Felix, Net i Nika (#1). Felix, Net i Nika oraz Gang Niewidzialnych Ludzi - Rafał Kosik


Reflow text when sidebars are open.
Przez szklane drzwi banku wyszedł ostatni klient. Znudzony strażnik zamknął je na klucz, leniwie podciągnął obwieszony bronią pas i sprawdził, czy wszystkie komputery zostały wyłączone oraz czy nikt niepowołany nie pozostał w budynku. Potem poczłapał w stronę korytarza prowadzącego na zaplecze. Codziennie właśnie o tej porze otwierano skarbiec i chowano do niego wszystkie pieniądze ze wszystkich kas.
- Dzień dobry, pani Lucynko - pozdrowił sprzątaczkę, która dopiero teraz zaczynała pracę, i zniknął za drzwiami w drugim końcu korytarza.
- Dzień dobry, panie Stefanie - odpowiedziała pani Lucynka z charakterystycznym dla siebie opóźnieniem.
Była już starszą kobietą i wszystko robiła z opóźnieniem. Pracowała w banku od trzydziestu lat. Jakieś trzy, może cztery lata temu przestała nadążać odpowiadać "Dzień dobry". Ciągle też myliła imiona - pan Stefan tak naprawdę nazywał się zupełnie inaczej.
Otworzyła drzwi niewielkiego schowka, przecisnęła się między ogromnym odkurzaczem a froterką do podłogi i wyciągnęła wózek z kubłami i mopami. Pani Lucynka nie miała już najlepszej pamięci. Przeszła połowę długości korytarza, zatrzymała się i palnęła otwartą dłonią w czoło, aż klasnęło. Narzekając na swoje roztargnienie, zawróciła po butelkę płynu do mycia podłóg. Codziennie zapominała o płynie i codziennie po niego wracała. Zwykle musiała wracać po różne rzeczy dwu- albo i trzykrotnie, za każdym razem akcentując moment olśnienia klaśnięciem. Wieczorem zastanawiała się, dlaczego boli ją czoło. Nikt jednak nie zamierzał jej zwalniać z pracy, bo sprzątała wolno, ale dokładnie.
Otworzyła schowek i wytrzeszczyła oczy. W ciasnym pomieszczeniu stało trzech rosłych mężczyzn w niebieskoszarych kombinezonach. Wyszli na korytarz i otoczyli osłupiałą sprzątaczkę. Pierwszy rozwinął szeroką taśmę klejącą i przykleił jej koniec do rękawa pani Lucynki. Przekazał rolkę drugiemu, drugi - trzeciemu, a trzeci - znów pierwszemu. W kilka sekund trzy pary rąk, współdziałając jak ramiona jakiegoś wielkiego pająka, okleiły kobietę tak, że nie mogła się poruszyć.
- Przepraszam, chyba pomyliłam drzwi - powiedziała dopiero teraz pani Lucynka.
Pierwszy mężczyzna uniósł rolkę na wysokość twarzy kobiety, drugi odwinął kawałek taśmy, a trzeci odciął nożykiem. Używając trzech par rąk, zakleili pani Lucynce usta, przyklepali taśmę z dwóch stron, żeby się lepiej trzymała, i wyjęli z kieszeni fartucha sprzątaczki kartę magnetyczną, która otwierała wszystkie drzwi w banku. Wreszcie wstawili nieszczęsną kobietę do schowka i zamknęli drzwi na klucz. Poprawili kombinezony i równym krokiem pomaszerowali w stronę końca korytarza, skąd właśnie rozległ się szczęk otwieranych drzwi skarbca.
Przed wejściem do banku zatrzymała się z piskiem opon biała furgonetka. Wysiadło z niej kolejnych trzech mężczyzn w niebieskoszarych kombinezonach.
- Muszę lecieć - powiedziała smutno mama, poprawiając Felixowi klapy marynarki. - Mam w firmie mały kryzys i nie poradzą sobie beze mnie. Bądź grzeczny i słuchaj pani.
Pocałowała go w czoło, wsiadła do swojej czerwonej Alfy Romeo i odjechała z piskiem opon. Zdaniem Felixa mama jeździła zdecydowanie za szybko.
Felix Polon był szczupłym jasnowłosym trzynastolatkiem o piwnych oczach. Wyglądał całkiem przeciętnie. Może z wyjątkiem ubrania - dziś z okazji rozpoczęcia roku szkolnego miał na sobie elegancki ciemny garnitur i białą koszulę.
Samochód mamy zniknął za zakrętem. Felix odwrócił się i spojrzał na swoją nową szkołę. Budynek wydał mu się zbyt duży. Poprzednia szkoła, do której chodził wcześniej, mieściła się w parterowym dworku otoczonym ogrodem z piaskownicami, zjeżdżalniami i drewnianymi domkami do zabaw. Przypominała przedszkole. Ta wyglądała zupełnie inaczej. Szary czterokondygnacyjny budynek miał chyba ze sto lat. Sprawiał ponure wrażenie i wyglądał trochę jak zamek. Przy odrobinie wyobraźni niewielkie podwyższenia dachu w każdym rogu budynku można było uznać za baszty. Wiatr poruszał gałęziami dwóch topoli rosnących po obu stronach wejścia. Szkoła imienia profesora Stefana Kuszmińskiego - miejsce, gdzie będzie przychodził prawie codziennie przez następne lata.
Wzruszył ramionami i wszedł po szerokich schodach prowadzących do olbrzymich drzwi. Klamka znajdowała się na wysokości jego czoła. Otworzył skrzypiące skrzydło i niepewnie wszedł do środka. Mimo że do rozpoczęcia uroczystości zostało jeszcze ponad dwadzieścia minut, w hallu było już kilkanaścioro uczniów. Niemal wszyscy z rodzicami. Tata Felixa nie mógł z nim przyjść. Był wynalazcą i właśnie na dziś zaplanowano pokaz jednej z jego maszyn przed ważnym ministrem. Mama znalazła tylko tyle czasu, by podwieźć Felixa pod szkołę. Babcia Lusia z chęcią by z nim przyjechała autobusem, ale Felix grzecznie odmówił. Tylko tego brakowało, żeby pierwszego dnia w nowej szkole wszyscy zobaczyli go z babcią.
Rozejrzał się wokoło. Wszystko było tu duże. Pod wysokim sufitem wisiał wielki ozdobny żyrandol, teraz zgaszony. Na wprost wejścia, za portiernią, znajdowały się przeszklone drzwi prowadzące na patio zarośnięte starymi, karłowatymi drzewami. Na prawo i lewo prowadziły szerokie korytarze. Felix podszedł do pożółkłego ze starości planu, który wisiał na ścianie, by w razie pożaru każdy wiedział, którędy uciekać. Budynek widziany z lotu ptaka miał kształt kwadratu, pośrodku którego usytuowano patio. Pierwsze i drugie piętro można było obejść dookoła korytarzem. Trzeciego obejść się nie dawało, bo całą szerokość frontowego skrzydła zajmowała sala gimnastyczna wraz z szatniami. Parter, z kolei, przecinało przejście łączące patio z ogrodem na tyłach.
Na najwyższej kondygnacji rozpościerał się prawdopodobnie strych, którego nie umieszczono na planie. Felix, zanim wszedł do budynku, dostrzegł małe półokrągłe okienka w spadzistym dachu. Strych musiał więc być całkiem spory.
Felix poczuł na sobie czyjś wzrok. Po drugiej stronie hallu stała drobna rudowłosa dziewczyna w jeansowej kurtce. Niesforne loki wyłaziły na wszystkie strony spod spinki próbującej okiełznać jej fryzurę. Gdy Felix na nią spojrzał, umknęła zielonookim spojrzeniem, udając, że wcale na niego nie patrzyła. Przyszło mu do głowy, że śmiesznie wyglądają jej chude nóżki w ciężkich martensach. Kobieta z charakterem, podsumował w duchu.
Uczniów przybywało i robiło się już ciasno. Ktoś dał sygnał, żeby iść na górę, bo tam, w sali gimnastycznej, ma się odbyć powitanie pierwszaków. Tłum ruszył schodami na trzecie piętro.
W sali ustawionych było kilkanaście rzędów krzeseł i ławek, na których siadali uczniowie i rodzice.
- Proszę państwa! - Kiedy w sali gimnastycznej rozległ się donośny głos, nie było jeszcze widać, do kogo należy. - Proszę państwa! Nazywam się magister inżynier Juliusz Stokrotka i jestem dyrektorem tej szkoły. Miło mi przywitać naszych uczniów wraz z rodzicami. Proponuję, aby rodzice przeszli na prawo i usiedli na przygotowanych tam krzesłach. Dzieci zapraszam na ławki po stronie lewej.
Zapanował chaos. Rodzice i ich pociechy przesiadali się z prawa na lewo albo odwrotnie. Po dłuższej chwili powrócił jaki taki porządek. Felix, razem z innymi uczniami, usiadł po lewej stronie. Właścicielem donośnego głosu okazał się niski pulchny mężczyzna w granatowym za ciasnym garniturze, ze starannie zawiązaną pod szyją muszką w radosnym zielonym kolorze. Na jego głowie lśniła elegancka łysinka.
Dyrektor szkoły magister inżynier Juliusz Stokrotka, trzeba to zapamiętać, pomyślał Felix.
- Teraz lepiej - powiedział dyrektor. - Nie weźmiemy już żadnego rodzica za ucznia.
Kilka cichych westchnień z tyłu było jedyną reakcją na dowcip. Dyrektor monotonnym głosem zaczął opowiadać o historii szkoły, o osiągnięciach pedagogicznych, o regulaminie, ale Felix szybko stracił zainteresowanie jego słowami. Wakacje się skończyły. Teraz czekała go nauka i dyscyplina. Trzeba się będzie przyzwyczaić. Na osłodę pozostawało kieszonkowe, które dostał dziś rano.
Cała uroczystość, razem z wnoszeniem i prezentowaniem sztandaru szkoły, trwała około dwudziestu minut. Potem tłum wstał i wolno wylał się na schody. Gdzieś w połowie korytarza na pierwszym piętrze Felix zorientował się, że właściwie to nie wie, dokąd idzie. Rodzice, rozmawiając, schodzili, by wrócić do swoich spraw, a grupki uczniów, prowadzone przez nauczycieli, rozchodziły się do klas.
Po chwili Felix stwierdził, że został sam. No tak, duża szkoła oznacza też samodzielność i zaradność. Trzeba było słuchać, pomyślał.
- Te, Milky! - usłyszał za plecami.
Odwrócił się i ujrzał dwóch wysokich chłopaków. Musieli być dwa albo trzy lata starsi.
- Masz kaskę? - zapytał wyższy, chudy, z jasnorudymi włosami i wystającymi, krzywymi zębami.
- To moje kieszonkowe - odparł niepewnie Felix, dotykając kieszeni. Od razu zrozumiał, że właśnie popełnił błąd.
Drugi z chłopaków, niższy, ale za to dość potężny, miał czarne kręcone włosy i za duże spodnie, których krok zwisał gdzieś na wysokości kolan. Uśmiechnął się i z szybkością, o jaką trudno go było podejrzewać, wyrwał z ręki Felixa banknot.
- Dzięki - powiedział i odwrócił się, wpychając pieniądze do kieszeni. Odeszli, jakby nic się nie stało.
- Hej! - zawołał Felix i zrobił krok w ich stronę. - To moje...
Tamci zawrócili i podeszli do Felixa, prawie na niego wpadając. Byli wyżsi co najmniej o głowę. Felix pomyślał o Cabanie, wielkim, czarnym, kudłatym psie, który teraz zapewne smacznie spał w jego pokoju. Gdyby tu był, nie pozwoliłby na takie traktowanie swojego pana.
- Coś mówiłeś? - zapytał rudy.
- Zostawcie go - powiedział chłopak w szarej bluzie, stając obok Felixa.
Spojrzeli na intruza, splunęli w jego stronę i odeszli z ociąganiem. Niższy, walcząc z nadwagą, bujał się przy każdym kroku.
- Dzięki - powiedział Felix, wyciągając rękę. - Jestem Felix... z "X" na końcu.
- Ernest - przedstawił się tamten i uścisnął Felixowi dłoń - z "T" na końcu. Lepiej na nich uważaj. Rodzą się tacy niedorobieni, a potem i tak muszą iść do jakiejś szkoły. Padło na naszą budę, ale wszędzie takich znajdziesz. Ten wyższy, rudy, to Marcel, a grubas nazywa się Ruben.
- Zabrali mi dziesięć złotych.
- Możesz iść do swojej wychowawczyni - zaproponował Ernest.
- Nie chcę skarżyć.
- No to dyszka odpłynęła w siną dal.
Poklepał go po ramieniu, uśmiechnął się współczująco i odwrócił, by odejść.
- Zaczekaj! - zawołał Felix. - Dlaczego on nazwał mnie "Milky"?
- To taki dowcip, że niby masz jeszcze mleczne zęby.
Witajcie w nowej szkole, pomyślał Felix. Wrócił na parter do hallu, wciąż próbując znaleźć informacje o swojej klasie. Ale był tam tylko wysoki i chudy chłopak w luźnych bojówkach, z łańcuszkiem zwisającym przy pasku i w wytartej brązowej bluzie z kapturem. Jego ciemnoblond fryzura wyglądała, jakby czesał się, odpalając we włosach petardę.
- O, przepraszam - powiedział Felix. - Szukam mojej klasy.
- Lista jest w gablocie - odparł tamten, patrząc na Felixa błękitnymi oczami zza okularów. - Chodź, pokażę ci.
W gablocie, wśród setki innych wywieszek, rzeczywiście przypięta była lista klas i uczniów.
- Klasa "A" - przeczytał Felix.
- To tak jak ja! - Ucieszył się chudzielec. - No to jesteśmy kolegami. Nazywam się Net Bielecki.
- Felix Polon. Felix z "X" na końcu.
Podali sobie ręce.
- Starzy dali ci tego iksa?
- Sam sobie dałem. Tak jest fajniej.
- Masz rację. Ja całego "Neta" sam sobie dałem. Nienawidzę mojego prawdziwego imienia.
- Dlaczego nie jesteś na lekcji?
- Tu jest słaby zasięg. Transfer się rwie i zeszło mi parę minut.
- Co...?
Net otworzył swój plecak i wyciągnął mały czarny laptop.
- Nie boisz się, że ci ukradną? - zapytał Felix.
- To stary grat. Niezintegrowany system. Noszę go właśnie dlatego, żeby nie było szkoda, jak zginie. Wszystko zahasłowane, ulega autodestrukcji w przypadku nieautoryzowanego...
Felix uniósł dłonie w obronnym geście i powiedział:
- Wytłumaczysz mi kiedy indziej. Gdzie jest nasza klasa? Na liście nie ma numeru.
- Rzeczywiście - przyznał Net. - Nauczycielki po przemówieniu dyra zebrały uczniów i zaprowadziły do sal. Szedłem na końcu, próbując dokończyć jedną rzecz... Masz rację, potem ci wytłumaczę. No i, jak uniosłem wzrok znad ekranu, stałem sam na pustym korytarzu.
- Teraz trzeba znaleźć tę naszą salę. - Felix wyjął telefon i chwilę stukał w ekran. - Na szkolnej stronie też nie ma informacji.
- Da się to sprawdzić inaczej. - Net otworzył laptop. - Nie pytaj, skąd znam hasło do wewnętrznej sieci - zastrzegł, unosząc palec i zaczął w niesamowitym tempie uderzać w malutkie klawisze.
- Jest! Sala 115. Pierwsze piętro.
Schował laptop z powrotem do plecaka i ruszył w stronę schodów. Oniemiały Felix dogonił go po kilku krokach. Weszli na piętro i od razu zobaczyli dwóch "znajomych" Felixa szarpiących się z rudą dziewczyną w martensach.
- Spotkałem ich już dziś - rzucił niepewnie Net.
- Ja też - dodał Felix i przyspieszył kroku, chcąc im wytłumaczyć, co myśli o szarpaniu dziewczyn, jednak Net pociągnął go za plecak.
- Daj spokój - szepnął ze strachem w oczach. - Ich jest dwóch, a my sami... Mózgiem ich załatwmy. Przestawię zegar komputera szkoły na ósmą czterdzieści pięć.
Przyklęknęli za rogiem. Net wyciągnął swój "niezintegrowany" laptop i zaczął klepać w klawisze.
- I nikt się nie zorientuje?
- Tu nie ma żadnych zabezpieczeń - odparł beztrosko Net. - Tutejszy informatyk to musi być ameba, a ja nie zostawiam za sobą śladów.
- Ale... po co? I co z nią?
Rozległ się dzwonek. Podzwonił chwilę i ucichł, gdy Net wcisnął "Enter". Felix wytrzeszczył oczy.
- Włączyłeś szkolny dzwonek laptopem?
- Włączył się sam. - Net wzruszył ramionami, robiąc niewinną minę. - Ja tylko przestawiłem na chwilę czas.
- Nie znam się tak dobrze na komputerach.
Wyjrzeli zza rogu. Drzwi kilku klas otworzyły się i na korytarz wyjrzało kilkunastu zaskoczonych uczniów i kilkoro nauczycieli. Marcel i Ruben pospiesznie oddalali się od zamieszania. Dziewczyna zbierała książki do poprzecieranej torby. Felix i Net podeszli do niej. Korytarz szybko pustoszał.
Rudowłosa poprawiła sfatygowaną kurtkę jeansową i plisowaną spódnicę.
- Wszystko OK? - zapytał Felix.
- OK. Dzięki, że włączyliście dzwonek. - Odgarnęła z czoła niesforne loki. Miała duże, zielone oczy, lekko zadarty nos i nieco piegów. Obiektywnie oceniając, była naprawdę ładna.
- Drobiazg - uśmiechnął się Net, ale chwilę potem zmarszczył brwi. Felix zresztą zrobił to samo.
- Skąd wiesz? - zapytali jednocześnie.
- Kobieca intuicja - wyjaśniła, uśmiechając się tajemniczo.
Chłopcy wymienili zdziwione spojrzenia.
- Czego od ciebie chcieli? - zapytał Felix.
- Zabrać mi drugie śniadanie, ale nie oddałem. Zresztą i tak nie mam drugiego śniadania.
- Mnie próbowali zabrać telefon - powiedział Net - ale chyba doszli do wniosku, że jest zbyt cenny i będzie zadyma.
- A mnie ZABRALI dziesięć złotych - dodał Felix.
- Miło było poznać - powiedział Net - ale, sorry, musimy iść na pierwszą lekcję.
- Z której jesteście klasy? - zapytała dziewczyna, zapinając torbę.
- A - powiedział Felix. - A ty?
- Ja też. - Uśmiechnęła się szeroko. - Nika Mickiewicz.
Chłopcy również się przedstawili i cała trójka pobiegła korytarzem. Znaleźli odpowiednie drzwi, zapukali i weszli do sali. Ledwie przekroczyli próg, zamarli. Wpatrywało się w nich kilkanaście par oczu i nauczycielka stojąca przy tablicy.
- Czy to nasi spóźnialscy? - zapytała. - Felix, Net i Nika?
Przytaknęli niepewnie. Wychowawczyni była młoda, miała długie jasne włosy. Patrzyła na nich przyjaźnie, może nawet z lekkim rozbawieniem.
- Siadajcie. Są miejsca... niestety już tylko w ostatnich ławkach - powiedziała. - Będę was uczyć języka polskiego. Nazywam się Jolanta Chaber, ale możecie do mnie mówić "pani Jolu". - Zaczekała, aż usiądą, i zapytała - dlaczego przyszliście dopiero teraz?
- Trochę się... eee... zgubiliśmy - wyjaśnił Felix.
- Ale sprawdziliśmy w internecie numer sali i trafiliśmy - dodał szybko Net.
- Sprawdzaliście w internecie numer sali? - unosząc brwi, zapytała z niedowierzaniem pani Jola. - A wystarczyło zapytać portiera albo sekretarkę.
Uczniowie zaczęli chichotać, a Felix poczuł, jak robi się czerwony. Kątem oka zauważył, że Net ma ten sam problem.
- Numer sali powinien być w gablocie - mruknął pod nosem Net. - Rany! Co to?
To ostatnie było skierowane do Felixa, który wyjął z kieszeni czarne pióro wieczne, odkręcił skuwkę i zaczął notować.
- Notuję - Felix wzruszył ramionami.
- Ale... piórem wiecznym? Jak w dziewiętnastym wieku? To na maxa niepraktyczne.
- Wcale nie ma być praktyczne.
Przez resztę lekcji pani Jola tłumaczyła zasady obowiązujące w szkole i wypisywała na tablicy listę potrzebnych i niepotrzebnych rzeczy do kupienia. Przynajmniej wychowawczyni wydawała się w porządku.
Gdy zabrzmiał prawdziwy dzwonek, wszyscy pobiegli do drzwi, jakby ogłoszono ewakuację.
- Farciarze - rzucił jakiś chłopak, przechodząc obok ostatnich ławek. - Macie najlepsze miejsca. Pierwsze, co zrobiła, to przesadziła wszystkich do przodu.
- To wy przyszliście bez rodziców? - zapytał inny. - Celowo się spóźniliście, żeby usiąść na końcu.
Pokręcili z dezaprobatą głowami i wyszli.
- Mieliśmy chyba złe wejście - zauważyła Nika, gdy zostali sami w klasie.
- Nie da się ukryć - przyznał Felix.
Net machnął ręką.
- Przynajmniej wychowawczyni niezła. W sensie estetycznym.
We trójkę wyszli na korytarz i od razu zobaczyli oddalających się Marcela i Rubena. Po przeciwnej stronie płakała niska, pulchna dziewczyna. Nika podeszła zapytać, co się stało. Wysłuchała, pocieszyła tamtą i wróciła.
- Zabrali jej nowy długopis - oznajmiła. - To Celina od nas z klasy.
- Trzeba będzie naprawdę na nich uważać - pokiwał głową Net - i omijać z daleka.
- Są złodziejami! - oburzył się Felix. - Złodziei trzeba tępić, a nie omijać.
- Ale jak? - zapytał Net. - Są silniejsi, wyżsi i... szersi. Olać i obchodzić łukiem.
- Typowa taktyka zastraszania - pokiwała głową Nika. - Wstawisz się za kimś, to rzucą się na ciebie. Może powinniśmy działać wspólnie?
- Dobrze ci mówić - westchnął Net. - Jesteś dziewczyną i tobie nie wtłuką.
- Ich jest tylko dwóch! - upierała się Nika. - Liczą właśnie na to, że jak zastraszą każdego z osobna, to nikt się już nie wychyli.
- I dlatego powinniśmy działać razem - oświadczył Felix - ale nie tak. Musimy znaleźć sposób, żeby dać im nauczkę! Żeby wszyscy zobaczyli, jacy oni są. Inaczej przez resztę szkoły nie dadzą nam żyć. Zastanówmy się, w czym jesteśmy lepsi?
- Patrząc na nich... - zastanowiła się Nika - to we wszystkim.
- Z wyjątkiem bezpośredniego starcia - dodał Net.
Wieczorem tata Felixa był w fatalnym nastroju. Pokaz jego wynalazku przed ministrem spraw specjalnych nie wypadł najlepiej. Urządzenie do sklejania przestępców miało ułatwiać pracę policji. Przyklejało buty uciekającego do ziemi, mogło też przykleić do jezdni opony samochodu. Zadziałało doskonale, ale po pokazie nie udało się go wyłączyć i zrobiło się zamieszanie, w którego wyniku minister przykleił się do wiceministra i dwóch doradców.
- Wszyscy się na mnie poobrażali - westchnął tata, siedząc nad podgrzaną w mikrofalówce zupą. - Muszę się pospieszyć, bo ostatnio Gang Niewidzialnych Ludzi okradł w naszym mieście kilka banków.
- Nie martw się, tato - spróbował pocieszyć go Felix. - I tak jesteś najlepszy.
Tata westchnął ciężko, grzebiąc łyżką w talerzu. Był mężczyzną, który nie emanował energią. Jego wewnętrzna siła objawiała się w jego wynalazkach, w genialnych pomysłach i uporze, z jakim parł do celu. Na pierwszy rzut oka wyglądał na zupełnie normalnego, zmęczonego wyczerpującym dniem czterdziestolatka. Był średniego wzrostu, miał lekko zaznaczony brzuszek, odrobinę przerzedzone włosy. Dziś wydawał się jeszcze bardziej pozbawiony energii niż zwykle.
Mama nie wróciła jeszcze z pracy. Była dyrektorem marketingu w bardzo dużym banku i nie pracowała praktycznie tylko wtedy, kiedy spała. Choć i to nie było całkiem pewne. Na domiar złego poprzedniego dnia Gang Niewidzialnych Ludzi napadł właśnie na jej bank i ukradł ze skarbca masę pieniędzy. To znaczyło, że dziś mama wróci jeszcze później.
- Nie wiesz, jak to jest skleić ministra z wiceministrem - westchnął ponownie tata. - Ale wymyśliłem już bezpieczniejsze rozwiązanie. - Ożywił się. - Wycieraczka w wejściu do banku chwytająca złodziei za buty, gdy już uciekają z workami pełnymi pieniędzy. To nawet lepsze od sklejacza, bo nie jest potrzebny żaden pościg. Ale teraz nikt nie będzie chciał ze mną rozmawiać. Może nawet odsuną mnie od innego, ważniejszego, międzynarodowego projektu. Z nim też nie idzie mi najlepiej. Brakuje zasadniczego elementu, bez którego cały ten projekt może się załamać. Tego bym chyba nie zniósł... A jak tam w nowej szkole?
- W porządku. - Felix nie chciał dokładać tacie zmartwień. Obiecał sobie, że o zabraniu kieszonkowego opowie przy następnej okazji. Spojrzał na Cabana. Pies położył mu łeb na nodze i łypał spod czarnych kudłów wielkim brązowym okiem, jakby chciał wyczuć, skąd u jego pana ten smutek.
Następnego dnia rano Felix, ubrany już normalnie, w niebieskie jeansy i bluzę, podszedł do czekających na niego przed szatnią Neta i Niki. Zaspany Net był chyba jeszcze bardziej potargany niż wczoraj, a Nika znów miała na nogach martensy.
- Cześć - zaczął konspiracyjnie Felix. - Słuchajcie. Mam coś, co powinno ich oduczyć kradzieży.
- Kanapkę z mydłem zamiast masła? - zapytał Net. - To ich z pewnością powstrzyma!
- Mój tata skonstruował kiedyś zabezpieczenie przed złodziejami kieszonkowymi - powiedział Felix i wyciągnął coś z kieszeni.
Nachylili się - Felix trzymał w dłoni małe czarne pudełko i monetę pięciozłotową.
- W kieszeni będę miał ukryty ten nadajnik - wyjaśnił, chowając pudełko. - Gdy oddali się od monety na więcej niż pięć metrów, włączy się alarm.
Podał monetę Netowi i gestem pokazał, by przeszedł na drugą stronę korytarza.
- Złodziej! Złodziej! - zaskrzeczała moneta, a Net czym prędzej wrócił do nadajnika.
- Po drodze moneta zaczęła krzyczeć w autobusie - powiedział Felix. - Przejeżdżaliśmy chyba pod linią wysokiego napięcia i były zakłócenia. Wszyscy patrzyli na mnie, jakbym naprawdę coś ukradł.
- Myślę, że mamy to, o co chodzi. - Net uśmiechnął się mściwie.
- Masz dla nas kaskę? - zapytał na przerwie po czwartej lekcji Marcel, stając przed Felixem z szeroko rozstawionymi nogami i groźną miną. Felix udał, że jest zaskoczony, choć tak naprawdę celowo niemal wpadł na niego. Wyciągnął z kieszeni pięciozłotówkę i z udawanym wahaniem podał chłopakowi. Tamten wyszczerzył żółtawe zęby i odszedł z monetą w stronę szkolnego sklepiku.
- Złodziej! Złodziej! - rozległo się na cały korytarz. - Zostałam skradziona!
Felix, Net i Nika wymienili triumfalne spojrzenia. Marcel schował głowę między ramionami i rozejrzał się, nie wiedząc, co zrobić z wrzeszczącą monetą.
- Ale jazda! - krzyknął jakiś chłopak, zaglądając mu przez ramię. - Skąd to masz?
Zanim Marcel zdążył cokolwiek powiedzieć, zrobiło się zbiegowisko. Nikt nie próbował odbierać złodziejowi monety. Wszyscy byli zachwyceni.
Zrezygnowany Felix wycofał się do miejsca, gdzie czekali przyjaciele.
- Czy oni nie słyszą, co ona krzyczy? - zdenerwowała się Nika.
- Jak jesteś niskim nominałem, to nikt nie traktuje cię poważnie - stwierdził ponuro Net.
Moneta powtarzała swoją kwestię coraz ciszej, aż zaczęła chrypieć. Zacharczała ostatni raz i umilkła. Marcel spojrzał na Felixa i podszedł do niego.
- Masz zapasowe baterie? - zapytał.
Felix z rezygnacją pokręcił głową. Marcel przyjrzał się monecie z głupkowatym wyrazem twarzy i odszedł. Gdy zniknął za załomem korytarza, zbiegowisko zaczęło się rozpraszać.
- Rodzice wychowywali go bezstresowo - mruknął ponuro Felix.
Nika wychyliła się za róg.
- Kupił sobie w sklepiku pączka - oznajmiła.
- Za fałszywą monetę? - zdziwił się Net.
- Nie jest fałszywa - oburzył się Felix. - To prawdziwa moneta, tylko z wkładką.
- No to jesteś biedniejszy o kolejne pięć peelenów.
- Porażka na całej linii - podsumowała Nika. - Trzeba wymyślić coś lepszego.
- Wpadnijcie do mnie po lekcjach - zaproponował Felix. - Coś pokombinujemy.
Pokręcił z rezygnacją głową. Pomyślał, że chciałby, żeby byli tu teraz mama, tata i Caban. A potem wstał i poszedł wykupić ze sklepiku swoją monetę z wkładką.
Ostatnią lekcją drugiego dnia szkoły była informatyka. Uczniowie siedzieli przed komputerami przy stołach zestawionych w wielką wyspę. Niki w ogóle nie interesowała lekcja. Z wypiekami na twarzy czytała pod ławką Angielskiego pacjenta - pasjonującą książkę o wielkiej romantycznej i nieszczęśliwej miłości. Net znał przedmiot lepiej od nauczyciela. Jedynie Felix starał się wykonywać ćwiczenia, które demonstrował na wielkim ekranie pan Wierszewski, nazywany przez uczniów Eftepem1. Nauczyciel był wysoki i chudy, miał wystające zęby i krótko przycięte czarne włosy na małej głowie. Czerwony polar zupełnie nie pasował do czarnych jeansów i butów "trumniaków".
Felix zdążył już poznać większość nowych kolegów. Najwyższy z całej klasy był Lucjan i na razie to on wiódł prym. Ciemnowłosy Wiktor był znacznie niższy, niemal cały czas się uśmiechał i sprawiał wrażenie zawsze chętnego do pomocy. Za to drobny blondyn, Oskar, wyglądał na wiecznie niezadowolonego. Z tego, co zauważył Felix, Oskar musiał mieć wszystko najlepsze. Najlepsze buty, zegarek, plecak, długopis. Ta ambicja nie dotyczyła jednak samej jego osoby, więc nie wykazywał większego zainteresowania lekcjami. Ciemnowłosy, niski i krępy Horacy dotychczas nie wypowiedział chyba ani jednego słowa. Na końcu siedział Klemens, który był tak otyły, że pod szyją robił mu się dodatkowy podbródek. Zawsze miał pod ręką batonik lub paczkę chipsów i nieustannie coś żuł albo chrupał. Był jeszcze drobny Kuba, który maniakalnie interesował się sportem. Z dziewczyn najlepiej prezentowała się Aurelia. Wysoka, o długich kruczoczarnych włosach, skręconych w drobne loczki. Zapewne musiała wkładać w tę fryzurę dużo pracy. Miała nieprawdopodobnie białe zęby. Klaudia, długowłosa blondynka, trzymała się zawsze blisko Aurelii i starała się ją we wszystkim naśladować. Były jeszcze Celina - niska, pucułowata, ale za to zdecydowanie sympatyczniejsza od tamtych dwóch razem wziętych - i przygarbiona, drobna Zosia, siedząca na końcu cichutko jak myszka. Również urodą przypominała myszkę.
- Widziałem, jak Ruben zabrał jakiemuś chłopakowi piłkę i gdzieś z nią poszedł - odezwał się cicho Net. Stukał w klawiaturę, pozorując, że coś robi. - Gdzieś ją schował, bo potem jej już nie miał.
- Mogliśmy o tym wcześniej pomyśleć - powiedział Felix. - Muszą mieć tu w szkole jakąś kryjówkę.
- Dlatego nie można im nic udowodnić - zauważyła Nika, odrywając się na chwilę od lektury.
- Ale będzie można, jak znajdziemy tę kryjówkę - szepnął Net. - Od tego trzeba zacząć!
- Pan Bielecki jest chyba czymś bardzo zajęty - wycedził Eftep, patrząc na Neta. - O czym ja przed chwilą mówiłem?
- O sposobie zapisywania informacji na płycie DVD - odparł bez zająknięcia Net, wstając.
- No więc jaki to jest sposób?
Net uśmiechnął się i już otwierał usta, by odpowiedzieć, i to ze wszystkimi szczegółami, ale poczuł kopnięcie w kostkę.
- Udawaj kretyna - syknął Felix.
Net zmarszczył brwi, jakby się nad czymś zastanawiał, i odpowiedział niepewnie:
- Magnetyczny?
- Źle, panie Bielecki - zatriumfował informatyk. - Optyczny. Zdecydowanie optyczny. Musisz zrozumieć, że komputery to nasza przyszłość. Jeśli nie nauczysz się z nimi pracować, to niczego w życiu nie osiągniesz. Siadaj.
Kręcąc głową i cmokając, wrócił z zatroskaną miną do swojego wykładu. Felix zauważył, że siedzący na wprost nich Lambert gra na ukrytej za monitorem konsoli, ale jednocześnie przytakuje Eftepowi w odpowiednich momentach. To się dopiero nazywa podzielna uwaga.
- Dlaczego mam udawać kretyna? - wyszeptał Net, poprawiając okulary na nosie.
- Żeby nikt cię nie podejrzewał, jak coś zmalujesz - odparł Felix. - Ten facet prawdopodobnie zajmuje się szkolnymi komputerami.
- O! To by wyjaśniało, dlaczego tak łatwo obejść zabezpieczenia.
- Bielecki i Polon. - Pan Eftep znów podniósł głos. - Ostatnie ostrzeżenie.
Spuścili głowy i zajęli się ćwiczeniami.
Nika dotarła na miejsce pierwsza i teraz, siedząc na schodach, czytała książkę. Obok leżał poobijany rower, który zapewne wiele już przeszedł. Przednia opona była pomarańczowa, tylna czarna i niemal łysa. Nika nawet na wyprawę rowerową założyła martensy, choć zrezygnowała ze spódniczki na rzecz powycieranych spodni w nieokreślonym kolorze. Włosy spięła z tyłu starą srebrną spinką z zielonym oczkiem.
Felix i Net przyjechali niemal jednocześnie, kilka minut po czasie. Net miał na nosie okulary z jaskrawożółtymi oprawkami.
- Oglądałem w telewizji program o UFO nad Tatrami - usprawiedliwił się Felix. - A potem trochę pobłądziłem. Wysokie budynki zakłócają nawigację.
Net uśmiechnął się, jakby usłyszał dowcip, i powiedział:
- Ja musiałem wrócić po kask. Jak będę jeździł bez, to mam szlaban na rower.
- Ty też powinnaś mieć kask - dodał Felix, patrząc na Nikę.
- Zepsułby mi fryzurę - odparła, wzruszając ramionami. Spojrzała na rower Felixa i uniosła brwi.
Net powiódł wzrokiem za jej spojrzeniem. Rzeczywiście, coś się tu nie zgadzało. Felix siedział na stojącym w miejscu rowerze, ale nie podpierał się nogą! Nie mógł już dłużej udawać, że nie widzi ich zdziwionych spojrzeń.
- Mój wynalazek - powiedział z dumą i popukał w niewielkie półokrągłe pudełko pod siodełkiem. - Czujnik przechyłu, silnik elektryczny i koło zamachowe - żyrostat. Akumulator ładuje się podczas hamowania.
- Sam to zrobiłeś? - zapytał z niedowierzaniem Net. - Jakiego procesora użyłeś?
- Już mówiłem, nie znam się na komputerach. To prosty układ elektryczny. Początkowo używałem wysuwanych automatycznie kółek, ale... głupio to wyglądało. Tak jest znacznie lepiej. Gdy rower zaczyna się minimalnie przechylać, wykrywa to czujnik i uruchamia silnik z kołem zamachowym. To tak, jakbyś stał na linie i machał rękami, żeby złapać równowagę.
- Bez komputera? - Net ukucnął obok i przyjrzał się bliżej wynalazkowi.
- Warto było? - zapytała Nika z niedowierzaniem. - Tyle roboty, żeby się nie podpierać nogą?
- Zależy, jak na to patrzeć - odparł Felix. - Ty wkładasz dużo pracy we fryzurę.
- Włosy same mi się tak kręcą! - zaprotestowała oburzona Nika.
I Net, i Nika musieli sami się przekonać, że urządzenie naprawdę działa. Net obejrzał dokładnie cały rower i zwrócił uwagę na małe coś przypięte do kierownicy, obok zestawu przełączników. Wyglądało jak bardzo stary telefon komórkowy. Wyświetlacz z mapą i kilka przycisków.
- Nie możesz używać smartfona? - zdziwił się Net.
- Ten GPS jest wszystkoodporny.
Net był pod wrażeniem, ale nic więcej już nie powiedział. Wsiedli na rowery i ruszyli, starając się omijać ruchliwsze ulice.
Podróż zajęła im prawie godzinę. Dom Felixa stał przy ulicy Serdecznej, na przedmieściach, w okolicy, gdzie jest tyle przestrzeni, że budynki nie muszą stykać się bocznymi ścianami. Stary, piętrowy, miał spadzisty dach - dziwnie błękitny i błyszczący oraz małą, obrośniętą dzikim winem werandę od frontu. Do budynku przylegał spory garaż, a z tyłu znajdował się nieduży, zarośnięty drzewami i krzakami ogród. Za tylnym ogrodzeniem, ledwie prześwitującym między gałęziami, zaczynał się las.
Felix nacisnął dzwonek przy furtce. Z domu rozległo się donośne szczekanie.
Na sąsiedniej posesji ubrany w dres facet z brzuszkiem mył gąbką maskę błyszczącego Poloneza2. Felix ukłonił mu się.
- To pan Sobolak - wyjaśnił cicho. - Kupił samochód w dobrym stanie i teraz codziennie go myje.
Czekali jeszcze chwilę, ale najwyraźniej nikogo nie było w domu. Felix otworzył furtkę kluczem. Weszli na wyłożoną kamieniami alejkę i zostawili rowery na trawniku.
- Co to za dachówka? - Net zadarł głowę. - Wygląda jak szkło.
- Baterie słoneczne - wyjaśnił Felix. - Trochę kosztowały, ale i tak się opłaca.
Kiedy znaleźli się na werandzie, Felix nacisnął przycisk przy drzwiach. Obok przesunęła się metalowa płytka, odsłaniając podświetlaną klawiaturę. Chłopak, udając, że nie zwraca uwagi na zaskoczone spojrzenia, wpisał kod i zamek otworzył się sam.
Znaleźli się w wysokim hallu z lustrem w ozdobnych ramach i kilkoma rzeźbionymi krzesłami.
- Usiądźcie, wypuszczę psa - powiedział Felix.
- Czy to aby konieczne? - zaniepokoił się Net, ale szybko usiadł, bo Felix już sięgał do klamki na drzwiach, za którymi niecierpliwił się pies.
- Nazywa się Caban3 - zaanonsował Felix i wpuścił do pokoju wielką czarną i kudłatą bestię. - To czarny terier rosyjski.
Pies szczeknął raz, ale tak, że zatrzęsły się szyby. Nieufnie podszedł do Niki i Neta. Obwąchał ich, po czym pomerdał ogonem.
- Pierwszy etap za nami - oznajmił Felix. - Możecie wstać, ale bez gwałtownych ruchów.
- Ja sobie tu trochę posiedzę - pisnął dziwnie Net.
- On coś w ogóle widzi przez te kudły? - zapytała Nika. Nachyliła się nad psem i podrapała go za uchem. Caban sam nadstawiał łeb, podając do pieszczoty najwłaściwsze miejsca.
- Chodźcie do kuchni - powiedział Felix. - Tylko... nie przestraszcie się.
- Ja już się boję. - Net wstał ostrożnie, cały czas obserwując psa. - Nie jestem pewien, czy on jest do mnie odwrócony gryzącą stroną.
Pies ponownie zamachał ogonem. Dzięki temu przynajmniej było widać, gdzie ma tył.
- Jeszcze nigdy nikogo nie ugryzł.
- Więc nie prowokujmy zmian - odparł Net, ale czujnie ruszył za Felixem i Niką.
Kuchnia wyglądała niezwykle. Przypominała magazyn na wpół rozebranych urządzeń. Goście usiedli przy stole, a Felix włączył zaparzacz herbaty. Urządzenie miało wielkość małej walizki i wyglądało jak coś, z czego zdjęto fragment obudowy i wymontowano połowę części. Z wnętrza dochodziły dźwięki przesuwających się i obracających mechanizmów. Ze szczeliny w dolnej części urządzenia wysunęła się metalowa łapka trzymająca spodeczek. Postawiła go na blacie przed urządzeniem. Druga, podobna, sięgnęła po filiżankę i wsunęła ją pod otwór dyszy. Rozległ się szum wrzącej wody i po chwili parujący aromatyczny płyn wypełnił filiżankę. Łapka postawiła ją na spodeczku i przesunęła w bok. Zaparzacz zrobił to samo z kolejnymi dwiema filiżankami.
Felix przeniósł naczynia na stół i postawił przed gośćmi. Nika pierwsza, dystyngowanym gestem, uniosła filiżankę do ust i ostrożnie upiła łyk.
- Bardzo dobra - przyznała. - Ale czy zwykły czajnik nie byłby prostszy w użyciu?
- Najbardziej wyczesana kuchnia, jaką widziałem - ocenił Net, rozglądając się. - I to wszystko działa bez komputerów?
Felix postawił na stole miskę z chipsami i usiadł.
- Mój tata jest wynalazcą - wyjaśnił. - To, co tu widzicie, to urządzenia, które pewnie nigdy nie wejdą do seryjnej produkcji. Konstruuje je dla własnej przyjemności. Wszystko mechaniczno-elektryczne. Bez komputerów.
Goście chrupali chipsy, popijali herbatą i oglądając wynalazki, próbowali się domyślić ich przeznaczenia.
- Koszty naszej operacji wzrosły znacząco - odezwał się w końcu Felix. - I cierpi na tym mój budżet.
- Dobra - przyznał Net. - Zrobimy zrzutkę. Już liczę...
Wyjął telefon, ale Felix go powstrzymał.
- Chodzi mi o to, że musimy nie tylko wymyślić sposób ich ukarania, ale i odzyskać pieniądze.
- Twoje już wydali - zauważyła Nika. - Możemy im odebrać tylko pieniądze, które zabrali komuś innemu.
- A czy to ma znaczenie, do kogo należała jakaś moneta wcześniej? - zapytał Net, wpychając w usta kolejny chips.
- Ma - odparła dziewczyna - bo to nie będą pieniądze Felixa.
- Pieniądze rzecz umowna - upierał się Net, wypluwając niechcący kilka okruszków na stół. - Liczy się suma.
Rozległ się dzwonek do drzwi. Caban poderwał się, zaczął merdać ogonem i popiskiwać jak szczeniak.
- Babcia - wyjaśnił Felix, obserwując zachowanie psa. - Babcia Lusia. Zejdźmy jej z oczu, bo zaraz zacznie nas karmić...
- Nie lubisz swojej babci? - zdziwiła się Nika.
- Bardzo lubię - zaprotestował Felix - ale jest nadopiekuńcza i myśli, że wciąż mam sześć lat.
Zerknął na ekran wiszący na ścianie i przyciskiem otworzył furtkę. Caban, szczekając radośnie, pobiegł wielkimi susami do hallu.
- Poznaj moich przyjaciół, babciu - powiedział Felix, gdy starsza pani weszła do domu. - Nika i Net.
Ukłonili się i przywitali. Babcia Lusia wyglądała tak, jak powinna wyglądać wzorcowa babcia. Pełne dobroci spojrzenie, siwiuteńkie włosy upięte w kok i mocno zaokrąglona sylwetka. Ciągnęła za sobą osobliwej konstrukcji dwukołowy wózek, w którego trzech kontenerach znajdowały się torby z zakupami.
- To my pójdziemy do piwnicy - oznajmił Felix, dając przyjaciołom dyskretne ponaglające znaki.
- Zaczekajcie, skarbeńki - powiedziała babcia. - Może coś zjecie? Mam w lodówce pyszniutkie gołąbki. A może wolicie zupkę pomidorową? Jest też kapuśniaczek i kurczak. Ziemniaczki zaraz upiekę...
- Naprawdę dziękujemy. Już jedliśmy.
- Pewnie chipsy - westchnęła babcia, wieszając płaszcz.
Pomogli jej wnieść torby do kuchni i po cichu ulotnili się. Caban spał już przy ścianie, nie zwracając na nic uwagi. Udowodnił tym samym, że uznał Neta i Nikę za przyjaciół domu. Wyglądał teraz jak wielki czarny kłąb kudłów zmiecionych na kupkę w salonie fryzjerskim.
- Kiedyś mieliśmy sąsiadów, których pies nazywał się Wyziew - powiedział cicho Net. - Tak mu jechało z pyska, że zeza można było dostać. Już ze dwa razy miał walizki wystawione przed drzwi, ale szkoda im się robiło.
- Tata czasem myje Cabanowi zęby - odparł Felix, już na schodach do piwnicy. - Źle się do tego zabieramy. Mówię o Marcelu i Rubenie. Zobaczmy najpierw, co mamy do dyspozycji.
Sprowadził ich do sporego warsztatu, mieszczącego się w piwnicy.
- Łał! - krzyknął z podziwem Net. Wyprzedził Nikę i stanął na środku, nie wiedząc, od czego zacząć zwiedzanie.
- Wygląda, jakby rozbiła się tu ciężarówka wioząca złom - z konsternacją stwierdziła Nika.
- Nie czujesz klimatu, kobieto... - Net lekceważąco machnął ręką.
Pod kilkoma małymi okienkami stał długi stół z najróżniejszymi narzędziami. Wzdłuż pozostałych ścian zamontowano solidne regały, aż do sufitu zastawione pudłami i fragmentami przedziwnych mechanizmów. Były tu modele samolotów, małe roboty, telewizor, głowa manekina, niezidentyfikowane wiązki przewodów, silniki elektryczne, tryby i coś, jakby części samochodowe. Urządzenia sprawiały wrażenie, że są niedokończone lub uszkodzone. W kącie, oparta o ścianę, stała zakurzona mechaniczna ręka, a obok niej coś, co mogło być modelem wojskowej amfibii. W cieniu, obok schodów, które prowadziły zapewne wprost do garażu, przykryty szmatą stał człekokształtny robot wielkości dorosłego mężczyzny.
Nika zerknęła na jedną z półek, pisnęła cicho i cofnęła się.
- Tam jest pająk gigant - szepnęła.
- To robot kroczący - wyjaśnił Felix i zdjął z półki czarny mechanizm wielkości dłoni z ośmioma metalowymi odnóżami. - Przydatny, kiedy coś wpadnie pod kanapę.
Teraz widać było, że to mechanizm, ale dziewczyna i tak nie chciała nawet na niego spojrzeć. Obok "pająka" leżały mały pojazd gąsienicowy, kulka z wystającymi antenkami, coś, co wyglądało jak mechaniczny wąż i para półokrągłych, karbowanych klocków wielkości dłoni. Była też para damskich butów ze sprężynami w miejscu obcasów.
- Hopsasy - wyjaśnił Felix - czyli obcasy na sprężynach.
- Tu są też myszy - jęknęła Nika.
Felix zbliżył się do leżących w ciemności nieruchomych białych myszek i oświetlił je latarką. Natychmiast zaczęły popiskiwać i krążyć po półce. Gdy dojeżdżały do krawędzi albo do ściany - zawracały.
- Co jest w tym czarnym pudełku? - zapytała Nika, odsuwając się od myszy.
- Negatywka. To takie coś jak pozytywka, tylko gra heavy metal. Prezent dla niegrzecznych dzieci.
- A to?
- Mechaniczny pies. Moje dzieło, prawie go skończyłem.
- Twój tata nie ma nic przeciwko temu, że wchodzisz do jego pracowni? - zapytała Nika.
- Nie ma, jeśli nic nie ruszam - odparł Felix i wywalił zawartość dużego kartonu wprost na podłogę. - Prawdziwą pracownię ma w Instytucie. Tutaj wyżywa się po pracy.
- Musi być maniakiem - zauważyła Nika.
- Jest - przyznał Felix. - Wystarczy, że siedzi w jednym miejscu dłużej niż pięć minut, i już zaczyna coś konstruować z tego, co ma pod ręką. Kiedyś musiał spędzić noc na lotnisku pod Paryżem i przerobił dwa rzędy krzesełek na huśtawkę i zjeżdżalnię dla dzieci. Hm... Zresztą, jak się lepiej zastanowić, mógł tę historię zmyślić. Jest trochę zakręcony, czasem nie wiadomo, co jest prawdą, a co żartem.
Zdjął z regału tekturowe pudełko i wyciągnął z niego mały helikopter, który razem ze śmigłem mieścił się na dłoni.
- To mikrohelikopter - wyjaśnił. - Zdalnie sterowany dron szpiegowski, udający zabawkę. Z przodu ma kamerę mniejszą od paznokcia. Możemy nim śledzić ruchy wroga.
Sięgnął po kolejne pudełko i wyciągnął z niego długopis z przewodem zakończonym małą słuchawką.
- Mikrofon kierunkowy - wyjaśnił, biorąc następne pudełko.
- Czy twój tata zaopatruje agentów Jej Królewskiej Mości? - zapytał Net, z każdą chwilą coraz bardziej zafascynowany.
- Nie wszystko nadaje się dla Jamesa Bonda - uśmiechnął się Felix. - To tutaj - wyjął szary podłużny przedmiot z gumowym wałkiem na końcu - to przyrząd do wyciągania "X" przed nawias. Tata zrobił go kiedyś, żeby zdenerwować kilku profesorów, którzy krytykowali jego pracę. Oczywiście nie działa.
Wyciągał i pokazywał kolejne wynalazki. Kieszonkowe solarium, klimatyzacja do butów, latarka na baterie słoneczne, aparat do gaszenia zapałek, mikromyśliwiec do zwalczania komarów, samojezdna golarka, i tak dalej.
Net przyglądał się gadżetom z szeroko otwartymi oczami.
- Aparat do gaszenia zapałek? - zdziwił się. - Przecież to idiotyczne.
- Być może - przyznał Felix. - Tata często traktuje swoje wynalazki jako ćwiczenie. Najpierw wymyśla czynność, jaka jest do zrobienia, a potem konstruuje urządzenie, które wykonuje ją lepiej.
- Ale gaszenie zapałek...?
- Jeśli gasisz zapałkę, machając nią, może ci się wyślizgnąć i spowodować pożar.
Net pokręcił głową.
- A latarka na baterie słoneczne? - nie dawał za wygraną. - Po co komu latarka, która może świecić tylko wtedy, gdy jest słońce?
- To nie tak. Ona się tylko ładuje na słońcu. Potem może świecić w ciemności.
- Dajcie spokój - przerwała im Nika, znacznie mniej zainteresowana gadżetami. - Zastanówmy się, co może nam się przydać.
- Po pierwsze, potrzebujemy centrum dowodzenia - stwierdził Felix. - Proponuję strych. Stamtąd najlepiej będzie działało zdalne sterowanie.
- Masz już jakiś plan? - zapytał Net.
Felix sięgnął po notes z odrywanymi kartkami, wyciągnął z kieszeni pióro, odkręcił skuwkę i zaczął notować.
- Pierwszy etap operacji to przygotowanie naszej kwatery. Punkt drugi to zlokalizowanie kwatery wroga. Trzeci - odbicie zakładników... to jest... odzyskanie skradzionych przedmiotów. Czwarty - danie wrogowi nauczki. Ten punkt wymaga osobnego przemyślenia.
- To już coś - zgodził się Net. - Od czego zaczniemy?
- Od początku - trzeźwo zauważyła Nika, której zabawa zaczynała się podobać. - W poniedziałek po lekcjach zrealizujemy punkt pierwszy, a potem pomyślimy co dalej.
Wieczorem Felix z tatą siedzieli w salonie i oglądali w telewizji program informacyjny. Automatyczny odkurzacz myszkował pod fotelami, szumiąc cicho.
- Jak wiesz, Gang Niewidzialnych Ludzi obrabował bank, w którym pracuje mama - odezwał się tata, starając się nie okazywać radości. - Jedynym świadkiem jest pani, która sprząta, ale ma taką sklerozę, że cudem pamięta własne imię. Powiedziała, że bandyci weszli przez schowek na szczotki, a to przecież niemożliwe. Szefa gangu szuka cała nasza policja, a nawet Interpol. Facet ma ksywkę Morten i jest niezwykle niebezpieczny. Niewesoło.
- To dlaczego się cieszysz? - zapytał Felix.
- Wreszcie, po dwóch dniach, zadzwonili do mnie z Ministerstwa Spraw Specjalnych. Potrzebują mojej pomocy. Pod warunkiem, że przeproszę ministra i wiceministra. O tych dwóch doradcach nie wspomnieli.
- I przeprosisz?
- Już przeprosiłem. Oficjalnie i kilka razy nieoficjalnie.
- A jak zamierzasz złapać ten gang?
- To nie jest proste. - Tata podrapał się za uchem. - Wciąż nad tym myślę. Działają na terenie całego miasta. Pojawiają się w banku dosłownie znikąd, przed otwarciem lub po zamknięciu i nie starają się nawet wyłączyć alarmu. Nim przyjedzie policja, uciekają furgonetką. Furgonetka nagle, w samym środku policyjnej obławy, skręca w boczną uliczkę i... znika. W dodatku nikt nie potrafi podać ich dokładnych rysopisów. I tak za każdym razem. Dlatego nazwano ich Gangiem Niewidzialnych Ludzi.
- Jak mogą tak po prostu pojawiać się albo znikać? - zdziwił się Felix.
Tata wzruszył ramionami, ale wciąż się lekko uśmiechał.
- Gdyby policja to wiedziała, nie potrzebowaliby mojej pomocy.
Poniedziałkowe lekcje ciągnęły się niemiłosiernie. Na szczęście najpierw był raczej przyjemny angielski. Pani od angielskiego, Christina, zamiast kazać im wkuwać gramatykę, próbowała namówić wszystkich do zwykłej rozmowy. Była chyba najlepszą nauczycielką angielskiego, jaką kiedykolwiek mieli. Niemal nie znała polskiego albo udawała, że nie zna. Więc najprostsze pytanie było jednocześnie ćwiczeniem. Miła i bardzo cierpliwa, miała nie więcej niż dwadzieścia lat i długie, błyszczące czarne włosy. Jak szybko się zorientowali, jej pasją było uczenie najbardziej klasycznego, brytyjskiego akcentu i starannej wymowy.
Większość uczniów nie wybrała jeszcze dodatkowego języka obcego. Mógł to być niemiecki, francuski, włoski lub hiszpański.
- Założę się, że hiszpańskie dzieci nie muszą się uczyć polskiego - narzekał Net na przerwie, gdy stali przed tablicą ogłoszeń. - Nie wiem, co wybrać. Mógłbym się uczyć eskimoskiego. Pewnie jest bardzo prosty.
- No i jeszcze zajęcia dodatkowe - przypomniała Nika. - Wybierzmy coś, na co będziemy mogli chodzić razem. Myślałam o historii...
- Widziałaś historyka? Zaśniemy - skrzywił się Felix. - Spójrzcie na listę, nic tam nie ma. Kurs kroju i szycia, coś, co się nazywa "Zostań mistrzem origami", nauka gotowania "Pomóż mamie", kurs tańców ludowych. Na szachy chyba się nie zapiszemy, zajęcia ze śpiewu też odpadają. Może fizyka?
- Ja nie wytrzymam - szybko zaznaczyła Nika.
- To może matma? - zaproponował Net. - Mam w głowie cały program matematyki aż do studiów.
- Po co ci zajęcia dodatkowe z matmy, jeśli jesteś z niej dobry? - zdziwiła się Nika.
- Żeby się nie przemęczać. A co innego zostaje? Z informatyki by mnie wyrzucili za ataki śmiechu. Jest jeszcze trochę czasu na zastanowienie.
Obok stał zrozpaczony Kuba. Chyba miał problemy decyzyjne, a wybranie właściwych zajęć zupełnie go przerosło.
Dobrnęli do ostatniej lekcji - geografia zapowiadała się interesująco. Niestety, w połowie pani Konstancja Konstantynopolska zaczęła wywoływać uczniów do tablicy, by wskazywali na mapie miasta, których nazwy podawała. Celina, wywołana jako trzecia, z trudem wygramoliła się zza swojego stołu, obciągając kusy różowy sweterek. Zawadziła szpiczastym bucikiem o podest przed tablicą i runęła jak długa wprost przed stopy nauczycielki.
- Wygodniej ci będzie odpowiadać na stojąco - poradziła pani Konstancja, której nie drgnął ani jeden mięsień twarzy.
Przez salę przebiegły stłumione chichoty.
- Ale rwie się do odpowiedzi - skomentowała cicho Aurelia. - Każdym kilogramem swojego ciała.
- O jeden batonik za daleko - dramatycznie oznajmił Net.
Nika spiorunowała go wzrokiem. Celina wstała i przygnębiona, musiała wskazać aż trzy miasta.
Pod koniec lekcji nauczycielka zapowiedziała, że za tydzień będzie test i muszą znać na pamięć nazwy stolic, języki urzędowe i liczby mieszkańców wszystkich państw Ameryki Południowej. W klasie zapanowała ponura atmosfera. Tylko Felix i Net nie stracili humoru. Wymienili porozumiewawcze spojrzenia, uśmiechając się tajemniczo.
- Bezprzewodowe słuchawki douszne - powiedział Felix po dzwonku, jakby to wszystko wyjaśniało.
Nika domyślała się, co chcą zrobić.
- Zamierzacie ściągać? - zapytała z niedowierzaniem.
- Czemu nie? - Net był zdziwiony. - W jakim celu mam znać liczbę mieszkańców Chile albo Ekwadoru? Wiem, gdzie to sprawdzić w kilka sekund.
- Może chodzi o ćwiczenie pamięci?
- Znam na to sto lepszych sposobów. Mam w głowie kilkadziesiąt kodów dostępu do... no, nieważne. Jeżeli chodzi o zajęcia dodatkowe, geografia odpada.
- Jeśli nie będziesz się uczył, zostaniesz nieogarem życiowym - podsumowała Nika.
Gdy zabrzmiał ostatni dzwonek, trójka przyjaciół dyskretnie przedostała się na wąskie schody prowadzące na strych. Niestety, drzwi były zamknięte na solidny zamek.
- No to kapota - oznajmił z pewną ulgą Net. - Odwołujemy akcję, a tamtych dwóch omijamy łukiem.
- Niekoniecznie - powiedział powoli Felix, grzebiąc w plecaku. Wyciągnął metalowy przedmiot przypominający bardzo grube pióro wieczne. Zdjął skuwkę i zatknął ją z drugiej strony.
- Chcesz napisać podanie do Stokrotki o udostępnienie nam strychu na tajną siedzibę? - zapytał Net.
- To klucz uniwersalny - odpowiedział Felix i nacisnął przycisk z boku przedmiotu. Z wąskiej przedniej części, z cichym szczęknięciem wysunęło się w różnych kierunkach kilkanaście blaszek. Felix uśmiechnął się, schował blaszki, włożył klucz do zamka i naciskając kilkakrotnie przycisk, pokręcił kluczem, aż usłyszeli przesuwające się zapadki. Wyjął urządzenie i przyjrzał się układowi blaszek.
- Zapamiętał wzór zamka - wyjaśnił. - Wieczorem dorobię dla nas zwykłe klucze.
Nika i Net spojrzeli na niego z podziwem. Net nacisnął klamkę i drzwi, z przykrym skrzypieniem, otworzyły się, ukazując ciemność. Na korytarzach było za głośno, by ktoś to usłyszał - starsze klasy miały jeszcze lekcje. Felix wszedł pierwszy i bez powodzenia spróbował wymacać włącznik światła. Stwierdził jednak, że wzrok szybko przyzwyczaił się do półmroku, a gdy przeszedł kilka kroków, zrobiło się jaśniej. Światło wpadało przez półokrągłe okna w dachu, które dotychczas oglądali tylko z zewnątrz.
Z tyłu trzasnęły drzwi i rozległo się karcące psyknięcie Niki. Net wymamrotał jakieś przeprosiny, że trzasnął niechcący, i oboje ostrożnie podeszli do Felixa. Przed nimi ciągnął się zastawiony starymi gratami, zakurzony strych. Poczuli gęsią skórkę i przysunęli się bliżej siebie.
- Przedzierając się przez te rupiecie, można pewnie przejść nad całą szkołą - powiedział Net z przejęciem, ale szybko zaznaczył - nie, żebym miał ochotę...
- Z wyjątkiem sali gimnastycznej - odparł Felix i wskazał pionową ścianę zaraz za rogiem. - Jest wyższa od reszty pomieszczeń na trzecim piętrze.
Przeszli obok ustawionych bezładnie szaf, minęli kilka bardzo starych ławek szkolnych, takich przedwojennych, dwudziestowiecznych, z unoszonym blatem i okrągłym otworem4. Za nimi piętrzyły się tekturowe pudła. Na pokrytej kurzem podłodze widać było tylko pojedyncze ślady ginące gdzieś w kącie. Zawrócili. Niedaleko drzwi znaleźli za pudłami wąskie drewniane schodki prowadzące na coś w rodzaju półpiętra, którego podłoga znajdowała się dwa metry ponad podłogą strychu. Było to na oko najciekawsze miejsce, więc niewiele myśląc, weszli tam.
Pomieszczenie okazało się jedną z czterech narożnych nadbudówek widocznych z ulicy. Z dwóch stron spadzisty dach dochodził niemal do podłogi, gdzie wstawiono dwa półokrągłe okienka z kilkoma zmatowionymi brudem i starością szybkami. Z trzeciej strony dach nadbudówki przylegał do sali gimnastycznej, a z czwartej - kończył się pionową, drewnianą ścianą oddzielającą ją od reszty strychu.
Podłogę i więźbę dachową wykonano z drewna. Przez szpary pomiędzy deskami jednej ze ścian widać było długi zagracony strych. Nadbudówka, pełna starych mebli, miała pięć na pięć metrów. Przy dwóch wyższych ścianach ustawiono przeszklone szafy, których zawartość sugerowała, że nie używano ich od kilkudziesięciu lat. Dalej stał wielki pęknięty globus, jakieś archaiczne przyrządy do fizyki, w tym stylowo wyglądająca maszyna elektrostatyczna, i... szkielet ludzki na stojaku. Były też wypchane zwierzęta, nadjedzone przez mole: duża sowa, orzeł przedni i lis. Wszystko pokrywała bardzo gruba warstwa kurzu.
Przezwisko Eftep powstało dawno temu, kiedy popularny był protokół FTP, służący do transferu plików w internecie. [wróć]
Polonez to nieprodukowany od dawna polski samochód. Kiedyś był uznawany za luksusowy, potem już niekoniecznie. [wróć]
Imię Caban wymawia się tak, jak się je pisze. [wróć]
Otwór służył do umieszczenia w nim kałamarza. Dawno temu nie używano długopisów, a pióra wieczne były za drogie, by dostawali je uczniowie. W szkołach używano specjalnych drewnianych obsadek ze stalówką, którą maczano w atramencie znajdującym się w kałamarzu. [wróć]
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki