Zatem profesor zapalił
lampę i obejrzał
się. Zapalił reflektor na długim stole eksperymentalnym, włożył
biały fartuch, pobrzęczał jakimiś
instrumentami na stole...
Wiele z 30 tysięcy ekwipaży mechanicznych,
mknących w 2. roku po Moskwie, przebiegło przez ulicę Hercena,
szeleszcząc po gładkim bruku, i co minuta z hukiem i zgrzytem
staczał się z ulicy Hercena ku Mochowej tramwaj
16, 22, 48 lub 53. linii. Odblaski różnobarwnych ogni wpadały przez
lustrzane szyby gabinetu
i daleko i wysoko widoczny był obok ciemnej
i ciężkiej kopuły świątyni Chrystusa, mglisty,
blady sierp księżyca.
Lecz ani on, ani gwar wiosennej Moskwy
nic a nic nie zajmowały uwagi profesora Piersikowa. Siedział na
śrubowym trójnogim taborecie i pożółkłymi od tytoniu palcami kręcił
wizjer
wspaniałego Zeissowskiego mikroskopu, w który był założony zwykły,
niezabarwiony preparat
świeżych ameb. W tej chwili, kiedy Piersikow
zmieniał powiększenie z 5 na 10 tysięcy, drzwi
uchyliły się, ukazała się szpiczasta bródka, skórzany napierśnik i
asystent rzekł:
- Włodzimierzu Ipatiewiczu, ustawiłem
wnętrzności, czy niechcecie spojrzeć?
Piersikow szybko zsunął się z taboretu,
porzuciwszy wizjer na półdrodze, i, powoli kręcąc
w palcach papierosa, przeszedł do gabinetu
asystenta. Tam, na szklannym stole, na wpół zaduszona i obumarła ze
strachu i bólu żaba była
rozpostarta na korkowym statywie, a jej przezroczyste galaretowate
wnętrzności wyciągnięte z zakrwawionego brzucha w mikroskop.
- Bardzo dobrze - rzekł Piersikow i przyłożył
oko do okularu mikroskopu.
Widocznie coś bardzo ciekawego można było
zauważyć w wnętrznościach żaby, gdzie jak
na dłoni widoczne, po rzekach naczyń żwawo
biegły żywe kulki krwi. Piersikow zapomniał
o swoich amebach i w przeciągu półtorej godziny na zmianę z
Iwanowym przykładał oko do
szkła mikroskopu. Przy tym obydwaj uczeni zamieniali ożywione, lecz
niezrozumiałe dla zwykłych śmiertelników słowa.
Wreszcie Piersikow odsunął się od mikroskopu,
oznajmiając:
- Krew się zsiada, nic nie poradzisz.
Żaba ciężko poruszyła głową i w jej gasnących
oczach były wyraźne słowa: "kanalie
z was, ot co...."
Rozprostowując zdrętwiałe nogi, Piersikow
wstał, wrócił do swego gabinetu, ziewnął, przetarł palcami wiecznie
rozpalone powieki i, usiadłszy na taborecie, zajrzał do mikroskopu,
położył
palce na wizjerze i już zamierzał przekręcić
śrubkę, lecz nie poruszył jej. Prawym okiem widział Piersikow mętną
białą tarczę i na niej martwe blade ameby, a pośrodku tarczy
siedział barwny lok, podobny do loku kobiecego. Ten lok
i sam Piersikow, i setki uczniów jego widzieli wielokrotnie i nikt
nie zainteresował się nim, a i nie było czego. Barwny pęczek
światła tylko przeszkadzał obserwacji i pokazywał, że preparat
nie jest w ognisku. Dlatego też bezlitośnie ścierano go jednym
przekręceniem gwintu, oświetlając pole równym, białym światłem.
Długie palce
zoologa już ściśle legły na nacięcie gwintu i naraz drgnęły i
zsunęły się. Przyczyną tego było
prawe oko Piersikowa, naraz stał się czujnym,
zdumiał się, przepełnił się nawet trwogą. Nie niedołężna
pośredniość siedziała przy mikroskopie. Nie, siedział profesor
Piersikow! Całe życie, pomysły jego skoncentrowały się w prawym
oku. Pięć minut w kamiennym milczeniu wyższa
istota obserwowała niższą, męcząc i naprężając
oko nad stojącym poza ogniskiem preparatem.
Wokoło wszystko milczało. Pankrat zasnął już
w swoim pokoju w westybulu i jeden raz tylko
muzykalnie i delikatnie zadzwoniły szyby w szafkach - to Iwanow,
wychodząc, zamknął swój
gabinet. Jęknęły za nim drzwi wejściowe. Potem już dał się słyszeć
głos profesora. Kogo on
zapytywał - nie wiadomo.
- Co takiego?... Nic nie rozumiem...
Spóźniony samochód ciężarowy przejechał
przez ulicę Hercena, zatrząsłszy starymi ścianami instytutu. Płaska
szklanna czarka z pincetami
zadźwięczała na stole. Profesor zbladł i podniósł
rękę nad mikroskopem, zupełnie jak matka nad
dzieckiem, któremu zagraża niebezpieczeństwo.
Teraz nie mogło być i mowy o tym, ażeby Piersikow poruszył gwint, o
nie, obawiał się, ażeby
jakakolwiek postronna moc nie wypchnęła z pola
widzenia tego, co zobaczył.
Był w całej pełni biały poranek ze złotą
smugą, przecinającą kremowy ganek instytutu,
kiedy profesor odszedł od mikroskopu i podszedł
na zdrętwiałych nogach do okna. Drżącymi palcami nacisnął guziczek
i czarne grube story
zasłoniły ranek i w gabinecie ożyła mądra uczona noc. Żółty i
natchniony Piersikow rozstawił
nogi i przemówił, utkwiwszy w podłodze załzawione oczy:
- Lecz jakżeż to tak?... Wszakżeż to
potworne!... To potworne, panowie - powtórzył,
zwracając się do żab w terrarium, lecz żaby spały i nic nie
odpowiedziały.
Milczał przez chwilę, podszedł potem do
wyłącznika, podniósł storę, zgasił wszystkie
światła i zajrzał do mikroskopu. Twarz jego stała się naprężoną,
zsunął krzaczaste żółte brwi.
- Uhu, uhu - zamruczał: przepadł. Rozumiem.
R-o-o-zumiem! - przeciągnął, obłąkańczo i z natchnieniem patrząc na
zagasłą kulę
nad głową: - to proste.
I znów opuścił syczące story, i znów zapalił
kulę. Zajrzał do kuli, radośnie i jakby drapieżnie
uśmiechnął się.
- Ja go złapię - tryumfalnie i z powagą
wyrzekł, podnosząc palec do góry: złapię. Być
może i od słońca.
Znów podniosły się story. Słońce teraz było
istotnie. Oto zalało ono ściany instytutu i ukosem położyło się na
bruku Hercena. Profesor
patrzał przez okno, kombinując, gdzie będzie
słońce w dzień. To odchodził, to zbliżał, leciutko
przytańcowując, i w końcu brzuchem położył
się na desce okiennej.
Przystąpił do ważnej i tajemniczej roboty.
Szklannym dzwonem nakrył mikroskop. Na błękitnawym płomieniu lampki
roztopił kawałek laku i brzegi dzwonu przypieczętował do stołu,
a na plamach lakowych odcisnął swój wielki palec. Zgasił gaz,
wyszedł, i drzwi gabinetu
zamknął na angielski zamek.
Półmrok panował w korytarzach instytutu.
Profesor dotarł do pokoju Pankrata i długo
i bez powodzenia stukał do nich. W końcu za
drzwiami dało się słyszeć mruczenie, jakby psa
łańcuchowego, charkanie i beczenie, i Pankrat w kalesonach w paski,
zawiązanych w kostkach,
stanął w jasnej plamie. Oczy jego dziko utkwione były w postaci
uczonego, leciutko jeszcze poziewał ze snu.
- Pankrat - rzekł profesor, patrząc na
niego przez okulary: przepraszam, że cię obudziłem. Ot co, mój
przyjacielu, do mego gabinetu jutro rano nie wchodź. Pozostawiłem
tam robotę, której poruszyć nie można. Zrozumiałeś.
- U-u-u, zro-zro-zrozumiałem - odpowiedział
Pankrat, nic nie rozumiejąc. Chwiał się
i ziewał.
- Nie, słuchaj, ty się obudź, Pankrat -
mówił zoolog i leciutko tknął Pankrata w żebro,
skutkiem czego na twarzy tegoż odbiło się przerażenie i pewien cień
zrozumienia w oczach:
Gabinet zamknąłem - ciągnął Piersikow: więc
sprzątać go nie trzeba do mojego przyjścia. Zrozumiałeś?
- Słucham - zaskrzypiał Pankrat.
- No więc i pięknie, kładź się spać.
Pankrat zawrócił, znikł w drzwiach i zaraz
runął na łóżko, a profesor zaczął ubierać się
w westibulu. Włożył szare letnie palto i miękki
kapelusz, potem przypomniawszy sobie obraz
w mikroskopie, utkwił wzrok w swoich kaloszach i przez kilka sekund
patrzał na nie, jakby
je widział po raz pierwszy. Potem włożył lewy
i na lewy chciał włożyć prawy, lecz ten nie
właził.
- Jaki potworny przypadek, że on mnie
odwołał - rzekł uczony: inaczej bym go tak
i nie zauważył. Lecz co to obiecuje?... Wszak to
obiecuje diabli wiedzą co takiego!...
Profesor uśmiechnął się, zmrużył oczy na
kalosze i lewy zdjął, a prawy włożył: Boże
mój! Wszak nawet wyobrazić sobie nie można
wszelkich następstw... - Profesor z pogardą
pchnął lewy kalosz, który drażnił go, nie chcąc
wchodzić na prawy, i poszedł ku wyjściu w jednym kaloszu. Tutaj
zgubił chustkę do nosa i wyszedł, trzasnąwszy ciężkimi drzwiami. Na
ganku szukał długo w kieszeni zapałek, uderzając
się po bokach, znalazł i poszedł ulicą z niezapalonym papierosem w
ustach.
Ani jednego człowieka nie spotkał uczony
aż do samej cerkwi. Tam profesor, zadarłszy
głowę, wpatrywał się w złoty hełm. Słońce przyjemnie lizało go z
jednej strony.
- Jak to, żem wcześniej go nie widział,
jaki przypadek?... Pfuj, dureń - profesor nachylił się i zamyślił,
patrząc na różnie obute nogi: - hm... Co robić? Do Pankrata się
wrócić?
Nie, jego nie rozbudzisz. Rzucić go, podły, szkoda. Trzeba będzie
nieść w ręku. - Zdjął kalosz
i z obrzydzeniem niósł go.
Na starym samochodzie z Preczystienki
wyjechało troje. Dwóch pijaniusieńkich i na kolanach ich jaskrawo
umalowana kobieta w jedwabnych szarawarach według mody 28.
roku.
- Ech, papciu! - zawołała niskim ochrypłym
głosem: cóżeś ty drugi kalosz przepił!
- Widocznie w Alkazarze wstawił się staruszek
- zawył lewy pijaniusieńki, prawy zaś
wysunął się z samochodu i zawołał:
- Ojciec, czy nocna na Wołchowce otwarta? My
tam!
Profesor surowo popatrzał na nich ponad
okularami, wypuścił z ust papierosa i natychmiast zapomniał o ich
egzystencji. Na bulwarze
Preczystienskom rodziły się słoneczne smugi,
a hełm Chrystusa zaczął płonąć. Wzeszło słońce.