1. O jeden wykrzyknik za daleko
Cyfry na kolorowym wyświetlaczu odliczały do zera. Zdaniem Neta robiły
to o wiele za wolno. Spóźnianie się nie sprawiało mu wprawdzie jakiejś
szczególnej przykrości, ale Felix dzwonił już dwa razy, czy na pewno
jest gotowy i czy na pewno będzie czekał o umówionej godzinie w umówionym miejscu. Trzydzieści sekund temu Net zaklinał się do
słuchawki, że już czeka, co oczywiście nie było prawdą. Ale było
przecież bardzo bliskie prawdy, bo prawie już czekał.
Net powtarzał w myślach listę rzeczy, które miał przygotować i zabrać:
laptop jest, akumulator naładowany, prezentacja wgrana, kopia
prezentacji na pendrivie w kieszeni, przejściówka do rzutnika w plecaku.
Zwykle tego nie robił. Za znacznie lepsze rozwiązanie uważał
pozostawanie szczęśliwym człowiekiem, który nie przejmuje się
teoretycznie możliwymi katastrofami, dopóki te się nie wydarzą. Ponieważ
jednak Felix przypominał mu o tym kilka razy, Net dla świętego spokoju
sprawdził przed wyjściem, czy wszystko przygotował. Podczas wymuszonej
kontroli okazało się, że wprawdzie prezentacja dopracowana do ostatniej
planszy jest gotowa, tyle tylko że nie została przegrana na laptop. Net
przegrał ją w ostatniej chwili. Oczywiście nie zamierzał się do tego
przyznawać.
Gdy Babcia Adelajda wróciła do Australii, Net odzyskał swój pokój i stopniowo przeprowadzał się do niego z pokoju gościnnego piętro wyżej, w którym zamieszkał na czas jej przyjazdu. Przenoszenie się szło opornie,
Net należał bowiem do osób raczej leniwych. W rezultacie więc część
rzeczy miał na dole, część na górze. Całe centrum dowodzenia
wszechświatem - czyli sprzęt komputerowy - wciąż czekało na
przeprowadzkę. Kiedy Net myślał o rozpinaniu dziesiątek kabli, znoszeniu
komputerów i przypinaniu tego wszystkiego ponownie, natychmiast tracił
energię do pracy. Przeniósł więc tylko laptop i kilkanaście razy
dziennie biegał na górę, żeby coś włączyć, wyłączyć, wydrukować albo
zmienić konfigurację.
Zerknął na swoje odbicie w lustrze zajmującym całą ścianę kabiny windy.
Z lustrzanej rzeczywistości patrzył na niego wysoki i szczupły
piętnastolatek w okularach, nieco poprzecieranych jeansach i rozpiętej
brązowej kurtce narzuconej na pomarańczową bluzę z kapturem. Kasztanowe
włosy sterczały jak zwykle na wszystkie strony - poranne doprowadzenie
ich do porządku polegało na potarganiu ich tak, by osiągnęły względną
symetrię. Mocno już wysłużony plecak był postrzępiony i ponaddzierany w kilku miejscach, podobnie jak buty. Uśmiechnął się do siebie samego.
Wszystko było jak należy.
Cichy gong oznajmił przymusowy postój. Net westchnął, gdy winda
zatrzymała się na dziewiętnastym piętrze. Drzwi otworzyły się i do
środka wszedł Bartek Modzyński, dziewięciolatek uważający się za
informatyka. Uśmiechnął się, jakby wygrał cukierka w szkolnej loterii.
- Cześć! - rzucił do Neta, wchodząc do windy.
- ...ść - odparł niechętnie Net.
Zdarzało się średnio raz na dwa tygodnie, czasem częściej, że jechał na
dół razem z Bartkiem i zawsze wyglądało to tak samo. Chłopiec zerkał na
Neta, zbierał się w sobie i zagadywał go o rzeczy w stylu "a wiesz, jaką
przepustowość ma linia PCI Express?" lub "słyszałeś o nowym chłodzeniu
olejowym dla procesora?". Net podejrzewał nawet, że Bartek czatuje na
niego, zatrzymując windę, dopiero gdy ta jedzie z ostatniego piętra.
Tym razem pytanie brzmiało:
- Co sądzisz o nowym Matroxie 6000?
Net spojrzał na niego ciężkim wzrokiem. Był pewien, że mały przeczytał
wszystko, co znalazł w sieci na temat tej karty graficznej, i tylko
czekał na okazję, by Neta zagiąć.
- Moim zdaniem model 6200 jest znacznie lepszy - odparł Net.
To skutecznie uciszyło małego. Nie było to trudne, zważywszy, że model
6200 nie istniał.
Gong oznajmił kolejny przymusowy postój. Osiemnaste piętro, więc
wsiądzie kulturysta, starsza pani Paprocka z jazgotliwym ratlerkiem lub
to młode małżeństwo, które ciągle imprezuje albo się kłóci.
Drzwi otworzyły się. Tomasz Niecnota, kulturysta.
- ...bry - powiedział Net.
- ...bry - odparł sąsiad, wchodząc i od razu tracąc zainteresowanie
współpasażerami.
Bartek patrzył z podziwem na biceps, który znalazł się dwadzieścia
centymetrów od jego twarzy.
Net w myślach nazywał kulturystę "karkiem", choć Tomasz Niecnota nie
miał nic wspólnego z dresami wałęsającymi się po pewnych rejonach
miasta. Był raczej narcyzem, który całe życie podporządkował budowaniu
masy i rzeźbieniu mięśni. Godzinami pakował na siłowni, w którą zamienił
jeden z pokoi, a trzy razy w tygodniu pakował jeszcze w osiedlowym
klubie fitness.
Tak, mieszkańcy apartamentowca, w którym mieszkał Net Bielecki, z pewnością nie byli statystycznymi przedstawicielami społeczeństwa.
Chłopak z ulgą wysiadł na parterze i szybkim krokiem, przed sąsiadami,
dotarł do drzwi wyjściowych. Ukłonił się portierowi, panu Januszowi, i wyszedł przed budynek. Felix już tam czekał, oparty o błotnik
zaparkowanego nie całkiem prawidłowo czerwonego Mini Coopera1.
Felix był nieco niższy od Neta, mocniej zbudowany, a dłuższe blond włosy
były utrzymane w większym porządku. Miał na sobie militarną kurtkę M-65
i spodnie moro z mnóstwem kieszeni. Uśmiechnął się na widok Neta,
podszedł dwa kroki i podał mu rękę na przywitanie. Net spojrzał na niego
podejrzliwie. Opieranie się o czyjś samochód było zupełnie nie po
felixowemu, a tym bardziej nie po felixowemu było wstać kwadrans
wcześniej tylko po to, by dotrzeć do szkoły wspólnie z przyjacielem.
- Co się tak szczerzysz? - zapytał Net.
Felix uśmiechnął się jeszcze szerzej i wskazał głową za siebie, tam
gdzie stał czerwony Mini.
- Wgniotłeś komuś błotnik, jak się oparłeś? - zaryzykował Net. - Nie
wierzę. Jesteś na to za porządny.
- Komuś, mówisz? - Felix jeszcze raz wskazał głową samochód. - Zresztą
niczego nie wgniotłem.
Net dopiero teraz zobaczył siedzącą za kierownicą kobietę z krótkimi
blond włosami. Kobieta była znajoma, a nawet bardzo znajoma. To był nikt
inny, jak mama Felixa, a to znaczyło, że...
- Macie nowy samochód?! - Net podszedł i oglądał Mini ze wszystkich
stron. - Aha! Dzień dobry pani - zreflektował się.
- Wsiadajcie, bo czeka nas przebijanie się przez dwukilometrowy korek -
rzuciła Marlena Polon i uruchomiła silnik.
- Niezłe brzmienie, co? - Felix otworzył drzwi pasażera i odchylił
oparcie.
- Ujdzie - przyznał Net. Owo "ujdzie" znaczyło, że brzmienie silnika
jest całkiem w porządku, a nawet znacznie bardziej niż w porządku. -
Aha, ja siedzę z tyłu?
- Nie inaczej.
Net niechętnie władował się na tył i zapiął pas.
- Alfa nie była fajniejsza? - zapytał, gdy dynamicznie ruszyli uliczką
osiedlową.
- Miała większą moc - przyznała mama Felixa. - Ale ten jest lżejszy,
więc wrażenie jest podobne. No i wszędzie nim zaparkuję. Jak się jedzie?
To ostatnie było skierowane do Neta.
- Jak w gokarcie - odparł, ściągając na siebie karcące spojrzenie
Felixa. - Znaczy... w tym pozytywnym znaczeniu słowa gokart. Że sport i tak dalej.
- Nie psuj mamie przyjemności - poprosił Felix. - To nowa zabawka i jest
najlepsza na świecie. Przynajmniej dopóki mama nie obije jej ze
wszystkich stron.
- Nie zamierzam go obijać - powiedziała mama i zatrzymała się dwa metry
od samochodu na końcu kolejki do wyjazdu z uliczki. Wychyliła się nad
kierownicą i podjechała jeszcze kilkanaście centymetrów. - Jeszcze go
dobrze nie czuję - wyjaśniła. - Wolę zachować większą odległość.
- Pamiętasz, jak wyglądały zderzaki Alfy po tygodniu? - zapytał Felix.
Mama machnęła ręką. Wyjechali na główną ulicę i od razu ugrzęźli w korku.
- A ta krata po co? - Net zapukał palcem w metalową kratę zainstalowaną
za zagłówkami tylnych foteli.
- Żeby ładunek nie wpadł do środka przy hamowaniu. - wyjaśniła mama,
skupiając uwagę na zachowaniu dystansu do samochodu jadącego przed nimi.
- Pani ma firmę konsultingową i pijarową2. Ani jedno, ani
drugie nie wpadnie do środka.
- Nie wiem. Pewnie to dla tych, którzy muszą przewozić jakieś duże
ładunki.
- Ta krata skutecznie uniemożliwia przewożenie dużych ładunków -
zauważył Felix.
- Przestałam już analizować logikę przepisów, bo zwariować można. - Mama
odpowiadała automatycznie, skupiając się na prowadzeniu. - To gdzie ona
miała czekać?
- Na Bankowym. Trzeba będzie skręcić w Solidarności.
- Umówiłeś się z Niką? - zapytał z nutką pretensji w głosie Net.
- Żeby się przejechała nowym samochodem - wyjaśnił Felix. - Co w tym
złego?
- Nie, nic... - Net założył ramię na ramię, oparł się mocniej i zapatrzył
za okno.
Dotarcie do placu Bankowego zajęło kwadrans i zrobiło się mało czasu do
ósmej. Nikę zauważyli od razu. Trudno przeoczyć tak charakterystyczną
postać: jeansowa kurtka nałożona na bluzę, czarne Martensy, czarne
rajstopy, plisowana minispódniczka w szkocką kratę, no i rude loki
opadające na ramiona. Felix opuścił szybę, ale zanim zdołał zrobić
cokolwiek innego, Net odpiął pas i wcisnął głowę między zagłówek a słupek drzwi i krzyknął:
- Hej, lala! Może podwieźć?
Nika zerknęła na samochód i już się miała odwrócić, by zignorować
zaczepkę, gdy poznała przyjaciół. Podbiegła do nich.
- Dzień dobry, cześć! Spodziewałam się Land Rovera.
- Tata pojechał wcześniej - Felix wysiadł i odchylił fotel, by wpuścić
Nikę do tyłu - a mama kupiła nowy samochód i ma fazę na jeżdżenie.
Nika objęła Felixa i pocałowała go w policzek.
- Wszystkiego najlepszego - powiedziała.
Net zamarł.
- Skąd taka czułość w kontaktach CZYSTO przyjacielskich? - zapytał,
mrużąc oczy.
- Felix ma dziś urodziny. - Nika spojrzała na Neta karcąco i uśmiechnęła
się do Felixa - poważniejsze życzenia będą wieczorem.
- Urodziny... - mruknął Net i zmarszczył brwi, po czym dodał głośniej -
miałem zamiar złożyć ci życzenia przed szkołą, żeby bardziej uroczyście
było.
- Posuń się lepiej - odparł Felix. - Zresztą to są imieniny.
- Nie będę widział szybkościomierza.
- Zaczyna się od piętnastu, więc nie ma potrzeby go obserwować -
powiedziała Mama. - Nie zanosi się, żebyśmy mieli przekroczyć tę
prędkość.
- Ale ja wolę...
- OK, usiądę tam. - Nika zaczęła się przeciskać na miejsce za kierowcą.
W ciasnym wnętrzu nie było to łatwe, więc najpierw usiadła na kolanach
Neta i dopiero się przesunęła dalej. Zapięła pas i poprawiła włosy. -
Jak prezentacja?
- Śmiga jak Rydz-Śmigły - odparł Net. - Nie bój nic.
Felix wsiadł i zamknął drzwi. Mama ruszyła ostro, by za dziesięć metrów
zatrzymać się za autobusem.
- Nowy samochód - rzucił od niechcenia Felix.
- Zauważyłam. - Nika kiwnęła głową bez zainteresowania. - Dopracowałeś
model?
Felix westchnął, rozczarowany ignorancją przyjaciółki w kwestiach
motoryzacyjnych.
- Jest w bagażniku - powiedział trochę urażonym tonem. - Już się nie
zacina.
- Miło, że się tak angażujecie w życie szkoły - wtrąciła mama. - To uczy
zachowań społecznych. O nie, buraku! Tak nie wjedziesz przede mnie!
Migacz! Migacz się włącza najpierw!
To ostatnie było skierowane do kierowcy, który bez kierunkowskazu
próbował się wcisnąć tuż przed maskę Mini. Okazało się nagle, że mama
dokładnie zna wymiary samochodu.
- Taaak... - mruknął Net. - Angażujemy się z dziką radością.
Prawda wyglądała jednak zupełnie inaczej. Tydzień wcześniej na długiej
przerwie Gerald, którego Net szczerze nienawidził za niegdysiejsze próby
odbicia mu Niki, podszedł do przyjaciół i oznajmił:
- Helenka powiedziała, że macie iść do dyrektora. - Uśmiechnął się
złośliwie. - Podpadliście. Jak się postaracie, to może obędzie się bez
wzywania rodziców.
- Podpadliśmy? - zapytał Net. - A co może wiedzieć o podpadaniu
człowiek, używający dezodorantu marki Przedwczoraj?
Gerald wzruszył ramionami i odszedł.
- Nie mam koncepcji, czym moglibyśmy podpaść... - zastanowił się Felix. -
Może to jakaś stara sprawa.
Zabrzmiał dzwonek i kolejka spod szkolnego sklepiku niechętnie
rozchodziła się.
- Teraz chemia - zauważyła Nika. - Próbówka nie uznaje żadnych
usprawiedliwień nieobecności.
- To będzie musiała uznać - powiedział Felix. - Chodźcie.
Gdy weszli do sekretariatu, pani Helenka omiotła ich beznamiętnym
spojrzeniem zza komputera, którego i tak nie potrafiła obsługiwać.
Siedziała jednak przed włączonym monitorem, bo tego wymagał od niej
dyrektor. Nawet nie próbowała się kryć z piłowaniem paznokci wprost nad
klawiaturą - jej zdaniem klawiatura doskonale nadawała się do
pochłaniania wszelkiego typu okruszków.
- Słucham? - zapytała doskonale obojętnym głosem.
- Pan dyrektor chciał nas widzieć - wyjaśnił Felix.
- Już piszę do niego wiadomość. - Sekretarka ciężko westchnęła i odłożyła pilnik. Spojrzała na ekran, potem na klawiaturę i na próbę
wcisnęła losowy klawisz. - No nie potrafię - podsumowała i wdusiła
czerwony guzik na przedpotopowym interkomie. - Panie dyrektorze, Felix,
Net i Nika do pana.
- Tak, proś kochanieńka - rozległo się z głośnika.
- Wchodźcie. - Pani Helenka wskazała głową drzwi do gabinetu. - Kawy,
herbaty, wody?
- Wody z bąbelkami - odparł zaskoczony Net.
Jednak pani Helenka już straciła zainteresowanie nimi i wcisnęła inny
klawisz, tym razem "E". Pytanie o napoje było więc tylko rutynową
formułką.
- No nie potrafię - powtórzyła.
Felix nacisnął klamkę do gabinetu, zapukać bowiem nie było jak - drzwi
obito gąbką i skórą - i przyjaciele weszli do środka. Dyrektor kliknął
jeszcze kilka przycisków na klawiaturze komputera i wstał zza biurka.
Był niskim, korpulentnym i łysiejącym mężczyzną. Jego garnitur koloru
eleganckiego szmaragdu oczopląśnie kontrastował z kanarkową koszulą i zieloną, błyszczącą metalicznie muchą.
- Witajcie, młodzieży!
Podszedł do przyjaciół, nieco zbyt drobnymi kroczkami w staromodnych
dwukolorowych lakierkach. Wyciągnął rękę i przywitał się z nimi kolejno.
Gdy ściskał dłoń Niki, zdawało się nawet, że zamierza cmoknąć ją w wierzch owej dłoni. Jednak zrezygnował i wskazał całej trójce miejsca na
dobrze im znanej skórzanej kanapie. Sam usiadł w fotelu.
- Cieszę się bardzo, że to właśnie wy zajmiecie się naszą prezentacją.
Wiecie, na czym polega pomysł?
Przyjaciele pokręcili przecząco głowami.
- Zbliża się okrągła rocznica urodzin profesora Stefana Kuszmińskiego,
patrona naszej szkoły. Dokładna data nie jest znana, więc przyjęliśmy
umownie, że rocznica jest w przyszły poniedziałek. Uroczysty apel
odbędzie się na drugiej lekcji. To ważna okazja, więc lepiej, żeby
wszyscy byli wyspani, prawda?
- Prawda - odparł automatycznie Net i szybko zamknął usta.
- Cieszę się, że się zgadzamy - ucieszył się dyrektor, po czym uzupełnił
- dodam, że dyrekcji, czyli mnie, bardzo zależy na tym, żeby wszystko
wyszło idealnie. Zaprosiliśmy dziennikarzy. Nie będzie w tym wiele
przesady, jeśli powiem, że to najważniejszy dzień w roku szkolnym. W końcu czym byłaby nasza szkoła bez tak wielkiego i znamienitego patrona.
Moim zdaniem, a nawet zdaniem całej rady pedagogicznej...
Dyrektor swoim zwyczajem wygłosił kilkuminutową nudną przemowę. Zdaniem
Neta umiejętność mówienia o niczym była jedną z najważniejszych
umiejętności przydatnych w dorosłym życiu. Ludzie, którzy potrafili
jedno proste zdanie rozbić na pięćdziesiąt złożonych, byli skazani na
sukces. Dopiero gdy intonacja dyrektora sugerowała zbliżający się koniec
przemowy, Felix, Net i Nika wyszli z trybu automatycznego przytakiwania.
Gdyby ktoś zapytał ich wtedy o to, co powiedział dyrektor, nie
potrafiliby odpowiedzieć. Jednak ostatnie zdanie Stokrotki zdołało ich
naprawdę zaskoczyć:
- Tym bardziej cieszę się, że to właśnie wy zgłosiliście się, aby
przygotować tę prezentację.
- Zgłosiliśmy? - zapytał cicho Net.
- Na ochotnika. - Dyrektor wstał i zaczął grzebać w równiutkim stosie
papierów, jednej z kilku stert na jego biurku. - To chwalebne. Zaraz
przedstawię wam szczegóły.
Przyjaciele popatrzyli na siebie i zrozumieli przykrą prawdę. Gerald ich
wkręcił, i to wkręcił w najprostszy z możliwych sposobów. Teraz jechali
jak na ścięcie, bo to dziś był ten - uroczysty dla szkoły, a nieszczęsny
dla nich - dzień prezentacji.
- No, jechać, niemrawcze! - jęknęła mama, gdy samochód przed nią za
wolno ruszył spod świateł.
Felix dyskretnie zerknął na zegarek. Do dzwonka zostało dziesięć minut.
Pomysł przedstawiania przyjaciołom nowego samochodu nie wydawał mu się
już tak dobry, jak jeszcze wczoraj wieczorem, ale... Net przesunął dłonią
po desce rozdzielczej. Mini pachniał nowością. To, co miało być matowe,
było idealnie matowe; to, co miało błyszczeć, błyszczało idealnie. Mimo
że plastiki w Mini nie były najwyższej jakości, i tak miło się je
dotykało. Nowe maszyny mają w sobie coś, czego brakuje starym. Ale stare
z kolei, te już przetestowane, sprawdzone i miejscami porysowane, mają
coś innego, coś znacznie ważniejszego. To prawie tak jak z przyjaźnią.
Mama wysadziła ich przed wejściem do szkoły niemal równo o ósmej. Po
szarych schodach do szarej szkoły wbiegali inni spóźnialscy. Przyjaciele
wysiedli. Net elegancko podał Nice dłoń, by ułatwić jej wydostanie się z tylnego siedzenia. Spojrzała na niego ze zdziwieniem, bo zwykle o takich
drobiazgach zapominał.
- Zaczekajcie - Felix powstrzymał przyjaciół, którzy chcieli już wejść
do szkoły. - Jeszcze dźwięk silnika.
Mama ostro ruszyła, a Mini rzeczywiście wyemitował dość głośny warkot.
Trwało to krótko, bo dwadzieścia metrów dalej zapaliło się czerwone
światło.
- Taki większy skuter. - Net uśmiechnął się złośliwie. - Nie no, luz,
fajny jest. Nie tak fajny jak stary Saab, ale ujdzie. Aha! - Wyciągnął
rękę do Felixa. - Wszystkiego najlepszego.
- Dzięki za pamięć. - Felix uścisnął jego dłoń.
- Ta ironia jest nieuzasadniona. W końcu sam bym sobie przypomniał.
- Chodźcie już - ponagliła ich Nika. - Ja przypadkiem lubię historię.
Felix skinął głową. Zauważył jeszcze, że mama odebrała telefon.
- Nie ma zestawu głośnomówiącego - westchnął. - To się źle skończy.
- Sama głośno mówi - dodał Net, gdy wchodzili po schodach. - Wszędzie
widzisz zagrożenia. Skonfiguruj jej telefon, żeby się łączył z radiem
samochodowym. To zajmie minutę,
- Jest skonfigurowany, tylko nie chce jej się tego używać. Nie daję jej
więcej niż tydzień do pierwszego zarysowania.
W tej samej chwili, w której zadzwonił dzwonek, minęli drzwi. Na
szczęście pierwsza była historia, więc dwuminutowe spóźnienie nie
stanowiło problemu. Apel ku czci i pamięci patrona szkoły miał się odbyć
na drugiej lekcji, by uniknąć scen z pokładającą się z senności
widownią. Zbiegli do szatni, aby zostawić kurtki, i dotarli do pracowni
historycznej w chwili, gdy profesor Cedynia dopiero otwierał dziennik.
Nie zwrócił uwagi na ich wejście. Zmęczonym głosem odczytał listę
obecności, nie zwracając przy tym uwagi na odpowiedzi lub ich brak.
Gdyby wszyscy nauczyciele zachowywali się jak profesor Cedynia, dałoby
się pewnie przejść całą szkołę ze stuprocentową absencją.
Profesor wstał i spojrzał na mapę.
- Gdzie to morze...? Hm. - Mrużył oczy za grubymi szkłami, próbując
odnaleźć interesujący go obszar. - To chyba wisi do góry nogami.
- To mapa Rumunii - zlitował się Oskar.
- A, no tak. Chciałem wam pokazać Gdańsk. Mapa Rumunii stwarza tu pewien
problem. Czy ktoś mógłby...?
Uczniowie wodzili po sobie wyczekującymi spojrzeniami. Wreszcie wstała
Nika, przyniosła z szafki na mapy tę właściwą, przedstawiającą
współczesną Polskę, i zawiesiła ją na mapie Rumunii.
- O, dziękuję - powiedział z kilkusekundowym opóźnieniem historyk. - Tak
będzie łatwiej. Tu jest Gdańsk. - Wskazał Łebę. - Czy macie pojęcie,
czym byłaby teraz Polska, gdyby nie masowe protesty opozycji
demokratycznej na wiele lat przed waszym urodzeniem? Niezadowolenie
społeczne z ustroju i rządów PZPR objawiało się w całym kraju strajkami
i demonstracjami. W Gdańsku w sierpniu tysiąc dziewięćset
osiemdziesiątego roku osiągnęło taki poziom, że stało się realnym
zagrożeniem dla władzy...
Uczniowie zajęli się własnymi sprawami. Byli przyzwyczajeni do
przynudzania historyka i wiedzieli, że przez większą część lekcji będą
słuchać jego monotonnego głosu przerywanego jedynie krótkimi
spontanicznymi drzemkami.
- Na pewno wszystko gra z prezentacją? - zapytał szeptem Felix.
- Luz - odparł Net. - Sprawdzałem trzy razy. - Było to oczywiście
nieprawdą. - A jak model?
- Jeden tryb się zacina. Poprawię przed pokazem.
- Uciszcie się - poprosiła Nika. - To jest ciekawe.
- Przecież to historia najnowsza. - Net machnął ręką. - Masz to na
wierzchu sterty makulatury w piwnicy.
- Porozumienia sierpniowe podpisano ponad trzydzieści lat temu.
- To zajrzyj na spód sterty.
Przyjaciele zamilkli. Zdali sobie bowiem sprawę z dwóch rzeczy. Po
pierwsze, że rozmawiają za głośno, a po drugie, że profesor Cedynia
przestał mówić i patrzy na nich.
- Nie interesuje was nasza historia?
Sam fakt, że nauczyciel historii zwrócił uwagę na coś poza swoim
biurkiem, było na tyle zaskakujące, że Net odpowiedział dopiero po
chwili:
- To było tak niedawno, że... to jeszcze nie historia.
Reszta klasy była nie mniej zaskoczona. Wszyscy patrzyli to na
przyjaciół, to na nauczyciela.
- Historia dzieje się teraz - powiedział Cedynia. Westchnął i dodał -
nie doceniacie czasów, w których żyjecie. - Odchrząknął, oklapł po
swojemu i zerknął na mapę za sobą. - O czym to ja...? Aha. Rumunia... więc
upadek reżimu Ceauşescu doprowadził do demokratycznych... Zaraz, co tu
robi Bałtyk?
* * *
Sala gimnastyczna była przystrojona uroczyście. Właściwie sprowadzało
się to, jak zawsze, do ustawienia kilku stołów i nakryciu ich zielonym
suknem, które już nawet było wygniecione w miejscu styku z narożnikami
blatów. Na środku, w przejściu między rzędami foteli, jak zwykle stało
biureczko z laptopem i rzutnikiem obsługiwanym przez Eftepa. Wyjątkiem
był parawan, również z zielonego sukna, za którym znajdowało się
zaplecze prezentacji w postaci stołu i krzesła oraz wielki tort. Tort na
chromowanym restauracyjnym wózku miał być niespodzianką, którą wszyscy
zostaną poczęstowani po prezentacji.
- Przynajmniej szybko zapomną, co im prezentowaliśmy. - Net wskazał
głową tort. - Może i lepiej. Czujesz się dowartościowany, że Kuszmiński
ma urodziny tego samego dnia, co ty?
- Przecież to fikcja - odparł Felix. - Zresztą ja mam imieniny.
Nika siedziała na blacie obok laptopa i majtając nogami, próbowała
powtarzać z kartek swój tekst. Coś jednak nie dawało jej spokoju.
- On nigdy się tak nie zachowywał - powiedziała wreszcie.
- Kto? - Net klepał w klawisze laptopa. - Cedynia?
- Tak. W jednej chwili pozbył się całej senności i popatrzył na nas tak...
bystro.
- Tylko mi nie mów, że masz złe przeczucia.
- Nie... - pokręciła głową. - Chociaż właściwie...
- To dlatego, że za głośno się oburzałaś, że ja jestem za głośno.
- Może i tak... Dobra. Skupmy się na prezentacji.
Wróciła do czytania. Na drugim końcu stołu Felix poprawiał swoją
maszynę. Mruczał przy tym coś pod nosem.
- Znalazłem w sieci film, w którym Kuszmiński macha do kogoś ręką. - Net
kliknął i na ekranie laptopa pojawił się czarno-biały mężczyzna koło
pięćdziesiątki. Miał okulary i szpiczastą bródkę.
Nika z zaskoczeniem spojrzała na ekran.
- Oczywiście, że to nie on. - Net bagatelizująco machnął ręką. - Ale
nikt się nie pozna. Wywaliłem węgierski dialog, więc luz. Z początku się
ciął, kiedy gościu machał. Poprawiłem i bangla teraz jak prawdziwy.
Nika nie zdążyła powiedzieć, co o tym sądzi, bo za parawanem pojawił się
Eftep, nauczyciel informatyki, z kablem zakończonym wtyczką monitorową.
- Musimy zsynchronizować moment włączenia rzutnika - powiedział.
- Możemy go włączyć już teraz - odparł Net.
- To będzie nieprofesjonalnie wyglądało. Włączę, dopiero jak będziesz
uruchamiał prezentację. Dasz mi znak.
- Machnę ręką - powiedział Net i pokazał ruch, jakim dawano sygnał do
startu biegaczom w czasach, gdy nie używano jeszcze pistoletów
startowych.
Mina Eftepa świadczyła o tym, że ten sygnał nie bardzo mu odpowiada. Sam
nie miał jednak innego pomysłu, więc skinął głową i odszedł. Net wpiął
wtyczkę i zerknął na Felixa.
- Jak tam?
- Jeden trybik się zacina i może trzeba będzie popchnąć w krytycznym
momencie - powiedział Felix, nie zwracając uwagi na słowa Niki. - Mało
elegancko to będzie wyglądało. - Spojrzał na przyjaciół. - Czyli jak? -
nie wytrzymał. - Fajny jest ten Mini?
- Fajny, może i fajny - odparł Net znad klawiatury. Popijał sok
pomarańczowy z małej butelki. - Fajniejszy i tak jest Saab mojego taty.
Ma z piętnaście lat, ale jedziesz jak w poduszkowcu.
- Mój też powtarza, że dziś już takich samochodów nie robią.
- Możecie przez chwilkę nic nie mówić - poprosiła Nika. - Mam do wkucia
na pamięć piętnaście zdań.
- Tyle że waszym Land Roverem to się jedzie jak traktorem. - Net
zignorował jej prośbę.
- Teraz już nie - zaprotestował Felix. - Teraz ma zawieszenie
pneumatyczne od Range Rovera.
- Ale potraficie nudzić - przerwała im Nika, opuszczając kartki. -
Skupcie się na pracy. Za trzy minuty zaczynamy.
W ostatecznym rozrachunku okazało się, że nie wyjdą na tym tak źle. Za
poprawnie wykonaną prezentację nagrodą było podniesienie o pół stopnia
ocen semestralnych z polskiego, historii i fizyki. O ile Nika nie miała
problemu z polskim ani z historią, a Felix z fizyką, o tyle Net źle
wypadał ze wszystkiego. Z wyjątkiem matematyki. Warunkiem była jednak
poprawnie wykonana prezentacja.
- Chyba wgrałem tu starą wersję... - Net klawiszował intensywnie. - Tak,
to wersja sprzed ostatnich poprawek. Tamta jest na komputerze w domu.
Może zdążę ściągnąć...
- Nie da rady. Mamy trzy minuty.
- Te głąby nie zauważą różnicy - przyznał Net. - Chociaż w nowej wersji
dodałem takie śmieszne przejście pod koniec... Czekaj, pamiętam, co
zmieniłem.
- Proszę... - Nika znów przerwała powtarzanie tekstu. - Teraz przynajmniej
działa. Coś się zaraz pomyli.
- Nie bój, mała, nic się nie pomyli - zapewnił ją Net. - Nazywam pliki
tak, żeby od razu wiedzieć, który jest najważniejszy. Te cztery
wykrzykniki na początku oznaczają, że to najnowsza wersja.
- A jak nazwiesz jeszcze nowszą wersję?
- Dodaję kolejny wykrzyknik. Proste. Zresztą i tak najpierw wychodzi
Felix.
- Poprawię jeszcze tylko ten trybik, który się zacinał - mruknął Felix,
gmerając we wnętrzu urządzenia.
- Lepiej zostaw... - Nika spojrzała na nich błagalnie. - Zostawcie
wszystko, jak jest. Wiecie, że lepsze jest wrogiem dobrego. To całkiem
trafne przysłowie, więc...
Nie zdążyła dokończyć, ponieważ trybik, wystrzelony rozprężającą się
sprężynką, zniknął. Z boku rozległo się ściszone ciamk!.
- Hm... - Felix wyprostował się i spojrzał na stojący obok tort.
- Słodycze szkodzą na zęby - podsumował Net. - Na kogo padnie, na tego
chrup.
Za zasłonę zajrzał Oskar. Ocenił przygotowania:
- Czyli będzie jak zwykle, bez rewelacji.
- Te matoły i tak tego nie docenią - powiedział ze złością Net. -
Przyszedłeś nam poprzeszkadzać?
- Przyszedłem wam powiedzieć, że na sali słychać wszystko, co mówicie.
Net zniżył się trochę na swoim krześle. Na szczęście parawan szczelnie
oddzielał go od widowni. Nauczyciele zajmowali już miejsca za stołem.
Pan Czwartek, przechodząc obok przyjaciół, pokazał kciukiem good luck.
Oskar wrócił na miejsce, a zamiast niego pojawiła się Jola Chaber,
wychowawczyni drugiej "a".
- Jak idzie? - zapytała, po czym zauważyła - chłopcy, mogliście się
jakoś bardziej elegancko ubrać.
- Po co? - zdziwił się Net. - Przecież wszyscy wiedzą, jak wyglądamy.
- A jak wam idzie?
- Będzie spoko, psze pani. - Net z wysuniętym językiem wpisywał komendy
do linii programu prezentacji. - Jeszcze tylko ostatni szlif tego
brylantu.
Wychowawczyni oceniła stan przygotowań i pełna złych przeczuć, odeszła.
- Wy macie dobrze - odezwał się cicho Net. - Możecie się ubierać, jak
chcecie. A my - marynarka i krawat.
- Nikt ci nie każe nosić krawata - zauważyła Nika.
- Aha. Czyli jeśli chcę być niezależny i pokazać mój buntowniczy
charakter, mogę wybrać opcję "b" i założyć muszkę.
- Wybierz zawód, w którym możesz się ubierać, jak chcesz.
- To głęboko niesprawiedliwe.
Nika odłożyła swoje kartki na blat obok komputera i spojrzała na Felixa.
- Została minuta - przypomniała błagalnym tonem.
- Bez tego trybiku nie będzie działać - Felix pochylił się nad tortem.
Nika klęknęła i wpatrywała się w puszysty krem. Nie dało się dostrzec
miejsca trafienia.
- I tak najpierw leci prezentacja z komputera - pocieszył ją Felix. -
Jak ci idzie?
Net machnął tylko ręką, przy okazji przewracając butelkę i wylewając
resztkę soku. Chwycił pierwszą z kartek z referatem Niki i wytarł nią
sok, nim podciekł pod laptop. Wyjrzał przez szczelinę parawanu i dotarła
do niego powaga sytuacji. Zmiął kartkę w kulkę i rzucił pod wózek z tortem. Zaczął klikać ze zdwojoną prędkością, zapisując kolejne zmiany w plikach z coraz większą liczbą wykrzykników na początku nazwy.
Na podwyższenie wszedł dyrektor Stokrotka i rzucił optymistyczne
spojrzenie za parawan. Net szybko przybrał minę profesjonalisty, który
doskonale wie, co robi i nad wszystkim panuje. Pod jego skórą jednak
wzbierał niepokój, który mogła ukoić chyba jedynie szybka ucieczka poza
zasięg wzroku zebranych.
- Droga młodzieży - zaczął uroczyście dyrektor. - Uczniowie Szkoły Numer
Trzynaście imienia Profesora Stefana Kuszmińskiego, przyjaciele.
Zebraliśmy się tu z okazji szczególnej okazji, która jest okazją do...
Nika wodziła dramatycznym wzrokiem od Felixa do Neta, i z powrotem.
Felix z zaciętą miną nakłuwał tort czymś, co wyglądało jak niezbyt
starannie rozprostowany druciany wieszak. Net mamrotał pod nosem i z szaleństwem w oczach na przemian to pastwił się nad klawiaturą, to gapił
w linijki kodu.
- Początek prezentacji działa w wersji z jedenastoma wykrzyknikami -
mruczał pod nosem, nachylając się do ekranu i licząc wykrzykniki. - To
chyba ten. Ale wywala się końcówka, więc ją wezmę z piętnastowykrzyknikowca... albo szesnasto... Dobra, i to zapiszę jako
dwudziestojednowykrzyknikowiec.
Wszystko zmierzało w stronę nieuchronnej katastrofy. Gdy Nika napotkała
wzrok dyrektora, dotarły do niej jego słowa sprzed sekundy, z których
ostatnim było "Mickiewicz". Nagle poczuła tremę. Jeszcze przed chwilą
jej nie było, a teraz była. I to potężna. Nika przełknęła ślinę,
spojrzała na klikającego zapamiętale Neta, na gmerającego w torcie
Felixa i spróbowała się zmusić do wyjścia zza parawanu. Okazało się to o wiele trudniejsze, niż sądziła. Pisząc i czytając krótki tekst, w ogóle
się nie spodziewała, że odczytanie go może jej sprawić jakikolwiek
kłopot. Na sali panowała cisza, przerywana chrząknięciami i pojedynczymi
szeptami. Dyrektor nadal patrzył na nią wyczekująco. Przecież to proste:
ma tylko podejść do mikrofonu ustawionego obok stolika przeznaczonego
dla Felixowego modelu i powiedzieć tych kilka zdań. Gdzie tu trudność?
Odetchnęła, odkleiła podeszwy od podłogi i wykonała pierwszy krok. Potem
już poszło gładko. Po prawej stronie miała stół z ciałem pedagogicznym,
po lewej milczących, wpatrzonych w nią uczniów. Mechanicznym krokiem
doszła do dyrektora, który z ulgą oddał jej mikrofon, i stanęła twarzą w twarz z tłumem uczniów całej szkoły. Przełknęła, nabrała powietrza i otworzyła usta, by sprawnie i bez zająknięcia wyrecytować krótki
referacik. I zamknęła usta. W głowie miała pustkę. Odchrząknęła, by
zyskać na czasie, a jej chrząknięcie powtórzyły głośniki. Spojrzała na
ukrytego za parawanem Neta, wciąż klikającego i mruczącego pod nosem.
Net poczuł na sobie jej wzrok i posłał jej dramatyczne spojrzenie. Z jego ust wyczytała "Minuta. Mów coś". Jaka minuta? Tu sekunda to
wieczność! Ukłoniła się, uniosła palec, by pokazać, że zaraz wraca, i szybkim krokiem weszła za parawan.
- Co robisz? - syknęła. - Puść tę prezentację.
- Zapomniałem, jak się nazywała jedna zmienna... - mruknął Net,
przewijając na ekranie linie kodu. - Chwila i będzie. Wracaj tam.
Machnął ręką, by szła do mikrofonu, i zrozumiał swój błąd. Eftep skinął
głową i włączył rzutnik. Nad głowami ciała pedagogicznego pojawił się
obrazek z netowego pulpitu przedstawiający Ostatnią Wieczerzę z bohaterami Gwiezdnych wojen zamiast apostołów.
- Puść tę wersję bez zabawnego końca - błagała Nika.
- Ale ja właśnie w niej grzebię. Mów im coś.
Nika poczuła, jak opadają jej ramiona. Spojrzała błagalnie na Felixa -
był zajęty nakłuwaniem tortu multitoolem. Podeszła do niego i zapytała
szeptem:
- Możesz to teraz uruchomić?
- Bez tego trybiku nie da rady - Felix z zapałem sondował tort. - Nie
mógł się wbić głęboko...
Nika dała uspokajające znaki dyrektorowi i chwyciła swoje kartki.
Trudno, przeczyta, zamiast wyrecytować. Ale...
- Gdzie pierwsza? - zapytała Neta.
- Zacznij od drugiej. Sok się wylał...
- Nie wierzę...
Z boku rozległ się przeraźliwy pisk. Nika i Net spojrzeli na Felixa,
który teraz małym wykrywaczem metalu badał tort.
- Przypomniałem sobie, że go mam - wyjaśnił szeptem. - A tryb jest
gdzieś tu. - Wskazał palcem połowę wysokości tortu. - I niezbyt głęboko.
Odłożył wykrywacz i sięgnął po łyżeczkę. Wbił ją w tort i delikatnie
wyjął kawałek, który odłożył na talerzyk z taką troską, jakby miał
zamiar potem włożyć go na miejsce. Pisk powtórzył się. Tym razem trwał
dłużej i ewidentnie nie pochodził z wykrywacza. Nika uniosła prawą dłoń
i zauważyła, że trzyma w niej mikrofon. Włączony mikrofon.
- O nie... - powiedziała, a głośniki powtórzyły za nią.
Obejrzała się i napotkała wielkie jak spodki oczy dyrektora i nauczycieli.
- Gotowe, jedziemy z tą porutą - oznajmił cicho Net. Cicho, ale
przypadkiem prawie bezpośrednio do mikrofonu, z którego obecności nie
zdawał sobie prawy. Nika szarpnięciem cofnęła mikrofon, by Net nie
powiedział nic więcej. Trąciła butelkę, która znów się przewróciła, i Nika patrzyła, jak butelka, niczym na zwolnionym filmie, toczy się w stronę brzegu stołu. Dziewczyna wyciągnęła ramiona, by ją złapać, ale
trzymała przecież mikrofon. Net również rzucił się, by łapać butelkę.
Niestety, w obliczeniach nie uwzględnił tego, że sam przy tym stole
siedzi. Podbił blat, posyłając tym samym butelkę jeszcze szybciej na
ziemię. Zdołał złapać laptop, ale krawędź blatu trąciła parawan. Parawan
zachwiał się, chwilę bujał w niepewności, po czym z hukiem zwalił się na
podłogę, odsłaniając całe zaplecze prezentacji jak w stop-klatce: Nikę
zamarłą w pozycji pianisty przy niewidzialnym fortepianie, Neta
przewieszonego przez przekrzywiony stół w beznadziejnej próbie złapania
butelki i Felixa drążącego łyżeczką jamę w torcie.
W zupełnej ciszy słychać było tylko toczącą się butelkę. Potem maszyna
Felixa spadła, roztrzaskując się i wystrzeliwując w powietrze
kilkanaście trybów. Z głośników rozległa się muzyka rozpoczynająca
prezentację. Net spojrzał na laptop, który trzymał w prawej dłoni, a dokładniej na kciuk naciskający klawisz "enter".
- Ups... - zdążył jeszcze powiedzieć, nim prezentacja ruszyła.
Fałszywy Kuszmiński powiedział coś po węgiersku i uniósł dłoń w geście
pozdrowienia. I wtedy film się zaciął.
- O jeden wykrzyknik za daleko... - szepnął Net.
Na filmie powtarzała się w kółko półsekundowa sekwencja: ostatnia
węgierska sylaba i urwany ruch ręki. Dawało to efekt, jakby fałszywy
profesor próbował ciosem karate upolować komara.
- Niezły psychodel - zauważył na głos siedzący w pierwszym rzędzie
Gilbert.
To wystarczyło, by cała sala wybuchła śmiechem, od którego zatrzęsły się
szyby.
* * *
- Awaria rzeczywistości - podsumował Net, gdy siedzieli na schodach
prowadzących do sali gimnastycznej. - Raz na wozie, raz we wodzie.
Felix przytaknął smutno, bawiąc się ostatnim ocalałym trybem. Nika tylko
westchnęła.
Wymknęli się z sali gimnastycznej, nawet nie próbując tortu. Dyrektor
nie skarcił ich, nie zagroził konsekwencjami, tylko wyszedł na środek i jak gdyby nigdy nic wygłosił pięciominutową przemowę zachwalającą
dokonania naukowe profesora Kuszmińskiego, wyrażając przy tym nadzieję,
że uczniowie pójdą w jego ślady. Eftepowi znacznie więcej czasu zajęło
zorientowanie się, że należy wyłączyć rzutnik z węgierskim karateką.
Sala zareagowała na to pomrukiem zawodu. Dopiero wtedy Net wypiął
wtyczkę z laptopa i przyjaciele dyskretnie wycofali się poza zasięg
wzroku kolegów i nauczycieli.
Zabrzmiał dzwonek, więc szybkim krokiem przemieścili się w mniej
eksponowane miejsce. Było to błędem, ponieważ później musieli stamtąd
dotrzeć do sali polonistycznej, przechodząc przez kolejne korytarze i schody, mijając przy tym chyba połowę uczniów szkoły. Zapewne nikt z nich nie miał pretensji o to, co się stało - przecież wyszło lepiej, niż
można się było spodziewać, bo wpadki zawsze są najciekawsze. Jednak
spojrzenia rzucane im na korytarzu przez innych nie były miłe. Takimi
spojrzeniami zwykle obdarza się opóźnione w rozwoju dziecko.
Dotarli do pustej jeszcze sali i z ulgą usiedli na swoich miejscach.
- Oby to do nas nie przylgnęło - mruknął Net. - Musimy teraz zrobić coś
megapozytywnego. Wysłać kanapki do Afryki, czy coś.
- Musimy przeprosić Stokrotkę - odparła Nika.
- No coś ty?! Po co? I tak nici z podwyższonych ocen.
- Zawiedliśmy jego zaufanie.
- Cała szkoła uważa nas za retardów, a ty chcesz, żebyśmy jeszcze
przepraszali? - Net zdecydowanie pokręcił głową. - Świat powinien nas
przeprosić za opresyjne prawa Murphy'ego3.
- Więc o to chodziło! - wykrzyknął niespodziewanie Felix i zaczął
grzebać w plecaku. - Już rozumiem.
Net i Nika spojrzeli na niego, oczekując odkrywczego wyjaśnienia
przyczyny ich niepowodzenia.
- Wiem, gdzie tkwił błąd. - Felix otworzył brudnopis i przekartkował
strony zarysowane schematami maszyn. - Zastosowałem złe łożyskowanie.
Dlatego tryb się zacinał.
Net z rezygnacją oparł czoło o blat.
- Przyjaźnię się z mutantami - powiedział sam do siebie.
Do sali wszedł Oskar.
- Rewelka - rzucił od progu. - Z miejsca, gdzie siedziałem, głowa
Stokrotki wyglądała jak wielki łysy kokos, który próbuje rozbić ten
węgierski Chuck Norris. Doskonała robota.
- Serio? - Net uniósł głowę i spojrzał na Oskara z nadzieją. - Naprawdę
dobrze wyszło?
- Jasne, nie kadzę. Masz pożyczyć dwie dyszki do jutra?
- Coś tak czułem... - Net posmutniał, wygrzebał z kieszeni zwinięty niemal
w kulkę banknot i wręczył koledze. - Nie wydaj na głupstwa.
Ku zaskoczeniu przyjaciół nikt z klasy nie zamierzał się z nich ani
wyśmiewać, ani żartować. Wyglądało, jakby wszyscy kolejno wchodzący do
sali zapomnieli, co się wydarzyło.
- Impreza kręci się od osiemnastej? - zapytała Aurelia, szczerząc
olśniewająco białe zęby.
Felix przytaknął z uśmiechem. Nika wstała i odciągnęła Neta za łokieć w kąt.
- Felix zaprosił Aurelię? - zapytała szeptem.
- Nie wkurzaj się. Zaprosił wszystkich. Jest dobrym człowiekiem.
- Więc także Geralda.
Net spoważniał.
- Po namyśle - powiedział - jest złym człowiekiem.
- Może zapraszać kogo chce, to przecież jego urodziny. Imieniny. A my
musimy jeszcze kupić prezent.
- Tak to jest, jak się zostawia wszystko na ostatnią chwilę - pokiwał
głową Net.
- Trzy razy chciałam jechać w zeszłym tygodniu i w jeszcze poprzednim...
- Ojtam, ojtam. Przecież to proste. On się ucieszy z byle śrubokrętu z gwizdkiem.
- Chyba jednak nie. Nie możemy mu kupić czegoś na odwal.
Dalszą rozmowę przerwał dzwonek. Do klasy weszła pani Jola. W żaden
sposób nie skomentowała katastrofy sprzed kilkunastu minut. Powiodła
spojrzeniem po klasie.
- Gdzie jest Gerald? - zapytała.
- Pojechał do dentysty - wyjaśnił Lambert. - Złamał ząb na torcie.
Z końca sali dobiegł diaboliczny chichot. Szybko ucichł.
- Przepraszam - bez cienia skruchy w głosie powiedział Net. - To takie
smutne...
- Nieładnie tak się śmiać z czyjegoś nieszczęścia - zauważyła
wychowawczyni.
- To nerwowa reakcja na stres. Mam to też na pogrzebach. Myślałem raczej
o tym, że przy tej okazji... - Net zamachał dłońmi, szukając ciągu
dalszego. - No, że dentysta sprawdzi mu ogólny stan uzębienia i to
pomoże uniknąć... na przykład leczenia kanałowego w przyszłości. Mniej
cierpienia, szczęśliwszy człowiek. Samo dobro. Dlatego się zaśmiałem.
Ucieszyłem.
Ze względu na miłość autora do motoryzacji i jego wrodzoną
krnąbrność, w tej książce nazwy samochodów są pisane wielką literą. [wróć]
PR - Public Relations zajmuje się kształtowaniem stosunków
działającego publicznie podmiotu z jego otoczeniem. [wróć]
Prawa Murphy'ego - zbiór popularnych, często humorystycznych
powiedzeń, sprowadzających się do założenia, że sprawy pójdą tak źle,
jak to tylko możliwe. [wróć]
2. Nudy, jak zwykle
Net i Nika szli starą uliczką w tej części Woli, gdzie zachowało się
sporo przedwojennych kamienic. Niektóre były w kiepskim stanie
technicznym lub wręcz niszczały, opuszczone. Teraz sąsiadowały z pasującymi jak pięść do nosa nowoczesnymi, za to w większości zwykle
brzydkimi budynkami mieszkalnymi i biurowcami. Samochody parkowały
wszędzie, czasem prosto przy krawężniku, ale częściej przynajmniej dwoma
kołami na chodniku. Niektóre zupełnie bez powodu zajmowały niemal cały
chodnik. Przyjaciele z trudem szli obok siebie, co chwilę trzeba było
bowiem omijać samochody i psie kupy, które wyłoniły się spod stopniałego
śniegu.
- Gilbert opowiadał, że jego ojciec zawsze nosi w kieszeni lateksową
rękawiczkę - odezwał się Net. - Jak czyjś pies zrobi kupę na chodniku
niedaleko ich domu i właściciel psa nie sprzątnie, to pan Kurtacz
zakłada tę rękawiczkę, podnosi kupę i wkłada mu ją do kieszeni.
Nika parsknęła śmiechem.
- Łe.... Obrzydliwe.
- Ale mają najczystszą ulicę w Warszawie. - Net rozglądał się po
okolicy. - Rękawiczka jest ponoć jednorazowa. Pamiętasz, jak się nazywał
ten niesklep? M-65? AK-47? B-52?
- Pamiętam, że był w suterenie - odparła Nika. - I pamiętam, że nie było
w nim nic, co sama chciałabym dostać.
- Wczuj się trochę. Przecież nie damy Felixowi lokówki. I tak o naszym
zapomni, jak dostanie prezent od ojca.
- Wiesz coś?
- Wiem od mojego, że obaj coś szykują na wieczór. Ale znasz go. Jak coś
jest top top top secret, to nie puści pary.
- Jest!
Niesklep nazywał się "T-34" i wyglądał tak, jak go zapamiętali z poprzedniej wizyty, kiedy przyprowadził ich tu Felix. W miniaturowej
witrynie demobilu tłoczyły się obok siebie wojskowe chlebaki, hełmy,
pordzewiałe bagnety, łuski po pociskach, modele czołgów i masa innego
drobiazgu. Netowi zaświeciły się oczy, za to Nika wyglądała, jakby miała
właśnie wejść do dentysty.
Wąskimi schodkami, przez malutkie drzwi zeszli dwa metry poniżej poziomu
ulicy. Po pokonaniu krótkiego przewężenia znaleźli się w niskim, lecz
całkiem sporym pomieszczeniu. Rzeczywiste jego rozmiary trudno było
ocenić z powodu ilości zgromadzonych tu przedmiotów: od mundurów
wszystkich armii świata, poprzez plecaki, zwoje lin, aż po gabloty z dziesiątkami naszywek, przypinek, klamerek i pasków. Oddzielną witrynę
zajmowały karabiny, pistolety i noże taktyczne. W słabym oświetleniu
zakamarki pomieszczenia ginęły w mroku.
- Jak sklepik osiedlowy w Kabulu - podsumował Net.
W rogu coś się poruszyło i zupełnie znikąd pojawił się tam niski
mężczyzna w mundurze moro.
- O, przepraszam. - Nika wzdrygnęła się. - Nie zauważyliśmy pana.
- Bardzo dobrze. Do tego właśnie służy kamuflaż. - Sprzedawca poklepał
się po mundurze. Był to sierżant Papryka, którego poznali podczas
poprzedniej wizyty w sklepie. Wyglądał jak dyrektor magister inżynier
Juliusz Stokrotka, tylko bardziej - był niższy, grubszy, bardziej łysy i starszy. - Czym mogę służyć?
- Szukamy prezentu. - Net podniósł z biurka zieloną puszkę z przyciskiem
na górze. - Co to jest?
- Mina przeciwpiechotna.
Net zbladł i ostrożnie odłożył puszkę.
- Nie ma ładunku - wyjaśnił sierżant. - Ale jak się na nią nastąpi,
wydaje metaliczne kliknięcie. Potrafi nastraszyć włamywacza.
- Felix ma w domu wiele rzeczy, które znacznie bardziej potrafią
nastraszyć włamywacza.
- Felix? - zastanowił się sierżant. - Przez "x" na końcu?
- Ten sam.
- A, to mój stały klient. No, częściej oglądacz niż klient, ale... stały.
- To może nam pan doradzi, co mu kupić na prezent - poprosiła Nika. -
Zna pan dobrze jego gust.
- Mam tu rzeczy do sprzedania, do wymiany, do oddania w dobre ręce, a nawet takie, które jak weźmiecie, to chętnie dopłacę - wyrecytował swój
slogan sprzedawca. - Najchętniej te radioaktywne.
Przyjaciele spojrzeli po sobie ciut niepewnie.
- Żartowałem. - Sierżant wyszczerzył zęby. - Może plecak modułowy molle?
- Wskazał plecak obszyty masą pasków. - Dziś kupujecie plecak, a podróżując po świecie, dokupujecie do niego kolejne kieszenie.
- Cztery stówy? - Nika uniosła brwi. - Mamy osiemdziesiąt złotych.
- To może krawat taktyczny? - Niesprzedawca wyjął spod lady krawat moro
z kilkoma kieszonkami, przelotkami na naboje, szlufkami, karabińczykami
i wszytym kompasem. - Od spodu ma ukrytą piłkę do metalu i otwieracz do
konserw. Dyskretny i elegancki. Sześćdziesiąt pięć złotych.
- Zbyt... - Nika szukała odpowiedniego słowa - zbyt elegancki jak dla
Felixa. Lepiej... rozejrzymy się.
- Jasne. - Sierżant przytaknął ze zrozumieniem. - Jakby co, siedzę tu i wyjmuję ładunki z pozostałych min.
Zapalił lampkę, która oświetliła stertę puszek na skraju biurka.
Przyjaciele szybkim krokiem oddalili się w głąb niesklepu.
- Mina przeciwpiechotna ma chyba mały zasięg rażenia - szepnął Net.
- Wiem tylko, że nie podoba mi się tu - odparła Nika. - Wybierzmy coś i chodźmy.
- Może spodnie? - Net rozsunął wiszące ubrania. - Te mają dużo kieszeni
na śrubokręty z gwizdkami, czy co tam będzie chciał nosić.
- One są używane! - zauważyła Nika.
- Bo to demobil.
- Ale są droższe od nowych.
- Bo to demobil.
- Chcesz kupić na prezent używane spodnie?
Net zastanowił się.
- Fakt. Źle brzmi.
Od strony biurka rozległ się odgłos upadającego metalowego przedmiotu i zduszone przekleństwo. Przyjaciele zmartwieli.
- Chodźmy już, co? - zaproponował Net. - Kupimy jakiś badziew w bezpieczniejszym miejscu.
Nika nie zamierzała oponować. Porzucili oglądanie dalszych czeluści
demobilu i ruszyli do drzwi trasą jak najbardziej odległą od biurka,
sierżanta i min przeciwpiechotnych. Nagle Net zatrzymał się gwałtownie,
zagapiwszy się na leżące pod ścianą jedne na drugich części starych
maszyn. Szturchnął Nikę łokciem i wskazał metalowy sześcian wielkości
akumulatora samochodowego. Obudowę pokrywały zegary, lampki, pokrętła i przełączniki.
- Kuchenka elektryczna z czasów drugiej wojny światowej - wyjaśnił
nieproszony o to niesklepikarz. - Nie działa. Oddam za dwie stówki.
- Za dwie stówki? - Net nie spuszczał wzroku z przedmiotu. - Przecież
nie działa.
- Ale jest stara. Felix tylko się ucieszy, że może ją naprawić. Spuszczę
ze dwie dychy, ale nie więcej.
- Mamy osiemdziesiąt złotych.
- Sto pięćdziesiąt i jest wasza.
- Fizycznie mamy osiemdziesiąt jeden pięćdziesiąt - oświadczył twardo
Net. - Chyba że przyjmie pan w rozliczeniu nieskasowane bilety. Nawet do
bankomatu nie możemy skoczyć.
- Sto - rzucił z przykrością sierżant. - Taniej nie mogę, bo dopłacę.
Chyba że... - Podrapał się w brodę. - Chyba że weźmiecie dwie miny
przeciwpiechotne. Te z ładunkiem kosztują minus dziesięć. Bez gwarancji,
że wybuchną, kiedy potrzeba - dodał na zachętę, po czym uzupełnił
znacznie ciszej - i bez gwarancji, że nie wybuchną, kiedy nie trzeba.
Net i Nika popatrzyli na siebie i jednocześnie pokręcili głowami.
Pożegnali się i szybko wyszli.
- Facet sam nie wie, co ma w niesklepie - stwierdził ponuro Net. -
Kolejny dowód na to, że każdy dobry uczynek wraca do ciebie nuklearnym
bumerangiem. Gdybym nie pożyczył dwudziestu złotych Oskarowi, mielibyśmy
z dyńki. Szkoda. Nawet niedziałające Kryształowe Serce to byłby
doskonały prezent.
* * *
Centrum handlowe przywitało ich nieustającą nigdy atmosferą bliżej
nieokreślonych świąt, na które trzeba kupować wciąż nowe prezenty. Tym
razem nie było to dalekie od prawdy. Stanęli w wielkim hallu, nie
wiedząc, w którą stronę iść.
- Nie lubię tłumu - powiedziała Nika. - Zróbmy to szybko.
- Problem z centrum handlowym jest taki, że jest tu cała masa rzeczy,
które mógłbym kupić - odparł Net - ale bardzo mało rzeczy, które
naprawdę chciałbym kupić.
- Zapisz to w kajeciku ze złotymi myślami. A teraz wymyśl, co kupić
powinniśmy. Mamy dwie godziny.
Net spojrzał na zegarek, którego nie miał. Spojrzał więc na wyświetlacz
telefonu i rzeczywiście, była już czwarta. Pociągnął Nikę do pierwszego
lepszego sklepu. Wpadli w regały ze spodniami.
- Takie same jak w demobilu - zauważyła dziewczyna.
- Tylko z gorszego materiału i trzy razy droższe. Tyle kosztuje metka.
W kolejnych sklepach nie było wcale lepiej. Po czterdziestu minutach Net
stanął pod ścianą i zamknął oczy.
- Nie spodziewałem się, że tak trudno będzie coś znaleźć w miejscu,
gdzie są ze dwie setki sklepów.
- Bo to miejsce, gdzie łatwo wydać pieniądze - przyznała Nika - ale
trudno kupić coś sensownego.
- Mogliśmy brać te miny przeciwpiechotne.
Po krótkim odpoczynku weszli do księgarni i skierowali się do regału z fantastyką. Przejrzeli okładki i opisy kilkunastu książek i nie znaleźli
niczego, co na pewno spodobałoby się Felixowi.
- Nie wiemy, co ma na półce - stwierdziła Nika. - Nie zrobiliśmy
rozeznania. - Podeszła do następnego regału. - Może poradnik?
- Po co? Przecież Felix wszystko wie.
Nika sięgnęła po poradnik Jak schudnąć bez diety i ćwiczeń. Otworzyła
i przekartkowała. Na każdej stronie był taki sam napis "Nie da się".
Odłożyła książkę i ruszyła w stronę wyjścia.
- Chodź. Mam pomysł.
- Jak mu kupimy tanią wiertarkę w hipermarkecie, to pomyśli, że go
bardzo nie lubimy - zaznaczył Net.
- Nie chcę mu kupować żadnej wiertarki.
Dotarli do witryny sklepu papierniczego. Nie był to zwykły sklep, gdzie
kupuje się szkolne zeszyty i cyrkle, ale raczej taki, gdzie przede
wszystkim wydaje się pieniądze.
- Sklep papierniczy. - Net ogarnął wzrokiem wystawę. Nie udało mu się
znaleźć na niej ani jednego przedmiotu, który by go zainteresował. -
Chcesz mu kupić nowe pióro wieczne? W takim za osiem dych na pewno nie
będzie polskich znaków.
Nika spojrzała na niego z rozbawieniem.
- Aż takim lamerem nie jestem.
Miała zamiar wejść do sklepu, ale prawie wpadła na Aurelię.
- O, cześć! - Uśmiechnęła się zaskoczona, ale zaraz spoważniała.
- Znów spotykamy się w galerii handlowej - stwierdziła Aurelia. -
Przychodzisz tu oglądać wystawy?
- Raczej ludzi, których sensem życia są zakupy.
- Dziewczyny... - Lucjan objął ramieniem Aurelię. - Nie zaczynajcie
znowu. Macie już prezent?
- Klaruje się nam koncepcja - odarł Net, również obejmując Nikę.
Wyglądało to trochę tak, jakby Lucjan i Net nie chcieli dopuścić do
bliższej damskiej konfrontacji, choć nikt nie miał zamiaru nikogo bić.
Prawdopodobnie.
- Prezent będzie szczególny - powiedziała zimno Nika. - I drogi.
Rozbiłam skarbonkę.
Aurelia patrzyła na koleżankę spod przymrużonych powiek.
- Mogą nie przyjąć zapłaty w pięciogroszówkach - odpaliła.
- Lepsze pięciogroszówki niż karta kredytowa ojca.
- Nieważne, skąd są pieniądze, ważne, że są. - Aurelia wyswobodziła się
z objęć Lucjana, ale zaraz wzięła go za rękę i odeszła, holując chłopaka
za sobą.
- Zachowujecie się jak dwa bojowniki w wersji ssaczej - stwierdził Net.
- Pamiętasz, że mamy tylko osiemdziesiąt złotych?
- Załatwiłam tylko Felixowi fajny prezent od Aurelii. Chodź. -
Pociągnęła go za rękę. - Już wiem, co mu kupimy. Ale nie tutaj.
* * *
Ledwie kilka minut spacerku od galerii handlowej i do okolicy
przestawało pasować określenie "reprezentacyjna". Samochody przemykały
dziurawą ulicą między nieczynnymi magazynami a obskurnymi warsztatami
samochodowymi. Nika szła za rękę z Netem i rozglądała się. Ściemniało
się szybko.
- Byłam tu ze dwa lata temu - powiedziała. - Mam nadzieję, że ten sklep
jeszcze istnieje.
- Masz na myśli sklep z oponami czy skład budowlany? - Net podejrzliwie
zerkał po podwórkach.
- Mam na myśli sklep papierniczy.
- Chyba skup makulatury.
- To tutaj! - ucieszyła się Nika.
Dotarli do wjazdu prowadzącego między mało reprezentacyjnymi budynkami.
Skręcili i znaleźli się na rozległym dziedzińcu między różnej wysokości
ceglanymi budynkami starej fabryki, w enklawie porządku i estetyki
pośród zaniedbanej części miasta. Kawałek dziedzińca zajmował brukowany
parking z bajeranckimi samochodami, a resztę minipark ze starymi
drzewami, alejkami i latarenkami. Kręciło się tu sporo ludzi, jednak
znacznie mniej niż w ruchliwym centrum handlowym. Przez oświetlone okna
widać było wnętrza knajp i sklepików.
- Nieźle się tu zakonspirowali - stwierdził Net.
Sklepik papierniczy, którego szukała Nika, był wciśnięty między
winiarnię a salon wnętrzarski. Nazywał się "Masz wiadomość". W małej
witrynie ułożono zeszyty, pióra wieczne, arkusze grubego papieru z wplecionymi fragmentami zasuszonych roślin, piękne zakładki, ręcznie
oprawiane notesiki i pawie pióra z osadzonymi stalówkami. Net nie zdążył
się przyjrzeć dokładniej, Nika pchnęła bowiem drzwi i weszła do środka.
Wnętrze było równie małe i ciasne, zastawione regałami i półeczkami z wyrobami papierniczymi, pudełkami z kolorowym lakiem, kałamarzami,
stalówkami i wieloma bliżej niezidentyfikowanymi przedmiotami. Nie było
za to widać sprzedawcy.
- Dzień dobry - powiedziała Nika.
Zrobiła to zdecydowanie za głośno. Papier tłumił echo, więc panowała tu
niemal idealna cisza i każde szurnięcie butem urastało do rangi łoskotu.
W dalszej części znajdował się stół roboczy zawalony różnej wielkości i koloru arkuszami papieru, którego skrawki leżały również na podłodze.
- Dobry wieczór - rozległo się z głębi i z zaplecza wyszła chuda i siwa
kobieta po pięćdziesiątce. Uśmiechała się łagodnie. - W czym mogę pomóc?
- Na razie chwilę się rozejrzymy - odparła Nika. - Wiem, czego szukamy,
ale chcę to sama znaleźć.
- Ja nie wiem, czego szukamy... - mruknął Net. - Nie sądziłem, że kupno
prezentu może być tak trudne.
- Jeśli prezent ma sprawić radość obdarowywanemu, to jego znalezienie
wymaga czasu - powiedziała kobieta. - Rozejrzyjcie się spokojnie. Będę
tutaj, gdybyście chcieli się o coś zapytać. - I zajęła się papierem
leżącym na stole roboczym.
Nika rozpoczęła systematyczne przeglądanie zawartości regałów. Net
wykazywał mniej entuzjazmu. Nie bardzo wiedział, co tutaj może się
nadawać na prezent dla Felixa. Nie licząc nowego pióra wiecznego. Ale
ceny naprawdę dobrych piór zaczynały się od kilkuset złotych, a poza tym
Felix lubił swoje stare pióro.
Wziął w dłonie oprawiony w skórę zeszyt, choć z racji rozmiarów i ciężaru bardziej pasowałoby do niego określenie "księga". Choć miał
grubość kilku centymetrów, wewnątrz znajdowało się nie więcej niż sto
kartek. Każda była gruba i postrzępiona na krawędziach, jakby zamiast
przycinać do formatu, ktoś poodrywał zbędne fragmenty.
