ROZDZIAŁ 1
Pierwszy dzień w szkole
- Muszę lecieć - powiedziała smutno mama, poprawiając Felixowi klapy
marynarki. - Mam w firmie mały kryzys i nie poradzą sobie beze mnie.
Bądź grzeczny i słuchaj pani.
Pocałowała go w czoło, wsiadła do swojej czerwonej Alfy Romeo i odjechała z piskiem opon. Zdaniem Felixa mama jeździła zdecydowanie za
szybko.
Felix Polon był szczupłym jasnowłosym trzynastolatkiem o piwnych oczach.
Wyglądał całkiem przeciętnie. Może z wyjątkiem ubrania - dziś z okazji
rozpoczęcia roku szkolnego miał na sobie elegancki ciemny garnitur i białą koszulę.
Samochód mamy zniknął za zakrętem. Felix odwrócił się i spojrzał na
swoją nową szkołę. Budynek wydał mu się zbyt duży. Poprzednia szkoła, do
której chodził wcześniej, mieściła się w parterowym dworku otoczonym
ogrodem z piaskownicami, zjeżdżalniami i drewnianymi domkami do zabaw.
Przypominała przedszkole. Ta wyglądała zupełnie inaczej. Szary
czterokondygnacyjny budynek miał chyba ze sto lat. Sprawiał ponure
wrażenie i wyglądał trochę jak zamek. Przy odrobinie wyobraźni
niewielkie podwyższenia dachu w każdym rogu budynku można było uznać za
baszty. Wiatr poruszał gałęziami dwóch topoli rosnących po obu stronach
wejścia. Szkoła imienia profesora Stefana Kuszmińskiego - miejsce, gdzie
będzie przychodził prawie codziennie przez następne lata.
Wzruszył ramionami i wszedł po szerokich schodach prowadzących do
olbrzymich drzwi. Klamka znajdowała się na wysokości jego czoła.
Otworzył skrzypiące skrzydło i niepewnie wszedł do środka. Mimo że do
rozpoczęcia uroczystości zostało jeszcze ponad dwadzieścia minut, w hallu było już kilkanaścioro uczniów. Niemal wszyscy z rodzicami. Tata
Felixa nie mógł z nim przyjść. Był wynalazcą i właśnie na dziś
zaplanowano pokaz jednej z jego maszyn przed ważnym ministrem. Mama
znalazła tylko tyle czasu, by podwieźć Felixa pod szkołę. Babcia Lusia z chęcią by z nim przyjechała autobusem, ale Felix grzecznie odmówił.
Tylko tego brakowało, żeby pierwszego dnia w nowej szkole wszyscy
zobaczyli go z babcią.
Rozejrzał się wokoło. Wszystko było tu duże. Pod wysokim sufitem wisiał
wielki ozdobny żyrandol, teraz zgaszony. Na wprost wejścia, za
portiernią, znajdowały się przeszklone drzwi prowadzące na patio
zarośnięte starymi, karłowatymi drzewami. Na prawo i lewo prowadziły
szerokie korytarze. Felix podszedł do pożółkłego ze starości planu,
który wisiał na ścianie, by w razie pożaru każdy wiedział, którędy
uciekać. Budynek widziany z lotu ptaka miał kształt kwadratu, pośrodku
którego usytuowano patio. Pierwsze i drugie piętro można było obejść
dookoła korytarzem. Trzeciego obejść się nie dawało, bo całą szerokość
frontowego skrzydła zajmowała sala gimnastyczna wraz z szatniami.
Parter, z kolei, przecinało przejście łączące patio z ogrodem na tyłach.
Na najwyższej kondygnacji rozpościerał się prawdopodobnie strych,
którego nie umieszczono na planie. Felix, zanim wszedł do budynku,
dostrzegł małe półokrągłe okienka w spadzistym dachu. Strych musiał więc
być całkiem spory.
Felix poczuł na sobie czyjś wzrok. Po drugiej stronie hallu stała drobna
rudowłosa dziewczyna w jeansowej kurtce. Niesforne loki wyłaziły na
wszystkie strony spod spinki próbującej okiełznać jej fryzurę. Gdy Felix
na nią spojrzał, umknęła zielonookim spojrzeniem, udając, że wcale na
niego nie patrzyła. Przyszło mu do głowy, że śmiesznie wyglądają jej
chude nóżki w ciężkich martensach. Kobieta z charakterem, podsumował w duchu.
Uczniów przybywało i robiło się już ciasno. Ktoś dał sygnał, żeby iść na
górę, bo tam, w sali gimnastycznej, ma się odbyć powitanie pierwszaków.
Tłum ruszył schodami na trzecie piętro.
W sali ustawionych było kilkanaście rzędów krzeseł i ławek, na których
siadali uczniowie i rodzice.
- Proszę państwa! - Kiedy w sali gimnastycznej rozległ się donośny głos,
nie było jeszcze widać, do kogo należy. - Proszę państwa! Nazywam się
magister inżynier Juliusz Stokrotka i jestem dyrektorem tej szkoły. Miło
mi przywitać naszych uczniów wraz z rodzicami. Proponuję, aby rodzice
przeszli na prawo i usiedli na przygotowanych tam krzesłach. Dzieci
zapraszam na ławki po stronie lewej.
Zapanował chaos. Rodzice i ich pociechy przesiadali się z prawa na lewo
albo odwrotnie. Po dłuższej chwili powrócił jaki taki porządek. Felix,
razem z innymi uczniami, usiadł po lewej stronie. Właścicielem donośnego
głosu okazał się niski pulchny mężczyzna w granatowym za ciasnym
garniturze, ze starannie zawiązaną pod szyją muszką w radosnym zielonym
kolorze. Na jego głowie lśniła elegancka łysinka.
Dyrektor szkoły magister inżynier Juliusz Stokrotka, trzeba to
zapamiętać, pomyślał Felix.
- Teraz lepiej - powiedział dyrektor. - Nie weźmiemy już żadnego rodzica
za ucznia.
Kilka cichych westchnień z tyłu było jedyną reakcją na dowcip. Dyrektor
monotonnym głosem zaczął opowiadać o historii szkoły, o osiągnięciach
pedagogicznych, o regulaminie, ale Felix szybko stracił zainteresowanie
jego słowami. Wakacje się skończyły. Teraz czekała go nauka i dyscyplina. Trzeba się będzie przyzwyczaić. Na osłodę pozostawało
kieszonkowe, które dostał dziś rano.
Cała uroczystość, razem z wnoszeniem i prezentowaniem sztandaru szkoły,
trwała około dwudziestu minut. Potem tłum wstał i wolno wylał się na
schody. Gdzieś w połowie korytarza na pierwszym piętrze Felix
zorientował się, że właściwie to nie wie, dokąd idzie. Rodzice,
rozmawiając, schodzili, by wrócić do swoich spraw, a grupki uczniów,
prowadzone przez nauczycieli, rozchodziły się do klas.
Po chwili Felix stwierdził, że został sam. No tak, duża szkoła oznacza
też samodzielność i zaradność. Trzeba było słuchać, pomyślał.
- Te, Milky! - usłyszał za plecami.
Odwrócił się i ujrzał dwóch wysokich chłopaków. Musieli być dwa albo
trzy lata starsi.
- Masz kaskę? - zapytał wyższy, chudy, z jasnorudymi włosami i wystającymi, krzywymi zębami.
- To moje kieszonkowe - odparł niepewnie Felix, dotykając kieszeni. Od
razu zrozumiał, że właśnie popełnił błąd.
Drugi z chłopaków, niższy, ale za to dość potężny, miał czarne kręcone
włosy i za duże spodnie, których krok zwisał gdzieś na wysokości kolan.
Uśmiechnął się i z szybkością, o jaką trudno go było podejrzewać, wyrwał
z ręki Felixa banknot.
- Dzięki - powiedział i odwrócił się, wpychając pieniądze do kieszeni.
Odeszli, jakby nic się nie stało.
