Julienne wreszcie zasnęła. Włosy
rozrzucone na poduszce. Oddech spokojny. Faye pogłaskała ją po policzku,
ostrożnie, żeby nie obudzić.
Jack miał tego wieczoru wrócić z podróży biznesowej do Londynu. A może z Hamburga? Nie pamiętała. Wróci do domu zmęczony i zestresowany, ale Faye
zadba, żeby się porządnie odprężył.
Ostrożnie zamknęła drzwi, by nie obudzić Julienne, na palcach wyszła do
przedpokoju i upewniła się, że drzwi wejściowe są zamknięte. W kuchni
przesunęła dłonią po trzymetrowym blacie. Z białego marmuru.
Kararyjskiego, rzecz jasna. Niestety bardzo niepraktycznego, bo porowaty
marmur chłonął wszystko jak gąbka i już były na nim brzydkie plamy. Jack
nie przyjmował do wiadomości, że można było wybrać coś
praktyczniejszego. Kuchnia w ich mieszkaniu przy Narvavägen kosztowała
prawie milion koron, na niczym nie oszczędzali.
Faye sięgnęła po butelkę amarone i postawiła na blacie kieliszek.
Kieliszek na blacie, bulgot nalewanego wina - tak w skrócie wyglądały
jej wieczory bez Jacka. Ostrożnie napełniła kieliszek, żeby nie narobić
jeszcze więcej plam na marmurowej powierzchni, i zamknąwszy oczy,
podniosła go do ust.
Przygasiła światło ściemniaczem i wyszła do przedpokoju, gdzie wisiały
czarno-białe zdjęcia jej, Julienne i Jacka. Dzieła Kate Gabor,
nieoficjalnej fotografki dworu następczyni tronu, co roku portretującej
królewskie dzieci, hasające wśród jesiennych liści w białych delikatnych
ubrankach. Faye z Jackiem zdecydowali się na zdjęcia latem.
Przedstawiały ich w figlarnych pozach nad samą wodą. Julienne w środku,
jasne włosy powiewające na wietrze. Oczywiście w białych ubraniach. Faye
w prostej bawełnianej sukience od Armaniego, Jack w koszuli i podwiniętych spodniach od Hugo Bossa, Julienne w koronkowej sukieneczce
z kolekcji dziecięcej Stelli McCartney. Chwilę przed sesją zdjęciową
pokłócili się. Już nie pamiętała o co, tylko tyle, że była to jej wina.
Jednak na zdjęciach nie było po nich nic widać.
Faye weszła po schodach na górę do gabinetu Jacka. Gdy stanęła przed
drzwiami, zawahała się, ale otworzyła. Pokój znajdował się w wieży z widokiem na wszystkie strony świata. Niezwykłe rozwiązanie w niezwykłym
budynku, jak podkreślił agent nieruchomości, kiedy pięć lat temu
pokazywał im to mieszkanie. Była wtedy w ciąży z Julienne i miała
mnóstwo oczekiwań na przyszłość.
Uwielbiała ten pokój. Dzięki tej przestrzeni i światłu wpadającemu przez
okna miała wrażenie, jakby unosiła się w powietrzu. A teraz, gdy na
zewnątrz panowała zwarta ciemność, sklepione ściany otaczały ją jak
ciepły kokon.
Sama urządziła ten gabinet, podobnie jak resztę mieszkania. Wybrała
tapety, regały na książki, biurko, zdjęcia i obrazy na ścianach. Jack
był zachwycony. Nigdy nie kwestionował jej gustu i był bezgranicznie
dumny, kiedy goście prosili o numer telefonu do architekta wnętrz.
W takich chwilach pozwalał jej błyszczeć.
Pozostałe pokoje zostały urządzone nowocześnie, były jasne i przestrzenne, gabinet Jacka był bardziej męski. Cięższy. Poświęciła mu
więcej uwagi niż wszystkim innym pomieszczeniom razem wziętym, łącznie z pokojem Julienne. Jack miał tu spędzać dużo czasu i podejmować ważne
decyzje, mające wpływ na przyszłość ich rodziny. Mogła przynajmniej
stworzyć mu azyl pod chmurami.
Z zadowoleniem przesunęła dłonią po jego biurku, ciężkim i masywnym.
Wylicytowała je w domu aukcyjnym Bukowskis, kiedyś było własnością
Ingmara Bergmana. Jack nie był znawcą Bergmana, wolał filmy akcji z Jackie Chanem albo komedie z Benem Stillerem, ale podobnie jak ona
lubił, kiedy za meblem stała jakaś historia.
Oprowadzając gości po swoim domu, zawsze uderzał dwukrotnie ręką w blat
biurka i jakby mimochodem wspominał, że kiedyś stało u sławnego
reżysera. Zawsze kiedy to mówił, uśmiechała się, bo ich spojrzenia się
spotykały. To była jedna z tysięcy rzeczy, które ze sobą dzielili.
Porozumiewawcze spojrzenia, chwile - drobne i te ważniejsze - które
składają się na związek.
Usiadła na fotelu przed komputerem, zrobiła pół obrotu i jej twarz
znalazła się naprzeciw okna. Padał śnieg, który na ulicy, daleko w dole,
zamieniał się w błoto. Spojrzała tam - jakiś samochód przedzierał się
przez ciemny lutowy wieczór. Przy Banérgatan kierowca skręcił w stronę
centrum i zniknął. Na moment zapomniała, po co tu przyszła, dlaczego
siedzi w gabinecie Jacka. Tak łatwo było zagubić się w ciemnościach, dać
się zahipnotyzować płatkami śniegu, które opadały wolno, przecinając
mrok.
Zamrugała, wyprostowała się na fotelu i odwróciła, znalazła się na
wprost wielkiego ekranu Apple'a, który wybudził się po poruszeniu myszą.
Ciekawe, co Jack zrobił z podkładką, którą dała mu pod choinkę, tą z fotografią jej i Julienne. Zamiast niej miał brzydką niebieską z Nordei.
Ostatni prezent gwiazdkowy dla klientów prywatnej bankowości.
Hasło znała. "Julienne2010". Przynajmniej wygaszacz nie był od Nordei,
Jack miał tam zdjęcie, które zrobił jej i córce w Marbelli. Leżały w płytkiej wodzie tuż przy brzegu, Faye trzymała dziewczynkę, unosząc ją
pod niebo. Obie były roześmiane, chociaż śmiech Faye był nie tyle
widoczny, ile wyczuwalny. Leżała na wznak, jej włosy unosiły się na
wodzie. Niebieskie oczy Julienne patrzyły prosto w obiektyw. Prosto w równie niebieskie oczy ojca.
Faye przysunęła się bliżej, powiodła spojrzeniem po swoim opalonym
ciele, lśniącym od słonej wody. Chociaż było to zaledwie kilka miesięcy
po porodzie, była wtedy w lepszej formie niż teraz. Brzuch płaski.
Szczupłe ramiona. Uda smukłe i jędrne. Dziś, trzy lata później, ważyła
co najmniej dziesięć kilo więcej niż w Hiszpanii. Może piętnaście. Od
dawna bała się stanąć na wadze.
Oderwała wzrok od swojego ciała na ekranie, otworzyła przeglądarkę,
kliknęła na historię, potem na "porn". Ukazały się kolejne linki z datami. Mogła z łatwością śledzić seksualne fantazje Jacka z ostatnich
miesięcy. Jakby przeglądała słownik jego chuci. Erotyczne fantazje dla
manekinów.
Dwudziestego szóstego października oglądał dwa klipy. Russian Teen Gets
Slammed By Big Cock i Skinny Teen Brutally Hammered. Cokolwiek o nich
myśleć, tytuły były przynajmniej konkretne. Żadnych eufemizmów,
upiększeń, aluzji czy ogólnikowych opisów tego, co dostanie człowiek
siedzący przed ekranem. Sama szczerość i otwartość.