- Wygląda jak wyłowiony z wraku i obgryziony przez myszy - zauważył
cicho Net.
Nie przyciszył jednak głosu dostatecznie, bo sprzedawczyni wyjaśniła:
- To papier czerpany. Każda karta została wykonana ręcznie.
- Aha... To wyjaśnia dodatkowe zero w cenie.
Odłożył delikatnie księgę i śladem Niki ruszył na zwiedzanie sklepiku.
Na wszelki wypadek ręce trzymał z tyłu, żeby znów nie dotknąć czegoś, co
kosztowało tyle, ile mały telewizor. Długo jednak nie wytrzymał.
- O, kałamarz z atramentem sympatycznym. - Dotknął małego słoiczka z bezbarwnym płynem wewnątrz.
- Sztuczne łzy - wyjaśniła sprzedawczyni, nie odrywając się od pracy. -
Do podkreślania wymowy listów miłosnych.
Net pokiwał głową ze zrozumieniem, choć nie był do końca pewien, czy
kobieta nie żartuje.
- Nie pamiętam, kiedy napisałem analogowy list - stwierdził jeszcze
ciszej. - Bardziej przydatne byłyby e-łzy.
- Emotikony stoją na półce wyżej - dodała sprzedawczyni. - Ale nie
dołączysz ich do e-maila.
Net pufnął i pomyślał, że lepiej już się nie odzywać. Nic nie wskazywało
na to, by Nika miała zamiar szybko zakończyć poszukiwania czy raczej
delektowanie się asortymentem, zajrzał więc na wspomnianą półkę. Wziął w dłonie ciężki mosiężny stempel, którego gumowy spód wyglądał jak usta
ułożone do pocałunku.
- Stempel do podpisywania listów całusem - wyjaśniła sprzedawczyni.
- Aha... - Net szybko odłożył stempel i rozejrzał się w poszukiwaniu
kamery. Nie znalazł jej. Wetknął ręce w kieszenie, ale ciekawość
zwyciężyła. Powrócił do przeglądania półki z emotikonami. Była tam
praska zostawiająca na papierze odcisk zębów i stał dziurkacz wycinający
otwory w kształcie szram po wilczych pazurach. Najciekawszy okazał się
jednak elektryczny model "windykator", który prócz otworu o centymetrowej średnicy zaginał i przypalał jego brzegi, by list wyglądał
na przestrzelony. Głębiej stał słoiczek z mlecznym płynem i rysunkiem
czosnku na etykiecie, zapewne przydatny podczas listownego kończenia
romansu. Gdy sięgnął po małe srebrne puzderko, to wymsknęło mu się z dłoni. Złapał je w ostatniej chwili, ale zawartość w postaci szarego
proszku wysypała się na jego bluzę.
- Upapierniczyłem się. - Zaczął się otrzepywać.
- To sztuczny kurz - odezwała się sprzedawczyni. - Do postarzania
listów, żeby wyglądały, jakby od lat nikt ich nie czytał.
- Mam nadzieję, że nie jest drogi...
- Nie. Robię go z prawdziwego kurzu. Nie przejmuj się. Na koniec dnia
planowałam zetrzeć kurze.
Net wytarł starannie ręce i spojrzał na konstrukcję składającą się z dwóch piór połączonych systemem dźwigni. Według opisu na podstawce
urządzenia, służyło ono do pisania od razu w dwóch egzemplarzach.
- Praktyczne, kiedy się ma dwie dziewczyny o tym samym imieniu -
powiedział, nawet nie starając się szeptać. - Czego właściwie szukasz?
- Zaraz zobaczysz. Zbliżam się do celu... Jest! - Nika wyciągnęła coś z głębi regału. - Musimy to jeszcze ozdobić i mamy dobry prezent.
* * *
Net i Nika dotarli do Felixa na kwadrans przed czasem. Nie obeszło się
bez powitalnego wymiziania Cabana. To wstępne wymizianie czarnego
kudłatego psa od zawsze było opłatą za wstęp do domu Polonów.
Kuchnia wyglądała jak taśma produkcyjna. Golem Golem kroił chleb i smarował kromki masłem, a Felix kładł szynkę lub ser. Tak przygotowane
kanapki Laura dekorowała oliwkami, pomidorami i całą resztą
dobrodziejstw, jakimi zwykle dekoruje się kanapki. Dwumetrowy android
precyzyjnie rozsmarowujący masło to zdecydowanie osobliwy widok.
Przyjaciele przywitali się z Laurą i odwiesili kurtki.
- Masz szminkę na uchu - rzucił Net do Felixa.
- Poważnie? - Felix zaczął pocierać ucho.
- Żartowałem. Cześć, Golem Golem.
Android odwrócił się w jego stronę i skinął głową.
- Cześć, Net. - Przeniósł wzrok na Nikę i ponownie skinął głową. -
Cześć, Nika.
- Jak zwykle tryskasz entuzjazmem. - Net zatarł ręce. - Dobra, pomóc w czymś? Nie, to trudno. Zaniosę chipsy i rozgrzeję telewizor.
Chwycił miski z chipsami i już miał się wymknąć z kuchni.
- Możesz smarować chleb masłem - powiedziała szybko Laura.
- Przecież Golem Golem smaruje.
- Jest za dziesięć szósta - wtrącił się Felix. - Goście nie powinni go
zobaczyć. Zaraz musi się ukryć. Smaruj.
- Ale po co masło? - westchnął Net. - Masło jest jak ninja - mały,
żółty zabójca.
Przestawił Felixowy laptop z przepisem na sałatkę otwartym na ekranie.
Coś sobie skojarzył i spojrzał na Felixa. Zauważyła to Laura.
- Jeżeli chodzi o Manfreda, to już się poznaliśmy - wyjaśniła z uśmiechem. - Zapytałam Felixa, dlaczego mamy same zielone światła.
Szliśmy tu piechotą. Przedstawił mi Manfreda i trochę sobie pogadaliśmy.
- Los tajnos projektos wypaplatos - mruknął Net i zwrócił się do
komputera - cześć, Manfred. I jak ci się podoba nowa dziewczyna Felixa?
- To była jakaś poprzednia? - Kamera obróciła się w stronę Laury. -
Znamy się? Nie przypominam sobie. Zaraz... chyba strzeliła kamera w lapku. Nie ma ludzi o tak czerwonych włosach.
- Najpierw się zsynchronizuj, a potem trochę... pozachowuj - poprosił Net.
Manfred był programem sztucznej inteligencji, zaprojektowanym przez ojca
Neta, a udoskonalonym przez syna. Stworzony, aby sterować ruchem
ulicznym w Warszawie, szybko odkrył, że jako program może się kopiować i być w wielu miejscach naraz, między innymi w laptopie Neta. By zachować
wspólną pamięć i spójność, wszystkie wersje musiały się często
synchronizować. Polegało to na wymianie wspomnień i doświadczeń.
- A, Laura, cześć! - Manfred odezwał się innym tonem. - Jasne, że
pamiętam. Przecież nie ma ludzi o tak czerwonych włosach.
- Zaraz wam pomogę. - Nika wzięła miskę z chrupkami cebulowymi, by
zanieść ją do salonu. - A ty nie wymiguj się od pracy.
Net niechętnie przejął od robota stanowisko smarowania kanapek. Nie
zdążył posmarować nawet jednej, gdy rozległ się dzwonek do drzwi.
- Pójdę otworzyć - oznajmił Golem Golem i ruszył w stronę przedpokoju.
Felix skinął głową, po czym zreflektował się.
- Nie! Przecież oni cię nie znają. Zaczekaj.
- Już otworzyłem furtkę. - Android zatrzymał się w hallu.
- Jak otworzyłeś? - zapytała Laura. - Stoisz tutaj, a drzwi są tam.
- Zdalnie. Jestem podłączony do domowej sieci Wi-Fi.
- Idź do piwnicy - polecił Felix.
- Jesteś dla niego niemiły - zauważyła Laura.
- Goście się przestraszą. Poza tym nie chcę wzbudzać sensacji. Ten
projekt jest w sumie tajny. Pochowałem wszystkie automaty. - Rozejrzał
się po kuchni zastawionej kilkunastoma różnej wielkości i kształtu
automatami kuchennymi. - Wszystkie, które się dało.
- Chyba ktoś dzwonił - zawołała z hallu Nika i nim ktokolwiek zdążył
cokolwiek powiedzieć, otworzyła drzwi wejściowe.
W drzwiach stał Gilbert i odpierał ataki cieszącego się Cabana.
- Sorry, że przed czasem. W ramach zadośćuczynienia mogę coś posiekać.
Golem Golem stał nieruchomo obok drzwi do kuchni. Niestety, żeby
przedostać się z kuchni do piwnicy, musiałby przejść przez hall.
- Nie ruszaj się - polecił Felix.
Gilbert zamarł z nogą na progu. Net klepnął się w czoło.
- Luz. Przecież on widział Golema Golema. Właź.
- Ale Zosia nie widziała. - Gilbert przekroczył próg, odsłaniając
stojącą za nim Zosię.
- Więc... - Felix szukał rozwiązania. - Udawaj rzeźbę.
- Tutaj? - Wystraszona Zosia znieruchomiała w tym samym miejscu, co
przed chwilą Gilbert.
- Nie ty - uspokoił ją Gilbert. - Felix mówił do wieszaka.
Zosia weszła do hallu i spojrzała bojaźliwie na Golema Golema.
- Wygląda, jakby miał się zaraz poruszyć - powiedziała cicho.
- Takie rzeczy to tylko w książkach science fiction - uspokoił ją Net. -
To rzeźba z puszek po konserwach i ze starych tłumików. - Popatrzył w nieruchome obiektywy robota. - Sorry, taka ściema dla wiarygodności...
Nie jest wygodnym wieszakiem, ale jak wygląda!
- Ale nie poruszy się? - Mechanicznie zaczęła głaskać psa.
- W życiu! - parsknął bagatelizująco Net i delikatnie pchnął dziewczynę
do kuchni. - Lubisz smarować kanapki, nie? - Po czym spojrzał na robota
i dodał ciszej - teraz to już musisz tu zostać do końca imprezy.
- W kuchni? - Zosia odwróciła się gwałtownie.
- To nie było do ciebie.
- Momencik - rzucił Felix i wytarł ręce. Spojrzał na Cabana i zreflektował się, że być może jego też powinien zamknąć. - Lubicie psy?
- Ja w ogóle nie przepadam za chińszczyzną - odparł Gilbert.
Zosia popatrzyła na Golema Golema i zacisnęła usta. Net potarł czoło i machnął ręką, żeby się nie przejmowała. Zosia dopiero teraz zobaczyła
czerwonowłosą obcą i ukłoniła się nieśmiało. Laura podała jej rękę i przedstawiła się, na co Zosia odpowiedziała szeptem coś niezrozumiałego.
- To znaczyło, że jest Zosią - wyjaśnił Gilbert, wieszając na ramieniu
robota kurtkę. Wszedł do kuchni z pudełkiem obwiązanym fantazyjnie
pozakręcaną kokardką. - A ja jestem Gilbertem. - Uścisnął dłoń Laury. -
Mniemam, że ty...?
- Chodzimy ze sobą.
- Och... - szepnęła Zosia i obróciła się, by wyjść z kuchni.
Wpadła prawie na Nikę, więc odwróciła się ponownie i wbiła wzrok w swoje
buty. Felix wytarł dłonie w ściereczkę i z uśmiechem stanął przed nowo
przybyłymi gośćmi. Zosia nie mogła wydusić z siebie słowa. Tkwiła przed
Felixem z przerażoną miną. Felix wykonał więc pierwszy krok i objął ją
lekko. Zosia z przejęciem zrobiła to samo, a dokładniej prawie to samo -
między jej ręką a Felixowymi plecami została bowiem dwucentymetrowa
warstwa powietrza.
- Dzięki za życzenia - powiedział Felix.
- Ach, tak... Wszystkiego najlepszego.
Gilbert zrobił z Felixem fullkontaktowego misia z oklepywaniem.
- No, to najlepszego - oświadczył i wręczył prezent. - Baw się dobrze
przez pozostałe osiemdziesiąt pięć lat.
- To imieniny są, ale dzięki. Na pewno się przyda... - Felix rozwiązał
wstążkę i wyjął ze środka zawartość - do kasowania biletów...
Prezent okazał się noszącym ślady używania kasownikiem autobusowym.
- Spoko, niekradziony. Wycofany z użytku. Pomyślałem sobie, co będzie
leżał u mnie bezużytecznie, jak komuś może się przydać. Fajny, co?
- Taaak... - Felix obracał w dłoniach kasownik, nie bardzo wiedząc, co
powinien z nim zrobić. - Takiego modelu jeszcze nie miałem.
- Kolekcjonujesz kasowniki? - wymsknęło się zdziwionej Zosi.
- Chyba właśnie zacząłem. Dzięki.
- Zapomnieliśmy! - zreflektowała się Nika. Sięgnęła do torby po prezent.
- Wszystkiego najlepszego.
Wyściskała Felixa i ucałowała w oba policzki, po czym wręczyła mu
prezent. Net objął przyjaciela.
- Życzę ci nudnego roku - powiedział. - Tak nudnego, żeby nic, zupełnie
nic niezwykłego się nie wydarzyło.
Felix rozerwał papier i wyjął gruby zeszyt w twardej oprawie.
- Nowy brudnopis - wyjaśniła Nika.
Felix, wyraźnie ucieszony, otworzył zeszyt na pierwszej stronie i uśmiechnął się, widząc ornamenty wyrysowane przez Nikę.
- Dzięki. - Pocałował ją w policzek i klepnął Neta w ramię. - Właśnie
stary mi się kończy.
- Myśmy to, nie chwaląc się, zauważyli - wyjaśnił z uśmiechem Net. - OK.
Połowa z nas to zauważyła. Nie jest tak praktyczny, jak wycofany z użytku kasownik, ale chyba ujdzie.
Dzwonek zapowiedział kolejnych gości. Caban, szczekając radośnie,
podbiegł do drzwi. Felix wpuścił Celinę, Klemensa, Kubę, Wiktora i Oskara. Klemens zaczął się rozwijać z szalików i rozpinać z kurtki i bluzy. Celina chrząknęła i spojrzała na niego wyczekująco. Uniósł brwi,
nie rozumiejąc, o co chodzi.
- Aha - zreflektował się wreszcie, pomógł jej zdjąć kurtkę i przerzucił
okrycie przez ramię robota.
Zosia szturchnęła Gilberta i wskazała Golema Golema.
- On wyglądał przedtem inaczej - powiedziała cicho. - Ramiona miał
opuszczone.
- Bo te ramiona są ruchome. To przemyślana konstrukcja.
Celina wręczyła Felixowi tekturowe pudełko owinięte wstążką.
- Sto lat. Tylko nie przechylaj. To jest tort.
- To są imieniny... - cicho sprostował Felix.
- A my... - Oskar podał rękę jubilatowi. - A my jesteśmy podpięci pod ten
tort. Wszystkiego najlepszego. Oprócz tortu było ciasto, ale... - spojrzał
znacząco na Klemensa - wynikły pewne okoliczności.
- I tak się spłaszczyło z boku - odparł Klemens.
- Przystąpiłeś do konsumpcji dwie sekundy później.
- I jeszcze taki drobiazg. - Kuba wręczył Felixowi małą, płaską paczkę.
- Może kiedyś się przyda.
Felix rozerwał papier i pokiwał głową na widok przewodnika po Roztoczu.
- Z pewnością - powiedział, starając się wyzuć tę krótką wypowiedź z wszelkiej ironii.
Pies nie wiedział, do kogo biec po opłatę w postaci miziania. Przez
następny kwadrans kursował więc między wciąż docierającymi gośćmi,
merdając krótkim ogonkiem i popiskując z radości. Lambert sprezentował
Felixowi różowy krawat, a Klaudia zestaw: długopis i ołówek z reklamą
biura podróży, co pozwalało przypuszczać, że po prostu pozbyła się z domu niepotrzebnego śmiecia. Co ciekawe, krawat od Lamberta wyglądał za
to na nowy. Na koniec pojawili się Lucjan z Aurelią, którzy obdarowali
Felixa wielkim zestawem całkiem porządnych kosmetyków w wielkiej torbie
z szeleszczącego drogością papieru.
- Jesteś tym, na kogo wyglądasz - powiedziała Aurelia, całując Felixa. -
Czyli kosmetyki sprawiają, że stajesz się lepszym człowiekiem.
Nika pufnęła, zdegustowana, i zniknęła w kuchni. Lucjan uścisnął dłoń
Felixa, aż ten poczuł, jak mu przeskakują kości.
- Stary, po staropolsku życzę ci szczęścia i pomyślności. A konkrety to
już sobie wymyśl.
- Dzięki. - Felix zajrzał do torby i od razu zauważył ceny, pudełka były
bowiem "przypadkiem" ułożone niezmazanymi etykietami do góry.
Lucjan pomógł Aurelii zdjąć płaszcz i powiesił go na ramieniu Golema
Golema. Robot ani drgnął. Chłopak przyjrzał mu się uważnie.
- Dostałeś na urodziny terminatora?
- To wieszak - rzucił z salonu Gilbert. - Chodźcie, wybierzemy film. Tu
jest niezłe kino domowe.
- To nie kino domowe - wyjaśnił Felix. - Tata spiął wszystkie
urządzenia... nieważne, działa.
- Idź zająć się gośćmi. - Laura wypchnęła Felixa z kuchni. - My tu
dokończymy. Pomożesz nam?
To ostatnie było do Aurelii, która już zamierzała się wynieść.
Zatrzymała się i niechętnie spojrzała na rozgrzebaną linię produkcyjną.
- Manicure sobie zniszczę.
- Mamy małą obsuwę - wyjaśniła z uśmiechem Laura. - Zwykle wszyscy się
spóźniają, a tu takie zaskoczenie. - Wychyliła się przez drzwi i zawołała - zaczekajcie na nas z wybieraniem filmu!
Aurelia omiotła wzrokiem automaty kuchenne. Niektóre z nich nawet nie
miały obudowy.
- One nie wyglądają na takie, które mogłyby działać.
- Ten działa. - Laura wręczyła Aurelii nóż. - Pokrój paprykę i pomidory.
W pięć minut się uwiniemy. Ty zetrzyj ogórki na tarce. - Podała Klaudii
miskę. - Potem wymieszaj z jogurtem i zgniecionym czosnkiem. Będzie
tzatziki.
- Chyba znalazłam się w nieodpowiednim czasie w nieodpowiednim miejscu -
powiedziała z uśmiechem Celina. - Umiem tylko robić dip do nachosów.
- Jak robisz?
- Wlewam ketchup do miski.
- Może być.
Nika zajęła się przygotowywaniem sałatki w wielkiej misie, a Zosia
masłem czosnkowym do grzanek. Aurelia z nieszczęśliwą miną odłożyła
wyszywaną cekinami torebkę i zaczęła kroić warzywa w krzywe plasterki.
Celina wlała ketchup do miski i wymknęła się z kuchni.
- Więc chodzisz z Felixem - rzuciła Aurelia do Laury. - Co mu dałaś?
- Zakładkę. - Laura wytarła dłoń i z uśmiechem uniosła leżącą na
pojemniku na chleb tekturkę obszytą materiałem z wyszytymi złotą nicią
liśćmi laurowymi.
- Nie wygląda na drogą - zauważyła Aurelia. - Ile kosztowała?
- Nic. Sama ją zrobiłam.
- Nie obraź się, ale prezenty się kupuje, a nie robi. - Aurelia wyjęła z torebeczki rachunek z drogerii i pomachała nim. - To, wiesz, takie
trochę niegrzeczne.
Laura przestała się uśmiechać.
- Poświęciłam dwa dni na wyszycie tych wzorków. To większy wysiłek niż
wizyta w drogerii i wydanie pieniędzy rodziców.
- Jak tam sobie uważasz. Mnie byłoby głupio dać coś takiego.
- Zrobiłam ją - Laura nachyliła się do Aurelii, aż ta cofnęła się
minimalnie - bo umiem. Zakładka jest osobista i niepowtarzalna. Drugiej
takiej nie ma nigdzie na świecie.
Nika przysłuchiwała się tej konwersacji z narastającą złością. Z trudem
powstrzymywała się, żeby się nie wtrącić. Wzięła talerz z kanapkami i wyszła z kuchni. Stojący w kącie hallu Klemens i Celina odskoczyli od
siebie, udając, że oglądają obraz na ścianie. Nika uśmiechnęła się i udała, że niczego nie zauważyła.
Minął się z nią Net. Wszedł do kuchni obładowany kilkunastoma pudełkami
pełnymi płyt DVD.
- Może was przekonam do moich typów na wieczór - powiedział, rozkładając
je na stole. - Zgarnąłem z domu stertę. O, Zaczajony wampir, ukryty
wilkołak. Tego nie ma nigdzie w sieci...
Gdy tylko Nika zniknęła z pola widzenia, Aurelia podeszła do Neta.
- Jakie jeszcze masz filmy? - zapytała z zainteresowaniem, skierowanym
niekoniecznie na filmy.
- Stowarzyszenie nieumarłych poetów, Cztery pogrzeby i wesele,
Śniadanie z Tiffany'ego, Titanic 2 - przebudzenie... - Net
przekładał pudełka w dłoniach. - Ciekawie brzmi Złaknione 0Rh+. O,
jest też polska niezależna produkcja Lubelska masakra żelem do włosów.
- On nie ma dziś urodzin - odezwał się Lucjan, stając w drzwiach.
Net uniósł wzrok i z zaskoczeniem zauważył, że Aurelia stoi ledwie kilka
centymetrów od niego.
- Tak sobie tylko rozmawiamy - zbagatelizowała dziewczyna, odwróciła się
i wyszła.
Lucjan spojrzał groźnie na Neta, który rozłożył ręce w geście "przecież
nic nie zrobiłem".
Pięć minut później przekąski stały już na niskiej ławie w salonie. Caban
łypał na nie z pewnej odległości z teatralnie obojętną miną. Felix
kończył rozpalać w kominku, a większa część towarzystwa debatowała nad
tym, jaki film obejrzą. Właściwie to się kłócili. Dziewczyny chciały
komedię romantyczną, a chłopcy film sensacyjny albo komedię, byle nie
romantyczną.
Net samotnie przeglądał stosik płyt z horrorami.
- Na dzisiejszy wieczór mogłeś schować filmy swojej mamy - powiedział z pretensją w głosie. - Przez te romanse nikt nie chce oglądać horroru.
- Gdyby to był romantyczny horror, to może... - stwierdziła Celina.
- Romantyczny horror?! - oburzył się Net. - To jak koszerna wieprzowina.
- Wybierzmy może coś, co spodoba się wszystkim - zaproponował Felix.
- To może Łowca jeleni? - zasugerował Gilbert. - Romansidło o kobiecie
uwodzącej bogatych prezesów dużych firm. Albo Szklana pułapka o byłym
glinie uzależnionym od polskiej wódki. Miłość pomaga mu przezwyciężyć
nałóg i żyją długo i szczęśliwie. A tu jest Mad Max. Jeszcze lepiej.
Zakochany do szaleństwa brutal z pasją bije narzeczoną, ale potem
otrzymuje znaki z nieba i zaczyna rozumieć, o czym marzą kobiety.
- Poważnie? - zdziwiła się Klaudia. - Widziałam kiedyś film o tym samym
tytule. Tam jeździli samochodami po pustyni.
- A może lepiej Masz wiadomość - zaproponowała Laura. - Thriller
szpiegowski z Tomem Hanksem w roli agenta KGB i Meg Ryan, która jest
jego informatorem w FBI.
Gilbert spojrzał na nią z uznaniem.
- Podoba mi się twój tok rozumowania, ale cel nie wydaje się szlachetny.
Celina wymknęła się z salonu, a kilka sekund po niej to samo zrobił
Klemens. W jego przypadku było to znacznie trudniejsze. Chyba tylko Nika
zwróciła uwagę na te manewry. Reszta gości była bowiem zajęta
forsowaniem swoich propozycji. Laura w ogóle nie wydawała się
onieśmielona tym, że nikogo nie zna. Już lepiej dogadywała się z towarzystwem niż trzymający się na uboczu Kuba czy Zosia. Felix wyszedł
na chwilę do hallu i spojrzał na obwieszonego ubraniami Golema Golema.
- Sorki - rzucił. - Tak nieszczęśliwie wyszło.
- Nie ma sprawy - odparł cicho robot. - Rozumiem sytuację.
Przepraszam, że nie mogę nosić.
- On mówi? - Zosia stała obok.
- Ma... - Felix zamrugał. - Ma wbudowane radio.
Zosia nie była przekonana. Patrzyła chwilę na wieszak, potem przeniosła
spojrzenie na Felixa i szybko spuściła wzrok. Przydepnęła czubek lewego
buta prawym.
- Wiesz. Ja chciałam...
Przerwał jej chichot Celiny dobiegający z kuchni.
- Tak? - Felix skupił uwagę na Zosi, co tylko dodatkowo ją speszyło.
- Chciałam zapytać...
Znów nie dokończyła, bo z kuchni zaczęły dobiegać osobliwe odgłosy
chlup, plask, chlup, plask, chlup, plask. Na ten dźwięk Felix uniósł
brew. Coś mu to przypominało. Gdy wreszcie skojarzył, co to jest,
wyminął koleżankę i wpadł do kuchni.
- Ja się tylko oparłam... - Celina patrzyła z niedowierzaniem, jak z jednego z automatów wypadają na podłogę parujące kluski świderki.
- Maszyna kluskująca. - Felix wyłączył maszynę. - Nawala ostatnio.
- Sprzątnę - Celina otworzyła szafkę pod zlewem i odskoczyła, gdy z cichym sykiem na sterowanym pneumatycznie wysięgniku wysunął się kubeł
na śmieci.
Stojąca w drzwiach Zosia cofnęła się. Felix wyjął z sąsiedniej szafki
szufelkę i zmiotkę, ale Celina od razu mu je zabrała.
- Poradzimy... poradzę sobie.
Felix uznał, że najwidoczniej przeszkodził Klemensowi i Celinie w ważnej
rozmowie, więc wyszedł, by dokończyć rozmowę z Zosią. Znalazł ją dopiero
w salonie, obok Gilberta i wyglądało na to, że ten jej chwilowy przypływ
odwagi już minął.
- Może zapytamy głównego orga1 tej imprezy. - Net pukał palcem w stosik horrorów. - Czy org widział już Natarczywe ślimaki szatana?
- Nie widział i chyba nie chce widzieć. - Felix wepchnął dłonie w kieszenie i popatrzył po frakcjach. - Wybierzmy coś, co spodoba się
wszystkim. To znaczy coś, co będzie zawierało wszystkie elementy:
horror, fantastykę, sensację, komedię i romans.
- Ślimaki też mają uczucia. - Net bronił się do ostatka. - I poczucie
humoru... trochę niezrozumiałe dla kręgowców...
- Niech pomyślę. - Felix próbował przypomnieć sobie, jaki film może
spełnić wszystkie wymagania.
Goście zamilkli, ciekawi, co wymyśli. W tej ciszy mechaniczna ręka obok
kominka sięgnęła po polano i włożyła je w płomienie. Felix przełknął
ślinę i napotkał spojrzenie Zosi, która jako jedyna zauważyła osobliwy
mechanizm.
- Świecznik się obluzował od gorąca. - Felix podszedł i ruchem od
niechcenia wyciągnął z gniazdka wtyczkę zasilacza ręki. - Zombieland?
- Widziałem z pięć razy. - Net bez entuzjazmu opadł na dywan obok
stolika. - Śmieszny, ale horroru tam tyle, co mięsa w parówkach.
Miejsc na kanapach było dwa razy za mało, ale to nie stanowiło problemu.
Część dziewczyn usiadła na kolanach chłopców, a Oskar, Gilbert i Wiktor
rozłożyli się z miską chipsów wprost na dywanie.
- Zaczekajcie, brakuje jeszcze Horacego i Geralda - zauważyła Nika.
- Mnie tam Geralda nie brakuje - pufnął Net. - Ludzi, którzy by nie
zdali testu Turinga, nie może brakować. A Horacy nie przyjdzie. Zresztą,
gdyby przyszedł, i tak byśmy nie zauważyli.
Jedno i drugie było prawdą. Stosunki przyjaciół, a głównie Neta, z Geraldem nie układały się najlepiej; Horacy natomiast zawsze trzymał się
z boku i nie odzywał się niepytany.
- Może więc Horacy tu jest, a my go nie zauważamy - dodał Gilbert. - To
co, jaki mamy plan? Oczywiście poza nażarciem się na koszt gospodarza.
- Ale ja jestem - powiedział wciśnięty w kąt kanapy Horacy.
- Rzeczywiście - przyznał Gilbert. - Sorry. Myślałem, że to ktoś
położył kurtkę.
- Plan jest taki, żeby najpierw ponażerać się przy filmie - odparł Net.
- A potem dopchać bez filmu.
- Mama przywiezie pizzę - dorzucił Felix - ale to najwcześniej za
półtorej godziny. Wrzucaj ten Zombieland.
- Znam to na pamięć. - Net z ociąganiem wyjął płytę z pudełka i włożył
do odtwarzacza. - Obejrzyjmy chociaż z czeskim dubbingiem.
Lucjan przejął pilota, by temu zapobiec. Odpalili odtwarzanie. Połowa
gości nie widziała tego filmu. Oskar usiadł po turecku obok stołu i postawił przed sobą wielką miskę chipsów.
- Trochę zawłaszczyłeś tę michę, nie? - zauważył Net. - Jaki to smak?
- Wszystkie wsypaliśmy - w zastępstwie Oskara wyjaśniła Laura, nie
odrywając wzroku od ekranu.
- Czyli chipsy wszechsmakowe. Dasz trochę?
- Jasne... - odpowiedział automatycznie Oskar, nie ruszając się ani o milimetr.
Net westchnął, na co Klaudia zareagowała uciszającym syknięciem. Net
westchnął ponownie, nieco ciszej, i oparł się o podłokietnik kanapy.
Znał ten film na pamięć niemal co do słowa. Wziął orzeszek, podrzucił i otworzył usta, by go złapać w locie. Orzeszek odbił się od jego nosa i wpadł do szklanki z sokiem Felixa.
- Źle wyważony... - mruknął Net.
Z nudów zaczął przeglądać zawartość półek z książkami, a dokładniej tych
ich rejonów, gdzie książek nie było. Robił to na tyle głośno, że
syknięciem uciszyła go nawet Nika. Spojrzał na nią z miną "I ty,
Brutusie?", czego oczywiście nie zauważyła. Pokręcił więc głową z rezygnacją i wyjął z regału płaski przedmiot przypominający nieco
większy pilot do telewizora, ale z kilkoma pokrętłami pośrodku.
Przyjrzał mu się, wcisnął większość guzików i pokręcił wszystkimi
pokrętłami. Nie wywołało to żadnej reakcji, więc oparł się głową o kanapę, sięgnął po orzeszki, wsypał je sobie do ust i zaczął
ostentacyjnie chrupać.
Akcja filmu uległa zmianie. Muzyka zniknęła jak ucięta, a obraz stał się
czarno-biały.
- O, inna wersja. - Net przestał chrupać. - Tej sceny nie pamiętam.
Obraz pokazywał ciemne pomieszczenie i siedzących na kanapie kobietę i mężczyznę. Oboje byli mocno przy kości, a wiadomo, że tacy nie mają
szansy przeżyć pierwszego etapu inwazji zombie, bo za wolno biegają.
- Trochę jak teatr telewizji - zauważył Oskar.
Rzeczywiście, kamera nie poruszyła się od kilkunastu sekund. Za to
mężczyzna i kobieta zaczęli się całować.
- Globalizacja - powiedział cicho Felix. - U mnie w piwnicy stoi taka
sama kanapa.
- W tej wersji jest wątek romantyczny - stwierdził z niechęcią Net. -
Tylko że przez to horror siadł do końca. Jak zwykle. Mogliśmy obejrzeć
28 dni później albo Pozwól mi wejść. Tam nie ma czarno-białych
wstawek z całującymi się... Klemensem i Celiną.
Wiktor wykonał opad szczęki połączony z zanieczyszczeniem dywanu
sałatką, Klaudia zsunęła się z kolan Lamberta i nie całkiem miękko
wylądowała na podłodze, a Net, mimo zaskoczenia, przejął wielką michę
chipsów wszech smaków z rąk oniemiałego Oskara.
Felix zdał sobie sprawę z prostego faktu, że oto oglądają na ekranie
transmisję z jednej z kamer, które miały być rozmieszczone wokół domu i podłączone do domowego systemu bezpieczeństwa. Kamery na razie leżały na
półce w jego pokoju w piwnicy i czekały na poprawę pogody, by można je
było zainstalować. Jedna z nich najwidoczniej była włączona. Felix
rozejrzał się po salonie. Rzeczywiście, Klemensa ani Celiny tu nie było.
Tylko dlaczego obraz z kamery był widoczny na ekranie telewizora?
Odpowiedzią był Net trzymający w dłoniach centralkę sterowania systemem
kamer. Felix otworzył usta, żeby uświadomić przyjacielowi, że to on jest
sprawcą tej sytuacji. Zrezygnował jednak, bo szybko zdał sobie sprawę,
że wtedy goście zechcą zobaczyć jego piwnicę. A tam właśnie ukrył
większość rzeczy, których nie chciał pokazywać.
- Uuu... - zaciamkał sałatką Wiktor. - Ciekawe, jak rozwinie się akcja?
- Nieźle... - przyznał Oskar, zawłaszczając kolejną miskę, tym razem z chrupkami. - Kto ich wmontował do filmu?
Felix dyskretnie popatrzył po twarzach gości. Na razie chyba nikt się
nie zorientował, że to transmisja na żywo. Trzeba szybko coś zrobić. Po
pierwsze, zaraz ktoś skojarzy proste fakty, a po drugie mogą się zacząć
dziać rzeczy, których ani Klemens, ani Celina nie chcieliby
upubliczniać. Net siedział za daleko. Żeby do niego dotrzeć, Felix
musiałby przeskoczyć nad Klaudią, Oskarem i Wiktorem. Pilot do
telewizora trzymał Lucjan, do którego też Felix miał za daleko. Wyjął
więc telefon i dyskretnie napisał SMS do Klemensa: "Natychmiast
wracajcie do salonu".
Klemens na ekranie telewizora przerwał czynności poznawcze względem
Celiny i wyjął z kieszeni telefon. Blada poświata padła na ich twarze,
rzucając jednocześnie wielkie cienie na półkę regału, z której zwisały
prototypy dłoni Golema Golema.
- Coś się zaczyna dziać - ucieszył się Net.
Felix napotkał spojrzenie Niki. Ona jako jedyna zrozumiała już, co się
dzieje. Chciała wstać, ale Felix pokręcił głową. Gdyby i Nika pojawiła
się w kadrze, wszystko stałoby się jasne.
- Fajny pomysł - odezwał się Oskar. - Już łapię! Dokręciliście fragmenty
z własnym udziałem?
To pytanie było skierowane do aktorów. Goście rozejrzeli się.
- Nie ma ich - stwierdził Wiktor. - Podrzucili film i się schowali.
- Chyba się wstydzą oglądać to przy nas - dodała Klaudia.
Nika znów popatrzyła na Felixa, który dyskretnym ruchem głowy wskazał
jej Neta. Dziewczyna spojrzała na niego, ale nie zrozumiała, o co
chodzi.
- Siedzą w schronie antyzombim! - wykrzyknął Oskar. - Jasne. Za wolno
biegają, więc musieli się ukryć.
Klemens skończył pisać, schował telefon i znów skupił się na Celinie.
Zapikał za to telefon w dłoni Felixa. "Wyszliśmy przed dom zaczerpnąć
powietrza" - brzmiała odpowiedź. Felix zmarszczył brwi i wpisał
pospiesznie: "Wszyscy wiedzą, co robicie".
- Ciekawe, jak przerobią sceny samochodowe. - Net odłożył sterowanie od
kamer i z zainteresowaniem wgapił się w ekran. - Albo potem w lunaparku.
Klemens z niechęcią odlepił się od Celiny i wyjął telefon. Przeczytał
wiadomość i rozejrzał się po ciemnym pomieszczeniu, zapewne
podejrzewając, że Felix gdzieś tam jest. Wstał i przyświecając sobie
telefonem, przeszedł kilka kroków. Kamera... obróciła się, by utrzymać go
w środku kadru.
- Jest też operator - zauważył z uznaniem Oskar. - Przyłożyli się do
tego.
Felix cicho westchnął. Net musiał włączyć funkcję śledzenia obiektów.
Tymczasem słabe światło telefonu wychwytywało z ciemności kolejne
osobliwości Felixowego pokoju. Klemens chyba dopiero teraz zauważył, że
to nie jest zwykła piwnica. Pomógł mu w tym widok stojącej pod ścianą
robociej nogi z wystającymi kablami.
- Oświetleniowca też mają - dodał Wiktor. - I scenografa. Musieli na to
poświęcić kupę czasu.
- Pełny realizm - zgodził się Oskar.
- Zaraz, to wygląda jak... - Net spojrzał na Felixa.
- Na kawał porządnej roboty filmowej - przerwał mu nienaturalnie głośno
Felix.
- Ale... Aha! Tak, jasne.
Net spojrzał na Nikę, Nika na Felixa, Felix na Neta. Siedząca obok
Felixa Laura również poczuła, że coś się nie zgadza.
"Przełącz to", powiedział bezgłośnie Felix.
"Przemęczyć się?", odpowiedział w ten sam sposób Net.
"Przełącz to, mówię".
"Nie męczę się. Dobrze się czuję".
Felix pokręcił głową i wstał z zamiarem przełączenia kanału osobiście.
- Akurat teraz? - Oskar zagrodził mu dostęp do pilota. - Oglądaj. Dla
ciebie przecież to nagrali.
Felix klapnął z powrotem. Inaczej musiałby kogoś nadepnąć. Tymczasem
Klemens zaczął po omacku szukać włącznika lampki na biurku.
- Nie dotykaj... - szepnął Felix.
Zrobił to tak cicho, żeby nie usłyszeli go najbliżej siedzący. Tym
bardziej więc nie mógł go usłyszeć Klemens, który wreszcie znalazł
włącznik. Niestety, to co włączył, z pewnością nie było lampką. Małe coś
wyrwało się spod jego ręki i czmychnęło z biurka. Klemens odskoczył nad
wyraz zwinnie, zważywszy jego tuszę. Celina zerwała się z kanapy i zaczęła piszczeć. Kamera nie miała mikrofonu, więc słychać ją było tylko
przez piwniczne drzwi.
- Zrąbał się dźwięk - stwierdził z zawodem Lucjan.
- Daj, poprawię. - Felix wyciągnął rękę w nadziei na przechwycenie
pilota.
Lucjan nie zamierzał zrezygnować z raz zdobytego przywileju i wcisnął
"plus" regulacji głośności. Suwak zakresu przesunął się w prawo do oporu
i rzeczywiście, po chwili zadziałało, bo pisk Celiny stał się
zdecydowanie głośniejszy. Wbiegła do salonu i krzyknęła:
- Stalowy pająk!
Wszyscy skupili na niej spojrzenia.
- Widziałam stalowego pająka - powtórzyła, dramatycznie rozczapierzając
palce.
- Po czym tak masz? - Gilbert zaczął przeszukiwać wzrokiem zawartość
naczyń na stole.
- To Popupa. - Felix wstał i tym razem przebił się przez Oskara. -
Pościgowa Pułapka na Pająki. Taka zabawka. Zaraz coś z tym zrobię.
- Nieźle się zgrało w czasie - zauważył Wiktor. - Zniknęłaś z filmu i jesteś tu.
- Z filmu? - Celina spojrzała na niego ze zdziwieniem.
- W życiu jak w filmie. - Felix starał się, by jego wypowiedź pasowała i do tego, co myśli Celina, i do tego, co myśli reszta. - Niezła rozrywka,
ale teraz możemy już przełączyć na normalną wersję.
Przecisnął się do Neta i wziął leżące obok sterowanie kamer.
- O co ci chodzi? - zapytał Net. - Wolałbym oglądać Złaknione 0Rh+,
ale przy tym się nie męczę. Skąd te nerwy?
Felix ze złością i pośpiechem wyłączył sterowanie. W tym momencie do
salonu wpadł przerażony Klemens.
- Idą tu! - krzyknął z rozbieganym wzrokiem.
Dom wypełnił się przeraźliwym rykiem atakujących hord zombies.
Niespodziewanie pojawiły się zielone twarze o pustych oczach i wyszczerzonych brudnych zębach. Klaudia, Aurelia i Celina zaczęły
piszczeć. Zerwały się i rzuciły przed siebie, zderzając się i niemal
przewracając stolik. Zosia rzuciła się na podłogę, by udawać martwą, a Net jednym susem znalazł się za kanapą. Nika i Laura zerwały się i rozglądały, szukając zagrożenia. Lucjan też się zerwał i by mieć
jakąkolwiek broń, prawą ręką chwycił deskę serów, posyłając najpierw
sery na regał z książkami. Oskar wyrzucił w powietrze miskę z chrupkami
i oparł się na ramieniu Wiktora, by szybciej wstać. Wiktor w tym samym
momencie i z tego samego powodu oparł się na ramieniu Oskara, w wyniku
czego obaj zostali na ziemi. Minęło kilka sekund, nim wszyscy zdali
sobie sprawę z tego, że zombies są tylko na ekranie telewizora. Felix
zrozumiał, co się stało, dopiero gdy część misek spadła już na podłogę,
a chipsy i chrupki zostały wdeptane w dywan. Rzucił się do pilota
tkwiącego w lewej dłoni nic nierozumiejącego Lucjana, wyrwał mu go i wdusił przycisk ściszania. Jęki powoli ucichły do znośnego poziomu, a wreszcie zapadła cisza przerywana jedynie odgłosami chrupania.
- Awesome2 - powiedział Gilbert i wrzucił do ust kolejną
porcję orzeszków.
Jako jedyny nie ruszył się z miejsca od początku całej akcji. Chociaż
nie, Horacy siedział w tym samym rogu kanapy, tylko zbladł i jakby
zapadł się w siedzisku. Obok Kuba wystawiał twarz zza poduszki. Aurelia
i Klaudia przestały się ściskać na środku salonu i poprawiały
spódniczki. Zosia gramoliła się spod stołu.
- To celowy zabieg artystyczny? - zapytał Oskar, wyłażąc zza fotela. -
Wstawka była bez dźwięku, żeby wszyscy odruchowo pogłośnili?
- Idą tu! - powtórzył Klemens.
Oddychał szybko i nie wyglądał na kogoś, kto żartuje.
- Weź, daj se luz, stary. Już się wszyscy kapnęli. Po wszystkim.
Jednak nie było po wszystkim. Od strony schodów do piwnicy dało się
słyszeć szuranie. Celina przywarła do Klemensa.
- Nie, nie, nie... - Klaudia pokręciła głową, cofając się krok za krokiem,
całkiem przypadkiem między regały, skąd nie miała się przecież jak
wydostać.
Wszyscy, z wyjątkiem Felixa, cofali się od drzwi. Felix zastanawiał się,
co Klemens mógł włączyć i jak najlepiej to wyłączyć. Nie wszystkie
wynalazki zamieszkujące jego piwnicę były na tyle bezpieczne, by do nich
ot tak podejść i wcisnąć wyłącznik.
- Może i to było śmieszne przez moment - powiedziała Aurelia - ale już
wystarczy.
- Ja tylko... nacisnąłem guzik. - Na czole Klemensa błyszczały kropelki
potu. Obejmował Celinę i patrzył w napięciu na wejście do salonu. - No,
kilka guzików. A oni...
- Co włączyłeś? - Felix przełknął ślinę.
- Nie wiem. Ciemno było. Żaden z guzików nie był od lampki.
Felix podbiegł do kontaktu i zgasił światło. W salonie jedynym źródłem
światła był teraz migotliwy ekran telewizora, wyświetlający nieme zombie
atakujące niemych bohaterów. Uczniowie wpatrywali się w napięciu w smugę
światła idącą w poprzek hallu od drzwi kuchni. W samym hallu paliła się
tylko mała lampka stojąca na szafce z butami.
W wiszącej w powietrzu ciszy szuranie było coraz wyraźniej słyszalne.
- Jezus, co ty tam trzymasz? - szepnął Wiktor.
Felix nie odpowiedział. Trzymał w piwnicy tyle urządzeń i ich
fragmentów, że sam nie pamiętał wszystkiego, co się tam znajduje. Zawsze
starał się wyjmować z nieużywanych maszyn akumulatory. W tym przypadku
chyba o tym zapomniał.
- O ja pierdykam... - szepnął Net.
W smugę światła wszedł pająk wielkości ludzkiej dłoni. Klaudia zrobiła
zeza i osunęła się. Lambert złapał ją w ostatniej chwili. Aurelia
nabrała powietrza, by zacząć krzyczeć, ale Lucjan zakrył jej usta. Zosia
swoje usta zasłoniła sama. Celina niczego nie widziała, schowana za
plecami Klemensa. Nika cofnęła się i minę miała taką, jakby rozważała
ewakuację przez okno.
- To rzeczywiście Popupa - wyjaśnił z ulgą Felix. - Taki mały robocik.
- Popupa? - Net spojrzał na niego z niedowierzaniem. - Inne nazwy były
zajęte?
- To skrót od Pościgowa Pułapka na Pająki. Mówiłem. Nie jest
niebezpieczny. On łapie tylko pająki i insekty. Nawet ich nie zabija,
tylko wynosi z domu.
Towarzystwo odetchnęło. Klaudia, którą Lambert potrząsał niczym workiem
kartofli, dochodziła do siebie. Ktoś podał jej szklankę z wodą. Felix
już miał iść zapalić światło i wyłączyć Popupę, gdy nagle usłyszał
dziwny dźwięk. Syknął, by wszyscy się uciszyli, i nadstawił ucha. Po
schodach wchodziło coś jeszcze.
- I ty tam śpisz? - zapytał szeptem Net.
- Tak, ale ja tego wszystkiego nie włączam. Żadne z tych urządzeń nie
jest szczególnie niebezpieczne.
- A przycinarka do żywopłotu z motywatorem zrobionym z magnetofonu
szpulowego?
- OK, prawie żadne.
Odgłos kroków na schodach świadczył o tym, że wchodzi po nich coś
znacznie cięższego niż Popupa. Felix w myślach wyliczał, co może wydawać
taki dźwięk, i nic nie przychodziło mu do głowy. Na wszelki wypadek
również się cofnął.
Drzwi skrzypnęły i wolno otworzyły się na całą szerokość. Do hallu
weszły... nogi. Sztuczne, metalowe nogi oplątane kablami. Goście zamarli.
Klaudia wydała zduszony krzyk i skamieniała, gapiąc się w dziwo. Nogi
rozmiarem pasowałyby do nóg koszykarza, wykonane były z metalowych
rurek, łożysk, silniczków i kabli. W miejscu, gdzie powinien się
zaczynać korpus, przytwierdzona była metalowa skrzyneczka z kilkoma
migającymi diodami. Była to pierwsza wersja nóg Golema Golema, oparta na
silnikach elektrycznych. Pomysł został odrzucony, a silniki elektryczne
zastąpione przez siłowniki hydrauliczne, co zmniejszyło ciężar i zwiększyło moc. Zapomniany prototyp czekał miesiącami, aż ktoś po omacku
trafi we włącznik.
- Do tego bardziej pasuje nazwa Popupa - szepnął Net. - Wyżej nic nie
ma.
- Niech nikt się nie rusza - powiedział Felix. - To reaguje na ruch.
- To pierwsza wersja nóg Gol... - odkrył Net, ale szybko ugryzł się w język. - Golonych... Dlaczego właściwie mamy się nie ruszać? Nie mają
głowy.
- Zamontowaliśmy wtedy czujnik ruchu, żeby łatwiej go było testować -
wyjaśnił Felix. - Nie pamiętasz?
Mała obrotowa wieżyczka wodziła elektronicznym wzrokiem po otoczeniu.
- Z dzisiejszej perspektywy wygląda na to - Net przełknął ślinę - że to
był błąd.
- Co wy zrobiliście? - zapytał przerażony Oskar. - Co to jest?
- Nie ruszaj się - powtórzył Felix. - To są nogi. Eksperymentalne nogi.
Zapomniałem wyjąć akumulatory. Jedyne, co potrafi robić, to podążać za
poruszającym się obiektem. Dopóki się nie ruszamy, nic się nie stanie.
- A jak się poruszymy? - zapytał Wiktor, który tkwił w półzgiętej
pozycji. - Trochę mi niewygodnie.
- Nie są uzbrojone, ale są... ciężkie.
- Swędzi mnie nos - odezwał się Net. - Pamiętasz, gdzie jest wyłącznik?
- Z tyłu.
- Super. One nie odwrócą się do ciebie tyłem.
- Co jeszcze może wyjść z piwnicy? - zapytała rzeczowo Laura w półprzysiadzie przy stole.
- Jest kilka... możliwości - przyznał Felix.
- Chyba nie będziemy tak czekać, aż im się wyczerpią baterie - jęknął
Net. - Swędzenie przeniosło mi się na czoło. I promieniuje na plecy...
Problem rozwiązał się sam. Popupa spełzła z dwóch stopni dzielących hall
od salonu i ruszyła na zaprogramowany patrol wzdłuż ścian, by oczyścić
pomieszczenie z wszelkiego robactwa. Nogi zauważyły ruch i obróciły się
całe. Nika zbladła, gdy mechaniczny pająk przeszedł pół metra od jej
buta. Zbladła, ale nie poruszyła się.
- O mamusiu - jęknął Net. - Teraz swędzi mnie podeszwa.
Nogi weszły do salonu, na co goście zareagowali wstrzymaniem oddechu, i z cichym szumem silników elektrycznych skierowały się do kredensu, pod
który wpełzła Popupa. Gdy kamera przestała rejestrować ruch, nogi
zatrzymały się.
- Pstryknij wyłącznik - syknął Net. - Swędzi mnie już gdzieś w środku
brzucha. To nie do zniesienia.
Felix po ciemku nie widział za dobrze, ale pamiętał, gdzie mniej więcej
jest wyłącznik. Ocenił odległość i uznał, że nie zdąży.
- Pstryknę wyłącznik - zgodził się Felix - ale ty musisz ściągnąć na
siebie ich uwagę.
- Chyba śnisz!
- Zaczną cię gonić, a jak będą przechodzić obok mnie, to sięgnę do
wyłącznika.
Zanim powstał jakikolwiek plan, Klaudia wydała z siebie cichy jęk i zemdlała. Lambert wykonał krótki ruch, by ją złapać, ale znieruchomiał,
nie chcąc zwracać na siebie uwagi monstrum. W ostatniej chwili przed
upadkiem uratował ją Lucjan. Posadził dziewczynę na kanapie. Gdy się
prostował, nogi szły już w jego stronę.
- O bip! - powiedział i cofnął się o krok.
- Stój - powiedział Felix.
- Ani myślę.
Lucjan obszedł stół, którego - miał nadzieję - nogi nie sforsują. Nie
poruszały się szybko, ale w prosty sposób wybierały najkrótszą drogę do
celu. By dojść do Lucjana, musiały przejść tuż obok Neta.
- Z tyłu pośrodku! - krzyknął Felix, starając się nie ruszać nawet
ustami. - Zielony przełącznik.
Net nie miał szczęśliwej miny, ale napiął mięśnie i przygotował się
psychicznie do misji.
W momencie, gdy miał sięgnąć do wyłącznika, nogi nadepnęły mu na stopę.
- Aaa! - Cofnął się, potykając o krawędź kanapy. Nogi zatrzymały się
metr dalej i odwróciły w jego stronę. - Ojojoj!
- Stój nieruchomo! - krzyknął Felix.
- Żartujesz sobie?! - Net już biegł w stronę schodów.
A nogi kroczyły za nim.
Celina nie wytrzymała psychicznie i cofnęła się, by zejść im z drogi.
Nogi natychmiast namierzyły nowy cel. Dziewczyna z piskiem zaczęła
uciekać, nie wiedzieć czemu w kąt pokoju. Korzystając z zamieszania,
Felix wziął miseczkę po orzeszkach, które i tak już leżały na dywanie,
przymierzył się i rzucił nią, jak frisbee. Miska minęła o milimetry
wieżyczkę, uderzyła o brzeg blaszanej obudowy i roztrzaskała się. Jedyny
efekt, jaki osiągnął, to że nogi zawróciły w jego stronę. Wtedy Aurelii
puściły nerwy i rzuciła się w stronę drzwi. W jej ślady poszedł Kuba, a zaraz po nim Oskar i Klemens. Nogi obracały się, aż wreszcie skupiły
swoją uwagę na Nice, która zachwiała się potrącona przez Klemensa.
Ruszyły na nią i niewiele brakowało, by przycisnęły ją do ściany.
- Kubek! - krzyknął Felix.
Nika zrozumiała zamiar przyjaciela. Chwyciła pusty kubek po herbacie i nałożyła na wieżyczkę na szczycie małego korpusu prototypu. Nogi
znieruchomiały. W ciszy, jaka zapadła, słychać było tylko szmer
silniczków, próbujących szukać ruchu wewnątrz kubka. Rozproszeni po
salonie, hallu i kuchni goście z wolna dochodzili do siebie.
Zza framugi wychylił się Net i ocenił sytuację. Gdy upewnił się, że jest
bezpiecznie, wszedł do salonu i otrzepał ubranie.
- No, uporaliśmy się.
Na koniec otworzyły się drzwiczki na dole regału z książkami i wypełzł
stamtąd Caban. Felix przykucnął i pogłaskał psa. Za każdym razem dziwił
się, jak zwierzakowi udaje się zamykać za sobą drzwiczki od środka.
Caban należał do tchórzliwych psów i to nie był pierwszy raz, kiedy
chował się w którymś z mebli.
- Zamknij te drzwi, bo wylezie stamtąd coś jeszcze - odezwała się Laura.
Zrobiła to Aurelia, wracając z hallu.
- Zawsze wiedziałam, że jesteś świrem - stwierdziła, patrząc na Felixa.
- Nie sądziłam jednak, że aż takim.
- Dlatego zamknąłem drzwi do piwnicy - powiedział przepraszającym tonem
Felix. - Sorry... takie mam hobby.
Laura podeszła do Felixa i wzięła go pod rękę.
- To najlepsza impreza, na jakiej byłam od października - oznajmiła. -
Przynajmniej nie jest nudno. Chciałaś tylko oglądać film i jeść chipsy?
Mina Aurelii świadczyła o tym, że tak właśnie było.
- Co się wydarzyło w październiku? - zapytał Oskar, który dopiero teraz
zdecydował się na powrót do salonu.
- Powiem tylko tyle, że była to osiemnastka kuzyna i wzięły w tym udział
trzy jednostki straży pożarnej.
Salon wyglądał jak po bitwie. Caban przeczesywał zgliszcza w poszukiwaniu resztek sera. Wtedy na podjeździe przed domem zaszurały
opony samochodu. Felix zerwał się na równe nogi.
- Mama! - krzyknął. - Porządek!
Wszyscy rzucili się do zbierania resztek jedzenia z podłogi i ponownego
umieszczania ich w co czystszych naczyniach. Nika pobiegła po zmiotkę i szufelkę, a Felix wyciągnął z szafy automatyczny odkurzacz i włączył go.
Wobec poprzednich wydarzeń, odkurzacz na nikim nie zrobił już wrażenia.
Net zbierał naczynia z podłogi na wielką tacę. Wstał, żeby zanieść ją do
kuchni, i odruchowo podniósł jeszcze stojący do góry nogami kubek.
- Nie! - zdążył tylko krzyknąć Felix.
Nogi ruszyły w stronę odzyskującej świadomość Klaudii. Dziewczyna
wrzasnęła i opadła na poprzednie miejsce. Felix rzucił się szczupakiem i palcem wskazującym trącił wyłącznik prototypu. Nogi znieruchomiały, po
czym bezwładnie zwaliły się na ziemię.
- Pomóż mi!
Net wcisnął tacę Aurelii i rzucił się, by wspólnie z Felixem wepchnąć
ważący niemal czterdzieści kilo prototyp pod stolik.
Zachrobotał zamek w drzwiach i do hallu weszła pani Polon, mama Felixa.
- Jestem! - oznajmiła od progu. - Mam pierwsze zlecenie. - Stanęła w wejściu do salonu, z zaskoczeniem patrząc na kilkunastu uczniów. - O,
cześć! - uśmiechnęła się do wszystkich. - Zapomniałam, że zaprosiłeś
gości.
- Dzień dobry - odpowiedzieli asynchronicznym chórem uczniowie.
Uśmiechnięci, siedzieli na podłodze lub na kanapie przy stoliku nad
otwartymi albumami ze zdjęciami Felixa z czasów, gdy jeszcze komukolwiek
chciało się wkładać zdjęcia do albumów. Tylko Klaudia drzemała, oparta o ramię Lamberta. Gilbert pogryzał herbatnika, trzymając go elegancko w dwóch palcach. Sielankę psuł tylko cicho szumiący odkurzacz, wysysający
z dywanu resztki sałatki z rokpolem.
Z kuchni rozległo się pyknięcie czajnika.
- Zagotowała się woda na herbatę - stwierdziła Laura.
- To ja zaparzę - powiedziała siedząca najbliżej wyjścia Zosia i zerwała
się z dywanu.
- Nie używacie robota do herbaty? - rzuciła w powietrze mama i dodała
pod adresem Golema Golema - pomóż mi, jestem padnięta.
Robot drgnął, odłożył wszystkie kurtki na fotel, przeszedł obok
skamieniałej Zosi i pomógł pani Polon zdjąć płaszcz. Włożył do środka
drewniany wieszak i odwiesił płaszcz na miejsce. Następnie podniósł z kanapy kurtki gości, przełożył sobie przez przedramiona i znieruchomiał
w poprzednim miejscu.
- On się poruszył - powiedziała cicho Zosia.
- To tylko gra światłocieni - rzucił Gilbert.
Felix głośno wypuścił powietrze. W sukurs przyszedł mu Net:
- To jest wieszak z funkcją pomocy w zakładaniu i zdejmowaniu odzieży
wierzchniej. Trochę kosztował, ale było warto.
- Wieszak? - zapytała mama. - No, nieważne. Bawcie się, w co chcecie.
Dostałam dziś pierwsze zlecenie. Na razie przez miesiąc będę pracować
dla dużego dealera samochodowego. Jeśli tylko niczego nie zawalę,
przedłużą umowę...
Przerwała, widząc wlepione w siebie spojrzenia niemal wszystkich gości.
Spojrzenia w rzeczywistości były wlepione w stojącego tuż obok robota
udającego wieszak, ale niewiele to zmieniało. Nikt nie chciał słuchać o sukcesach zawodowych pani Polon. Westchnęła więc i zdjęła z szyi szalik.
- Pizza jest w bagażniku - rzuciła i skierowała się do schodów. -
Zostawcie mi trzy kawałki quattro formaggi. Zdrzemnę się trochę, bo
wieczorem... a zresztą, to ma być niespodzianka.
Gdy tylko jej kroki ucichły na piętrze, spojrzenia przeniosły się na
Felixa. Ten wzruszył ramionami i powiedział do androida:
- Możesz już nie udawać.
Robot poruszył się, wzbudzając tym ponowne ożywienie wśród gości, i odłożył kurtki na fotel. Stanął na wprost wszystkich i oznajmił:
- Dzień dobry. Nazywam się Golem Golem. Miło mi państwa poznać.
- Cześć, stary - rzucił Gilbert.
- Znacie się? - zapytała obudzona po raz kolejny Klaudia.
- Czasem przychodzi do szkoły zamiast Felixa. Nie zauważyłaś?
Dziewczyna spojrzała na niego podejrzliwie. Na wszelki wypadek nic nie
powiedziała.
- Nie da się ukryć, że to nie jest wieszak. - Felix podszedł do robota i poklepał go po osłonie barku. - To eksperymentalny android.
- Nie ma takich rzeczy. - Celina, jak większość, nie wierzyła w to, co
widzi.
- Jak się nim steruje? - zapytał Oskar. - Reaguje na komendy głosowe?
- Komendy głosowe... - Felix podrapał się za uchem. - On jest dosyć
autonomiczny. Znaczy inteligentny. Jeśli czegoś od niego chcesz,
wystarczy powiedzieć, o co chodzi, a on to zrobi.
- Mama nie zajrzała do kuchni - przypomniała Nika. - Ale zajrzy.
Zajmijmy się sprzątaniem.
Reszta grupy nie wykazywała entuzjazmu. Zerknęli do kuchni. Na podłodze
leżały wrzucone tu pospiesznie resztki, które spadły ze stołu. Gdy mama
podjechała samochodem, nie było czasu na precyzyjne umieszczanie
wszystkiego w kuble na śmieci. Oznaczało to oczywiście, że teraz
konieczne będzie umycie podłogi.
Laura pokiwała głową i poszła do łazienki po kubeł i mop.
- Tym razem bez żadnych maszyn - powiedziała.
- Pomóc w czymś? - zapytał Net, z miną mówiącą "Powiedzcie, że nie".
Oparł się o jedną z maszyn stojących na blacie. Dokładniej oparł się o jej włącznik, ale nie zwrócił na to uwagi. Jedynym efektem było
zapalenie się czerwonej diody, co łatwo było przeoczyć, skoro kilka
innych automatów również świeciło bądź nawet migało różnokolorowymi
kontrolkami.
Nika pokręciła tylko głową i zaczęła zbierać na szufelkę, co tylko dało
się na nią zebrać. Laura szła za nią i przecierała podłogę mopem. Net
krążył wokoło, częściowo pomagając, częściowo przeszkadzając. Przesuwał
krzesła i rozdeptywał to, czego Nika nie zdążyła zebrać. Nikt nie
zwrócił uwagi na narastający szum, dobiegający z wnętrza maszyny z czerwoną diodą.
- Czysto - stwierdził Net. - Możemy oglądać film.
Wtedy w maszynie zgasła czerwona lampka kontrolna, a zapaliła się
zielona. Z cichym śflumpf! maszyna wypluła na czystą podłogę pierwszy
rozgotowany makaron świderek. Sekundę później zrobiła to ponownie, po
czym zaczęła wypluwać kolejne świderki w tempie kilku na sekundę.
Laura i Nika patrzyły na to z niedowierzaniem.
- Włączyłeś to? - Nika zapytała Neta.
- Ja? - Net obejrzał się przez ramię. - Nie, skąd! Samo się włączyło.
Podszedł do maszyny i popatrzył na skomplikowany panel sterujący.
- Zapytaj Felixa - zasugerowała Laura.
- Nie, luz, dam radę.
Wcisnął jeden z guzików. Maszyna zmieniła wydawane odgłosy na fpluf!,
a zamiast świderków zaczęły wylatywać muszelki. Wcisnął więc kolejny
guzik. Z maszyny przy wtórze dźwięku szywb-szywb-szywb zaczęła wysuwać
się długa nić spaghetti, która następnie układała się na podłodze w fantazyjne esy-floresy. Net rzucił się do wciskania wszystkiego, co
tylko można było wcisnąć. Po wyprodukowaniu kilku rodzajów makaronu
trafił wreszcie na wyłącznik. Maszyna doprawiła jeszcze makaronowy mix
na podłodze chluśnięciem sosu z rozgotowanej mąki i zamarła. Ciszę
przerywało tylko pykanie stygnącego mechanizmu.
Nika bez słowa włożyła Netowi w dłoń szufelkę i wyszła z kuchni. Laura z uśmiechem podała mu mop i również wyszła.
- Maszyna kluskująca - wyjaśnił Felix, stając w drzwiach. - Trochę się
zepsuła i pluje makaronem po całej kuchni.
- Co ty powiesz...? - Net z rozpędu nabrał trochę klusek na szufelkę,
jakby to była szufla do przerzucania węgla.
Felix wyciągnął z kontaktu wtyczkę i wsunął dłoń pod obudowę. Chwilę
gmerał wewnątrz, po czym uśmiechnął się.
- Przyczyna jest banalnie prosta - zauważył. - W regulatorze podajnika
strzeliła sprężyna. - Wyjął ze środka spiralkę w dwóch kawałkach. -
Dlatego zamiast spadać na dół, kluski leciały do przodu.
- Nie mów, że zostawisz gości i będziesz to teraz naprawiał.
- To zajmie chwilę.
Felix pobiegł z zepsutą sprężyną do piwnicy, a po chwili wrócił z nową.
Włożył dłoń pod obudowę i z wysuniętym językiem manipulował wewnątrz.
Net przerwał sprzątanie i przyglądał mu się.
- Jest! - ucieszył się Felix i wetknął wtyczkę do kontaktu. - Bardzo
dobrze. Już mi obrzydła kasza.
- Skoro się tak szybko uwinąłeś, to może mi pomożesz? - zapytał z nadzieją Net.
- Dasz radę. Nie mogę zostawiać gości.
Wrócił do salonu, gdzie od razu podszedł do niego Lambert.
- Jest sprawa - zaczął z rękoma w kieszeniach i wyrazem twarzy
znudzonego ulicznego sprzedawcy sznurówek. - W piątek wymieniają mi okna
w domu i trzeba poprzenosić meble. Pożyczysz wieszak?
- Empf... - zaskoczony Felix był bliski powiedzenia "spoko", choć byłoby
to bardzo nierozsądne, bo przecież Golem Golem miał być tajny.
- Właśnie dlatego mój stary sprzedał furgonetkę - wtrącił się Gilbert.
Wepchnął sobie z talerzyka do ust porcję sałatki z majonezem. - Tfo
łikend pfypominał fobie o nim jakifś fnajomy fprzed lat - przełknął -
albo jakiś pociotek czy przedwujek. Ktoś akurat miał przeprowadzkę, ktoś
inny kupował kanapę, no i każdy chciał, żeby mu coś przewieźć tą
furgonetką. To niefajnie mieć każdy weekend rozwalony, więc stary zaczął
odmawiać. No i potem nie mieliśmy rodziny ani znajomych. Jak zaczęliśmy
zdobywać nowych znajomych, to tata sprzedał furgonetkę i kupił Forda
Scorpio. Przerobił go na biogaz i tak poobijał, żeby żaden z nowych
znajomych nawet nie chciał podwózki. Sprytne, nie?
Lambert popatrzył na Gilberta z niechęcią i oddalił się bez słowa.
- Dzięki - powiedział Felix.
- Mufimy fobie pomagatf - odparł znów z pełnymi ustami Gilbert. - Dobra
sałatka. Dużo cholesterolu. Muszę się najeść, bo będę szedł piechotą
kilka ostatnich przystanków.
- Dlaczego?
- Mam bilet sześćdziesięciominutowy, a według tabelki w internecie
przejazd z przesiadkami zajmie mi sześćdziesiąt cztery minuty.
- Chyba przesadzasz z tą uczciwością. Już żałuję, ale zapytam: dlaczego
nie odbierze cię ojciec tym Fordem na biogaz?
- Nie może. Zaangażował się w politykę samorządową i dziś napadł go
zaszczyt przecinania wstęgi na nowym rondzie. Koniecznie chcieli je
nazwać martyrologicznie, a wszystkie tragedie narodowe są już przecież
od dawna zajęte. Radni już prawie przegłosowali wstrzymanie oddania
ronda do czasu, aż się wydarzy jakaś kolejna tragedia warta
upamiętnienia. Mieli nawet dyżurować całą dobę i analizować serwisy
informacyjne, żeby od razu zająć nazwę przed innymi i otworzyć rondo w trybie ekspresowym. Tata ich przekonał, że tragedia może się nie
wydarzyć do końca ich kadencji, a wtedy rondo otworzą ich następcy.
Obrady przeciągały się, bo przewodnicząca samorządu szukała w internecie
informacji o stanie zdrowia najstarszych wielkich Polaków. Nie znalazła
pewniaka do szybkiego kopnięcia w kineskop. Wtedy tata błysnął geniuszem
i wymyślił nazwę Rondo Ofiar Pneumokoków. W nagrodę teraz przecina
wstęgę.
Felix patrzył na niego dłuższą chwilę.
- Oni w końcu sprawdzą, co to znaczy.
- Wtedy będzie afera. - Gilbert wzruszył ramionami. - Na razie jest
zabawa. No i jest rondo, które rozładuje korki. Choć to akurat najmniej
obchodziło radnych.
- A co mu się stało, twojemu ojcu, że się zaangażował w działalność
samorządową?
- To przez represyjne i stronnicze sądy. Nie zarejestrowali mu
"Stowarzyszenia na rzecz Promocji Estetycznego Migania".
Felix potarł czoło.
- Chodzi o miganie dla głuchoniemych?
- Chodzi o miganie dla kierowców. A konkretnie podczas zmiany pasa.
Niektóre samochody, jak trącisz kierunkowskaz, robią dokładnie trzy
migi. Komputer. Większość jednak przestaje migać, kiedy puszczasz
dźwignię kierunkowskazów. Nawet jeśli zrobisz to w połowie migu. To
stowarzyszenie miało promować zwyczaj domigiwania do końca trzeciego
migu. Estetyka dnia powszedniego.
Felix już naprawdę żałował, że zaczął drążyć temat.
- Też uważasz, że takie stowarzyszenie jest potrzebne? - zapytał.
- Co ty?! Takie stowarzyszenia to tworzenie bytów ponad miarę. Ja bym
wlutował kondensator, żeby zrównać trzecie mignięcie w prawach i obowiązkach z dwoma poprzednimi.
- Szkoda, że Matka Teresa nie żyje. - Do kuchni wszedł Net i klepnął
Gilberta w plecy. - Z pewnością podchwyciłaby temat. Ale teraz odpalamy
tort.
- To są imieniny... - powtórzył zrezygnowany Felix.
* * *
Pozostała część imprezy przebiegła bez zakłóceń, po czym goście kolejno
zaczęli wychodzić. Gdy przyjaciele pobieżnie posprzątali, na dole
pojawiła się nie do końca rozbudzona mama.
- Za dwie minuty możemy jechać - powiedziała. - Niespodzianka. A jak
imieniny? Coś ciekawego się działo?
- Nie, proszę pani. Nudy, jak zwykle. - Net wyciągnął się na kanapie i wyprostował nogi pod stołem. Rozległo się ciche kliknięcie włącznika i szum startujących silników elektrycznych. Chwilę później stół uniósł się
na dwóch dodatkowych nogach i ruszył w stronę pani Polon.
Org - organizator. [wróć]
Awesome [czyt. osom] (ang.) - świetnie. [wróć]
3. Pierwszy test z pełną mocą
Mama wyjechała za miasto i skręciła w wąską leśną drogę z podniszczonego
asfaltu.
- Zamierza nas pani zamordować i zakopać w lesie? - zapytał Net, który
siedział razem z Niką na tylnym siedzeniu.
- Czasem mam ochotę. - Uśmiechnęła się mama. - Ale nie wzięłam łopaty.
Nie domyślacie się, dokąd jedziemy?
- Domyślamy się - odparł Felix. - Nie wiemy tylko po co.
- Tego to ja też nie wiem. - Zwolniła i włączyła długie światła.
Rozejrzała się po lesie. - Hm... To nie wygląda jak wjazd do dużej firmy.
Strzałka na ekranie nawigacyjnym pokładowego komputera uparcie parła na
przełaj przez las. Drogi, którą jechali, nie było na mapie. Wreszcie
asfalt skończył się zatoczką. Dalej rozciągał się tylko gąszcz
uschniętych pnączy.
Mama zatrzymała się, wyłączyła silnik i otworzyła szybę. W świetle
reflektorów spomiędzy pnączy prześwitywał ceglany mur.
- No i się zgubiłam. - Rozłożyła ręce.
- Nie. - Felix otworzył drzwi, wysiadł i zarzucił plecak. - Jesteśmy na
miejscu.
Reszta również wysiadła. W milczeniu stanęli obok samochodu. Drzewa
również stały w nieruchomym powietrzu, z oddali dochodził cichy,
jednostajny szum miasta. Stygnący silnik cykał.
- Tu gdzieś jest wejście do Instytutu? - Mama owinęła się szczelniej
szalem. - A szklane drzwi? A recepcja, donice z kwiatami i barek czynny
całą dobę?
- To nie jest zwykła firma - wyjaśnił Felix.
Z ciemności między drzewami dobiegło ciche powarkiwanie.
- System odstraszający intruzów - dodał szybko Felix.
- Bardzo... realistyczny - zauważyła niepewnym głosem Nika.
- Więc tam jest głośnik? - upewniła się mama z jedną ręką już na klamce
drzwi.
- Tak. - Felix nonszalancko włożył ręce do kieszeni. - Chodzi o to, żeby
przypadkowi ludzie unikali tych okolic.
Między drzewami błysnęły zielone oczy.
- Oj! - Net schował się za Felixa. - A jeśli ten system apdejtowali ze
straszącego do gryzącego? Ja bym jednakowoż poczekał w samochodzie.
Na to Felix nie miał już odpowiedzi. Zanim grupa podjęła decyzję o prewencyjnym ukryciu się w samochodzie, fragment muru między dwoma
filarami z chrobotem ruszył w górę. Mama Felixa i przyjaciele zapomnieli
o wilku. Spod ziemi wynurzyła się ceglana fasada z okienkiem i wąskimi
drzwiami oraz tabliczką "Biuro przepustek", wyglądającą jak szyld
angielskiego pubu. Fasada zatrzymała się z tąpnięciem, od którego
zadrżała ziemia. Wyglądało to teraz jak wąski dom z piętrem.
- Jest recepcja - powiedział Felix. - Chyba...
Wewnątrz zapaliła się lampka, na co wszyscy aż podskoczyli. Okienko
otworzyło się i ze środka wysunęła się znana przyjaciołom metalowa kula
na elastycznym wężu - robot kontroli dostępu. Felix pierwszy do niej
podszedł, reszta za nim.
- Felix Polon? - zapytała mechanicznym głosem kula, a duży obiektyw na
jej końcu przyjrzał mu się z bliska.
- Tak, to ja.
- Cel wizyty?
- Nieznany. - Felix wzruszył ramionami. - To ma być niespodzianka z okazji moich imienin.
- Zgadza się. - Kula przyjrzała się kolejno wszystkim. - Net
Bielecki, Nika Mickiewicz, Marlena Polon. Zgadza się?
- Skąd to coś wie, jak się nazywam? - zdziwiła się mama.
Kula nie odpowiedziała. Chwilę wisiała nieruchomo, zapewne wymieniając
informacje z serwerem.
- Nie mam pani na liście gości.
- I bardzo dobrze, bo ja nie wchodzę.
Na potwierdzenie tych słów mama cofnęła się dwa kroki.
- Mogę panią dopisać i wydać przepustkę czasową.
- Naprawdę dziękuję. Mam pracę. - Cofnęła się jeszcze o krok i dodała
pod adresem przyjaciół - bawcie się dobrze. Tata Felixa was odwiezie.
Drzwi biura przepustek otworzyły się i cała trójka weszła do środka. Nim
drzwi się za nimi zamknęły, usłyszeli jeszcze dźwięk silnika i pisk
opon, kiedy mama zawracała w miejscu. Wnętrze biura było utrzymane w stylu recepcji angielskiego hotelu sprzed pół wieku. Kula wycofała się
do wnętrza i zatrzymała za ladą z ciemnego drewna. Zadbano nawet o takie
drobiazgi, jak dzwonek na blacie, obrazki w sepii przedstawiające stare
blaszane roboty oraz szafeczka na klucze.
- Czy mają państwo przy sobie elektrogitymacje? - zapytała kula.
- Och, zapomniałem. - Net westchnął teatralnie. - Zostawiłem w domu
razem z zestawem do czyszczenia końskich kopyt.
- Nie noszę jej przy sobie. - Nika rozłożyła ręce. - Gdybym wcześniej
wiedziała...
Jedynie Felix odsunął suwak kieszeni plecaka i wyjął elektrogitymację na
smyczy. Był to przedmiot bardzo przypominający telefon komórkowy z wyświetlaczem na całej przedniej powierzchni. Net uniósł brwi i mruknął:
- Zestaw do czyszczenia kopyt zostaw na później.
- Państwo dostaną karty, ale radzę trzymać się blisko pana Polona.
Elektrogitymacja ma więcej możliwości komunikacji.
Manipulator na cieńszym ramieniu, przypominającym wąż od prysznica,
podał im dwie karty na smyczach. Net i Nika zawiesili je na szyi.
Otworzyły się drzwi z drugiej strony biura.
- Samochód zawiezie państwa na miejsce.
Wyszli po wewnętrznej stronie muru, gdzie czekał na nich samochód
wielkości Smarta. Tu drzewa rosły rzadziej, a między nimi majaczyły
światła Pałacu Hrabiego Podszczypińskiego. Lampka w oknie za ich plecami
zgasła, a biuro przepustek z chrobotem mechanizmu zaczęło wjeżdżać pod
ziemię. Po chwili korona muru znów była równa, a w miejscu małego
budyneczku wystawał z ziemi ogródek skalny obudowany wysokim na
dwadzieścia centymetrów murkiem z cegieł. Jedynym źródłem światła były
latarenki, które nie sięgały nawet kolan.
Przyjaciele odwrócili się do samochodu. Stał pusty i nigdzie nie było
widać kierowcy.
- Umiesz prowadzić, nie? - Net trącił Felixa łokciem. - Przejedźmy się.
Tu nawet nie obowiązuje kodeks drogowy.
- Nie możemy raz dla odmiany zrobić czegoś normalnie? - zapytała Nika. -
Pewnie za chwilę ktoś przyjdzie.
Wewnątrz samochodu zapaliło się światło i otworzyły się drzwi, a dokładniej - przesunęły się po półokręgu na dach. Kierowcy jednak nadal
nie było.
- Zapraszam państwa do środka - rozległo się z wnętrza.
- Kto zaprasza? - Net nachylił się ostrożnie do samochodu.
Fotele umieszczono na wprost siebie, jak w przedziale kolejowym, a dodatkowo obrócono lekko ku środkowi. Nie było kierownicy ani
wskaźników.
- To samochód bezzałogowy - wyjaśnił Felix i gestem zaprosił Nikę do
wnętrza.
Wsiadła, a on za nią. Net dopiero teraz zorientował się, co się właśnie
wydarzyło.
- Zaraz! Dlaczego ja mam siedzieć tyłem? - obruszył się.
- Wsiadaj już i nie marudź - ponaglił go Felix.
Net niechętnie wsiadł.
- Czy mogę zamknąć drzwi? - zapytał głos.
- A zamykaj - warknął Net, obserwując niechętnym wzrokiem Felixa i lekko
rozbawioną tą sytuacją Nikę.
Drzwi zasunęły się.
- Witam państwa na pokładzie eksperymentalnego automatycznego samochodu
EAS-1, co jest skrótem od Eksperymentalny Automatyczny Samochód Jeden.
Proszę zapiąć pasy. Podróż potrwa dziewięćdziesiąt sekund.
Ledwo zapięli pasy, samochód włączył światła i bezgłośnie ruszył.
Wyjechał na utwardzoną alejkę. Nie rozwijał prędkości większej niż
niedzielny rowerzysta, ale trzęsło, jakby wymontowano mu resory.
- Przynajmniej nie ma naklejki "rozmowa z kierowcą zabroniona" -
stwierdził Net.
Samochód zatrzymał się gwałtownie.
- Każdorazowe użycie słowa "kierowca" wywołuje interface
pojazd-pasażer. Nie wolno go używać w czasie jazdy.
- Czyli jednak nie wolno rozmawiać z kierowcą...
- To ważne dla bezpieczeństwa, by cała moc komputera była poświęcona na
zapewnienie bezpieczeństwa podróży. W wyniku tej konwersacji czas
podróży wydłużył się do stu piętnastu sekund.
- Dobrze, już dobrze... - Net machnął ręką. - Jedź pan.
Samochód ruszył. Za oknami wolno przesuwały się ciemne drzewa.
- Nie macie koncepcji, na czym ma polegać ta niespodzianka? - zapytał
Felix.
- Chyba coś szczególnego, skoro nas tu ściągnęli o tej porze - odparła
Nika. - Przed pierwszą w nocy pewnie nie wrócimy. Nie wiem, jak
wstaniemy do szkoły.
- Nie wiemy, o co chodzi. - Net wzruszył ramionami. - A jak on się nie
pospieszy, to pocałujemy klamkę.
Samochód znów się zatrzymał.
- Przecież nie użyłem słowa "kierowca"! - wykrzyknął Net.
- Podmiot był domyślny, a z kontekstu wynikało, że chodzi o kierowcę.
To uruchomiło interface. Nie wolno go używać w czasie jazdy.
- Sam go używasz podczas jazdy - odpalił Net. - Zastanów się, ile mocy
obliczeniowej zużywasz na podsłuchiwanie i analizowanie rozmowy
pasażerów.
- W wyniku tej konwersacji czas podróży wydłużył się do stu
czterdziestu sekund.
Pojazd potoczył się dalej.
- Furą byłoby szybciej - mruknął Net.
Odpowiedzią było gwałtowne hamowanie.
- Sugestia, że furą byłoby szybciej, oznacza, że w domyśle istnieje
furman - odezwał się EAS-1. - Furman to protoplasta kierowcy.
Net wykonał klasyczny facepalm.
- Masz ABS? - zapytał.
- Mam.
- To się nim zajmij!
- W wyniku tej konwersacji czas podróży wydłużył się do stu
osiemdziesięciu sekund.
Net zacisnął pięści.
- Ja już się nie odzywam - wycedził.
- Pomogę ci. - Nika przesiadła się obok Neta, objęła go ramieniem i dłonią zasłoniła mu usta.
Net westchnął przez nos, ale nie zaprotestował. W milczeniu wjechali pod
ziemię, gdzie pojazd znów się zatrzymał. Net odsunął dłoń Niki.
- Co znowu?! - krzyknął. - Kierowca był domyślnym podmiotem naszego
milczenia?! Wielkim nieobecnym nieistniejącej konwersacji?
- Nie, proszę pana. Dojechaliśmy do celu. Dziękuję za miłą podróż.
- Cała przyjemność po twojej stronie.
Net wysiadł, prawie wyskoczył z pojazdu. Po chwili zawrócił i pomógł
wyjść Nice. Gdy wysiadł i Felix, EAS-1 zamknął drzwi i odjechał.
- Kierowca! - krzyknął za nim Net, ale nie wywołał tym żadnej reakcji. -
To się nie przyjmie. Jedzie, gdzie chce, trzęsie jak w ruskim czołgu, a do tego zatrzymuje się na byle podmiot domyślny.
Stali teraz na parkingu podziemnym. Nie było tu zbyt wielu samochodów. A oni nie mieli też koncepcji, co powinni zrobić. Na szczęście z cichym
dzwonkiem rozsunęły się drzwi windy i ze środka wyjechał robot
przypominający bezzałogowego Seagwaya.
- I jeszcze ten... - Net wywrócił oczami.
Robot miał obły metalowy korpus zakończony obrotową głową z parą szeroko
rozstawionych dużych tulei obiektywów-oczu. Z przodu wystawał
trójpalczasty manipulator, połączony z korpusem elastycznym wężem, takim
samym jak u robota kontroli dostępu.
- Witam państwa - oznajmiło donośnie to coś. - Nazywam się Autotup,
co jest skrótem od Automatyczny Turystyczny Przewodnik, i dziś wieczór
będę państwa automatycznym turystycznym przewodnikiem.
- Wiemy, jak się nazywasz - powiedział znudzonym głosem Net. - Przecież
się znamy.
- Ale protokół każe mi się przedstawić.
- Czy masz nas zabrać na wycieczkę? - zapytała Nika.
- Mam państwa doprowadzić do punktu docelowego.
- Jeśli teraz powiesz, ile to zajmie czasu, to cię przewrócę -
zapowiedział Net.
- Czas zależy od tempa państwa marszu.
Przyjaciele ostatnio na tyle często bywali w Instytucie Badań
Nadzwyczajnych, że czuli się tutaj prawie jak u siebie. No, może nie do
końca, ale przynajmniej byli na znajomym terenie. Autotup poprowadził
ich korytarzami, schodami i windami, aż zatrzymał się przed symboliczną
kreską na podłodze oznaczoną napisem "3 top".
- Dalej nie mogę państwa prowadzić - oświadczył robot.
- Mamy iść sami? - zapytała Nika.
- Państwo mogą wejść - przyznał. - Ja nie mam uprawnień.
- Jak miło - uśmiechnął się Net. - Dziękówa za wskazanie drogi, i do
miłego.
Ruszyli korytarzem niedostępnym dla robota.
- Albo coś jest nie tak z tymi sztucznymi inteligencjami, albo z nami -
ciągnął Net. - Coraz bardziej mnie wpieniają.
- Z Manfredem jakoś się dogadujesz - zauważyła Nika. - Wszyscy się
dogadujemy.
- Ale na początku nie było lekko. Albo my się dostosowaliśmy, albo on.
Dotarli do stalowych drzwi, które rozsunęły się, gdy Felix dotknął
swojej elektrogitymacji. Weszli do okrągłej, sklepionej betonowej sali o średnicy kilkunastu metrów. Jej centralną część zajmował betonowy podest
podniesiony ponad resztę posadzki o kilka stopni. Na podeście
umieszczono pionowo Pierścień, zagłębiony do jednej czwartej wysokości w betonie. Na jego obwodzie przyśrubowano elektromagnesy z grubym
uzwojeniem. Kable, spięte w wiązki, schodziły do dwóch betonowych kopuł
po obu stronach urządzenia. Dalej przyśrubowane do podłogi stały jeszcze
inne skrzynie elektryczne i urządzenia nieznanego przeznaczenia.
Wszystko błyskało małymi kontrolkami i wyświetlaczami
ciekłokrystalicznymi. Wolny pozostawał tylko szeroki na kilka metrów pas
betonu łączący Pierścień z wrotami, przez które tu weszli.
Gdy zrozumieli, na co patrzą, zatrzymali się z wrażenia.
- Łał! - Net aż przysiadł. - Skądś to znam.
- Pierścień - przyznała cicho Nika.
- Udało się go przenieść? - zapytał Felix.
- To kopia - wyjaśnił z dumnym uśmiechem pan Polon, pojawiając się
niespodziewanie obok. - A dokładniej, to skonstruowaliśmy Pierścień o tych samych parametrach, ale z użyciem nowoczesnej technologii.
Nazwaliśmy ten projekt JumpGate, choć niektórzy głosowali przeciw,
twierdząc, że to brzmi niepoważnie.
- Skoczywrota - wtrącił Net.
- Skoczywrota... - Tata pokiwał głową. - Dobre. JumpGate to nazwa
międzynarodowa, bo projekt jest międzynarodowy, ale na nasz własny
użytek mogą być Skoczywrota. Część niezbędnych wzorów znaleźliśmy w Trzynastej Księdze profesora Kuszmińskiego. Tej, którą odnaleźliście w podziemiach Warszawy. Wygląda na to, że i naziści wykorzystali jego
badania, te wcześniejsze, do konstrukcji swoich Pierścieni.
Przyjaciele i tata doszli do krawędzi namalowanych na podłodze
czarno-żółtych pasów i zatrzymali się. Na obrzeżach hali kręciło się
kilku techników w białych fartuchach. Coś poprawiali, coś sprawdzali.
- Wygląda skromniej. - Felix ocenił instalację. - Hala też mniejsza.
- Jasne, stary - prychnął Net. - Twoja szklanka zawsze będzie w połowie
pusta.
- Pierścienie systemu Wunrung powstawały w okresie, kiedy prosty
kalkulator zajmował kilka pokoi - wyjaśnił tata. - W naszym przypadku
duże są tylko generatory wysokiego napięcia, magnetrony i reszta
aparatury, której nie można zmniejszyć ze względu na prawa fizyki.
Natomiast większa część instalacji w Milo to były przekaźniki i urządzenia służące przetwarzaniu informacji. Tym zajmuje się... chodźcie,
pokażę wam.
Odwrócili się i dopiero teraz zobaczyli szeroki, betonowy, wystający na
ponad metr wykusz z kilkoma nieprzejrzystymi szybami, pochylonymi w stronę wnętrza hali. Wrota, którymi się tu dostali, były dokładnie pod
nim.
- Wygląda bardzo podobnie do bazy w Milo - zauważyła Nika.
- To przypadek. Pomieszczenie zaadaptowaliśmy z poprzedniego projektu. -
Tata już wchodził po schodach. - Chodźcie, zaraz zaczynamy.
Sterownia była ciemna, rozświetlona tylko lampkami przy komputerach i w najmniejszym stopniu nie przypominała tej z Milo. Były tu dwa rzędy
blatów z ustawionymi komputerami, w większości laptopami, i około
dwanaście foteli, w których siedzieli naukowcy. Kilka osób stało i wyglądało przez lekko przyciemniane szyby. Przyjaciele nieśmiało weszli
do środka i bąknęli powitanie. Siedzący najbliżej skinęli głowami. Jeden
z mężczyzn podniósł się i ruszył w ich stronę. Marek Bielecki, ojciec
Neta.
- Cześć - przywitał ich. - I wszystkiego najlepszego z okazji imienin. -
Uścisnął dłoń Felixa. - Pomyśleliśmy z twoim ojcem, że to będzie
doskonały prezent.
Felix przytaknął gorliwie, a spojrzeniem biegał od komputera do
komputera.
- Znowu nic mi nie powiedziałeś - zauważył z wyrzutem w głosie Net.
- Inaczej nie byłoby niespodzianki - wyjaśnił tata. - Stańcie gdzieś z boku. Za kilka minut zaczynamy. Dziś pierwszy test z pełną mocą. A...
pamiętacie profesora Słowińskiego?
Profesor Słowiński skinął im głową i wrócił do rozmowy z kimś w drugim
końcu sterowni. Szef projektu był wysokim, grubawym i łysiejącym
mężczyzną około sześćdziesiątki. Nosił mocne okulary. Nie sprawiał
sympatycznego wrażenia. Teraz już zupełnie ignorował gości.
- Nie lubi nas - mruknął Net.
- Nie lubi ludzi - sprecyzował cicho pan Polon. - Dla niego liczy się
tylko praca. Ludzie są konieczni do wykonania tej pracy, więc ich
toleruje. Nie wchodźcie mu w drogę, to będzie dobrze. - Po czym dodał
nieco głośniej - sterowaniem Pierścieniem zajmuje się ten pecet. -
Wskazał komputer w metalowej obudowie, wyglądający jak zwykły sprzęt
biurowy sprzed kilku lat. - Reszta komputerów obsługuje aparaturę
pomiarową.
- I ten jeden pecet wystarcza? - zdziwił się Net.
- Jeśli wyłączy się przezroczyste okienka i animację ikon. - Uśmiechnął
się pan Bielecki. - Promem kosmicznym sterują komputery o mocy
obliczeniowej tych sprzed dwudziestu lat i dają radę. W modelu testowym
Pierścienia nie ma wcale tak wielu obliczeń do wykonania. Potem pewnie
to się zmieni.
- Czy on... naprawdę działa? - Nika patrzyła na Pierścień.
- Zaraz się przekonacie. - Tata uśmiechnął się szeroko. - Za półtorej
minuty.
- Opróżnić halę - polecił donośnym głosem profesor Słowiński. -
Zaczynamy za dziewięćdziesiąt sekund.
- Stójcie tu i tym razem naprawdę niczego nie dotykajcie.
W hali przygasło światło, włączył się ostrzegawczy sygnał dźwiękowy i gdzieś w dole zaczęły się obracać czerwone koguty.
- Zaczynamy za osiemdziesiąt sekund - powtórzył do mikrofonu profesor, a megafony wzmocniły jego głos. - Wszyscy opuszczają teren.
Net nachylił się do przyjaciół i szepnął:
- Tym razem pamiętajmy, żeby zapisać numery lotto z przyszłego tygodnia.
Nika uśmiechnęła się pod nosem, ale zaraz spoważniała i chwyciła dłoń
Neta. Przyjaciele stali nieruchomo, wpatrując się w Pierścień w dole.
Dobrze pamiętali, co stało się poprzednim razem1, gdy udało im
się niechcący uruchomić Pierścień w bazie w Milo. Żadne z nich nie
chciało, by tamta sytuacja się powtórzyła.
Naukowcy pochylili się nad komputerami. Zaledwie kilku interesowało się
bezpośrednio Pierścieniem. Czerwone cyfry zegara nad oknem odliczały
sekundy.
- A jak wybuchnie? - zapytał szeptem Net.
- To pancerne szkło - odparł Felix. - Poza tym... znają się na tym. Chyba.
- Chyba? - Net wypuścił powietrze. - Dzięki... Robią to pierwszy raz.
Taaa, znają się.
Buczenie transformatorów wzmogło się, osiągnęło punkt krytyczny i zaczęło cichnąć. W kilka sekund było po wszystkim. Naukowcy klaskali i wstawali z foteli. Wyglądali na uradowanych. Klepali się po ramionach i gratulowali sobie.
- I co? I już? - zapytał zawiedziony Net.
- Mało widowiskowe - przyznała Nika.
- Wszystkie wskazania niemal identyczne jak w Milo - oznajmił z szerokim
uśmiechem pan Polon. - Więcej nie zobaczymy, dopóki nie zbudujemy
drugiego Pierścienia w budynku B.
- Przecież istnieją inne Pierścienie - przypomniał Felix. - Choćby ten w Milo. On działa.
- Jest jakaś różnica, której nie potrafimy dostrzec. Nasz Pierścień jest
niekompatybilny z Pierścieniami systemu Wunrung. Dopiero jak skończymy
drugi, identyczny, przekonamy się, czy to naprawdę działa. Na razie nie
ma na to środków.
- Jak to możliwe, że naziści stworzyli sieć takich Pierścieni wiele lat
temu? - zapytała Nika. - A dziś przy nowszej technice nie można zrobić
dwóch?
- Niemców ograniczały tylko czas i naloty aliantów - odparł tata. -
Budżet mieli nieograniczony, całe sztaby naukowców zajmowały się tylko
tym. Dziś obowiązują inne zasady. Instytut Badań Nadzwyczajnych musi
przynosić zysk. Na przykład Wydział Chemii opracował niedawno nowy krem
do rąk, którego formułę teraz sprzedajemy firmom farmaceutycznym. Więcej
ludzi kupi krem do rąk, niż zainteresuje się badaniami nad teleporterem,
które przyniosą efekt praktyczny może za piętnaście lat.
- To nie jest zbyt optymistyczna wizja ludzkości - zauważył Felix.
Naukowcy, głośno dyskutując, wychodzili ze sterowni. Obaj tatowie i przyjaciele zeszli razem z nimi. Wrota otworzyły się i do hali wjechało
sześć robotów cateringowych. Każdy wyglądał jak restauracyjny wózek z wystającą jak na modelu lotniskowca wieżyczką z manipulatorami. Na
białych obrusach leżały nakryte folią półmiski z kanapkami i sałatkami.
Ostatni robot wiózł napoje.
Tatowie dyskutowali z szefem zespołu.
- Współczuję prezentu. - Net poklepał Felixa po ramieniu. - Ale chociaż
się dopasiemy za friko po imieninach. - Net zatarł ręce i ruszył w stronę robotów.
- Przecież dopiero co jedliśmy - przypomniała Nika. - Nie wytrzymasz
kilku minut?
- Chodzi o to, żeby najpierw najedli się ci, którzy zasłużyli?
- Tak. Wypadałoby zaczekać. I dać im porozmawiać.
- Widzę kanapki z pasztetem. - Net zapuścił żurawia między białymi
fartuchami. - Mniemam, że to dobry francuski pasztecik...
- Tych kanapek z pasztetem jest z pięćdziesiąt - zauważył Felix. - Nie
zjedzą ci wszystkich.
Sam szedł już w przeciwną stronę, w kierunku Pierścienia. Zatrzymał się
przed stopniami podestu i spojrzał w górę.
- Szczerze mówiąc, nie wydaje mi się, żeby to mogło zadziałać -
powiedział Felix. - Pamiętacie, jak wylądowaliśmy w Warszawie roku 2060?
Pierścień wyglądał na nieużywany od lat. Agentom w czerni nie udało się
go uruchomić od lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, a cały projekt
badawczy został rozwiązany dużo wcześniej wraz z Instytutem. To znaczy,
że systemu Pierścieni nie uruchomiono od naszych wakacji w Milo aż do
roku 2060.
- Czyli że przez najbliższe pół wieku w żaden sposób nie uda się tego
uruchomić? - Net stanął obok, a potem kciukiem wskazał naukowców
dyskutujących przy bufecie. - Więc oni tam wznoszą pasztetowe toasty za
pierwsze udane... buczenie Pierścienia?
Felix z kwaśną miną pokiwał głową.
- Może i nie za dużo zobaczyliśmy w roku 2060 - powiedział - ale nie
było tam działającej sieci teleporterów. Widziałem reklamę połączenia
lotniczego z Nowym Jorkiem.
- Po wynalezieniu lotnictwa cywilnego kolej nie przestała istnieć -
zauważył Net. - Może po wprowadzeniu teleporterów, powiedzmy za
piętnaście lat, inne sposoby podróżowania nie znikną. Może teleportery
będą drogie, bo przecież żrą masę prądu, i będą z nich korzystać tylko
bogaci. Reszta nadal będzie latać samolotami albo jeździć pociągami.
Jeden niedziałający od lat Pierścień o niczym nie świadczy. Idź do
Muzeum Techniki, to zobaczysz stare, niedziałające samochody.
Felix pokręcił tylko głową.
- Mam takie przykre wrażenie, że to przez nas - odezwała się Nika. - Nie
powiedzieliśmy nikomu, że byliśmy w Warszawie przyszłości. Nikt więc nie
wie, że Pierścienia nie da się uruchomić.
- No to teraz tym bardziej nikomu o tym nie mówmy! - zastrzegł szybko
Net. - Przecież to kosztowało kupę kasy. - Wskazał Pierścień. - Jak się
okaże, że to przez nas, to się nie wypłacimy do dziewiątej reinkarnacji.
Ale zaraz... - Zerknął przez ramię na zajętych sobą naukowców. - Skoro
tak, to możemy sobie przez niego przejść...
Podszedł do linii w ukośne czarno-żółte pasy.
- Jeżeli coś nie działa prawidłowo, to nie znaczy, że nie może być
niebezpieczne - zaprotestował Felix. - A nawet właśnie wtedy może być
niebezpieczne.
- Przecież jest wyłączony.
- Jak wyłączysz silnik w samochodzie, to nadal możesz się oparzyć.
- Jesteś wyznawcą cywilizacji zagrożeń. Ja wolę cywilizację możliwości.
- Net zanurzył dłoń w kieszeni plecaka, pogrzebał i wyjął plastikową
nakrętkę po coca-coli. Przerzucił ją przez Pierścień. Nic się nie stało.
- Widzisz? Zawsze to ty chciałeś naciskać wszystkie guziki i przełączać
wszystkie przełączniki.
Chwycił dłoń Niki. Nie była przekonana, ale postąpiła krok za nim.
- To głupie. - Felix westchnął i wziął ją za drugą rękę.
Weszli na podest.
- Wspomnienia... - westchnęła Nika. - Nie chciałabym tego przeżywać
jeszcze raz.
Felix nie potrafił rozpoznać żadnego z elementów rozmieszczonych na
obwodzie Pierścienia. Zbliżając się do niego, czuł obawę połączoną z ciekawością. To była przecież zupełnie nowa technologia, która może
zmienić świat. A raczej mogłaby, gdyby nie to, że... znali przyszłość.
Trzymając się za ręce, wolno przeszli przez Pierścień. Nic się nie
wydarzyło. Poczuli tylko delikatny powiew, zapewne od układów
chłodzenia.
- Yes! - Net puścił dłonie przyjaciół i zacisnął pięści w geście
zwycięstwa. - I nic się nie stało.
- Nie powinniśmy tego robić. - Felix wskazał kciukiem obudowę
Pierścienia. Przeskoczyła po niej pojedyncza iskra. - Kondensatory nie
rozładowały się do końca.
- Wystarczy ich nie dotykać. - Net podniósł z ziemi nakrętkę i włożył do
kieszeni. - Chodźcie na żarełko. Już chyba odczekaliśmy kulturalne pięć
minut.
Podeszli do bufetu.
- Gdzieś tu widziałem kanapki z pasztetem... - Net przeszukiwał wzrokiem
stół. - Zjedli wszystkie? Niemożliwe...
- I jak? - podszedł do nich pan Polon. - Spodziewaliście się
fajerwerków?
- Prawdę mówiąc... - Felix zawiesił głos. - Zaczekamy, aż będzie drugi
Pierścień.
- Jak można zjeść tyle kanapek w kilka minut... - mruknął Net i sięgnął po
inną kanapkę. - No nic, może być kanapa z szyną.
- Nie wiadomo, kiedy to nastąpi - powiedział tata. - Nie mówię o kanapkach, oczywiście. Na drugi Pierścień możemy czekać długo. Dziś
zużyliśmy tyle prądu, ile małe miasteczko zużywa w jeden wieczór.
- Nieźle... - przytaknęła Nika i zerknęła na stolik z napojami.
- Mogę pani zaproponować zdrowy sok ze świeżych pomarańczy - odezwała
się wieżyczka robota cateringowego. - Wyciskany czternaście minut i dwadzieścia siedem sekund temu.
- Z chęcią, poproszę.
Robot nalał sok z dzbanka i podał jej szklankę. Podziękowała.
- To smutne, że Wydział Chemii zarabia kosmetykami na poważne projekty -
stwierdził Felix.
- Wydział Farmaceutyki, nie Chemii - poprawił go tata.
- Mówiłeś, że Wydział Chemii opracował krem do rąk i teraz sprzedajecie
formułę innym firmom.
- Mówiłem? - Tata uniósł brwi. - No może. Ale Wydział Farmaceutyki
został niedawno wydzielony z Wydziału Chemii. Teraz to jeden z bardziej
dochodowych wydziałów.
- Nieważne, jak się nazywa. To smutne.
- Ludzi nie obchodzi załogowa wyprawa na Marsa, obchodzi ich zupa w proszku, którą można przygotować w trzy minuty. Wolny rynek. Ale zanim
zacznie się coś krytykować, warto się zastanowić, jak by to mogło
wyglądać w innych warunkach. W warunkach gospodarki socjalistycznej
musielibyśmy realizować projekty zlecane przez polityków. A raczej żaden
z biurokratów nie zleciłby nam tak szalonego projektu jak teleporter. -
Tata klepnął syna w ramię. - Dziś twoje imieniny. Nie smuć się.
Felix uśmiechnął się kwaśno i sięgnął po kanapkę z żółtym serem i ogórkiem.
- Zabieram wam rozmówcę. - Profesor Słowiński skinął na tatę. - Jest już
bilans.
Wyraźnie nie był zachwycony wizytą uczniów, ale nie dawał tego po sobie
poznać. Tata odszedł z nim do sterowni. Pozostali naukowcy w pośpiechu
wpychali w siebie kanapki i podążali za nimi. Już nie byli tacy
swobodni, jak przed chwilą.
Przyjaciele zostali sami. Nika spojrzała na Felixa.
- O co chodzi? - zapytała łagodnie.
- Tak naprawdę, to dostałem dziś tylko trzy fajne prezenty - przyznał
Felix.
- Jeden to na pewno brudnopis - zastrzegł szybko Net. - Co do drugiego,
to nie mam koncepcji. Raczej nie przewodnik po Roztoczu?
- Kasownik.
- Pfff... W moim rankingu był nawet za krawatem i zakładką.
- Zakładka jest na pierwszym miejscu. Ex aequo. Zawsze byłem ciekawy,
co jest w środku kasownika... Nie, nie chodzi o to. - Felix wepchnął
dłonie do kieszeni. - Chodzi mi o to, że nie powiedzieliśmy nikomu, że
Pierścienie nie będą działać do roku 2060.
- Powinniśmy powiedzieć - przyznała Nika. - Ale też nie mamy żadnych
dowodów. To tylko nasze przypuszczenia.
- No i nikt nas nie pytał - dodał Net. - W razie czego to całkiem dobre
wytłumaczenie. A zresztą, gdybyśmy ich przekonali, że Pierścieni nie da
się uruchomić, a okazałoby się, że jednak się da, to byłoby jeszcze
gorzej.
Pan Polon zszedł po schodach ze sterowni jako pierwszy.
- No, na dziś wystarczy pracy. - Rozprostował plecy. - Raporty napiszemy
jutro. Chodźcie, podrzucę was.
Dołączył do nich tata Neta, pożegnali się ze wszystkimi i wyszli.
Kilka minut później, gdy tatowie się przebrali, zjechali windą na
parking podziemny. Większość samochodów już odjechała.
- Co tak wszystkich poruszyło? - zapytał Felix, gdy szli na ukos przez
wymalowane na betonie stanowiska. - Przy bufecie, kiedy Słowiński zabrał
cię do sterowni?
- Bilans energetyczny się nie zamknął - wyjaśnił tata.
- To źle czy dobrze? - zapytał Net.
- To znaczy, że powstała szczelina czasoprzestrzenna, przez którą część
energii wyciekła z naszego świata.
- Czyli będzie większy rachunek za prąd? - podsunął Net.
- To nieistotne. Wyciek był bardzo mały, jednak większy niż standardowy
wypływ przez izolację. Ale skoro jest przeciek, to znaczy, że Pierścień
działa. Do otwarcia tunelu czasoprzestrzennego brakuje tylko drugiej
bramy.
Felix dopiero teraz zobaczył, że tata się uśmiecha. Net spojrzał na
przyjaciela z miną mówiącą "A widzisz?". Felix przytaknął. Poczuł się
trochę lepiej. Rozglądał się za Land Roverem taty, ale nie mógł go
nigdzie dostrzec. Zatrzymali się za to przed starym czarnym Jeepem Grand
Cherokee, a tata otworzył go pilotem.
- Jeep? - Felix uniósł brwi. - Czemu nie Land Rover?
- Wolałbyś Land Rovera? - zapytał z uśmiechem tata. - Wolę pchać Jeepa,
niż jeździć Land Roverem. Jeep ma lepsze zawieszenie i układ
przeniesienia napędu. I lepsze silniki.
Felix również się uśmiechnął. Ta zamiana samochodów była chyba drugą
częścią niespodzianki. Przez ostatnie miesiące tatowy Land Rover
Defender stał się królikiem doświadczalnym Wydziału Transportu i już
kilka razy był poddawany daleko idącym modyfikacjom, z których wymiana
silnika wcale nie była najważniejsza. Widocznie teraz Land Rover miał
doświadczyć kolejnych przeróbek lub postanowiono zainstalować na nim
nowe eksperymentalne urządzenia.
* * *
Nika zapaliła światło, zamknęła za sobą drzwi półtorapokojowego
mieszkania na Pradze, podeszła do okna i pomachała. Dopiero wtedy czarny
Jeep odjechał brukowaną ulicą. Zdjęła buty, co w przypadku
dziesięciodziurkowych Martensów trwało niemal minutę, i uświadomiła
sobie, że jest głodna. Ponowne przejście przez Pierścień było tak dużym
przeżyciem, że zapomniała zupełnie o głodzie. Choć bufet w Instytucie
był nie do przejedzenia, nie tknęła ani jednaj kanapki.
Otworzyła lodówkę i wyjęła napoczętą puszkę gulaszu angielskiego, który
ani z gulaszem, ani z angielskością nie miał zbyt wiele wspólnego.
Ukroiła kromkę chleba, położyła na talerzu i przeniosła cały zestaw
kolacyjny na stół. Masło skończyło się przedwczoraj. Wprawdzie nie
powinno się jeść cztery godziny przed snem, ale trudno zasnąć z brzuchem
burczącym z głodu.
Wstawiła wodę na herbatę, usiadła przy stole i zamarła z nożem w dłoni
nad puszką. To nie był gulasz angielski, tylko paprykarz szczeciński.
Wstała i otworzyła szafkę, w której trzymała konserwy. Puszka gulaszu
stała nietknięta. Nika zamrugała i obejrzała puszkę ze wszystkich stron.
Dziwne, pamiętała przecież, że kupiła obie konserwy, ale rano po namyśle
otworzyła gulasz angielski. Czy można być aż tak roztargnionym, żeby
zapomnieć, co się jadło na śniadanie?
Widocznie tak.
Wzruszyła ramionami i nałożyła paprykarz na chleb. Gulasz był lepszy,
ale droższy o siedemdziesiąt pięć groszy, a wiadomo, że nawet największa
fortuna składa się z groszy. Jednak każdy potrzebuje jakiejś odmiany, a jedzenie najtańszej konserwy może obrzydnąć. Tym bardziej jeśli się wie,
co producent do tej konserwy ładuje. Dlatego najtańszych nie kupowała
już od jakiegoś czasu, a dokładniej od czasu, kiedy Felix wyliczył jej,
że to się nie opłaca, bo najtańsza konserwa zawiera najmniej składników
odżywczych. Czyli lepiej kupić droższą i zjeść jej mniej, a organizm
dostanie to, czego potrzebuje.
Czajnik zaczął gwizdać, więc wyłączyła gaz, zalała torebkę herbaty w kubku i pochłonęła ostatni kęs kanapki z paprykarzem. Od jedzenia przed
snem się tyje. Uśmiechnęła się na samą myśl o przytyciu. Podeszła do
lustra i podciągnęła bluzkę pod szyję. Żebra jak pręty zbrojeniowe.
* * *
Net stanął jak wryty w drzwiach swojego pokoju. Jego centrum sterowania
wszechświatem, czyli kilka komputerów i urządzeń peryferyjnych, stało na
biurku.
- Jak miło - stwierdził. Uchylił drzwi i rzucił - dzięki, tato!
Jego ojciec chyba nie mógł znieść bałaganu, skoro zdecydował się
samodzielnie wykonać najtrudniejszy etap przeprowadzki piętro niżej,
czyli przeprowadzki struktury informatycznej swojego syna.
- Cześć! - odezwał się z największego komputera Manfred. Centrum
dowodzenia wszechświatem przynajmniej w części było włączone całą dobę.
- Jak dzień? Oczywiście nie włączałeś laptopa...
- Jakoś nie było okazji. Oglądaliśmy... - zawahał się. - Tobie chyba mogę
powiedzieć. Oglądaliśmy test nowego Pierścienia, ale jest tylko jeden,
więc nie było to bardzo widowiskowe - podróży czasoprzestrzennej nie
odbyliśmy. Jajogłowi twierdzą, że działa. Za to nie mają kasy, żeby
zrobić drugi Pierścień i to udowodnić. Tylko się nie wygadaj. Jak się
dowiedzą ekolodzy, to zaczną protestować, że tym prądem można by
wykarmić pół Afryki. Albo jakoś tak. A mnie zjedli wszystkie kanapki z pasztetem. A jak u ciebie po przeprowadzce?
- Wetknąłeś wszystkie wtyczki na swoje miejsce, więc jedyną różnicą
jest inny widok z kamery.
- Podziękuj mojemu tacie.
- Myślałem, że ty przenosiłeś sprzęt.
- Myślałeś? W wyłączonym komputerze trudno się myśli. Tata zrobił mi tą
przeprowadzką prezent z okazji imienin Felixa. Tak przynajmniej
kombinuję. Co sądzisz o Laurze? Fajna, nie?
- Laurze? Jakiej Laurze?
- Stary, popracuj nad synchronizacją, co? Poznałeś Laurę dziś na
urodzinach Felixa.
- Powaga?
- Tak. A dokładniej poznała ją twoja kopia na Felixowym kompie.
- Raczej się teraz nie zsynchronizuję, bo jego komputer jest
wyłączony.
- A nie synchronizowałeś się czasem z serwerem w ratuszu? - Net podrapał
się w głowę. - No nieważne. Przygotuj się psychicznie na tę
synchronizację jutro. Ona ma tak czerwone włosy, że pawiany ze wstydu
zakładają spódniczki. Jeśli... łapiesz dowcip.
- Owszem, łapię. Ale sądzę, że kimkolwiek jest owa Laura, nie ucieszy
się z takiego porównania.
- Co ty! Zadki pawianów były wzorem koloru dla Ferrari2.
- Zmyślasz...
- A sprawdź sobie. Zresztą ona ma taki bardziej różowoczerwony, zależnie
od oświetlenia. Nie wiem, jak to określić, nie jestem dziewczyną, więc
rozróżniam tylko szesnaście kolorów. Jak ją zobaczysz, to pomyślisz, że
ci się matryca w kamerze zrąbała. Przesterowuje, normalnie. - Ziewnął. -
Pora do wyrka. To był długi dzień.
Przyjrzał się swoim spodniom upapranym sosem z pizzy i sałatką, która
latała w powietrzu podczas paniki na imprezie. Czyli do prania. Opróżnił
kieszenie i stwierdził, że kosz na śmieci został w górnym pokoju. Nie
miał siły teraz się po niego wspinać. Położył więc na biurku stary bilet
do kina, opakowanie po gumie do żucia i nakrętkę po pepsi. Tę ostatnią
wziął jeszcze na chwilę w dwa palce i przyjrzał się jej z bliska. Potem
przeczytał kod promocyjny od wewnętrznej strony. Suma liczb -
czterdzieści trzy. I co z tego? Coś go intrygowało w tej nakrętce, ale
był zbyt śpiący, by to analizować.
* * *
Tata zaparkował Jeepa na podjeździe obok czerwonego Mini i pilotem
zamknął bramę. Nie wstawił samochodu do garażu.
- I jak? - zapytał, gdy szli do głównego wejścia do domu.
Było chłodno, ale w powietrzu czuć było już wiosnę. Dzikie wino
porastające ściany lada dzień miało wypuścić nowe listki.
- Trochę mniej trzęsie, ale za to jest ciaśniej - odparł Felix.
- Nie pytam o samochód.
- Aaa... No wiesz, powiem, jak będzie drugi Pierścień. Jakoś trudno mi
entuzjazmować się wykresami na ekranach komputerów.
Zerknął na podjazd przed domem ich sąsiada, pana Sobolaka. Stało tam
stare, ale błyszczące prosto po myjni i woskowaniu czerwone Audi A6.
Dopiero co miał BMW. Zapanowała jakaś moda na wymianę samochodów?
Zaraz po przekroczeniu progu musieli odeprzeć atak witającego ich
Cabana. Mama siedziała w kuchni z laptopem i zawzięcie klikała w arkusz
kalkulacyjny.
- Późno już, nadal pracujesz? - Tata pocałował mamę w policzek.
- Pierwsze zlecenie, nie mogę go zawalić. - Mama nie odrywała wzroku od
ekranu. - Pieczeń wołowa jest w garnku. Chcecie z kaszą czy z ziemniakami?
Tata i Felix popatrzyli po sobie. Jasne było, że cokolwiek wybiorą, będą
musieli ugotować to sami.
- Z makaronem - zadecydował Felix. - Naprawiłem maszynę kluskującą.
Włączył maszynę i zdjął kurtkę.
- Jeszcze trochę posiedzę - rzuciła mama. - Mam zlecenie z poważnego
banku. Na razie na miesiąc, a potem może przedłużą umowę.
- To nie był dealer samochodowy? - zapytał Felix.
- U dealera przegrałam przetarg. To straszne skąpiradła, więc może i lepiej.
- Postaraj się nie pracować tyle, co przedtem - poprosił tata.
- Teraz pracuję na swoim, więc sama mogę ustalać godziny pracy.
- Właśnie widzę...
Za ich plecami rozległo się ciche śflumpf! - maszyna kluskująca
wypluła na podłogę parujący makaron świderek. Chwilę potem zaczęła
wypluwać kolejne świderki w tempie kilku na sekundę. Felix rzucił się do
maszyny i wyłączył ją.
- Naprawiłem ją... - powiedział usprawiedliwiającym tonem. - Sprężyna
regulatora podajnika była pęknięta...
Tata popatrzył na podłogę zasłaną makaronem.
- Naprawiłeś, ale nie sprawdziłeś, czy działa - stwierdził. - Lepiej
zjedzmy kanapki. Niezdrowo napychać się przed snem.
Felix wyciągnął z kontaktu wtyczkę i wsunął dłoń pod obudowę. Wyjął
sprężynę w dwóch kawałkach.
- Znowu pękła - stwierdził ze zdziwieniem. - Trzeba zastosować
mocniejszą.
Maszyna kluskująca miała przygotowywać szybko, bo pod ciśnieniem,
wszystkie rodzaje makaronów, gotowych od razu do jedzenia. Była bardzo
wygodna. Jeżeli działała prawidłowo.
Felix otworzył szafę w hallu, przyniósł do kuchni automatyczny odkurzacz
i włączył go. Mama westchnęła, oderwała się wreszcie od pracy i wyjęła
chleb.
- Z czym chcecie? - zapytała.
- Ja jednak dziękuję. - Felix wycofał się z kuchni. - Jadłem w Instytucie.
Salon nie nosił najmniejszych śladów po imprezie, jaka się tu odbyła
ledwie kilka godzin temu. Felix zszedł do piwnicy i pierwsze co zrobił,
to wyjął akumulatory z prototypowych nóg Golema Golema.
Te przygody zostały opisane w książce Felix, Net i Nika oraz
Teoretycznie Możliwa Katastrofa. [wróć]
Jeśli w to uwierzyłeś, Drogi Czytelniku, to żadne przypisy nie
pomogą. [wróć]
4. Nie wszystko się zgadza
Felix, Net i Nika dotarli do szkoły niemal równocześnie, a do tego
minimalnie spóźnieni. Pierwszą lekcją była historia, więc nie spieszyli
się specjalnie. Profesor Cedynia zwykle się spóźniał, a do sprawdzania
listy obecności zabierał się powoli.
- Autobus mi uciekł - oświadczył Net, gdy byli już na schodach. -
Przyjechał trzy minuty za wcześnie.
- Nie możesz brać poprawki na ciężką nogę kierowcy? - zapytała Nika.
- To trzy minuty snu mniej. Zresztą to dlatego, że zmienili rozkład.
Zaraz, zaraz... a wy?
- Mój tramwaj też przyjechał za wcześnie - powiedziała Nika. - Albo za
późno, zależy z której strony patrzeć.
- A mój autobus puścili inną trasą - dodał Felix. - I jedzie dziesięć
minut dłużej.
Dotarli do sali, zapukali, otworzyli drzwi i zatrzymali się w progu.
Wszystkie oczy skierowały się na nich, co samo w sobie nie było jeszcze
dziwne. Dziwne było to, że najbliżej drzwi siedziały bliźniaczki
Birskie, a to znaczyło, że w sali historycznej siedzi klasa druga "b".
Jednak z pewnością odbywała się tam lekcja historii, o czym świadczyła
powieszona do góry nogami mapa Francji z okresu międzywojennego, a tym
bardziej świadczyła o tym obecność profesora Cedyni.
- Oj, sorry - rzucił Net.
Przyjaciele wycofali się i zamknęli drzwi.
- Jestem pewna, że dziś powinniśmy mieć historię. - Nika wyjęła złożony
na pół plan lekcji. - Dziś wtorek, prawda? No to mamy historię.
Felix wyjął swój nowy brudnopis, w który wpiął spinaczem plan.
- Nie da się ukryć - przyznał.
Net przykucnął i wyjął z plecaka laptop. Zalogował się do szkolnej sieci
i wczytał podstronę z planem lekcji.
- Zmienili plan. Pierwsza jest... ja pierdykam. - Skrzywił się. -
Geografia...
Przyjaciele dobrze wiedzieli, co to oznacza. Nawet minutowe spóźnienie
oznaczało gwarancję odpytywania przy tablicy. A było już trzy minuty po
dzwonku. Pobiegli do sali geograficznej, wyhamowali przed drzwiami,
złapali oddech, cicho zapukali i weszli do środka. Gnąc się w ukłonach,
z przepraszającymi minami przedostali się do swoich miejsc.
Geograficzka, Konstancja Konstantynopolska, w milczeniu odprowadziła ich
zimnym wzrokiem zza swoich wielkich okularów z dyndającym po bokach
łańcuszkiem. Czuli, jakby namierzał ich wrogi okręt podwodny. W zupełnej
ciszy wyjęli zeszyty, podręczniki i otworzyli je na właściwych stronach.
Net miał wrażenie, że jego oddech słychać w przeciwnym rogu sali. Nikt
nie miał wątpliwości, co się zaraz stanie, nie było tylko wiadomo, kogo
trafi pierwsza torpeda.
- Nika Mickiewicz - powiedziała, prawie nie otwierając ust,
nauczycielka. Dziewczyna wstała z nieszczęśliwą miną. - Mam nadzieję, że
odrobiłaś pracę domową.
- Odrobiłam - przytaknęła Nika. Choć była przygotowana, i tak czuła, jak
coś ją ściska gdzieś za mostkiem.
- Więc słuchamy. Opowiedz nam o zmianach populacji Poznania w ciągu
ostatnich dziesięciu lat.
- Ale... - Nika otworzyła szerzej oczy. - Ale pani tego nie zadawała.
Nauczycielka pochyliła głowę i spojrzała na uczennicę ponad oprawkami
okularów. Nie spuszczając z niej wzroku, zapytała:
- Kto przypomni koleżance, jaki był temat pracy domowej?
Aurelia pierwsza podniosła rękę. Gdy nauczycielka ledwo zauważalnie
skinęła głową, dziewczyna wstała i oświadczyła:
- Mieliśmy napisać o zmianach populacji Poznania w ciągu ostatnich
dziesięciu lat. Ja odrobiłam pracę domową.
Usiadła. Nika spojrzała na nią z niedowierzaniem.
- Przecież mieliśmy napisać o uprzemysłowieniu największych miast Chin.
- Zajrzała do zeszytu. - Jestem pewna.
- I właśnie za tę swoją pewność otrzymasz ocenę niedostateczną -
oświadczyła nauczycielka. - Siadaj.
Felix i Net wymienili szybkie spojrzenia. Obaj odrobili pracę domową. Tę
samą, co Nika. Geograficzka przeniosła wzrok na Neta. Torpeda cel...
- Net Bielecki. Może ty nam opowiesz o zmianach populacji Poznania w ciągu ostatnich dziesięciu lat.
... torpeda pal!
* * *
Po lekcji geografii przyjaciele wyszli z sali jak z samolotu po
awaryjnym lądowaniu. Ich nastrój pogorszyło jeszcze to, że Aurelia nie
zmyśliła tematu pracy domowej. Wszyscy poza nimi pisali o zmianach
populacji Poznania w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Jak powstał ten
błąd, nie mieli pojęcia. Stanęli pod oknem, tam gdzie zwykle.
- Czuję się, jakby mnie ktoś oszukał - stwierdziła Nika. - Jestem
absolutnie pewna, że chodziło o Chiny.
- Nie przepisywaliśmy od siebie tematu - zastanowił się Felix. - Ja też
pamiętam, jak Konstancja mówiła o Chinach. Może nie usłyszeliśmy, że
chodzi o pracę na za dwa tygodnie?
- Mogłaby już przejść na tę emeryturę - dodał Net. - Ech...
Chwilę wyglądali przez okno.
- Pamiętacie, co mówiłam wczoraj? - Nika odwróciła się do chłopców.
- Nie dobijaj mnie - skrzywił się Net.
- Wiesz, o co mi chodzi?
- Nie, ale ton głosu świadczy, że to coś w stylu: zjedzmy papryczkę
chili, będzie fajnie.
- Mam na myśli przeproszenie Stokrotki za prezentację. Zrujnowaliśmy mu
imprezę rocznicową. Nie możemy mieć konfliktów ze wszystkimi w tej
szkole.
- Takie rzeczy po prostu się dzieją. - Net rozłożył ręce. - Jak się jest
dyrektorem szkoły, trzeba się z tym liczyć.
Spojrzał na Felixa z nadzieją, że przyjaciel go poprze. Jednak Felix
pokręcił głową.
- Skopaliśmy tę prezentację wspólnymi siłami - powiedział. - To teraz
wspólnie przeprośmy. Miejmy to za sobą. Jak się czujesz w skali od
jednego do dziesięciu?
- Na zero.
- To wizyta u Stokrotki niczego już nie popsuje.
Felix razem z Niką ruszył w kierunku schodów. Net niechętnie powlókł się
za nimi na parter.
Pani Helenka zajęta była piłowaniem paznokci nad klawiaturą tego
dziwnego urządzenia zwanego komputerem. Słońce zza okna przeświecało
przez jej tlenione włosy jak przez rzadkiego cumulusa. Nie podniosła
nawet wzroku, gdy otworzyły się drzwi do sekretariatu.
- Dzień dobry - zaczął Felix. - Chcieliśmy zamienić kilka słów z panem
dyrektorem.
- Dyrektora nie ma - odburknęła sekretarka. Przełożyła pilnik do lewej
ręki i zaczęła piłować paznokcie u prawej dłoni.
Felix miał już powiedzieć coś stylu "to my przyjdziemy później", ale
ubiegł go Net.
- Mieliśmy zaczekać u niego w gabinecie - wypalił.
Przyjaciele spojrzeli na niego z zaskoczeniem. Pani Helenka przerwała
piłowanie i podniosła wreszcie wzrok.
- Aha - powiedziała po chwili. - To zaczekajcie.
Net skinął głową, nacisnął klamkę i otworzył najważniejsze drzwi w szkole. Wszedł, a przyjaciele, uśmiechając się przepraszająco, weszli za
nim i szybko zamknęli drzwi. Znaleźli się w królestwie dyrektora
magistra inżyniera Juliusza Stokrotki. Poza skórzaną kanapą i fotelami,
no i komputerem, wystrój wnętrza przypominał drobnomieszczański salon z lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Fornirowane na błysk meble
przywodziły na myśl pierwsze kolorowe filmy. Porozstawiane wszędzie
kwiaty, głównie paprocie, ratowały klimat całości.
- Co cię napadło? - zapytała Nika.
- Tak działa człowiek, który nie ma nic do stracenia. - Net rozsiadł się
na skórzanej kanapie. - W felixowej skali mam zero szczęśliwości. Niżej
są już tylko rośliny. Więc co mi szkodzi podpaść sekretarce? Piłuje te
pazury, jakby to były kryptoracice z centymetrowym przyrostem na dobę.
Nika uciszyła go syknięciem.
- Co? - obruszył się. - Przecież nikogo nie ma, paprotki nie doniosą
Stokrotce. A te kryptoracice właśnie wyniosły mnie z zera na jakąś
dwójkę w felixowej skali szczęśliwości.
- Zaraz... - Felix wstał i podszedł do stojącego pod oknem wysokiego
stolika. Na stoliku w szklanej gablocie stał złożony model maszyny,
która poprzedniego dnia rozpadła się podczas prezentacji. - Ktoś
poskładał to w całość, a nawet włożył właściwe łożysko. - Felix oglądał
model ze wszystkich stron.
- Ciekawe, jak udało im się pozbierać wszystkie trybiki - powiedział
Net. - Rozsypały się po całej sali gimnastycznej.
Drzwi uchyliły się na kilka centymetrów i dało się słyszeć głos
dyrektora. Słowa były jednak niezrozumiałe. Felix wrócił na miejsce. Net
przełknął ślinę.
- Znów mi spadło do zera - stwierdził szeptem. - Z tym wchodzeniem to
chyba nie był najlepszy pomysł.
Drzwi otworzyły się szerzej, na co przyjaciele poderwali się z miejsc. I przymknęły się z powrotem. Kilka długich sekund klamka ruszała się w górę i w dół, wreszcie drzwi otworzyły się na całą szerokość, a dyrektor
wkroczył do gabinetu. Nie sprawiał wrażenia rozgniewanego, co pozwalało
mieć nadzieję, że przeprosiny będą formalnością.
- Witam moich kochanych prelegentów - zawołał i ruszył do nich z wyciągniętą dłonią. Uściskał wszystkich i wskazał kanapę, by usiedli.
Sam umościł się w fotelu. - Co was do mnie sprowadza?
- Chodzi o wczorajszą prezentację - zaczęła Nika.
- Pamiętam, pamiętam. - Uniósł uspokajająco dłoń. - Oceny z historii,
geografii i fizyki oczywiście zostaną podniesione.
- Aaa... My właściwie to przyszliśmy, żeby przeprosić. To miało trochę
inaczej wyglądać.
- Sytuacja trochę nam się wymknęła spod kontroli - dodał Felix.
- Wyszło wam znakomicie! - Dyrektor wciąż się uśmiechał. - Trochę humoru
zawsze się przydaje. Cóż z tego, że niezamierzonego?
Przyjaciele patrzyli na niego z niedowierzaniem.
- Czyli...? - Net zawiesił głos.
- Wyszło lepiej, niż się spodziewałem.
- Bo my myśleliśmy... - Teraz zacięła się również Nika.
- Ależ nie ma o czym mówić. - Dyrektor wstał, co oznaczało, że rozmowa
dobiegła końca. - Umowa to umowa.
Przyjaciele pożegnali się i gnąc się w ukłonach, wyszli.
- To był doskonały pomysł z tym przepraszaniem Stokrotki - oświadczył
Net, gdy byli na korytarzu. - Poziom szczęśliwości skoczył mi do piątki.
- Czy nie wydaje się wam, że miał nam podnieść oceny z polskiego,
historii i fizyki? - zapytała Nika. - Przedtem nie było mowy o geografii.
- Ciszej. - Net obejrzał się. - W świetle ostatnich wydarzeń, ja bym nie
zgłaszał reklamacji.
* * *
Praca domowa z matematyki również się nie zgadzała, ale to akurat nie
był kłopot - Net rozwiązał właściwe zadanie, nim Ekierka, czyli pani
Cecylia Bąk, doczytała do końca listę obecności. Nie zgadzała się też
praca domowa z angielskiego, choć i z tym nie było problemu, bo
Christina nigdy ich nie sprawdzała. Gdy ta sama sytuacja powtórzyła się
na fizyce, przyjaciele poczuli się jak ofiary zmowy, w której
uczestniczyli wszyscy wokoło. Byli gotowi przyznać się do pomyłki. Pan
Czwartek nie stawiał złych ocen za brak pracy. Zamiast tego brał
delikwenta do tablicy i wspólnie z nim rozwiązywał zadanie. Na szczęście
okazało się, że połowa klasy nie potrafiła go zrobić, więc sam rozwiązał
je na tablicy, tłumacząc, o co dokładnie chodzi. Gdy upewnił się, że
wszyscy, a przynajmniej większość zrozumiała, o co chodzi, odłożył kredę
i otrzepał dłonie.
- Wystarczy tych wzorów - oświadczył. - Dziś opowiem wam o drugiej
zasadzie termodynamiki. Ale najpierw zrobię sobie kawę.
Wyszedł za zaplecze, zostawiając zaskoczonych uczniów - lekcje fizyki
były dość luźne, ale nie aż tak. Kiedy wrócił, w klasie zaczynał się już
szum rozmów.
- Czy ktoś wie, co to jest entropia? - zapytał.
- Na pewno coś zaraźliwego - odparł Lucjan.
Przez klasę przeszedł szmer rozbawienia. Uśmiechnął się nawet
nauczyciel.
- Blisko - powiedział. - Do entropii bardziej pasowałoby określenie
"nieuleczalna". Dlaczego?
Z zaplecza dobiegało bulgotanie ekspresu przelewowego.
- To miara nieuporządkowania - powiedział Felix. - Entropia zawsze
rośnie.
- Rośnie w układach izolowanych - sprecyzował fizyk. - Druga zasada
termodynamiki mówi, że ciepło jest przekazywane od ciał cieplejszych do
zimniejszych. - Wziął kredę, ale od razu ją odłożył. - Nie, obiecałem,
że nie będzie już wzorów. Drugą zasadę termodynamiki obserwujemy na co
dzień w życiu. Po włożeniu zimnej łyżeczki do kubka gorącej kawy
łyżeczka się nagrzeje, a kawa minimalnie ochłodzi. Ich temperatury się
wyrównają. Nie znamy sposobu, by ten proces odwrócić. Nie potrafimy
zmusić łyżeczki, by się ochłodziła bardziej, przekazując swoje ciepło
kawie. A właśnie, kawa.
Znów zniknął za drzwiami zaplecza. Wrócił po chwili z kawą w szklance i kartonikiem mleka. Postawił jedno i drugie na środku potężnego stołu
laboratoryjnego, otoczonego podkową stołów, za którymi siedzieli
uczniowie. Stało się jasne, że kawa będzie przedmiotem doświadczenia.
- Wiem, że picie kawy w szklance do soku jest nieeleganckie - uśmiechnął
się pan Czwartek - ale musicie mi wybaczyć. To dla dobra nauki. Pokażę
wam, na czym polega wzrost entropii. W tym momencie mamy porządek, czyli
niską entropię. Kawa jest w szklance, mleko w kartoniku. Teraz je
zmieszam. - Otworzył kartonik i nalał trochę mleka do kawy. W szklance
pojawiły się przelewające się jaśniejsze i ciemniejsze wiry. - Tak na
marginesie, za mieszanie się kawy i mleka odpowiadają ruchy Browna, o których mówiliśmy w zeszłym tygodniu. Pomożemy im trochę. - Zamieszał
łyżeczką, aż płyn przybrał jednolitą jasnobrązową barwę. - Ta mieszanka
kawy i mleka ma wysoką entropię, bo cząsteczki obydwu substancji są
wymieszane ze sobą zupełnie bezładnie. Przywrócenie stanu poprzedniego
byłoby bardzo trudne i pochłonęłoby ogromne ilości energii. Szczerze
mówiąc, nawet nie wiem, jak można by tego dokonać. - Pociągnął łyk kawy
i skrzywił się. - Zaraz zwiększę entropię dodatkowo, dosypując cukru. Ta
szklanka to oczywiście tylko model. Tym, co najbardziej nas interesuje w entropii, jest ciepło. Każda praca i każda forma energii w końcu zamieni
się w ciepło. Im materia cieplejsza, tym większa entropia.
- A lodówka? - zapytał Oskar. - Lodówka chłodzi, więc... tak jakby odwraca
tę całą entropię.
- O, to częsty przykład. Miałem o tym zaraz powiedzieć. Lodówka
zmniejsza entropię wewnątrz, bo ochładza swoją zawartość. Ale z tyłu
każdej lodówki jest parownik, który oddaje ciepło do otoczenia. W sumie
lodówka bardziej podgrzewa powietrze w kuchni, niż chłodzi swoją
zawartość. Jeżeli otworzymy lodówkę i zostawimy ją włączoną w zamkniętym
pomieszczeniu, to temperatura w pomieszczeniu wzrośnie. Dla pełnej
izolacji lodówka powinna być zasilana z akumulatora. Po kilku godzinach
skończy się prąd w akumulatorze, lodówka przestanie pracować, a temperatura wszystkich elementów zacznie się wyrównywać. Na samym końcu
będzie o kilka stopni wyższa niż na początku eksperymentu.
- A gdyby ten parownik odsunąć bardzo daleko? - zapytał Wiktor.
- To tam bardzo daleko wzrastałaby entropia.
- To chyba lepiej tam niż tu - zauważył Net.
Czwartek uśmiechnął się.
- Ten egoizm nie na wiele się zda, bo cały wszechświat też w zasadzie
jest układem izolowanym, jak ten pokój. Gdy cała energia wszechświata
zostanie już zamieniona w ciepło, zostanie tylko przestrzeń chaotycznie
wypełniona pojedynczymi atomami.
- Jezus Maria - szepnęła pobladła Klaudia. - Kiedy?
- Trudno dokładnie powiedzieć. Sądzę jednak, że nie wcześniej niż za
kilka miliardów lat.
- Uh... Co za ulga! To po co się tego uczymy...?
- A po co w ogóle czegokolwiek się uczyć? Gdyby w połowie
dziewiętnastego wieku paru naukowców nie postanowiło rozszerzyć swojej
wiedzy w tak nieprzydatnej dziedzinie jak badanie związków
wielocząsteczkowych - nauczyciel założył ramiona i oparł się o stół - to
byś dziś nie miała lakieru do włosów.
Kilka osób zachichotało.
- Ja nie zamierzam zostać fizykiem - dodała lekko urażona Klaudia.
Pan Czwartek pokiwał głową, w pełni się z nią zgadzając.
- Ale zawsze musi być jakiś sposób - odezwał się Net. - Mówię o entropii
i o tym parowniku.
- Jeśli znajdziesz sposób na obejście drugiej zasady termodynamiki, to
staniesz się bogatszy o około cztery miliony złotych - powiedział fizyk.
- Tyle mniej więcej wynosi teraz finansowa część Nagrody Nobla.
- Powaga? To można by popróbować z tym parownikiem.
- Musiałbyś go umieścić poza naszym wszechświatem. A to raczej
niemożliwe. - Nauczyciel upił łyk kawy i skrzywił się. - Wystygła. Nie
lubię kawy o niskiej entropii.
* * *
Po dzwonku na przerwę przyjaciele od razu przeszli za Celiną i Klemensem
do pracowni chemicznej. Chcieli mieć pewność, że znów się nie zagapią i nie pomylą sal. Położyli torby na swoich miejscach.
- Nie wiem, co się dzieje - powiedział Net. - Ale chyba w zeszłym
tygodniu byliśmy jakoś megaroztargnieni.
- Nie wszystkie prace domowe były zadane tydzień temu - zauważył Felix.
- Musielibyśmy się zagapiać regularnie, kilka razy.
- Zapytam... - rozejrzał się po sali. Większość uczniów nie weszła jeszcze
do sali. - Zapytam Aurelię.
Wstał i ruszył w jej stronę. Nagle coś chwyciło go za bluzę pod szyją i rzuciło o ścianę.
- Stary, już ci wczoraj coś mówiłem - poinformowało go to coś.
Net spojrzał na wielką dłoń na swojej piersi, potem na całkiem solidne
ramię, a na końcu na twarz Lucjana. Twarz znajdującą się niemal
piętnaście centymetrów wyżej niż jego.
- Ty... Co ty? - Do Neta dopiero teraz dotarło, że ma oto do czynienia z zupełnie niezawoalowaną groźbą. - Pytałem o pracę domową.
- Mnie zapytaj.
- Eee... Co jest zadane z geografii na następną lekcję?
Lucjan zmarszczył brwi i spojrzał gdzieś w bok.
- Nie pamiętam. - Puścił Neta i wygładził mu bluzę. - Sorry, trochę
mnie poniosło. Zapytaj kogoś. Tylko nie Aurelię.
- Ja nic nie... - Net starał się wspiąć na wyżyny dyplomacji. - Ja nic nie
zrobiłem. - Nie wyszło mu. - Ona jest dla mnie miła, a ja tylko... jestem
bierną ofiarą tej miłości. Znaczy... - Przezornie odsunął się nieco. -
Tego jej bycia miłym wobec mnie.
- Znów wybieliła zęby - odparł Lucjan, już zupełnie bez złości. - Prawie
świecą w ciemności. Widać to, bo cała jest coraz ciemniejsza od solarki,
obcasy ma coraz wyższe, legginsy coraz bardziej obcisłe. Co chwila ktoś
chce ją o coś pytać.
Net rzucił szybkie i jak najbardziej dyskretne spojrzenie na Aurelię,
rozmawiającą z tyłu sali z Klaudią.
- Rzeczywiście, pociemniała powierzchniowo. To duży problem? Poza tym,
oczywiście, że się pomarszczy parę lat wcześniej.
- Chyba się mną nudzi.
- No to ją czymś zainteresuj. - Net zerknął na przyglądających się całej
sytuacji Felixowi i Nice. Kombinował, jak najszybciej zakończyć rozmowę.
- Czymś się chyba interesujesz?
- Oglądam piłkę nożną.
- Chyba się nie nada. Wymyśl sobie jakieś zainteresowanie i ją tym
oczaruj. - Zastanowił się chwilę. - Co by to mogło być...? Bilard! Weź ją
na bilard, a potem zrób jej niespodziankę i zaproś do restauracji.
Wiesz, świece i te wszystkie pierdóły, które dziewczyny lubią. To
siemka. - Zostawił zamyślonego Lucjana i usiadł obok przyjaciół. -
Mogłeś pomóc - rzucił z wyrzutem pod adresem Felixa.
- Chciał - odpowiedziała za niego Nika. - Przytrzymałam go.
- Dzięki. - Net pokiwał głową i spojrzał na drzwi.
Do sali wszedł Oskar. Net wstał, zrobił groźną minę i podszedł do
Oskara.
- Stary, nie chciałbym cię poganiać, ale mógłbyś mi już oddać te dwie
dyszki.
- Jakie dwie dyszki? - Oskar spojrzał na niego szczerze zdziwiony.
- Masz Alzheimera młodzieńczego? Wczoraj pożyczyłeś na jeden dzień.
Czyli dziś powinieneś mi oddać.
Oskar zastanowił się i pokręcił głową.
- Nie. Dwie dyszki pożyczałem, ale od Wiktora. I już mu oddałem. -
Odszedł w stronę swojego miejsca. Rzucił jeszcze przez ramię - jak
Wiktor jest ci winien, to z nim to załatwiaj.
- Noż po prostu! - Net zacisnął pięści i znów wrócił do przyjaciół. - I miej tu dobre serce. Każdy dobry uczynek wraca do człowieka twardym
bumerangiem.
- Zapytaj Wiktora - poradził Felix.
- Zaraz! Przecież ty przy tym byłeś - zorientował się Net. - Mam
świadka.
Felix przytaknął, ale na nic więcej nie było już czasu. Rozległ się
dzwonek.
* * *
Przez całą chemię Net zerkał spode łba na Oskara. Miał już do niego
podejść, by bardziej stanowczo zażądać zwrotu pieniędzy, ale zamiast
tego podszedł do Wiktora i zapytał:
- Oskar oddał ci dwadzieścia zeta?
Wiktor uniósł głowę znad książki.
- Oddał, a co?
- Bo... on się chyba pomylił. Pożyczał ode mnie.
- Nie wiem, czy od ciebie też pożyczał. Na pewno pożyczał ode mnie.
Oddał i jesteśmy kwita. A jak tam moja ładowarka?
- Jaka znowu ładowarka? - Net rozłożył ręce. - Co tu się dzieje?
* * *
Gdy wychodzili ze szkoły, zaświeciło piękne, wiosenne słońce. Nie
zrobiło się od tego znacząco cieplej, ale i tak Net i Nika rozpięli
kurtki, by choć trochę tej wiosny wchłonąć.
- To cześć, do jutra. - Felix pomachał im i ruszył w stronę kawiarni
Zbędne Kalorie po przeciwnej stronie ulicy.
- Nie idziesz na przystanek? - zawołał za nim Net.
- Nie, napiję się herbaty i... potem polecę do domu. Trochę zmarzłem.
- Napijmy się razem - powiedziała z naciskiem Nika. - Herbata z cytryną
dobrze nam zrobi. Musimy porozmawiać.
- Akurat teraz? - Felix nie wyglądał na zachwyconego.
- Sprawdziłam jutrzejszą pracę domową Celiny. - Nika podeszła do Felixa.
- W jej zeszycie jest napisane, że mamy opracować jakiś wybrany fragment
Don Kichota.
- Pamiętam, że pani Jola zadała nam analizę Wielkiej Improwizacji -
zauważył Net. - Dobrze, że nie odrobiłem wczoraj.
Felix spojrzał na zegarek, potem na park i westchnął.
- Chodźcie, wypracujemy jakąś koncepcję.
Weszli do kawiarni, urządzonej na wzór starego angielskiego klubu, choć
na pewno skromniej. Z kilku stolików tylko jeden przy oknie był zajęty
przez dwie starsze kobiety. Przywitali się z panią Basią, właścicielką,
i usiedli przy ich ulubionym stoliku w głębi sali. On prawie zawsze był
wolny, bo ludzie najpierw zajmowali te przy oknach. Felix wziął leżące
na stoliku menu i zaczął je przeglądać. Menu było złożonym na pół
arkuszem kartonu w formacie A4 i zawierało nie więcej niż dwadzieścia
pozycji. Prawie od razu obok stolika pojawiła się pani Basia.
- Co dla was, kochani?
- Poprosimy cztery herbaty z cytryną - powiedział Felix, nie podnosząc
wzroku znad menu.
Pani Basia z uśmiechem skinęła głową i odeszła. Przyjaciele spojrzeli na
niego pytająco. Net uniósł dłoń z trzema wyprostowanymi palcami.
- Ile palców widzisz?
- To... dla Laury. Gdyby przypadkiem przyszła.
- Nie chcę cię martwić, ale prawdopodobieństwo przypadkowego spotkania w przypadkowym miejscu o przypadkowej godzinie... Czekaj, zaraz to policzę.
- We wtorki chodzi na jakiś kurs, a potem jedzie na lekcję jazdy konnej
- odparł Felix, studiując uważnie menu. - Tu obok ma przesiadkę.
Net przyglądał mu się podejrzliwie.
- Znasz to menu na pamięć - zauważył.
Felix odłożył kartę.
- No. - Zaplótł palce. - Więc wpadnie na chwilę.
- Nie musisz jej przed nami ukrywać.
- Wy czasem chodzicie do kina beze mnie - odparował Felix.
- No, ale to co innego. My to... my.
- Jakoś nie widzę specjalnej różnicy.
Felix poderwał się, drzwi bowiem otworzyły się i do kawiarni weszła
Laura.
- Cześć. - Odwinęła szalik z szyi, rozpięła kurtkę lotniczą i rzuciła na
podłogę torbę wojskową. Przysiadła się do stolika. - Nie całuję, żeby
nie zarazić. Trochę mnie jeszcze kręci w nosie.
Felix również usiadł. Nie bardzo wiedział, co powiedzieć. Na szczęście
pani Basia właśnie przyniosła na tacy cztery filiżanki i parujący
dzbanek. Chwilę rozstawiała przed nimi filiżanki, dzbanek, spodeczek z cytrynami i miseczkę z cukrem trzcinowym.
- Zaparzy się za dwie minuty - poinformowała i odeszła.
- Mam trzy - powiedziała Laura.
- Jeździsz konno? - zapytał Net.
- Uczę się. Już umiem wrzucać trójkę.
- A wsteczny?
Felix kopnął Neta pod stołem.
- Wsteczny jest trudniejszy - odparła Laura. - Mam tu przesiadkę co
wtorek. - Kciukiem wskazała w bok. - Mogę się przesiąść w kilku
miejscach, więc czemu nie tu. Według rozkładu oba autobusy przyjeżdżają
o tej samej porze. Czyli losowa sprawa, który będzie pierwszy. Więc się
nie spinam, tylko jeden odpuszczam. Przyjeżdżam na miejsce spóźniona o minutę, czyli jest OK.
- Koń nie używa zegarka - przyznał Net, a Felix zawahał się, czy nie
kopnąć go ponownie. - To dlaczego się nie spotykamy?
- Bo to przystanek z drugiej strony - wyjaśnił Felix. - Ten, na którym
wysiadamy rano... Co wtorek, powiedziałaś? - Spojrzał na Laurę. - Od jak
dawna?
- A co, nie pamiętasz? - Uniosła brwi i zaśmiała się. - Minęły dwie
minuty. - Wrzuciła cytrynę do filiżanki i zalała nie do końca zaparzoną
herbatą. - Przyda się witamina C.
- Minęła najwyżej minuta - stwierdził Felix. - A temperatura właśnie
zlikwidowała całą witaminę C.
- A ten koń to...? - zaczął Net.
- Taki duży pies w drewniakach.
- To wiem. Chodzi mi o to, czy się trudno... prowadzi. Pilotuje? Steruje?
Powozi?
- Nawet nie wiem, ale robi się to łatwiej niż w przypadku motocykla. Koń
ma autopilota.
Zaczęła dmuchać na herbatę, a potem pić ją malutkimi łyczkami. Wypiła do
połowy i odstawiła filiżankę. Wyjęła z torby książkę, z niej luźną
kartkę i wsunęła kilka stron za zakładką. Na kartce, która wyglądała jak
inne kartki książki, było tylko jedno zdanie: "Nie czytaj mi przez ramię
głupia babo - powiedziała Laura".
- Uwielbiam ten moment, kiedy następuje to prychnięcie z tyłu -
wyjaśniła. - Dobra, lecę. Nie wypada, żeby starszy pan czekał.
- Starszy pan?! - Felix uniósł brwi.
- O koniu mówię. - Laura już wstała i owijała się szalikiem. - W tym
roku przechodzi na emeryturę.
- Aha. - Felix też wstał. Potarł nos, żeby ukryć lekkie zakłopotanie. -
Dobrze się wczoraj bawiłaś?
- Jeżeli można się dobrze bawić, mając trzydzieści osiem stopni. Chyba
nie jesteś zły?
- Trzydzieści osiem? I teraz idziesz jeździć konno? Znów będziesz chora.
- Choruję dwa razy w roku. Na jesień i na wiosnę. I zawsze trwa to góra
trzy dni, czyli już po wszystkim. Cześć, nie całuję, żeby nie zarazić.
Posłała Felixowi całusa dłonią, pomachała Netowi i Nice, po czym wyszła.
Felix odprowadził ją wzrokiem i usiadł, gdy zniknęła za framugą okna.
- Konia zarazisz - rzucił za nią Net, kiedy był pewien, że dziewczyna
tego nie usłyszy. - Trochę hiperaktywna, nie?
- A ty jesteś hiperdowcipny - zauważył Felix.
- Jeżeli dobrze zrozumiałam - odezwała się Nika - to ona powiedziała, że
wczoraj jej u ciebie nie było.
Felix zmarszczył brwi.
- Rzeczywiście - przyznał. - Jakoś sobie nie skojarzyłem faktów.
- Feromony. - Net oparł się nonszalancko o oparcie. - Ale luz. To i tak
nieistotne. Przecież ona ciągle kogoś wkręca.
- Wkręca, jeśli to jest dowcipne, a w tym nie widzę nic śmiesznego.
Chwilę milczeli. Wreszcie Net westchnął i wyjął laptop.
- Manfred, cześć!
- Cześć. - Kamera na górze ekranu obróciła się, by zorientować się w otoczeniu. - Jak minął dzień?
- Jakby to powiedzieć, stary... Znasz to uczucie, kiedy przegrzewa ci się
procesor? Nie najlepiej nam minął. Możesz sprawić, że będzie nieco
lepszy.
- O mnie to się w ogóle nie martwisz? Nie zapytasz, jak mi minął
dzień?
- OK. Jak ci minął dzień.
- Och, stary, nie pytaj. Wdrażam program rozładowywania korków w mieście poprzez modyfikowanie zachowań kierowców. Przykład pierwszy:
ktoś wjeżdża na skrzyżowanie, choć nie ma jak z niego zjechać, bo za
skrzyżowaniem stoją samochody. - Na ekranie pojawiło się okienko z filmem. Widać było skrzyżowanie w centrum Warszawy. Dziewczyna w Fiacie
500 wjechała na skrzyżowanie i została na nim po zmianie świateł. -
Samochody z bocznej ulicy nie mogą przejechać, bo w poprzek ich drogi
stoi ten Fiat. I powstaje korek. Przykład drugi: z dwóch pasów robi się
jeden. Kierowcy zjeżdżają z pasa, który się kończy, sto albo dwieście
metrów przed zwężeniem. Jeden pas jest zatkany, a drugi pusty. Nigdy nie
zrozumiem ludzi. Korek jest przez to dwa razy dłuższy. Wszyscy powinni
dojechać do końca obydwoma pasami i na koniec wjechać "na suwak". A jednak z jakiejś przyczyny tego nie robią. A to się przepychają po dwóch
naraz, a to nie chcą się wpuszczać. Tu nawet jest ktoś, kto celowo
blokuje wolny pas. - Mały zielony Nissan jechał lewym, pustym pasem, z minimalną prędkością, tarasując go całkowicie. - Facet robi to po to,
by inni nie wyprzedzali tych stojących na prawym pasie.
- Buc skończony - przyznał bez zainteresowania Net.
- Wydaje mu się, że jest Strażnikiem Teksasu, a tymczasem jest zwykłym
głąbem tworzącym korek. I jak go oduczyć takiego zachowania? Testuję
różne metody i jak na razie nie działają. Przykład trzeci -
- Jak dla mnie, wystarczy. - Net uniósł ręce. - Ucz ich samodzielnie. Ja
bym im wysyłał wezwania na powtórny egzamin na prawo jazdy, ale tego
chyba nie możesz zrobić. Wracając do mojego dnia...
- Jasne...
- Pamiętasz naszą wieczorną rozmowę o Laurze?
- Pamiętam. Mówiłeś, że poznałem ją na wczorajszym przyjęciu
urodzinowym Felixa. Zsynchronizowałem się z komputerem Felixa rano,
kiedy sprawdzał pocztę. No i nie widziałem wczoraj żadnej Laury.
Polepszyłem ci nastrój?
- Niestety, wprost przeciwnie... - Net wsunął się głębiej w krzesło.
- Jeśli jej wczoraj u nas nie było - powiedziała wolno Nika - to kto
był?
Przyjaciele popatrzyli na siebie i przeszły im ciarki po plecach.
- Jeśli użyjecie słowa "duch" - Net zapiął się pod szyję - to ja się na
was obrażę. OK?
Nika zmarszczyła brwi.
- Aż takiemu złudzeniu nie mogliśmy ulec - powiedziała. - Była tam.
Rozmawialiśmy z nią. Pamiętam to.
- Rozmawialiście o tym, że Laura jest chora i nie może przyjść -
wtrącił Manfred.
- Jesteś tego pewien? - zapytał Net.
- Tak pewien, jak można być pewnym swojej pamięci. Szczerze mówiąc, na
mojej polegam bardziej niż na ludzkiej. Wy nie macie kontroli
parzystości.
- Dzięki, do zobaczenia później.
- A nie mógłbyś czasem... - nie dokończył, bo Net zamknął laptop i schował do plecaka.
Felix w zamyśleniu przesuwał łyżeczką zwiędłą cytrynę po dnie filiżanki.
- Może sałatka z tuńczyka była nieświeża i się podtruliśmy - podsunął
Net. - Albo gaz się ulatniał. Albo... - Wydął policzki. - Albo sam nie
wiem. No przecież takie halucynacje się nie zdarzają. Albo wczoraj
mieliśmy do czynienia z fałszywą Laurą, albo fałszywa jest ta, którą
spotkaliśmy przed chwilą. Albo kłamie. Ale nie kłamie, bo Manfred mówi
to samo.
- Sami oszukiwaliśmy Stokrotkę hologramem mojego taty - przypomniała
Nika. - Czy Manfred widziałby hologram?
Felix przytaknął.
- Nagrałby się mniej więcej tak, jak my go byśmy widzieli - powiedział,
nie odrywając wzroku od cytryny. - Co najwyżej obraz mógłby migać w wyniku interferencji.
- Jeśli więc nie nagrała się wcale...? - Nika zawiesiła głos.
- To znaczy, że jej tam nie było. Albo że była tylko w naszych głowach.
- Kroiła ogórki i pomidory - przypomniał Net.
Felix pokręcił tylko głową. Pocierał brodę i nie odrywał wzroku od
cytryny. Po minucie Net sapnął z niecierpliwości i odezwałby się, gdyby
Nika nie położyła mu dłoni na przedramieniu.
- Coś tu się nie zgadza - orzekł wreszcie Felix.
Net klepnął się w czoło.
- Tyle robienia mądrych min i miziania brody, żeby wypluć taki wniosek?
- zapytał. - Wiem, że coś się tu nie zgadza. Nie mam sklerozy, a Laura
raczej nie jest w zmowie z Manfredem.
Felix nie zwrócił uwagi na zwyczajowe marudzenie Neta. Spojrzał na
zegarek.
- Gdyby chodziło tylko o Laurę, byłbym spokojniejszy - powiedział. -
Który dzisiaj jest? Pokaż telefon.
Net wyjął telefon i porównał z datą na zegarku Felixa.
- Wszystko się zgadza - stwierdził. - Znaczy, nie zgadza się. Ale to
akurat się zgadza. Jestem uboższy o dwie dychy i bogatszy o pałę z geografii. Nie nazwałbym tego zgadzaniem się.
Felix wolno pokiwał głową.
- Właśnie.
Wstał i podszedł do stojaka z gazetami dla klientów. Obejrzał je kolejno
i wrócił na miejsce.
- Na wszystkich jest ta sama data, co u nas - powiedział.
Net zamknął oczy i pufnął z niedowierzaniem.
- Ty sprawdzałeś, czy się nie przemieściliśmy w czasie? - zapytał.
- W przestrzeni raczej się nie przemieściliśmy - zauważyła Nika.
- Żeby gdziekolwiek się dostać, musielibyśmy przejść przez Pierścień. -
Net dopił zimną herbatę. - Znaczy, przez włączony Pierścień. Ja tu
raczej węszę jakiś bardziej skomplikowany żart.
- Albo hipnozę. - Nika pochyliła się nad stołem, odgarnęła niesforne
rude loki i dodała ciszej - w hipnozie można sprawić, by człowiek
zapomniał o czymś. Można też mu wmówić, że wydarzyło się coś, co
naprawdę nie miało miejsca. To się nazywa wdrukowywaniem.
- Też o tym pomyślałem - przytaknął Felix. - Jeżeli ktoś nam trochę
namieszał w głowach, trudno to będzie sprawdzić, bo sam fakt hipnozy też
może zostać wymazany. Tylko kto i po co miałby to robić?
- Wy o tym tak poważnie mówicie? - Net patrzył to na Felixa, to na Nikę.
- Przecież to jakaś bzdura.
- Wdrukowywanie jest mało dokładne - ciągnęła niezrażona Nika. -
Czytałam o tym niedawno. Hipnotyzer podaje tylko zarys zdarzenia.
Wyobraźnia potem produkuje szczegóły.
- Wyobraźnia każdego z nas dopisałaby inne szczegóły. - Felix podrapał
się w głowę. - Jest więc sposób, żeby to sprawdzić. Musielibyśmy
oddzielnie napisać, co dokładnie wczoraj robiliśmy, kiedy byliśmy razem.
Hm... Albo przeszliśmy za blisko tych elektromagnesów na obwodzie
Pierścienia i coś się nam poprzestawiało w głowach.
- Co, że moja wina? - obruszył się Net. - A jak komuś w szpitalu robią
rezonans magnetyczny, to też potem schizuje? Czekajcie, mam pomysł.
Zadzwonię do Oskara. - Wyjął telefon i wybrał numer. - Cześć, tu Net...
Nie, nie chodzi mi o dwie dychy... Chociaż, skoro pytasz... auuu... - stęknął,
bo Nika szturchnęła go w bok. - Ciągle ktoś mnie szarpie, szturcha albo
kopie... Nieważne. Pamiętasz tę dziewczynę z czerwonymi włosami. Nie, nie
Nikę. Nika ma takie jak dojrzała cegła, a mnie chodzi o proste,
syntetycznie walące po sensorach neonową czerwienią. To Laura,
dziewczyna Felixa... Tak, wiem, że to dziwnie brzmi, ale Felix ma
dziewczynę... - Zerknął na przyjaciela, napotykając jego ciężkie
spojrzenie. - Nie musisz mi wierzyć. Powiedz tylko, czy pamiętasz ją z wczoraj... Aha, dobra. No to narka. - Rozłączył się i popatrzył po
przyjaciołach. - Mówi, że byli tylko ludzie z naszej klasy.
Net przypomniał sobie o czymś, sięgnął do kieszeni. Wstał, przeszukał
wszystkie kieszenie. Były doskonale puste.
- To nowe spodnie. - Usiadł i zapytał Felixa - pamiętasz, co wczoraj
piliśmy u ciebie?
- Była cola, sok, woda...
- Ale jaka cola? Pepsi, coca-cola czy hoop?
- Nie pamiętam. Tata robił zakupy, a on bierze pierwszą z brzegu. -
Felix spojrzał na przyjaciela uważnie. - Czemu pytasz?
- Bo wydaje mi się, że piliśmy coca-colę. Jak sprzątaliśmy w trybie
przyspieszonym salon, wtedy kiedy przyjechała twoja mama, to jedną z nakrętek schowałem do kieszeni. Przed położeniem się spać opróżniłem
kieszenie i znalazłem tam nakrętkę po pepsi.
Felix zamyślił się.
- Jesteś pewien?
- Że nakrętka jest po pepsi - tak.
- OK. - Felix wstał. - To teraz sprawdźmy kosz na śmieci.
* * *
W pół godziny dotarli do domu na ulicy Serdecznej i po przywitaniu się z psem weszli prosto do kuchni. Felix otworzył szafkę pod zlewem, a kubeł
na śmieci wyjechał na pneumatycznym wysięgniku. Był pusty.
- Rano tata wyrzucił śmieci - stwierdził Felix. - Trzeba będzie
pogrzebać w pojemniku.
- Widzę w tym pewną potencjalną trudność. - Net wskazał okno w salonie.
Przed bramą stała śmieciarka. Felix rzucił się do drzwi, otworzył je
szarpnięciem i wybiegł przed dom.
- Stop! - krzyknął. - Zaczekajcie!
Przebiegł jeszcze kilka kroków i zatrzymał się w pół drogi - było już za
późno. Mechanizm właśnie podnosił pojemnik, a jego zawartość lądowała we
wnętrzu śmieciarki, gdzie były już śmieci z wielu innych domów. W hałasie spadających odpadków śmieciarze nawet nie usłyszeli wołania
Felixa. Odstawili pojemnik na miejsce i odjechali.
Felix wrócił do domu i oparł się o blat kuchenny.
- Możemy sprawdzić rachunek ze sklepu - powiedziała Nika. - Gdzie są
rachunki?
- Jadą ulicą Serdeczną w brzuchu śmieciarki.
- Dałoby się pewnie sprawdzić bazę danych sklepu - zastanowił się Net. -
Ona nie jest specjalnie dobrze zabezpieczona.
- Wydaje mi się, że znacznie prościej będzie zapytać jutro ludzi -
powiedziała Nika. - Na kilkanaście osób ktoś na pewno zapamiętał, co
stało na stole.
Wtedy Felix spojrzał na Golema Golema.
- Przecież to oczywiste - stwierdził. - Golem Golem, prześlij na mój
komputer zapis z wczoraj, tak minutę przed przyjściem mamy.
- Już wyszukuję. Mam. Przesyłam. Brak dostępu.
- Bo nie włączyłem komputera. Zaraz...
- Transfer potrwa dwadzieścia sekund.
Przyjaciele zeszli do piwnicy. Felix usiadł w fotelu, włączył laptop i się zalogował. Zaczekał, aż pasek postępu kopiowania dojdzie do końca i kliknął "play". Pochylili się nad ekranem. Golem Golem ze swojego
miejsca, gdzie udawał wieszak, widział tylko skrawek stołu i część
kanapy z siedzącymi Lucjanem i Aurelią. Minęła chwila od wyłączenia
zbuntowanych nóg, podłoga była bowiem usłana resztkami jedzenia.
- Mama! - spoza kadru dobiegł krzyk Felixa. - Musimy posprzątać!
Zapanowało zamieszanie, wszyscy bowiem rzucili się do zbierania jedzenia
z podłogi. Nika przebiegła koło robota i po chwili wróciła ze zmiotką i szufelką, a Felix przyniósł automatyczny odkurzacz. Net podnosił
naczynia z podłogi i ustawiał je na wielkiej tacy. Dalej Zosia i Gerald
zbierali orzeszki i sałatkę w serwetki. Oskar nogą wpychał pod stolik co
większe okruchy chipsów.
- Pomóż mi!
Felix i Net wyszli z kadru i wrócili, ciągnąc bezwładne mechaniczne
nogi. Wepchnęli je pod stolik. Potem wszyscy usiedli na kanapie i podłodze, a Felix rozdał im albumy fotograficzne. Chwilę później w kadrze pojawiła się mama Felixa. To był koniec nagrania.
- Chyba wszystko się zgadza. - Net wzruszył ramionami. - Poza tym, że
niczego się nie dowiedzieliśmy. W kadrze ani razu nie widać butelki.
- Nie wszystko się zgadza. - Felix cofnął nagranie i wcisnął pauzę. -
Najbardziej nie zgadza się to.
Na stop-klatce klęczący Gerald zbierał orzeszki w serwetkę.
- No, Gerald zbiera... Ożeż ty! - Net poczuł, jak jeżą mu się włosy na
karku. - Geralda nie było! Tego bym nie przeoczył!
Wstał i cofnął się. Wymienił przerażone spojrzenia z Niką.
- Przeszliśmy przez niego - powiedział cicho Felix.
- Ale był wyłączony! - zaprotestował Net.
- Ale przeszliśmy. Przeszliśmy przez Pierścień.
5. Zróbmy to, zanim ktoś zauważy
Gdy Net dotarł do szkoły, Felix i Nika już stali oparci o parapet w ich
ulubionym miejscu. Pocałował Nikę i uścisnął dłoń Felixa.
- Zmieniło się hasło na moim koncie mailowym - powiedział ponuro. - Na
koncie Gerwazego Bieleckiego.
- To ten twój wymyślony kuzyn? - upewniła się Nika.
- Tak. On ma wymyślone trzydzieści lat i używam go do handlu na Allegro
i Ebayu. Hasło odzyskałem i nie pamiętam, żebym kiedykolwiek takie
wymyślał. Zacząłem więc sprawdzać inne miejsca, gdzie wymagane były
hasła. Kilka z nich się nie zgadza. Straciłem konto w grze sieciowej,
gdzie miałem ponad milion punktów. Żeby to odrobić, będę musiał
poświęcić z piętnaście godzin na przechodzenie zadań, które już raz
przeszedłem...
- Kondolencje. - Felix poklepał go po ramieniu. - Mnie też się nie
zgadzało jedno hasło. Do konta Net.com. Manfred pomógł mi je odzyskać.
Zmieniałem je regularnie, więc myślałem, że mi się coś pomyliło, ale
skoro masz to samo... to rzeczywiście dziwne.
- Może staliśmy po prostu za blisko? - podsunęła Nika. - Może Pierścień
wydziela taki rodzaj promieniowania, które... jest jeszcze niezbadane.
- Możesz mi wytłumaczyć - zaczął z rozdrażnieniem Net - w jaki sposób
to, że staliśmy podczas eksperymentu blisko Pierścienia, mogło zmienić
hasło do mojego maila?
- Może nie zmieniło hasła w komputerze, tylko w twojej głowie. To z nami
jest coś nie tak, reszta świata najwyraźniej ma się dobrze.
- Mam pewną koncepcję, ale muszę ją potwierdzić - powiedział Felix. -
Mój tata nie sprawia wrażenia, jakby mu się cokolwiek nie zgadzało. A stał tam, gdzie my.
- On nie podchodził do Pierścienia po eksperymencie - przypomniała Nika.
- On nie PRZECHODZIŁ przez Pierścień po eksperymencie - poprawił ją
Felix i spojrzał wymownie na Neta.
- Nie przeciągałem cię na siłę! - Net wycelował w przyjaciela palcem. -
Przestań mnie oskarżać.
- Stwierdzam tylko fakt.
- Nie kłóćcie się - przerwała im Nika. - Może prościej powiedzieć waszym
tatom, co się stało.
- Jeśli powiemy starym, że przeszliśmy przez Pierścień, prędko nie wezmą
nas do Instytutu - stwierdził Felix.
- To akurat nie będzie wielka strata.
- Będzie. Bo jeśli mam rację, to żeby odwrócić zmiany, musimy przejść
przez Pierścień w przeciwną stronę.
- Czy to aby nie za proste? - zapytał Net. - Jesteś pewien?
- Nie, ani trochę - szczerze przyznał Felix. - Nie ma kogo zapytać, bo
to początek eksperymentów. Maxwell też nie miał kogo zapytać o elektromagnetyzm. Przysiadł więc i wymyślił wszystko sam. Razem ze
Skoczywrotami rodzi się nowa gałąź nauki. Pomyślcie: zmieniło się hasło
do maila, zmieniły się tematy prac domowych i parę mało istotnych
drobiazgów. Nie licząc samochodu taty, bo to poważna sprawa. - Mina Niki
świadczyła o tym, że dziewczyna jest innego zdania. Felix jednak nie
zwrócił na to uwagi. - Poważnych zmian może być więcej. Mogło się
zmienić coś, o czym się dowiemy za kilka lat. Jeżeli więc możemy to
cofnąć, to czemu nie spróbować?
Net chwilę ważył argumenty przyjaciela.
- Jak chcesz się tam dostać? - zapytał.
- Mamy elektrogitymacje i przyznany dostęp do tej części budynku A,
gdzie znajduje się Pierścień. Po prostu tam wejdziemy. Jeżeli nie
zrobimy niczego głupiego, to nikt się nie dowie. Wejdziemy i przespacerujemy się przez Pierścień od odwrotnej strony. Jeśli niczego
nie zepsujemy - przelotnie spojrzał na Neta - to tylko znajdziemy się w bazie danych, w której lądują wszystkie informacje o wejściach i wyjściach z Instytutu. Nikt tego nie przegląda, jeśli nie ma wyraźnej
potrzeby.
- Ty to wszystko przewidziałeś już wczoraj? - zapytał Net. -
Przewidziałeś, że nas przekonasz, i dlatego napisałeś, żebyśmy wzięli z domu elektrogitymacje?
- To była tylko jedna z możliwości. Chciałem, żebyście wzięli
elektrogitymacje, bo zawsze lepiej być przygotowanym niż
nieprzygotowanym. To tak jak z wożeniem gaśnicy w samochodzie. Przecież
nikt nie planuje pożaru.
- Stary, ja łapię ten tok rozumowania, ale to jednak... dobry pomysł! -
Net uśmiechnął się. - A masz kolejny, jak dostać się do Instytutu?
- Zaraz, chwileczkę. - Nika uniosła dłonie. - Już zatwierdziliście ten
plan? A pamiętacie starą, potwierdzoną nieraz zasadę, że próba sprytnego
wyjścia z małych kłopotów powoduje, że ładujemy się w większe? Nie
lepiej powiedzieć o wszystkim rodzicom? Może to coś, co jest istotne dla
badań, albo... - Zastanowiła się. - Albo wiadomo, co z tym zrobić.
- Jasne. - Net pokręcił głową. - Dadzą nam podwójną dawkę aspiryny i witaminy C i wszystko wróci do normy.
* * *
Nowy model elektrogitymacji przypominał płaski telefon z dużym
wyświetlaczem, poniżej którego dopiero znajdowało się kilka
"nietelefonicznych" przycisków. Menu, które wyświetliło się na ekranie,
również nie przypominało telefonicznego. Było jednak przejrzyste, więc
Felix bez trudu znalazł pozycję "Dojazd do Instytutu". Otworzyło się
okienko z trzema polami do wypełnienia. Wystarczyło podać godzinę,
miejsce i liczbę osób.
- Tak po prostu? - zdziwił się Net.
- Na to wygląda. - Felix kliknął "send". - Jeśli naprawdę przyjedzie i jeśli nas zawiezie na miejsce.
Po dwóch sekundach pojawił się komunikat z mapką i dokładną godziną, o której pojawi się transport. Do miejsca odebrania mieli nie więcej niż
dwieście metrów i niecały kwadrans na dojście.
- Rewelacja - stwierdził Net. - Jeżeli nie każą nam zapłacić.
Ubrali się i spacerkiem ruszyli do wyznaczonego miejsca. Felix po drodze
zatrzymał się przy koszu na śmieci stojącym obok wejścia do sklepu
spożywczego. Skrzywił się i zanurzył rękę po łokieć. Nika patrzyła na to
z niesmakiem, ale nie odezwała się. Chłopak chwilę grzebał w śmieciach,
wreszcie wyciągnął plastikową nakrętkę z napisem "Fanta".
- To będzie nasza sonda - oświadczył.
- Jesteście pewni, że powinniśmy to robić? - zapytała Nika. - Jeśli się
skaleczysz nożem, to ponowne cięcie, w przeciwną stronę, tylko pogorszy
sprawę.
- Wiele zjawisk fizycznych może przebiegać w obie strony.
- Rozbijanie dzbanka?
- Teraz ty marudzisz - zauważył Net. - Albo wszystko wróci do normy, a w najgorszym wypadku znów się coś zmieni. Tata Felixa zacznie jeździć
Toyotą Land Cruiser albo Nissanem Patrolem i znów będziemy mieć złe
tematy prac domowych. Do przeżycia.
Dokładnie o wyznaczonej porze przy krawężniku zatrzymał się srebrny
mikrobus Mercedesa z logo IBN na burcie. Felix odsunął boczne drzwi,
rzucił szybkie "Dzień dobry" i już miał wsiadać, gdy zobaczył obok drzwi
coś, co wyglądało jak czytnik kart zbliżeniowych. Tknięty przeczuciem,
przesunął przed nim elektrogitymacją. Kontrolka z piknięciem zamrugała
zielono. Przyjaciele zrobili to samo i przeszli na sam tył. Usiedli i zapięli pasy. W kilkunastoosobowym busie było jeszcze dwóch naukowców,
ale oni nawet nie oderwali się od swoich laptopów.
- Jak dla mnie, bomba - stwierdził cicho Net, gdy ruszyli. - Już
zapomniałem, jak to było, kiedy jeździliśmy autobusem szkolnym.
- Znów są miejsca siedzące - przyznała Nika.
* * *
Bus wysadził ich na podziemnym parkingu, w miejscu, które dobrze znali.
Nieniepokojeni przez nikogo, dotarli do budynku A i korytarza
prowadzącego do Pierścienia. Wszystkie drzwi otwierały się przed nimi;
nawet nie musieli dotykać elektrogitymacji.
W sali Skoczywrót nie było żywej duszy. Słuchać było tylko ciche
buczenie wentylacji. Paliły się słabe pomarańczowe lampy na obwodzie
podstawy kopuły. Było akurat na tyle jasno, by nie wpadać na przedmioty,
jednak wszelkie szczegóły ginęły w półcieniach. Przyjaciele nawet nie
próbowali szukać włączników światła. Podeszli do podwyższenia
Pierścienia.
- Słyszycie? - Nika uniosła palec wskazujący. - To nie jest wentylacja.
Cichutkie buczenie nie dochodziło z góry, tylko z aparatury w bezpośredniej bliskości Pierścienia.
- Pierścień pracuje - stwierdził ze zdziwieniem Net.
Felix ponownie spojrzał na główny wyłącznik - dźwignia znajdowała się na
dole w pozycji "off".
- To samo działo się z Wunrungiem - powiedział. - Pracował mimo odcięcia
zasilania.
- Skoczywrota to nowa konstrukcja - przypomniał Net. - Zaprojektowana od
podstaw zgodnie z zasadami współczesnej technologii. Przecież musieli to
najpierw policzyć na symulacjach komputerowych. Nie może ot tak sobie
pracować, jak jest wyłączony.
- Ale pracuje.
Net nie znalazł odpowiedzi na tę prostą logikę. Z bliska widać już było,
że po obwodzie Pierścienia przeskakują pojedyncze niebieskawe iskierki
nie większe od tych, które można zobaczyć, zdejmując w ciemnym pokoju
sweter, zrobiony bez użycia prawdziwej wełny.
Obeszli Pierścień dookoła, by stanąć za nim. Z tej strony wyglądał
identycznie.
- Historia, której chcieliśmy uniknąć, powtarza się - stwierdziła Nika.
- Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem - odparł Felix - to za chwilę
nasz świat wróci do normy. Wtedy opowiemy o tym naszym tatom, oni się na
nas wkurzą, ale po raz kolejny przyczynimy się do postępu nauki.
- Ta rozmowa będzie bolała - dodał Net.
- Będzie - zgodził się Felix. - Daj nakrętkę.
Net wygrzebał z kieszeni i podał przyjacielowi nakrętkę po fancie. Felix
obejrzał ją, żeby nie mieć potem żadnych wątpliwości. Zamachnął się i przerzucił ją przez Pierścień. Obszedł go z boku i podniósł nakrętkę.
- Mirinda - przeczytał. Wrócił do przyjaciół i włożył nakrętkę w dłoń
Neta. - Nie wiem, jak to się dzieje, ale się dzieje.
Net z niedowierzaniem obejrzał nakrętkę, potem schował ją do kieszeni i skinął głową.
- Zróbmy to, zanim ktoś zauważy - powiedział.
Chwycili się za ręce, biorąc Nikę w środek, i weszli na podwyższenie.
Pierścień buczał teraz jakby głośniej, a powietrze wewnątrz zdawało się
lekko drżeć.
- Kiedy ostatnio przebiegaliście na czerwonym świetle między pędzącymi
samochodami? - niespodziewanie zapytała Nika.
Felix i Net spojrzeli na nią z zaskoczeniem.
- Próbujesz nas zniechęcić? - zapytał Felix.
- Pamiętasz kiedy? - nalegała Nika.
- Raczej nigdy. Dlaczego pytasz?
- Przebieganie na czerwonym świetle między samochodami jest
niebezpieczne, ale bardziej niebezpieczne jest używanie niesprawdzonego
eksperymentalnego teleportera.
- O, nie. - Net mocniej ścisnął jej dłoń. - Czas na dyskusje był, zanim
tu przyjechaliśmy. Aktualna teoria brzmi, że przejście w drugą stronę...
rozmagnesuje nas, czy coś. I tego się trzymajmy. Teraz chcę to już mieć
za sobą.
- Chciałam się tylko upewnić, że wiecie, co robimy.
- Nie wiemy, ale nie mamy lepszego pomysłu - podsumował Felix.
Ruszyli przed siebie i wolnym krokiem przeszli przez Pierścień. Iskry
zatańczyły mocniej, owiało ich ciepłe powietrze, a potem nagle zapadła
cisza. Puścili swoje dłonie i odwrócili się. Pierścień nie pracował,
jakby ich przejście go wyłączyło.
Albo jakby wcześniej włączył się tylko dlatego, że mieli przez niego
przejść.
- Chodźmy stąd, bo będzie na nas. - Net pierwszy ruszył w stronę drzwi.
Felix za pomocą elektrogitymacji załatwił transport powrotny. Dopiero w busie mijającym granice miasta przyjaciele uwierzyli, że plan powiódł
się przynajmniej częściowo i nikt niczego nie zauważył. Nie rozmawiali
prawie, niespokojni, co zastaną w domu. Kierowca kolejno rozwiózł ich
pod wskazane adresy. Felix, który wysiadł jako ostatni, uwierzył, że
plan powiódł się całkowicie, kiedy ujrzał zaparkowanego przed domem Land
Rovera.
* * *
Przyjaciele spotkali się przed szkołą w doskonałych nastrojach. Autobus,
którym przyjechał Net, odjeżdżał znów zgodnie z rozkładem. Hasła do
wszystkich kont pocztowych pasowały, a konserwy w lodówce Niki nie
zamieniły się miejscami. No, a poza tym wszystkim zaczynał się piękny
wiosenny dzień.
- Na wszelki wypadek nie odrobiłem pracy domowej - oświadczył Net. -
Teoria teorią, a najpierw sprawdźmy, czy podziałało.
- Każde wytłumaczenie dla lenistwa jest dobre. - Uśmiechnęła się Nika.
Wraz z grupkami uczniów, którzy woleli opóźnić chwilę znalezienia się w szkole, stali na stopniach przed wejściem. Pomachali zbliżającemu się
Wiktorowi.
- Cześć, co dziś mamy pierwsze? - rzucił Net.
- Historię.
Net spojrzał na Nikę wzrokiem szachowego mistrza, który właśnie ograł
przedszkolaka.
- Widzisz mała, rozmagnesowaliśmy się - powiedział. - Proste metody są
najlepsze. Cywilizacja możliwości.
- Mam nadzieję... - westchnęła.
Obok nich przeszła, kulejąc lekko, Aurelia. Rzuciła ponure "Cześć".
- Mam nadzieję, że to nic poważnego - powiedziała Nika tonem sugerującym
nadzieję na coś wręcz przeciwnego.
Aurelia pokręciła tylko głową, wkuśtykała na schody i zniknęła w drzwiach szkoły. Przyjaciele odprowadzili ją wzrokiem.
- Wspominałaś kiedyś o empatii - przypomniał Net.
- Ależ ja się wczuwam w jej ból - wyjaśniła Nika.
- Wczoraj sprawdziłem kilka rzeczy w domu. - Felix wrócił do tematu. -
Maszyna kulejąca... kluskująca działa, akumulator z prototypu nóg Golema
Golema wyjęty i leży tam, gdzie go położyłem. Hasła do kont mailowych
się zgadzają. Jedyna różnica, to przytarcie na przednim zderzaku Mini,
ale to akurat było do przewidzenia.
Coraz więcej uczniów wchodziło do szkoły. Lucjan, zamiast wejść do
środka, zatrzymał się przy przyjaciołach, spojrzał groźnie na Neta i powiedział:
- Dzięki za takie rady. Wziąłem ją na te gokarty i tak się poobijała po
pierwszym okrążeniu, że zamiast iść na kolację przy świecach, wzięła
taksówkę i wróciła do domu. Teraz się do mnie nie odzywa.
- Stary! - wykrzyknął Net. - Mówiłem o bilardzie. Miałeś ją wziąć na
bilard.
- Nie na gokarty? - szczerze zdziwił się Lucjan.
- Jasne, że nie. Przy bilardzie urazowość jest bardzo niska.
- Bilard? - Lucjan zmarszczył brwi i wszedł do szkoły. Przyjaciele
spojrzeli na siebie, ale nic nie powiedzieli. Nika wzdrygnęła się i owinęła szczelniej kurtką jeansową, na którą miała narzucony bezrękawnik
z cienkiego kożuszka.
- Chodźmy do środka.
- Za bardzo się wywiośniłaś - zauważył Net.
Weszli do sali historycznej po dzwonku, tuż przed historykiem i bez
pośpiechu zajęli swoje miejsca. Historia była jednym z luźniejszych
przedmiotów, co czyniło ten dzień jeszcze bardziej pozytywnym.
Profesor Cedynia wolno usiadł za biurkiem, otworzył dziennik i monotonnym głosem zaczął odczytywać listę obecności.
- Bielecki?
- Jestem! - przyznał się Net i dodał ciszej - w domu wszystko jest, jak
powinno być. Po drodze też, w szkole też. Czyli się udało.
- Mickiewicz?
- Jestem! - odparła Nika. - Zachowajmy czujność na wszelki wypadek.
- Olbińska?
- Jestem!
- Można by - ciągnął szeptem Net - sprawdzić notatki z wczorajszych
lekcji. Wiktor ma zwykle -
Umilkł, gdy Nika po raz kolejny szturchnęła go łokciem. Wystarczyło, że
zobaczył wyraz jej twarzy, by jego dobry nastrój wyparował.
- Olbińska - szepnęła Nika.
- Nie znam żadnej Olbińskiej.
- No właśnie.
Net powiódł za spojrzeniem Niki i natrafił na siedzącą pod ścianą
całkiem ładną dziewczynę z krótkimi prostymi czarnymi włosami. Ubrana
była w czarną spódniczkę do kolan i nieco staromodny sweter. Dziewczyna
również spojrzała na przyjaciół i uśmiechnęła się. Po chwili Felix
zorientował się, że właściwie to ona uśmiecha się konkretnie do niego.
- Czyli mamy w klasie nową? - zapytał z naiwną nadzieją w głosie Net.
- Polon? - odczytał Cedynia.
- Jestem! - odpowiedział Felix, po czym dodał ciszej - obawiam się, że
nie. Obawiam się, że mamy nowe kłopoty.
6. Że jesteśmy, to wiemy. Ale gdzie?
Słońce, wpadające przez małe półokrągłe okienka przy samej podłodze,
wyświetlało geometryczne wzorki na nierównych deskach Kwatery Głównej.
Net klikał zapamiętale w klawiaturę. Nagle zamarł i zaśmiał się
diabolicznie. Przyjaciele spojrzeli na niego z zaskoczeniem, bo do
śmiechu bynajmniej im nie było.
- Nie ma go. - Net wyglądał, jakby w ciągach cyfr i liter na ekranie
odnalazł szczęście. - Nie ma go. Nigdy go tu nie było.
- Powiesz wreszcie, o co chodzi? - podsunęła Nika.
- Nie ma Geralda! Warto było przejść dwa razy przez Pierścień, zaliczyć
pałę z gegry, stracić dwadzieścia zeta. Zresztą te nasze jedynki też
zniknęły.
- Przynajmniej jedno z nas zachowało poczucie humoru - skwitował Felix.
- Jeżeli nic innego się nie zmieniło, to luz. Tylko zyskaliśmy. Nie
znaczy oczywiście, że Gerald nie żyje, tylko że jest gdzie indziej. To
stało się wtedy, gdy do naszej klasy przyszedł Gilbert. Pamiętacie? Z tej szkoły, co splajtowała. Wygląda na to, że z Gilbertem zamiast
Geralda przyszła Gertruda1. Kiedy to było?
- Na początku roku szkolnego - przypomniała sobie Nika.
- Ponad pół roku temu. - Felix zamyślił się. - Duży zasięg.
- Jeżeli coś się dzieje z naszymi głowami, to chyba nie ma znaczenia,
czy wspomnienia są sprzed tygodnia czy sprzed pół roku.
- Mogę się wtrącić? - odezwał się niespodziewanie Manfred. - Jak
zwykle zapominacie o mojej obecności.
- Jesteś tak istotną częścią mojego świata, że przestałem cię zauważać -
odparł Net. - Coś się nie zgadza?
- Zgadłeś. Prawie nic się nie zgadza! W ogólnym zarysie jest podobnie,
ale szczegóły się różnią. Jakby... moją pamięć zaatakował bardzo
przemyślany wirus. Ale sprawdziłem, i to nieprawda. Pierwszy przykład z brzegu: jakiś czas temu wykoleił się pociąg koło Dworca Gdańskiego.
Uchwyciła to jedna z moich kamer.
- Pamiętam - zgodził się Felix. - To był pociąg towarowy i jechał bardzo
wolno. Nikomu nic się nie stało.
- Według mojej osoby w ratuszu pociąg się wykoleił. Tylko że inny. I innego dnia. Miejsce się zgadza i nic więcej. Z kolei ten autobus
miejski, który przywalił w barierkę na Mokotowie, w wersji, jaką zna
moja osoba w ratuszu, przywalił w latarnię w centrum. Ta sama linia, ten
sam kierowca, ta sama przyczyna - miał zawał, i dwadzieścia minut
różnicy. Właśnie ustalam średnią, i wygląda na to, że problem leży we
mnie tutaj, w laptopie. Muszę dostosować się do innych części mojej
osoby, bo ich wspomnienia są spójne.
- Czekaj! - krzyknął prawie Felix. - Możesz zachować obie wersje?
- To schizofrenia. Muszę mieć jednolite wspomnienia. Inaczej co chwilę
będzie się pojawiał błąd.
- A możesz zrobić archiwum z tych elementów, które się nie zgadzają?
- To się da zrobić. Powiesz mi, po co?
- Mam pewną koncepcję.
- Stary... - wtrącił się Net. - Twoja poprzednia koncepcja lekko zawiodła.
Znaczy jest lepiej, niż było, ale zupełnie przypadkiem. Nie psujmy tego.
Ja głosuję za nicnierobieniem.
- Nie wiemy, co jeszcze mogło się zmienić - zauważyła Nika.
- Przecież nie zmienia się świat, tylko nasza pamięć. Więc jakby nic się
nie zmienia, tylko przybywają nam błędy w pamięci. Z fałszywym
wspomnieniem Geralda jakoś sobie poradzę. Wczorajsza zgaga dziś nie
boli.
- To niekoniecznie tak wygląda... - próbował przerwać mu Felix.
- Zgadza się każdy malutki element. - Net powiódł ręką dookoła. - Nawet
ta wypchana sowa jest przekrzywiona, bo zaczepiłem o nią plecakiem przed
wakacjami.
- Urządziliśmy to miejsce prawie półtora roku temu. Czyli rok wcześniej,
niż pojawili się Gerald lub Gertruda.
- A to ważne? - zapytała Nika. - Znajdźmy w tym wszystkim jakąś metodę,
jakiś klucz, według którego przebiegają zmiany.
- Kluczem jest czas - powiedział Felix. - Jeśli prześledzimy różnice w czasie, będziemy mogli stwierdzić, kiedy dokładnie nastąpiło
odgałęzienie. Nie będzie się zgadzało tylko to, co wydarzyło się po
konkretnym punkcie w czasie.
- Pamięć ludzka tak nie działa - zaoponowała Nika.
- Nie chodzi o pamięć.
- Więc...?
- Muszę to przemyśleć.
- Może zapodasz nam surowiec, nad którym będziesz przemyśliwał -
zaproponował Net. - Tako i my będziemy przemyśliwać.
- Surowiec dopiero będę wymyślał. Przyszedł mi do głowy kot
Schrödingera.
- Nie mam pojęcia, co to jest.
- To zabawa myślowa; kot ukryty przed wzrokiem obserwatora w pudełku.
Może być żywy lub martwy, a to okazuje się, dopiero gdy obserwator
otworzy pudełko. Więc dopóki tego nie sprawdzi, stan kota jest...
połowiczny. Ani żywy, ani martwy.
* * *
Po szkole wyszli do parku za Zbędnymi Kaloriami, żeby spacerując,
zastanowić się, co robić.
- Czy to nie Laura? - Net spojrzał na przystanek. - W środy też ma
lekcje jazdy konnej?
- Hej! - zawołał Felix i pomachał ręką.
Laura odwróciła się, ale nie zauważyła go wśród stojących ludzi. Felix
ruszył alejką w jej stronę.
- Nic nie mówiłaś, że w środy też masz lekcje jazdy konnej - zaczął z uśmiechem.
- A... powinnam mówić?
Coś w jej spojrzeniu kazało Felixowi się zatrzymać. Net dogonił go i stanął obok.
- Znamy się? - Laura patrzyła na nich z lekkim niepokojem.
- Żartujesz? - wykrzyknął Felix. - Przestań nas wkręcać. Mieliśmy ciężki
dzień.
Dziewczyna zmrużyła oczy,
- Kim jesteście?
- O kurde... - szepnął Net.
- Ferie zimowe w pensjonacie Trzy Kuzynki2 - przypomniał Felix.
- Tam się poznaliśmy... No co ty...?
- Stary... - Net ciągnął go za rękaw.
- Byłam tam, ale... - Laura przyjrzała im się uważnie. - Ale was nie
pamiętam. Może byliście w innym terminie?
- Stary... - Net energiczniej pociągnął Felixa, który tym razem nie
opierał się. - Wracajmy - powiedział cicho, po czym dodał głośniej -
pomyłka, przepraszamy. Chodziło o pensjonat U Ciotki.
Felix bezwolnie dał się odprowadzić w alejkę parkową, skąd nie było
widać przystanku. Dopiero teraz dołączyła do nich Nika. Felix przejechał
ręką po twarzy.
- Nie pamięta mnie...
- Znacie się od kilku miesięcy - zauważył cicho Net. - Sam mówiłeś...
Nika objęła Felixa i mocno przytuliła. Potem Net klepnął go w ramię i powiedział:
- Bywa...
- Wytłumaczę jej. - Felix obrócił się na pięcie i ruszył alejką z powrotem.
- To raczej nie zadziała... - próbował go powstrzymać Net. Felix jednak
szybkim krokiem ruszył na przystanek. - Weźmie cię za wariata!
Nika spojrzała na Neta, wzięła go za rękę i zapytała:
- A co, jeżeli w którejś wersji tego... dziwactwa też się nie rozpoznamy?
- Dopóki nie zbliżymy się do Pierścienia osobno, nic się nie stanie -
odparł. - Chyba. Na razie w walce na wersje zdarzeń jesteśmy my kontra
reszta świata. W sensie, że między nami wszystko się zgadza.
Trzymając się za ręce, poszli zobaczyć, jak idzie Felixowi. Zastali go
na pustym przystanku.
- Nie ma opcji, żebyśmy tu zostali - powiedział, patrząc na znikający w oddali autobus. - Musimy powiedzieć o wszystkim naszym starym.
- Aaa... - Net podrapał się za uchem. - A moglibyśmy powiedzieć tylko
twojemu? Twój się tak nie pieni na tego typu akcje.
- Od niego zamierzam zacząć.
Nika zreflektowała się i puściła dłoń Neta.
- Tu jesteś, misiaczku. - Gertruda Olbińska pojawiła się obok
niespodziewanie.
Zachowywała się, jakby się dobrze znali. Wzięła zaskoczonego Felixa pod
ramię. Ten spojrzał na dłoń dziewczyny pod swoim ramieniem, potem na nią
i wreszcie na przyjaciół. Net wzruszył ramionami.
- Myślałam, że zaczekasz przed szkołą - powiedziała z pretensją
Gertruda. - Musiałam cię szukać.
- Tak? - Felix zamrugał i zorientował się w sytuacji. - Aaa... to dziś
jest środa? Zaaa... pomniałem.
Felix zastanawiał się, czy się wyswobadzać i uciekać, czy czekać, co
będzie.
- Zapomniałeś o naszym kinie, misiaczku? - Gertruda, jakby wyczuwając
wątpliwości chłopaka, mocniej wczepiła się w jego ramię. - Mieliśmy dziś
iść na ten nowy film Spielberga.
- Widziałem to - powiedział. - Nie warto.
- Jak to widziałeś? Premiera była wczoraj.
- Widziałem... prapremierę. Opowiem ci, o czym to jest... przy kawie. -
Widząc jej minę, dodał szybko - wolę z tobą porozmawiać, niż siedzieć w kinie, gdzie nawet nie da się zamienić słowa. Zaczekaj momencik. -
Wyswobodził się jednak, podszedł do przyjaciół i wyszeptał
konspiracyjnie - wybadam sprawę. Spotkajmy się za... - spojrzał na zegarek
- godzinę w tym samym miejscu.
Odszedł. Uradowana Gertruda znów wzięła go pod ramię i oboje ruszyli w stronę Zbędnych Kalorii.
- Misiaczek szybki jest... - mruknął Net, gdy Felix nie mógł już tego
usłyszeć. - A ona naiwna.
- Albo odwrotnie - mruknęła Nika.
* * *
Felix popijał czekoladę na gorąco i z coraz większym niedowierzaniem
słuchał opowiadanych przez Gertrudę Olbińską historii o sobie-nie sobie.
Wynikało z nich, że on i Gertruda są parą prawie od początku roku.
Zastanawiał się, jak to możliwe, bo dziewczyna, choć ładna, nie bardzo
go pociągała. By wyjaśnić to, co z zewnątrz wyglądało na amnezję,
wymyślił historię o eksperymencie naukowym, w jakim brał udział
poprzedniego dnia. Gdy już to jej wyznał, zdał sobie sprawę, że to
przecież prawda.
- A pamiętasz, misiaczku, jak w sylwestra odpaliliśmy rakietę taty
Gilberta? - Gertruda zaczęła kolejną historię.
- To akurat pamiętam - przyznał. - Była spora afera.
- Przyjechała policja i saperzy. Jak sobie pomyślę, ile gazów
cieplarnianych zostało wyemitowanych...
- Saperzy?
- No, bo ta rakieta spadła na pole, pół kilometra dalej. Na szczęście
nie zniszczyła żadnych roślinek. Przyjechała policja, a my zapewnialiśmy
ich, że nie mamy pojęcia, o co chodzi, he, he.
Felix zastanowił się. Tak by mogło być, gdyby Net nie odkręcił zaworu z gazem do oporu. Gdyby odkręcił go na próbę tylko trochę, jak zapewne
postąpiłby każdy normalny człowiek mający do czynienia z nieznaną
aparaturą, to zbiorniki nie napełniłyby się do końca i rakieta nie
zdołałaby wejść na orbitę3. Tak by się mogło stać, ale przecież
stało się inaczej... Słuchał Gertrudy i coraz mniej rozumiał z tego, co
się działo. Część wydarzeń zgadzała się z tymi, które pamiętał, część
różniła się minimalnie, a były i takie, które nie zgadzały się w najmniejszym stopniu, jak na przykład zalanie kilku szkolnych pracowni
przez pęknięty kaloryfer w sali gimnastycznej.
- Albo ta sprawa z sądem uczniowskim - ciągnęła Gertruda. - Jest tyle
ważnych spraw, ludzie nie segregują śmieci, chociaż w hallu stoją
odpowiednio oznakowane pojemniki. Eryka Surowiec, ta wredziocha,
oskarżyła was o naklejenie napisów na szkolnym sklepiku. Ale Gilbert was
wybronił. Pamiętasz, misiaczku?
To akurat się zgadzało.
- Czy mogłabyś przestać mówić do mnie "misiaczku"? - poprosił Felix.
- Przecież zawsze to lubiłeś!
- No to przynajmniej dziś. Wiesz, to z powodu tych problemów z pamięcią.
- Dobrze, Feliksiaczku. Dziś mogę. - Pogłaskała go po dłoni. - To
naprawdę przez ten eksperyment naukowy, w którym brałeś udział?
Przytaknął.
- Nie mogę o tym opowiadać - dodał. - To jest top top top secret.
- A długo to jeszcze potrwa?
- Sądzę, że nie później niż do wieczoru. Taką mam nadzieję. Pamiętasz,
co robiliśmy wczoraj? Czy zachowywałem się dziwnie?
- Zapomniałeś o kinie, a jak już tam poszliśmy, kupiłeś colę w jednorazowym kubku. A przecież wiesz, ile taki kubek się rozkłada i z czego jest robiona cola.
- Mówiłaś, że dziś mieliśmy iść do kina.
- To dzisiejsze kino miało być przeprosinami za wczoraj. Jak podszedłeś
do mnie z tym jednorazowym kubkiem, to poczułam się jak... jak... jakbyś
mnie uderzył. Wyszłam i nie obejrzeliśmy filmu, ale już mi przeszło.
Wybaczyłam ci, bo wiem, że to przez twoje roztargnienie, Feliksiaczku.
- No cóż... Chyba pozostaje nam jutro. Pamiętasz, jak wyszła
poniedziałkowa prezentacja?
- Prezentacją to bym tego nie nazwała. - Gertruda upiła łyk czekolady. -
Nudny apel i tyle. Chyba że chodzi ci o to, co zrobiły bliźniaczki
Birskie i Maurycy z drugiej "b". Nie wysilili się, wrzucili do komputera
parę zdjęć i wkleili tekst z internetu. Birskie czytały na przemian, ale
mają identyczne głosy, więc nie było efektu. Trwało to może dwie minuty.
No tak, Felix, Net i Nika nie robili prezentacji, bo Gerald, skoro w ogóle nie trafił do tej szkoły, nie mógł ich wkręcić w wizytę u dyrektora.
- Bije od ciebie jakieś takie zimno. - Gertruda smutno przyglądała się
Felixowi. - Jeszcze wczoraj taki nie byłeś.
Felix zmusił się, by wziąć jej dłoń. Efektem był lekki uśmiech na twarzy
dziewczyny, który jednak zaraz znikł.
- Zmieniłeś się - powiedziała. - Czuję, jakbym rozmawiała z obcym
człowiekiem.
- Do jutra mi przejdzie - obiecał. - Przynajmniej mam nadzieję. Teraz
muszę uciekać. To na razie.
Zapłacił i wyszedł. Dziewczyna oczekiwała, zdaje się, pocałunku na
pożegnanie, ale na to nie mógł się zdobyć.
Przyjaciół znalazł na parkowej ławce. Nika siedziała na kolanach Neta,
zapewne raczej z zimna niż z nagłego ataku romantyzmu.
- Trochę to trwało - zauważył Net. - Wiesz, ta wiosna wygląda mniej
wiosennie, jak się siedzi przez pół godziny na ławce.
- Dowiedziałem się czegoś. - Felix zignorował uwagę. - Opowiedziała mi o wielu rzeczach. Naprawdę sporo się nie zgadza, choć inne wydarzenia
przebiegły niemal identycznie, jak je zapamiętaliśmy.
- Stary - Net delikatnie zepchnął Nikę i oboje wstali - no ale co z nią?
- Jak to co z nią? Dopija chyba czekoladę.
Net pokręcił głową z niedowierzaniem.
- W końcu polubił cię ktoś, kto nie jest duchem ani robotem, a ty tego
kogoś zostawiasz, żeby dopił czekoladę? Wygląda na to, że to fajna
dziewczyna. Do tego już poderwana, oswojona, wyszkolona, sformatowana.
Robota odwalona przez... niechby i przez ciebie zdepamięciowanego.
- To świrnięta ekolożka. Obraziła się na mnie, że kupiłem napój w jednorazowym kubku.
- Ale poza tym... po bliższym poznaniu na pewno robi się ładniejsza. No i jest tobą zainteresowana, w przeciwieństwie do Laury. Ja bym to jeszcze
przemyślał...
Felix spojrzał na Nikę i poprosił:
- Mogłabyś... na chwilę...?
Nika ze zrozumieniem skinęła głową i odeszła kilka kroków. Felix chwycił
Neta za ramiona.
- Czy gdyby ktoś ci zamienił Nikę na... Klaudię, to byłbyś zachwycony? -
zapytał. - Klaudia ma dwie ręce, dwie nogi... no i tak dalej. Byłoby ci
wszystko jedno?
Dzięx dla Karoliny Wierbol za współtworzenie postaci. [wróć]
Te przygody zostały opisane w książce Felix, Net i Nika oraz
Trzecia Kuzynka. [wróć]
Te przygody zostały opisane w książce Felix, Net i Nika oraz
Orbitalny Spisek. [wróć]
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki