Trudno jest pozostać
w jednym miejscu bez Obrońcy... Właściwie jest to wyrok śmierci.
- Czyli tak nazwano tego wielkiego pająka? - Nika wydawała się w równym
stopniu przestraszona, co zafascynowana. Wędrowiec kiwnął głową.
- Potrzymajcie mi to tak... O. Felix, mógłbyś pójść na dół i przynieść
krótkofalówkę? - Mężczyzna ustawił Neta przy jakimś lusterku. - Wedle
legendy pierwszego Obrońcę odkrył człowiek, którego piraci porzucili na
pastwę losu. Osąd piasku, tak to nazywają. Tak naprawdę to po prostu
egzekucja. Pozostawia się człowieka z butelką wody na pustyni,
wieczorem, przed nocą. W teorii, jeśli przeżyje, jego poprzednie winy są
zmazane... Nie muszę wam chyba mówić, jak często to się zdarza.
- Rzadko? - zasugerował mimo to Net.
- Nigdy. - Statek zaczął zniżać lot i zwalniać. Żarząca się część pod
balonami przygasła. - Ale był taki jeden... Jeden, który trafił do dziwnej
jaskini wzmocnionej pajęczą nicią. Myślał, że w niej zginie, ale odkrył,
że ogromny pająk pozostawiał go w spokoju tak długo, jak ten człowiek
nie dotykał konkretnych pajęczych nici... Ale za to doskonale radził sobie
z intruzami w postaci biomechów. To był początek tej osobliwej
współpracy.
- Ludzie z arachnofobią mają tutaj raczej kiepskie życie, co?
- Pewnie trzymają się z daleka od pustyni. Gdybym był złośliwy... -
Wędrowiec się uśmiechnął, łapiąc za linę, ale nie skończył zdania.
Nika także się uśmiechnęła. Net zerknął na nią kątem oka.
- To co? - spytał podejrzliwie.
- Jestem prawie pewna, że chodziło o to, że większość normalnych ludzi
trzyma się z dala od pustyni - podpowiedziała mu Nika, a potem zerknęła
za siebie, w kierunku rufy. - Mogłabym przysiąc, że...
- Co? - Net z wrażenia prawie puścił lusterko. - Lody miętowe? Masz
przeczucie?
- Nie... Chyba nie.
Wszyscy włożyli dodatkowe ubrania. Net miał na sobie czapkę kojarzącą
się trochę z tymi, które zapaleni wędkarze zabierali ze sobą na połowy,
Felix owinął głowę jasnym materiałem, a Nika wytrzasnęła skądś słomkowy
kapelusz z bardzo, bardzo szerokim rondem. Przypominali grupę turystów,
którym ktoś kazał się ubrać w ciemności. Na szczęście Wędrowiec bardzo
im pomagał. Nika kolejny raz pożałowała, że nie może używać swoich mocy
ot tak, na zawołanie. Odwróciła się. Wokół zerwał się wiatr.
- Czy piraci na pewno nie dopadną nas na stacji? - zapytała.
- Nie ma mowy! - odkrzyknął Wędrowiec. - Nie mieliby odwagi!
Zatankujemy, prześpimy noc i kontynuujemy podróż.
* * *
Około 9 godzin przed zniknięciem
Grupa ludzi pomogła zadokować "Symfonię Mórz". Przyjaciele przyglądali
się temu z niedowierzaniem pomieszanym z fascynacją. Dzięki połączonym
wysiłkom Wędrowca oraz tamtych, statek opadł na wydmy. Wędrowiec
wyskoczył po trapie, a potem podał rękę po kolei każdemu z mężczyzn.
- Obserwujcie - poprosił przyjaciół Felix. - Nie wiemy, kiedy uda nam
się wrócić do domu. Na razie tu utknęliśmy. Każda informacja jest na
wagę złota.
- Możecie pokręcić się po mieście - zawołał do nich Wędrowiec. - Tylko
pilnujcie się wzajemnie i wróćcie przed zapadnięciem zmroku. Weźcie też
noże, jeśli je macie.
Na horyzoncie słońce zmieniło już barwę na pomarańczową i niebezpiecznie
zbliżało się do linii pustyni. Statek, który ich gonił, majaczył w odległości, ale jak przewidział Wędrowiec - nie zbliżał się.
Przyjaciele spojrzeli po sobie, a potem przenieśli wzrok na głośne,
kolorowe miasto. Przypominało nieco targ, rozłożony na wielu piętrach.
Obok nich cumowały inne statki, może ludzi, którzy również przybyli do
miasta, a może i nawet jego budowniczych. Wiatr łopotał paskami
kolorowego materiału, w powietrzu pachniało benzyną i przyprawami.
- Nóż - mruknął Net. - Przecież ja nawet pomidora nie umiem pokroić.
Byli zmęczeni podróżą i upałem, ale ciekawość okazała się silniejsza od
strachu i wyczerpania.
- Po prostu się nie rozdzielajmy - zaproponowała Nika. - I postarajmy
się nie wyglądać na zgubionych.
- Gdyby były tu jakieś dzielnice, gdzie nie powinniśmy wchodzić,
Wędrowiec by nam pewnie powiedział - zastanawiał się głośno Felix. -
Zresztą, te miasta są tymczasowe i nastawione na przyjezdnych... Chodźmy.
Na początku musieli się przyzwyczaić do chodzenia po chwiejnych,
drewnianych podestach. W większości miejsc brakowało barierek, nieważne
jak wysoko prowadziły chodniki. One same umieszczone były na pokaźnych
rozmiarów konstrukcjach, podobnych do rusztowań. Często biegły siatką
połączeń pomiędzy podestami na najniższym piętrze, a potem wznosiły się
na kolejne poziomy.
Mijani ludzie wydawali się surowi i twardzi, ogorzali od wiatru i mocnego słońca, różnorodność ich strojów zdradzała, że przybyli z różnych stron świata. Nika zauważyła jednak pewien podział, który rzucił
jej się w oczy, gdy popatrzyła na używane przez nich kolory. Niektórzy
wprowadzali do szarego ubioru czerwone elementy, a inni - chociaż
wyglądali, jakby na ich ubraniach lśniły wszystkie kolory tęczy -
pewnych konkretnych barw całkiem się wystrzegali.
A więc rządziła tym jakaś zasada, której nie rozumieli. Na szczęście
czuli się bezpiecznie, nikt ich nie zaczepiał - no może nie licząc
rozłożonych tu i tam sprzedawców.
Życie miasta koncentrowało się na ulokowanym w centrum targu. Pachniało
pieczone na grillu jedzenie, wokół sprzedawano wszystko - od noży, przez
ubrania, po błyskotki, a także coś, co do złudzenia przypominało
magiczne medaliony. Przyjaciele rozglądali się, zafascynowani. Co
ciekawe, nie wszyscy wokół mówili po polsku, a nawet jeśli - nie
wszystkie słowa były dla przyjaciół zrozumiałe. Nie znali miejscowego
slangu. Pozwolili sobie chwilę pokręcić się przy stoisku z nożami.
- Hej, Siwy! - Ktoś, kto siedział przy barku, niedaleko, odwrócił się i krzyknął bez żadnych ceregieli ponad szumem rozmów - Wędrowiec, stary
skurczybyk, do nas zawitał!
- Ciekawe, co ma tym razem. Widzę, że gonią go Amazonki - padł okrzyk z innej części targu. Przez tłum przepychał się wysoki, barczysty drab w ciemnej kurtce, z niebieską bandaną na czole. Co ciekawe, nie był siwy,
lecz łysy. - Wiesz może za co?
- Podobno mają z nim przeszłość. Mogą go gonić za dziesiątki rzeczy,
wiesz. Słyszałem... - Nie dowiedzieli się niczego więcej, bo rozmówcy
przestali krzyczeć. Przyjaciele zamarli.
- Ma z nimi przeszłość? - powtórzył Net. - Co za przeszłość?
- Och, nie słuchaj plotek, młody człowieku. - Starsza pani, która - o dziwo - sprzedawała noże i sama bawiła się teraz jednym z nich,
spojrzała na całą trójkę z błyskiem w oku. - Wędrowiec to solidna firma.
Ale blokujecie mi stoisko. Kupujecie czy nie?
Wycofali się, przepraszając. Zapadał zmrok, więc musieli zgodnie z obietnicą skierować się w stronę statku.
- Manfred - podrzucił Net, gdy przyjaciel pojawił się obok nich pod
postacią chmury minirobotów. - Posłuchaj, co o Wędrowcu mówią ludzie.
- I co, dostałem fuchę szpiega?
- To ważne.
- Nie podoba mi się, że nam o tym nie powiedział - oznajmił z pewnym
napięciem Felix, schodząc po kołyszącym się trapie. Piasek rozpościerał
się wiele metrów niżej, słońce chowało się właśnie za horyzontem. Rdzawe
światło kładło się miękko na wydmach. - Kto wie, co jeszcze ukrywa.
- To jednak obcy dla nas mężczyzna - zauważyła Nika trzeźwo. - Nie
możemy od niego wymagać, że opowie nam o wszystkim. Nie pytaliśmy go o jego przeszłość. Jesteśmy tylko... pasażerami na gapę. A on do tej pory
tylko nam pomaga.
- Takie z nas pasożyty. - Net wyraźnie chciał zerknąć w dół, ale się
powstrzymał. - Zresztą nie sądzę, żebyśmy mieli jakieś opcje.
Była to prawda. Stanęli, podziwiając zachód słońca. Odezwała się
tęsknota za domem. Świat wokół był kolorowy, ciekawy i fascynujący, ale
także przeraźliwie obcy. Niewłaściwy.
- Myślicie, że dopadnie nas tu Bezkształt? - mruknął Net, mając na myśli
stwora, który ścigał ich od momentu, gdy pierwszy raz przeszli przez
Pierścień. - Ciągle nas goni?
- Myślę, że nie - odparła cicho Nika. - O to mu pewnie chodziło, żebyśmy
się tu znaleźli... Myślę, że to był cel. Zresztą, miałeś rację... Na razie i tak nie mamy dokąd uciec.
Jej wzrok, żeby nie wiem jak się starała, wciąż uciekał w stronę
unoszącego się w oddali, ciemnego zarysu obcego statku.
* * *
Około 7 godzin przed zniknięciem
Gdy zapadła ciemność, wrócili na "Symfonię Mórz". Wędrowiec zaproponował
im swoje zimne racje żywnościowe, które zjedli z bułkami kupionymi w mieście. Gospodarz wyciągnął śpiwór i koc, rozłożył je przy mostku.
- Będzie piękna, bezchmurna noc - zapowiedział. - Warto to zobaczyć.
Takie widoki nie zdarzają się często. Jakby co, biorę całą wartę.
Miał rację. Gdy zapadł zmierzch i na niebie pojawił się księżyc, a miasto rozświetliły pochodnie i latarnie, z dziobu "Symfonii Mórz"
rozciągał się jeden z najbardziej imponujących widoków, jakie widzieli w życiu. Nika oparła się o Neta i westchnęła.
- Nigdy nie widziałam tylu gwiazd...
- W Warszawie by nam się to nie udało. - Felix przeniósł spojrzenie z nieba na piasek. - Patrzcie. Rzeczywiście trzymają się z dala.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki