Farbowany lis - Monika Litwinow

Kup ebooka

49.00 zł
40.67 zł (49,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Siechnice, 14 lipca 2020 roku, wtorek, godzina 23.11

- Wszędzie dobrze, ale w domu... - powiedziała do siebie półgłosem, stanąwszy w progu otwartego okna tarasowego. Uśmiechnięta, ciaśniej opatuliła się kocem i wyciągnęła na wielkiej, miękkiej poduszce w pachnącym nowością ratanowym fotelu. Mała, przyciągająca młode małżeństwa miejscowość pod Wrocławiem serwowała jej powitalny koncert świerszczy i żab. Było tak cicho. Nie tak bardzo, jak w drewnianym domu na bieszczadzkim zboczu w Wapience, w okolicach Ustrzyk Dolnych, ale teraz przynajmniej nie czuła się osaczona przez wszechobecną, pozbawioną znamion cywilizacji przyrodę. Wzięła głęboki wdech, jakby to robiła pierwszy raz po czternastu długich miesiącach, w tym czterech pandemicznych, spędzonych w izolacji z Arturem i najbardziej z tego faktu zadowolonym Brunem.

Minęła już dwudziesta trzecia, a ona nie mogła się nadziwić, że przez cały wieczór nie słyszała chlipania marudzących przed snem niemowląt czy biegających ponad sufitem dziecięcych stóp. Od rana w noszeniu klamotów i rozpakowywaniu pudeł towarzyszył jej lektor nowego audiobooka naprzemiennie z hipnotyzującym Eddiem Vedderem, mimo tego nie ominęły jej zdawkowe rozmowy z nowymi sąsiadami, prowadzącymi wózki lub trzymającymi swoje pociechy za rękę. "Witamy w Siechnicach". "Mieszkamy na drugim piętrze, mieszkanie dwadzieścia sześć, jakbyś czegoś potrzebowała". "Zarządca mieszka klatkę obok, w razie czego mamy do niego telefon". Miło, sympatycznie i rodzinnie.

Zupełnie inaczej niż w okolicy, w której jeszcze tego dnia rano widziała się i rozmawiała ze swoją kolejną, choć jakże ważną respondentką. Roksana mieszkała bardzo niedaleko, ale jakby na innej planecie. Świat tej młodej dziewczyny, jej życie i sposób na utrzymanie siebie oraz rodziny wywołały w Eli przykre poczucie niesprawiedliwości, ale pocieszała się myślą, że ten stan już nie potrwa długo. Była bardzo blisko finiszu, a przeprowadzka w te strony miała wszystko przyspieszyć i ułatwić. Tego ranka odbyło się ich pierwsze spotkanie na żywo, a dostarczone przez Roksanę materiały czekały cierpliwie na dopiero co złożonym biurku w sypialni dziennikarki. Choć nie mogła się doczekać, by wszystko sprawdzić i przygotować do nagrania, była skonana.

Mimowolnie poprawiła włosy w taki sposób, by zakrywały bliznę na lewej skroni i wyciągnęła bose stopy na trawnik. Na jakiś czas ten poziom bliskości z naturą w zupełności jej wystarczył. Odetchnęła głęboko i przymknęła oczy. Było tak spokojnie, że słyszała własne tętno dopasowane do małomiasteczkowego rytmu. Może to nie Konin czy Słupca, ale Siechnice też nie były małą wioską z najbliższym sklepikiem oddalonym o przeszło dziesięć tysięcy kroków. W Bieszczadach przez długie pięć miesięcy każda potrzeba wymagała odkopywania auta spod śniegu, zakładania łańcuchów na opony i ustawienia napędu na cztery koła, które miało tylko stare, wysłużone, ale i nieposłuszne pajero Gawrona. Obruszyła się na to wspomnienie. Bliskie sąsiedztwo z sieciowymi sklepami, przychodnią, pubem, restauracjami, urzędem miasta, nawet szkołami i przede wszystkim odśnieżanymi zimą przez gminę chodnikami przyprawiało ją o poczucie błogości.

Zegarek zawibrował wokół nadgarstka. Na małej tarczy wyświetliła się wiadomość SMS od Artura i kilka pierwszych słów. Wyobrażam sobie, że jesteś... Pokręciła nosem i rozejrzała się wokół siebie. Spojrzała przez ramię do wnętrza mieszkania, ale nie dostrzegła nigdzie telefonu.

- Nie oszukuj się, Ela - powiedziała do siebie, wstając ze skrzypiącego mebla. - Zasługujesz na parapetówkowego drinka.

Od razu poczuła w swym niewysportowanym ciele całodzienne przestawianie bagaży, zakupów i co cięższych bibelotów, jak chociażby jej ulubionego, nieco już wytartego obrotowego fotela, obitego ciemnozielonym zamszem. Na nim napisała większość swoich najlepszych, choć może nie tak lotnych artykułów. Ustawiając go przed nowym, białym biurkiem wyobrażała sobie, że teraz jest ten czas, kiedy napisze TO coś. Ten wielki tekst, w którym będzie mogła nareszcie opowiedzieć światu o czymś, na czym jej cholernie zależało. Wcześniej miała nadzieję, że uda jej się TO stworzyć w zapomnianym przez świat domu w Bieszczadach. Okazało się jednak, że nadmiar ciszy, spokoju i mindfulness doprowadzał ją do intelektualnego szaleństwa, i jedyne, na czym potrafiła się skupić, były zlecenia od portali internetowych na różne miałkie, tak naprawdę mało istotne teksty, ale brała wszystkie propozycje. Im bardziej oddalone od Ustrzyk, tym lepsze. Im dłużej zatapiała się w researchu, tym łatwiej było jej znieść świat, do którego nie należała.

Z kartonu leżącego na blacie kuchennym wydobyła pierwszy lepszy kubek. Na zakupy fikuśnego szkła na alkohol przyjdzie jeszcze pora, jeżeli w ogóle. Podczas urządzania swojego całkiem nienagannego mieszkania dopadała ją refleksja, jak wielu rzeczy nie musiałaby targać, gdyby tak po prostu zdecydowała. Po co jej pięć kompletów pościeli? Siedem różnokolorowych ręczników? Pięć półmisków? I ten nieszczęsny zestaw do robienia sushi, darowany i piękny, ale całkowicie bezużyteczny.

Z niemal pustego wnętrza lodówki powitało ją białe wino, gin i styropianowe opakowanie z resztkami zamówionego wcześniej burgera. Najchętniej wybrałaby mocniejszy trunek, ale zaraz po tym, jak zdała sobie sprawę z braku lodu w zamrażarce, wybrała słodkiego muscata. Odkręcanego, rzecz jasna.

- Wynoś się, kutasie jeden!

Usłyszała gniewny krzyk kobiety zza otwartych drzwi balkonowych prowadzących na ogródek. Odstawiła butelkę na wolny skrawek blatu i wyszła na zewnątrz. Ciszę zakłócał przytłumiony męski głos z górnego piętra i choć nie słyszała, co dokładnie mówił, po tonie mogła wywnioskować, że usilnie próbuje coś wytłumaczyć. Nagle przeleciał nad nią telefon z aktywnym wyświetlaczem. Wystartował z balkonu tuż nad nią. Trzask rozbitej szybki świadczył, jak się domyślała, o twardym lądowaniu urządzenia na chodniku, czego nie mogła zobaczyć przez gęsto rosnące tuje wzdłuż jej płotu. Wychyliła się, ale na tyle ostrożnie, by czasem nie dostać niczym w głowę. Dźwięki kłótni przeniosły się teraz na korytarz klatki schodowej.

- Mówię ci, szmato, że cię uduszę! Otwieraj te drzwi!

"Cholera jasna!" Zrzuciła koc z ramion, a na zegarku wybrała funkcję "znajdź telefon". Od razu usłyszała głośną melodię wydobywającą się spod poduszek na kanapie. Chwyciła go i nim dosięgnęła klamki drzwi wejściowych, zatrzymała się na sekundę przed wielkim lustrem na przesuwnej szafie w korytarzu. Wiedziała, że za nim znajduje się zamykane na szyfr pudełko. Dłonie zaczęły jej drżeć, a serce mocno bić. Zaklęła w duchu w obawie, że znowu może dostać ataku paniki, ale zgodnie ze swoją teorią musiała wystawiać się na źródło lęków, by nad nimi zapanować.

- Znajdę cię i wypatroszę! - wrzeszczał męski głos, a towarzyszyło mu dudnienie, jakby z całej siły kopał w drzwi.

Nie było na to czasu. Miała do dyspozycji klucz w kieszonce, który zawsze nosiła przy sobie, i naszyjnik od Artura. Wybiegła boso na korytarz, wybierając numer sto dwanaście. Włączyła głośnik, ustawiła dźwięk na maksimum i szybko uruchomiła kamerę, jeszcze zanim dotarła na pierwsze piętro.

- Sto dwanaście, numer alarmowy, jakie jest twoje zgłoszenie? - Kobiecy głos wybrzmiał donośnie na korytarzu w chwili, kiedy skierowała kamerę w telefonie na rozwścieczonego mężczyznę.

- Chcę zgłosić napaść - powiedziała jeszcze głośniej, a intruz odwrócił się w jej stronę.

- Co, do kurwy?

Serce waliło jej jak młotem. Dłonie się pociły, a gardło wyschło na wiór. Mężczyzna w gładkiej, błękitnej koszuli pod krawatem przewiercił ją mrocznym, rozjuszonym spojrzeniem zdradzającym, że jest gotowy do ataku. Z idealnie ułożonej fryzury opadał mu na czoło pokryty żelem kosmyk. Wściekłość wykrzywiła mu rysy twarzy, ale nie mogła się oprzeć wrażeniu, że kojarzyła tę twarz. Drzwi mieszkania, w które przed chwilą uderzał, otworzyły się i na korytarz pewnym krokiem wyszła kobieta w satynowej, beżowej koszulce nocnej z czerwonym kijem bejsbolowym w ręce.

- Skąd pani dzwoni? - usłyszała z głośnika telefonu Ela.

- Jeszcze raz do mnie przyjdziesz, a pokiereszuję ci wszystkie gnaty! - wrzasnęła tamta. Szybkość i zręczność, z jaką uniosła kij, sprawiły, że mężczyzna odruchowo zasłonił głowę rękoma i odskoczył dwa kroki do tyłu. Czarne kędziory krótkich, potarganych włosów przysłoniły jedno z oczu kobiety, ale wyraźnie zarysowane mięśnie ramion trwały niewzruszone w napięciu. Bez strachu parła na nieproszonego gościa, a ten zaczął się wycofywać.

Kiedy minął Elę, spojrzał prosto w telefon, na którym cały czas nagrywała zajście.

- Jest tam pani? - zapytała znów dyspozytorka. - Jaką napaść pani zgłasza?

- Już nie wróci - powiedziała wysoka brunetka w bieliźnie.

- Na pewno? - Głos Eli niespodziewanie zadrżał.

- To nie jest moje pierwsze rodeo. - Uśmiechnęła się, kierując się do mieszkania. - Wina?

- Już nieważne - odpowiedziała Ela, zbliżając telefon do ucha. - Konflikt zażegnany - zakończyła połączenie, przerywając umęczone westchnienie kobiety z dyspozytorni.

- Ty jesteś tą nową dziewczyną z dołu? - zapytała sąsiadka miękkim i łagodnym głosem, zupełnie jakby przed chwilą nie zamierzała stłuc agresywnego przeciwnika. - Spod tej pięknej, czteropokojowej czwórki?

- Tak - odparła przeczesując włosy. - Ela. - Wyciągnęła rękę do nieznajomej wyższej od niej o co najmniej piętnaście centymetrów. W chwili, w której uścisnęła jej kościstą, acz silną dłoń, poczuła przyjemny zapach perfum.

- Waleria - odparła śpiewnie. - Walka. Tak wszyscy na mnie mówią. Wejdź. Zapraszam na odstresowującą lampkę, bo trzęsiesz się jak osika.

- Dzięki. - Ela się uśmiechnęła i schowała telefon do tylnej kieszeni dżinsowych szortów.

Przekroczywszy próg mieszkania, Ela zauważyła, że ma dokładnie taki sam układ jak jej M4 poniżej, choć jest o jeden pokój mniejsze, zaś charakter wystroju różnił się diametralnie. Ona wprowadziła się do gotowego, kilkuletniego lokum urządzonego w nowoczesnym, beżowo-drewnianym stylu przez młodą parę, która spodziewała się potomstwa. Uznali, że prawie osiemdziesiąt metrów kwadratowych już im nie wystarczy i chcieli je szybko sprzedać. Dobrze się złożyło, że ona nie zamierzała zwlekać z zakupem.

W mieszkaniu Walerii panował natomiast ekstremalnie kobiecy klimat i choć blisko mu było do kiczu, wcale takim nie był. Na jednej ze ścian uderzała ją w oczy mocno kwiecista tapeta, pozostałe zaś pokrywała jasnoróżowa farba. Ciemnozielona sofa i wielki fotel stały na pluszowym, białym dywanie. W każdym kącie podłogi czy szafek stały rośliny doniczkowe, mniej lub bardziej liściaste. Jasnoróżowe dodatki rozpraszały dominację zgniłozielonych frontów w strefie kuchennej.

- Białe czy czerwone? - zapytała Walka, wychodząc z sypialni okryta satynowym szlafrokiem, dopasowanym do koronkowej koszuli nocnej.

- Białe - odparła Ela, choć kalkulowała, ile ów komplet bielizny mógł kosztować. - Zawsze białe.

- Nie chciałam zakłócać twojego miru w wieczór parapetówki - powiedziała zza pleców kobieta, kiedy nalewała wino do kieliszka. - Właściwie nie ja, a ten frajer. Wybacz.

Ela mimochodem zlustrowała atrakcyjne ciało Walerii. Na jej karku błyszczał złoty wisiorek, przyciągający wzrok do smukłej szyi, odsłoniętej przez krótką fryzurę. Ciemna, pięknie opalona skóra zdradzała, że kobieta była jej równolatką, a może nawet niewiele starszą koleżanką. Czterdzieści pięć, pięćdziesiąt lat. Niewątpliwie bywała częstą bywalczynią klubu fitness, dlatego trudno było Eli ocenić właściwy wiek.

- Nic się nie stało - mówiła, próbując opanować drżenie głosu. - Krzątałam się do dziesiątej i nie miałam żadnych imprezowych planów. Od dawna tu mieszkasz? - zagaiła, zmieniając temat.

- Kupowałam jeszcze dziurę w ziemi, że się tak wyrażę. - Walka uśmiechnęła się perliście, podając jej jeden z pełnych kieliszków. Elę zaskakiwał jej spokój, wręcz wyluzowanie, jakby nic się nie stało. - Wprowadziłam się do budynku jako pierwsza, czyli jakieś cztery, pięć lat temu. Zaraz po rozwodzie.

- Gratuluję? - Niepewnie uniosła wyżej kieliszek do toastu.

- Zdecydowanie! Nowe mieszkanie w Siechnicach? W życiu nie byłoby mnie na nie stać ze swojej kosmetycznej pensji - zachichotała. - A ty? Skąd się tu wzięłaś w tych niepewnych czasach? Inwestowanie w nieruchomości w środku pandemii? Za tym musi się kryć jakaś historia.

Ela przygryzła dolną wargę i upiła łyk wytrawnego wina. Niesłodkie, ale nie szkodzi. Dzisiaj każdy trunek jej odpowiadał. Drżenie dłoni zaczęło ustępować.

- Przyjechałam za pracą, czyli nudy. Prawdziwa historia musi się kryć za tym sympatycznym panem, którego właśnie przegoniłaś. I za tym jegomościem. - Wskazała na połyskujący bordowym lakierem kij bejsbolowy.

- Przegoniłyśmy! - odparła radośnie Waleria, akcentując ostatnią sylabę. - Nie kwestionuj swoich zasług. Świetny pomysł z tym telefonem i nagrywaniem. Szkoda, że na innych sąsiadów nie mogłam liczyć.

Ela pokiwała głową. Przeszło jej przez myśl wspomnienie pewnej okropnej piwnicy urządzonej w dziecinnym stylu, kiedy została skrępowana i zaatakowana przez pedofila i gwałciciela. Zastanawiała się, czy gdyby nie tamte wydarzenia, znalazłaby w sobie dość odwagi, by tak brawurowo się zachować. "Brawurowo czy bezmyślnie?", usłyszała w głowie głos Artura, co przypomniało jej o nieodczytanym SMS-ie.

- Niewykluczone, że dzwonili na numer alarmowy, ale z bezpiecznej odległości - powiedziała Ela. - Zza judasza.

- No właśnie! Normalny człowiek nie rzuca się na pomoc w środku nocy, w obcym miejscu, w samych szortach, do tego bez butów! Czyżbyś była policjantką? - zapytała Waleria entuzjastycznie i z błyskiem w oku.

- O, nie - zaśmiała się Ela, czując narastającą sympatię wobec kobiety. - Jestem dziennikarką.

- Śledczą? - nie ustępowała rozmówczyni.

- Może kiedyś. - Puściła oko do brunetki, nie chcąc wspominać o swoim fiasku w tej dziedzinie. Tym samym, który sprowadził ją na wygnanie w Bieszczady. - Dzisiaj zajmuję się nudnymi, prozaicznymi tematami, przynoszącymi regularne wpływy na konto.

- Same farmazony! - powiedziała radośnie Walka, wstając z kanapy. Uśmiechała się niemal cały czas, bez zmarszczek. - Ale niech ci będzie! Chcesz być tajemnicza, muszę to wybaczyć. W końcu to taka nasza jakby pierwsza randka! - zaśmiała się, upiła ostatni łyk wina i wróciła do lodówki. - Nie zrozum mnie źle, oczywiście żartowałam! Ten nażelowany pajac to mój były. Nie jesteś w moim typie. Masz ochotę na jeszcze jedną lampkę?

Ela zajrzała do telefonu. SMS od Artura nadal na nią czekał.

- Myślę, że wrócę do siebie - zdecydowała, po czym odstawiła kieliszek na szklany blat stolika kawowego. - Bardzo ci dziękuję za... ciepłe przyjęcie w sąsiedztwie - zażartowała.

- Jesteś pewna? - zapytała troskliwie Walka. - Żeby nie było. Nie chcę być napastliwa. Lepiej zachować dobre pierwsze wrażenie.

Obie się uśmiechnęły. Opadający z kobiet stres sprawił, że niespodziewanie zaczęły śmiać się w głos. Ela pomyślała o poprzeprowadzkowej, nieuchronnie zbliżającej się rozmowie z Arturem. Spojrzała na pusty kieliszek na stole i pełną butelkę w dłoni Walerii.

- Może jutro?

- A co uprawiasz?

- Nie rozumiem pytania.

- Mam na myśli sport, rzecz jasna - odparła zdecydowanie. - Wprowadziłaś się do miejscowości stworzonej do rekreacji ruchowej. Bieganie lub rower na wałach? Pływanie w naszej Błękitnej Lagunie?

- W czym? - Ela parsknęła.

- Przecież to siechnicki atrybut dla każdego, kto się tu sprowadza! Aż dziwne, że nie wiedziałaś, moja droga! Masz tutaj za płotem całkiem sympatyczny, choć niewielki kompleks wodny. Od ósmej zaczną się schodzić rodziny z maluszkami, ale do tego czasu można zrobić trening. Jest też boisko do kosza, do tenisa, dużo asfaltów na rolki. Chyba że jesteś z tych, co preferują długie spacery po lesie i jogę?

- Spacery i joga - odparła pośpiesznie Ela, obawiając się, że lada moment Walka zasypie ją bardziej ekstremalnymi propozycjami rekreacji ruchowych. Tymczasem ona nawet nie miała maty do ćwiczeń. Ogarnęła ją nagła obawa, że to się niedługo zmieni.

- Kochana, w takim razie najwyższa pora na sen - powiedziała stanowczo sąsiadka. - Od dziewiątej zacznie się lać żar z nieba, więc może szósta trzydzieści przed klatką? Wystarczy ci siedem godzin snu? Musi! - dodała, nie czekając na odpowiedź.

- Nie wiem, czy to dobry pomysł - podjęła niemrawo Ela. - Mam jeszcze sporo pracy przy rozpakowywaniu, zakupy...

- Wymówki, wymówki! - zaśmiała się Waleria. - Sklepy z rozkoszną klimatyzacją otwierają znacznie później. Dobry pomysł na wypad w środku dnia.

- Też prawda - przyznała skonfundowana Ela. - Niech będzie. Co mi tam. Mogę wyjść na spacer o tej bezbożnej godzinie.