Koniec "trójgłowego potwora"
KONIEC
"TRÓJGŁOWEGO POTWORA"
Wiosną 53 r. p.n.e. Rzymem wstrząsnęła tragiczna wiadomość. Oto w północnej Mezopotamii, nieopodal miejscowości Karrhe, w starciu ze
świetną jazdą i niezawodnymi łucznikami Partów klęskę poniosła wysłana
na podbój Persji armia rzymska. Zginęły tysiące żołnierzy rzymskich, a wśród nich również wódz naczelny Marek Krassus, ten sam, który tysiącami
ukrzyżowanych powstańców Spartakusa udekorował ongi rzymskie drogi. Los
czasami potrafi zemścić się okrutnie i szyderczo, i teraz, po wielu
latach, głowa jednego z najpotężniejszych ludzi Rzymu (a na pewno
najbogatszego) została przywieziona na dwór króla Orodesa II i, jak
pisze Plutarch, posłużyła za rekwizyt trupie teatralnej wystawiającej
tragedię Eurypidesa Bachantki.
Wrażenie, jakie śmierć Krassusa wywołała w rozpolitykowanym i pełnym
intryg Rzymie, można porównać jedynie do trzęsienia ziemi. Oto bowiem z dnia na dzień przestał istnieć "trójgłowy potwór" (Trikaranus), jak
nazwał triumwirat, czyli porozumienie między Pompejuszem, Cezarem i właśnie Krassusem, rzymski pisarz Marek Warron. Przestał istnieć potwór,
który od wielu już lat rządził bezwzględnie państwem, w praktyce
odbierając sens wszelkim republikańskim instytucjom.
Choć więc powszechnie nienawidzono triumwiratu, to jednak teraz, równie
powszechnie, zaczęto obawiać się następstw jego zagłady. Tak już bowiem
jest, w każdej epoce i pod każdą szerokością geograficzną, że ludzie
przyzwyczajają się do znanego zła i wolą go od nieznanej przyszłości.
Zwłaszcza że tym razem ta przyszłość rysowała się wyjątkowo ponuro, gdyż
rozpad triumwiratu groził największym nieszczęściem, jakie może spotkać
każde państwo - wojną domową! Czyż więc można się dziwić, że po śmierci
Krassusa wielu obywateli zaczęło po cichu żałować tego, oficjalnie tak
znienawidzonego, "trójgłowego potwora".
Tak naprawdę, to nie bardzo wiemy, kiedy "porozumienie trzech" zostało
zawarte - przed wyborem Cezara na konsula roku 59 (przed naszą erą
oczywiście) czy też dopiero w trakcie trwania tegoż konsulatu. Zapewne
zresztą nie powstało ono od razu, w wyniku jednego spotkania i jednej
tylko konferencji, lecz było rezultatem wielu spotkań, narad i przygotowań.
W każdym razie ostateczna, podstawowa formuła tego superrządu Republiki
była zadziwiająco, wręcz genialnie prosta i sprowadzała się do
stwierdzenia, że "odtąd nie stanie się w Rzeczypospolitej nic, co nie
podobałoby się któremukolwiek z trzech". Ta nader pojemna i skuteczna
formuła pozwoliła trzem najpotężniejszym ludziom w Republice zrealizować
ich najistotniejsze plany polityczne, a państwu szarpanemu od wielu lat
coraz groźniejszymi kryzysami zapewniła względną stabilizację. Teraz
sytuacja zmieniła się radykalnie, a bardziej dalekowzrocznie myślących
przedstawicieli klasy politycznej Republiki zaczęły dręczyć pytania, na
które, prawdę mówiąc, trudno było znaleźć dobrą odpowiedź: Jak ułożą się
stosunki między Pompejuszem a Cezarem? Czy państwo nie okaże się za małe
dla tych dwóch gigantów? Czy dojdzie między nimi do otwartej wojny, a jeśli tak, to po czyjej stronie się opowiedzieć w tym konflikcie?
Pytania wręcz fundamentalne, bo od prawidłowej odpowiedzi zależało
wszystko: byt polityczny, majątek, a nawet życie.
Co więc uczynić, kogo wybrać, aby nie znaleźć się na przyszłych listach
proskrypcyjnych? Czyż więc można dziwić się frustracji, wręcz
przerażeniu elit politycznych i gospodarczych Rzymu?
W chwili, gdy w Persji dopełniał się los Krassusa, Cezar zajęty był
tłumieniem kolejnego powstania Galów, którzy przez wiele lat nie chcieli
pogodzić się z utratą niepodległości i przyjąć ofiarowanego im przez
zdobywcę dobrodziejstwa Pax Romana. Mimo to jednak nie zaniedbywał
spraw politycznych i pilnie śledził przebieg wydarzeń w dalekiej
"stolicy świata", interesując się zwłaszcza poczynaniami Pompejusza. Czy
już wówczas przewidywał możliwość konfliktu z tym "ulubieńcem fortuny"?
Być może tak! Napięcia między triumwirami pojawiały się przecież już za
życia Krassusa. Czasami dochodziło do sporów między Pompejuszem a Cezarem, częściej między Krassusem a Pompejuszem. Zawsze jednak był
wówczas "ten trzeci", który mógł podjąć akcję mediacyjną i pogodzić
zwaśnionych wodzów. Tak było na przykład w styczniu 56 r. p.n.e., kiedy
to Pompejusz na posiedzeniu senatu oskarżył prawie otwarcie Krassusa o przygotowywanie spisku na jego życie. Wówczas wizja rozpadu triumwiratu
niepomiernie ośmieliła wrogich Cezarowi optymatów, którzy zaczęli grozić
odebraniem mu namiestnictwa w Galii (jawnie zapowiadał to kandydujący na
konsula Lucjusz Domicjusz). A to oznaczało nie tylko klęskę planów
politycznych, ale mogło w konsekwencji doprowadzić do procesu sądowego i skazania zwycięskiego wodza. Nic więc dziwnego, że Cezar podjął wówczas
natychmiastową i energiczną akcję mediacyjną, w wyniku której doszło do
zjazdu w miasteczku Luka w Apeninach, gdzie po trudnych negocjacjach
odnowiono układ. Pogodzeni ze sobą Krassus i Pompejusz zostali konsulami
roku 55 p.n.e. i, realizując obietnice, przeprowadzili uchwałę
przedłużającą namiestnictwo Cezara do 1 marca 50 r. p.n.e.
Ale teraz nie było już Krassusa! W razie nowego konfliktu nie było więc
nikogo, kto mógłby zaofiarować "misję dobrej woli" i pogodzić
zwaśnionych. Dla Cezara była to strata szczególnie bolesna, gdyż - po
pierwsze, w większości przypadków Krassus był jego sojusznikiem - a po
drugie, w nowo powstałym układzie był on, przynajmniej na razie, stroną
słabszą, bardziej znienawidzoną przez senat, a zwłaszcza optymatów i narażoną na ich ataki.
Sytuację dodatkowo pogorszyła śmierć Julii, żony Pompejusza a zarazem
córki Cezara, za jednym bowiem zamachem przestała istnieć również więź
uczuciowa łącząca tych dwóch obecnie najważniejszych i najpotężniejszych
wodzów i polityków w Republice. Teraz więc liczyły się już między nimi
tylko interesy polityczne, a te coraz wyraźniej były rozbieżne. W czasie
bowiem, gdy Cezar ugruntowywał swą sławę i pozycję poprzez podbój Galii,
przebywający w Rzymie Pompejusz zdołał osiągnąć rzecz - w praktyce
wydawało się nieosiągalną - względy ludu i równocześnie coraz
wyraźniejsze poparcie senatu. Nic więc dziwnego, że zaczął uważać siebie
za władcę Republiki z nadania obu jej najważniejszych filarów -
arystokracji i ludu. Wprawdzie ze strony arystokracji było to typowe
małżeństwo z rozsądku, a w dodatku przez długi czas na pograniczu
rozwodu, gdyż wiele wskazuje na to, że większość nobilitas najchętniej
pozbyłaby się nie tylko Cezara, ale również Pompejusza, a więc obu
"opiekunów" Republiki, i powróciła do bardzo dla nich wygodnej formuły
rządów wprowadzonej ongi przez Sullę - ale tak naprawdę tylko nieliczni
(jak np. dość ograniczony Katon) wierzyli, że było to jeszcze możliwe.
Dla większości senatorów był to więc raczej wybór między mniejszym i większym złem, a - zdaniem większości - tym mniejszym złem był
Pompejusz, który przecież w 84 r. p.n.e., gdy w Italii wylądowały wojska
Sulli rozpoczynającego wojnę z Cynną i tzw. stronnictwem mariańskim (od
nazwiska wielkiego wodza, reformatora i głównego przywódcy popularów,
Mariusza), nie tylko stanął po jego stronie, ale nawet przyprowadził do
jego obozu trzy legiony sformowane własnym sumptem. Pamiętano
Pompejuszowi również i to, że stanął po stronie senatu w czasie buntu
Lepidusa i głównie przyczynił się do jego klęski, a w latach 77-72
p.n.e. walczył z powodzeniem przeciw resztkom armii popularów w Hiszpanii.
To były z pewnością plusy (oczywiście z punktu widzenia arystokracji).
Były też i minusy, gdyż bardzo ambitny, wręcz pyszny Pompejusz,
pozostający w czasach triumwiratu w Rzymie, niebezpiecznie "lgnął do
ludu", sądząc zapewne, że jest to skuteczny sposób na pokonanie Cezara.
A takiej "ludomanii" senatorowie bardzo się obawiali.
Tym niemniej jednak "małżeństwo" trwało i wbrew przeciwnościom i rozbieżnościom nawet się umacniało, a dla większości senatorów wciąż
wrogiem numer 1 pozostał Cezar, który był przywódcą popularów "od
zawsze", również z powodu związków rodzinnych (ciotka Cezara Julia była
żoną Mariusza).
Pamiętano też, że już Sulla, ułaskawiając Cezara pod naciskiem jego
krewnych i przyjaciół, ostrzegał przed nim, mówiąc podobno: "Uważajcie
na tego źle przepasanego chłopca; siedzi w nim wielu Mariuszów".
Pamiętano Cezarowi również jego jednoznaczne deklaracje sympatii dla
popularów, ot chociażby maskę Mariusza wystawioną w pochodzie żałobnym
po śmierci ciotki Julii. Dla wielu optymatów to był doprawdy szok; nie
zapominajmy bowiem, że był to czas, kiedy wszelka pamięć o Mariuszu i Cynnie była obłożona klątwą.
A nie była to jedyna tego typu demonstracja. Kilka lat później Cezar
wprawił ponownie w osłupienie wszystkich nobilitas, wystawiając na
Kapitolu posąg Mariusza wraz z wszystkimi trofeami upamiętniającymi jego
zwycięstwa. W opisie Plutarcha wyglądało to tak: "Nadszedł dzień i ludzie zobaczyli posągi: wszystko błyszczało od złota i olśniewało
każdego pięknem artystycznego wykonania, a umieszczone na nich napisy
mówiły o zasługach i zwycięstwach Mariusza w wojnie z Cymbrami".
Nie były to puste gesty. Cezar dawał w ten sposób do zrozumienia
senatorom i całej klasie nobilitas, jakie są jego poglądy polityczne i na jakim stronnictwie zamierza się oprzeć w swej karierze politycznej.
Zapowiadał też w ten sposób obalenie sulliańskiej konstytucji i rewanż
za terror, jaki zapanował w Rzymie po zwycięstwie Sulli. Terror, którego
omal sam nie stał się ofiarą.
Optymatów ogarnęło więc przerażenie, a najbardziej z nich przenikliwy, i co najważniejsze szczery, princeps senatus Lutacjusz Katulus miał
ponoć krzyknąć, że Cezar "zdobywa Rzeczpospolitą już nie przez podkopy,
lecz szturmem maszyn oblężniczych".
Trudno więc się dziwić, że nobilitas (a przynajmniej najbardziej
aktywna i wojownicza część tego ugrupowania) uważali Cezara za wroga
numer 1, którego należy zniszczyć jak najszybciej, nie przebierając w środkach. Można jednak było przewidywać, że Cezar nie podda się bez
walki i dlatego przywódcy senatu zaczęli kokietować Pompejusza,
proponując mu rolę sprzymierzeńca i "zbrojnego ramienia" arystokracji.
Cel swój osiągnęli stosunkowo łatwo, gdyż w nowej konfiguracji
politycznej Cezar przestał już być Pompejuszowi potrzebny! Wręcz
przeciwnie, stał się przeszkodą w realizacji ambitnych planów, niewiele
więc było szans na to, aby "potwór trójgłowy" zmienił się w dwugłowego,
gdyż obie głowy już wkrótce zaczęły warczeć i szczerzyć do siebie kły.
Oczywiście nie od razu. Przez pewien czas po śmierci Krassusa obaj
dotychczasowi sprzymierzeńcy zachowywali się wobec siebie dość poprawnie
(Pompejusz nawet zdobył się na wielkoduszny gest, oddając jeden ze swych
legionów do dyspozycji Cezara, gdy ten po klęsce pod Atautaka znalazł
się on w trudnej sytuacji militarnej). Ale nie brak było też znaków
zapowiadających wybuch konfliktu.
Jednym z nich, nader symptomatycznym, było zdecydowane "nie" Pompejusza
na propozycję odnowienia związków rodzinnych przez poślubienie Oktawii,
wnuczki siostry Cezara.
W senacie odczytano to należycie i ośmieleni poparciem Pompejusza
przywódcy optymatów, nie mogąc na razie dosięgnąć bezpośrednio Cezara,
zwalczali gwałtownie jego popleczników i agentów politycznych. Odbywało
się to, niestety, nie tylko na forum senatu, lecz również na ulicach
stolicy w formie walk zbrojnych grup. W rezultacie Rzym był wręcz
sterroryzowany przez bandy zbrojne, opłacane bądź to przez Cezara, bądź
przez jego przeciwników.
Najgroźniejsze były oddziały Klodiusza, związanego z Cezarem, i Milona,
zwerbowanego przez Pompejusza, a popieranego również przez senat. Na
ulicach Wiecznego Miasta dochodziło do gwałtownych i krwawych starć. W jednym z nich, do którego doszło z początkiem 52 r. p.n.e. na Via Appia,
ludzie Milona zabili Klodiusza - ulubieńca wielu ludzi z najniższych
warstw społeczeństwa rzymskiego (m.in. z tego powodu, że przeforsował
ustawę zapewniającą proletariatowi stolicy korzystanie z bezpłatnego
rozdawnictwa zboża).
Jego zwolennicy zanieśli ciało martwego idola do siedziby senatu i spalili je na stosie zaimprowizowanym z ław, stołów i książek. Przy
okazji poszedł z dymem i ten gmach, i stojąca po sąsiedzku hala Basilica
Porcia. Od tego momentu w Rzymie zapanowała kompletna anarchia, która w zasadzie uniemożliwiła w tym roku wybór najwyższych urzędników w państwie, konsulów, pretorów itd., a to oznaczało paraliż państwa.
Dramatyczna sytuacja wymaga zawsze zastosowania nadzwyczajnych środków
zaradczych. Najprościej oczywiście byłoby uciec się do starej,
wypróbowanej metody i wyznaczyć dyktatora, który dysponując na przeciąg
tradycyjnych sześciu miesięcy pełnią władzy, mógłby uspokoić i miasto, i kraj, a następnie, po złożeniu swych pełnomocnictw, umożliwić wybór
normalnych władz. Ale najprostsze rozwiązania nie zawsze są możliwe do
zastosowania. Kogo bowiem obdarzyć tym urzędem? Pompejusza? A co na to
powie Cezar? No i co zrobi sam Pompejusz, czy aby nie wykorzysta
sytuacji i nie zechce zatrzymać stanowiska dyktatora "na zawsze"?
W związku z tym z "kół zbliżonych do Cezara" wyszedł konkurencyjny
pomysł mianowania (a nie wybrania) konsula sine college (bez kolegi),
który skupi w swoim ręku całość związanej z tym urzędem władzy i dzięki
temu uspokoi miasto i państwo.
Nie wiemy, kto naprawdę był autorem tej, przyznać trzeba, nader
interesującej propozycji. Czy był nim sam Cezar? Być może. Tak czy
inaczej, na pewno był o niej dobrze poinformowany i na pewno ją
akceptował. On też zapewne miał - w zamyśle projektodawców - objąć to
stanowisko.
Trudno w pełni zgodzić się z Gerardem Walterem, który twierdzi, że
Cezarem kierowała li tylko niecierpliwość w zaspokajaniu ambicji. To
tylko część prawdy. W rzeczywistości Cezar bardzo obawiał się o swą
przyszłość, zbliżał się bowiem koniec jego namiestnictwa, a to
oznaczało, że stanie się osobą prywatną i może być pociągnięty do
odpowiedzialności sądowej. Warto pamiętać, że zgodnie z prawem rzymskim
osobę piastującą jakikolwiek urząd można było postawić przed sądem
dopiero po zakończeniu kadencji, gdy stawała się osobą prywatną.
W przypadku Cezara mogło to nastąpić po 1 marca 50 r. p.n.e., gdyż wtedy
kończyło się jego namiestnictwo w Galii. Pamiętajmy również i o tym, że
nie mógł on starać się natychmiast (ani osobiście, ani zaocznie) o konsulat, gdyż obowiązywało prawo z roku 342 p.n.e., zgodnie z którym
obywatel mógł być dopuszczony do drugiego konsulatu dopiero po upływie
dziesięciu lat od wygaśnięcia pierwszego. W przypadku Cezara termin ten
upływał w roku 48, kandydaturę swą mógł więc zgłosić dopiero w lipcu 49
r. Przez ponad rok (a dokładnie przez piętnaście miesięcy) byłby więc
osobą prywatną, a o to właśnie jego wrogom chodziło.
Pomysł mianowania konsulem nadzwyczajnym był więc dla Cezara nader
atrakcyjny z tego właśnie powodu. Po prostu przeszedłby od jednej
funkcji do drugiej, a następnie znów otrzymałby namiestnictwo prowincji
(a można być pewnym, że zadbałby o ważne i "przyszłościowe" prowincje) i w ten sposób ani przez moment nie byłby wystawiony na ataki wrogów.
Nie wolno poza tym zapominać, że obejmując ponownie (w dodatku
jednoosobowo) stanowisko konsula, Cezar zyskiwał ogromny wpływ na
sytuację w państwie, a niewątpliwie tak wytrawny polityk, na pewno nie
zmarnowałby tej szansy.
Pomysł cezarian nie znalazł jednakże uznania w Rzymie. Prawdę mówiąc,
senat stanął przed dramatycznym wyborem. Większość senatorów na pewno
obawiała się Cezara na stanowisku jedynego konsula z pełnią władzy, w dodatku mianowanego na to stanowisko wbrew prawu, które nie przewidywało
takiej konstrukcji jak jednoosobowy konsulat.
Ale wielu z nich (z podobnych zresztą powodów) sprzeciwiało się również
mianowaniu Pompejusza, sądząc (chyba nie bezpodstawnie), że raz
osiągniętej władzy może nie zachcieć oddać. Nie zapominajmy również i o tym, że agenci polityczni Cezara mieli niemały wpływ na rozwój sytuacji
w stolicy, przekupując galijskim złotem, kogo tylko się dało.
Ostatecznie senat wybrał jednak mniejsze - w swoim przekonaniu - zło i zaakceptował propozycję mianowania jednego tylko konsula z bardzo
szerokimi uprawnieniami (między innymi z prawem do werbowania żołnierzy
w Italii), powierzając tę funkcję Pompejuszowi. Decyzję tę Dion Kasjusz
skomentował następująco: "Ponieważ Pompejusz lgnął do ludu mniej niż
Cezar, spodziewali się (senatorzy - przyp. R.R.), że oderwą go od niego
i pozyskają dla siebie".
A taki sojusz bardzo źle wróżył Cezarowi. A jeśli choć przez moment mógł
mieć wątpliwości co do swych dalszych losów, to ostatecznie rozwiała je
przeforsowana przez Pompejusza ustawa, mocą której każdy obywatel mógł
podać pod sąd każdego urzędnika sprawującego swój urząd po roku 70
p.n.e., jeśli ten dopuścił się spekulacji wyborczych. Ustawa ta miała
wyraźnie antycezariańskie ostrze, mimo że jej autor zastrzegał się, iż
nie dotyczy ona Cezara. Nikt jednak nie miał wątpliwości, że są to tylko
puste słowa. Gdyby więc Cezar pojawił się jako człowiek prywatny w Rzymie, natychmiast, jeszcze przed wyborami, pociągnięty zostałby do
odpowiedzialności sądowej.
Wprawdzie wyroki sądów były zawsze, również i w starożytnym Rzymie,
nieprzewidywalne, a sprzedajność sędziów ogólnie znana (zdarzały się
przypadki, że ten sam sędzia brał łapówki od obydwu stron sporu), ale
Pompejusz zabezpieczył się przed wszelkimi niespodziankami i zadbał o to, aby jego konkurent nie uniknął kary. W tym celu przeprowadził
odpowiednią zmianę procedury sądowej ograniczającą w znacznym stopniu
możliwości obrony podsądnym. A co najistotniejsze, zadbał również o sporządzenie listy sędziów, umieszczając na niej osoby, których mógł być
zupełnie pewnym. Sędziom zapewniono również ochronę policyjną, aby
zabezpieczyć ich przed groźbą ze strony bojówek popularów.
Zresztą "grzechy" wyborcze Cezara były tak powszechnie znane i tak
dobrze udokumentowane, że żaden sędzia, nawet najmniej stronniczy, nie
powinien mieć wątpliwości co do treści wyroku.
Uprzedzając bieg zdarzeń, Cezar na początku 51 r. p.n.e. zwrócił się
pisemnie do senatu z prośbą o przedłużenie mu namiestnictwa w Galii do
końca 49 r., liczył bowiem na zwycięstwo w wyborach i objęcie konsulatu
1 stycznia 48 r. Dzięki takiemu rozwiązaniu ani przez moment nie byłby
osobą prywatną, a pełniąc funkcje publiczne był - przypomnijmy -
nietykalny dla swych wrogów. Jednak senat na wniosek konsula M.
Klaudiusza Marcellusa propozycję tę odrzucił.
Można, jak sądzę, zaryzykować tezę, że właśnie wówczas, właśnie tą
decyzją, senat zdecydował o dalszym biegu wypadków, a mówiąc konkretnie
o wybuchu wojny domowej. Decyzja ta stawiała bowiem Cezara przed
hamletowskim pytaniem być albo nie być. Miał do wyboru bądź zaakceptować
ją, a tym samym skazać się na klęskę nie tylko zresztą polityczną, ale
również osobistą, bądź sprzeciwić się, a to oznaczało w konsekwencji
wojnę domową.
Czy to oznacza, że cały senat świadomie dążył do wojny domowej? Nie!
Większość senatorów, a także optymatów pozostających poza senatem,
zapewne panicznie bała się tej wizji, ale nie potrafiła przeciwstawić
się dyktatowi wąskiej grupy przywódców. Tak naprawdę więc to "senaccy
jastrzębie", a nie Cezar rzucili te przysłowiowe już dziś kości,
stawiając Cezara w sytuacji bez wyjścia. Warto o tym pamiętać analizując
przebieg wydarzeń od momentu decyzji senatu, odmawiającej Cezarowi prawa
do przedłużenia namiestnictwa, do momentu, w którym przekroczył on na
czele swych legionów małą rzeczkę Rubikon, która dzięki temu zrobiła w historii oszałamiającą karierę. Bo kości raz rzucone, toczą się dalej
same, a rzucający przestają mieć wpływ na ostateczny wynik.
Powróćmy jednak do prezentacji wydarzeń. W czasie, gdy w senacie
decydowano o jego przyszłości politycznej, Cezar miał jeszcze związane
ręce wojną w Galii. Wprawdzie skończyło się najgroźniejsze powstanie
Galów pod wodzą Wercyngetoryksa, ale tliły się jeszcze ostatnie gniazda
oporu, a zwłaszcza broniło się Uksellodunum, w którym zamknęli się
ostatni fanatyczni obrońcy niepodległości kraju. Utrudniało to
niewątpliwie Cezarowi wywieranie osobistego wpływu na rozwój sytuacji
politycznej w Rzymie. Można więc łatwo wyobrazić sobie, jak bardzo
żałował on utraty Klodiusza i jak gorączkowo poszukiwał jego następcy,
równie energicznego i rzutkiego, który byłby równie sprawnym jego
agentem politycznym w Rzymie.
Ostatecznie wybór padł na Skryboniusza Kuriona. Był to względnie młody,
35-letni utracjusz, ongi przyjaciel Klodiusza, po którym przejął także
jego żonę. Cezar, aby związać go z sobą, spłacił jego ogromne długi,
sięgające ponoć kwoty 60 milionów sesterców (grubo ponad 60 milionów
franków w złocie), co, zdaniem Gerarda Waltera - autora biografii
Cezara, stanowiło jedynie skromną zaliczkę na poczet przyszłych
honorariów. Wypada zgodzić się z tą opinią, gdyż Cezar nie należał do
dusigroszów, wręcz przeciwnie, zyskał sobie dobrze udokumentowaną sławę
człowieka hojnego, wręcz rozrzutnego, zwłaszcza wówczas, gdy chodziło o kupowanie ludzi i osiąganie tą drogą zamierzonych celów politycznych.
Przyznać trzeba również, że posiadał on nadzwyczajną zdolność trafnej
oceny i kupował jedynie tych, których istotnie warto było kupić. Również
i w przypadku Kuriona nie były to pieniądze wyrzucone w błoto, gdyż
okazał się on sprzymierzeńcem inteligentnym, przenikliwym i pomysłowym.
Dzięki tym cechom charakteru udało mu się przez kilka najtrudniejszych
miesięcy z powodzeniem reprezentować w Rzymie interesy Cezara, walcząc z ogromnym uporem i talentem o rzecz dla swego mocodawcy najcenniejszą -
czas.
Warto też zauważyć, że zadanie swe realizował stosując niekonwencjonalne
metody. Przez pewien okres mianowicie udawał z powodzeniem człowieka
neutralnego, niezwiązanego z żadnym obozem politycznym (a nawet w pewnym
stopniu niechętnego Cezarowi). Jeśli występował z jakąś inicjatywą
ustawodawczą, to zazwyczaj była ona wymierzona równocześnie przeciw
Cezarowi i Pompejuszowi lub przynajmniej przeciw senatorom popierającym
tego ostatniego. W dodatku były to, jak pisze Dion Kasjusz, wnioski
"niebywałe", zmuszające senat do ciągłych i długotrwałych debat, dzięki
którym brakowało po prostu czasu na podjęcie uchwał wymierzonych
bezpośrednio w Cezara. A o to właśnie głównie chodziło.
Stosując tę dywersyjną politykę nie wahał się również kierować ostrza
dyskusji i krytyki bezpośrednio przeciw sobie. Tak było na przykład
wówczas, gdy przedstawił senatowi projekt rzekomo niezbędnych prac nad
konserwacją dróg Republiki i zaproponował, aby to jemu właśnie powierzyć
to zadanie. Było to przedsięwzięcie tak ogromne i rokujące tak
oszałamiające zyski temu, komu zostanie ono powierzone, że niewątpliwie
na długo zajęło uwagę nie tylko senatu i całej klasy politycznej, ale
również i kół gospodarczych.
Ostatecznie sprawa oczywiście upadła, ale dzięki takim właśnie
posunięciom Kurion zyskiwał na czasie, a o to, powtarzam, głównie
chodziło, gdyż niecierpliwość wrogów Cezara rosła i bardzo chciano
skrócić jego namiestnictwo, a w konsekwencji postawić przed sądem.
Dlatego też już w 51 r. p.n.e. Marek Klaudiusz Marcellus, konsul tegoż
roku, zgłosił wniosek o wyznaczenie następcy Cezara. Paradoksalnie,
argumentem uzasadniającym ten wniosek były zwycięstwa odniesione przez
Cezara w Galii, Marcellus bowiem stwierdził, że wojna z Galami została w zasadzie zakończona, nie ma więc sensu pozostawiania Galii i Ilirii w rękach Cezara i należy już obecnie wyznaczyć jego następcę, który będzie
gotów objąć swoją funkcję w marcu 50 r. a więc wówczas, gdy skończy się
kadencja Cezara. Przeciwnikom Cezara nie udało się przeforsować
odpowiedniej uchwały, gdyż wystąpili przeciw niej trybuni ludowi, ponoć
przekupieni przez Cezara, a i Pompejusz odniósł się do tej propozycji
nader chłodno.
Marcellus i jego poplecznicy, pokonani w tej zasadniczej sprawie, nie
omieszkali jednak wykorzystać swej pozycji, aby przynajmniej upokorzyć i poniżyć Cezara, odbierając obywatelstwo rzymskie mieszkańcom kolonii
Novum Comum założonej przez Cezara. Jednego z jej mieszkańców konsul
Marcellus kazał nawet wychłostać rózgami (kary tej nie wolno było
stosować wobec obywateli rzymskich), radząc mu, aby poszedł do Cezara i pokazał mu pręgi na swoim ciele.
Ataki na Cezara wzmogły się z początkiem roku 50. Funkcje konsulów
pełnili wówczas Gajusz Klaudiusz Marcellus (brat stryjeczny Marka) i L.
Emiliusz Paulus. Neutralność tego ostatniego udało się wprawdzie kupić
za kwotę 1500 talentów1, ale Marcellus był człowiekiem nie do
kupienia, jego wrogość do Cezara wynikała bowiem nie tylko z pobudek
politycznych, ale również osobistych2. Nikogo więc nie
dziwiło, że to właśnie Marcellus prawie natychmiast po objęciu urzędu
wysunął projekt odebrania Cezarowi namiestnictwa i wyznaczenia jego
następcy dla Galii i Ilirii.
W trakcie dyskusji nad tym projektem w senacie Kurion zastosował swą
ulubioną metodę: pozornie poparł projekt uznając go za doskonały,
równocześnie jednak zażądał, aby również Pompejuszowi dać
następcę3. Rozgorzała zacięta dyskusja, w której Kurion
uzasadniał swe stanowisko tym, że obaj wielcy politycy i wodzowie (tj.
Pompejusz i Cezar) odnoszą się do siebie nieprzyjaźnie i dlatego, ze
względu na dobro państwa, należy im obydwóm natychmiast odebrać władzę.
Oskarżył też Pompejusza o dążenie do jedynowładztwa, a w konkluzji
stwierdził, że gdyby obaj namiestnicy nie zaakceptowali tej decyzji
senatu, to należy uznać ich obu za nieprzyjaciół ojczyzny.
Pomysł - trzeba to przyznać - był znakomity, zwłaszcza jeśli pamiętamy o tym, że trafiał do przekonania wcale niemałej części nobilitas, którzy
byliby radzi usunąć obu polityków zagrażających, tak czy inaczej,
dominującej pozycji senatu. Natychmiast też rozgorzała namiętna
dyskusja, która, jak łatwo było przewidzieć, skończyła się na niczym.
Nie przedłużono wprawdzie namiestnictwa Cezarowi, ale też nie wyznaczono
jego następcy, a to w praktyce oznaczało, że wprawdzie jego
namiestnictwo wygasło, ale wobec niemianowania następcy mógł on, a nawet
powinien, pełnić nadal swą funkcję.
Oczywiście debata ta nie zakończyła walki stronnictwa optymatów o wyeliminowanie Cezara z życia politycznego. Wniosek o pozbawienie go
urzędu wracał jeszcze kilkakrotnie na posiedzenia senatu, lecz próby
wznowienia dyskusji rozbijały się o weto Kuriona (miał do tego prawo,
pełniąc w tym roku funkcję trybuna ludowego).
W miarę upływu miesięcy atmosfera polityczna w Rzymie stawała się coraz
bardziej napięta. Przeważała opinia, iż zaostrzający się konflikt może
zakończyć się wojną domową, której - co oczywiste - bardzo się obawiano.
Pamiętano przecież doskonale terror Mariusza i proskrypcje Sulli.
Atmosfera niepewności panowała zwłaszcza w senacie, którego członkowie
mieli pełną świadomość tego, że to właśnie oni przede wszystkim poniosą
konsekwencje zbliżającej się burzy, zwłaszcza jeśli zwycięży w niej
Cezar.
Mimo to przywódcy stronnictwa pompejańskiego coraz wyraźniej dążyli
jednak do bezpośredniej konfrontacji.
Nie mogąc odnieść frontalnego sukcesu, zastosowano metodę "małych
kroków". Między innymi G. Marcellusowi udało się przeforsować w senacie
decyzję, pozornie słuszną i bezstronną, nakazującą Pompejuszowi i Cezarowi odesłanie po jednym legionie do Syrii dla wzmocnienia tej
zagrożonej przez Partów prowincji. Rzecz jednak w tym, że Pompejusz
sprytnie wykorzystał sytuację i oznajmił, że wysyła legion, który swego
czasu (po klęsce pod Atuatuką w Galii, w czasie powstania Ambioryksa)
wypożyczył swemu sojusznikowi. W ten prosty sposób za jednym zamachem
pozbawiono Cezara dwóch legionów.
Zamiary przeciwników w tym względzie były bardzo czytelne, jednakże
Cezar nie chciał zadrażniać sytuacji i legiony posłusznie odesłał.
Pompejusz wykorzystał zresztą pomysł Marcellusa do maksimum, bowiem
legionów tych bynajmniej nie wysłał do Syrii, lecz zatrzymał w Italii, w okolicy Kapui, wzmacniając nimi swą armię. W konsekwencji odniósł więc
podwójną korzyść - osłabił Cezara i wzmocnił własną armię.
Przyznać trzeba, że i Cezar okazał się graczem nietuzinkowym i potrafił
nawet z tej niekorzystnej dla siebie sytuacji wyciągnąć pewne korzyści.
Odsyłając mianowicie żołnierzy Pompejusza zapewnił sobie ich
przychylność nagrodą w wysokości 250 sesterców dla każdego żołnierza.
Przekupił również oficerów przysłanych po odbiór wojsk i zrobił z nich -
jakbyśmy to dziś powiedzieli - podwójnych agentów. Skłonił ich bowiem do
tego, aby składając sprawozdanie z przebiegu misji Pompejuszowi celowo
przedstawiali sytuację w armii Cezara w czarnych barwach. "Opowiadali
mianowicie, że wojska Cezara tęsknią do Pompejusza, że choć tu na
miejscu jego sytuacja jest trudna z powodu zawiści politycznych, tam
stoją gotowe do usług jego olbrzymie siły, które - skoro tylko znajdą
się na terenie Italii - natychmiast przejdą na jego stronę; do tego
stopnia Cezar znienawidzony jest przez swoich żołnierzy z powodu
nieustannych wojen, tym bardziej, że podejrzewają go o ambicje
samowładcze"4. Jednym słowem, w razie konfliktu Cezar
zostanie pobity przez własne legiony, a Pompejusz odniesie zwycięstwo,
praktycznie nie wyciągając miecza z pochwy.
W gruncie rzeczy intryga była szyta dość grubymi nićmi, ale zadufany w sobie i chyba jednak nieco naiwny i niezbyt inteligentny Pompejusz
uwierzył w te zapewnienia i nabrał takiej pewności siebie, że miał
podobno oświadczyć w senacie, że nie warto kłopotać się i myśleć o przygotowaniach wojennych, bo gdyby jakieś niebezpieczeństwo miało
nadejść, on jednym tupnięciem nogi całą Italię napełni swoimi
wojskami5.
Optymizmu i nadmiernej pewności nie brakowało również konsulowi
Marcellusowi, który po raz kolejny postawił w senacie kwestię
pozbawienia Cezara namiestnictwa Galii i Ilirii. Tym razem jednak
posłużył się sprytnym (przynajmniej we własnym mniemaniu) wybiegiem,
rozdzielając dwie kwestie - namiestnictwa Cezara i dowództwa Pompejusza.
Najpierw zapytał senatorów, czy zgadzają się mianować następców Cezara.
Na tak sformułowane pytanie oczywiście uzyskał jednomyślną odpowiedź
twierdzącą. Przecież nikt z nobilitas nie mógł głosować za specjalnymi
przywilejami dla Cezara, który był ich głównym wrogiem i "zdobywał
podkopami Rzeczpospolitą".
Natomiast w kwestii pozbawienia dowództwa Pompejusza senatorowie
wypowiedzieli się w większości negatywnie, co było również dość łatwe do
przewidzenia. Większość senatorów zdawała sobie sprawę z faktu, że
podjęcie uchwały o pozbawieniu Cezara namiestnictwa oznacza wojnę. A tę
można było wygrać jedynie w sojuszu z Pompejuszem.
Niewykluczone też, że znaczna część senatorów łudziła się, że Pompejusz
walczy wraz z nimi o zachowanie ustroju republikańskiego. Wielu jednak -
nie zapominajmy o tym - zdawało sobie sprawę, że wybierając między
Cezarem a Pompejuszem, wybierają jedynie między mniejszym i większym
złem. Zaliczał się do nich Cyceron, który był przekonany, że zwycięstwo
Pompejusza może być niebezpieczne dla Republiki, stanął jednak po jego
stronie, będąc pewnym, że zwycięstwo Cezara oznacza z kolei jej pewny
upadek.
Walka na uchwały nie została bynajmniej zakończona z chwilą
przegłosowania wniosków Marcellusa. Zwolennicy Cezara czuwali i trybun
ludowy S. Kurion zażądał przywrócenia poprzedniej formuły i wezwał
senatorów do podjęcia decyzji o równoczesnym odesłaniu obu antagonistów
w zacisze domowe. Tym razem głosowanie dało rezultat odmienny - 370
senatorów opowiedziało się za wnioskiem Kuriona, przeciw było jedynie
22.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że właśnie ten rezultat odzwierciedlał
prawdziwe uczucia większości polityków Republiki. Bali się Cezara, ale
nie ufali również Pompejuszowi i najchętniej pozbyliby się ich obu
jednocześnie. Wynik ten świadczy również, jak w gruncie rzeczy nieliczne
było stronnictwo "jastrzębi". W praktyce liczyło ono właśnie około 20-30
osób. Reszta chciała po prostu pozbyć się Cezara i Pompejusza, bo
obawiała się, że ambicje ich obu zburzą w końcu tak wygodny świat
Republiki, w której od niepamiętnych wieków przysługiwało elicie
politycznej prawo piastowania wysokich urzędów, zdobywanych w wolnej,
ale ograniczonej do ich elitarnego grona, rywalizacji. Bronili świata, w którym można było zdobywać bogactwa grabiąc bezlitośnie przyznawane im
na rok lub dłużej prowincje.
Można jednak mniemać, że Marcellus nie zrozumiał tej nauczki i postanowił mimo wszystko skłonić senat do zdecydowanego wystąpienia. Nie
rozumiał bądź też nie chciał rozumieć, gdyż należał do grona dwudziestu
kilku ekstremistów, którzy domagali się odwołania Cezara za wszelką
cenę, nawet za cenę wojny domowej!
Do osiągnięcia zamierzonego celu posłużył się Marcellus plotką, która
zaczęła wówczas krążyć po Rzymie, że Cezar już zdecydował się obalić
Republikę i w tym celu koncentruje swe legiony na granicy Italii.
Również i tym razem poniósł klęskę, gdyż Kurionowi i Markowi
Antoniuszowi udało się przekonać senatorów, że była to fałszywa
informacja, a intencje Cezara są i pozostaną pokojowe. Wówczas
rozwścieczony porażkami konsul miał ponoć krzyknąć, że "przeciw bandycie
trzeba broni, a nie głosowania" i posiedzenie zamknął6.
Wkrótce też okazało się, co miał na myśli mówiąc o broni, udał się
bowiem w towarzystwie swego kolegi na urzędzie oraz dwóch konsulów
mianowanych na rok następny do Pompejusza, który ze względu na swą
funkcję wojskową przebywał poza Rzymem. Wręczył mu miecz, a następnie w uroczystej przemowie wezwał do obrony Republiki przed Cezarem,
powierzając Pompejuszowi dowództwo wszystkich sił, jakimi w tym momencie
dysponował senat. Zezwolił również na dokonanie zaciągu nowych wojsk.
Pompejusz miecz przyjął i oświadczył, że jest posłuszny rozkazom
konsulów. Natychmiast też przystąpił, niezbyt jednak energicznie, do
przygotowań wojennych.
Od tej chwili wybuch wojny domowej był więc jedynie kwestią czasu.
Okazało się również, że rację miał Celiusz, który w liście do Cycerona
pisał: "Pompejusz jest zdecydowany nie dopuścić do tego, by Cezar został
konsulem, zanim zda swe wojska i przekaże prowincje. Cezar zaś jest
przekonany, że jedynym dla niego ratunkiem jest zatrzymanie przy sobie
armii... Taki będzie koniec tych wielkich czułości i tego groźnego
przymierza - nie tajona wrogość, lecz otwarta wojna"? To bardzo słuszne
spostrzeżenie, warto je jednak uzupełnić stwierdzeniem, że "czułości"
między Pompejuszem a Cezarem skończyły się dawno, a do wojny jednego i drugiego pchały nie tylko osobiste animozje i ambicje, lecz również (a może nawet przede wszystkim) nieprzejednane stanowisko niektórych
przywódców optymatów, gotowych podjąć ryzyko wojny domowej, byle tylko
usunąć raz na zawsze Cezara ze sceny politycznej. To z ich winy,
przypominam, Cezar znalazł się w sytuacji bez wyjścia i prędzej czy
później musiał podjąć radykalne decyzje.
W trakcie tych zaciętych bojów politycznych Cezarowi udało się wreszcie
zakończyć podbój Galii. Ostatecznie stała się ona w pełni prowincją
rzymską w 51 r. p.n.e. Upadek Uksellodunum odebrał bowiem Galom, nie
tylko załodze i mieszkańcom miasta, lecz prawie całemu narodowi, wszelką
ochotę do dalszej walki. Niemały wpływ na postawę Galów miały zapewne
ich wierzenia. Jak wszyscy Celtowie, uważali oni źródła wodne za
opiekuńcze i dobroczynne bóstwa. Gdy więc wskutek rzymskich prac
inżynieryjnych nigdy niewysychające źródło, zaopatrujące w wodę
Uksellodunum, nieoczekiwanie wyschło, odebrali to jako znak dany od
bogów, aby zakończyć walkę. Czyż w tych okolicznościach dalszy opór mógł
mieć sens?
A może był to tylko wygodny pretekst? Przez około dziesięć lat plemiona
galijskie stawiały bohaterski - choć nie zawsze skoordynowany i konsekwentny - opór. Straty, jakie poniosły, były ogromne. Cezar w swym
sprawozdaniu złożonym senatowi w 46 r. p.n.e. wymienia 800 zdobytych
miast i miasteczek. Niewątpliwie większość z nich uległa zniszczeniu,
gdyż wódz rzymski bynajmniej nie pobłażał swym wrogom, pragnąc zmusić
ich terrorem do uległości. Najwymowniej świadczy o tym przykład
Avaricum, w którym wymordowano przecież czterdzieści tysięcy ludzi. W walkach - jak wynika z tego samego sprawozdania - zginął milion
wojowników, a drugi milion został wzięty do niewoli. O stratach, jakie
poniosła ludność cywilna, zwłaszcza wśród kobiet i dzieci, nawet się nie
wspomina.
Ogromne połacie kraju były wyludnione, spalone i zrujnowane. Kraj został
praktycznie pozbawiony wszelkich zapasów i sił wytwórczych, a nagromadzone bogactwa zrabowane. Trudno więc doprawdy dziwić się Galom,
że stracili wreszcie ostatecznie wolę walki, że nastąpiło znane i często
spotykane w historii zjawisko zmęczenia biologicznego, które najbardziej
bohaterskim narodom odbiera wolę walki (doświadczyli tego Francuzi w czasie II wojny światowej).
Dla Cezara ostateczna kapitulacja Galów stanowiła prawdziwy uśmiech
losu, gdyż mógł wreszcie dumnie poinformować senat i lud rzymski, że
Galia staje się prowincją Republiki. Ta informacja sprawiła ogromne
wrażenie w "stolicy świata" i na pewien czas powstrzymała senat od
podejmowania niekorzystnych dla Cezara decyzji.
Swoiste zawieszenie broni trwało jednak krótko. Do ponownego zaostrzenia
sytuacji przyczynił się zresztą sam Cezar, który miał wreszcie czas i możliwości, aby osobiście zaangażować się w bieżące rozgrywki
polityczne. Zaczął od spotkań z mieszkańcami Galii Przedalpejskiej,
dziękując im za poparcie, jakiego udzielali mu przez wiele lat,
dostarczając żołnierzy dla ciągle rozrastającej się armii.
Dokonał też inspekcji swoich wojsk i wyznaczył poszczególnym legionom
nowe leża zimowe. Z posiadanych dziesięciu legionów osiem zostawił w Galii, gdzie miały stać na straży Pax Romana, a dwa ulokował na
terenie Galii Przedalpejskiej. Takie rozlokowanie wojsk zadaje kłam
wszelkim pomówieniom Marcellusa i świadczy wymownie o tym, że Cezar
jeszcze wierzył w możliwość pokojowego załatwienia sporu.
Po przybyciu do Rawenny spotkał się z Kurionem, którego kadencja jako
trybuna ludowego właśnie upłynęła. Rozmowy z tym nietuzinkowym
politykiem pozwoliły mu zapewne lepiej zorientować się w sytuacji
politycznej Rzymu i sformułować wytyczne dla Kwintusa Kasjusza Longinusa
i Marka Antoniusza, którzy zostali właśnie wybrani na trybunów ludowych
i przejęli po Kurionie funkcje agentów politycznych Cezara.
Być może w wyniku tych rozmów skierował do senatu pismo, w którym
oświadczył, że zgadza się na złożenie dowództwa pod warunkiem, że to
samo uczyni Pompejusz. W przeciwnym razie "natychmiast przybędzie, aby
pomścić krzywdy jemu, jak i ojczyźnie wyrządzone"7.
Można by zarzucić Cezarowi pewną niekonsekwencję w działaniu, gdyż z jednej strony osłabił swą pozycję militarną pozostawiając większość
swych sił w Galii, a z drugiej strony groził senatorom i Pompejuszowi
zemstą, a więc jakby zaostrzał swe stanowisko. Analizując postawę Cezara
musimy jednak pamiętać o tym, że był on inteligentnym, przewidującym
politykiem i zdając sobie sprawę z nastrojów panujących w społeczeństwie, nie chciał brać na siebie odpowiedzialności za
rozpoczęcie wojny domowej.
Rozlokowując więc armię tak, jak wcześniej zostało opisane, wykazywał
swą dobrą wolę, wysyłając równocześnie, używając terminologii sportowej,
piłkę na stronę przeciwnika. Jego propozycja sprawiała wrażenie słusznej
i uzasadnionej, a co najważniejsze - umiarkowanej; gdyby więc została
odrzucona (a tego mógł się spodziewać), to wina za wszystko, co się
potem stanie, powinna spaść na senat i Pompejusza.
Idąc tym tokiem myślenia można przypuszczać, że wzmianka o ewentualnej
zemście miała jedynie uzmysłowić jego przeciwnikom, na co się narażają,
odrzucając wyciągniętą rękę, bo wówczas to oni będą winni rozpętania
wojny, a Cezar do stolicy przybędzie jako mściciel krzywd swoich i ojczyzny. Z pismem do Rzymu pojechał Kurion, który przy tej okazji pobił
niewątpliwie ówczesny rekord szybkości, przebywając odległość 210 km
dzielącą Rawennę od Rzymu w trzy dni. Dzięki temu przybył do stolicy 1
stycznia i natychmiast wręczył pismo nowym konsulom, czyli C.
Klaudiuszowi Marcellusowi i L. Korneliuszowi Lentulusowi.
Zaliczali się oni do stronników Pompejusza i nie zamierzali początkowo
nadawać sprawie biegu, jednakże pod naciskiem Marka Antoniusza, nowego
trybuna związanego jak wiemy ściśle z Cezarem, popartego w tej sprawie
przez K. Kasjusza, ustąpili i list w końcu odczytano. Wywiązała się
gorąca dyskusja. Nie dotyczyła ona jednak treści pisma, gdyż
przewodniczący obradom Lentulus wyraził stanowczy sprzeciw,
oświadczając, że stawia na porządku dziennym rozważania nad ogólną
sytuacją państwa. Wystąpienie swe zakończył swoistym ultimatum,
stwierdzając, że "nie uchybi swym obowiązkom wobec senatu i Rzeczpospolitej, pod warunkiem, że każdy wypowie swoje zdanie odważnie i stanowczo; jeśli zaś jak dawniej będą się oglądali na Cezara i ubiegali
o jego względy, sam o sobie pomyśli wbrew powadze senatu - i on bowiem
zna drogę do łaski i przyjaźni Cezara"8.
W niezwykle twardym tonie przemówił nowy teść Pompejusza - Scypion
Metellus, oświadczając, że Pompejusz zamierza wypełnić swe obowiązki
wobec Republiki, ale wymaga współdziałania senatu. Jeśli go jednak nie
uzyska, wówczas "niech senat nie liczy na jego poparcie, gdy tego
później zażąda"9. Nikt z obecnych na sali nie miał wątpliwości,
że są to słowa nie Metellusa, lecz Pompejusza (przypominam, że ten
ostatni, pełniąc funkcje wojskowe, nie mógł przebywać w mieście, stał
jednak tak blisko, że, jak pisze Cezar, "mowa Scypiona miała to samo
znaczenie co własne słowa Pompejusza").
Wystąpienia te dodały odwagi przywódcom stronnictwa optymatów, którzy
zdecydowanie odrzucili wszelkie propozycje zmierzające do złagodzenia
konfliktu (m.in. M. Kalidiusza, który zaproponował podjęcie uchwały
nakazującej Pompejuszowi wyjazd do przydzielonych mu prowincji). Nawet
głosy wrogich Cezarowi, lecz bardziej rozsądnych senatorów (m.in.
Klaudiusza Marcellusa konsula roku 51), proponujących nie podejmowanie
zbyt drastycznych decyzji do czasu zakończenia przygotowań do starcia z Cezarem, zostały ostro skrytykowane przez Katona, Lentulusa i innych
przywódców stronnictwa optymatów, bez żadnych już osłonek dążących do
jak najszybszego rozprawienia się z przywódcą popularów. W końcu, w atmosferze politycznego nacisku, wręcz szantażu, podjęto decyzję
nakazującą Cezarowi natychmiastowe rozpuszczenie wojsk pod groźbą
uznania go za wroga ojczyzny. Nie pomogło nawet weto trybuna M.
Antoniusza, które zostało odrzucone ze względów proceduralnych.
Była to fatalna w skutkach decyzja, gdyż praktycznie zamykała drogę do
porozumienia między zwaśnionymi stronami, tworząc fakt dokonany, na
który powołał się już w dniu następnym Katon. Odrzucił on mianowicie
kategorycznie propozycję teścia Cezara, Pizona, wyjazdu do Rawenny'
podjęcia rokowań, stwierdzając, że lepiej zginąć niż przyjmować warunki
od zwykłego obywatela, a takim stał się Cezar z chwilą oficjalnego
pozbawienia go funkcji namiestnika. Była to replika bardzo w stylu tego
zacietrzewionego, nieco ograniczonego i upartego osobistego wroga Cezara
i przywódcy optymatów w jednej osobie. Na jego też wniosek uchwalono
decyzję, aby dla udokumentowania, że państwo znajduje się w niebezpieczeństwie, przywdziać szaty żałobne. Była to wprawdzie
drobnostka, miała jednak swoją wymowę. W taki bowiem sposób, przyznajmy,
nader spektakularny, przywódcy obozu antycezariańskiego próbowali
tworzyć fakty dokonane, terroryzując swą determinacją wahającą się
jeszcze senacką większość.
Aby jak najszybciej i jak najpewniej osiągnąć cel, jakim było usunięcie
Cezara ze sceny politycznej, przeprowadzono w początkach stycznia pełną
"mobilizację sił", spędzając - jak pisze autor Pamiętników o wojnie
domowej - do senatu wszystkich, "którzy byli przyjaciółmi konsulów, co
mieli obowiązki wobec Pompejusza, z dawna pokłóconych z Cezarem". Dzięki
temu Katon, Lentulus i Scypion mogli nie liczyć się z wetem Antoniusza,
a nawet 5 stycznia 49 r. usunąć go po prostu siłą z senatu.
Był to kolejny dowód braku wyobraźni ze strony "pompejanów", gdyż
Antoniusz opuścił senat biorąc wszystkich obecnych za świadków
znieważenia jego godności. Już Plutarch zauważył, jak bardzo było to
niezręczne i jak wielki argument propagandowy senat dostarczył Cezarowi.
Od tej chwili to on właśnie będzie stale występować w "todze" obrońcy
świętych i nienaruszalnych praw Republiki bezpardonowo naruszanych przez
optymatów.
Należy również podziwiać zimną krew Cezara w tych gorących dniach
początku 49 r. Mimo gwałtownie pogarszającej się sytuacji i coraz
bardziej zdecydowanych ataków przeciwników, polecił on swym
przedstawicielom, aby w oficjalnych wystąpieniach i prywatnych rozmowach
zdecydowanie podkreślali, że gotów jest pójść na daleko idące ustępstwa.
Zapowiedzi tych ustępstw były rzeczywiście istotne i, gdyby zostały
przyjęte i zrealizowane, to mogły istotnie przyczynić się do rozwiązania
kryzysu. Cezar oświadczał bowiem, że w przypadku osiągnięcia
porozumienia rozwiąże osiem legionów, a zachowa jedynie dwa i namiestnictwo samej tylko Galii Przedalpejskiej (ostatecznie podobno
Cezar godził się nawet na jeden legion i jedną prowincję - Ilirię). W przekazaniu tych propozycji pośredniczył wielki mówca tego czasu -
Cyceron, który był wprawdzie całym sercem w obozie optymatów, ale
potrafił myśleć dalekowzrocznie i nie był zaślepionym nienawiścią
wrogiem Cezara. A ponadto szczerze chciał uniknąć zbrojnego konfliktu!
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki