Farba znaczy krew - Zenon Kruczyński

-
Proszę czekać

OJCIEC SWOJEGO SYNA, SYN SWOJEGO OJCA

Jo­van miał osiem lat, gdy ra­zem, w cią­gu dnia, sta­ran­nie przy­go­to­wa­li­śmy miej­sce za­siad­ki na dzi­ki. Wzią­łem go na wie­czor­ne po­lo­wa­nie. Dla nie­go - pierw­sze w ży­ciu. Czerw­co­wy wie­czór po upal­nym dniu był cie­pły i jak­by mięk­ki. Sie­dzi­my we dwóch nad po­ło­żo­nym tro­chę ni­żej, sta­rym ba­gnem, za­ro­śnię­tym mcha­mi i po­je­dyn­czy­mi kar­ło­wa­ty­mi so­sen­ka­mi i brzóz­ka­mi. Je­ste­śmy do­brze ukry­ci w ma­łym za­gaj­nicz­ku na sto­ku. Za dnia wy­cią­łem parę ga­łą­zek za­sła­nia­ją­cych wi­docz­ność i li­nię strza­łu, a tak­że przy­go­to­wa­li­śmy so­bie miej­sce do sie­dze­nia. Jo­van sie­dzi przy mnie ci­cho jak mysz­ka. Do­brze pa­mię­ta in­struk­cje. Jest bar­dzo prze­ję­ty, ja też. Sza­rze­je. Przed nami po­ja­wił się w tra­wach za­jąc, sie­dzi, cza­sa­mi coś tam skub­nie, z rzad­ka kic­nie. Miło jest pa­trzeć na nie­go.

Nie­gło­śno trza­ska ga­łąz­ka w le­sie z dru­giej stro­ny ba­gna. Elek­try­zu­ją­cy dźwięk! Kła­dę pa­lec na ustach i po­ka­zu­ję Jo­va­no­wi, żeby był cał­kiem ci­cho. Cze­ka­my. Sza­rze­je co­raz bar­dziej. Nic się nie dzie­je, pta­ki uci­chły zu­peł­nie. Krą­ży ma­lut­ki nie­to­perz. Za­jąc gdzieś znik­nął. Ci­sza opa­da na wszyst­ko, ściem­nia się.

Na­gle coś jest! Dzik! Cień jego syl­wet­ki prze­su­wa się z dru­giej stro­ny ba­gna. Wy­da­je mi się, że to ody­niec. Spraw­dzam: bio­rę lor­net­kę i szu­kam pędz­la pod jego brzu­chem. Jest! - Będę strze­lał. Duży ody­niec. Idzie do środ­ka ba­gna, sły­chać, jak pije wodę, jak ciam­ka­ją w mo­krym mchu jego kro­ki. Bez­sze­lest­nie opie­ram lufę sztu­ce­ra o przy­go­to­wa­ną wła­śnie do tego ga­łąz­kę na so­sen­ce przede mną. Po­nad lufą do­słow­nie wbi­jam oczy w ma­ja­czą­cą w mro­ku syl­wet­kę. Mi­ja­ją mi­nu­ty. Wy­cho­dzi na wol­ne pole. Skła­dam się, grot lu­ne­ty na ko­mo­rze... BA­BACH! - trza­ska strzał. Dzik pada! Na­tych­miast re­pe­tu­ję i trzy­mam go w lu­ne­cie. Wi­dzę, jak le­żąc, ryt­micz­nie i moc­no się ru­sza, jak­by chciał biec. Co­raz wol­niej... aż prze­sta­je. Uff... do­szedł.

Przy­po­mi­nam so­bie o synu. Od­wra­cam się do nie­go. Jo­van pła­cze. Pa­trzę na nie­go i w tym sa­mym mo­men­cie czu­ję, jak­by mi wszyst­ko w środ­ku za­ma­rza­ło. W gło­wie wy­bu­cha mi myśl: "Chci­wy głu­piec!"

- Cze­mu pła­czesz? - py­tam od­ru­cho­wo.

- Bo on tak przed chwi­lą cho­dził so­bie, a te­raz nie żyje.

Nic nie ro­zu­miem, przez krót­ką chwi­lę czu­ję się jak ogłu­szo­ny. Nie wiem, co po­wie­dzieć ani co zro­bić.

Nie będę przy nim pa­tro­szył. Spraw­dzam jesz­cze, co z dzi­kiem, i od­pro­wa­dzam Jo­va­na do dom­ku my­śliw­skie­go, do żony. Jest już cał­kiem ciem­no. Wra­ca­my nad ba­gno z ko­le­gą my­śli­wym wy­pa­tro­szyć i ścią­gnąć zwie­rza. Przy dom­ku wie­sza­my go na so­śnie. Na­ci­nam skó­rę pod pa­cha­mi i roz­pie­ram grub­szym pa­ty­kiem - tu­sza wte­dy le­piej sty­gnie.

Na wschod­niej stro­nie nie­bo za­czy­na się już roz­ja­śniać. Je­zio­ro jest jak lu­stro. Cie­pła, ci­cha, let­nia noc. Sie­dzę pod so­sną. Czu­ję ogrom­ne zmę­cze­nie, ja­koś mi bar­dzo cięż­ko, ale nie idę spać - wiem, że nie za­snę. Po­cze­kam jesz­cze tro­chę, aż się bar­dziej roz­wid­ni, i pój­dę na szczu­pa­ki. Dzi­siaj już nie chce mi się po­lo­wać. Nęka mnie mę­czą­cy żal do sie­bie o to, że się po­pi­sy­wa­łem przed sy­nem. Cały czas pie­ką mnie jego łzy. Czu­ję, że coś się sta­ło, ale bo­le­śnie nic nie ro­zu­miem, nie mogę tego ogar­nąć.

ROGACZ

Od maja na Żu­ła­wach po­lo­wa­ło się wśród łąk i zbóż na ro­ga­cze. Cza­sa­mi wy­jeż­dża­li­śmy spe­cjal­nie na ro­ga­cze, a nie­kie­dy po­lo­wa­li­śmy na nie przy oka­zji wy­jaz­dów na kacz­ki. Tak jak to mia­ło być dzi­siej­szej sierp­nio­wej nie­dzie­li. Jesz­cze nocą wy­pchnę­li­śmy mo­tor z piw­ni­cy, a oj­ciec od­pro­wa­dził go ka­wa­łek da­lej, za blok, żeby ha­łas uru­cha­mia­ne­go sil­ni­ka nie nie­po­ko­ił śpią­cych lu­dzi. Je­cha­li­śmy przez cał­kiem uśpio­ne jesz­cze mia­sto. To było dziw­ne uczu­cie - wszy­scy głę­bo­ko śpią, wszyst­kie okna ciem­ne, a my je­dzie­my bez­lud­ny­mi uli­ca­mi przez chłod­ne po­wie­trze. Tak jak­by na świe­cie były tyl­ko nie­wi­do­me i bez­lud­ne bu­dyn­ki z czar­ny­mi pro­sto­ką­ta­mi okien i my dwaj na mo­to­cy­klu.

Gdy za­czy­na­ło się roz­wid­niać, już za­glą­da­li­śmy na mie­dze i łąki skry­te za ła­na­mi psze­ni­cy. Wy­chy­la­my się zza ko­lej­ne­go łanu i wi­dzi­my do­syć da­le­ko od nas sar­ny. Pa­trzy­my na nie przez te po­ran­ne mgły i opa­ry - tata w lor­net­ce wi­dzi, że jest z nimi ro­gacz. Sar­ny cze­ka­ją, aż słoń­ce ob­su­szy zbo­ża z bar­dzo du­żej rosy. Wte­dy wej­dą w nie i  gdzieś tam po­środ­ku łanu umosz­czą so­bie małe le­go­wi­sko bez­po­śred­nio na zie­mi, i będą le­żeć tam przez cały dzień.

W tych wa­run­kach nie ma moż­li­wo­ści, by je po­dejść bez spło­sze­nia. Co­fa­my się za róg łanu, a oj­ciec po­ka­zu­je mi ręką i szep­tem mówi:

- Jak pój­dziesz do­oko­ła, zaj­dziesz je od tam­tych wierzb i ru­szysz je z tam­te­go kie­run­ku, to będą chcia­ły prze­do­stać się na tę stro­nę przy koń­cu tam­te­go łanu.

Ru­szam. Chło­pa­ki lu­bią ta­kie sa­mo­dziel­ne za­da­nia. Okrą­żam sar­ny du­żym ko­łem, nie­wi­dzial­ny i nie­sły­szal­ny dla nich. We wła­ści­wym mo­men­cie obie­ram kie­ru­nek wprost na nie i przez psze­ni­cę, mo­kry po pa­chy od wiel­kiej rosy, idę w ich kie­run­ku. Nie wi­dzę, jak się pod­no­szą i od­cho­dzą z tego miej­sca, ale sły­szę szyb­ko po so­bie na­stę­pu­ją­ce dwa głu­che strza­ły. Mię­dzy ła­na­mi znaj­du­ję ojca. Po­ka­zu­je mi krew na tra­wie i po­tem w po­ło­wie wy­so­ko­ści źdźbeł psze­ni­cy.

- Far­bu­je, wy­so­ko do­stał, chy­ba na ko­mo­rę - mówi ci­cho oj­ciec.

W psze­ni­cy wi­dać wy­raź­ny, ciem­niej­szy, za­krę­ca­ją­cy szlak - ran­ny ro­gacz, umy­ka­jąc, otrzą­snął sre­brzy­stą rosę z kło­sów.

- Nie mam już bre­nek, ale pój­dzie­my za nim po­ma­lut­ku. Nie mógł pójść da­le­ko - sły­szę szept ojca.

Idzie­my krok za krocz­kiem, oj­ciec rę­ko­ma roz­su­wa przed sobą psze­ni­cę, by być jak naj­ci­szej. Przy­sta­je. Mil­cząc, po­ka­zu­je mi dło­nią parę me­trów przed nami wol­ny od kło­sów pla­cek. Tam leży. Ro­bi­my jesz­cze kil­ka po­wol­nych kro­ków. Wi­dzę go! Pod­no­si się! Z prze­strze­li­ny w brzu­chu wy­pły­wa­ją mu je­li­ta. Oj­ciec rzu­ca się na nie­go i zdu­szo­nym gło­sem woła: "Łap go za nogi!" Ła­pię! Ro­gacz ko­pie i prze­raź­li­wie be­czy! Słab­ną mi ręce! Nie utrzy­mam! Boję się, że kop­nie mnie w brzuch! Ale ro­gacz ko­pie co­raz sła­biej - oj­ciec pod­rzy­na mu gar­dło - zwie­rzę strasz­li­wie be­czy i wiot­cze­je.

I wszyst­ko prze­sta­je szar­pać się i krzy­czeć. Wszę­dzie za­pa­da wiel­ka ci­sza.

Wra­ca­my mo­to­rem do domu, trzy­mam cia­ło ro­ga­cza na ko­la­nach. Czu­ję, że sta­ło się coś bar­dzo złe­go. Je­stem głę­bo­ko smut­ny. Przez zie­lo­ną kurt­kę i ple­cy pro­wa­dzą­ce­go mo­tor ojca wy­raź­nie czu­ję jego przy­gnę­bie­nie. Siłę ko­pią­cych nóg ro­ga­cza czu­ję w rę­kach do dzi­siaj, a jego śmier­tel­ny głos wbił się we mnie na za­wsze.

SZCZENIĘCE LATA...

Jak to się sta­ło, że oj­ciec za­brał mnie na po­lo­wa­nie? By­łem prze­cież dzie­cia­kiem, ma­łym chłop­cem. Dla ojca taki to­wa­rzysz na po­lo­wa­niu to tyl­ko kło­pot - musi coś jeść, trze­ba go po­ło­żyć spać i po­wi­nien być od­po­wied­nio ubra­ny. Poza tym na­le­ży na­uczyć go róż­nych za­cho­wań w le­sie, od­po­wied­nich do sy­tu­acji - prze­cież to jest po­lo­wa­nie! Oj, chy­ba wal­czy­łem o swój wy­jazd z oj­cem z uży­ciem wszel­kich do­stęp­nych środ­ków. Pa­mię­tam, że po­pie­ra­ła mnie mat­ka. W koń­cu do­pią­łem swe­go - "Jadę z tatą na po­lo­wa­nie!" Przy­je­chał po nas pan Brun swo­ją de­kaw­ką - to taki nie­du­ży dwu­su­wo­wy sa­mo­cho­dzik o sta­lo­wej kon­struk­cji, z drew­nia­ny­mi drzwia­mi. Tu był jesz­cze skła­da­ny dach - bo to ka­brio­let! Pierw­szy raz w ży­ciu je­cha­łem sa­mo­cho­dem. Sie­dzie­li­śmy na tyl­nym sie­dze­niu z Jur­kiem, kil­ku­na­sto­let­nim sy­nem pana Bru­na. Było so­bot­nie po­po­łu­dnie, peł­nia lata. Je­cha­li­śmy naj­pierw bru­ko­wa­ną, póź­niej as­fal­to­wą, dość krę­tą dro­gą z du­ży­mi drze­wa­mi po obu stro­nach. Sie­dem­dzie­siąt ki­lo­me­trów.

Sa­mo­chód zo­stał za­par­ko­wa­ny na skra­ju lasu przy owsie, oby­dwaj my­śli­wi gdzieś po­szli, a my zo­sta­li­śmy. Po za­pad­nię­ciu zmro­ku mie­li­śmy wejść do sa­mo­cho­du i spać. Ależ było nie­wy­god­nie! Pa­mię­tam za­mglo­ny brzask, było mi zim­no. Przy­szedł oj­ciec i nas obu­dził. Świe­ci­ło już słoń­ce. Po chwi­li przy­szedł Brun.

- Co strze­li­łeś?

- Ro­ga­cza.

- Gdzie do­stał?

- Tu.

Nie po­do­ba­ła mi się mina Bru­na, gdy po­ka­zy­wał pal­cem to miej­sce na swo­jej szyi. W dro­dze do le­śni­czów­ki pod­je­cha­li sa­mo­cho­dem po wi­szą­ce­go w le­sie ro­ga­cza i wło­ży­li go do ba­gaż­ni­ka. W Zdu­no­wi­cach le­śni­czym był pan Zyg­munt Lor­kow­ski. Za le­śni­czów­ką, od stro­ny je­zio­ra, pa­no­wie roz­ło­ży­li koc na tra­wie, ja­kieś je­dze­nie i wód­kę. Ta wód­ka też mi się nie po­do­ba­ła. Ja­dłem żół­te, kru­che pa­pie­rów­ki - nie­któ­re pę­ka­ły po upad­ku na tra­wę. Pa­trzy­łem na wi­szą­ce­go w cie­niu ja­bło­ni ko­zła. Nie miał przed­niej nogi po­ni­żej ko­la­na. Koń­czy­ła się w tym miej­scu, za­ro­śnię­ta skó­rą z sier­ścią. Było mi go żal... Taki ka­le­ka.

Na szyi miał mały, okrą­gły, po­czer­nia­ły ślad po kuli.

Wra­ca­li­śmy do domu sa­mo­cho­dem ze zło­żo­nym da­chem. Wiał wiatr i było cie­pło. Po dro­dze tata po­pro­sił Bru­na, żeby za­trzy­mał się nad je­zio­rem, i mo­głem się ką­pać. Uda­wa­łem, że umiem pły­wać - od­py­cha­łem się jed­ną nogą od dna. "Tata, patrz, ja pły­wam!" By­łem za­do­wo­lo­ny, że to nie oj­ciec za­bił tego ka­le­kę.

*

Pra­wie rok póź­niej zro­bi­łem so­bie je­dze­nie na dro­gę i ru­szy­łem za oj­cem do Su­lę­czy­na. Tata po­je­chał z Bru­nem na po­lo­wa­nie i po raz ko­lej­ny nie wziął mnie ze sobą. Pa­mię­ta­łem, że trze­ba pójść naj­pierw tą bru­ko­wa­ną, a po­tem as­fal­to­wą dro­gą. Ktoś za­opie­ko­wał się ma­łym chłop­cem, któ­ry szedł wie­czo­ro­wą porą skra­jem dro­gi. Ten ktoś od­wiózł mnie do domu. Nie do­tar­łem do ojca do lasu, ale od tej pory wy­jeż­dża­li­śmy czę­ściej ra­zem. Oj­ciec od­ku­pił od in­ne­go my­śli­we­go, pana Ka­sprzy­kow­skie­go, mo­tor wu­efem­kę. Gdy za­je­cha­li­śmy pierw­szy raz pod do­mek my­śliw­ski, roz­pła­ka­łem się ze szczę­ścia, że sta­li­śmy się nie­za­leż­ni i mo­że­my przy­jeż­dżać tu, kie­dy chce­my. Miej­sce za oj­cem, na sio­deł­ku mo­to­cy­kla, sta­wa­ło się co­raz bar­dziej moje. Z cza­sem na­uczy­łem się też pro­wa­dzić mo­to­cykl w le­sie. Nie­kie­dy wie­czo­rem pa­tro­lo­wa­li­śmy las i pola - ja pro­wa­dzi­łem, a oj­ciec sie­dział z tyłu z du­bel­tów­ką w rę­kach. Zwie­rzę­ta ucie­ka­ły przed mo­to­rem do­pie­ro z od­le­gło­ści kil­ku­na­stu me­trów. Nie bały się, bo były osłu­cha­ne z tym cha­rak­te­ry­stycz­nym gan­giem sil­ni­ka 125 ccm, po­wszech­nych tu wu­esek i wu­efe­mek.

In­nych ma­rek mo­to­rów pra­wie nie było. Bar­dzo rzad­ko spo­ty­ka­ło się cze­ską jawę albo ru­ską emkę czy ura­la. Po­tem po­ja­wi­ły się groź­nie hu­czą­ce, szyb­kie i duże pol­skie ju­na­ki, nie­zbyt uda­ne ga­ze­le, nie­złe es­ha­el­ki i osy, ener­dow­skie em­zet­ki i avo na­pę­dza­ne wa­łem kar­da­na. Ktoś miał na­wet nor­to­na.

Nie cho­dzi­ło oczy­wi­ście o to, by strze­lać z mo­to­ru! Je­cha­li­śmy wol­no, za­glą­da­jąc w róż­ne za­ka­mar­ki, i je­śli po­ja­wiał się ro­gacz, dzik albo je­leń, to nie ucie­kał, tyl­ko stał i od­pro­wa­dzał wzro­kiem mo­to­cykl. Ja je­cha­łem da­lej i znik­nąw­szy mu z pola wi­dze­nia, przy­sta­wa­łem na se­kund­kę, oczy­wi­ście nie wy­łą­cza­jąc sil­ni­ka, oj­ciec zaś zsia­dał i pró­bo­wał po­dejść że­ru­ją­ce zwie­rzę­ta. Kie­dyś je­cha­łem wzdłuż lasu i na­gle, parę me­trów przed sobą, w pa­pro­ciach, zo­ba­czy­łem wy­sta­ją­cy łeb spo­re­go dzi­ka. Wdep­ną­łem gwał­tow­nie ha­mu­lec i wy­wró­ci­łem się ra­zem z mo­to­rem na pia­chu. Oj­ciec zdą­żył ze­sko­czyć i wy­mie­rzył z du­bel­tów­ki do ucie­ka­ją­ce­go dzi­ka, ale w koń­cu nie strze­lił, bo gdy dzik wy­biegł z pa­pro­ci, oka­za­ło się, że pę­dzi z nim peł­no pa­sia­stych dzicz­ków. Ależ się oj­ciec prze­stra­szył!

- Mały fi­giel, a bym strze­lił!

Wi­dać było po nim wiel­ką ulgę. W na­szym wy­da­niu był to dość rzad­ki i cał­kiem nie­sku­tecz­ny, choć bar­dzo dla mnie przy­jem­ny spo­sób po­lo­wa­nia - oglą­da­łem spo­ro zwie­rząt i do tego mia­łem przy­jem­ną wie­czor­ną prze­jażdż­kę przez las i pola. No i ja pro­wa­dzi­łem, a oj­ciec sie­dział z tyłu! Czu­łem się bar­dzo do­ro­śle i od­po­wie­dzial­nie, no, nie ukry­waj­my - po pro­stu wspa­nia­le.

Mie­li­śmy szorst­ko­wło­se­go wy­żła i ja­koś mie­ści­li­śmy się wszy­scy tro­je na tym dziel­nym mo­tor­ku, cho­ciaż Aza wa­ży­ła nie­wie­le mniej ode mnie. Wy­glą­da­ło to tak: oj­ciec pro­wa­dził, ple­cak miał za­ło­żo­ny z przo­du i opar­ty o bak, ja sie­dzia­łem z tyłu, z Azą na ko­la­nach i du­bel­tów­ką na ple­cach. Tor­bę wią­za­ło się do ma­łe­go ba­gaż­ni­ka z tyłu. Bar­dzo waż­ny był deszcz - gdy pa­da­ło, to cho­dzi­ło się od okna do okna, wpa­try­wa­ło w nie­bo i cze­ka­ło. Przej­dzie czy nie przej­dzie? Po­je­dzie­my czy nie po­je­dzie­my? Prze­sta­wa­ło pa­dać, my wy­jeż­dża­li­śmy, a w po­ło­wie dro­gi jak nie lu­nie! Sta­li­śmy pod drze­wem i cze­ka­li­śmy, a je­śli nie prze­cho­dzi­ło, je­cha­li­śmy w ta­kim sią­pią­cym desz­czu.

Cho­wa­łem się za ple­cy ojca i tyl­ko nogi mi mo­kły. Cza­sa­mi w dro­dze ła­pa­li­śmy "ki­chę". Trze­ba było wte­dy de­mon­to­wać koło, ścią­gać opo­nę, szu­kać prze­bi­te­go miej­sca w dęt­ce i kle­ić łat­ka­mi na zim­no, czy­li na bu­ta­pren. Nie­któ­rzy mie­li łat­ki na go­rą­co, po­dob­no lep­sze. Każ­da dęt­ka mia­ła kil­ka ła­tek, za­nim oj­ciec de­cy­do­wał się na wy­da­tek i ku­po­wał nową.

Za­trzy­my­wa­li­śmy się w dom­ku my­śliw­skim. Była to mała bud­ka z dwo­ma okna­mi, z ze­wnątrz po­ma­lo­wa­na na zie­lo­no. W środ­ku sta­ła koza - że­la­zny pie­cyk opa­la­ny drew­nem. Do­mek stał na skra­ju wy­so­kie­go so­sno­we­go lasu, fron­tem do płyt­kie­go je­zio­ra. Gdy pły­wa­ło się po nim ło­dzią, wi­dać było pod­wod­ny dy­wan róż­no­rod­nych ro­ślin - ta­kie wiel­gach­ne, im­po­nu­ją­ce akwa­rium. Na dru­gim brze­gu za­wsze sta­ły dwie ry­bac­kie drew­nia­ne ło­dzie wy­peł­nio­ne wodą po brze­gi. Wy­le­wa­ło się z nich wodę spe­cjal­ną drew­nia­ną szu­fel­ką i dłu­gi­mi po­cią­gnię­cia­mi cięż­kich, li­tych wio­seł prze­ci­na­ło ło­dzią je­zio­ro. Na gó­rze, po­nad je­zio­rem, oto­czo­ny sa­dem stał dom Edwi­na Leh­ma­na - po­god­ne­go i bar­dzo mi­łe­go wła­ści­cie­la je­zio­ra. Jesz­cze wy­żej, na szczy­cie wzgó­rza, stał sa­mot­nie po­tęż­ny buk. Pan Edwin, gdy trze­ba było okre­ślić to miej­sce, mó­wił "pod bucz­kiem". La­tem wscho­dzą­cy ogrom­ny żół­ty księ­życ przez parę chwil za­wie­rał w so­bie, wprost obej­mo­wał, całą ma­je­sta­tycz­ną ko­ro­nę tego drze­wa.

Do­oko­ła my­śliw­skie­go dom­ku ro­sły ja­go­dy, wrzos, tu i tam ma­li­ny, bo­rów­ki, mchy w róż­nych ko­lo­rach, duże so­sny i ja­łow­ce. W swo­im cza­sie po­ja­wia­ły się grzy­by. Sa­lo­no­wy las roz­cią­gał się gór­ka­mi i do­lin­ka­mi. Gdzie­nieg­dzie moż­na było spo­tkać oczka wod­ne oto­czo­ne ugi­na­ją­cy­mi się msza­ra­mi, prze­ty­ka­ny­mi kar­ło­wa­ty­mi so­sen­ka­mi i brzo­za­mi. W do­brym roku - kie­dy nie pod­to­pi­ło i nie wy­su­szy­ło - na tych pod­mo­kłych msza­rach zbie­ra­ło się żu­ra­wi­ny. Ach, jak ja lu­bi­łem tam bu­szo­wać! Ileż tam było przez okrą­gły rok wszel­kie­go ży­cia i ko­lo­rów! Te sta­re, wy­co­fu­ją­ce się je­zio­ra są du­szą i ser­cem tam­te­go lasu. To uro­czy­ska.

W więk­szych oczkach wod­nych pły­wa­ły ka­ra­sie, płot­ki, oko­nie i szczu­pa­ki. Po­lo­wa­ło się tam rów­nież na kacz­ki - naj­czę­ściej krzy­żów­ki i pod­go­rzał­ki, rza­dziej na ba­jecz­nie ko­lo­ro­we cy­ra­necz­ki. Ła­two było spo­tkać ro­ga­cza lub sar­nę. Nie­kie­dy uda­wa­ło się za­bić piż­ma­ka, lisa lub dzi­ka.

*

Z cza­sów gdy oj­ciec ło­wił ryby, po­zo­stał krót­ki spin­ning z du­żym, okrą­głym ob­ro­to­wym ko­ło­wrot­kiem i gru­bą żył­ką. Te­raz, uzbro­jo­ny w duży ko­rek z roz­ca­pie­rzo­ną ko­twi­cą, uży­wa­ny był do wy­cią­ga­nia za­bi­tych piż­ma­ków z wody. Ja­koś cią­gnę­ło mnie do tej węd­ki. Zna­la­złem w rze­czach ojca kil­ka cięż­kich bły­stek i na łące przed dom­kiem my­śliw­skim uczy­łem się rzu­cać spin­nin­giem. Ależ ta żył­ka na ko­ło­wrot­ku się splą­ty­wa­ła! Raz za ra­zem dłu­gi czas spę­dza­łem na roz­plą­ty­wa­niu wszyst­kich po­prze­ty­ka­nych wza­jem­nie wę­złów. Nie mo­głem rzu­cać za moc­no, bo wte­dy rzut był nie­cel­ny i błyst­ka lą­do­wa­ła byle gdzie - cza­sa­mi na drze­wie. Po­tem mu­sia­łem wy­so­ko wła­zić, wi­sząc na ga­łę­ziach, od­cze­piać błyst­kę od żył­ki i jesz­cze uwal­niać samą żył­kę po­prze­pla­ta­ną w li­sto­wiu i pa­ty­kach. Po zbyt sła­bym rzu­cie błyst­ka lą­do­wa­ła za bli­sko. Tyl­ko je­den spo­sób był do­bry: rzut i jed­no­cze­sne ha­mo­wa­nie kciu­kiem roz­pę­dzo­nej tar­czy ko­ło­wrot­ka z siłą "w sam raz"; czy­li od­po­wied­nio do­bra­ną do cię­ża­ru błyst­ki, od­le­gło­ści, na jaką chcia­łem rzu­cić, wi­szą­cych nad gło­wą ga­łę­zi oraz siły i kie­run­ku wia­tru, gdy moc­no wia­ło. Uff! W koń­cu uda­ło mi się osią­gnąć ten stan rów­no­wa­gi i za­czą­łem tra­fiać błyst­ką tam, gdzie chcia­łem.

Był cie­pły li­piec. Wsta­łem, gdy jesz­cze było ciem­no, i po­sze­dłem parę ki­lo­me­trów przez las nad głę­bo­kie le­śne je­zior­ko. Roz­wid­nia­ło się. Pra­wie od razu, po kil­ku pierw­szych rzu­tach, po­czu­łem moc­ne szarp­nię­cie i opór - szczu­pak! Ser­ce tłu­kło się jak osza­la­łe i chcia­ło mi wy­sko­czyć z pier­si. Ja­koś do­ho­lo­wa­łem go do brze­gu i pró­bo­wa­łem wy­su­nąć śli­zgiem z wody. Zro­bi­łem to jed­nak zbyt gwał­tow­nie i ze­rwa­łem go, a szczu­pak się od­wró­cił i wol­no od­pły­nął w toń. Pa­trzy­łem na to osłu­pia­ły. Ogar­nę­ła mnie czar­na roz­pacz. Nie wie­rzy­łem, że mogę zło­wić na­stęp­ne­go. Ale nie mu­sia­łem rzu­cać zbyt dłu­go, by po­czuć zno­wu moc­ne tar­gnię­cie w dło­niach, w rę­kach, w ca­łym so­bie! Za­ci­nam i zno­wu ho­lu­ję spo­re­go szczu­pa­ka, do­ho­lo­wu­ję do brze­gu i te­raz już płyn­nym śli­zgiem wy­cią­gam na tra­wę. Ude­rzam ki­jem w na­sa­dę gło­wy - znie­ru­cho­miał. Za­wi­ną­łem go w tra­wy i scho­wa­łem w krza­ki. Ło­wi­łem da­lej i da­lej. Do­ku­cza­ła mi woda wle­wa­ją­ca się do mo­ich krót­kich gu­mo­wych ka­lo­szy. Jesz­cze je­den szczu­pak i... jesz­cze i... jesz­cze. Słoń­ce pod­nio­sło się wy­żej nad las i oświe­tli­ło do­lin­kę je­zio­ra. Zro­bi­ło się cie­pło. Wy­cią­gną­łem z za­ro­śli czte­ry szczu­pa­ki. Przez ich zę­ba­te pasz­cze prze­tkną­łem kij i nio­słem la­sem do dom­ku. Po dro­dze trze­ba było przejść obok bar­dzo ni­skie­go, kry­te­go sło­mą domu Jana Pa­łu­bic­kie­go. Na po­dwór­ku, przed drzwia­mi cha­ty sta­ły jego dzie­ci. Gdy je mi­ną­łem, do­biegł mnie głos: "Ale bym chcia­ła zjeść ta­kie ryby na śnia­da­nie".

Za­kłu­ło mnie ser­ce i po­my­śla­łem: "Nie mogę zo­sta­wić im żad­ne­go szczu­pa­ka, mu­szę wszyst­kie po­ka­zać ojcu, bo mi nie uwie­rzy". Bar­dzo pra­gną­łem po­chwa­ły! I sze­dłem da­lej - taki chu­dy pięt­na­sto­let­ni pa­ty­czak - te­raz już tyl­ko z gór­ki na dół. Lżej się nio­sło.

Po­ło­ży­łem ryby pod so­sną przy ścia­nie dom­ku i za­wo­ła­łem ojca:

- Patrz, co zło­wi­łem!

- Sam zło­wi­łeś ta­kie ryby?! Był bar­dzo za­sko­czo­ny i uśmiech­nię­ty.

Tata po­ka­zał mi, jak się skro­bie łu­ski i pa­tro­szy.

- Patrz, to jest ser­ce szczu­pa­ka.

Wzią­łem na dłoń zim­ny, czer­wo­na­wy ka­wa­łe­czek i pa­trzę.

I to ser­ce za­czę­ło bić!

Cze­ka­łem, aż prze­sta­nie, ale ono wciąż biło i biło, i biło... Chcia­łem, żeby prze­sta­ło! Moja dłoń jak­by mdla­ła, ale nie mo­głem go wy­pu­ścić. W koń­cu nie wy­trzy­ma­łem i po­ło­ży­łem je na mchu, przy in­nych wnętrz­no­ściach. Jesz­cze parę skur­czów... na­resz­cie prze­sta­ło. O mat­ko! Tak jak­by wiel­ka ryba wró­ci­ła tu na chwi­lę... i po­tem już po­szła so­bie na za­wsze.

*

W kil­ka dni póź­niej do­sta­łem na­bi­tą bre­ne­ka­mi dru­gą du­bel­tów­kę ojca i wie­czo­rem sie­dzia­łem na le­śnym prze­smy­ku. Mia­łem strze­lać do dzi­ków, gdy­by się po­ja­wi­ły, a po zmro­ku pójść do dom­ku. Po­ja­wił się ro­gacz, a po­tem, gdy za­czę­ło się ściem­niać, coś sze­le­ści­ło i trza­ska­ły ga­łąz­ki. Ser­ce biło mi tak szyb­ko, że my­śla­łem, że umrę. Naj­pierw li­czy­łem do dzie­się­ciu, po­tem zła­pa­łem się za puls i za­czą­łem li­czyć tęt­no, by się uspo­ko­ić. Do­li­czy­łem się pra­wie dwu­stu ude­rzeń na mi­nu­tę. Wró­ci­łem do dom­ku i gdy przy­szedł oj­ciec, nie przy­zna­łem mu się do swo­ich sła­bych ner­wów. Za­po­mnia­łem z tego wszyst­kie­go roz­ła­do­wać z bre­nek du­bel­tów­kę i wsta­wi­łem ją tam gdzie zwy­kle, do szaf­ki przy drzwiach. Rano je­cha­li­śmy na kacz­ki. Zwy­kle naj­pierw sze­dłem z Azą pie­cho­tą kil­ka­set me­trów na górę, bo mo­tor nie chciał "wy­cią­gnąć" z nami wszyst­ki­mi po piasz­czy­stej dro­dze, i cze­ka­łem, aż pod­je­dzie oj­ciec. Nio­sę więc broń na ra­mie­niu i pro­wa­dzę psa na smy­czy. Opie­ram dłoń na spu­stach i czu­ję, że są twar­de. Pa­trzę - za­bez­pie­czo­ne. Od­bez­pie­czam i cią­gnę za spust - BA­BACH!!! obok pra­we­go ucha. Roz­ła­do­wu­ję szyb­ko z dru­giej kuli i wy­cią­gam pu­stą łu­skę. Bie­gnie oj­ciec.

- Co się sta­ło? Strze­la­łeś?

- Tak, chcia­łem tra­fić w tam­to drze­wo - kła­mię.

Ale wi­dzę, że wszyst­ko wie. Jest prze­stra­szo­ny.

Wte­dy bar­dziej chcia­ło mi się ło­wić. Wę­dro­wa­łem po uro­czy­skach. W oczkach wod­nych na ba­gnach były ryby. Kie­dyś, bli­sko Pa­łu­bic­kich, sta­łem na ugi­na­ją­cym się mo­krym msza­rze i rzu­ca­łem spin­nin­giem. Je­śli dłu­żej sta­łem w jed­nym miej­scu, woda pod­cho­dzi­ła do kra­wę­dzi ka­lo­szy. Z dru­giej stro­ny pa­trzy­ła na mnie Ber­nad­ka. Ze­szła z domu przez las nad wodę. Zło­wi­łem przy niej nie­du­że­go szczu­pa­ka, a Ber­nad­ka znik­nę­ła. Po kil­ku chwi­lach po­ja­wi­ła się z po­wro­tem na dru­gim brze­gu. Wy­cią­gnę­ła przed sie­bie trzy­ma­ną w obu rę­kach rybę:

- Ja też mam szczu­pa­ka!

Jej wiel­kie oczy błysz­cza­ły. Moje chy­ba też, bo moc­no biło mi ser­ce. To było cie­płe lato.

*

Przy­go­to­wa­nia do je­sien­nych i zi­mo­wych po­lo­wań za­czy­na­ły się od wy­cią­gnię­cia za­my­ka­nej na kłó­decz­kę drew­nia­nej skrzyn­ki z prze­gród­ka­mi. Przed­mio­ta­mi ze skrzyn­ki moż­na było zro­bić na­bo­je śru­to­we i bre­ne­ki na gru­bą zwie­rzy­nę. Naj­pierw z wy­strze­lo­nych łu­sek od­po­wied­nim wy­bi­ja­kiem usu­wa­ło się zde­to­no­wa­ne spłon­ki z wy­raź­nym śla­dem po ude­rze­niu igli­cy du­bel­tów­ki. Z okrą­głe­go, pła­skie­go pu­de­łecz­ka ze sztyw­ne­go, jak­by na­oli­wio­ne­go kar­to­nu wy­bie­ra­ło się nową spłon­kę i drew­nia­nym ko­łecz­kiem wpy­cha­ło się ją w otwór w den­ku łu­ski. Po­tem wsy­py­wa­ło się miar­kę pro­chu tak, by do­kład­nie wy­peł­nił część na­bo­ju o po­dwój­nej ścian­ce. Na­stęp­nie szła tek­tu­ro­wa przy­bit­ka, fil­co­wa przy­bit­ka, zno­wu tek­tu­ro­wa przy­bit­ka i do­pie­ro śrut - jaki się chcia­ło. Na to wszyst­ko ostat­nia przy­bit­ka, a po­zo­sta­łą kra­wędź łu­ski pal­ca­mi lek­ko zbie­ra­ło się do środ­ka i wkła­da­ło do za­dzi­wia­ją­ce­go urzą­dze­nia: do za­wi­jar­ki do na­bo­jów. Krę­ci­ło się korb­ką, kra­wędź łu­ski pięk­nie się za­okrą­gla­ła i na­bój był go­to­wy. Jesz­cze trze­ba było prze­su­nąć gil­zę w mo­sięż­nym ka­li­brow­ni­ku, by na­bój nie za­klesz­czał się w ko­mo­rze na­bo­jo­wej. I tak przez cały wie­czór, sie­dząc przy ku­chen­nym sto­le, pa­trzy­łem na pra­cę ojca, wy­bi­ja­łem spłon­ki, ka­li­bro­wa­łem albo za­wi­ja­łem. W wo­recz­kach z brą­zo­we­go, moc­ne­go ma­te­ria­łu znaj­do­wał się róż­ne­go ka­li­bru śrut, w me­ta­lo­wych pu­szecz­kach zie­lon­ka­wy, lek­ki, sze­lesz­czą­cy proch, cały z ma­leń­kich zie­lo­nych kwa­dra­ci­ków. W sło­icz­kach przy­bit­ki tek­tu­ro­we i fil­co­we. W ta­śmach zwi­nię­ty był ołów do od­le­wa­nia bre­nek. Od­le­wa­ło się je w ma­łej i bar­dzo cięż­kiej for­mie. Jed­no­ra­zo­wo moż­na było od­lać dwa po­ci­ski. Był jesz­cze ręcz­nie wy­stru­ga­ny, stoż­ko­wy ko­łe­czek do przy­wra­ca­nia for­my wy­strze­lo­nym łu­skom. Świe­żo zro­bio­ne na­bo­je wkła­da­ło się w od­po­wied­nim po­rząd­ku do pasa na amu­ni­cję.

Je­sie­nią po­lo­wa­ło się na kacz­ki i ku­ro­pa­twy. Z domu mie­li­śmy bli­sko na Żu­ła­wy. Za­raz pod Gdań­skiem, w wi­dłach Mo­tła­wy i Wi­sły, roz­cią­ga­ły się po­prze­ci­na­ne siat­ką me­lio­ra­cyj­ną pola. Tam za­wsze czymś pach­nia­ło. Gdy doj­rze­wa­ły zbo­ża, wie­czo­rem po cie­płym dniu pod­no­si­ła się wil­goć, a z nią chle­bo­we za­pa­chy. Ścier­ni­ska pach­nia­ły wie­czo­rem jak... ścier­ni­ska. Na łą­kach pa­sły się sta­da krów - też pach­nia­ły - naj­moc­niej wie­czo­rem, gdy na pa­stwi­sko wjeż­dżał cią­gnik z ba­nia­kiem, a kro­wy, mu­cząc, scho­dzi­ły się do wody. W cza­sie pod­ory­wek za­pach już się zmie­niał - nie było w nim lek­kiej, let­niej ra­do­ści, tyl­ko za­pach ży­znej, czar­nej, cięż­kiej zie­mi. Zimą prze­waż­nie był tyl­ko za­pach zimy. Je­śli się opar­łem o stóg w polu, przy­po­mi­na­ło się lato. Mo­głem usiąść i oprzeć się o sło­mę, i wte­dy ro­bi­ło mi się cie­plej w ple­cy. W prze­rwie zbio­ro­we­go po­lo­wa­nia na za­ją­ce od­po­czy­wa­li­śmy przy sto­gu - je­śli aku­rat był - z in­ny­mi na­ga­nia­cza­mi, w ocze­ki­wa­niu na usta­wie­nie się my­śli­wych i sy­gnał do ru­sze­nia na­gon­ki, da­wa­ny na bla­sza­nym rogu. Po nim szli­śmy ławą do przo­du, sta­ra­jąc się trzy­mać rów­ne od­stę­py i kle­ko­cząc drew­nia­ny­mi ko­łat­ka­mi. Je­śli był mróz, za­ją­ce zry­wa­ły się da­le­ko od nas. Cza­sa­mi, po­mi­mo zim­na, le­ża­ły "twar­do" - to ozna­cza­ło, że na­za­jutrz bę­dzie od­wilż. Nie­któ­re wręcz szar­żo­wa­ły na na­gon­kę i tuż przy na­szych no­gach ucie­ka­ły do tyłu. My­śli­wym to się nie po­do­ba­ło i mó­wi­li, że źle na­ga­nia­my. Nam nie po­do­ba­ło się to, co mó­wią. Nie­chby sami spró­bo­wa­li! Cza­sa­mi, jak było za mało chło­pa­ków do na­gon­ki, część my­śli­wych też szła z nami. Ra­czej nie mo­gli się po­chwa­lić - my­śli­wi jako na­ga­nia­cze to ofer­my. A jesz­cze się przy tym kłó­ci­li. Może dla­te­go, że wszyst­ko "wie­dzie­li le­piej", a może dla­te­go, że mi­lej jest stać so­bie na sta­no­wi­sku i strze­lać do za­ję­cy i li­sów, niż cho­dzić po za­mar­z­nię­tych ski­bach i ska­kać przez rowy me­lio­ra­cyj­ne.

Gdy by­li­śmy już bli­sko li­nii my­śli­wych, pod­no­si­ło się le­żą­ce­go za­ją­ca za tyl­ne sko­ki i nio­sło do my­śli­we­go, któ­ry go za­bił. Cza­sa­mi za­jąc jesz­cze żył. Bra­ło się go za sko­ki, on pod­no­sił gło­wę i trze­ba było ener­gicz­nie ude­rzyć kan­tem dło­ni w kark, by prze­rwać rdzeń krę­go­wy - wte­dy gło­wa zwi­sa­ła bez­wład­nie. Je­śli za­jąc jesz­cze ki­cał, pró­bo­wa­li­śmy go ła­pać. Nie­kie­dy, cho­ciaż miał od­strze­lo­ną tyl­ną nogę albo tyl­ko krwa­wił, biegł po strza­le jesz­cze ka­wa­łek i cho­wał się gdzieś w ro­wie, albo w ski­bie zie­mi. My­śli­wy szedł za nim po skrwa­wio­nych śla­dach na śnie­gu i gdy był już bli­sko, za­jąc się pod­ry­wał i ma­cha­jąc od­strze­lo­nym ki­ku­tem, ucie­kał. Wte­dy my­śli­wy strze­lał do nie­go po­now­nie. Naj­czę­ściej cel­nie, choć zda­rza­ło się kil­ka ko­lej­nych pu­deł. W koń­cu go jed­nak do­bi­jał, bo za­jąc biegł już wol­no, cza­sa­mi bar­dzo wol­no. Na­zy­wa­ło się to do­cho­dze­niem po­strzał­ka. Nie­kie­dy po strza­le za­jąc biegł peł­nym pę­dem tak, jak­by żad­na śru­ci­na go nie tra­fi­ła. Ale w pew­nym mo­men­cie za­czy­nał zwal­niać... zwal­niać... i po pro­stu się prze­wra­cał. Za­zwy­czaj ozna­cza­ło to, że jed­na, je­dy­na śru­ci­na tra­fi­ła go w płu­ca i że zo­sta­ło mu ży­cia tyl­ko na prze­bie­gnię­cie tego ka­wał­ka. Za­wsze wte­dy ści­skał mnie ja­kiś żal. Wła­ści­wie lu­bi­łem, jak my­śli­wy spu­dło­wał i za­jąc gnał, aż się za nim ku­rzy­ło. I zni­kał. No, chy­ba że strze­lał mój oj­ciec. Bar­dzo nie lu­bi­łem, gdy pu­dło­wał - wo­la­łem, gdy tra­fiał.

*

Naj­bar­dziej lu­bi­łem jeź­dzić z oj­cem na kacz­ki, na ich zlo­ty, gdy pach­nia­ło ścier­ni­ska­mi koń­czą­ce się lato. Kacz­ki wy­bie­ra­ły ja­kieś jed­no miej­sce po zżę­tej psze­ni­cy lub jęcz­mie­niu i po za­cho­dzie słoń­ca przy­la­ty­wa­ły na nie licz­ny­mi stad­ka­mi jeść reszt­ki le­żą­ce­go na zie­mi ziar­na. Trze­ba było wcze­śniej scho­wać się w ro­wie, oko­pać sło­mą i cze­kać. A po­tem strze­lać raz za ra­zem przez nie­ca­łe pół go­dzi­ny, aż zro­bi­ło się ciem­no. Wte­dy la­ta­ły jesz­cze po­je­dyn­cze kacz­ki, ale było już wi­dać tyl­ko cień na nie­bie, i to tyl­ko przez mo­ment. Rzad­ko da­wa­ło się jesz­cze strze­lić. Gdy oj­ciec strze­lał, ja pa­trzy­łem, gdzie spa­da kacz­ka, i bie­głem po nią. Im bar­dziej sza­rza­ło, tym trud­niej było zna­leźć za­bi­tą albo ran­ną kacz­kę. Ży­ją­ce trze­ba było do­bić. Moż­na było chwy­cić za łe­pek i na­de­rwać, ale tyl­ko na­de­rwać, a nie urwać! Cza­sa­mi jed­nak gło­wa zo­sta­wa­ła w dło­ni, a z tu­ło­wia kacz­ki ster­czał goły ki­kut skrwa­wio­nej szyi, bo skó­ra z pió­ra­mi ob­su­wa­ła się na­tych­miast w dół. Sku­tecz­ne było ści­śnię­cie kacz­ki z ca­łej siły tak, jak­by ści­snął ją pasz­czą wy­żeł. Psom to do­brze wy­cho­dzi, ale tu trze­ba było ści­skać rę­ko­ma dłuż­szy czas, a kacz­ka żyła i żyła, do­pó­ki jej szy­ja z gło­wą bez­wład­nie nie opa­dła i nie zwi­sa­ła swo­bod­nie, gdy się ją buj­nę­ło.

Było już cał­kiem ciem­no, gdy szli­śmy do mo­to­ru. Ubie­ra­li­śmy się w le­żą­ce na sio­deł­ku kurt­ki, oj­ciec wy­cie­rał wie­czor­ną rosę z baku mo­to­cy­kla, przy­pi­nał do pasa tro­ki z kacz­ka­mi i je­cha­li­śmy do domu. Naj­pierw wzdłuż rze­ki, dłu­gą po­lną dro­gą. Świa­tła mo­to­ru cza­sa­mi wy­ła­wia­ły z mro­ku za­ją­ce. Po­tem wjeż­dża­li­śmy w par­te­ro­we, sta­re i bied­ne przed­mie­ścia i przez śród­mie­ście do­cie­ra­li­śmy do na­sze­go domu. To była nie­spiesz­na jaz­da. Prze­ci­na­li­śmy wy­raź­nie od­dzie­lo­ne war­stwy war­stwy cie­płe­go i zim­ne­go po­wie­trza. Wie­czor­ne za­pa­chy póź­ne­go lata kon­den­so­wa­ły się w tych war­stwach. W mie­ście było już tyl­ko cie­pło - mury i as­falt są dłu­go roz­grza­ne po cie­płym dniu. Kacz­ki bu­ja­ły się w tro­kach, mo­tor rów­no­mier­nie pyr­ko­tał. Cichł smu­tek i nie­po­kój, któ­ry po­ja­wiał się, gdy trze­ba było do­bi­jać.

W domu mat­ka bar­dzo cie­szy­ła się na kacz­ki - "było co do garn­ka wło­żyć" - a my z oj­cem by­li­śmy bar­dzo dum­ni i tacy ja­cyś spo­koj­ni po uda­nym po­lo­wa­niu. Do póź­nej nocy sku­ba­li­śmy kacz­ki w za­mknię­tej kuch­ni. Wszę­dzie uno­si­ły się ka­cze pió­ra. Resz­tę pu­chu na ka­czych tu­ło­wiach opa­la­ło się nad ga­zem. Pa­tro­sze­nie nie na­le­ża­ło do mi­łych za­jęć - je­śli je­li­ta były prze­strze­lo­ne, śmier­dzia­ło. Na­za­jutrz zja­da­li­śmy ser­ca, wą­trób­ki, żo­łąd­ki i ogry­za­li­śmy ka­cze skrzy­deł­ka, nóż­ki i pier­si. Cza­sa­mi tra­fia­ło się na tro­chę zde­for­mo­wa­ny śrut, nie­któ­re pisz­cze­le były pęk­nię­te i bar­dzo ostre. Po obie­dzie zo­sta­wa­ła kup­ka sta­ran­nie ogry­zio­nych ko­ści.

*

Mo­tor stał w piw­ni­cy i aby wy­pro­wa­dzić go na dwór, wy­py­cha­ło się go do góry po dłu­giej de­sce po­ło­żo­nej na scho­dach. W po­je­dyn­kę było to pra­wie nie do zro­bie­nia, cho­ciaż kil­ka razy mi się uda­ło. Le­piej było wy­py­chać we dwóch - oj­ciec z przo­du za kie­row­ni­cę, a ja z tyłu za ba­gaż­nik. Kie­dyś za­czą­łem go pod­kra­dać i wy­pro­wa­dzać z piw­ni­cy sam. To było jak na­łóg. Po pro­stu mu­sia­łem, cho­ciaż do­ku­cza­ły mi wy­rzu­ty su­mie­nia. Mrocz­nym piw­nicz­nym ko­ry­ta­rzem prze­pro­wa­dza­łem mo­tor do scho­dów w ostat­niej klat­ce ka­mie­ni­cy. Wy­py­cha­łem go i po wyj­ściu na ze­wnątrz na­tych­miast zni­ka­łem za ro­giem domu. Od­krę­ca­łem lin­kę licz­ni­ka ki­lo­me­trów i je­cha­łem do pod­miej­skie­go lasu. Cóż to było za wspa­nia­łe uczu­cie wol­no­ści! Kie­dyś po­je­cha­łem z ko­le­gą na dłuż­szą wy­pra­wę, dro­gą w kie­run­ku Su­lę­czy­na oczy­wi­ście.

Inne dro­gi w tam­tym cza­sie dla mnie nie ist­nia­ły.

Pro­wa­dzi­li­śmy na zmia­nę. Woj­tek sła­bo jeź­dził, za­rzu­ci­ło nas i pra­wie otar­li­śmy się o sa­mo­chód ja­dą­cy z na­prze­ciw­ka. Ode­chcia­ło nam się dal­szej wy­pra­wy i po­sta­no­wi­li­śmy wró­cić do domu. Już zmierz­cha­ło. W pew­nym mo­men­cie coś trza­snę­ło na dole w sil­ni­ku, mo­tor zgasł i sta­nął. Pękł łań­cu­szek sprzę­gło­wy i w do­dat­ku wy­bił w po­kry­wie sprzę­gła dziu­rę. Po­lał się olej. Dnia­ło już, gdy do­pcha­łem mo­tor do domu i wpro­wa­dzi­łem go do piw­ni­cy. Tego dnia nie po­sze­dłem do szko­ły. Do wcze­sne­go po­po­łu­dnia, ja­kimś nie­zwy­kłym wy­sił­kiem i szczę­śli­wym zbie­giem oko­licz­no­ści, zdo­by­łem wszyst­kie po­trzeb­ne czę­ści i na­pra­wi­łem uszko­dze­nia. Po­kry­wę od sil­ni­ka - iden­tycz­ną, co za szczę­ście! - miał mój star­szy ko­le­ga ze szko­ły, z któ­rym po­tem ser­decz­nie się przy­jaź­ni­łem - Mie­tek Król. I dał mi ją, a ja ją ele­ganc­ko przy­krę­ci­łem. Ślad nie po­zo­stał! Jesz­cze tyl­ko trze­ba było wlać olej do sil­ni­ka i ko­niec, za­ła­twio­ne. Ro­bię to i... szur... szur... ktoś idzie! Do piw­ni­cy wcho­dzi mój oj­ciec! Ucie­kłem do domu i za­mkną­łem się na klucz w ła­zien­ce. Krzy­czał, że mnie za­bi­je. Wie­rzy­łem mu. Po dłu­gim cza­sie, dzię­ki obec­no­ści mat­ki, da­łem się prze­ko­nać, że je­śli wyj­dę z ła­zien­ki, to nie zgi­nę na miej­scu. I rze­czy­wi­ście, na­wet mnie nie po­bił, cho­ciaż gdy mia­łem go przez chwi­lę za sobą, po­czu­łem mróz na ple­cach.

Po kil­ku la­tach, gdy zro­bi­łem pra­wo jaz­dy, mo­głem już cza­sa­mi jeź­dzić. Na­wet po­je­cha­łem ze swo­im młod­szym o czte­ry lata bra­tem Bog­da­nem do Su­lę­czy­na na ryby. W dzie­sięć dni zło­wi­li­śmy dzie­więć­dzie­siąt osiem szczu­pa­ków. Więk­szość tra­fi­ła do Pa­łu­bic­kich.

*

Za­czął się czas, w któ­rym mia­łem co­raz wię­cej wła­snych spraw. Chło­pa­ki i dziew­czy­ny, czy­li pacz­ka. Pa­pie­ro­sy i wino. Oraz za­ko­chi­wa­nie się i ca­ło­wa­nie z Ewą. No i Ra­isa, jak się oka­za­ło, na dłu­gie, dłu­gie lata. To wszyst­ko ra­zem wzię­te za­wsze jest naj­waż­niej­sze. Waż­niej­sze na­wet od ojca i po­lo­wa­nia. Na dłu­go. W wie­ku dwu­dzie­stu je­den lat wy­pro­wa­dzi­łem się z domu. Po kil­ku la­tach jesz­cze na parę mie­się­cy dom mnie przy­gar­nął. Ale po­lo­wa­nie wy­da­wa­ło mi się da­le­kie. Lecz cho­ciaż nikt mnie o to nie py­tał, mó­wi­łem, że to nie dla mnie, że nie chcę i wy­star­cza mi ło­wie­nie pstrą­gów i szczu­pa­ków.

*

Jak to się w ta­kim ra­zie sta­ło, że za­nim skoń­czy­łem trzy­dzie­ści lat, za­czą­łem po­lo­wać? Ku­pi­łem mo­tor i jeź­dzi­łem nim do Su­lę­czy­na z du­bel­tów­ką na ple­cach. Ple­cak mia­łem przy­tro­czo­ny do ma­łe­go ba­gaż­ni­ka z tyłu. Jak to moż­li­we, że na tej tra­sie za­jeź­dzi­łem trzy mo­to­ry i chy­ba z sie­dem sa­mo­cho­dów? Nie wiem. Po pro­stu pew­ne­go dnia po­sta­no­wi­łem, że będę po­lo­wał. I tak się sta­ło.

PRZEDMOWA

Ta książ­ka jest bar­dzo nie­wy­god­na. Mówi wprost o tym, o czym wo­le­li­by­śmy nie wie­dzieć, co od­py­cha­my od sie­bie, co ośmie­sza­my i ba­ga­te­li­zu­je­my, kie­dy inni o tym mó­wią. Co wy­da­je się "na­wie­dzo­ne", nie­po­waż­ne, za­stęp­cze, mar­gi­nal­ne. O za­bi­ja­niu zwie­rząt.

Jej au­tor, Ze­non Kru­czyń­ski, był przez dłu­gie lata my­śli­wym. Po­lo­wał na za­ją­ce, dzi­ki, sar­ny i je­le­nie. Na­gle, pew­ne­go dnia, zdał so­bie spra­wę, że nie może dłu­żej tego ro­bić.

Wgląd to na­głe, ca­ło­ścio­we, spon­ta­nicz­ne uświa­do­mie­nie so­bie za jed­nym ra­zem isto­ty tego, co spo­strze­ga­my. Jest to szcze­gól­ny ro­dzaj per­cep­cji - wie­lo­po­zio­mo­wej i rów­no­cze­snej. CO, GDZIE, JAK, DLA­CZE­GO i W JA­KIM CELU miesz­czą się w jed­nym; to roz­po­zna­nie za­ra­zem in­te­lek­tu­al­ne, emo­cjo­nal­ne i in­tu­icyj­ne. To ude­rze­nie sen­su.

Wgląd jest jed­no­ra­zo­wy i nie­od­wra­cal­ny - nie moż­na już wró­cić do sta­nu sprzed. Nowa świa­do­mość, któ­ra po nim na­stę­pu­je, czę­sto bywa bo­le­sna i strasz­na.

Au­tor tej wstrzą­sa­ją­cej książ­ki zda­je się na­le­żeć do lu­dzi, któ­rzy zo­ba­czy­li, uświa­do­mi­li so­bie, czy może le­piej by­ło­by po­wie­dzieć -  u j r z e l i  ja­kąś pod­sta­wo­wą, prze­ra­ża­ją­cą na­tu­rę świa­ta, jego pie­kiel­ność. To, że jej nie do­strze­ga­my na co dzień, że nam umy­ka, że nie za­sty­ga­my w gro­zie, jest zdu­mie­wa­ją­ce. Czy tak sil­nie dzia­ła­ją me­cha­ni­zmy obron­ne? Czy to może zwy­kła ludz­ka oba­wa przed wstrzą­sem, na­wyk per­cep­cyj­ne­go le­ni­stwa, brak re­flek­sji, kom­fort igno­ran­cji? Wy­star­cza nam po pro­stu to, że świat jest  d a n y,  że jest, jaki jest. Lecz na­sza per­cep­cyj­na bier­ność ma zna­cze­nie mo­ral­ne, po­nie­waż utrwa­la zło. Nie chcąc uj­rzeć, sta­je­my się współ­uczest­ni­ka­mi zła i współ­win­ny­mi. Wy­si­łek mo­ral­ny jest więc w isto­cie wy­sił­kiem po­znaw­czym - mu­si­my  u j r z e ć  w nowy, bo­le­sny spo­sób.

Tak wła­śnie pa­trzy na to Au­tor. Jego opo­wieść po­ru­sza, po­nie­waż do­ty­czy ogrom­ne­go, zbio­ro­we­go, skrzęt­nie wy­pie­ra­ne­go po­czu­cia winy, wska­zu­je jego ist­nie­nie i od­sła­nia przy­czy­ny jego po­wsta­nia. Au­tor nie oszczę­dza w niej sie­bie, a jego szcze­rość jest bo­le­sna; w swo­jej spo­wie­dzi po­tra­fi być szcze­gó­ło­wy i okrut­ny w tej szcze­gó­ło­wo­ści. Jak pąt­nik uda­je się do in­nych, szu­ka mi­strzyń i mi­strzów, przy­ja­ciół i po­dob­nych so­bie, żeby wy­tłu­ma­czy­li mu po­wód zła, któ­re wy­rzą­dzał, i sens prze­mia­ny, jaka się w nim do­ko­na­ła. Na jego de­ter­mi­na­cję od­po­wia­da­ją taką samą szcze­ro­ścią. Sta­ran­nie za­pi­su­je ich sło­wa.

Od tego mo­men­tu książ­ka prze­sta­je być opo­wie­ścią jed­ne­go czło­wie­ka. Na­gle oka­zu­je się, że my­śli­wy i po­lo­wa­nie to tyl­ko pre­tekst do dużo szer­szych i głęb­szych roz­wa­żań, któ­rych punk­tem cen­tral­nym jest sto­su­nek lu­dzi do zwie­rząt.

Roz­ma­wia z psy­cho­te­ra­peu­tą, z mi­strzy­nią zen, z psy­cho­loż­ką uza­leż­nień, z in­nym my­śli­wym, z żo­na­mi my­śli­wych, z eko­loż­ką i le­kar­ką we­te­ry­na­rii. Każ­de z nich pa­trzy na fak­ty z in­ne­go punk­tu wi­dze­nia. Te per­spek­ty­wy łą­czą się, uzu­peł­nia­ją, od­kry­wa­jąc ko­lej­ne wy­mia­ry pro­ble­mu. Po­lo­wa­nie uzbro­jo­ne­go czło­wie­ka na za­ją­ca sta­je się wierz­choł­kiem góry lo­do­wej, drob­ną sce­ną z ogrom­ne­go, po­wszech­ne­go kosz­ma­ru, któ­ry ota­cza nas ze­wsząd, po­nie­waż za­bi­ja­nie zwie­rząt do­ty­czy każ­de­go z nas. I tego, kto po­lu­je, ale i tego, kto to ak­cep­tu­je i sta­no­wi pra­wo. Tego, kto nosi fu­tra, skó­rza­ne buty, kto je mię­so i kto uży­wa te­sto­wa­nych na zwie­rzę­tach le­ków i ko­sme­ty­ków. Wszyst­kie te roz­mo­wy or­bi­tu­ją bez­rad­nie wo­kół pro­ste­go, wy­da­wa­ło­by się, py­ta­nia: jak to moż­li­we, że za­bi­ja­my zwie­rzę­ta?

Na­sza świa­do­mość róż­ni się prze­cież od świa­do­mo­ści my­śli­we­go na sa­wan­nie, róż­ni się na­wet od świa­do­mo­ści bie­da­ka, któ­ry kłu­su­je w le­sie, by prze­żyć. Żyw­no­ści ro­ślin­nej star­cza dla wszyst­kich. Gdy­by­śmy nie je­dli mię­sa, by­ło­by jej jesz­cze wię­cej. Nie ma po­wo­du, żeby za­bi­jać dzi­kie zwie­rzę­ta. Nie za­gra­ża­ją nam. Poza tym ist­nie­je an­ty­kon­cep­cja dla zwie­rząt, jest no­wo­cze­sna eto­lo­gia. Dziś nie mo­że­my po­wie­dzieć, że za­bi­ja­nie to przy­mus czy smut­na ko­niecz­ność. Nie mu­si­my za­bi­jać. Tam, gdzie był­by przy­mus bio­lo­gicz­ny, tam nie by­ło­by mo­ral­ne­go wy­bo­ru. My jed­nak nie je­ste­śmy w ża­den spo­sób zmu­sze­ni ani do po­lo­wa­nia, ani do je­dze­nia mię­sa. A je­że­li po­lu­je­my i jemy, to za każ­dym ra­zem do­ko­nu­je­my mo­ral­ne­go wy­bo­ru.

Jaki jest błąd w tym ro­zu­mo­wa­niu?

Pe­ter Sin­ger, naj­bar­dziej ra­dy­kal­ny współ­cze­sny etyk, od wie­lu lat wy­ka­zu­je, że w grun­cie rze­czy nasz sto­su­nek do zwie­rząt jest ir­ra­cjo­nal­ny i nie­lo­gicz­ny. Jego me­to­dą jest me­to­da fi­lo­zo­fa - usta­no­wić po­rzą­dek ro­zu­mu tam, gdzie rzą­dzą nami uprze­dze­nia i nie­kon­se­kwen­cje.

Sin­ger wy­cho­dzi z za­ło­że­nia, że fun­da­men­tal­ną za­sa­dą, na któ­rej opie­ra się rów­ność wszyst­kich istot ludz­kich, jest za­sa­da rów­ne­go roz­wa­że­nia in­te­re­sów. Zgo­dzi się z nią każ­dy, kto uwa­ża dys­kry­mi­na­cję ra­so­wą czy dys­kry­mi­na­cję ko­biet za jed­ną z naj­waż­niej­szych kwe­stii mo­ral­nych i po­li­tycz­nych. Dziś nikt nie bę­dzie miał już żad­nych wąt­pli­wo­ści, że taka dys­kry­mi­na­cja by­ła­by zła mo­ral­nie. Jed­nak Sin­ger idzie da­lej i do­ma­ga się roz­sze­rze­nia tej za­sa­dy na re­la­cje ze zwie­rzę­ta­mi. Dla­cze­go? Dla­te­go że tro­ska o in­nych nie po­win­na za­le­żeć od tego, jacy oni są, czy i ja­kie zdol­no­ści po­sia­da­ją (cho­ciaż, oczy­wi­ście, to, co mo­że­my zro­bić dla in­nych, bę­dzie się róż­nić w za­leż­no­ści od tego, ja­kie ce­chy po­sia­da­ją ci inni). Prze­cież fakt, że nie­któ­rzy lu­dzie nie na­le­żą do na­szej rasy, nie upo­waż­nia nas do ich wy­ko­rzy­sty­wa­nia. To samo do­ty­czy zwie­rząt - to, że nie na­le­żą one do na­sze­go ga­tun­ku, nie upo­waż­nia nas do tego, by spra­wiać im cier­pie­nie.

Sin­ger jest uty­li­ta­ry­stą, co zna­czy, że uwa­ża za etycz­ne ta­kie spo­so­by po­stę­po­wa­nia, któ­re będą mia­ły naj­lep­sze kon­se­kwen­cje dla tych, któ­rych do­ty­czą. Przez "naj­lep­sze kon­se­kwen­cje" ro­zu­mie to, co ogól­nie sprzy­ja re­ali­za­cji in­te­re­sów, a nie - jak utrzy­mu­je kla­sycz­ny uty­li­ta­ryzm Ben­tha­ma - co je­dy­nie zwięk­sza przy­jem­ność, a zmniej­sza ból.

Za Ben­tha­mem Sin­ger wska­zu­je na zdol­ność cier­pie­nia jako istot­ną ce­chę, któ­ra upo­waż­nia daną isto­tę, by mo­gła być trak­to­wa­na na rów­ni z in­ny­mi.

To wła­śnie Sin­ger ukuł ter­min "ga­tun­ko­wizm", któ­ry jest jak­by trze­cim ogni­wem trój­cy uprze­dzeń - po ra­si­zmie i sek­si­zmie. Ga­tun­ko­wizm to dys­kry­mi­no­wa­nie dru­giej isto­ty ze wzglę­du na przy­na­leż­ność do in­ne­go ga­tun­ku.

Sin­ger jest fi­lo­zo­fem, któ­ry wie­rzy w roz­wią­za­nie sprzecz­no­ści i nie­po­ro­zu­mień w my­śle­niu na te­mat praw zwie­rząt za po­mo­cą ro­zu­mu. Do­wo­dzi, że nasz pe­łen okru­cień­stwa sto­su­nek do zwie­rząt jest w swej isto­cie bez­re­flek­syj­ny, jest uprze­dze­niem i nie ma nic wspól­ne­go z lo­gi­ką, że to błąd w lo­gicz­nym my­śle­niu, pod­trzy­mu­ją­cy sa­mo­lub­ne i pry­mi­tyw­ne pra­gnie­nie za­cho­wa­nia przy­wi­le­jów wy­zy­ski­wa­czy.

Ra­tu­je w ten spo­sób nasz ludz­ki ho­nor, bo zdu­mie­wa­ją­ce wy­da­je się, jak ro­zum, czę­sto przy­pi­sy­wa­ny tyl­ko czło­wie­ko­wi, bywa wy­ko­rzy­sty­wa­ny w per­wer­syj­ny, ma­ka­brycz­ny spo­sób. W książ­ce Ze­no­na Kru­czyń­skie­go znaj­dzie­my roz­pra­wę z lo­gi­ką my­śli­wych i my­śliw­skim eto­sem. Zo­ba­czy­my, że my­śli­stwo może być nie tyl­ko pry­mi­tyw­nym ata­wi­zmem, ale i cho­ro­bą uza­leż­nie­nio­wą, neu­ro­tycz­nym za­bu­rze­niem wy­alie­no­wa­ne­go z ca­łej przy­ro­dy ludz­kie­go "ja", dys­funk­cją ludz­kich sam­ców owład­nię­tych po­trze­bą do­mi­na­cji, albo psy­cho­pa­tycz­nym bra­kiem wraż­li­wo­ści. Ta­kie spa­to­lo­gi­zo­wa­nie my­śli­stwa (tak jak nie­daw­no spa­to­lo­gi­zo­wa­no pe­do­fi­lię) przy­nie­sie nam ulgę, po­nie­waż w głę­bi du­szy czu­je­my, że za­bi­ja­nie zwie­rząt nie jest czymś nor­mal­nym i że za­bi­ja­jąc, wy­kra­cza­my poza fun­da­men­tal­ne za­sa­dy etycz­ne.

W daw­nej Gre­cji obo­wią­zy­wał tri­log. Był to po­trój­ny pro­sty na­kaz, sfor­mu­ło­wa­ny przez Pi­ta­go­ra­sa: "Czcij ro­dzi­ców, bo­gów czcij owo­ca­mi, szczędź zwie­rzę­ta". W naj­bar­dziej la­ko­nicz­ny spo­sób tri­log wska­zy­wał trzy naj­waż­niej­sze sfe­ry ży­cia czło­wie­ka: po pierw­sze - naj­prost­sze wię­zi spo­łecz­ne, po dru­gie - sze­ro­ko ro­zu­mia­ny wy­miar re­li­gij­ny, du­cho­wy, i po trze­cie - go­dzi­we po­stę­po­wa­nie ze świa­tem przy­ro­dy, ze zwie­rzę­ta­mi. Chcia­ła­bym, że­by­śmy wró­ci­li do ta­kich naj­prost­szych etycz­nych in­tu­icji.

Są­dzę też, że ludz­ka wraż­li­wość po­wo­li, ale w za­uwa­żal­ny spo­sób się zmie­nia i za ja­kiś czas po­lo­wa­nie zo­sta­nie zde­le­ga­li­zo­wa­ne.

Jak­kol­wiek pa­ra­dok­sal­nie to za­brzmi, cie­szę się, że taka książ­ka zo­sta­ła na­pi­sa­na. Nie wsty­dzę się ani mo­je­go wzbu­rze­nia, ani wzru­sze­nia pod­czas jej czy­ta­nia.

Czę­sto śni mi się, że ktoś mnie tro­pi, a ja ucie­kam przez pole i las. Przy­pa­dam do zie­mi, pró­bu­ję się na niej roz­płasz­czyć, stać się nie­wi­dzial­na; albo cho­wam się w zbo­żu, w tra­wie i boję się, żeby nie od­sło­nił mo­ich bez­bron­nych ple­ców po­wiew wia­tru. Sku­lo­na sły­szę kro­ki i gło­sy mo­ich prze­śla­dow­ców, gdy się zbli­ża­ją. To chwi­la peł­na gro­zy, bo wiem, że im nie umknę, że ich prze­wa­ga nade mną jest miaż­dżą­ca. Cze­kam, aż to się sta­nie.

My­ślę, że w tym po­wta­rza­ją­cym się śnie je­stem za­ją­cem, sar­ną, dzi­kiem i każ­dą isto­tą, na któ­rą urzą­dza się po­lo­wa­nia. Tak­że czło­wie­kiem. Że w ja­kiś spo­sób ten mo­ment gro­zy sta­je się do­świad­cze­niem po­dziel­nym, wspól­nym. Być może pa­mię­ta go moja ata­wi­stycz­na część mó­zgu. Moż­li­we jest tak­że, że ta dziw­na pa­mięć do­wo­dzi cze­go in­ne­go: iż owa jed­ność czło­wie­ka ze świa­tem, któ­rą mamy za utra­co­ną na za­wsze, w rze­czy­wi­sto­ści trwa nadal. Tyl­ko prze­sta­li­śmy ją wi­dzieć.

OLGA TOKAR­CZUK

1 Dane po­cho­dzą ze stro­ny in­ter­ne­to­wej Głów­ne­go Urzę­du Sta­ty­stycz­ne­go: www.stat.gov.pl.

2 F. Mo­wat, Nie taki strasz­ny wilk, przeł. R. Stil­ler, wyd. 3, War­sza­wa 1997, s. 112-120.

3 We­dług da­nych Mi­ni­ster­stwa Spra­wie­dli­wo­ści w cią­gu roku zda­rza się oko­ło czter­dzie­stu zgo­nów spo­wo­do­wa­nych uży­ciem bro­ni cy­wil­nej. W 2004 roku od­no­to­wa­no ich 42. Część z tych zgo­nów spo­wo­do­wa­na jest uży­ciem bro­ni my­śliw­skiej. Licz­ba po­strze­leń jest znacz­nie wyż­sza [przyp. au­to­ra].

4 Ten i po­zo­sta­łe cy­ta­ty w roz­mo­wie z Anną Do­dziuk po­cho­dzą z książ­ki: A. Do­dziuk, L. Ka­pler, Na­ło­go­wy czło­wiek, War­sza­wa 1999.

5  M e c h a n i z m   n a ł o g o w e g o   r e g u l o w a n i a   u c z u ć  - używ­ka lub na­ło­go­we za­cho­wa­nie sta­je się głów­nym źró­dłem prze­ży­wa­nych sta­nów emo­cjo­nal­nych, naj­pierw przy­jem­no­ści, a z upły­wem cza­su co­raz czę­ściej już tyl­ko ulgi czy uśmie­rza­nia przy­kro­ści. Te sztucz­ne (na­ło­go­we) spo­so­by uzy­ski­wa­nia sa­tys­fak­cji co­raz bar­dziej wy­pie­ra­ją na­tu­ral­ne, "od­ucza­jąc" oso­bę uza­leż­nio­ną od ko­rzy­sta­nia z tych ostat­nich i ska­zu­jąc ją na kur­czo­we trzy­ma­nie się na­ło­gu ("Co mi w ży­ciu zo­sta­ło oprócz pa­le­nia pa­pie­ro­sów, pra­cy, mo­jej Kasi, upra­wia­nia dział­ki?").

6  M e c h a n i z m   i l u z j i   i   z a p r z e c z a n i a  - w mia­rę jak co­raz trud­niej roz­stać się z nar­ko­ty­kiem - czym­kol­wiek, co uza­leż­nia - roz­ra­sta się fał­szy­wa świa­do­mość, wspie­ra­ją­ca na­łóg i wła­śnie w tym kie­run­ku znie­kształ­ca­ją­ca ob­raz rze­czy­wi­sto­ści. Gdy­by nie to, nie do znie­sie­nia by­ło­by wła­sne za­cho­wa­nie, spo­sób ży­cia, pod­po­rząd­ko­wa­nie go uza­leż­nie­niu, szko­dy po­no­szo­ne przez bli­skich i sa­me­go sie­bie. Ale za­prze­cza­nie, mi­ni­ma­li­zo­wa­nie, ra­cjo­na­li­zo­wa­nie, ko­lo­ry­zo­wa­nie i kil­ka in­nych spo­so­bów znie­kształ­ca­nia na­pły­wa­ją­cych in­for­ma­cji umoż­li­wia­ją czło­wie­ko­wi trzy­ma­nie się swe­go na­ło­gu ("Każ­dy ma swo­je nie­szko­dli­we przy­zwy­cza­je­nia", "Prze­stał­bym być sobą, gdy­bym zre­zy­gno­wał z..."). Zob. J. Mel­li­bru­da, Psy­cho­lo­gicz­ne me­cha­ni­zmy uza­leż­nie­nia i pro­gram te­ra­pii, "Świat Pro­ble­mów", nr 11 (46), li­sto­pad 1996, s. 4-15.

7 Frag­ment mo­dli­twy z bud­dyj­skiej ce­re­mo­nii no­wo­rocz­nej [przyp. au­to­ra].

OJCIEC, PAN ROMEK I JA

Oj­ciec po­lo­wał ra­zem z pa­nem Rom­kiem Sa­dow­skim. Jeź­dzi­li ra­zem es­ha­el­ką, już wte­dy sta­ro­daw­ną. Dla pro­wa­dzą­ce­go czar­ny mo­to­rek miał sio­deł­ko ni­żej, a dla pa­sa­że­ra wy­żej. Przy­po­mi­na­ły sta­ro­świec­kie sio­deł­ka ro­we­ro­we, tyle że były znacz­nie więk­sze i na dwóch sprę­ży­nach. Pa­sa­żer miał przy sio­deł­ku przed sobą pół­okrą­głą, nie­du­żą rącz­kę. Z pa­nem Rom­kiem jeź­dził czar­ny, ku­dła­ty pies. Wa­bił się Kleks. Pan Ro­mek da­wał mu ko­men­dę: "Kleks, hop!" - i już pies wska­ki­wał! Ja­koś kładł się z przo­du na baku i no­gach pana, i tak je­cha­li so­bie przez mia­sto i da­lej. Na po­lo­wa­niach zbio­ro­wych po za­cho­wa­niu Klek­sa moż­na było się zo­rien­to­wać, że w pę­dzo­nym za­gaj­ni­ku są dzi­ki - Kleks wów­czas zwie­wał do pana. Nie było siły, żeby od­stą­pił od jego nogi. Gdy oj­ciec ku­pił wu­efem­kę, przez mia­sto i da­lej pyr­ko­ta­ły już dwa mo­to­ry wio­zą­ce dwóch my­śli­wych i mnie na sio­deł­ku za oj­cem oraz dwa psy: Klek­sa na baku i na­szą wy­żli­cę Azę na mo­ich ko­la­nach. Do tego jesz­cze flin­ty i ba­ga­że na dwa dni. Wy­jeż­dża­li­śmy w so­bo­tę, po po­wro­cie ojca z pra­cy.

W so­bo­ty oj­ciec pra­co­wał w stocz­ni od szó­stej do dwu­na­stej, tyl­ko sześć go­dzin. Tak jak pan Ro­mek. Ze stocz­ni wy­cho­dził trze­cią bra­mą i szedł przez dłu­gi drew­nia­ny most, po­tem ka­wa­łe­czek przez park, aż do­cie­rał do przy­stan­ku tram­wa­jo­we­go. Jesz­cze dwa­dzie­ścia mi­nut jaz­dy tram­wa­jem, pięć mi­nut pie­cho­tą i w domu był za dwa­dzie­ścia pierw­sza. Tę dro­gę do pra­cy, rano na szó­stą i z po­wro­tem do domu oj­ciec po­ko­ny­wał przez pra­wie trzy­dzie­ści lat. Ja po­sze­dłem do pra­cy w stocz­ni, gdy skoń­czy­łem sie­dem­na­ście lat, i przez ład­nych parę lat jeź­dzi­li­śmy rano tram­wa­jem ra­zem. Do stocz­ni, tak jak oj­ciec, wcho­dzi­łem trze­cią bra­mą, prze­bie­ra­łem się w szat­ni w kom­bi­ne­zon, ku­faj­kę, je­śli było zim­no, za­kła­da­łem brą­zo­wy kask i sznu­ro­wa­łem ro­bo­cze buty z no­skiem z bla­chy. Ale to na­stą­pi­ło za parę lat.

Te­raz, gdy oj­ciec wy­cho­dził zza rogu domu, mat­ka sta­wia­ła na sto­le obiad. Wszyst­ko ro­bi­li­śmy szyb­ko - mat­ka przy­go­to­wy­wa­ła je­dze­nie na wy­jazd, my się ubie­ra­li­śmy, wy­py­cha­li­śmy mo­tor z piw­ni­cy, tro­czy­li­śmy ba­ga­że, bra­li­śmy psa i już, go­to­we, uff... Jesz­cze cze­ka­li­śmy na pana Rom­ka. Już jest! Je­cha­li­śmy do lasu. W po­ło­wie dro­gi, za Kar­tu­za­mi, wjeż­dża­ło się w lasy i je­zio­ra i cały ten po­śpiech i ja­kaś twar­dość mi­nio­ne­go ty­go­dnia od­da­la­ły się i roz­pra­sza­ły ni­czym mgła. A gdy za­jeż­dża­li­śmy do dom­ku my­śliw­skie­go - zo­sta­wa­ły już tyl­ko las i je­zio­ra.

Po­lo­wa­ło się wte­dy wy­łącz­nie z du­bel­tów­ka­mi. W kole był tyl­ko je­den sztu­cer bez lu­ne­ty.

Oj­ciec był łow­czym koła ło­wiec­kie­go, a pan Ro­mek skarb­ni­kiem i dla­te­go spo­ty­ka­li się cza­sa­mi w ty­go­dniu u nas w domu, aby po­ga­dać. Kie­dyś oj­ciec był bar­dzo cho­ry i pan Ro­mek przy­szedł po­sta­wić mu bań­ki. Po­trzeb­ne były de­na­tu­rat, wata, dłuż­szy pa­tyk i szkla­ne bań­ki. Ależ ten ogień bu­chał! Po­tem oj­ciec miał ple­cy całe w gra­na­to­we plac­ki, a po dwóch dniach był zdro­wy. Cza­sa­mi się kłó­ci­li. W ogó­le ra­czej bur­cze­li na sie­bie, pew­nie cza­sa­mi było im ze sobą trud­no, ale nig­dy się nie roz­sta­li. Pod ko­niec lat sie­dem­dzie­sią­tych pan Ro­mek za­czął co­raz po­waż­niej cho­ro­wać i zmarł. Sztu­cer po panu Rom­ku od­ku­pi­łem ja.

Oj­ciec zo­stał sam. Ale by­łem ja. Od cza­su do cza­su wy­jeż­dża­li­śmy we dwóch na za­ją­ce, na kacz­ki czy na dzi­ki. Cza­sa­mi ra­zem wy­pły­wa­li­śmy ło­dzią na je­zio­ro i ło­wi­li­śmy szczu­pa­ki. Ale nie mo­głem za­stą­pić pana Rom­ka. Nie mo­głem też bar­dziej zbli­żyć się do ojca, cho­ciaż... jed­nak było bli­żej. Bar­dzo chcia­łem mu za­im­po­no­wać, by zo­ba­czyć w jego oczach uzna­nie. To mu­sia­ło być dla nie­go mę­czą­ce. Zresz­tą bu­cha­ją­cy ener­gią trzy­dzie­sto­la­tek i sta­rze­ją­cy się oj­ciec to nie­ła­twa para. Kie­dyś po­wie­dział: "Nie pędź tak, chłop­cze" - a ja zda­łem so­bie spra­wę, że gnam sa­mo­cho­dem na za­krę­tach le­śnej szo­sy jak na ja­kichś za­wo­dach, i za­wsty­dzi­łem się. Jak chy­ba wszy­scy mło­dzi męż­czyź­ni, my­śla­łem, że do­brze pro­wa­dzę. Ale tata nie lu­bił szyb­kiej jaz­dy. Zwol­ni­łem i już za­wsze jeź­dzi­łem z nim tak, by czuł się do­brze. By­łem sta­le go­tów do­sto­so­wać się do po­trzeb ojca. Wiecz­nie spra­gnio­ny jego obec­no­ści. Ko­cha­łem go.

Mia­łem wte­dy naj­bar­dziej ludz­kie­go psa, ja­kie­go wy­cho­wa­łem - nie­zwy­kłą szorst­ko­wło­są jam­nicz­kę - Pań­kę. Gdy od­wo­zi­łem ojca swo­im sa­mo­cho­dem do lasu na po­lo­wa­nie na parę dni, Pa­nia zo­sta­wa­ła z nim. Za­ko­cha­ła się w ojcu po psie­mu - czy­li na za­bój. Do­brze im było ra­zem. Oj­ciec brał ją ze sobą wszę­dzie: na łód­kę, na po­lo­wa­nie, do miej­sco­wych zna­jo­mych i do skle­pu we wsi. Pod­cho­dzi­ła z nim dzi­ki czy ro­ga­cze i nig­dy ni­cze­go nie spło­szy­ła. By­łem tro­chę za­zdro­sny. Ale w koń­cu ja­koś we­wnętrz­nie po­dzie­li­łem się z oj­cem swo­im psem. Pa­nia sta­ła się ojca i moja jed­no­cze­śnie - i też tak się za­cho­wy­wa­ła. Mia­ła po­jem­ne ser­ce. Na­uczy­łem się od nich, do ja­kie­go stop­nia pies może być to­wa­rzy­szem i przy­ja­cie­lem. Taka bli­ska, ko­cha­na psia oso­ba.

Kie­dyś, już pod ko­niec ży­cia ojca, by­li­śmy w le­sie we dwóch przez parę dni, na stycz­nio­wym po­lo­wa­niu na dzi­ki. Było w sam raz mro­zu i śnie­gu, w cią­gu dnia szli­śmy otro­pić lub od­po­czy­wa­li­śmy, a w nocy po­lo­wa­li­śmy przy księ­ży­cu. Wkła­da­li­śmy bia­łe stro­je i ru­sza­li­śmy w las i na pola, każ­dy w swo­ją stro­nę. Nie­kie­dy cho­dzi­li­śmy ra­zem.

"By­łem sta­le go­tów do­sto­so­wać się do po­trzeb ojca.Wiecz­nie spra­gnio­ny jego obec­no­ści".

Była już dru­ga w nocy, gdy spo­tka­li­śmy się przy dom­ku i po­mi­mo zmę­cze­nia po­sta­no­wi­li­śmy jesz­cze ka­wa­łek po­dejść przez za­śnie­żo­ny las do ma­łej en­kla­wy pól. Śnieg był mięk­ki, ci­chy, pu­szy­sty. Po­ma­łu wy­cho­dzi­my z lasu i... jest dzik! Duży, sa­mot­ny dzik buch­tu­je na polu. Mu­si­my jesz­cze po­dejść - jest za da­le­ko na strzał. Po­ma­lut­ku, przy­sta­jąc, gdy dzik się prze­miesz­cza i ma gło­wę w gó­rze, prze­su­wa­my się w stro­nę za­śnie­żo­ne­go kar­to­fli­ska. Je­ste­śmy już bli­sko, nie moż­na na­wet szep­nąć, oj­ciec pod­cho­dzi jesz­cze parę kro­ków i bez­sze­lest­nie zni­ka mi w księ­ży­co­wym cie­niu kil­ku so­se­nek. Ja zo­sta­ję pod brzo­zą przy polu. Zdej­mu­ję sztu­cer z ra­mie­nia i bio­rę dzi­ka w krzyż lu­ne­ty. Cze­kam, aż oj­ciec strze­li, wte­dy na­tych­miast po­pra­wię, w ra­zie po­trze­by. Oj­ciec daw­no nie upo­lo­wał dzi­ka. Cze­kam na strzał, dzik prze­su­wa się to tu, to tam, ja się de­ner­wu­ję, że za chwi­lę znik­nie, w ro­sną­cym na­pię­ciu cze­kam na strzał ojca - a dzik po pro­stu zni­ka za ja­kimś ośnie­żo­nym pa­gó­recz­kiem. Po dłuż­szej chwi­li oj­ciec wy­nu­rza się spod drzew i pod­cho­dzi do mnie parę kro­ków.

- Cze­muś nie strze­lał? - pyta.

- Bo cze­ka­łem, aż ty strze­lisz.

- A ja cze­ka­łem, aż ty strze­lisz - od­po­wia­da mi oj­ciec.

Sto­imy po­śród tej księ­ży­co­wej, za­śnie­żo­nej nocy i pa­trzy­my na sie­bie.

Po la­tach, już po śmier­ci ojca, zro­zu­mia­łem do koń­ca to, co za­czę­ło świ­tać w mo­jej gło­wie tam­tej nocy. To było jak prze­kaz: "Te­raz ty!"

Mia­łem trzy­dzie­ści trzy lata.