FELICIT. Moje włoskie życie - Katarzyna Kalicińska, Radosław Figura

Kup ebooka

39.99 zł
29.99 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1Apu­lia

Pierw­sza w pen­sjo­na­cie Fran­ce­ski obu­dziła się Zośka. Jej ze­gar bio­lo­giczny dzia­łał nie­za­wod­nie w każ­dym miej­scu świata. Cho­ciaż Ka­mil, jej mąż, za­wsze mó­wił, że to nie może być bio­lo­gia, skoro ni­gdy nie miała jet lagu.

Kiedy Oli­wia otwo­rzyła oczy, matka spoj­rzała na nią znad iPada.

- Zro­bimy to dzi­siaj? - spy­tała.

Córka uśmiech­nęła się i od­parła:

- Tak, na­resz­cie!

- Skoro aż tak nie mo­głaś się do­cze­kać, trzeba było wcze­śniej po­wie­dzieć - ob­ru­szyła się Zośka, do­tąd prze­ko­nana, że córka tak samo jak ona bała się tego, co mo­gło na­dejść.

- Nie chcia­łam ci prze­ry­wać amo­rów...

- Ej, ma­ło­lato! - krzyk­nęła i rzu­ciła się na na­sto­latkę z po­duszką.

- Prze­grasz! - po­stra­szyła ją córka i ze­rwała się z łóżka, by unik­nąć ciosu. Zdą­żyła za to chwy­cić swoją po­duszkę i strze­lić nią matkę w ty­łek. Zośka za­wyła z uda­wa­nej zło­ści i wal­nęła córkę cen­tral­nie w czu­bek głowy. Oli­wia od­wi­nęła się, tra­fia­jąc w ra­mię, po czym wsko­czyła na łóżko i spa­dła na matkę z ca­łym im­pe­tem, krzy­cząc jak Mar­lin z Gdzie jest Nemo:

- Do ata­ku­uuuu!

Bi­twa skoń­czyła się, kiedy obie wy­lą­do­wały ro­ze­śmiane na pod­ło­dze. Po chwili jed­nak spo­waż­niały, jakby czarne kłę­bia­ste chmury zwia­stu­jące kło­poty prze­sło­niły na­gle słońce, choć za oknem wi­dać było bez­kre­sne błę­kitne niebo. Ta­kie, które jest obiet­nicą spo­koju, ła­god­no­ści, do­bra, zro­zu­mie­nia i wy­łącz­nie po­zy­tyw­nych zda­rzeń. Mimo wszystko były zde­cy­do­wane zre­ali­zo­wać swój za­miar. Kiedy, jak nie dzi­siaj?

W sa­mo­cho­dzie nie od­zy­wały się do sie­bie. Żadna nie włą­czyła ra­dia. Matka sku­piła się na na­wi­ga­cji, która pro­wa­dziła je uli­cami Lu­igi Pi­ran­della, a po­tem Fe­de­rico Fel­li­niego. Pro­wa­dząc, spo­glą­dała na wą­ską pod­miej­ską uliczkę, na któ­rej dwa sa­mo­chody mu­sia­łyby się mi­nąć o włos, je­śli w ogóle zdo­ła­łyby prze­pro­wa­dzić taki ma­newr. Z dru­giej strony ujął ją ten tak ty­powy dla wło­skiego po­łu­dnia brak na­pu­sze­nia. Wielki re­ży­ser Fe­de­rico ma wą­ziutką uliczkę swo­jego imie­nia. I co z tego? Pew­nie przy­jąłby ten straszny afront z kom­plet­nym lu­zem.

Parę mi­nut póź­niej za­trzy­mały się na par­kingu nad za­toczką Cala Port'Alga. Jakby ni­gdy nic wy­sia­dły z fiata, wy­jęły maty, ręcz­niki ką­pie­lowe oraz ko­szyk z lun­chem przy­go­to­wany przez Fran­ce­scę. Nie bez sar­ka­nia.

- Ko­szyk? Jaki ko­szyk? I o któ­rej to niby zje­cie? - ma­ru­dziła. We Wło­szech wiele re­guł można na­giąć, ale pory po­sił­ków są rze­czą świętą. Rano lek­kie śnia­da­nie, czyli kawa i coś słod­kiego, po­tem mię­dzy trzy­na­stą a pięt­na­stą obiad, a na końcu naj­waż­niej­sze - ko­la­cja. I po niej obo­wiąz­kowo lody. Ża­den sza­nu­jący się Włoch nie usią­dzie do głów­nego po­siłku wcze­śniej niż o dwu­dzie­stej czy dwu­dzie­stej pierw­szej. A naj­le­piej jesz­cze póź­niej. Zośka o tym wie­działa, ale miała to w no­sie. W końcu była tylko tu­rystką. Wy­ja­śniła więc cier­pli­wie Fran­ce­sce:

- Po­pro­simy o coś do prze­ką­sze­nia, zjemy, jak zgłod­nie­jemy, na plaży. Pro­szę to do­pi­sać do ra­chunku.

- Pew­nie, że do­pi­szę - fuk­nęła Włoszka. A gdy wcho­dziła do kuchni, rzu­ciła jesz­cze niby do sie­bie, ale tak, żeby było sły­chać: - Jakby nie można było po­cze­kać do ko­la­cji!

Nie sko­men­to­wały tego, bo z za­ple­cza wyj­rzał roz­ba­wiony przy­stoj­niak z kil­ku­dnio­wym czar­nym za­ro­stem i opa­ską na gę­stych lo­kach. Z sze­ro­kim uśmie­chem wy­glą­dał jak z re­klamy wa­ka­cji ży­cia.

- Ciao, ra­gazze! Nie przej­muj­cie się, mamma za­wsze ma zły hu­mor. Ale nikt nie ma ta­kiego do­brego serca jak ona.

- Chodź mi po­móc, a nie ga­dasz głu­poty - od­po­wie­działo mu zrzę­dze­nie z głębi kuchni.

Enzo roz­ło­żył ręce w ge­ście "cóż po­cząć" i znik­nął na za­ple­czu.

Z ulicy Fel­li­niego ru­szyły w stronę za­toczki. Oli­wia po­ka­zała Zo­śce po­sta­wiony na sztorc dziób zie­lo­nej łódki peł­nią­cej funk­cję bi­blio­teczki z książ­kami na wy­mianę. Żadna z ko­biet nie miała jed­nak tego dnia głowy do czy­ta­nia. Za­trzy­mały się na szczy­cie ka­mien­nej skarpy. Za­toczka wci­nała się w ląd wą­skim kli­nem. De­li­katne fale zwil­żały drobny pia­sek na brzegu. Po le­wej stro­nie, wzdłuż na­brzeża cu­mo­wało kilka łó­dek wio­sło­wych, zie­lo­nych jak bi­blio­teczka na gó­rze. Na brzegu stało jesz­cze kilka ta­kich.

Matka i córka swo­bod­nym kro­kiem za­cie­ka­wio­nych tu­ry­stek ze­szły po ka­mien­nych stop­niach do za­toczki. Zośka przy­sta­nęła, za­sta­na­wia­jąc się nad od­po­wied­nim miej­scem, a Oli­wia za­trzy­mała się u jej boku. Żadna nie spoj­rzała na ciem­no­włosą ko­bietę w jed­no­czę­ścio­wym czar­nym ko­stiu­mie ką­pie­lo­wym, która po­kry­wała zie­loną farbą ławkę jed­nej z łó­dek. Na­sto­latka wie­działa do­sko­nale, kim jest wła­ści­cielka wy­po­ży­czalni, bo wi­działa ją wcze­śniej na In­sta­gra­mie. Jej matka do­my­ślała się, ale nie mo­gła się zmu­sić, żeby na nią spoj­rzeć.

Uśmiech­nęła się do córki i wska­zała na­brzeże po le­wej stro­nie za­toczki. Roz­ło­żyły tam swoje ręcz­niki. Bar­dzo sta­ran­nie. Tak jakby za­mie­rzały tu zo­stać na całe lata.

- Faj­nie, co nie? - uśmiech­nęła się na siłę.

- Su­per! - przy­tak­nęła Oli­wia z okrop­nie sztucz­nym en­tu­zja­zmem. Obie były spięte. Obie czuły, że to piękne miej­sce aż drży od emo­cji. Jakby pod zie­mią prze­bie­gały ja­kieś żyły albo jakby głę­boko pod ich sto­pami bu­dził się przed­po­to­powy po­twór.

- Tak, mnie też się po­doba. Do­brze, że tu przy­je­cha­ły­śmy. - Wcale nie tak ła­two przy­cho­dziło jej utrzy­my­wa­nie po­zo­rów. Jej sie­dem­na­sto­let­nia córka to czuła. Nie miała jed­nak dość siły, żeby prze­bić ten ba­lon.

- Idziemy po­pły­wać?

Oli­wia zrzu­ciła dżinsy i ko­szulkę. Stała te­raz w słońcu Pu­glii w sa­mym ko­stiu­mie i pa­trzyła w mo­rze.

- Jak my­ślisz, woda dziś cie­pła? - za­py­tała matkę, która wbiła wzrok w cią­gnący się po ho­ry­zont błę­kit.

- Ad­ria­tyk ni­gdy nie jest cie­pły - od­po­wie­działa z prze­ko­na­niem. Jako istota cie­pło­lubna uwa­żała, że Ad­ria­tyk pod ko­niec czerwca zde­cy­do­wa­nie od­biega od jej ide­ału kom­fortu. I nie miało zna­cze­nia, że w se­zo­nie by­wał mo­rzem bar­dzo cie­płym.

Na­gle za­częła biec.

- Która pierw­sza, ta wy­biera knajpę na ko­la­cję! - rzu­ciła.

- Prze­go­nię cię! - usły­szała za ple­cami Oli­wię. Dziew­czyna za­śmiała się gło­śno, pierw­szy raz tego dnia, i po­bie­gła ile sił w no­gach.

- Na pewno nie! - od­krzyk­nęła Zośka.

- Zo­ba­czysz, już cię mam! Nie dasz rady, sta­ruszko! - pro­wo­ko­wała matkę ro­ze­śmiana sie­dem­na­sto­latka.

Znała swoją córkę. Wie­działa, że jest am­bitna. Bar­dzo lu­biła de­cy­do­wać, choć jesz­cze nie o wszyst­kim mo­gła. Ta ko­la­cja bę­dzie dla niej frajdą!

W jed­nej chwili Oli­wia ją mi­nęła, pierw­sza do­bie­gła do mo­krego pia­sku i rzu­ciła się w fale... wcale nie tak zimne, jak ostrze­gała matka. Za­nu­rzyła się i wy­pły­nęła parę me­trów da­lej. Strze­pała war­ko­czyki na plecy, od­wra­ca­jąc się twa­rzą do plaży. Zośka stała po ko­lana w wo­dzie i raz jedną, raz drugą ręką ochla­py­wała bio­dra. Po­tem... bio­dra. I znowu bio­dra. Zmar­z­luch z niej! Oli­wia śmiała się gło­śno, za­chwy­cona le­ni­wymi pły­wami Ad­ria­tyku. A jej matka po­le­wała już de­kolt i dy­go­tała z zimna. Wi­działa minę córki, jed­nak nic so­bie z niej nie ro­biła. Mu­siała przy­zwy­cza­jać się do tem­pe­ra­tury wody po­woli. Te­raz nie­zdar­nie ochla­py­wała so­bie plecy. Na­gle po­czuła, jak gi­gan­tyczna fala chłodu spada na nią od tyłu. Obej­rzała się. Wło­skie cia­cho z ide­al­nie wy­rzeź­bio­nym brzu­chem ob­da­rzyło ją uśmie­chem. Młody męż­czy­zna ewi­dent­nie chciał przy­pu­ścić na nią drugi atak, bo już się­gał dło­nią do wody.

- Nie, pro­szę, nie! - krzyk­nęła gło­sem naj­wy­raź­niej wy­star­cza­jąco prze­stra­szo­nym, by fa­cet prze­stał się sze­roko uśmie­chać.

- Prze­pra­szam! - rzu­cił, uno­sząc rękę.

- Nie szko­dzi - od­po­wie­działa i chcąc po­ka­zać, że jest świetną pły­waczką, a w do­datku wcale się zimna nie boi, zło­żyła ręce nad głową i za­nur­ko­wała. Był tylko mały pro­blem. Za­po­mniała, że stoi w wo­dzie le­dwo po ko­lana. W związku z tym rę­kami i głową za­ryła w dno, a jej pupa wy­chy­nęła dwu­znacz­nie po­nad po­wierzch­nię wody. Oli­wia aż za­mknęła oczy. Przy­stoj­niak prze­ciw­nie, wy­trzesz­czył swoje.

Po upior­nie dłu­giej chwili Zośka pod­parła się rę­kami i wy­nu­rzyła spod wody głowę z wło­sami peł­nymi pia­sku. Pró­bo­wała się uśmie­chać, jakby to była jej stała prak­tyka. Ta­kie yoga di­ving. Za­uwa­żyła jed­nak minę Oli­wii i za­że­no­wane spoj­rze­nie, które ta kie­ro­wała na Wło­cha. Prze­nio­sła więc wzrok na niego. Był ewi­dent­nie roz­ba­wiony, ale uda­wał po­waż­nego.

- Nie szko­dzi - rzu­cił, po czym kilka kro­ków jego bo­skiego ciała star­czyło, by do­tarł do głęb­szej wody i jak strzała znik­nął pod jej po­wierzch­nią. Wy­pły­nął da­leko od brzegu.

Za­wo­łała do córki:

- Ja już się na­pły­wa­łam na dzi­siaj. Idę się wy­su­szyć.

Udało jej się do­trzeć do ich bazy bez ko­lej­nego bla­mażu. Owi­nęła się ręcz­ni­kiem pla­żo­wym. Od razu też za­częła czuj­nie ob­ser­wo­wać córkę, która roz­ma­wiała z ja­kimś mło­dym chło­pa­kiem. Pół­dłu­gie ciemne włosy fa­lo­wały mu na wie­trze, a śniade ra­miona błysz­czały od kro­pe­lek sło­nej wody. Dziew­czyna pa­trzyła na niego z uśmie­chem, po­pra­wia­jąc war­ko­czyki. Zośka czuła, że to już się za­czyna. Że jej dziecko bę­dzie co­raz bar­dziej do­ro­słe, co­raz bar­dziej sa­mo­dzielne. A naj­gor­sze, że bę­dzie się wo­lała przy­tu­lać do ta­kiego typa jak ten, który ją te­raz roz­śmie­szał. Mó­wie­nie, że to na­tu­ralny cykl ży­cia, to żadne po­cie­sze­nie. Jak ona chcia­łaby, żeby Oli­wia była za­wsze ma­lutka, mię­ciutka i pach­nąca mle­kiem.

- Trzeba było so­bie uro­dzić plu­szaka - za­mru­czała do sie­bie z prze­ką­sem.

Tym­cza­sem ro­ze­śmiana sie­dem­na­sto­latka wy­bie­gła z wody. Po­ma­chała na po­że­gna­nie chło­pa­kowi, który od­wró­cił się w stronę grupki ko­le­gów.

- Mamo! Za­je­bi­sta woda, co?

- Kto to był? - Zośka zi­gno­ro­wała jej py­ta­nie i po­wio­dła wzro­kiem w kie­runku roz­ba­wio­nych mło­dych męż­czyzn.

- Da­vide. Miej­scowy.

- Mó­wił coś cie­ka­wego?

- Wiesz, że tu­taj jest co roku kon­kurs Red Bulla na skoki do wody?

- I co? Star­to­wał?

No tak, chło­pak pew­nie sprze­dał Oliwce ja­kąś im­po­nu­jącą opo­wieść. Lo­kalny he­ros. Ska­cze do wody, ocala dzieci z po­ża­rów, a w wol­nych chwi­lach ra­tuje sta­ruszki przed pę­dzą­cymi sku­te­rami.

- Mamo, o co ci cho­dzi? - Nie­spo­dzie­wa­nie dla Zośki jej córka się spięła.

- O nic. Py­tam po pro­stu. Po­zna­łaś mło­dego czło­wieka, chcę się cze­goś do­wie­dzieć. Tylko tyle.

- Mam go po­pro­sić, żeby ci przy­słał CV?

- Oczy­wi­ście, że nie. Nie­ważne.

- No nie­ważne - po­wtó­rzyła Oli­wia, a matka do­my­śliła się, że jej mała có­reczka wła­śnie prze­żywa swoje pierw­sze "za­ko­cha­nie od pierw­szego wej­rze­nia" i bę­dzie strze­gła do­stępu do swo­ich emo­cji jak naj­więk­szej ta­jem­nicy. A ona musi po­ko­nać te za­sieki cier­pli­wo­ścią, mi­ło­ścią i życz­li­wo­ścią. Ina­czej ni­czego się nie do­wie.

Ale to jesz­cze nie w tej chwili. Bo wła­śnie stało się coś, czego żadna z nich się nie spo­dzie­wała ani nie brała pod uwagę. Na Zośkę padł cień ja­kiejś po­staci.

- Ciao! - usły­szały. - Wiem, kim je­ste­ście.

Spoj­rzały na ko­bietę, która nad nimi sta­nęła. Tę samą, która wcze­śniej ma­lo­wała ławkę łódki. Na twa­rzy miała wy­pi­sane py­ta­nie, któ­rego nie mu­siała wcale wy­po­wia­dać. Jej ciemne po­łu­dniowe oczy pra­wie krzy­czały: "Co wy tu, kurwa, ro­bi­cie?!".