Po zameldowaniu się w Grand Hotelu
Kerstin poszła odpocząć w swoim pokoju. Faye najpierw chciała pójść do
spa i zarezerwować sobie zabieg, ale doszła do wniosku, że jest za
bardzo rozemocjonowana. Dlatego zeszła do hotelowego baru Cadier.
Usiadła przy długim kontuarze i rozejrzała się. W Cadier było jak zawsze
pełno. Większość klientów stanowili ludzie interesu w drogich
garniturach, o coraz wyższych czołach i sporych brzuchach od częstych
lunchów biznesowych. Kobiety również były kosztownie ubrane, Faye
odhaczała w myślach marki, które rozpoznawała po jednym spojrzeniu: Hugo
Boss, Max Mara, Chanel, Louis Vuitton, Gucci. Kilka osób odważyło się na
Pucci. Emilio Pucci sygnował ciuchy z kategorii "ekskluzywna
buntowniczka", Faye też miała w swojej garderobie sporo sztuk z jego
kolekcji z ostatnich paru lat.
Dziś ubrała się nieco dyskretniej. Spodnie od Diany von Furstenberg i jedwabna bluzka od Stelli McCartney w kolorze kremowym - ciuchy nadające
się do pralni chemicznej. Bransoletki Love od Cartiera. Drgnęła, kiedy
zorientowała się, że obok bransoletki "Fuck Cancer" ma drugą, zrobioną
przez Julienne z kolorowych perełek zestawionych bez ładu i składu.
Szybko zdjęła ją i schowała do kieszeni. Zapomniała o niej, a przecież w Szwecji Julienne uchodzi za zmarłą.
- Co podać?
Młody blondyn za barem patrzył na nią uważnie; zamówiła mojito, jeden z ulubionych drinków Chris. Wyobraziła sobie, jak przyjaciółka miesza
drinka i z figlarnym spojrzeniem opowiada o swojej ostatniej przygodzie
- w biznesie albo z jakimś przystojnym młodym człowiekiem.
Barman odwrócił się i zabrał do eleganckiego mieszania drinka w wysokiej
szklance. Faye włączyła laptopa. Do jutra nic nie zrobi w sprawie wykupu
akcji Revenge, a więc teraz mogłaby popracować nad wejściem firmy na
rynek amerykański. Pomoże jej to zachować spokój.
Praca zawsze działała na nią w ten sposób. Po czasie nie mieściło jej
się w głowie, jak mogła dać się przekonać Jackowi, żeby rzucić studia, a potem pracę zawodową, i zamiast tego tłuc się po mieszkaniu jak
niespokojny duch albo spędzać czas na niekończących się bezsensownych
obiadkach i nudnych rozmowach. Czy to życie, dopóki się nie rozpadło,
dawało jej szczęście? A może sobie to wmówiła? Bo nie miała wyboru? Bo
Jack ją w to wmanewrował?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Faye włączyła maszynkę Nespresso.
Czekając na kawę, spojrzała przez wysokie okno kuchni i - jak zwykle -
zachwyciła się widokiem.
Dom w Ravi stał się jej rajem na ziemi. Miejscowość nie była duża,
liczyła dwustu stałych mieszkańców. Wystarczyło pięć minut, żeby obejść
całą wolnym krokiem. Na ryneczku znajdowała się restauracja, gdzie
serwowano najlepszą pizzę i pastę, jaką Faye jadła kiedykolwiek. Co
wieczór było tu pełno. Czasem wpadli jacyś turyści, zwłaszcza pod koniec
maja robiło się ich więcej. Wśród nich pełni entuzjazmu francuscy
rowerzyści albo amerykańscy emeryci, spełniający marzenia o zwiedzaniu
Włoch wynajętym kamperem, podczas gdy ich dorosłe dzieci nie mogą
zrozumieć, dlaczego rodzice koniecznie muszą żyć własnym życiem, zamiast
dyżurować przy wnukach.
Nie było Szwedów.
Od czasu, kiedy kupiła swój dom, Faye nie widziała tu ani jednego
rodaka, co również przesądziło o wyborze tej, a nie innej miejscowości.
W Szwecji Faye była celebrytką na skalę ogólnokrajową. We Włoszech
zarówno chciała, jak i musiała pozostawać anonimowa.
Jej piękny stary dom nie znajdował się we wsi, tylko w odległości
dwudziestu minut spacerem, na wysokim wzgórzu z pnącą się po zboczach
winoroślą. Faye kochała przechadzać się po tutejszych pagórkach, chodzić
po chleb, ser i prosciutto. Banalne życie na włoskiej wsi, z którego
czerpała największą przyjemność. Podobnie jak jej matka Ingrid, Kerstin
i Julienne. W ciągu dwóch ostatnich lat, odkąd Jack, były mąż Faye,
wylądował w więzieniu, stworzyły zgrany kwartet.
Kerstin i Ingrid prześcigały się w rozpieszczaniu Julienne, a od kiedy
Kerstin zaczęła spędzać coraz więcej czasu na wyjazdach, Ingrid wzięła
na siebie obowiązek codziennego posyłania jej aktualnych zdjęć i sprawozdań z życia dziewczynki.
Espresso było gotowe, Faye wzięła filiżankę i przez salon przeszła na
tył domu; dochodzące stamtąd radosne okrzyki i pluski zdradzały, że jest
tam basen. Faye uwielbiała swój salon. Urządzenie domu zabrało sporo
czasu, ale dzięki cierpliwości i jednemu z najlepszych włoskich
architektów uzyskała dokładnie taki efekt, jaki chciała. Grube kamienne
ściany utrzymywały w środku przyjemny chłodek nawet podczas największych
letnich upałów, ale sprawiały też, że było ciemnawo. Radą na to były
duże jasne meble i dyskretne oświetlenie. Szerokie okna z tyłu domu
również wpuszczały sporo światła. Cieszyło ją, że pokój niemal
niepostrzeżenie przechodził w taras.
Gdy wychodziła na zewnątrz, biała zasłona musnęła ją pieszczotliwie.
Popijając kawę, obserwowała córeczkę z babcią. W pierwszej chwili jej
nie zauważyły. Julienne sporo urosła, włosy spłowiały jej na słońcu i zrobiły się prawie białe. Z każdym dniem przybywało jej piegów, była
ślicznym, zdrowym i szczęśliwym dzieckiem. Mającym to wszystko, czego
życzyła jej Faye. I co stało się możliwe dzięki temu, że w ich życiu nie
było Jacka.
- Mamo, mamo, zobacz, umiem już pływać bez rękawków!
Faye uśmiechnęła się i zrobiła zdumioną minę, by okazać podziw. Julienne
płynęła po głębokiej stronie basenu, pieskiem, jej ruchy zdradzały
wysiłek, ale rzeczywiście nie miała dmuchanych rękawków z misiem Bamse;
zostały na brzegu. Babcia patrzyła nerwowo na wnuczkę, siedziała
wychylona do przodu, gotowa w każdej chwili wskoczyć do basenu.
- Spoko, mamo, da radę.
Faye wzięła kolejny łyk espresso. Zaraz dopije do końca. Szkoda, że nie
zrobiła sobie cappuccino.
- Uparła się, żeby pływać po głębokiej stronie basenu - odpowiedziała z lekką desperacją matka Faye.
- Ma ten upór po swojej mamie.
- Owszem, wiem coś na ten temat.
Ingrid zaśmiała się, a Faye pomyślała to samo co wiele razy przedtem
podczas minionych dwóch lat, że matka jest wciąż piękna. Mimo ciężkich
chwil, na które wystawiło ją życie.
Faye i Kerstin jako jedyne wiedziały, że Ingrid i Julienne żyją. Dla
świata obie były martwe: Julienne zamordowana przez ojca, który trafił
za to do więzienia, gdzie odbywał teraz karę dożywocia. Jack był bliski
zniszczenia Faye, która była zniewolona przez swoją miłość do niego.
Jednak na końcu to on został wielkim przegranym.
Faye podeszła do matki i usiadła na stojącym obok rattanowym fotelu.
Ingrid w napięciu obserwowała wnuczkę.
- Musisz znów wyjeżdżać? - spytała, nie odrywając wzroku od Julienne.
- Moment wejścia Revenge na rynek w Stanach jest coraz bliższy, mamy
mnóstwo roboty w związku z nową emisją akcji. Jeśli uda mi się
doprowadzić do kupna pewnej firmy w Rzymie, będzie ona dla nas mocnym
atutem. Właściciel, Giovanni, skłania się do tego, żeby mi ją sprzedać,
ale muszę go przekonać, że cena, jaką mu proponuję, jest najlepszą ze
wszystkich ofert. A on, jak każdy mężczyzna, mocno przecenia swoją
wartość.
Matka spoglądała niespokojnie to na Faye, to na Julienne.
- Nie rozumiem, po co ty wciąż tyle pracujesz. Zachowałaś sobie tylko
dziesięć procent udziałów w Revenge, ale dzięki temu, co zarobiłaś na
swoich akcjach, mogłabyś nie pracować do końca życia.
Faye wzruszyła ramionami, dopiła espresso i odstawiła filiżankę na
rattanowy stolik.
- To prawda, i jakaś część mnie z przyjemnością zostałaby tu z wami. Ale
wiesz, jaka jestem. Po tygodniu umarłabym z nudów. Poza tym Revenge to
moje dziecko, bez względu na to, ile mam udziałów. No i wciąż jestem
prezeską zarządu. Oprócz tego czuję się odpowiedzialna za kobiety, które
kiedyś weszły do firmy, inwestując w nią, a teraz są właścicielkami
akcji. One wtedy zaryzykowały, więc nadal chcę zarządzać firmą. Prawdę
powiedziawszy, zastanawiam się nad odkupieniem większej liczby udziałów,
gdyby któraś chciała sprzedać. Tak czy inaczej, zrobią dobry interes.
Matka podniosła się lekko, gdy Julienne zrobiła nawrót przy krótszej
ścianie basenu.
- Tak, wiem, siostrzeństwo i tak dalej - powiedziała. - Mam o kobiecej
lojalności trochę inne zdanie niż ty.
- Mamo, teraz są nowe czasy. Kobiety trzymają ze sobą. Tak czy owak,
Julienne nie ma nic przeciwko temu, że zrobię krótki wypad do Rzymu,
wczoraj odbyłyśmy rozmowę na ten temat.
- Jesteś dzielna, wiesz, że tak uważam, prawda? Że jestem z ciebie
dumna?
Faye chwyciła jej rękę.
- Tak, wiem. Zaopiekuj się moją smarkulą, żeby się nie utopiła, a ja
niedługo wrócę.
Podeszła do córki, która na przemian to płynęła, to się krztusiła.
- To pa, kochanie, jadę!
- Pa...
Znów się zakrztusiła, bo próbowała jednocześnie płynąć i machać ręką.
Faye kątem oka zobaczyła jeszcze, jak matka pospieszyła do basenu.
W salonie Faye chwyciła spakowaną walizkę, limuzyna, która miała zawieźć
ją do Rzymu, na pewno już przyjechała. Podniosła piękną walizkę Louis
Vuitton, żeby kółka nie porysowały ślicznej, zabejcowanej na ciemno
podłogi, i skierowała się do drzwi. Minęła gabinet Kerstin, która
siedziała wpatrzona w ekran, okulary do komputera zjechały jej jak
zwykle na koniec nosa.
- Puk, puk, wyjeżdżam.
Kerstin nie podniosła wzroku, między brwiami miała głęboką zmarszczkę
świadczącą o zatroskaniu.
- Wszystko w porządku?
Faye weszła do gabinetu i odstawiła walizkę.
- Sama nie wiem... - odparła powoli Kerstin, nie patrząc na nią.
- Nooo, zaniepokoiłaś mnie. Jakieś problemy z nową emisją akcji? Chodzi
o wejście na rynek amerykański?
Kerstin pokręciła głową.
- Jeszcze nie wiem.
- Jest się o co martwić?
Kerstin zwlekała z odpowiedzią.
- Jeszcze nie...
Na dworze rozległ się klakson, Kerstin skinęła głową w stronę drzwi.
- Jedź. Sfinalizuj transakcję w Rzymie. Potem pogadamy.
- Ale...
- To na pewno nic takiego.
Kerstin uśmiechnęła się do niej uspokajająco, jednak idąc do ciężkich
drewnianych drzwi, Faye nie mogła uwolnić się od wrażenia, że coś się
dzieje, i to coś złego. Ale jakoś się to rozwiąże. Na pewno. Taka już
była.
Wsiadła, dała kierowcy znak ręką, by jechał, a potem otworzyła czekającą
na nią buteleczkę. Samochód ruszył do Rzymu, a Faye w zamyśleniu
popijała szampana.