Odkąd go znała, Jack zawsze oglądał pornosy. Czasem i ona, kiedy była
sama. Odnosiła się z pogardą do koleżanek, według których ich mężom nie
przyszłoby do głowy oglądanie pornosów. To się nazywa wyparcie.
Do tej pory zainteresowanie Jacka pornosami nie miało wpływu na ich
pożycie. Nie doszło do sytuacji albo - albo. Jednak ostatnio nie dążył
do zbliżeń, chociaż nadal szukał zaspokojenia u Skinny Teen Brutally
Hammered.
Oglądając kolejne klipy, czuła coraz większy ucisk w żołądku. Dziewczyny
na filmach były młode, chude i uległe. Jack zawsze lubił, żeby jego
dziewczyny były szczupłe i młode. To nie on się zmienił, tylko ona.
Zresztą czy większość mężczyzn nie chce, żeby ich kobiety tak wyglądały?
Na Östermalmie1 starzenie się i tycie jest nie na miejscu.
W każdym razie jeśli chodzi o kobiety.
W ostatnim miesiącu Jack aż siedem razy oglądał jeden film. Young
Petite Schoolgirl Brutally Fucked By Her Teacher. Faye kliknęła na
"play". Młoda dziewczyna w krótkiej wzorzystej spódniczce, białej bluzce
koszulowej, krawacie, pończochach i warkoczykach jak u Pippi
Pończoszanki ma problemy w szkole. Największe dotyczą nauki biologii.
Zaniepokojeni rodzice załatwiają jej korepetycje i zostawiają
dziewczynkę samą w domu. Dzwonek do drzwi. Na progu czeka mężczyzna
około czterdziestki, w marynarce z łatami na łokciach i z teczką w ręku.
Wchodzą do jasnej kuchni. Dziewczynka przynosi podręczniki, otwiera je.
Omawiają mięśnie w ciele człowieka.
"Będę wymieniał kolejne nazwy mięśni, a ty będziesz pokazywać je na
sobie, potrafisz?" - pyta nauczyciel grubym głosem.
Dziewczyna robi wielkie oczy, kiwa głową i wydyma usta. Pokazuje kolejno
dwa mięśnie. Kiedy on pyta o gluteus maximus, to znaczy mięsień
pośladkowy wielki, podciąga lekko spódniczkę, odsłaniając brzeg majtek i pachwinę. Nauczyciel uśmiecha się i kręci głową.
"Wstań, pokażę ci" - mówi.
Dziewczynka odsuwa krzesło i wstaje. Wtedy on sunie swoją wielką dłonią
od kolana w górę, pod spódnicę, podwija ją jeszcze bardziej i wsuwa
palec do majtek. Dziewczynka wydaje jęk. Taki idealny, pornosowy
superjęk. Sugerujący zdumioną niewinność i lekkie poczucie grzechu.
Jakby przyznawała, że wie, że nie powinna. Nie powinna, ale nie może się
oprzeć, bo pokusa jest zbyt wielka.
On wsuwa i wysuwa palec kilka razy. Potem pochyla ją nad biurkiem i pieprzy od tyłu. Ona krzyczy, jęczy, drapie blat. Prosi o więcej. Kończy
się to w ten sposób, że on każe jej włożyć okulary - spadły jej podczas
tej jazdy - kiedy ma spuścić jej się na twarz. Dziewczynka przyjmuje
jego nasienie z grymasem rozkoszy i półotwartymi ustami.
W filmach pornograficznych, jak nigdzie indziej, widać wyraźnie, jak
bardzo mężczyźni cenią własne nasienie. Wydzielają je spragnionym i patrzącym nabożnie kobietom, których usta są półotwarte, jakby
przyjmowały jakiś dar.
Faye wyłączyła komputer kilkoma kliknięciami myszy na brzydkiej
podkładce z logo Nordea. Skoro Jack tego chce, dostanie właśnie to.
Podniosła się i odsunęła fotel, który skrzypnął niechętnie. Ciemność za
oknem była nieprzenikniona. Śnieg przestał prószyć. Wyszła z gabinetu,
zabierając kieliszek.
W swojej garderobie miała wszystko, co trzeba. Spojrzała na zegarek.
Wpół do dziesiątej. Samolot zaraz wyląduje, wkrótce Jack wsiądzie do
taksówki, korzystając z usług dla VIP-ów, a więc przejazd z Arlandy nie
zabierze mu dużo czasu.
Wzięła szybki prysznic i zgoliła lekki odrost na wzgórku łonowym. Umyła
całe ciało, umalowała się, ale nie tak jak zwykle, tylko niestarannie,
młodzieńczo. Naróżowała policzki, wytuszowała rzęsy aż za mocno i jako
wisienkę na torcie pomalowała usta wściekle różową szminką znalezioną na
spodzie kosmetyczki, przypuszczalnie upominek z jakiegoś eventu.
Zamiast Faye, swojej żony i matki swego dziecka, Jack dostanie młodszą i bardziej niewinną, nietkniętą, czyli taką, jakiej mu potrzeba.
Wybrała jeden z cieńszych szarych krawatów Jacka i zrobiła niedbały
węzeł. Założyła jego okulary do czytania, których wstydził się używać
przy innych i dlatego chował je przed oczami gości. Prostokątne czarne
oprawki Dolce & Gabbana. Sprawdziła rezultat w lustrze. Wyglądała na
dziesięć lat mniej. Prawie tak jak wtedy, kiedy wyjeżdżała z Fjällbacki.
Nie była już niczyją żoną. Niczyją matką. Po prostu idealnie.
Weszła na palcach do pokoju Julienne po zeszyt i ołówek z różowym
meszkiem. Przystanęła, kiedy dziewczynka mruknęła przez sen. Czyżby się
obudziła? Jednak po chwili znów oddychała spokojnie.
Faye weszła do kuchni, już miała nalać wina do kieliszka, ale zatrzymała
się i sięgnęła do szuflady z plastikowymi kubkami córki. Napełniła duży
kubek z motywem Hello Kitty, z przykrywką i słomką. Doskonale.
Kiedy klucz zgrzytnął w drzwiach, siedziała, przewracając strony "The
Economist". Jack upierał się, żeby pismo zawsze leżało na wierzchu,
chociaż tak naprawdę tylko ona je czytała.
Jack postawił walizkę na podłodze, zdjął buty i włożył cedrowe prawidła,
żeby jego ręcznie szyte włoskie buty z miękkiej skóry trzymały kształt.
Nie poruszyła się. W odróżnieniu od jej dyskretnego błyszczyka Lancôme
różowa szminka lepiła się na wargach i wydawała syntetyczny zapach.
Jack ostrożnie otworzył lodówkę. Nadal jej nie zauważył. Poruszał się
cicho, widocznie myślał, że obie z córką śpią.
Obserwowała go z miejsca, gdzie siedziała w ciemnym salonie. Jak obca
zaglądająca przez okno patrzyła na swego męża, który nie wiedział, że
jest obserwowany. Jack był zawsze spięty, a teraz, kiedy myślał, że nikt
go nie widzi, poruszał się zupełnie inaczej niż zwykle. Miał
rozluźnione, niemal niedbałe ruchy. Jego zazwyczaj strzelista sylwetka
była lekko zapadnięta, naprawdę nieznacznie, ale dla niej, znającej go
tak dobrze, dość, żeby dostrzec różnicę. Twarz miał gładszą niż zwykle,
bez tej ostatnio częstej zmarszczki między brwiami, którą miał również w sytuacjach towarzyskich, nierozerwalnie związanych z jego karierą, ich
wspólnym życiem, w którym śmiechy i brzęk kieliszków przekładały się
następnego dnia na wielomilionowe transakcje.
Przypomniała sobie, jaki był, kiedy się poznali. Jego łobuzerskie
spojrzenie, wesoły śmiech, dłonie, które ciągle musiały jej dotykać, bo
nigdy nie miały dość.
Światło lodówki oświetliło mu twarz, Faye nie mogła oderwać od niego
oczu. Kochała go. Jego szerokie plecy, wielkie dłonie, którymi chwycił
karton soku i podniósł do ust. Zaraz poczuje te dłonie na sobie i w sobie. Boże, jak go pragnęła.
Chyba się poruszyła, bo nagle odwrócił głowę i zobaczył jej odbicie w wypolerowanej klapie kuchenki. Drgnął i odwrócił się, wciąż trzymając w ręku karton soku.
Odstawił go na wyspę kuchenną.
- Nie śpisz? - zdziwił się. Wróciła zmarszczka między ładnie
zarysowanymi brwiami.
Nie odpowiedziała, wstała i zrobiła kilka kroków w jego stronę. Spojrzał
badawczo na jej ciało. Dawno nie patrzył na nią w ten sposób.
- Chodź tu - powiedziała miękko.
Jack zamknął lodówkę, kuchnia znów pogrążyła się w ciemności, chociaż
światła miasta pozwalały im widzieć się nawzajem. Okrążył wyspę,
grzbietem dłoni wytarł usta i nachylił się, żeby ją pocałować, ale Faye
odwróciła twarz i popchnęła go na krzesło. Tym razem to ona rządzi.
Sięgnął ręką do jej spódniczki, ale odtrąciła ją, by za moment
przycisnąć do swojego kolana. Podciągnęła spódniczkę, odsłaniając
koronkowe majtki, liczyła, że je pozna, zobaczy, że są takie same jak u tamtej. Tej młodej. Niewinnej.
Powędrował ręką wyżej, nie mogła powstrzymać jęku. Zamiast, jak na
filmie, odsunąć majtki, rozdarł je. Znów jęknęła, tym razem głośniej,
pochyliła się nad stołem i zgięła, podczas gdy Jack rozpiął spodnie i jednym ruchem ściągnął je razem z kalesonami. Chwycił ją za włosy i docisnął do stołu. Pochylił się nad nią całym swoim ciężarem, gryząc
kilka razy mocno w kark; poczuła zapach soku pomarańczowego zmieszany z whisky, którą pił w samolocie. Zdecydowanymi ruchami rozsunął jej nogi,
stanął z tyłu i wbił się w nią.
Pieprzył ją mocno, agresywnie, blat stołu uwierał ją w przeponę.
Sprawiał jej ból, ale ten ból był jak wyzwolenie, bo nie myślała o niczym innym i mogła skupić się na rozkoszy.
Należała do niego. Jak jej rozkosz. I ciało.
- Powiedz mi, kiedy będziesz kończył - jęknęła, oparta policzkiem o nagi
blat z lepkimi plamami od jej szminki.
- Teraz - stęknął.
Stanęła przed nim na czworakach. Ciężko oddychając, wepchnął jej penisa
do ust, a potem jeszcze głębiej, przytrzymując dłońmi jej potylicę. Faye
walczyła z odruchem wymiotnym i chęcią odwrócenia głowy. Przyjęła to.
Jak zawsze.
Przed oczami miała scenę z filmu i gdy Jack kończył, rozkoszowała się
jego wyrazem twarzy, takim samym jak u nauczyciela, kiedy brał młodą,
niewinną dziewczynę.
- Witaj w domu, kochanie - powiedziała z wymuszonym uśmiechem.
Był to jeden z ostatnich razy, kiedy uprawiali seks jako mąż i żona.
Sztokholm, lato 2001
Moje pierwsze tygodnie w Sztokholmie były bardzo samotne. Fjällbackę
zostawiłam za sobą dwa lata po maturze. Zarówno fizycznie, jak i mentalnie. Wręcz wyrywałam się z mojej małej klaustrofobicznej
miejscowości. Dusiłam się, chodząc po jej malowniczych uliczkach pod
wścibskimi spojrzeniami mieszkańców. Opuszczając ją, miałam przy sobie
piętnaście tysięcy koron i świadectwo z najwyższymi ocenami ze
wszystkich przedmiotów.
Chciałam wyjechać już wcześniej, jednak załatwienie wszystkiego zabrało
mi więcej czasu, niż myślałam. Sprzedaż domu, a przedtem wyrzucenie
wszystkich rzeczy, odparcie napierających duchów. Wspomnienia były
strasznie bolesne. Chodząc po rodzinnym domu, miałam ich cały czas przed
oczami. Sebastiana. Mamę. A zwłaszcza tatę.
Wtedy nikogo nie było przy mnie. Tak samo teraz. A więc spakowałam
walizkę i wsiadłam do pociągu jadącego do Sztokholmu. Bez oglądania się
za siebie, przysięgając, że nigdy tutaj nie wrócę.
Na dworcu w Sztokholmie zatrzymałam się przy koszu na śmieci, otworzyłam
moją komórkę i wyrzuciłam kartę SIM. Już mnie nie dosięgną żadne cienie
z przeszłości. Nikt mi nie będzie groził ani mnie ścigał.
Na lato wynajęłam pokój w mieszkaniu w budynku zwanym Fältöversten,
brzydkim centrum handlowym, na które mieszkańcy Östermalmu kręcą
głowami, mrucząc pod nosem, że to wszystko wina socjaldemokratów, którzy
oczywiście musieli zepsuć naszą piękną dzielnicę. Jednak wtedy nie
wiedziałam takich rzeczy. Byłam przyzwyczajona do tego, jak wyglądał
sklep ICA2 Hedemyrs w Tanumshede, i Fältöversten mi się podobał.
W Sztokholmie zakochałam się od pierwszej chwili. Z okna na siódmym
piętrze spoglądałam na piękne okoliczne domy, na gęsto zarośnięte parki,
piękne samochody i myślałam sobie, że pewnego dnia ja też zamieszkam w jednym z tych wspaniałych dziewiętnastowiecznych domów z mężem, trójką
cudownych dzieci i psem.
Mój mąż miał być malarzem. Albo pisarzem. Albo muzykiem. Kompletnie inny
od taty. Wyrafinowanym intelektualistą, światowcem. Miał ładnie pachnieć
i elegancko się ubierać. Być surowy dla innych, ale nie dla mnie, bo
tylko ja bym go rozumiała.
W tamte pierwsze długie i jasne noce dużo spacerowałam ulicami
Sztokholmu. Widziałam bójki uliczne po zamknięciu piwnych ogródków,
słyszałam krzyki, płacz i śmiech. Wyjące samochody służb ratowniczych.
Ze zdumieniem patrzyłam na dziwki w centrum, miały makijaż jak z lat
osiemdziesiątych i wysokie buty, gąbczastą cerę, a na rękach ślady po
igłach, które starały się ukryć pod długimi rękawami bluzek i sweterków.
Prosiłam je o papierosa i snułam fantazje o ich życiu. O wolności
wynikającej ze znalezienia się na dnie. Bez ryzyka, że spadnie się
jeszcze niżej. Bawiłam się myślą o tym, aby też tam stanąć, żeby
zrozumieć, co się z tym wiąże, co to za mężczyźni, którzy kupują sobie
chwilę obleśnego zbliżenia w swoim volvo, gdzie na tylnym siedzeniu mają
fotelik dla dziecka, a w schowku trzymają zapas pampersów i wilgotne
chusteczki.
To był czas, kiedy moje życie zaczęło się naprawdę. Przeszłość ciążyła
mi jak kajdany, przygniatała, przeszkadzała. Ale moje ciało, do
ostatniej, najmniejszej komórki, aż wibrowało ciekawością. Ja kontra
świat. Daleko od domu, w mieście, o którym marzyłam całe życie. Marzyłam
nie tylko o tym, żeby się wyrwać, lecz także aby właśnie tu przyjechać.
Powoli, stopniowo oswajałam Sztokholm jako moje miasto. Z nadzieją, że
mnie uleczy i pozwoli zapomnieć.
Na początku lipca moja gospodyni, emerytowana nauczycielka, wyjechała w odwiedziny do wnuków w Norrlandzie.
- Żadnych gości - zapowiedziała władczym tonem, zanim zamknęła za sobą
drzwi.
- Żadnych gości - odparłam posłusznie.
Wieczorem się umalowałam i piłam jej alkohole. Gin i whisky. Likier
wiśniowy i z amaruli. Smakowały obrzydliwie, ale nieważne, chodziło o szmerek w głowie, który przynosił zapomnienie i rozchodził się ciepłem
po całym ciele.
Kiedy już wypiłam tyle, że nabrałam odwagi, włożyłam bawełnianą sukienkę
i poszłam na Stureplan3. Po chwili wahania usiadłam w przyjemnie wyglądającym ogródku kawiarnianym. Obok przechodziły osoby
znane mi wcześniej jedynie z telewizji. Śmiejące się, odurzone alkoholem
i latem.
Około północy stanęłam w kolejce do klubu po drugiej stronie ulicy.
Panował nastrój niecierpliwości, wcale nie byłam pewna, czy uda mi się
wejść do środka. Próbowałam naśladować innych. Zachowywać się jak oni,
chociaż później domyśliłam się, że oni również musieli być przyjezdni.
Trochę zagubieni jak ja, ale udający asertywnych.
Ktoś z tyłu się zaśmiał. Dwóch chłopaków w moim wieku podeszło bez
kolejki do bramkarzy. Jedno kiwnięcie głową, uściśnięcie ręki. Wszyscy
wpatrywali się w nich z zazdrością i fascynacją. Wielogodzinne
przygotowania, chichoty nad kieliszkiem różowego wina, żeby potem
sterczeć i marznąć w kolejce. A może być to takie łatwe. Wystarczy być
kimś.
W odróżnieniu ode mnie ci dwaj faceci byli zauważani i szanowani. Byli
Kimś. To wtedy postanowiłam, że ja też będę.
Jeden z nich właśnie się odwrócił i spojrzał ciekawie na tłumek z tyłu.
Nasze spojrzenia się spotkały.
Odwróciłam wzrok, zaczęłam grzebać w torebce, szukając papierosów. Nie
chciałam wyglądać ani na głupią, ani jak ktoś, kim przecież byłam, czyli
dziewczynę z prowincji, która wybrała się po raz pierwszy do nocnego
klubu w stolicy. Podchmieloną ginem i likierem z amaruli. W następnym
momencie stanął przede mną. Ogolona głowa, miłe niebieskie oczy, trochę
odstające uszy. Ubrany w beżową koszulę i ciemne dżinsy.
- Jak ci na imię?
- Matylda.
Nienawidziłam tego imienia. Należało do innego życia, innej osoby, którą
już nie byłam. Zostawiłam ją, kiedy wsiadałam do pociągu do Sztokholmu.
- A mnie Viktor. Sama jesteś?
Nie odpowiedziałam.
- Podejdź i stań koło bramkarza - powiedział.
- Nie ma mnie na jego liście - mruknęłam.
- Mnie też nie.
Olśniewający uśmiech. Wyszłam z kolejki. Pełne zazdrości, tęskne
spojrzenia zbyt skąpo ubranych dziewczyn i nażelowanych facetów.
- Ona jest ze mną.
Stojący na bramce mięśniak odsunął sznur i powiedział:
- Zapraszamy.
Viktor wziął mnie za rękę i poprowadził w głąb ciemnego pomieszczenia.
Sylwetki ludzi, mrugające kolorowe światła, dudnienie basów, kłębiące
się ciała, tańce. Stanęliśmy na końcu długiego kontuaru, Viktor
przywitał się z barmanem.
- Czego się napijesz? - spytał.
- Piwa - odparłam, mając jeszcze w ustach mdląco słodki smak likieru.
- Bardzo dobrze, lubię dziewczyny, które piją piwo. Jest w tym klasa.
- Klasa?
- Tak. Coś autentycznego, nieudawanego.
Podał mi heinekena i przepił do mnie, unosząc butelkę. Uśmiechnęłam się
do niego i wypiłam łyk.
- Jakie jest twoje życiowe marzenie, Matyldo?
- Zostać kimś - odparłam. Bez zastanowienia.
- Chyba już jesteś kimś?
- No to kimś innym.
- Nie wydaje mi się, żeby było z tobą coś nie tak.
Zrobił kilka tanecznych kroków i poruszał głową w takt muzyki.
- A ty o czym marzysz?
- Ja? Chcę tylko grać muzykę.
- Jesteś muzykiem?
Musiałam się nachylić i mówić głośniej, żeby mnie słyszał.
- Didżejem. Ale dziś mam wolne. Jutro gram. Wtedy będę stał tam.
Spojrzałam w tym kierunku. Na scence przy ścianie, za sprzętem grającym,
stał facet, z którym tutaj przyszedł, i wsłuchiwał się w muzykę. Chwilę
później podszedł do nas i się przedstawił. Axel. Wydał mi się
sympatyczny, niegroźny.
- Miło mi, Matyldo - powiedział, podając mi rękę.
Zwróciłam uwagę, jak bardzo się różnili od facetów z moich stron.
Gładcy. Elokwentni. Axel zamówił drinka i zniknął. Przepiliśmy do siebie
z Viktorem. Moje piwo się kończyło.
- Jutro przed graniem robimy z kumplami wstępną imprezkę. Wpadłabyś?
- Może - odparłam, przyglądając mu się. - A właściwie to dlaczego
chciałeś, żebym weszła tu z tobą?
Ostentacyjnie dopiłam piwo. Miałam nadzieję, że zamówi więcej. I rzeczywiście. Jedno dla mnie, drugie dla siebie. Dopiero potem
odpowiedział na moje pytanie. Jego oczy lśniły w mroku.
- Bo jesteś ładna. I wyglądałaś samotnie. Żałujesz?
- Nie, wcale.
Wyłowił paczkę marlboro z tylnej kieszeni spodni i poczęstował mnie.
Czemu nie, dzięki temu własne wystarczą mi na dłużej. Z piętnastu
tysięcy, które miałam po sprzedaży domu, po spłaceniu pożyczek i innych
rzeczy nie zostało mi dużo.
Nasze dłonie się zetknęły, kiedy przypalał mi papierosa. Miał ciepłą,
opaloną rękę. Gdy ją odsunął, zatęskniłam za jego dotykiem.
- Masz smutne oczy, wiesz? - powiedział, zaciągając się głęboko.
- Co masz na myśli?
- Że jest w tobie jakiś smutek. Mnie się to podoba. Jestem podejrzliwy
wobec osób, które uważają, że życie jest super. Owszem, bywa fajne, ale
nie zawsze. Nudzą mnie ludzie, którzy ciągle są rozradowani. Nie
jesteśmy stworzeni do tego, żeby wciąż być szczęśliwi, świat przestałby
się wtedy kręcić.
Jeden z ochroniarzy rzucił mu znaczące spojrzenie, Viktor wzruszył
ramionami i zgasił papierosa, ale najpierw zaciągnął się jeszcze parę
razy. Zrobiłam to samo. Nie odpowiedziałam. Podejrzewałam, że robi sobie
ze mnie żarty.
Nagle zakręciło mi się w głowie od alkoholu. Postanowiłam zrobić sobie
pamiątkę, nachyliłam się, przytknęłam mu dłoń do karku i przysunęłam
jego twarz bliżej. Chyba wydałam się bardziej pewna siebie niż w rzeczywistości. Nasze wargi przylgnęły do siebie. Jego miały smak piwa i marlboro. Dobrze całował. Miękko, ale mocno.
- Pójdziemy do mnie? - spytał.
Jack siedział przy stole kuchennym, w ciemnoniebieskim szlafroku, i czytał "Dagens Industri"4. Nawet
nie podniósł wzroku, kiedy weszła, ale przyzwyczaiła się, że tak się
zachowuje, gdy jest zestresowany. Zważywszy na wielką odpowiedzialność,
jaka spoczywała na jego barkach, i ile godzin spędzał w pracy,
zasługiwał, żeby w weekend mieć spokój.
W takie dni ich mieszkanie o powierzchni czterystu metrów kwadratowych,
powstałe w wyniku połączenia czterech mniejszych, wydawało jej się
klaustrofobiczne i zupełnie nie wiedziała, co ze sobą zrobić.
Wracając samochodem z Lidingö5, dokąd zawiozła Julienne, żeby
córka pobawiła się z koleżanką z przedszkola, wyobrażała sobie, jak będą
spędzać przedpołudnie. Tylko we dwoje. Zaszyją się w łóżku, obejrzą
wspólnie jakiś program telewizyjny, który następnie zjadą za głupotę i prostactwo. Chciała posłuchać, jak spędził tydzień. Pospacerować za rękę
po Djurg?rden6.
Porozmawiać, jak dawniej.
Sprzątnęła resztki ze śniadania, które zjadła z córką. Płatki zmiękły w kefirze. Nie cierpiała dotyku mokrych płatków, ścierając je, musiała
opanować mdłości, jakie budził ich kwaśny zapach.
Na wyspie kuchennej było mnóstwo okruszków, a na samym brzegu, zmagając
się z siłą ciążenia, balansowała nadgryziona kanapka. Nie spadała, bo
leżała masłem do dołu.
- Mogłabyś posprzątać przed wyjściem z domu, co? - odezwał się Jack, nie
podnosząc wzroku znad gazety. - W weekendy nie musimy chyba mieć
sprzątaczki?
- Przepraszam. - Faye przełknęła gulę, która urosła jej w gardle, i przeciągnęła ścierką po zlewie. - Julienne koniecznie chciała już wyjść.
Okropnie krzyczała.
Jack mruknął coś i czytał dalej. Po powrocie z joggingu wziął prysznic.
Ładnie pachniał Armani Code, perfumami, których używał już wtedy, kiedy
się poznali. Julienne była zawiedziona, że nie zobaczyła taty, który
zdążył wyjść, zanim się obudziła, a wrócił, gdy jej już nie było. Ranek
był nerwowy. Córka nie zaakceptowała żadnej z czterech propozycji
śniadania, a ubieranie jej kosztowało ją wiele potu.
Tak czy inaczej, blat był już czysty. Ślady po bitwie sprzątnięte.
Faye odłożyła ścierkę do zlewu i spojrzała na męża siedzącego przy
stole. Wysoki, wysportowany i odpowiedzialny, miał wszystkie klasyczne
atrybuty człowieka sukcesu, jednak pod wieloma względami był nadal
chłopcem. Ona jedna widziała go takim, jaki był naprawdę.
Zawsze będzie go kochała, cokolwiek się zdarzy.
- Kochanie, niedługo powinieneś się ostrzyc.
Wyciągnęła rękę, zdążyła dotknąć kilku wilgotnych kosmyków, zanim się
uchylił.
- Nie mam czasu. Rozszerzenie działalności spółki jest skomplikowane i muszę być totalnie skupiony. Nie mogę, jak ty, latać co chwilę do
fryzjera.
Faye usiadła na krześle obok niego. Złożyła ręce na kolanach i usiłowała
przypomnieć sobie, kiedy była ostatnio u fryzjera.
- Chcesz o tym porozmawiać?
- O czym?
- O Compare.
Powoli przeniósł wzrok z gazety na nią. Pokręcił głową i westchnął.
Żałowała, że się odezwała, że nie ścierała dalej blatu. Mimo to podjęła
jeszcze jedną próbę.
- Kiedyś chciałeś...
Drgnął i opuścił gazetę. Nieco przydługa grzywka opadła mu na twarz, ze
złością pokręcił głową. Nie mogłaby dać mu w spokoju poczytać? Zetrzeć
blat? Być szczupła, piękna i układna? Przez cały tydzień tyrał. Na ile
go znała, pewnie zamknie się w swoim gabinecie w wieży, żeby dalej
pracować. Dla niej i dla Julienne. Żeby im było dobrze. Bo to i c h cel. Nie jego, tylko ich wspólny.
- A po co mielibyśmy rozmawiać? Przecież ty się już nie znasz na
biznesie. Trzeba być na bieżąco. Nie można polegać na dawnych sukcesach.
Faye zaczęła kręcić obrączką.
Gdyby się nie odezwała, spędziliby to przedpołudnie tak, jak sobie
wymarzyła. Wszystko zepsuła jednym głupim pytaniem. Chociaż wiedziała,
że tak będzie.
- Wiesz przynajmniej, jak się nazywa minister gospodarki? - spytał.
- Mikael Damberg - odparła odruchowo. Prawidłowa odpowiedź.
Pożałowała, widząc jego spojrzenie.
- Okej. Niedługo wejdzie w życie nowe prawo. Wiesz jakie?
Wiedziała, ale pokręciła głową.
- No jasne, że nie wiesz. Chodzi o to, że jako firma musimy teraz
miesiąc wcześniej przypominać naszym klientom, że kończy im się umowa.
Przedtem przedłużała się automatycznie. Rozumiesz, co to znaczy?
Pewnie, że wiedziała. Mogłaby wyliczyć dokładnie, co to znaczy dla
Compare. Mimo to kochała go. Siedziała w kuchni za milion koron z mężem,
który był chłopcem w ciele mężczyzny, mężem, którego tylko ona znała i kochała ponad wszystko. Dlatego pokręciła głową. Zamiast powiedzieć, że
należąca do Compare Leasando AB, niewielka spółka dystrybuująca energię,
straci około dwudziestu procent klientów, których umowy nie zostały
automatycznie przedłużone. Oznaczało to zmniejszenie obrotów o pięćset
milionów koron rocznie. A zysków o dwieście milionów.
Tylko pokręciła głową.
Kręcąc obrączką.
- Nie wiesz - skonstatował Jack. - Dasz mi teraz czytać?
Podniósł gazetę, by wrócić do świata liczb, kursów akcji, nowych emisji
i zakupów przedsiębiorstw, tematyki, której Faye poświęciła trzy lata
studiów na Handelshögskolan7, zanim je przerwała. Dla
dobra Jacka. Firmy. I rodziny.
Wypłukała ścierkę pod kranem, namoknięte płatki i okruszki wybrała ręką
ze zlewu i wyrzuciła do śmieci. Z tyłu dochodził szelest gazety. Cicho
zamknęła drzwi szafki, żeby mu nie przeszkadzać.
Sztokholm, lato 2001
Viktor Blom miał jasnobrązowe znamię na karku i szerokie opalone plecy.
Spał głębokim snem, miałam czas popatrzeć zarówno na niego, jak i na
pokój, w którym spaliśmy. Okno bez zasłon, poza podwójnym łóżkiem było
jeszcze krzesło zarzucone brudnymi ciuchami. Słońce wpadające przez
szyby tworzyło pryzmaty tańczące na białych ścianach.
Wilgotne i brudne prześcieradło zaplątało mi się wokół nóg. Zrzuciłam
je, owinęłam się nim jak ręcznikiem i ostrożnie otworzyłam drzwi
sypialni. Skromnie umeblowane dwupoziomowe mieszkanie, wynajęte przez
Viktora i Axela na lato, zajmowało parter i pierwsze piętro domu przy
Brantingsgatan w dzielnicy Gärdet. Na zewnątrz był ogródek ze stolikiem,
drewnianymi krzesłami i czarnym kulistym grillem. Na stoliku stała
puszka po fancie pełna niedopałków.
Z pokoju Axela dochodziło głośne chrapanie. Salon i kuchnia znajdowały
się na parterze. Zeszłam tam, zrobiłam sobie kawy i wygrzebałam
papierosy z mojej torebki porzuconej na podłodze w przedpokoju.
Następnie z kawą i paczką papierosów usiadłam w ogródku.
Przede mną rozpościerał się Tessinparken. Słońce stało jeszcze dość
nisko, musiałam mrużyć oczy przed światłem.
Nie zamierzałam się narzucać ani utrudniać sytuacji Viktorowi. Jego
propozycja, żebym przyszła do nich na dzisiejszą imprezkę, to na pewno
tylko słowa. Po prostu chciał iść ze mną do łóżka. Słyszałam już
niejedną uroczystą obietnicę składaną po pijaku. Viktorowi chyba było ze
mną przyjemnie. A mnie z nim. I niech tak zostanie. Zgasiłam papierosa w puszce po fancie i wstałam, żeby poszukać swojego ubrania. W tym
momencie otworzyły się za mną drzwi.
- A, tutaj jesteś - odezwał się zaspany. - Masz papierosa?
Podałam mu. Opadł na krzesło, na którym przedtem siedziałam, i zamrugał
od słońca. Usiadłam obok.
- Właśnie się zbierałam, żeby iść - powiedziałam.
Spodziewałam się, że na jego twarzy zobaczę ulgę. Wdzięczność, że nie
jestem namolną panienką, do której nie dociera, że pora się wynosić.
A jednak mnie zaskoczył.
- Iść? - wykrzyknął. - Dlaczego?
- Bo tu nie mieszkam.
- I co z tego?
- Na pewno nie chcecie, żebym wam się tu plątała, prawda? Rozumiem, że
to jednorazowa historia, masz swoje sprawy. Nie chcę ci zawadzać ani się
narzucać.
Odwrócił głowę i spojrzał na park. Powstrzymałam odruch, żeby go
pogłaskać po szczecince na głowie. W sypialni było zdjęcie, na którym
miał gęste, wijące się blond włosy. Nadal milczał i już myślałam, że go
przejrzałam, że jest równie łatwy do rozszyfrowania jak inni faceci.
Wreszcie powiedział:
- Nie wiem, jak cię traktują ani jakie panują zwyczaje tam, skąd
pochodzisz, ale według mnie jesteś fajna. Inna, prawdziwa. Oczywiście
możesz iść, jeśli masz ochotę, ale byłoby mi miło, gdybyś została.
Zamierzałem zejść do Seven Eleven, kupić nam sok i croissanty, potem
byśmy się poopalali i później zamówili sobie pizzę.
- Okej - odpowiedziałam bez namysłu.
Koło twarzy latała mi osa. Odpędziłam ją, nigdy nie bałam się os. Są
gorsze rzeczy.
- Okej? A tak poważnie, co to za pętaki, z którymi się zwykle zadajesz?
- U nas faceci... Czy ja wiem. Chcą iść do łóżka, a potem, żeby sobie
pójść. Coś w tym rodzaju. Następnego dnia mają co innego do roboty.
Nie wspomniałam o spojrzeniach. O słowach. O tym, że nie wiedziałam,
gdzie podziać oczy ze wstydu, chociaż to nie ja powinnam się wstydzić.
Że pójście do łóżka z tym, kto mnie zechce, to było nic w porównaniu z tamtym.
Viktor zasłonił ręką oczy przed słońcem.
- Od jak dawna mieszkasz w Sztokholmie?
- Od miesiąca.
- To witaj.
- Dziękuję.
Wieczorem około siódmej do mieszkania zaczął wlewać się strumień ludzi.
W większości starszych ode mnie o kilka lat, więc z początku czułam się
trochę niewyraźnie. Viktor przepadł w tłumie, wylądowałam przy stoliku w ogrodzie razem z Axelem. Popijałam drinka, paliłam i pękałam ze śmiechu,
kiedy opowiadał, jak zeszłego lata razem z Viktorem jeździli pociągiem
po Europie. Przyszły przywitać się dwie dziewczyny, Julia i Sara. Julia
miała długie brązowe włosy, zielone oczy i śliczną ciemnoniebieską
sukienkę. Sara była w dżinsowej spódnicy i białej koszulce, jasne włosy
związała w niedbały węzeł.
- Cholernie się denerwuję na myśl o semestrze jesiennym - odezwała się
Julia, nachylając się. - Chciałabym zrezygnować, a w najgorszym razie
wziąć urlop dziekański, ale ojciec się nie zgadza. Wścieka się, kiedy
tylko próbuję z nim rozmawiać. Kurde, jak ja nienawidzę Lund.
- No to biedna jesteś - zauważyła Sara, wydmuchując kółka z dymu.
- Świadectwo nie pozwala mi niestety dostać się na Handelshögskolan. A zresztą... dziś się bawimy.
Usiadła prosto i spojrzała na mnie, jakby dopiero mnie zauważyła.
- A ty czym się zajmujesz?
Chrząknęłam. Wypuściłam smużkę dymu z ust. Nie miałam ochoty opowiadać o swoich planach dopiero co poznanej osobie.
- Teraz właściwie niczym.
- Fajnie. Ale będziesz studiować?
Złożyłam papiery w kilku miejscach w Sztokholmie, więc przytaknęłam.
Pomyślałam o moim koncie w banku, które topniało w alarmującym tempie.
- Mam taki zamiar. Ale trochę potrwa, zanim dostanę odpowiedź -
odparłam.
- Skąd znasz Axela? - spytała ta druga, Sara, i kiwnęła głową w jego
stronę.
- Przez Viktora, może go znacie, poznałam go wczoraj w Buddha Bar.
- Spałaś tutaj?
Przytaknęłam.
W milczeniu wypaliły papierosy i poszły.
- Julia i Viktor byli kiedyś parą - wyjaśnił Axel.
- Co znaczy "kiedyś"?
- Jakieś trzy miesiące temu. Dziś widzą się po raz pierwszy, odkąd
wróciła z Lund.
Julia i Sara poszły z nami do Buddha Bar. Trzymały się blisko Viktora i cały czas patrzyły na mnie z niechęcią. Im więcej piłam, tym bardziej
mnie to złościło.
Viktor zrobił sobie małą przerwę w puszczaniu płyt i podszedł do mnie i Axela. Objęłam go, patrząc w zwężone oczy Julii. Pocałował mnie,
ugryzłam go lekko w dolną wargę. Kiedy przyszła pora wrócić do kabiny
didżeja, spytał, czy mogłabym mu potowarzyszyć. Obejmował mnie ramieniem
w pasie, kiedy przedzieraliśmy się przez tłum. Powoli nam szło, bo
ciągle ktoś go zatrzymywał. W końcu dotarliśmy. Viktor nałożył
słuchawki, poruszył kilkoma suwakami i zaczął się kiwać w takt muzyki.
Ja też. Potem chwyciłam jego rękę i włożyłam sobie pod sukienkę, między
nogi. Byłam bez majtek.
- Pójdziesz ze mną do domu? - spytał.
- Owszem, a chcesz?
Jego spojrzenie wystarczyło za odpowiedź.
- I co będziemy robić? - spytałam, drażniąc się z nim.
Zaśmiał się i zmienił melodię.
Ogarnęło mnie wspaniałe uczucie. Jestem wolna. Mogę robić, co chcę, i być, kim chcę. Bez przeszłości, która paskudziła wszystko wokół mnie i we mnie. Bez tych wszystkich ludzi, którzy mnie ściągali w dół. Powoli,
kawałek po kawałku, zamieniałam się w kogoś innego.
Spojrzałam z góry na tańczących, zamknęłam oczy i przypomniałam sobie
Fjällbackę. Wścibskie spojrzenia, które podążały za mną, gdziekolwiek
szłam, fascynacja pomieszana ze współczuciem, lepka, ciężka i mdląca.
Tutaj nikt nie wiedział. Nie widział. Moje miejsce było tu. W Sztokholmie.
- Idę do łazienki! - krzyknęłam.
- Okej. Za dziesięć minut kończę grać. Zobaczymy się przy wyjściu?
Kiwnęłam głową i skierowałam się do łazienki. Ustawiłam się w kolejce i uśmiechnęłam się na myśl, że Viktor jest mój i tylko mój. Z dala
dochodziła muzyka z sali tanecznej, lustro na ścianie wibrowało do
taktu.
Spojrzałam na swoje odbicie w lustrze. Włosy mi jeszcze zjaśniały, byłam
opalona i czułam się świeżo. Miałam wrażenie, że wyglądam poważniej niż
zaledwie tydzień temu. Dziewczyna stojąca przy umywalce skierowała
różowy pojemnik ze sprejem na swoją fryzurę i nacisnęła. Zakłuło mnie w nosie, bo zapach był słodki, ale stanowił przyjemny kontrast z wonią
potu, wódki i ubrań przesiąkniętych dymem.
Drzwi za mną otworzyły się, na sekundę zrobiło się głośniej.
Poczułam puknięcie w ramię i odwróciłam się. Mignęła mi Julia, a potem
poleciał na mnie drink. Kawałek lodu trafił mnie w czoło, spadł na
podłogę i poleciał dalej. Zaszczypały mnie oczy, zamrugałam ze zdumienia
i z bólu.
- Co ty robisz, do cholery? - krzyknęłam, cofając się.
- Prowincjonalna kurewka - powiedziała Julia, odwróciła się na pięcie i wyszła.
Kilka innych dziewczyn zaśmiało się. Wytarłam się papierowym ręcznikiem.
Odbierałam upokorzenie całym ciałem, jakby opadł mnie rój insektów.
Poczułam się jak dawna ja. Ta, która się kuliła, chowała w cieniu,
uginając się pod ciężarem nazbyt wielu tajemnic.
A potem się wyprostowałam i spojrzałam w lustro. Nigdy więcej.
Tydzień później dostałam pocztą zawiadomienie, że zostałam przyjęta do
Handelshögskolan. Skserowałam je, odszukałam adres Julii, kupiłam
kopertę i włożyłam odbitkę razem ze zdjęciem, które Viktor i ja
zrobiliśmy sobie przy użyciu samowyzwalacza; ja na czworakach, Viktor za
mną, na twarzy miał grymas rozkoszy. Wrzucając kopertę do skrzynki na
listy w domu Julii, miałam w głowie tylko jedną myśl. Nigdy więcej nie
dam się nikomu upokorzyć.
Miesiąc później, przy rejestrowaniu się na uczelni, podałam, że mam na
imię Faye, było to moje drugie imię, po autorce ulubionej książki mojej
mamy. Matylda przestała istnieć.
Z tyłu za Faye przemknął pospiesznie
kelner, pewnie do któregoś z brzuchatych gości siedzących kilka stolików
dalej. Do tego rodzaju mężczyzn zawsze kelnerom jest spieszno. Właściwie
nic dziwnego, zważywszy na to, że wszyscy wyglądali, jakby od zawału
dzieliła ich zaledwie jedna porcja Biff Rydberg8.
Spojrzała na Alice, która właśnie usiadła naprzeciw niej. Poznała ją
przy tej samej okazji co inne kobiety z tego samego towarzystwa, które
określała jako gęsi, bo ich głównym zadaniem było znoszenie jaj dla
swoich mężów. Miały rodzić spadkobierców, a potem trząść się nad nimi,
osłaniając skrzydłami udrapowanymi w ciuchy od Gucciego. Kiedy w końcu
dzieci szły do starannie wybranych przedszkoli, należało rozwinąć jakieś
zainteresowania, chodzić na jogę, na manikiur, wydawać kolacje, pilnować
sprzątaczek i długiego szeregu niań. Dbać o wagę, a najlepiej, żeby w ogóle nie było tego tematu. I jeszcze żeby zawsze być w seksualnej
gotowości. A najważniejsze: nauczyć się zamykać oczy, ilekroć mąż wraca
z późnej "służbowej kolacji" z koszulą niestarannie wsuniętą do spodni.
Początkowo szydziła z nich. Z luk w wykształceniu i kompletnego braku
zainteresowania tym, co naprawdę ważne w życiu, z tego, że ich ambicje
nie sięgały dalej niż do ostatniego modelu torebki Rockstud od Valentino
i decyzji, czy na ferie zimowe wyjechać do Sankt Moritz czy na Malediwy.
Jednak Jack chciał, żeby "utrzymywała z nimi dobre stosunki". Zwłaszcza
z Alice, która była żoną Henrika. Dlatego spotykała się z nimi
regularnie.
Faye i Alice nie żywiły do siebie szczególnej sympatii, ale chcąc nie
chcąc, były ze sobą związane poprzez firmę swoich mężów. Poprzez "ich
niezwykłą przyjaźń", jak się kiedyś wyraziła pewna gazeta biznesowa.
Alice Bergendahl miała dwadzieścia dziewięć lat, czyli była trzy lata
młodsza od Faye. Miała wydatne kości policzkowe, talię jak u dziesięciolatki, a nogi jak jakaś pieprzona Heidi Klum na szczudłach. W dodatku urodziła dwoje pięknych, udanych dzieci. Pewnie z uśmiechem na
ustach podczas całego porodu. A między bólami przypuszczalnie robiła na
drutach czapeczkę dla tego cudu, który rozerwał jej pachnącą mufkę na
dwie idealne części. Alice Bergendahl była bowiem nie tylko piękna,
dziewczęca, szczupła i pachnąca, ale jeszcze kreatywna i towarzyska,
organizowała zachwycające imprezki, na które wszystkie gęsi
przyprowadzały swoich mężów. W przeciwnym razie trafiłyby na czarną
listę Alice, co dla sztokholmskich lepszych sfer było czymś w rodzaju
Guantanamo.
Alice przyprowadziła do Riche jeszcze jedną długonogą kobietę, o imieniu
Iris, żonę finansisty Jespera, który zajmował się tradingiem. Na razie
był golcem, ale podobno dobrze rokował, a Iris została przyjęta do
towarzystwa Alice na coś w rodzaju okresu próbnego do momentu, gdy
sukces Jespera stanie się faktem. Jej los miał się zapewne rozstrzygnąć
w ciągu paru miesięcy.
Zamówiły sałatki - oczywiście po pół, nie po całej - i po kieliszku
cavy. Jadły drobnymi kęskami i uśmiechały się do siebie, opowiadając o swoich dzieciach. Był to jedyny temat ich rozmów. Oczywiście oprócz
mężów.
- Jesper wziął urlop na ferie wielkanocne - powiedziała Iris. -
Wyobrażacie sobie? Jesteśmy cztery lata po ślubie i nigdy w ciągu roku
nie miał dłuższego urlopu jak tydzień. A parę dni temu przychodzi i robi
mi niespodziankę, że jedziemy na Seszele.
Faye poczuła ukłucie zazdrości. Pomógł łyk cavy.
- To wspaniale - zauważyła.
A w duchu zastanawiała się, jaki Jesper ma powód, aby w ten sposób
zagłuszyć wyrzuty sumienia.
Restauracja była pełna. Turystów sadzano przy oknach, cieszyli się, że w ogóle znalazło się dla nich jakieś miejsce. Pod wieloma stołami stały
torby pełne zakupów. Przybierali obojętne miny, ale rozglądali się
między jednym kęsem a drugim, otwierając szeroko oczy, kiedy dostrzegli
jakąś ważną osobę, i szeptali porozumiewawczo; byli pod wielkim
wrażeniem obecnych w restauracji prezenterów telewizyjnych, artystów i polityków. Jednak ludzi prawdziwej władzy nie rozpoznawali. Tych, którzy
za kulisami pociągają za sznurki. Chociaż akurat Faye wiedziała
dokładnie, kim są.
- Seszele są naprawdę cudowne - odezwała się Alice. - Takie egzotyczne.
Pytanie, jak sobie tam radzą z bezpieczeństwem. Było tam trochę...
problemów.
- Czy Seszele są na Bliskim Wschodzie? - spytała niepewnie Iris, wodząc
po talerzu kawałkiem awokado.
Faye wypiła łyk cavy, żeby powstrzymać śmiech.
- No gdzieś w tamtej okolicy? Pewnie jest tam ISIS i cała reszta.
Alice skrzywiła się lekko, bo Faye, słysząc to, aż zabulgotała.
- Nie, no na pewno jest tam spokój - ciągnęła Iris, teraz wodząc po
talerzu połówką jajka. - Jesper nie narażałby na żadne ryzyko mnie i małego Orvara.
Małego Orvara? Jak można dać dziecku imię odpowiednie raczej dla
osiemnastowiecznego pirata chorego na syfilis? Z drugiej strony musiała
przyznać, że Julienne też jest pretensjonalne. Ale tak chciał Jack.
Mówił, że ładnie brzmi i sprawdzi się w wielu krajach. Takie rzeczy
trzeba zapewniać dziecku już na etapie życia płodowego. Co rodzicom
Orvara najwyraźniej umknęło, ale to da się jeszcze zmienić. W przedszkolu Julienne parę miesięcy temu pewien Sixten stał się nagle
Henrim. Dla trzylatka musiał to być totalny stres, ale nie sposób brać
pod uwagę takie rzeczy, jeśli się chce, żeby chłopak dobrze wypadł w kontekście międzynarodowym.
Faye dopiła wino i kiwnęła dyskretnie na kelnerkę, żeby jej dolała.
- Oczywiście, że nie narażałby was - skomentowała Alice, żując
pożądliwie liść sałaty.
Sprawiała wrażenie lubieżnie przeżuwającej krowy, bo w jakimś piśmie o zdrowiu wyczytała, że każdy kęs należy pogryźć przynajmniej trzydzieści
razy. Faye spojrzała ponuro na swój talerz. Zjadła już swoją połówkę
sałatki i była równie głodna jak na początku. Spojrzała tęsknie na
zamówienia przyniesione właśnie na sąsiednie stoliki. Biff Rydberg.
Klopsiki. Pasta. Kelnerzy stawiali talerze przed pulchnymi panami w garniturach. Takimi, którzy mogą sobie pozwolić na otyłość brzuszną.
Biedni mężczyźni są tłuści, bogaci są dobrze zbudowani. Oderwała wzrok
od klopsików. W towarzystwie Alice nie jada się klopsików w sosie
śmietanowym z ziemniakami purée.
- Małe, kilkutygodniowe porwanko mogłoby ci nawet dobrze zrobić, co,
Iris? - sugerowała Faye. - Miałabyś superdietę, a gdybyś ładnie
poprosiła, mogliby ci nawet zorganizować matę do jogi - dodała, patrząc
na nietkniętą sałatkę Iris.
- To nie jest temat do żartów. To jest straszne!
Alice pokręciła głową, a Faye westchnęła.
- Seszele to wyspy na Oceanie Indyjskim. Na Bliski Wschód jest bliżej od
nas niż stamtąd.
Zapadło milczenie. Iris i Alice skupiły się na swoich sałatkach, a Faye
na kończącej się znów cavie.
- Widzicie, kto tam jest? - szepnęła Iris, nachylając się do nich, ze
wzrokiem utkwionym w wejściu do restauracji.
Faye próbowała się domyślić, o kogo jej chodzi.
- Ten facet, który właśnie wszedł. Stoi i rozmawia z barmanem.
Teraz Faye już zobaczyła. Piosenkarz John Descentis. Ulubiony wykonawca
Jacka. Od kilku lat przeżywał pasmo niepowodzeń i pojawiał się głównie w skandalizujących pisemkach w związku z nieudanymi romansami,
bankructwami i żenującymi migawkami z życia celebrytów. Wraz z towarzyszką, ufarbowaną na czarno ładną dwudziestopięciolatką w skórzanej ramonesce, zostali zaprowadzeni do stolika naprzeciw nich.
- Dwa piwa - zwrócił się do kelnera. - Na początek.
Alice i Iris przewróciły oczami.
- Dziwię się, że dają mu stolik - mruknęła Alice. - Ten lokal zaczyna
schodzić na psy.
Iris tak się wzdrygnęła, że aż zagrzechotały jej złote bransoletki od
Cartiera.
Faye spojrzała na Descentisa. Planowała wyprawić urodziny Jacka, który
na pewno byłby zachwycony, gdyby wystąpił John Descentis. Wstała i ku
przerażeniu Alice i Iris podeszła do stolika artysty.
- Przepraszam, że przeszkadzam. Jestem Faye.
John Descentis spojrzał, zmierzył ją wzrokiem od góry do dołu.
- Cześć, Faye - odparł z uśmieszkiem. - Bez obaw, wcale nie
przeszkadzasz.
- Mój mąż Jack ma urodziny w kwietniu, organizuję mu imprezę w Hasselbacken9. On ciebie uwielbia. Pomyślałam, że spytam,
czy będziesz wtedy wolny i mógłbyś wpaść, żeby zaśpiewać kilka kawałków.
- Jack Adelheim? Ten przedsiębiorca?
Dziewczyna ściągnęła usta, ale John wyprostował się, siedząc na ławie.
Faye uśmiechnęła się.
- Zgadza się, jest właścicielem firmy Compare.
- No pewnie, wiem, kim jest. Oczywiście, nie ma problemu. Nie
wiedziałem, że lubi moje piosenki.
- Odkąd był nastolatkiem. Ma w domu wszystkie twoje płyty. Fizycznie.
Zaśmiała się.
- W wywiadach dla dzienników gospodarczych raczej nie ma miejsca, żeby
człowiek pochwalił się czymś takim - zauważył John.
Dziewczyna westchnęła głośno, wstała od stołu i poinformowała obojętnie,
że idzie do toalety.
Faye usiadła na jej miejscu. Kusiło ją, żeby wypić piwo, które kelner
właśnie postawił na stole, ale opanowała się. Kątem oka widziała
wpatrujące się w nią Alice i Iris.
Musi opowiedzieć Jackowi. Właściwie powinna zachować to w tajemnicy,
zrobić z tego niespodziankę, ale znała siebie i wiedziała, że nie
wytrzyma.
- Czy mogę... czy mógłbyś podać mi swój telefon? Żebym zadzwoniła i dogadała szczegóły. Ustalilibyśmy cenę i tak dalej.
- Pewnie, podaj mi swój numer, wyślę ci esemesa.
Napisał esemesa i rzucił jej uśmiech, który wciąż miał pewien urok.
Plotki mówiły, że jego pobyty w klinikach odwykowych nie były
spowodowane jedynie alkoholem, ale w tym momencie chyba nie był pod
wpływem.
Komórka zapiszczała. Faye zerknęła na esemesa i puszczający oko
uśmiechnięty emotikon, a potem wróciła do swojego stolika.
- Co mu powiedziałaś? - spytała szeptem Alice, chociaż prawdopodobnie
słyszała każde słowo.
Gdyby Faye nie wiedziała, że Alice ma czoło ostrzykane botoksem, mogłaby
przysiąc, że dostrzegła na nim zmarszczkę.
- Będzie grał na urodzinach Jacka.
- On? - syknęła Alice.
- Tak. John Descentis. Jack go uwielbia.
- Jackowi to się nie spodoba - stwierdziła Alice. - Przyjdą różni
znajomi z biznesu. To po prostu nie wypada.
- Chyba ja wiem najlepiej, co lubi, a czego nie lubi mój mąż. Pilnuj
swojej rodziny, Alice, a ja będę pilnowała swojej.
Po wyjściu z Riche Faye zaciągnęła poły płaszcza. Od zatoki wiał
lodowaty wiatr. Niebo było szare. Ludzie szli pośpiesznie, wychyleni do
przodu. Siedemdziesięcioprocentowa wyprzedaż u Schutermanów zmierzała ku
końcowi, sklep wyglądał dość pusto.
Została jej godzina, zanim będzie musiała wrócić do domu, by zwolnić
nianię. Szła w stronę Stureplan, kiedy wściekle czerwony porsche boxter
zahamował przy niej tak gwałtownie, że jadący tuż za nim kierowca Taxi
Stockholm zatrąbił wściekle.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki