Sierpniowe słoneczko zaglądało nieśmiało w progi mojej sypialni, racząc swoją pogodną aurą miętowe ściany i zapowiadając kolejny ciepły dzień. Lato minęło prędko, po raz kolejny pozostawiając po sobie już tylko ostatki upałów. Wkrótce, pośród nocnej ciszy, wedrze się jesień, pomaluje liście w ogrodzie na czerwień i złoto, obsypie nimi równo ścięty trawnik. Fontanna w nimfą przestanie lać z dzbana wodę, lilie przekwitną, pozostawiając w oczku wodnym obok altany jedynie przekwitłe, pożółkłe płaty. Wtedy też skończą się spacery po moście nad jego taflą, rechot żab zaniknie i cały malowniczy krajobraz będzie czekał na kolejną wiosnę po corocznej, zapewne ostrej zimie.
Usłyszałam pukanie, więc przeniosłam wzrok na białe drzwi. Zaprosiłam półtonem gościa, wciąż jednak nie wstając z atłasowej pościeli w kolorze pudrowego różu. Owinięta kołdrą patrzyłam na przekraczającą próg Romę. Skinęła głową na powitanie i jak zawsze uśmiechnęła się do mnie miło. Pokojówka miała kręcone, czarne jak węgiel włosy, tak samo ciemne oczy oraz cudowną, karmelową cerę. Imigrantka z Ameryki Południowej pracowała w domu mojego ojca od kilku lat i była na każde moje zawołanie. W różowej sukience i z białym fartuszkiem pasowała do reszty służebnic tego domu.
– Dzień dobry, przygotować kąpiel?
– Nie, wezmę szybki prysznic.
– Pani ojciec prosił o punktualność przy śniadaniu. Zamierza coś ogłosić i chce, aby każdy był przy tej chwili.
– Jak zawsze będzie mnie straszył zamążpójściem. Żadna nowość. Jak pogoda na zewnątrz?
– Jak na stan Nowy Jork przyjemnie ciepła. Przygotować sukienkę czy…
– Tę różową z tiulem, której tak nie cierpi mój tata.
– Tę, którą nazywa ladacznicą? – Roześmiała się, na co odpowiedziałam tym samym i potwierdziłam.
Ukryłam blond włosy pod czepkiem, a następnie odkręciłam wodę w kabinie prysznicowej i czułam, jak z każdą sekundą rozbudzam się coraz bardziej. Przestępując z przeszklonej kabiny na podgrzewaną podłogę, byłam już pobudzona i otulona zapachem kwiatowego żelu. Przetarłam opalone w letnich promieniach ciało puszystym ręcznikiem, a z szuflady pod umywalką wyjęłam komplet różowej bielizny. Stanik z push-upem miał dodać objętości niewielkim piersiom, a koronkowe figi kształtu wymodelowanej pupie. Przed półokrągłym lustrem obsadzonym lampkami nałożyłam lekki makijaż; nieco pudru i róż, a złoty cień miał podkreślić zieleń moich oczu. Uwielbiałam to, jaka byłam – młoda i wolna, bez zobowiązań.
Opuściłam pokój już w przygotowanej wcześniej sukience, a włosy pozostawiłam związane w warkocz. Idąc holem, mijałam kolejne pary drzwi podobnych do tych od mojej sypialni. Zeszłam na dół półokrągłymi schodami zaścielonymi czerwonym dywanem, trzymając się złotej poręczy. Stukot moich sandałów na słupku przerwał toczącą się na tarasie dyskusję. To tam tego poranka mieliśmy spożywać śniadanie; ja, rodzice, brat i jego żona Inez.
Męskie tony ucichły, gdy po minięciu salonu i wejścia do jadalni znalazłam się w progu tarasu. Tata, jak zawsze poważny, nie uśmiechnął się ani na moment, jedynie patrzył na mnie surowo. Szczupła, pomarszczona twarz naznaczona została bliznami po oparzeniach. Mężczyzna miał odstający niczym dziób nos oraz zarysowany podbródek, przez co odnosiło się wrażenie, że jest w złym humorze. Krzaczaste brwi były już tego samego koloru co gładko zaczesane do tyłu siwe włosy.
Wystawił do mnie dłoń, a ja jako ukochana córeczka tatusia wtuliłam się w jego śnieżnobiałą koszulę.
– Dzień dobry, mój aniołeczku. Jak się spało?
– Dobrze, dziękuję. A co tu robi Benji?
– Mnie też miło cię widzieć, siostrzyczko. I przestań nazywać mnie Benji. – Poirytował się i zaczerwienił na dźwięk znienawidzonego skrótu imienia.
Benjamin był ode mnie starszy równo o dziesięć lat. Obchodziliśmy urodziny tego samego dnia, lecz różniliśmy się kompletnie. On wydawał się kopią ojca, miał tak samo szczupłe ciało, chłodne spojrzenie wyłupiastych, niebieskich oczu i włosy zaczesane do tyłu, choć jego nadal były kruczoczarne. Nosił oficjalne stroje, najczęściej ciemnobrązowy garnitur i skórzane buty, a do tego pachniał drogą wodą kolońską.
Nie spodobało mi się, gdy z nikłym, nieco złośliwym uśmiechem spojrzał w moją stronę. Wciąż wisiałam na ramieniu taty i tuliłam się w niego jak mała rozpieszczona dziewczynka, chociaż z początkiem tego lata skończyłam osiemnaście lat.
– Nerwowy. Inez znowu w ciąży? – zadrwiłam.
Uśmieszek zgasł z twarzy brata. Byłam niemal pewna, że chłopak ogłosi zaraz kolejną, tym razem czwartą ciążę swojej żony. Mieli już dwóch synów i córkę, a wszystkie kompletnie niezaplanowane. Najstarszy z gromadki – Benji Junior – urodził się zaraz po osiemnastce Benjamina, kolejne natomiast rodziły się średnio co trzy lata.
Gdy za plecami brata pojawiła się tęższa, farbowana blondynka z promiennym uśmiechem, rozchmurzył się nieco. Uczepiła się jego ramienia jak ja mojego taty.
– Już wie? – zapytała tajemniczo.
– Jesteś w ciąży, prawda? – wypaliłam bez sensu, na co zareagowała nerwowym dotknięciem brzucha.
Zaprzeczyła pewnym ruchem głowy, jakby poczuła się urażona, że wytykam jej figurę. A przecież nie zrobiłam tego umyślnie, tylko jak zwykle mówiłam to, co ślina przyniosła mi na język. Tata się roześmiał, jakby na siłę próbował rozładować napięcie, co chwilę potem podłapali mój brat oraz jego żona.
– Nie, nie, mój aniołeczku. Siadajcie, Bella zajmie się dziećmi, a my będziemy mogli w spokoju przedyskutować sprawy.
Tata wspomniał o mojej mamie, która z pewnością z uśmiechem na twarzy bawiła wnuki. Uwielbiała dzieci, wydawała się stworzona do ich posiadania, chociaż sama nie była biologiczną matką. Benjiego urodziła surogatka, a ja zostałam adoptowana, dlatego nie doszukiwałam się podobieństwa do reszty rodziny. Nigdy nie zdradzili mi, kim byli moi prawdziwi rodzice. Uznali, że skoro wychowałam się przy nich, nie warto tego roztrząsać.
Stół ustawiony w patio jak zawsze uginał się od jedzenia, jakbyśmy mieli to wszystko przejeść na raz. Roma w towarzystwie starszej siostry Eriki usługiwały nam, dolewały kawy, herbaty, podawała pieczywo. Tata zagonił je do domu, lecz zanim zniknęły, kazał im jeszcze zawołać Jacka, naszego wieloletniego szefa ochrony.
Łatwo się domyślić, że moja rodzina nie należała do tych uczciwych, ciężko pracujących ludzi. Ojciec zasłynął jako jeden z najokrutniejszych sadystów wschodniego wybrzeża, jego ludzie na zlecenie likwidowali innych, a dodatkowym zajęciem był przemyt i sprzedaż nielegalnej broni. Przyjaźnił się z najwykwintniejszą śmietanką towarzyską kraju, wielkimi ludźmi biznesu, a sam prowadził świetnie prosperującą korporację zajmującą się IT. Wiadomo, że była tylko przykrywką dla ciemnych interesów, o których co prawda wiedziałam, lecz nigdy nie zostałam w nie zaangażowana. Broń w tym kraju miał każdy, można było ją kupić bez zezwolenia w każdym profesjonalnym sklepie. Ta nielegalna wydawała się jednak rarytasem; mocniejsza, lepsza, skuteczniejsza, no i o wiele tańsza. To ona przynosiła największe korzyści mojej rodzinie.
Rozmowa przy stole była luźna, coś o pogodzie, o planach na kolejne wakacje lub zwyczajnie o niczym. Dopiero pojawienie się Jacka ożywiło nieco atmosferę. Mężczyzna około pięćdziesiątki przywitał się, patrząc na mnie wymownie. Nie cierpiałam tego typa; zboczony sadysta od dawna obserwował mnie jak potencjalną ofiarę. Zasłynął w ciemnym świecie jako Krwiożerca i tak też nazywają go jego podwładni. Podobno latami torturował i krzywdził młode prostytutki, utaczał z nich krew, ale ostatecznie pozwalał im przeżyć, choć borykały się z traumą. Były sprzedawane do burdeli, a większość skończyła ze sobą, nie mogąc pogodzić się z piekłem, jakie im sprawił.
To jednak odległa przeszłość, bo Jack od prawie dwudziestu lat obstawiał tyły mojego ojca, zapewne już tylko prywatnie zabawiając się w tak potworny sposób z biednymi kobietami. Często odnosiłam wrażenie, że patrząc na mnie tymi piwnymi oczami, ledwo powstrzymywał się od oblizywania warg, skubania siwego wąsa i splątanej w warkocz brody oraz rzucania w moim kierunku niewybrednych komentarzy. W jego wyobraźni zapewne jawiłam się jako kolejna ofiara.
Moje ciało przeszył lodowaty dreszcz, struchlałam niczym wystraszone cielę i skuliłam głowę między ramiona. Nikt z obecnych nie widział tego, co ja lub zwyczajnie udawali.
Tata skinął palcem, a Jack jak na rozkaz się schylił i słuchał uważnie, co szef mu szepcze do przekłutego kolczykami ucha. Potakiwał, a w międzyczasie spoglądał w moją stronę i szczerzył wampirze kły. Wtedy już wiedziałam, że rozmowa jest o mnie.
– Wszystko będzie gotowe za pół godziny – zapewnił, po czym ruszył do wyjścia.
Ojciec napił się kawy, odłożył pustą filiżankę na spodek i skierował wzrok na mnie.
– Rachela – odezwał się z powagą, która zmusiła mnie do wyprostowania się i uważności.
Napięta do maksimum możliwości wpatrywałam się w jego twarz. Słyszałam szepty Benjiego i Inez, gdy mamrotali coś, że to już za chwilę. Byli podejrzanie podnieceni, jakby cieszyli się z nadchodzącej nowiny.
– Tak, tatusiu?
– Aniołeczku mój, wiem, że to może być dla ciebie zaskakujące, ale w sumie jesteś już dorosłą kobietą i powinnaś w końcu podjąć dojrzałą decyzję.
– Przecież wiesz, że dla ciebie zawsze będę małą dziewczynką. – Próbowałam odłożyć w czasie tę krępującą rozmowę.
– Oczywiście, to nigdy nie ulegnie zmianie, lecz przyszedł czas, abyś w końcu wyszła za mąż.
– Tato, przerabiamy to w każdą sobotę przy śniadaniu.
– Przerabialiśmy, to lepsze słowo. Wczoraj, po długich negocjacjach, udało mi się w końcu wybrać dla ciebie kandydata idealnego.
– Kogo?! – oburzyłam się i położyłam dłonie na białym obrusie.
– Salvatore to świetny kandydat. Młody, aspirujący na bardzo dobrego przywódcę klanu, do tego zamożny i przystojny, a z tego, co wiem, przepadasz za latynoską urodą.
Wykrzywiłam twarz w grymasie zaskoczenia. Nie umiałam wydusić z siebie słowa, gdy ojciec tak bezczelnie i bez mojej wiedzy sprzedał mnie jakiemuś młodemu handlarzowi narkotyków. Miałam ochotę wstać, rzucić to śniadanie w cholerę i uciec na koniec świata.
– Ale ja miałam sama znaleźć sobie partnera. – Tylko tyle wymamrotałam w kompletnym szoku.
– Kochanie moje, rozumiem twoje zaskoczenie, ale nie oszukujmy się, uczysz się w domu, nie uczęszczasz do zwyczajnej szkoły, nie znasz nikogo poza moimi kontrahentami. A takie związki są cenne, jeżeli chodzi o nasze interesy.
– Sprzedałeś mnie dla dobra swoich interesów? – spytałam pełna żalu, czując palące łzy na policzkach, które rozmazywały mój poranny makijaż.
– Nie sprzedałem, złożyłem tylko świetną ofertę kilku znanym osobistościom, a Salvatore Santos dał najlepszą cenę.
– Czyli sprzedałeś!
Wylałam z siebie cały gniew, uderzając dłonią o blat. Filiżanki na spodkach podskoczyły, brzęcząc wraz z pozostałą zastawą. Ręka zapiekła mnie niemiłosiernie, lecz nie bolała tak jak urażona duma. Przecież byłam aniołeczkiem swojego tatusia, słodkim cukiereczkiem, najdroższym kochaniem, a on właśnie mnie sprzedał, jakby już więcej mnie nie potrzebował. Rozpłakałam się jak wprawiona aktorka i skryłam twarz w dłoniach. Nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego mi to zrobił. Po co?
– Aniołku, uspokój się – poprosił, po czym podszedł do mnie prędko i natychmiast przytulił, jakby to miało ukoić moje krwawiące serce.
– Ja nie chcę, nie znam go, na pewno będzie mnie bił i krzyczał.
– Skarbie, nie oddałbym cię żadnemu katowi. Salvatore ma zaledwie trzydzieści lat, to młody i oddany mężczyzna, a rodzina jest dla niego najważniejsza.
– Nie chcę, proszę, pozwól mi samej wybrać swojego partnera.
– Przestań, zobaczysz, będziesz zachwycona. Jeszcze mi podziękujesz, że wybrałem właśnie jego.
– Nie znam go.
– Poznasz dziś na uroczystej kolacji w hotelu Astoria.
– Jedziemy do Nowego Jorku?
Byłam zaskoczona, bo w okolicach Waszyngtonu nie brakowało tak samo wyrafinowanych miejsc. Zaprzątanie sobie głowy prawie czterogodzinną wycieczką, aby poznać osobę, której oddał mnie tata, uznałam za głupotę. Równie dobrze mógł przywieźć go tutaj, do naszej posiadłości w Georgetown, nad słynne nabrzeże rzeki Potomak. Zarówno nasz dom, jak i okolica opływały luksusem, więc ten cały Salvatore nie powinien bać się o to, że nie zostanie należycie przyjęty. Ja nie wyobrażałam sobie, abym miała kiedykolwiek się stąd wyprowadzić, szczególnie do obcego mi mężczyzny. Jeżeli mnie chciał, sam powinien się pofatygować. Poza tym nie potrzebowałam partnera; miałam rodzinę, choć jej najwidoczniej zaczynał przeszkadzać mój status singielki.
– Tak, wszystko na dzisiejszy wieczór zaplanowane jest właśnie tam. Pojedziesz z mamą i Jackiem do spa, rozluźnisz się, przygotujesz i stamtąd odbiorę cię ja.
– Nie chcę, nie dam rady, tato. Pozwól mi znaleźć kogoś sama.
– Słoneczko, posłuchaj.
– Będziesz jej warunki stawiał? – wtrącił Benji, przypominając o swojej obecności. – Jest dorosła, więc nadszedł czas, żeby poszła na swoje.
– Synu, zaprosiłem cię tu, abyś mógł być przy oficjalnej zapowiedzi zaręczyn siostry, a nie po to, abyś próbował mnie umoralniać – burknął, uciszając chłopaka. Następnie potarł dłońmi moje ramiona i skrzyżował ze mną surowe spojrzenie. Wiedziałam, że za tą poważną miną kryła się troska. – Aniołku, zrobimy tak. Pojedziemy na kolację, poznasz Salvatore, ocenisz, co ci się w nim podoba, a co nie. Dam ci tydzień na ewentualną dyskusję na temat wad i zalet…
– Mam tydzień na znalezienie kogoś innego? To fizycznie niemożliwe.
– Nie, aniołku, tego nie powiedziałem. Chcę dać ci tydzień na ochłonięcie, a ślub z Salvatore jest nieunikniony.
– Dlaczego nie dasz mi szansy?
– Jak ty to sobie wyobrażasz? W tydzień nie znajdziesz sobie męża. – Roześmiał się, widząc moja desperację. – Ale dobrze, jeżeli to sprawi, że się rozchmurzysz, niech ci będzie.
Nie wiedziałam, co chciałam tym ugrać. Odwlec w czasie coś, co i tak było nieuniknione? Tydzień na znalezienie męża brzmiał jak kuriozalny żart, który miał mnie dowartościować. Nie znałam zbyt wielu mężczyzn, a takich zainteresowanych mną to już w ogóle. Większość to starzy, żonaci kontrahenci mojego ojca lub wdowcy po sześćdziesiątce. Nigdy na serio nie interesowałam się ich synami, bo nie wierzyłam, że zostanę postawiona pod ścianą w tak młodym wieku. Żałowałam, że unikałam ich towarzystwa na balach czy innych imprezach, bo teraz potrzebowałam ich jak jeszcze nigdy.