Faye przyjrzała się sobie w lustrze
windy. Trzej panowie w garniturach spoglądali na nią z uznaniem.
Otworzyła torebkę Chanel, zrobiła dzióbek i powoli, starannie umalowała
usta szminką Revenge. Założyła za ucho blond kosmyk i zakręciła szminkę
z wygrawerowanym R w momencie, gdy winda dotarła do westybulu, a panowie odsunęli się, robiąc przejście. Jej kroki odbiły się echem od
białej marmurowej podłogi, a powiew nocnego powietrza zatrzepotał
czerwoną sukienką, kiedy portier przytrzymał przed nią szklane drzwi.
- Taksówkę, signora? - spytał.
Z uśmiechem pokręciła głową i nie zwalniając, wyszła na chodnik, po czym
skierowała się w prawo. Samochody stały, trąbiły, kierowcy klęli przy
opuszczonych szybach.
Faye rozkoszowała się poczuciem wolności, tym, że jest sama w mieście,
gdzie zna niewiele osób i nikt nie może się niczego od niej domagać.
Poczuciem, że jest wolna od odpowiedzialności i winy. Spotkanie z Giovannim, właścicielem małej rodzinnej firmy kosmetycznej, której
wyroby miały uzupełnić istniejącą już linię produktów Revenge, poszło
znakomicie. Do Giovanniego dotarło w końcu, że przekonując ją do
przyjęcia swoich warunków, nie może stosować wobec niej władczych
technik i męskiej dominacji, a wtedy spotkanie obróciło się na jej
korzyść.
Faye uwielbiała element gry w negocjacjach. Po drugiej stronie miała
najczęściej do czynienia z mężczyznami, którzy ciągle popełniali ten sam
błąd, mianowicie nie doceniali jej kompetencji tylko dlatego, że jest
kobietą. W końcu musieli uznać swoją porażkę i wtedy reagowali na dwa
sposoby. Jedni wychodzili ze spotkania, gotując się ze złości,
utwierdzeni w swojej nienawiści do kobiet. A drudzy, zachwyceni jej
pewnością siebie i umiejętnościami, wychodzili z wyraźnym wybrzuszeniem
w spodniach, pytając, czy przyjmie zaproszenie na kolację.
Był ciepły wieczór, Faye miała wrażenie, że miasto wokół niej wibruje,
zaraz chwyci ją w objęcia wraz z jej tęsknotami. Spacerowała bez celu.
Okazja się nadarzy, jeśli tylko pozwoli sobie poczuć całym ciałem puls
miasta.
Wkrótce będzie znów musiała założyć maskę i grać przypisaną rolę. Jednak
dziś wieczorem może być, kim zechce. Szła przed siebie, aż dotarła do
pięknego, brukowanego placu, a potem zagłębiła się w labiryncie uliczek.
Pomyślała sobie, że trzeba się zatracić, by móc potem powstać.
Z cienia wyłonił się mężczyzna, ochrypłym głosem oferował jakieś towary.
Faye pokręciła głową. Przed sobą zobaczyła skąpane w żółtym świetle
wielkie drzwi, które otworzyły się miękko przed czekającą parą.
Mężczyzna i kobieta weszli do środka. Drzwi zamknęły się.
Faye przystanęła i rozejrzała się, a potem podeszła. Był tam mały
dzwonek. Nad nim kamera. Nacisnęła guzik i nasłuchiwała bezskutecznie
sygnału. W końcu rozległ się trzask zamka i drzwi otworzyły się. Ukazało
się ogromne pomieszczenie wypełnione pięknymi ludźmi i brzękiem
kieliszków. Przed sobą miała szklaną ścianę, a za nią wspaniały taras.
Znajdujące się kilometr dalej oświetlone ruiny Koloseum wyglądały jak
rozbity statek kosmiczny.
W wielkim lustrze w złotej oprawie widziała znajdujące się za jej
plecami grupki wytwornie ubranych ludzi, pogrążonych w rozmowach. Młode
kobiety, piękne i gustownie umalowane, w krótkich, eleganckich sukniach.
Mężczyźni na ogół nieco starsi, również przystojni, promieniejący
spokojem i tego rodzaju pewnością siebie, jaka często wynika z zamożności. Docierały do niej okruchy rozmów prowadzonych po włosku.
Kieliszki były napełniane, opróżniane i napełniane ponownie.
W pewnej odległości zobaczyła całującą się młodą parę. Faye przyglądała
im się z fascynacją, wręcz nie mogła oderwać wzroku. Młodzi ludzie, w wieku około dwudziestu pięciu lat. On wysoki, przystojny na sposób
włoski, z niegolonym zarostem, z którym było mu do twarzy, wydatnym
nosem, czarne włosy czesane z przedziałkiem. Ona w kosztownej sukni
koloru kości słoniowej, opinającej się na biodrach i podkreślającej
talię. Ciemnobrązowe włosy nosiła niedbale upięte.
Byli ewidentnie tak zakochani, że nie mogli przestać się dotykać. Jego
długie palce wędrowały raz za razem po wewnętrznej stronie jej opalonych
ud. Faye uśmiechnęła się. Kiedy ich spojrzenia się spotkały, nie
odwróciła wzroku, tylko obserwowała spokojnie młodą parę. Podniosła do
ust drinka, whiskey sour. Kiedyś ona również była taka zakochana. Jednak
ta miłość ją zdusiła, zrobiła z niej bezwolne stworzenie tkwiące w złotej klatce.
Jej myśli przerwało podejście młodej kobiety.
- Chciałabym wraz z moim narzeczonym zaprosić cię na drinka -
powiedziała po angielsku.
- Nie wydaje mi się, żebyście potrzebowali towarzystwa - odparła
rozbawiona Faye.
- Twojego towarzystwa - owszem. Jesteś bardzo piękna.
Kobieta miała na imię Francesca, urodziła się w Porto Alegre na
brazylijskim wybrzeżu Atlantyku, była modelką i malarką. Mężczyzna,
Matteo, pochodził z rodziny właścicieli potężnego konsorcjum
hotelowo-restauracyjnego, podobnie jak Francesca malował, ale nie tak
dobrze jak ona, co podkreślił z nieśmiałym uśmiechem. Oboje byli mili,
uprzejmi i potrafili ją rozśmieszyć. Ich apetyt na życie i beztroska
były wręcz zaraźliwe. Faye wypiła kolejne dwa drinki. Czuła się olśniona
ich urodą, młodością i miłością, ale zupełnie bez zawiści. Nie brakowało
jej mężczyzny u boku. Chciała sama kierować swoim życiem bez
konieczności brania pod uwagę drugiej osoby. Jednak widok ich obojga
razem był dla niej bardzo pociągający.
Po godzinie Matteo przeprosił i oddalił się w stronę toalety.
- Zaraz wychodzimy - powiedziała Francesca.
- Ja też, jutro wracam do domu.
- A może wpadłabyś do nas na trochę, przedłużylibyśmy wieczór?
Faye rozważała propozycję, nie odwracając wzroku. Najwyżej odeśpi
podczas jazdy powrotnej do domu. Nie chciała kończyć wieczoru, jeszcze
nie. Chciała zobaczyć więcej.
Taksówka zatrzymała się przed okazałym, dość wysokim budynkiem. Matteo
zapłacił, wtedy wysiedli i zostali wpuszczeni przez portiera w liberii.
Mieszkanie na najwyższym piętrze miało wielkie panoramiczne okna i balkon wychodzące na piękny park. Na ścianach wisiały czarno-białe
fotografie, Faye przyjrzała im się bliżej i zauważyła, że na wielu z nich była Francesca. Z głośników popłynęła włoska muzyka pop. W głębi
pokoju Matteo mieszał drinki przy barku na kółkach, a Francesca
opowiadała jakąś anegdotę, która tak rozbawiła Faye, że dawno nie śmiała
się tak serdecznie.
Usiadła na ogromnej kremowej sofie obok Franceski. Matteo podał im
drinki i usiadł z drugiej strony Faye. Dochodzący z ulicy gwar działał
uspokajająco, jednocześnie Faye poczuła przyjemny szum w głowie,
oczekiwanie i podniecenie.
Francesca odstawiła drinka na stolik, nachyliła się, miękkimi palcami
odsunęła ramiączko czerwonej sukni Faye i pocałowała ją w obojczyk. Faye
poczuła falę gorąca przechodzącą przez jej ciało. Matteo odwrócił jej
głowę do siebie, przybliżył usta, ale w ostatniej chwili musnął ją
wargami w szyję i skubnął zębami w kark, który potem pocałował. Dłoń
Franceski pieściła jej udo, przesuwając się do góry, by w ostatniej
chwili zatrzymać się i drocząc, wylądować na jej krzyżu. Wszystko było
jak we śnie.
Najpierw rozebrali ją, potem siebie.
- Chcę na was popatrzeć - szepnęła Faye. - Jak jesteście ze sobą.
Przypomniało jej się, jak Jack kilka razy proponował, by doprosili sobie
jakąś kobietę. Faye wtedy odmówiła. Nie dlatego, żeby ta myśl nie była
dla niej pociągająca, ale dlatego, że wyraźnie chodziło o zaspokojenie
tylko jego potrzeb. Tutaj sytuacja wyglądała inaczej. Faye była tu dla
nich obojga. Nie znudzili się sobą, ale ich miłość i wzajemny pociąg
były tak silne, że byli w stanie objąć nimi jeszcze jedną osobę.
Faye jęknęła, kiedy Matteo wszedł w nią od tyłu, przechyliwszy ją do
Franceski. Patrzyła teraz w szeroko otwarte oczy Brazylijki, która
obserwowała to z rozchylonymi ustami.
- Kochanie, podoba mi się, jak ją pieprzysz - szepnęła Francesca do
Matteo.
W tym momencie Faye służyła im wprawdzie jako narzędzie do wzmocnienia
wzajemnej relacji, ale nie czuła się z niej wyłączona.
Nadchodził dla niej moment szczytowania, gdy Matteo się wycofał.
Tworzyli na sofie jedną wielką plątaninę nagich spoconych ciał. Faye
nigdy nie przeżyła czegoś równie intymnego, była częścią ich rozkoszy.
Zadrżała, gdy Francesca się przysunęła. Nie odrywając od siebie wzroku,
uklękły na sofie, pochyliły się, a on wbił się najpierw we Franceskę,
potem w Faye, która w chwili orgazmu wydała krzyk. Matteo już nie mógł
się powstrzymać, oddychał coraz mocniej.
- Dokończ w niej - jęknęła Francesca.
Faye poczuła, jak stwardniał, by zaraz eksplodować.
Mocno przytuleni, przeszli potem wszyscy troje do wielkiego łóżka w sypialni. Wciąż jeszcze dysząc, podawali sobie papierosa. Faye nastawiła
budzik w komórce, żeby nie zaspać, i spróbowała zasnąć. Pół godziny
później dała za wygraną. Ostrożnie wyplątała się z pościeli, nie budząc
ich. Poruszyli się trochę, objęli i przytulili na ciepłym, opuszczonym
przez nią miejscu.
Nie ubierając się, nalała sobie kieliszek szampana z otwartej butelki i zabrała na balkon. Miasto było pełne odgłosów i świateł. Usiadła na
leżaku, opierając nogi na balustradzie. Ciepły letni wietrzyk pieścił
jej nagie ciało, łaskotał, drażnił. Tę idealną chwilę zepsuło
wspomnienie wyrazu twarzy Kerstin, wpatrującej się w ekran komputera.
Niewiele rzeczy mogło poruszyć Kerstin. Stanowiła opokę, przy której
inne były zaledwie nieznaczącą kupą kamieni. Coś było nie w porządku.
Faye popijała szampana, czemu towarzyszył natłok myśli. W przypadku tak
dużej firmy jak Revenge i skali ich inwestycji bardzo wiele rzeczy mogło
pójść nie tak. Wielkie pieniądze, wielkie inwestycje i wielkie zyski to
również wielkie ryzyko. W życiu nie ma nic pewnego i niewzruszonego.
Akurat ona wiedziała o tym bardzo dobrze.
Odwróciła się i spojrzała na leżącą w łóżku piękną parę. Uśmiechnęła
się. Nie chciała teraz myśleć o zatroskanej minie Kerstin ani o tym, co
ją czeka. Zapragnęła czegoś innego.
Mama!
Julienne podbiegła i złapała Faye w mokre objęcia.
- Nie biegaj po płytach! - zawołała Ingrid ze swojego rattanowego
fotela.
- Zamoczyłaś się, mamo - zmartwiła się Julienne, gdy już zwolniła uścisk
i zobaczyła mokrą plamę na przodzie jej bluzki.
- Nie szkodzi, kochanie. Samo wyschnie. Zdaje się, że od mojego wyjazdu
w ogóle nie wychodziłaś z basenu?
- Nie wychodziłam - zachichotała Julienne. - Spałam w basenie i nawet
jadłam.
- Coś takiego. Myślałam, że mam córeczkę, a okazuje się, że to mała
syrenka!
- Tak! Jak Ariel!
- Zupełnie jak Ariel.
Faye pogłaskała córkę po mokrej głowie, jej włosy jakby zaczęły mienić
się na zielono.
- Idę się rozpakować i zaraz wracam - zawołała do Ingrid, która kiwnęła
głową i wróciła do swojej książki. Najwyraźniej zdążyła już zaufać
umiejętnościom pływackim wnuczki.
Faye weszła schodami na piętro i zaniosła walizkę do sypialni. Szybko
ściągnęła z siebie mokrą bluzkę i pozostałe ciuchy, w których
przyjechała, po czym przebrała się w miękki bawełniany dres. Walizkę
wstawiła do garderoby. Później wypakuje ją jej asystentka Paola.
Łóżko wyglądało tak zapraszająco, że Faye położyła się na narzucie, ręce
założyła pod głowę i pozwoliła sobie na chwilę rozluźnienia. Uśmiechnęła
się na myśl o tym, co było w Rzymie. Ziewnęła, poczuła, że jest bardzo
zmęczona. W nocy dosłownie nie zmrużyła oka. Przysnęła dopiero w samochodzie z Rzymu. Teraz nie chciała ryzykować, że zaśnie, natomiast z biegiem lat nauczyła się sztuki kilkuminutowego odprężenia, by potem
wstać z nową energią. Metoda polegała na powstrzymaniu się przed
zamknięciem oczu, a więc rozglądała się po pokoju, zatrzymując wzrok na
szczegółach i ogarniając całość.
Sypialnia była jej oazą. W jasnych kolorach jak reszta domu, w delikatnej bieli pomieszanej z miękkim błękitem. Smukłe, eleganckie
meble, nic ciężkiego. Nic w rodzaju olbrzymiego, masywnego biurka, które
kupiła Jackowi w prezencie dlatego tylko, że kiedyś należało do Ingmara
Bergmana. Jack uwielbiał takie rzeczy. Wielkie gesty. Przedmioty,
którymi można się chwalić. Oprowadzać gości po domu i mimochodem
wspomnieć, że mijane biurko było kiedyś własnością wielkiego reżysera.
Faye spojrzała z przyjemnością na swoje zgrabne białe biureczko. Nie
należało wcześniej do żadnego despotycznego pyszałka, zdradzającego i wykorzystującego swoje kobiety. Było tylko jej. Nieobciążone żadnym
wspomnieniem. Tak jak Faye, która wyzwoliła się ze swojej przeszłości.
Przeobraziła się.
Usiadła na łóżku i spuściła nogi. Znów odezwał się niepokój po słowach
Kerstin. Nie powinna tego dłużej odkładać. Gabinet był pusty, kiedy go
mijała, więc Kerstin jest zapewne w swoim pokoju. Często ucinała sobie
drzemkę po południu, a Faye wolała nie pamiętać, że Kerstin nie jest już
pierwszej młodości, że skończyła siedemdziesiątkę, a nawet więcej. Na
samą myśl, że Kerstin miałoby nie być u jej boku, Faye robiło się słabo.
Utrata Chris uświadomiła jej bardzo wyraźnie, że nikt i nic nie jest
dane na zawsze. A przecież śmierć była od dawna obecna w jej życiu.
Zapukała do drzwi Kerstin.
- Nie śpisz?
- Nie śpię.
Faye weszła do pokoju, a Kerstin usiadła na łóżku i ze wzrokiem
zamglonym od snu sięgnęła do nocnego stolika po okulary.
- Dobrze spałaś?
- Ja nie spałam - odparła Kerstin, wstała i wygładziła spodnie. - Tylko
zamknęłam oczy, żeby mi odpoczęły.
Faye skrzywiła się lekko na mocne zapachy unoszące się w dużej sypialni
Kerstin. Od kiedy podczas wyjazdu do Indii poznała Bengta, który
pracował w szwedzkim konsulacie w Mumbaju, spędzała tam coraz więcej
czasu. Zaangażowała się w pomoc dla miejscowego domu dziecka i woziła
tam spore ilości artykułów pierwszej potrzeby. Tyle że również
przywoziła z Indii mnóstwo różnych przedmiotów dekoracyjnych. Co pewien
czas próbowała umieścić na sofach w salonie jakiś pled albo poduszeczkę
ze złotymi frędzlami, ale Paola miała przykazane, że wszystko ma
natychmiast wracać do pokoju Missis Karin. Musiały zrezygnować z nauczenia temperamentnej Włoszki wymowy imienia Kerstin1 i pogodzić się z łatwiejszą dla niej wersją Karin.
- Tęsknisz za Bengtem?
Kerstin prychnęła i włożyła kapcie stojące równo przed łóżkiem.
- W moim wieku się nie tęskni. Kiedy człowiek jest starszy... wygląda to
jednak inaczej.
- Opowiadasz - odparła z uśmiechem Faye. - Paola się wygadała, że
missis Karin has much nicer underwear now.
- No wiesz!
Kerstin tak się zaczerwieniła, że rumieniec spłynął jej na szyję. Faye
nie mogła się powstrzymać i przytuliła ją.
- Kerstin, bardzo się cieszę ze względu na ciebie. Ale mam nadzieję, że
on cię tak całkiem nie zagarnie, nam też jesteś potrzebna.
- Bez obaw, wystarczy, że trochę tam pobędę, i już mam go dosyć.
Uśmiech jakoś nie objął jej oczu.
- Chodźmy do gabinetu. Muszę ci coś pokazać.
Zeszły na dół w milczeniu. Faye czuła, że z każdym krokiem robi jej się
ciężej na sercu. Coś było nie tak. I to bardzo.
Kerstin usiadła za biurkiem, zaszumiał włączony przez nią komputer. Faye
usiadła w jednym ze stojących naprzeciwko dwóch foteli chippendale.
Wprawdzie tu również obowiązywał "zakaz sari", jednak Faye umeblowała
ten gabinet z myślą o Kerstin, która oprócz zamiłowania do wszystkiego,
co hinduskie, miała również wielką pasję: Winstona Churchilla. A więc
urządziła pokój w klasycznym angielskim stylu z pewnym współczesnym
sznytem. Zwieńczeniem jej dzieła była wisząca nad biurkiem olbrzymia
oprawiona fotografia Churchilla.
Kerstin odwróciła ekran do Faye, która starała się ułożyć migocące cyfry
w jakiś spójny obraz. Znała się na numerologii świata biznesu, ale
prawdziwą ekspertką w tej dziedzinie okazała się Kerstin. Z góry
spoglądał sir Winston, ale Faye unikała patrzenia w tę stronę.
Niepotrzebne jej było surowe spojrzenie mężczyzny.
- Do mnie należy czuwanie nad księgą akcyjną Revenge, kiedy ty masz na
głowie sprawy związane z wejściem na rynek amerykański i nową emisją.
Przed twoim wyjazdem do Rzymu sprzedano dwa pakiety akcji. Teraz kolejne
trzy.
- Ten sam kupiec?
Kerstin pokręciła głową.
- Nie, ale nie mogę się pozbyć wrażenia, że te zakupy są uzgodnione.
- Myślisz, że ktoś usiłuje przejąć Revenge?
- Być może - odparła Kerstin, patrząc znad okularów. - Boję się, że
właśnie stajemy wobec takiej ewentualności.
Faye odchyliła się na fotelu. Była spięta, poczuła przypływ adrenaliny,
a w głowie miała gonitwę myśli. Jednak nakazała sobie spokój. Za
wcześnie na spekulacje. W tym momencie przede wszystkim potrzeba jej
faktów.
- Kto sprzedaje?
- Wiele osób. Wypisałam nazwiska.
Podsunęła jej listę. Kerstin znała Faye, która wolała mieć wrażliwe dane
biznesowe na papierze, nie tylko na ekranie. Na rzecz lasów chciała
działać w inny sposób.
- Nie rozumiem... tego, że sprzedają...
- Nie ma czasu na sentymenty. Trzeba ocenić sytuację, zapoznaj się z tymi danymi, a ja pogrzebię dalej. Potem się możemy powściekać, nie
teraz, żeby nie marnować energii.
Faye pokiwała głową. Racja. Jednak trudno było nie zastanawiać się,
które z kobiet obdarzonych przez nią zaufaniem sprzedają teraz swoje
udziały. Za jej plecami.
- Przejrzyjmy razem to wszystko. Pozycja za pozycją.
- No to zaczynamy.
Faye spojrzała na listę i poczuła lekki skurcz w żołądku. Tego nie
przewidziała. I właśnie to niepokoiło ją najbardziej.
W domu panowała cisza. Wszyscy poszli
spać. Z wyjątkiem Faye. Siedziała pochylona nad listą, przeglądając ją
po raz kolejny i usiłując zebrać myśli.
Cyfry tańczyły jej przed oczami. Była zmęczona i zrezygnowana, zwłaszcza
tego ostatniego uczucia nie doświadczała od dawna, czyli od czasu, kiedy
była jeszcze z Jackiem, i bardzo tego nie lubiła. Nachodziły ją złe,
zakazane myśli. A jeśli już jest za późno, a jeśli już nie da się
uratować Revenge? A jeśli w ciągu tych dwóch lat za bardzo się
odsłoniła, przez co umożliwiła wrogowi, żeby ją podszedł
niepostrzeżenie? Nigdy sobie tego nie wybaczy. Słabość to coś, co
zostawiła za sobą. Z Jackiem. To on wniósł w jej życie słabość, którą
teraz sam nosił jak niedopasowaną odzież więzienną.
Faye odłożyła kartkę z nazwiskami. Gryzła się, że została zdradzona.
Nazwiska sprzedających udziały były jej dobrze znane. Wyobraźnia
przywołała ich twarze, były to kobiety, którym kiedyś przedstawiła swoją
koncepcję związaną z Revenge. Które przekonała do uwierzenia w jej firmę
i w nią samą. Dlaczego żadna z nich nic jej nie powiedziała? Czyżby idea
siostrzeństwa była dla nich tylko taką sobie gadką? Znaczyła mniej niż
dla niej?
Potarła szczypiące ze zmęczenia powieki i zaklęła, kiedy do oka wpadła
jej grudka tuszu z rzęs. Zamrugała i poszła szybko do łazienki zmyć
makijaż. Była za bardzo zmęczona, by dziś zrobić coś więcej, zresztą
dawał o sobie znać brak snu w związku z przygodą wczorajszej nocy. Jeśli
się nie wyśpi, nie pomoże to ani jej, ani firmie.
Już odwinęła narzutę, żeby wejść między prześcieradła z szeleszczącej
egipskiej bawełny, gdy spojrzała w stronę drzwi. Zatęskniła całą sobą.
Cichutko wyszła do przedpokoju. Julienne spała przy uchylonych drzwiach,
nie lubiła, kiedy były zamknięte. Faye pchnęła je i wślizgnęła się do
środka. Pokój rozświetlała łagodnie lampka w kształcie króliczka. Akurat
na tyle, żeby trzymać z dala od niej wszelkie duchy. Córeczka spała na
boku, odwrócona do niej tyłem. Długie jasne włosy rozrzucone na
poduszce. Faye odsunęła je i położyła się obok. Julienne mruknęła coś
przez sen, poruszyła się lekko, ale się nie obudziła nawet wtedy, gdy
Faye objęła ją ramieniem i powolutku przygarnęła, a w końcu wtuliła nos
w jej włosy pachnące lawendą i chlorem.
Zamknęła oczy. Poczuła, że napięcie powoli puszcza i ogarnia ją sen.
Trzymając w objęciach córkę, miała świadomość, że musi zrobić wszystko,
by ratować Revenge. Nawet nie dla siebie. Dla Julienne.
Fjällbacka - wtedy
W wieku zaledwie trzynastu lat miałam wrażenie, jakbym już znała życie.
We Fjällbace wszystko było do przewidzenia. Dziesięć miesięcy spokoju,
po których następowały dwa miesiące letniego chaosu. Wszyscy się znali,
rok za rokiem przyjeżdżali wciąż ci sami wczasowicze. W domu też było po
staremu. Biegaliśmy jak w kołowrotku dla chomika, w kółko i w kółko, bez
możliwości wyjścia. Bez możliwości jakiejkolwiek zmiany.
Kiedy siadaliśmy do kolacji, czułam, że to będzie jeden z tych znajomych
wieczorów. Już po powrocie ze szkoły poczułam wódkę od taty.
Nienawidziłam i jednocześnie kochałam nasz dom, który był domem
rodzinnym mamy. Odziedziczyła go po moich dziadkach i wszystko, do czego
byłam w nim przywiązana, było jej zasługą. Postarała się, żeby było miło
i przytulnie, żeby było wszystko, co kojarzy się ze szczęśliwym, fajnym
domem. Sfatygowany drewniany stół z czasów babci i dziadka. Białe lniane
firanki uszyte przez mamę, bo dobrze szyła. Oprawiony obraz haftowany
krzyżykami, który babcia dostała w prezencie ślubnym od prababci. Strome
kręte schody z grubą liną zamiast poręczy, które nosiły ślady kilku
pokoleń. Pokoiki o białych oknach ze szprosami. Kochałam to wszystko.
Nienawidziłam za to śladów pozostawionych przez tatę. Nacięcia na blacie
kuchennym. Odbicia na drzwiach do pokoju dziennego, które tata kopnął w napadzie pijackiej furii. Karnisz lekko wygięty od czasu, jak tata
ściągnął firankę i owinął nią głowę mamy, aż Sebastian w końcu zebrał
się na odwagę i oderwał go od niej.
Kochałam kominek w pokoju dziennym. Ale zdjęcia były absolutnym
szyderstwem. Rodzinne, ustawione tam przez mamę, marzenie o życiu,
którego nie było. Uśmiechnięte zdjęcia mamy z tatą, moje i mojego
starszego brata Sebastiana. Najchętniej bym je strąciła z gzymsu, ale
nie chciałam robić przykrości mamie. Przecież to ze względu na nas
próbowała podtrzymać swoje marzenie. Pewnego razu postawiła tam
fotografię swojego brata. Jednak tata wpadł w szał na widok portretu
wujka Egila i kiedy mama leżała w szpitalu, postarał się, żeby
fotografia zniknęła.
Brzuch mnie rozbolał od czekania na chwilę, gdy tata wybuchnie. Jak
zwykle.
Od mojego powrotu ze szkoły, czyli od kilku godzin, tkwił na swoim
wysiedzianym fotelu przed telewizorem, który nawet nie był włączony, a poziom płynu w jego butelce explorera opadał coraz szybciej. Mama też
wiedziała. Widziałam to po jej niespokojnych trzepocących ruchach.
Bardzo się starała, szykując kolację, na którą składały się ulubione
potrawy taty. Grube plastry boczku z brązową fasolą, smażoną cebulą i ziemniakami. I tarta z jabłkami i mocno ubitą śmietaną.
Nikt z nas nie lubił boczku z fasolą, ale wiedzieliśmy, że musimy to
zjeść. I wiedzieliśmy, że to i tak na nic. Osiągnęliśmy punkt krytyczny,
teraz mogliśmy tylko - jak huśtawka - opaść na dół.
Nikt się nie odzywał. W milczeniu nakryliśmy do stołu, biorąc najlepszą
porcelanę i serwetki, które złożyłam w kształcie wachlarzy. Tata nie
zwracał uwagi na takie rzeczy, ale pozwalaliśmy mamie wierzyć, że to
może pomóc. Że tata doceni, że tak ładnie to zrobiliśmy, że mama
ugotowała pyszny obiad i to poruszy go na tyle, żeby dał spokój. Po
prostu. Niechby huśtawka wróciła do swojego wyjściowego położenia. Ale
tata nie miał w sobie nic takiego, co dałoby się poruszyć. Wzruszyć.
Samą pustkę. Nicość.
- Gösta, kolacja na stole.
Głos mamy zadrżał, chociaż usiłowała mówić lekkim tonem. Ostrożnie
poprawiła ręką fryzurę. Postarała się. Upięła włosy, włożyła bluzkę i ładne spodnie.
Nałożyła mu na talerz tyle boczku, ile lubił. W dokładnej proporcji do
fasoli, ziemniaków i smażonej cebuli. Tata wpatrywał się w talerz.
Długo, za długo. Wszyscy troje wiedzieliśmy, co to znaczy. Ja, mama,
Sebastian.
Siedzieliśmy jak sparaliżowani w tym więzieniu, w którym Sebastian i ja
tkwiliśmy od urodzenia. A mama odkąd poznała tatę. Znieruchomieliśmy,
podczas gdy tata patrzył na swój talerz. Następnie powoli, jak na
zwolnionych obrotach, nabrał pełną garść jedzenia. Boczku, fasoli i ziemniaków. Udało mu się nabrać wszystkiego po trochu do tej swojej
wielkiej łapy. Drugą ręką chwycił mamę mocno za włosy, za fryzurę, nad
którą tak się napracowała. A potem wcisnął jej jedzenie w twarz. I rozgniatał je powoli, starannie.
Mama nie reagowała. Wiedziała, że to jej jedyna szansa. Ale i ja, i Sebastian wiedzieliśmy, że to nie pomoże. Miał za zimne spojrzenie, a butelka była zbyt pusta. Za mocno ją złapał za włosy. Nie mieliśmy
odwagi patrzeć na nią. Ani na siebie.
Tata podniósł się powoli. Wyszarpnął mamę z jej krzesła. Miała na twarzy
resztki boczku i fasoli. Z piecyka wydobywał się zapach cukru i cynamonu, którymi posypała jabłkową tartę, taty ulubioną. Zastanawiałam
się, co tata teraz zrobi, z której możliwości skorzysta. Mógł wybrać
każdą część ciała mamy. Może wróci do którejś. Ręce miała złamane w pięciu miejscach. Nogi w dwóch. Żebra złamał jej przy trzech okazjach.
Nos raz.
Tamtego wieczoru tata widocznie chciał się wykazać kreatywnością, bo z całej siły docisnął zapaćkaną twarz mamy do blatu. Trafiła zębami w sam
kant stołu. Usłyszeliśmy odgłos wyłamywania. Odprysk zęba omal nie
trafił mnie w oko, na szczęście zatrzymał się na rzęsach, a potem wpadł
do mojego talerza. Między ziarna fasoli.
Sebastian drgnął, ale nie podniósł wzroku.
- Jedzcie - powiedział tata.
Zabraliśmy się do jedzenia. Odgarnęłam widelcem kawałek zęba mamy.
Kawy?
- Nie, dziękuję. Ale poproszę jeszcze szampana i czerwonego wina.
- A ja poproszę kawę.
Kerstin wzięła papierowy kubek z kawą od stewardesy, która zaraz poszła
po zamówienie Faye.
- Jak myślisz, kto to może być? - spytała Faye ze zmartwioną miną.
- Nie potrafię zgadnąć, zresztą szkoda energii na zgadywanki, dopóki nie
będziemy wiedziały więcej.
- Nie rozumiem, jak mogłam być taka naiwna. Nawet mi do głowy nie
przyszło, że pozostałe udziałowczynie mogłyby sprzedać swoje pakiety,
nie uprzedzając mnie o tym.
Kerstin uniosła brwi.
- Ostrzegałam cię, że sprzedawanie tak dużej części firmy może być
ryzykowne.
- Wiem - odparła Faye niecierpliwie, oglądając się za stewardesą, która
miała przynieść buteleczki wina. - Ale w tamtym momencie wydawało mi
się, że to najlepsze rozwiązanie. Tyle się działo wtedy z Jackiem i Julienne, potem proces, media. I śmierć Chris. Kapitał zabezpieczyłam,
więc wierzyłam, że jako przewodnicząca zarządu zachowam kontrolę nad
firmą.
- W interesach nie wolno wierzyć - zauważyła Kerstin.
- Wiem, że uwielbiasz, kiedy możesz powiedzieć: "a nie mówiłam?", ale
mogłabyś wziąć na wstrzymanie? Porozmawiajmy o czymś innym. Stresuje
mnie, że siedzę w samolocie i nic nie mogę zrobić ani ustalić przed
jutrzejszymi spotkaniami. Wystarczy, że zajmowałam się tym przez cały
weekend.
Wróciła stewardesa z buteleczką szampana i drugą, z czerwonym winem.
Faye oddała w zamian dwie opróżnione, które stały na jej stoliku.
Najpierw otworzyła szampana, a zimną z lodówki buteleczkę czerwonego
wina zaczęła ogrzewać, wsunąwszy między uda.
- Nie zapomnij go wypić - powiedziała sucho Kerstin, popijając kawę.
- Jak już ustaliłyśmy, spotkania mamy dopiero jutro. Więc z czystym
sumieniem utopię moje smutki w alkoholu. Właśnie, a ty nie powinnaś się
napić? Skoro boisz się latać?
- Dziękuję za przypomnienie, właśnie udało mi się o tym nie myśleć. Nie,
jeśli już mam zginąć, to na trzeźwo.
- Wydaje mi się to kompletnie nielogiczne. I niepotrzebne. Jak już będę
umierać, to chcę umierać pijana. Może jeszcze mając między nogami tego
pilota...
Uniesieniem brwi wskazała na jednego z pilotów, który wyszedł z kabiny
zamienić kilka słów ze stewardesą. Wyglądał na trzydzieści parę lat,
miał czarne włosy, czarujący uśmiech i tyłek świadczący o wielu
godzinach spędzanych na siłowni.
- Wiesz co, pilot niech się lepiej skupi na pilotowaniu samolotu niż na
uprawianiu seksu w toalecie - powiedziała wyraźnie zdenerwowana Kerstin.
Faye się roześmiała.
- Spoko, Kerstin, i dlatego pan Bóg wynalazł autopilota...
- Żeby pilot mógł uprawiać seks z pasażerkami? Wątpię.
Faye wypiła resztę szampana, otworzyła czerwone wino i nalała do tego
samego kieliszka.
Uwielbiała Kerstin, ale często uzmysławiała sobie, że są z różnych
pokoleń. Chris zrozumiałaby żart Faye i śmiałaby się razem z nią, a może
nawet rzuciłaby jej wyzwanie, żeby zrealizowała to, co powiedziała o pilocie. Chris była obok Faye od momentu, kiedy się zaprzyjaźniły
podczas studiów. Sterowała nią, osłaniała, była jej największą fanką - a jednocześnie potrafiła być do bólu krytyczna. Faye nosiła stale
bransoletkę "Fuck Cancer", która miała przypominać jej o Chris i tym,
jaką przyjaciółkę straciła wraz z jej śmiercią.
Kerstin poklepała ją po dłoni. Wiedziała, że Faye myśli o Chris.
Faye odchrząknęła.
- Trzeba jeszcze kilku dni, żeby te mieszkania, którymi się
interesowałyśmy, były do wynajęcia - powiedziała. - Na razie zamieszkamy
w Grand Hotelu.
- Czyli nie będzie biedy - zauważyła Kerstin sucho.
Faye uśmiechnęła się. Rzeczywiście.
- Czasem wracam do tamtych miesięcy po rozwodzie - ciągnęła. - Kiedy
wynajęłam pokój u ciebie. I jak sobie siedziałyśmy po kolacji, snując
plany o Revenge.
- Byłaś niesamowicie inspirująca - powiedziała Kerstin, klepiąc ją
ponownie po ręce. - I wciąż jesteś.
Faye zamrugała powiekami, żeby pozbyć się łez, i spojrzała w stronę
kabiny. Pilot znów wyszedł stamtąd, żeby powiedzieć coś do stewardesy.
Faye uniosła kieliszek jak do toastu i w odpowiedzi otrzymała lekki
uśmiech.
Kilka minut później pilot oznajmił przez głośniki, że pora przygotować
się do lądowania. Personel robił obchód kabiny, zbierając śmieci i sprawdzając, czy oparcia i stoliki są podniesione, a pasy zapięte.
Kerstin złapała się mocno oparć, aż jej knykcie zbielały. Faye wzięła
jej rękę i pogłaskała.
- Do większości wypadków dochodzi podczas startu i lądowania - wysapała
Kerstin.
Minutę, dwie później koła samolotu podskoczyły na nawierzchni pasa, a Kerstin tak ścisnęła rękę Faye, że pierścionki wbiły jej się w skórę,
ale nawet się nie skrzywiła.
- Jesteśmy na ziemi - powiedziała Faye. - Już po wszystkim.
Kerstin odetchnęła i uśmiechnęła się lekko.
Samolot zatrzymał się, zebrały swój bagaż podręczny i ruszyły do
wyjścia. Personel ustawił się przy drzwiach, żegnając się z pasażerami.
Spojrzenia pilota i Faye spotkały się, wsunęła mu dyskretnie wizytówkę.
Wtedy uśmiechnął się szeroko. Faye miała nadzieję, że również po pracy
pozwalają im zostać w mundurze.