- Hej! - zawołał Felix i zrobił krok w ich stronę. - To moje...
Tamci zawrócili i podeszli do Felixa, prawie na niego wpadając. Byli
wyżsi co najmniej o głowę. Felix pomyślał o Cabanie, wielkim, czarnym,
kudłatym psie, który teraz zapewne smacznie spał w jego pokoju. Gdyby tu
był, nie pozwoliłby na takie traktowanie swojego pana.
- Coś mówiłeś? - zapytał rudy.
- Zostawcie go - powiedział chłopak w szarej bluzie, stając obok Felixa.
Spojrzeli na intruza, splunęli w jego stronę i odeszli z ociąganiem.
Niższy, walcząc z nadwagą, bujał się przy każdym kroku.
- Dzięki - powiedział Felix, wyciągając rękę. - Jestem Felix... z "X" na
końcu.
- Ernest - przedstawił się tamten i uścisnął Felixowi dłoń - z "T" na
końcu. Lepiej na nich uważaj. Rodzą się tacy niedorobieni, a potem i tak
muszą iść do jakiejś szkoły. Padło na naszą budę, ale wszędzie takich
znajdziesz. Ten wyższy, rudy, to Marcel, a grubas nazywa się Ruben.
- Zabrali mi dziesięć złotych.
- Możesz iść do swojej wychowawczyni - zaproponował Ernest.
- Nie chcę skarżyć.
- No to dyszka odpłynęła w siną dal.
Poklepał go po ramieniu, uśmiechnął się współczująco i odwrócił, by
odejść.
- Zaczekaj! - zawołał Felix. - Dlaczego on nazwał mnie "Milky"?
- To taki dowcip, że niby masz jeszcze mleczne zęby.
Witajcie w nowej szkole, pomyślał Felix. Wrócił na parter do hallu,
wciąż próbując znaleźć informacje o swojej klasie. Ale był tam tylko
wysoki i chudy chłopak w luźnych bojówkach, z łańcuszkiem zwisającym
przy pasku i w wytartej brązowej bluzie z kapturem. Jego ciemnoblond
fryzura wyglądała, jakby czesał się, odpalając we włosach petardę.
- O, przepraszam - powiedział Felix. - Szukam mojej klasy.
- Lista jest w gablocie - odparł tamten, patrząc na Felixa błękitnymi
oczami zza okularów. - Chodź, pokażę ci.
W gablocie, wśród setki innych wywieszek, rzeczywiście przypięta była
lista klas i uczniów.
- Klasa "A" - przeczytał Felix.
- To tak jak ja! - Ucieszył się chudzielec. - No to jesteśmy kolegami.
Nazywam się Net Bielecki.
- Felix Polon. Felix z "X" na końcu.
Podali sobie ręce.
- Starzy dali ci tego iksa?
- Sam sobie dałem. Tak jest fajniej.
- Masz rację. Ja całego "Neta" sam sobie dałem. Nienawidzę mojego
prawdziwego imienia.
- Dlaczego nie jesteś na lekcji?
- Tu jest słaby zasięg. Transfer się rwie i zeszło mi parę minut.
- Co...?
Net otworzył swój plecak i wyciągnął mały czarny laptop.
- Nie boisz się, że ci ukradną? - zapytał Felix.
- To stary grat. Niezintegrowany system. Noszę go właśnie dlatego, żeby
nie było szkoda, jak zginie. Wszystko zahasłowane, ulega autodestrukcji
w przypadku nieautoryzowanego...
Felix uniósł dłonie w obronnym geście i powiedział:
- Wytłumaczysz mi kiedy indziej. Gdzie jest nasza klasa? Na liście nie
ma numeru.
- Rzeczywiście - przyznał Net. - Nauczycielki po przemówieniu dyra
zebrały uczniów i zaprowadziły do sal. Szedłem na końcu, próbując
dokończyć jedną rzecz... Masz rację, potem ci wytłumaczę. No i, jak
uniosłem wzrok znad ekranu, stałem sam na pustym korytarzu.
- Teraz trzeba znaleźć tę naszą salę. - Felix wyjął telefon i chwilę
stukał w ekran. - Na szkolnej stronie też nie ma informacji.
- Da się to sprawdzić inaczej. - Net otworzył laptop. - Nie pytaj, skąd
znam hasło do wewnętrznej sieci - zastrzegł, unosząc palec i zaczął w niesamowitym tempie uderzać w malutkie klawisze.
- Jest! Sala 115. Pierwsze piętro.
Schował laptop z powrotem do plecaka i ruszył w stronę schodów.
Oniemiały Felix dogonił go po kilku krokach. Weszli na piętro i od razu
zobaczyli dwóch "znajomych" Felixa szarpiących się z rudą dziewczyną w martensach.
- Spotkałem ich już dziś - rzucił niepewnie Net.
- Ja też - dodał Felix i przyspieszył kroku, chcąc im wytłumaczyć, co
myśli o szarpaniu dziewczyn, jednak Net pociągnął go za plecak.
- Daj spokój - szepnął ze strachem w oczach. - Ich jest dwóch, a my
sami... Mózgiem ich załatwmy. Przestawię zegar komputera szkoły na ósmą
czterdzieści pięć.
Przyklęknęli za rogiem. Net wyciągnął swój "niezintegrowany" laptop i zaczął klepać w klawisze.
- I nikt się nie zorientuje?
- Tu nie ma żadnych zabezpieczeń - odparł beztrosko Net. - Tutejszy
informatyk to musi być ameba, a ja nie zostawiam za sobą śladów.
- Ale... po co? I co z nią?
Rozległ się dzwonek. Podzwonił chwilę i ucichł, gdy Net wcisnął "Enter".
Felix wytrzeszczył oczy.
- Włączyłeś szkolny dzwonek laptopem?
- Włączył się sam. - Net wzruszył ramionami, robiąc niewinną minę. - Ja
tylko przestawiłem na chwilę czas.
- Nie znam się tak dobrze na komputerach.
Wyjrzeli zza rogu. Drzwi kilku klas otworzyły się i na korytarz wyjrzało
kilkunastu zaskoczonych uczniów i kilkoro nauczycieli. Marcel i Ruben
pospiesznie oddalali się od zamieszania. Dziewczyna zbierała książki do
poprzecieranej torby. Felix i Net podeszli do niej. Korytarz szybko
pustoszał.
Rudowłosa poprawiła sfatygowaną kurtkę jeansową i plisowaną spódnicę.
- Wszystko OK? - zapytał Felix.
- OK. Dzięki, że włączyliście dzwonek. - Odgarnęła z czoła niesforne
loki. Miała duże, zielone oczy, lekko zadarty nos i nieco piegów.
Obiektywnie oceniając, była naprawdę ładna.
- Drobiazg - uśmiechnął się Net, ale chwilę potem zmarszczył brwi. Felix
zresztą zrobił to samo.
- Skąd wiesz? - zapytali jednocześnie.
- Kobieca intuicja - wyjaśniła, uśmiechając się tajemniczo.
Chłopcy wymienili zdziwione spojrzenia.
- Czego od ciebie chcieli? - zapytał Felix.
- Zabrać mi drugie śniadanie, ale nie oddałem. Zresztą i tak nie mam
drugiego śniadania.
- Mnie próbowali zabrać telefon - powiedział Net - ale chyba doszli do
wniosku, że jest zbyt cenny i będzie zadyma.
- A mnie ZABRALI dziesięć złotych - dodał Felix.
- Miło było poznać - powiedział Net - ale, sorry, musimy iść na pierwszą
lekcję.
- Z której jesteście klasy? - zapytała dziewczyna, zapinając torbę.
- A - powiedział Felix. - A ty?
- Ja też. - Uśmiechnęła się szeroko. - Nika Mickiewicz.
Chłopcy również się przedstawili i cała trójka pobiegła korytarzem.
Znaleźli odpowiednie drzwi, zapukali i weszli do sali. Ledwie
przekroczyli próg, zamarli. Wpatrywało się w nich kilkanaście par oczu i nauczycielka stojąca przy tablicy.
- Czy to nasi spóźnialscy? - zapytała. - Felix, Net i Nika?
Przytaknęli niepewnie. Wychowawczyni była młoda, miała długie jasne
włosy. Patrzyła na nich przyjaźnie, może nawet z lekkim rozbawieniem.
- Siadajcie. Są miejsca... niestety już tylko w ostatnich ławkach -
powiedziała. - Będę was uczyć języka polskiego. Nazywam się Jolanta
Chaber, ale możecie do mnie mówić "pani Jolu". - Zaczekała, aż usiądą, i zapytała - dlaczego przyszliście dopiero teraz?
- Trochę się... eee... zgubiliśmy - wyjaśnił Felix.
- Ale sprawdziliśmy w internecie numer sali i trafiliśmy - dodał szybko
Net.
- Sprawdzaliście w internecie numer sali? - unosząc brwi, zapytała z niedowierzaniem pani Jola. - A wystarczyło zapytać portiera albo
sekretarkę.
Uczniowie zaczęli chichotać, a Felix poczuł, jak robi się czerwony.
Kątem oka zauważył, że Net ma ten sam problem.
- Numer sali powinien być w gablocie - mruknął pod nosem Net. - Rany! Co
to?
To ostatnie było skierowane do Felixa, który wyjął z kieszeni czarne
pióro wieczne, odkręcił skuwkę i zaczął notować.
- Notuję - Felix wzruszył ramionami.
- Ale... piórem wiecznym? Jak w dziewiętnastym wieku? To na maxa
niepraktyczne.
- Wcale nie ma być praktyczne.
Przez resztę lekcji pani Jola tłumaczyła zasady obowiązujące w szkole i wypisywała na tablicy listę potrzebnych i niepotrzebnych rzeczy do
kupienia. Przynajmniej wychowawczyni wydawała się w porządku.
Gdy zabrzmiał prawdziwy dzwonek, wszyscy pobiegli do drzwi, jakby
ogłoszono ewakuację.
- Farciarze - rzucił jakiś chłopak, przechodząc obok ostatnich ławek. -
Macie najlepsze miejsca. Pierwsze, co zrobiła, to przesadziła wszystkich
do przodu.
- To wy przyszliście bez rodziców? - zapytał inny. - Celowo się
spóźniliście, żeby usiąść na końcu.
Pokręcili z dezaprobatą głowami i wyszli.
- Mieliśmy chyba złe wejście - zauważyła Nika, gdy zostali sami w klasie.
- Nie da się ukryć - przyznał Felix.
Net machnął ręką.
- Przynajmniej wychowawczyni niezła. W sensie estetycznym.
We trójkę wyszli na korytarz i od razu zobaczyli oddalających się
Marcela i Rubena. Po przeciwnej stronie płakała niska, pulchna
dziewczyna. Nika podeszła zapytać, co się stało. Wysłuchała, pocieszyła
tamtą i wróciła.
- Zabrali jej nowy długopis - oznajmiła. - To Celina od nas z klasy.
- Trzeba będzie naprawdę na nich uważać - pokiwał głową Net - i omijać z daleka.
- Są złodziejami! - oburzył się Felix. - Złodziei trzeba tępić, a nie
omijać.
- Ale jak? - zapytał Net. - Są silniejsi, wyżsi i... szersi. Olać i obchodzić łukiem.
- Typowa taktyka zastraszania - pokiwała głową Nika. - Wstawisz się za
kimś, to rzucą się na ciebie. Może powinniśmy działać wspólnie?
- Dobrze ci mówić - westchnął Net. - Jesteś dziewczyną i tobie nie
wtłuką.
- Ich jest tylko dwóch! - upierała się Nika. - Liczą właśnie na to, że
jak zastraszą każdego z osobna, to nikt się już nie wychyli.
- I dlatego powinniśmy działać razem - oświadczył Felix - ale nie tak.
Musimy znaleźć sposób, żeby dać im nauczkę! Żeby wszyscy zobaczyli, jacy
oni są. Inaczej przez resztę szkoły nie dadzą nam żyć. Zastanówmy się, w czym jesteśmy lepsi?
- Patrząc na nich... - zastanowiła się Nika - to we wszystkim.
- Z wyjątkiem bezpośredniego starcia - dodał Net.
* * *
Wieczorem tata Felixa był w fatalnym nastroju. Pokaz jego wynalazku
przed ministrem spraw specjalnych nie wypadł najlepiej. Urządzenie do
sklejania przestępców miało ułatwiać pracę policji. Przyklejało buty
uciekającego do ziemi, mogło też przykleić do jezdni opony samochodu.
Zadziałało doskonale, ale po pokazie nie udało się go wyłączyć i zrobiło
się zamieszanie, w którego wyniku minister przykleił się do wiceministra
i dwóch doradców.
- Wszyscy się na mnie poobrażali - westchnął tata, siedząc nad podgrzaną
w mikrofalówce zupą. - Muszę się pospieszyć, bo ostatnio Gang
Niewidzialnych Ludzi okradł w naszym mieście kilka banków.
- Nie martw się, tato - spróbował pocieszyć go Felix. - I tak jesteś
najlepszy.
Tata westchnął ciężko, grzebiąc łyżką w talerzu. Był mężczyzną, który
nie emanował energią. Jego wewnętrzna siła objawiała się w jego
wynalazkach, w genialnych pomysłach i uporze, z jakim parł do celu. Na
pierwszy rzut oka wyglądał na zupełnie normalnego, zmęczonego
wyczerpującym dniem czterdziestolatka. Był średniego wzrostu, miał lekko
zaznaczony brzuszek, odrobinę przerzedzone włosy. Dziś wydawał się
jeszcze bardziej pozbawiony energii niż zwykle.
Mama nie wróciła jeszcze z pracy. Była dyrektorem marketingu w bardzo
dużym banku i nie pracowała praktycznie tylko wtedy, kiedy spała. Choć i to nie było całkiem pewne. Na domiar złego poprzedniego dnia Gang
Niewidzialnych Ludzi napadł właśnie na jej bank i ukradł ze skarbca masę
pieniędzy. To znaczyło, że dziś mama wróci jeszcze później.
- Nie wiesz, jak to jest skleić ministra z wiceministrem - westchnął
ponownie tata. - Ale wymyśliłem już bezpieczniejsze rozwiązanie. -
Ożywił się. - Wycieraczka w wejściu do banku chwytająca złodziei za
buty, gdy już uciekają z workami pełnymi pieniędzy. To nawet lepsze od
sklejacza, bo nie jest potrzebny żaden pościg. Ale teraz nikt nie będzie
chciał ze mną rozmawiać. Może nawet odsuną mnie od innego, ważniejszego,
międzynarodowego projektu. Z nim też nie idzie mi najlepiej. Brakuje
zasadniczego elementu, bez którego cały ten projekt może się załamać.
Tego bym chyba nie zniósł... A jak tam w nowej szkole?
- W porządku. - Felix nie chciał dokładać tacie zmartwień. Obiecał
sobie, że o zabraniu kieszonkowego opowie przy następnej okazji.
Spojrzał na Cabana. Pies położył mu łeb na nodze i łypał spod czarnych
kudłów wielkim brązowym okiem, jakby chciał wyczuć, skąd u jego pana ten
smutek.
* * *
Następnego dnia rano Felix, ubrany już normalnie, w niebieskie jeansy i bluzę, podszedł do czekających na niego przed szatnią Neta i Niki.
Zaspany Net był chyba jeszcze bardziej potargany niż wczoraj, a Nika
znów miała na nogach martensy.
- Cześć - zaczął konspiracyjnie Felix. - Słuchajcie. Mam coś, co powinno
ich oduczyć kradzieży.
- Kanapkę z mydłem zamiast masła? - zapytał Net. - To ich z pewnością
powstrzyma!
- Mój tata skonstruował kiedyś zabezpieczenie przed złodziejami
kieszonkowymi - powiedział Felix i wyciągnął coś z kieszeni.
Nachylili się - Felix trzymał w dłoni małe czarne pudełko i monetę
pięciozłotową.
- W kieszeni będę miał ukryty ten nadajnik - wyjaśnił, chowając pudełko.
- Gdy oddali się od monety na więcej niż pięć metrów, włączy się alarm.
Podał monetę Netowi i gestem pokazał, by przeszedł na drugą stronę
korytarza.
- Złodziej! Złodziej! - zaskrzeczała moneta, a Net czym prędzej wrócił
do nadajnika.
- Po drodze moneta zaczęła krzyczeć w autobusie - powiedział Felix. -
Przejeżdżaliśmy chyba pod linią wysokiego napięcia i były zakłócenia.
Wszyscy patrzyli na mnie, jakbym naprawdę coś ukradł.
- Myślę, że mamy to, o co chodzi. - Net uśmiechnął się mściwie.
* * *
- Masz dla nas kaskę? - zapytał na przerwie po czwartej lekcji Marcel,
stając przed Felixem z szeroko rozstawionymi nogami i groźną miną. Felix
udał, że jest zaskoczony, choć tak naprawdę celowo niemal wpadł na
niego. Wyciągnął z kieszeni pięciozłotówkę i z udawanym wahaniem podał
chłopakowi. Tamten wyszczerzył żółtawe zęby i odszedł z monetą w stronę
szkolnego sklepiku.
- Złodziej! Złodziej! - rozległo się na cały korytarz. - Zostałam
skradziona!
Felix, Net i Nika wymienili triumfalne spojrzenia. Marcel schował głowę
między ramionami i rozejrzał się, nie wiedząc, co zrobić z wrzeszczącą
monetą.
- Ale jazda! - krzyknął jakiś chłopak, zaglądając mu przez ramię. - Skąd
to masz?
Zanim Marcel zdążył cokolwiek powiedzieć, zrobiło się zbiegowisko. Nikt
nie próbował odbierać złodziejowi monety. Wszyscy byli zachwyceni.
Zrezygnowany Felix wycofał się do miejsca, gdzie czekali przyjaciele.
- Czy oni nie słyszą, co ona krzyczy? - zdenerwowała się Nika.
- Jak jesteś niskim nominałem, to nikt nie traktuje cię poważnie -
stwierdził ponuro Net.
Moneta powtarzała swoją kwestię coraz ciszej, aż zaczęła chrypieć.
Zacharczała ostatni raz i umilkła. Marcel spojrzał na Felixa i podszedł
do niego.
- Masz zapasowe baterie? - zapytał.
Felix z rezygnacją pokręcił głową. Marcel przyjrzał się monecie z głupkowatym wyrazem twarzy i odszedł. Gdy zniknął za załomem korytarza,
zbiegowisko zaczęło się rozpraszać.
- Rodzice wychowywali go bezstresowo - mruknął ponuro Felix.
Nika wychyliła się za róg.
- Kupił sobie w sklepiku pączka - oznajmiła.
- Za fałszywą monetę? - zdziwił się Net.
- Nie jest fałszywa - oburzył się Felix. - To prawdziwa moneta, tylko z wkładką.
- No to jesteś biedniejszy o kolejne pięć peelenów.
- Porażka na całej linii - podsumowała Nika. - Trzeba wymyślić coś
lepszego.
- Wpadnijcie do mnie po lekcjach - zaproponował Felix. - Coś
pokombinujemy.
Pokręcił z rezygnacją głową. Pomyślał, że chciałby, żeby byli tu teraz
mama, tata i Caban. A potem wstał i poszedł wykupić ze sklepiku swoją
monetę z wkładką.
* * *
Ostatnią lekcją drugiego dnia szkoły była informatyka. Uczniowie
siedzieli przed komputerami przy stołach zestawionych w wielką wyspę.
Niki w ogóle nie interesowała lekcja. Z wypiekami na twarzy czytała pod
ławką Angielskiego pacjenta - pasjonującą książkę o wielkiej
romantycznej i nieszczęśliwej miłości. Net znał przedmiot lepiej od
nauczyciela. Jedynie Felix starał się wykonywać ćwiczenia, które
demonstrował na wielkim ekranie pan Wierszewski, nazywany przez uczniów
Eftepem1. Nauczyciel był wysoki i chudy, miał wystające zęby i krótko przycięte czarne włosy na małej głowie. Czerwony polar zupełnie
nie pasował do czarnych jeansów i butów "trumniaków".
Felix zdążył już poznać większość nowych kolegów. Najwyższy z całej
klasy był Lucjan i na razie to on wiódł prym. Ciemnowłosy Wiktor był
znacznie niższy, niemal cały czas się uśmiechał i sprawiał wrażenie
zawsze chętnego do pomocy. Za to drobny blondyn, Oskar, wyglądał na
wiecznie niezadowolonego. Z tego, co zauważył Felix, Oskar musiał mieć
wszystko najlepsze. Najlepsze buty, zegarek, plecak, długopis. Ta
ambicja nie dotyczyła jednak samej jego osoby, więc nie wykazywał
większego zainteresowania lekcjami. Ciemnowłosy, niski i krępy Horacy
dotychczas nie wypowiedział chyba ani jednego słowa. Na końcu siedział
Klemens, który był tak otyły, że pod szyją robił mu się dodatkowy
podbródek. Zawsze miał pod ręką batonik lub paczkę chipsów i nieustannie
coś żuł albo chrupał. Był jeszcze drobny Kuba, który maniakalnie
interesował się sportem. Z dziewczyn najlepiej prezentowała się Aurelia.
Wysoka, o długich kruczoczarnych włosach, skręconych w drobne loczki.
Zapewne musiała wkładać w tę fryzurę dużo pracy. Miała nieprawdopodobnie
białe zęby. Klaudia, długowłosa blondynka, trzymała się zawsze blisko
Aurelii i starała się ją we wszystkim naśladować. Były jeszcze Celina -
niska, pucułowata, ale za to zdecydowanie sympatyczniejsza od tamtych
dwóch razem wziętych - i przygarbiona, drobna Zosia, siedząca na końcu
cichutko jak myszka. Również urodą przypominała myszkę.
- Widziałem, jak Ruben zabrał jakiemuś chłopakowi piłkę i gdzieś z nią
poszedł - odezwał się cicho Net. Stukał w klawiaturę, pozorując, że coś
robi. - Gdzieś ją schował, bo potem jej już nie miał.
- Mogliśmy o tym wcześniej pomyśleć - powiedział Felix. - Muszą mieć tu
w szkole jakąś kryjówkę.
- Dlatego nie można im nic udowodnić - zauważyła Nika, odrywając się na
chwilę od lektury.
- Ale będzie można, jak znajdziemy tę kryjówkę - szepnął Net. - Od tego
trzeba zacząć!
- Pan Bielecki jest chyba czymś bardzo zajęty - wycedził Eftep, patrząc
na Neta. - O czym ja przed chwilą mówiłem?
- O sposobie zapisywania informacji na płycie DVD - odparł bez
zająknięcia Net, wstając.
- No więc jaki to jest sposób?
Net uśmiechnął się i już otwierał usta, by odpowiedzieć, i to ze
wszystkimi szczegółami, ale poczuł kopnięcie w kostkę.
- Udawaj kretyna - syknął Felix.
Net zmarszczył brwi, jakby się nad czymś zastanawiał, i odpowiedział
niepewnie:
- Magnetyczny?
- Źle, panie Bielecki - zatriumfował informatyk. - Optyczny.
Zdecydowanie optyczny. Musisz zrozumieć, że komputery to nasza
przyszłość. Jeśli nie nauczysz się z nimi pracować, to niczego w życiu
nie osiągniesz. Siadaj.
Kręcąc głową i cmokając, wrócił z zatroskaną miną do swojego wykładu.
Felix zauważył, że siedzący na wprost nich Lambert gra na ukrytej za
monitorem konsoli, ale jednocześnie przytakuje Eftepowi w odpowiednich
momentach. To się dopiero nazywa podzielna uwaga.
- Dlaczego mam udawać kretyna? - wyszeptał Net, poprawiając okulary na
nosie.
- Żeby nikt cię nie podejrzewał, jak coś zmalujesz - odparł Felix. - Ten
facet prawdopodobnie zajmuje się szkolnymi komputerami.
- O! To by wyjaśniało, dlaczego tak łatwo obejść zabezpieczenia.
- Bielecki i Polon. - Pan Eftep znów podniósł głos. - Ostatnie
ostrzeżenie.
Spuścili głowy i zajęli się ćwiczeniami.
* * *
Nika dotarła na miejsce pierwsza i teraz, siedząc na schodach, czytała
książkę. Obok leżał poobijany rower, który zapewne wiele już przeszedł.
Przednia opona była pomarańczowa, tylna czarna i niemal łysa. Nika nawet
na wyprawę rowerową założyła martensy, choć zrezygnowała ze spódniczki
na rzecz powycieranych spodni w nieokreślonym kolorze. Włosy spięła z tyłu starą srebrną spinką z zielonym oczkiem.
Felix i Net przyjechali niemal jednocześnie, kilka minut po czasie. Net
miał na nosie okulary z jaskrawożółtymi oprawkami.
- Oglądałem w telewizji program o UFO nad Tatrami - usprawiedliwił się
Felix. - A potem trochę pobłądziłem. Wysokie budynki zakłócają
nawigację.
Net uśmiechnął się, jakby usłyszał dowcip, i powiedział:
- Ja musiałem wrócić po kask. Jak będę jeździł bez, to mam szlaban na
rower.
- Ty też powinnaś mieć kask - dodał Felix, patrząc na Nikę.
- Zepsułby mi fryzurę - odparła, wzruszając ramionami. Spojrzała na
rower Felixa i uniosła brwi.
Net powiódł wzrokiem za jej spojrzeniem. Rzeczywiście, coś się tu nie
zgadzało. Felix siedział na stojącym w miejscu rowerze, ale nie
podpierał się nogą! Nie mógł już dłużej udawać, że nie widzi ich
zdziwionych spojrzeń.
- Mój wynalazek - powiedział z dumą i popukał w niewielkie półokrągłe
pudełko pod siodełkiem. - Czujnik przechyłu, silnik elektryczny i koło
zamachowe - żyrostat. Akumulator ładuje się podczas hamowania.
- Sam to zrobiłeś? - zapytał z niedowierzaniem Net. - Jakiego procesora
użyłeś?
- Już mówiłem, nie znam się na komputerach. To prosty układ elektryczny.
Początkowo używałem wysuwanych automatycznie kółek, ale... głupio to
wyglądało. Tak jest znacznie lepiej. Gdy rower zaczyna się minimalnie
przechylać, wykrywa to czujnik i uruchamia silnik z kołem zamachowym. To
tak, jakbyś stał na linie i machał rękami, żeby złapać równowagę.
- Bez komputera? - Net ukucnął obok i przyjrzał się bliżej wynalazkowi.
- Warto było? - zapytała Nika z niedowierzaniem. - Tyle roboty, żeby się
nie podpierać nogą?
- Zależy, jak na to patrzeć - odparł Felix. - Ty wkładasz dużo pracy we
fryzurę.
- Włosy same mi się tak kręcą! - zaprotestowała oburzona Nika.
I Net, i Nika musieli sami się przekonać, że urządzenie naprawdę działa.
Net obejrzał dokładnie cały rower i zwrócił uwagę na małe coś przypięte
do kierownicy, obok zestawu przełączników. Wyglądało jak bardzo stary
telefon komórkowy. Wyświetlacz z mapą i kilka przycisków.
- Nie możesz używać smartfona? - zdziwił się Net.
- Ten GPS jest wszystkoodporny.
Net był pod wrażeniem, ale nic więcej już nie powiedział. Wsiedli na
rowery i ruszyli, starając się omijać ruchliwsze ulice.
Podróż zajęła im prawie godzinę. Dom Felixa stał przy ulicy Serdecznej,
na przedmieściach, w okolicy, gdzie jest tyle przestrzeni, że budynki
nie muszą stykać się bocznymi ścianami. Stary, piętrowy, miał spadzisty
dach - dziwnie błękitny i błyszczący oraz małą, obrośniętą dzikim winem
werandę od frontu. Do budynku przylegał spory garaż, a z tyłu znajdował
się nieduży, zarośnięty drzewami i krzakami ogród. Za tylnym
ogrodzeniem, ledwie prześwitującym między gałęziami, zaczynał się las.
Felix nacisnął dzwonek przy furtce. Z domu rozległo się donośne
szczekanie.
Na sąsiedniej posesji ubrany w dres facet z brzuszkiem mył gąbką maskę
błyszczącego Poloneza2. Felix ukłonił mu się.
- To pan Sobolak - wyjaśnił cicho. - Kupił samochód w dobrym stanie i teraz codziennie go myje.
Czekali jeszcze chwilę, ale najwyraźniej nikogo nie było w domu. Felix
otworzył furtkę kluczem. Weszli na wyłożoną kamieniami alejkę i zostawili rowery na trawniku.
- Co to za dachówka? - Net zadarł głowę. - Wygląda jak szkło.
- Baterie słoneczne - wyjaśnił Felix. - Trochę kosztowały, ale i tak się
opłaca.
Kiedy znaleźli się na werandzie, Felix nacisnął przycisk przy drzwiach.
Obok przesunęła się metalowa płytka, odsłaniając podświetlaną
klawiaturę. Chłopak, udając, że nie zwraca uwagi na zaskoczone
spojrzenia, wpisał kod i zamek otworzył się sam.
Znaleźli się w wysokim hallu z lustrem w ozdobnych ramach i kilkoma
rzeźbionymi krzesłami.
- Usiądźcie, wypuszczę psa - powiedział Felix.
- Czy to aby konieczne? - zaniepokoił się Net, ale szybko usiadł, bo
Felix już sięgał do klamki na drzwiach, za którymi niecierpliwił się
pies.
- Nazywa się Caban3 - zaanonsował Felix i wpuścił do pokoju
wielką czarną i kudłatą bestię. - To czarny terier rosyjski.
Pies szczeknął raz, ale tak, że zatrzęsły się szyby. Nieufnie podszedł
do Niki i Neta. Obwąchał ich, po czym pomerdał ogonem.
- Pierwszy etap za nami - oznajmił Felix. - Możecie wstać, ale bez
gwałtownych ruchów.
- Ja sobie tu trochę posiedzę - pisnął dziwnie Net.
- On coś w ogóle widzi przez te kudły? - zapytała Nika. Nachyliła się
nad psem i podrapała go za uchem. Caban sam nadstawiał łeb, podając do
pieszczoty najwłaściwsze miejsca.
- Chodźcie do kuchni - powiedział Felix. - Tylko... nie przestraszcie się.
- Ja już się boję. - Net wstał ostrożnie, cały czas obserwując psa. -
Nie jestem pewien, czy on jest do mnie odwrócony gryzącą stroną.
Pies ponownie zamachał ogonem. Dzięki temu przynajmniej było widać,
gdzie ma tył.
- Jeszcze nigdy nikogo nie ugryzł.
- Więc nie prowokujmy zmian - odparł Net, ale czujnie ruszył za Felixem
i Niką.
Kuchnia wyglądała niezwykle. Przypominała magazyn na wpół rozebranych
urządzeń. Goście usiedli przy stole, a Felix włączył zaparzacz herbaty.
Urządzenie miało wielkość małej walizki i wyglądało jak coś, z czego
zdjęto fragment obudowy i wymontowano połowę części. Z wnętrza
dochodziły dźwięki przesuwających się i obracających mechanizmów. Ze
szczeliny w dolnej części urządzenia wysunęła się metalowa łapka
trzymająca spodeczek. Postawiła go na blacie przed urządzeniem. Druga,
podobna, sięgnęła po filiżankę i wsunęła ją pod otwór dyszy. Rozległ się
szum wrzącej wody i po chwili parujący aromatyczny płyn wypełnił
filiżankę. Łapka postawiła ją na spodeczku i przesunęła w bok. Zaparzacz
zrobił to samo z kolejnymi dwiema filiżankami.
Felix przeniósł naczynia na stół i postawił przed gośćmi. Nika pierwsza,
dystyngowanym gestem, uniosła filiżankę do ust i ostrożnie upiła łyk.
- Bardzo dobra - przyznała. - Ale czy zwykły czajnik nie byłby prostszy
w użyciu?
- Najbardziej wyczesana kuchnia, jaką widziałem - ocenił Net,
rozglądając się. - I to wszystko działa bez komputerów?
Felix postawił na stole miskę z chipsami i usiadł.
- Mój tata jest wynalazcą - wyjaśnił. - To, co tu widzicie, to
urządzenia, które pewnie nigdy nie wejdą do seryjnej produkcji.
Konstruuje je dla własnej przyjemności. Wszystko
mechaniczno-elektryczne. Bez komputerów.
Goście chrupali chipsy, popijali herbatą i oglądając wynalazki,
próbowali się domyślić ich przeznaczenia.
- Koszty naszej operacji wzrosły znacząco - odezwał się w końcu Felix. -
I cierpi na tym mój budżet.
- Dobra - przyznał Net. - Zrobimy zrzutkę. Już liczę...
Wyjął telefon, ale Felix go powstrzymał.
- Chodzi mi o to, że musimy nie tylko wymyślić sposób ich ukarania, ale
i odzyskać pieniądze.
- Twoje już wydali - zauważyła Nika. - Możemy im odebrać tylko
pieniądze, które zabrali komuś innemu.
- A czy to ma znaczenie, do kogo należała jakaś moneta wcześniej? -
zapytał Net, wpychając w usta kolejny chips.
- Ma - odparła dziewczyna - bo to nie będą pieniądze Felixa.
- Pieniądze rzecz umowna - upierał się Net, wypluwając niechcący kilka
okruszków na stół. - Liczy się suma.
Rozległ się dzwonek do drzwi. Caban poderwał się, zaczął merdać ogonem i popiskiwać jak szczeniak.
- Babcia - wyjaśnił Felix, obserwując zachowanie psa. - Babcia Lusia.
Zejdźmy jej z oczu, bo zaraz zacznie nas karmić...
- Nie lubisz swojej babci? - zdziwiła się Nika.
- Bardzo lubię - zaprotestował Felix - ale jest nadopiekuńcza i myśli,
że wciąż mam sześć lat.
Zerknął na ekran wiszący na ścianie i przyciskiem otworzył furtkę.
Caban, szczekając radośnie, pobiegł wielkimi susami do hallu.
- Poznaj moich przyjaciół, babciu - powiedział Felix, gdy starsza pani
weszła do domu. - Nika i Net.
Ukłonili się i przywitali. Babcia Lusia wyglądała tak, jak powinna
wyglądać wzorcowa babcia. Pełne dobroci spojrzenie, siwiuteńkie włosy
upięte w kok i mocno zaokrąglona sylwetka. Ciągnęła za sobą osobliwej
konstrukcji dwukołowy wózek, w którego trzech kontenerach znajdowały się
torby z zakupami.
- To my pójdziemy do piwnicy - oznajmił Felix, dając przyjaciołom
dyskretne ponaglające znaki.
- Zaczekajcie, skarbeńki - powiedziała babcia. - Może coś zjecie? Mam w lodówce pyszniutkie gołąbki. A może wolicie zupkę pomidorową? Jest też
kapuśniaczek i kurczak. Ziemniaczki zaraz upiekę...
- Naprawdę dziękujemy. Już jedliśmy.
- Pewnie chipsy - westchnęła babcia, wieszając płaszcz.
Pomogli jej wnieść torby do kuchni i po cichu ulotnili się. Caban spał
już przy ścianie, nie zwracając na nic uwagi. Udowodnił tym samym, że
uznał Neta i Nikę za przyjaciół domu. Wyglądał teraz jak wielki czarny
kłąb kudłów zmiecionych na kupkę w salonie fryzjerskim.
- Kiedyś mieliśmy sąsiadów, których pies nazywał się Wyziew - powiedział
cicho Net. - Tak mu jechało z pyska, że zeza można było dostać. Już ze
dwa razy miał walizki wystawione przed drzwi, ale szkoda im się robiło.
- Tata czasem myje Cabanowi zęby - odparł Felix, już na schodach do
piwnicy. - Źle się do tego zabieramy. Mówię o Marcelu i Rubenie.
Zobaczmy najpierw, co mamy do dyspozycji.
Sprowadził ich do sporego warsztatu, mieszczącego się w piwnicy.
- Łał! - krzyknął z podziwem Net. Wyprzedził Nikę i stanął na środku,
nie wiedząc, od czego zacząć zwiedzanie.
- Wygląda, jakby rozbiła się tu ciężarówka wioząca złom - z konsternacją
stwierdziła Nika.
- Nie czujesz klimatu, kobieto... - Net lekceważąco machnął ręką.
Pod kilkoma małymi okienkami stał długi stół z najróżniejszymi
narzędziami. Wzdłuż pozostałych ścian zamontowano solidne regały, aż do
sufitu zastawione pudłami i fragmentami przedziwnych mechanizmów. Były
tu modele samolotów, małe roboty, telewizor, głowa manekina,
niezidentyfikowane wiązki przewodów, silniki elektryczne, tryby i coś,
jakby części samochodowe. Urządzenia sprawiały wrażenie, że są
niedokończone lub uszkodzone. W kącie, oparta o ścianę, stała zakurzona
mechaniczna ręka, a obok niej coś, co mogło być modelem wojskowej
amfibii. W cieniu, obok schodów, które prowadziły zapewne wprost do
garażu, przykryty szmatą stał człekokształtny robot wielkości dorosłego
mężczyzny.
Nika zerknęła na jedną z półek, pisnęła cicho i cofnęła się.
- Tam jest pająk gigant - szepnęła.
- To robot kroczący - wyjaśnił Felix i zdjął z półki czarny mechanizm
wielkości dłoni z ośmioma metalowymi odnóżami. - Przydatny, kiedy coś
wpadnie pod kanapę.
Teraz widać było, że to mechanizm, ale dziewczyna i tak nie chciała
nawet na niego spojrzeć. Obok "pająka" leżały mały pojazd gąsienicowy,
kulka z wystającymi antenkami, coś, co wyglądało jak mechaniczny wąż i para półokrągłych, karbowanych klocków wielkości dłoni. Była też para
damskich butów ze sprężynami w miejscu obcasów.
- Hopsasy - wyjaśnił Felix - czyli obcasy na sprężynach.
- Tu są też myszy - jęknęła Nika.
Felix zbliżył się do leżących w ciemności nieruchomych białych myszek i oświetlił je latarką. Natychmiast zaczęły popiskiwać i krążyć po półce.
Gdy dojeżdżały do krawędzi albo do ściany - zawracały.
- Co jest w tym czarnym pudełku? - zapytała Nika, odsuwając się od
myszy.
- Negatywka. To takie coś jak pozytywka, tylko gra heavy metal. Prezent
dla niegrzecznych dzieci.
- A to?
- Mechaniczny pies. Moje dzieło, prawie go skończyłem.
- Twój tata nie ma nic przeciwko temu, że wchodzisz do jego pracowni? -
zapytała Nika.
- Nie ma, jeśli nic nie ruszam - odparł Felix i wywalił zawartość dużego
kartonu wprost na podłogę. - Prawdziwą pracownię ma w Instytucie. Tutaj
wyżywa się po pracy.
- Musi być maniakiem - zauważyła Nika.
- Jest - przyznał Felix. - Wystarczy, że siedzi w jednym miejscu dłużej
niż pięć minut, i już zaczyna coś konstruować z tego, co ma pod ręką.
Kiedyś musiał spędzić noc na lotnisku pod Paryżem i przerobił dwa rzędy
krzesełek na huśtawkę i zjeżdżalnię dla dzieci. Hm... Zresztą, jak się
lepiej zastanowić, mógł tę historię zmyślić. Jest trochę zakręcony,
czasem nie wiadomo, co jest prawdą, a co żartem.
Zdjął z regału tekturowe pudełko i wyciągnął z niego mały helikopter,
który razem ze śmigłem mieścił się na dłoni.
- To mikrohelikopter - wyjaśnił. - Zdalnie sterowany dron szpiegowski,
udający zabawkę. Z przodu ma kamerę mniejszą od paznokcia. Możemy nim
śledzić ruchy wroga.
Sięgnął po kolejne pudełko i wyciągnął z niego długopis z przewodem
zakończonym małą słuchawką.
- Mikrofon kierunkowy - wyjaśnił, biorąc następne pudełko.
- Czy twój tata zaopatruje agentów Jej Królewskiej Mości? - zapytał Net,
z każdą chwilą coraz bardziej zafascynowany.
- Nie wszystko nadaje się dla Jamesa Bonda - uśmiechnął się Felix. - To
tutaj - wyjął szary podłużny przedmiot z gumowym wałkiem na końcu - to
przyrząd do wyciągania "X" przed nawias. Tata zrobił go kiedyś, żeby
zdenerwować kilku profesorów, którzy krytykowali jego pracę. Oczywiście
nie działa.
Wyciągał i pokazywał kolejne wynalazki. Kieszonkowe solarium,
klimatyzacja do butów, latarka na baterie słoneczne, aparat do gaszenia
zapałek, mikromyśliwiec do zwalczania komarów, samojezdna golarka, i tak
dalej.
Net przyglądał się gadżetom z szeroko otwartymi oczami.
- Aparat do gaszenia zapałek? - zdziwił się. - Przecież to idiotyczne.
- Być może - przyznał Felix. - Tata często traktuje swoje wynalazki jako
ćwiczenie. Najpierw wymyśla czynność, jaka jest do zrobienia, a potem
konstruuje urządzenie, które wykonuje ją lepiej.
- Ale gaszenie zapałek...?
- Jeśli gasisz zapałkę, machając nią, może ci się wyślizgnąć i spowodować pożar.
Net pokręcił głową.
- A latarka na baterie słoneczne? - nie dawał za wygraną. - Po co komu
latarka, która może świecić tylko wtedy, gdy jest słońce?
- To nie tak. Ona się tylko ładuje na słońcu. Potem może świecić w ciemności.
- Dajcie spokój - przerwała im Nika, znacznie mniej zainteresowana
gadżetami. - Zastanówmy się, co może nam się przydać.
- Po pierwsze, potrzebujemy centrum dowodzenia - stwierdził Felix. -
Proponuję strych. Stamtąd najlepiej będzie działało zdalne sterowanie.
- Masz już jakiś plan? - zapytał Net.
Felix sięgnął po notes z odrywanymi kartkami, wyciągnął z kieszeni
pióro, odkręcił skuwkę i zaczął notować.
- Pierwszy etap operacji to przygotowanie naszej kwatery. Punkt drugi to
zlokalizowanie kwatery wroga. Trzeci - odbicie zakładników... to jest...
odzyskanie skradzionych przedmiotów. Czwarty - danie wrogowi nauczki.
Ten punkt wymaga osobnego przemyślenia.
- To już coś - zgodził się Net. - Od czego zaczniemy?
- Od początku - trzeźwo zauważyła Nika, której zabawa zaczynała się
podobać. - W poniedziałek po lekcjach zrealizujemy punkt pierwszy, a potem pomyślimy co dalej.
* * *
Wieczorem Felix z tatą siedzieli w salonie i oglądali w telewizji
program informacyjny. Automatyczny odkurzacz myszkował pod fotelami,
szumiąc cicho.
- Jak wiesz, Gang Niewidzialnych Ludzi obrabował bank, w którym pracuje
mama - odezwał się tata, starając się nie okazywać radości. - Jedynym
świadkiem jest pani, która sprząta, ale ma taką sklerozę, że cudem
pamięta własne imię. Powiedziała, że bandyci weszli przez schowek na
szczotki, a to przecież niemożliwe. Szefa gangu szuka cała nasza
policja, a nawet Interpol. Facet ma ksywkę Morten i jest niezwykle
niebezpieczny. Niewesoło.
- To dlaczego się cieszysz? - zapytał Felix.
- Wreszcie, po dwóch dniach, zadzwonili do mnie z Ministerstwa Spraw
Specjalnych. Potrzebują mojej pomocy. Pod warunkiem, że przeproszę
ministra i wiceministra. O tych dwóch doradcach nie wspomnieli.
- I przeprosisz?
- Już przeprosiłem. Oficjalnie i kilka razy nieoficjalnie.
- A jak zamierzasz złapać ten gang?
- To nie jest proste. - Tata podrapał się za uchem. - Wciąż nad tym
myślę. Działają na terenie całego miasta. Pojawiają się w banku
dosłownie znikąd, przed otwarciem lub po zamknięciu i nie starają się
nawet wyłączyć alarmu. Nim przyjedzie policja, uciekają furgonetką.
Furgonetka nagle, w samym środku policyjnej obławy, skręca w boczną
uliczkę i... znika. W dodatku nikt nie potrafi podać ich dokładnych
rysopisów. I tak za każdym razem. Dlatego nazwano ich Gangiem
Niewidzialnych Ludzi.
- Jak mogą tak po prostu pojawiać się albo znikać? - zdziwił się Felix.
Tata wzruszył ramionami, ale wciąż się lekko uśmiechał.
- Gdyby policja to wiedziała, nie potrzebowaliby mojej pomocy.
* * *
Poniedziałkowe lekcje ciągnęły się niemiłosiernie. Na szczęście najpierw
był raczej przyjemny angielski. Pani od angielskiego, Christina, zamiast
kazać im wkuwać gramatykę, próbowała namówić wszystkich do zwykłej
rozmowy. Była chyba najlepszą nauczycielką angielskiego, jaką
kiedykolwiek mieli. Niemal nie znała polskiego albo udawała, że nie zna.
Więc najprostsze pytanie było jednocześnie ćwiczeniem. Miła i bardzo
cierpliwa, miała nie więcej niż dwadzieścia lat i długie, błyszczące
czarne włosy. Jak szybko się zorientowali, jej pasją było uczenie
najbardziej klasycznego, brytyjskiego akcentu i starannej wymowy.
Większość uczniów nie wybrała jeszcze dodatkowego języka obcego. Mógł to
być niemiecki, francuski, włoski lub hiszpański.
- Założę się, że hiszpańskie dzieci nie muszą się uczyć polskiego -
narzekał Net na przerwie, gdy stali przed tablicą ogłoszeń. - Nie wiem,
co wybrać. Mógłbym się uczyć eskimoskiego. Pewnie jest bardzo prosty.
- No i jeszcze zajęcia dodatkowe - przypomniała Nika. - Wybierzmy coś,
na co będziemy mogli chodzić razem. Myślałam o historii...
- Widziałaś historyka? Zaśniemy - skrzywił się Felix. - Spójrzcie na
listę, nic tam nie ma. Kurs kroju i szycia, coś, co się nazywa "Zostań
mistrzem origami", nauka gotowania "Pomóż mamie", kurs tańców ludowych.
Na szachy chyba się nie zapiszemy, zajęcia ze śpiewu też odpadają. Może
fizyka?
- Ja nie wytrzymam - szybko zaznaczyła Nika.
- To może matma? - zaproponował Net. - Mam w głowie cały program
matematyki aż do studiów.
- Po co ci zajęcia dodatkowe z matmy, jeśli jesteś z niej dobry? -
zdziwiła się Nika.
- Żeby się nie przemęczać. A co innego zostaje? Z informatyki by mnie
wyrzucili za ataki śmiechu. Jest jeszcze trochę czasu na zastanowienie.
Obok stał zrozpaczony Kuba. Chyba miał problemy decyzyjne, a wybranie
właściwych zajęć zupełnie go przerosło.
* * *
Dobrnęli do ostatniej lekcji - geografia zapowiadała się interesująco.
Niestety, w połowie pani Konstancja Konstantynopolska zaczęła wywoływać
uczniów do tablicy, by wskazywali na mapie miasta, których nazwy
podawała. Celina, wywołana jako trzecia, z trudem wygramoliła się zza
swojego stołu, obciągając kusy różowy sweterek. Zawadziła szpiczastym
bucikiem o podest przed tablicą i runęła jak długa wprost przed stopy
nauczycielki.
- Wygodniej ci będzie odpowiadać na stojąco - poradziła pani Konstancja,
której nie drgnął ani jeden mięsień twarzy.
Przez salę przebiegły stłumione chichoty.
- Ale rwie się do odpowiedzi - skomentowała cicho Aurelia. - Każdym
kilogramem swojego ciała.
- O jeden batonik za daleko - dramatycznie oznajmił Net.
Nika spiorunowała go wzrokiem. Celina wstała i przygnębiona, musiała
wskazać aż trzy miasta.
Pod koniec lekcji nauczycielka zapowiedziała, że za tydzień będzie test
i muszą znać na pamięć nazwy stolic, języki urzędowe i liczby
mieszkańców wszystkich państw Ameryki Południowej. W klasie zapanowała
ponura atmosfera. Tylko Felix i Net nie stracili humoru. Wymienili
porozumiewawcze spojrzenia, uśmiechając się tajemniczo.
- Bezprzewodowe słuchawki douszne - powiedział Felix po dzwonku, jakby
to wszystko wyjaśniało.
Nika domyślała się, co chcą zrobić.
- Zamierzacie ściągać? - zapytała z niedowierzaniem.
- Czemu nie? - Net był zdziwiony. - W jakim celu mam znać liczbę
mieszkańców Chile albo Ekwadoru? Wiem, gdzie to sprawdzić w kilka
sekund.
- Może chodzi o ćwiczenie pamięci?
- Znam na to sto lepszych sposobów. Mam w głowie kilkadziesiąt kodów
dostępu do... no, nieważne. Jeżeli chodzi o zajęcia dodatkowe, geografia
odpada.
- Jeśli nie będziesz się uczył, zostaniesz nieogarem życiowym -
podsumowała Nika.
* * *
Gdy zabrzmiał ostatni dzwonek, trójka przyjaciół dyskretnie przedostała
się na wąskie schody prowadzące na strych. Niestety, drzwi były
zamknięte na solidny zamek.
- No to kapota - oznajmił z pewną ulgą Net. - Odwołujemy akcję, a tamtych dwóch omijamy łukiem.
- Niekoniecznie - powiedział powoli Felix, grzebiąc w plecaku. Wyciągnął
metalowy przedmiot przypominający bardzo grube pióro wieczne. Zdjął
skuwkę i zatknął ją z drugiej strony.
- Chcesz napisać podanie do Stokrotki o udostępnienie nam strychu na
tajną siedzibę? - zapytał Net.
- To klucz uniwersalny - odpowiedział Felix i nacisnął przycisk z boku
przedmiotu. Z wąskiej przedniej części, z cichym szczęknięciem wysunęło
się w różnych kierunkach kilkanaście blaszek. Felix uśmiechnął się,
schował blaszki, włożył klucz do zamka i naciskając kilkakrotnie
przycisk, pokręcił kluczem, aż usłyszeli przesuwające się zapadki. Wyjął
urządzenie i przyjrzał się układowi blaszek.
- Zapamiętał wzór zamka - wyjaśnił. - Wieczorem dorobię dla nas zwykłe
klucze.
Nika i Net spojrzeli na niego z podziwem. Net nacisnął klamkę i drzwi, z przykrym skrzypieniem, otworzyły się, ukazując ciemność. Na korytarzach
było za głośno, by ktoś to usłyszał - starsze klasy miały jeszcze
lekcje. Felix wszedł pierwszy i bez powodzenia spróbował wymacać
włącznik światła. Stwierdził jednak, że wzrok szybko przyzwyczaił się do
półmroku, a gdy przeszedł kilka kroków, zrobiło się jaśniej. Światło
wpadało przez półokrągłe okna w dachu, które dotychczas oglądali tylko z zewnątrz.
Z tyłu trzasnęły drzwi i rozległo się karcące psyknięcie Niki. Net
wymamrotał jakieś przeprosiny, że trzasnął niechcący, i oboje ostrożnie
podeszli do Felixa. Przed nimi ciągnął się zastawiony starymi gratami,
zakurzony strych. Poczuli gęsią skórkę i przysunęli się bliżej siebie.
- Przedzierając się przez te rupiecie, można pewnie przejść nad całą
szkołą - powiedział Net z przejęciem, ale szybko zaznaczył - nie, żebym
miał ochotę...
- Z wyjątkiem sali gimnastycznej - odparł Felix i wskazał pionową ścianę
zaraz za rogiem. - Jest wyższa od reszty pomieszczeń na trzecim piętrze.
Przeszli obok ustawionych bezładnie szaf, minęli kilka bardzo starych
ławek szkolnych, takich przedwojennych, dwudziestowiecznych, z unoszonym
blatem i okrągłym otworem4. Za nimi piętrzyły się tekturowe
pudła. Na pokrytej kurzem podłodze widać było tylko pojedyncze ślady
ginące gdzieś w kącie. Zawrócili. Niedaleko drzwi znaleźli za pudłami
wąskie drewniane schodki prowadzące na coś w rodzaju półpiętra, którego
podłoga znajdowała się dwa metry ponad podłogą strychu. Było to na oko
najciekawsze miejsce, więc niewiele myśląc, weszli tam.
Pomieszczenie okazało się jedną z czterech narożnych nadbudówek
widocznych z ulicy. Z dwóch stron spadzisty dach dochodził niemal do
podłogi, gdzie wstawiono dwa półokrągłe okienka z kilkoma zmatowionymi
brudem i starością szybkami. Z trzeciej strony dach nadbudówki przylegał
do sali gimnastycznej, a z czwartej - kończył się pionową, drewnianą
ścianą oddzielającą ją od reszty strychu.
Podłogę i więźbę dachową wykonano z drewna. Przez szpary pomiędzy
deskami jednej ze ścian widać było długi zagracony strych. Nadbudówka,
pełna starych mebli, miała pięć na pięć metrów. Przy dwóch wyższych
ścianach ustawiono przeszklone szafy, których zawartość sugerowała, że
nie używano ich od kilkudziesięciu lat. Dalej stał wielki pęknięty
globus, jakieś archaiczne przyrządy do fizyki, w tym stylowo wyglądająca
maszyna elektrostatyczna, i... szkielet ludzki na stojaku. Były też
wypchane zwierzęta, nadjedzone przez mole: duża sowa, orzeł przedni i lis. Wszystko pokrywała bardzo gruba warstwa kurzu.
Przezwisko Eftep powstało dawno temu, kiedy popularny był protokół FTP, służący do transferu plików w internecie. [wróć]
Polonez to nieprodukowany od dawna polski samochód. Kiedyś był uznawany za luksusowy, potem już niekoniecznie. [wróć]
Imię Caban wymawia się tak, jak się je pisze. [wróć]
Otwór służył do umieszczenia w nim kałamarza. Dawno temu nie używano długopisów, a pióra wieczne były za drogie, by dostawali je uczniowie. W szkołach używano specjalnych drewnianych obsadek ze stalówką, którą maczano w atramencie znajdującym się w kałamarzu. [wróć]
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki