Faraon wampirów - Konrad T. Lewandowski, Boleslaw Prus

Reflow text when sidebars are open.
Wstęp
Rozdział I
Rozdział II
Rozdział III
Rozdział IV
Rozdział V
Rozdział VI
Rozdział VII
Rozdział VIII
Rozdział IX
Rozdział X
Rozdział XI
Rozdział XII
Rozdział XIII
Rozdział XIV
Rozdział XV
Rozdział XVI
Rozdział XVII
Rozdział XVIII
Rozdział XIX
Rozdział XX
Rozdział XXI
Rozdział XXII
Rozdział XXIII
Rozdział XXIV
Rozdział XXV
Rozdział XXVI
Rozdział XXVII
Rozdział XXVIII
Rozdział XXIX
Rozdział XXX
Rozdział XXXI
Rozdział XXXII
Rozdział XXXIII
Rozdział XXXIV
Rozdział XXXV
Rozdział XXXVI
Rozdział XXXVII
Rozdział XXXVII
Rozdział XXXIX
Za radą astrologów główne siły miały wyruszyć z Pi-Bast w dniu siódmym Hator. Był to również dzień pomyślny dla brzemiennych kobiet i handlujących tkaninami, a zły dla żab i myszy.
Od chwili mianowania go naczelnym wodzem, Ramzes zapomniał o swoich kobietach i gorączkowo rzucił się do pracy. Święty Mentezufis, który jako pełnomocnik Herhora dobrze znał się na sztuce wojennej, obserwując następcę, nie mógł wyjść z podziwu.
- Niech Ozyrys będzie mi świadkiem, że młodzian ten jest urodzonym wodzem! Libijczycy już przegrali tę wojnę, choć jeszcze nie słyszeli świstu naszej strzały.
- Tym niebezpieczniejszy dla nas taki faraon... - wtrącił Mefres z zaciętością cechującą starców.
Wieczorem dnia szóstego Hator książę Ramzes wykąpał się i oświadczył adiutantom, że jutro, na dwie godziny przed wschodem słońca, wyruszą ku libijskiej granicy. Potem książę wyszedł na przechadzkę po pałacowych ogrodach. Zastanawiał się, czy nie odwiedzić którejś ze swych kobiet, ale ostatecznie nie zdecydował się na to. Na Sarę gniewał się jeszcze, natomiast Fenicjanka od kilku dni czuła się niezdrową. Zdecydował więc, że zostanie dziś sam i prześpi się w którejś z altan.
Nie wiedział, że do ciągłego rozdrażnienia Kamy przyłączyły się jakieś szczególne niedomagania i bóle w stawach. Swędziła ją twarz, a szczególniej czoło nad brwiami, gdzie porobiły się drobne plamy.
To było ostatnio największe zmartwienie wampirzycy.
- Plama... tak, są plamy... - mówiła Kama do siebie, pełna bojaźni, zerkając w cynowe lustro. - Dwie... trzy... Umyję się, a do jutra plamy zginą...
Przyszło jutro, ale plamy nie zginęły. Przybyło ich i stały się większe.
- Bogini! - krzyknęła wampirzyca, rzucając się na ziemię przed posążkiem Astoreth. - Nie może być! To chyba nie od srebrnego pyłu?! Nikt mnie nim nie oprószył... Ażebym ja... Bogini, ratuj mnie! Wrócę do świątyni... odpokutuję całym wiecznym życiem...
I znowu uspokoiła się, i znowu myślała:
"Nie ma żadnego srebra... Od kilku dni trę sobie skórę, więc jest zaczerwieniona... Czy kto słyszał, ażeby kapłanka i kobieta następcy tronu mogła zachorować na trąd... O bogowie...! Tego nigdy nie było, jak świat światem... Tylko rybacy, więźniowie i nędzni Żydzi... Na wampiry sprowadza trąd tylko srebrny pył... tylko wtedy, gdy się go wetrze głęboko w skórę... Książę mi tego nie zrobił! On mnie tylko bił kawałkiem srebra, który nie leżał długo na moim ciele... tylko je muskał... Może to ta podła Żydówka! Och! To na nią spuśćcie trąd, moce niebieskie!"
W tej chwili w oknie, które było na pierwszym piętrze, w księżycowym świetle mignął jakiś cień. Potem rozległ się szelest i na środek pokoju wskoczył książę Ramzes. W ręku miał bat z rzemienia przeplecionego ze srebrnym drutem.
Kama osłupiała. Nagle schwyciła się za głowę, a w jej oczach odmalował się strach bezgraniczny.
- Panie...? - szepnęła przerażona. - Proszę, okaż mi dziś litość! Jestem chora...
- Mam pójść do Sary? - zapytał, śmiejąc się szyderczo.
Nie wiedziała, co ma na to odrzec. W głowie miała kompletne pomieszanie, narastał w niej ślepy bunt.
- Sara...! - imię Żydówki wyrwało się z gardła fenickiej wampirzycy niby skowyt rannej bestii. Kama zacisnęła pięści, a w jej oczach błysnęło złowrogie światło.
- Co tobie? - spytał zaintrygowany sobowtór księcia. - Mów! A może ofiaruję ci dziś moją łaskę...
- Łaskę?! - wpatrzyła się w niego z napięciem.
- Jaką zechcesz - potwierdził. - Dziś jest twoja szczęśliwa noc, Kamo, postanowiłem uczynić cię szczęśliwą, więc proś, o co tylko chcesz. Spełnię wszystko!
- Każdą prośbę... - powtórzyła głosem jak echo w grobowcu. Potem zbliżyła twarz do jego ucha i zaczęła szeptać.
- Kobieto - rzekł sobowtór, udając zdumienie - najgorsze duchy mówią przez ciebie!
- A ty sam wyklinałeś tego żydowskiego bękarta, mówiłeś, że lepiej by nie żył. Dla Sary to gorsze aniżeli sztylet - odparła ze śmiechem. - Co?
- Nigdy nie wpadłbym na taki pomysł...! A może lepiej zabiję oboje?
- Nie...! Ona niech żyje... To będzie moja zemsta...
- Cóż za przewrotna dusza...! - szepnął sobowtór. - Ale podobasz mi się...
Cofnął się do okna i zniknął. Kama wychyliła się za nim i rozgorączkowana, zapomniawszy o sobie, słuchała. Może w kwadrans po odejściu od strony gaju figowego rozległ się przeraźliwy krzyk kobiecy.
Fenicjankę, zamiast spodziewanej radości, ogarnął strach i złe przeczucie. Upadła na kolana i obłąkanymi oczyma wpatrywała się w ciemny ogród. Nie wiedziała, że oprócz prawdziwego księcia nawiedza ją sobowtór przysłany przez Mefresa. Zmiany w zachowaniu księcia Kama wyjaśniała sobie inaczej, tak mianowicie, że Ramzes staje się inną istotą, kiedy budzi się w nim krew pustynnego lwa. Teraz wykorzystała tę chwilę, by zemścić się na Żydówce, ale wiedziała, że książę po przebudzeniu się z bestialskiego transu będzie tego żałował. I zadrżała na myśl, że może on zapamiętać lub przypomnieć sobie, kto go do tego czynu skłonił...
Na dole zatrzeszczał słup ganku i w oknie znowu ukazał się sobowtór w ciemnym płaszczu. Gwałtownie dyszał, ręce mu drżały i patrzył na wampirzycę wzrokiem, jak nigdy dotąd, pełnym bezgranicznej drwiny.
- Gotowe. Zrobiłem, co chciałaś, raduj się!
Wampirzyca milczała, patrząc na niego szeroko otwartymi oczami.
- Teraz już możesz umrzeć szczęśliwą, więc umieraj! Całun już masz...
- Jaki całun? - wyszeptała ze zgrozą.
- Ten biały, jedwabny welon, który ci podarowałem. Jest cały nasycony rozczynem srebra... Gdybyś go wystawiła na słońce, sczerniałby całkiem już po paru chwilach. I ty go nosiłaś... - zakpił - stąd te ślady na twojej skórze...
- Nieee... - z rozpaczy zakręciło się jej w głowie.
- Znudziłyście mi się obie! - oznajmił sobowtór Ramzesa. - Ale przynajmniej tyle rozrywki będę z was mieć. Sara umrze z rozpaczy, a ty na wampirzy trąd...
Kama upadła na ziemię, wydając z siebie nieartykułowany skowyt. Chwyciła się oburącz za włosy i wyrwała ich z głowy pełne dwie garście - wyszły ze skóry z wielką łatwością. Stwierdzenie tego faktu było ostatnią świadomą myślą wampirzycy. Chwilę potem zemdlała z rozpaczy.
Sobowtór księcia bez przeszkód wyszedł z ogrodu na ulicę Pi-Bast i pokluczywszy nieco po zaułkach, kryjąc twarz pod kapturem płaszcza, wszedł tylnym wejściem do świątyni Ptaha, po czym udał się wprost do celi arcykapłana Mefresa.
- Twoje rozkazy wykonałem, o świątobliwy proroku! - zameldował.
Kiedy nad miastem wzeszło słońce, ostatni wóz wojskowego taboru zniknął daleko na horyzoncie, a dostojny nomarcha Pi-Bast, powróciwszy do domu po uroczystym pożegnaniu następcy tronu, przemówił do swojej służby:
- Teraz idę spać i biada temu, kto zbudzi mnie przed ucztą wieczorną!
Zanim dokończył tę przestrogę, wszedł oficer policji i poprosił go o poufne posłuchanie w bardzo ważnej sprawie.
- Stało się wielkie nieszczęście - oznajmił przybysz. - Syn następcy tronu zabity...
- Co? Jak?! - krzyknął nomarcha.
- Syn Sary Żydówki.
- Kto zabił? Kiedy...?
- Dziś w nocy.
- Ale kto to mógł zrobić?!
Oficer schylił nisko głowę i rozłożył ręce.
- Pytam się, kto go zabił? - powtórzył dostojnik, więcej przerażony aniżeli rozgniewany.
- Sam, panie, racz przeprowadzić śledztwo. Usta moje nie powtórzą tego, co słyszały uszy.
Przerażenie nomarchy wzrosło. Kazał przyprowadzić służbę Sary, a jednocześnie posłał po arcykapłana Mefresa. Mentezufis bowiem, jako przedstawiciel ministra wojny, pojechał z księciem.
Pierwszy przyszedł zdziwiony Mefres. Nomarcha powtórzył mu wiadomość o zabójstwie dziecka następcy i o tym, że oficer policji nie śmie dawać żadnych objaśnień.
- A świadkowie są? - spytał arcykapłan.
- Czekają na rozkazy, ojcze święty.
Wprowadzono odźwiernego Sary.
- Słyszałeś - zapytał go nomarcha - że dziecko twej pani zostało zabite?
Człowiek ten upadł na ziemię i odpowiedział.
- Nawet widziałem dostojne zwłoki rozbite o ścianę i zatrzymałem naszą panią, która krzycząc, wybiegła do ogrodu.
- Kiedy to się stało?
- Dziś po północy. Zaraz po przyjściu do naszej pani najdostojniejszego księcia następcy... - odparł stróż.
- Jakże to, więc książę był w nocy u waszej pani? - spytał Mefres.
- Rzekłeś, wielki proroku.
- To dziwne! - szepnął Mefres do nomarchy.
Drugim świadkiem była kucharka Sary, a trzecim dziewczyna służebna. Obie twierdziły, że po północy książę następca wszedł do pokoju Sary, bawił tam chwilę, potem prędko wybiegł do ogrodu, a wnet po nim ukazała się pani Sara, strasznie krzycząc.
- Ależ książę następca przez całą noc nie wychodził ze swej komnaty w pałacu... - rzekł nomarcha z niedowierzaniem.
Oficer policji pokręcił głową i oświadczył, że czeka w przedpokoju kilku ludzi ze służby pałacowej.
Wezwano ich zatem, a święty Mefres zadał im pytania i okazało się, że następca tronu nie spał w pałacu. Opuścił swą komnatę przed północą i wyszedł do ogrodu. Wrócił zaś, gdy odezwały się pierwsze trąbki grające pobudkę.
Gdy wyprowadzono świadków, a dwaj dostojnicy zostali sami, nomarcha z jękiem rzucił się na krzesło i zapowiedział Mefresowi, że jest ciężko chory i że woli stracić życie, aniżeli prowadzić to śledztwo. Arcykapłan był bardzo blady i wzruszony, ale odparł, że sprawę zabójstwa trzeba wyświetlić, i rozkazał nomarsze w imieniu faraona, ażeby poszedł z nim do mieszkania Sary. W tej wyprawie towarzyszył im także arcykapłan Sem, który przybył natychmiast na wieść o nieszczęściu.
Do ogrodu następcy było niedaleko i trzej dostojnicy niebawem znaleźli się na miejscu zbrodni.
Wszedłszy do pokoju na piętrze, zobaczyli Sarę klęczącą przy kołysce, w takiej postawie, jakby karmiła niemowlę. Na ścianie i na podłodze czerwieniły się krwawe plamy.
Nomarcha osłabł tak, że znów musiał usiąść, ale Mefres był spokojny. Zbliżył się do Sary, dotknął jej ramienia i rzekł:
- Pani, przychodzimy tu w imieniu jego świątobliwości.
Sara nagle zerwała się na równe nogi, a zobaczywszy Mefresa, zawołała strasznym głosem:
- Przekleństwo wam! Chcieliście mieć żydowskiego króla, a oto król... O, czemu żem, nieszczęsna, usłuchała waszych rad zdradzieckich...
Zatoczyła się i znowu przypadła do kołyski, jęcząc:
- Mój synek... mój mały Seti...! Taki był piękny, taki mądry... Dopiero co wyciągał do mnie rączki... Jehowo! - krzyknęła rozedrganym głosem - oddaj mi go, wszakże to w twojej mocy! Takie malutkie dziecko... hiena ulitowałaby się nad nim...
Arcykapłan ujął ją pod ramiona i postawił na nogach. Pokój zapełniła policja i służba.
- Saro - rzekł arcykapłan - w imieniu jego świątobliwości pana Egiptu wzywam cię i rozkazuję, ażebyś odpowiedziała, kto zamordował twego syna.
- Kto zabił? - rzekła Sara zduszonym głosem, topiąc wzrok w twarzy Mefresa. - Kto zabił, pytasz...? Ja! - krzyknęła nieludzko. - Ja zabiłam moje dziecko za to, że zrobiliście je Żydem...
- To fałsz! - syknął arcykapłan.
- Ja... ja...! - powtarzała z uporem Sara.
Kapłan Ptaha Sem nie zadał żadnego pytania, tylko uważnie słuchał.
Gdy on, Mefres i nomarcha wracali do siebie przez ogród, naczelnik prowincji odezwał się wzruszony:
- Żal mi tej kobiety!
- Słusznie będzie ukarana, ale za kłamstwo - odparł Mefres.
- Co, wasza dostojność, myślisz?
- Jestem pewny, że bogowie znajdą i osądzą prawdziwego mordercę...
Przy furcie ogrodowej zabiegł im drogę wzburzony zarządca pałacu Kamy.
- Nie ma Fenicjanki! Zniknęła tej nocy... Gdzieś uciekła.
- Nowe nieszczęście... - szepnął nomarcha.
- Nie lękaj się - rzekł Mefres. - Na pewno pojechała za księciem... Wampirzyce nie raz towarzyszyły Ramzesowi, gdy wyruszał z wojskiem.
Z tych słów dostojny nomarcha poznał, że Mefres nienawidzi księcia i serce w nim zamarło. Jeżeli bowiem dowiodą Ramzesowi, że zabił własnego syna, następca nigdy nie wstąpi na tron ojcowski, a twarde jarzmo kapłańskie jeszcze mocniej zacięży nad Egiptem. Całą swoją nadzieję zasmucony dostojnik związał zatem z arcykapłanem Ptaha, który zachowywał się roztropnie i bezstronnie.
Smutek dostojnika powiększył się, gdy mu powiedziano wieczorem, że dwaj lekarze ze świątyni Hator, obejrzawszy trupa dziecięcia, wyrazili przekonanie, iż zabójstwo mógł popełnić tylko mężczyzna. Ktoś, mówili, schwycił prawą ręką za obie nóżki chłopczyka i rozbił mu głowę o ścianę. Ręka zaś Sary nie mogła objąć obu nóżek, na których wreszcie znać było ślady dużych palców.
Po tym objaśnieniu arcykapłan Mefres, w towarzystwie arcykapłana Sema, poszedł do więzienia do Sary i zaklinał ją na wszystkie bogi egipskie i cudzoziemskie, aby oświadczyła, że nie jest winną śmierci dziecka, i opisała, jak wyglądał prawdziwy sprawca zbrodni.
- Zawierzymy słowom twoim - mówił Mefres - i zaraz będziesz wolną.
Ale Sara zamiast wzruszyć się tym dowodem życzliwości, wpadła w gniew.
- Szakale! - zawołała. - Nie dość wam dwu ofiar, że jeszcze pożądacie nowych? Ja to zrobiłam, nieszczęsna, ja... bo któż inny byłby tak nikczemnym, ażeby zabijać dziecko...? Małe dzieciątko, które nikomu nie szkodziło...
- A czy wiesz, uparta kobieto, co ci grozi? - zapytał święty Mefres. - Przez trzy dni będziesz na rękach trzymała zwłoki twego dziecka, a potem pójdziesz do więzienia na piętnaście lat.
- Tylko trzy dni? - powtórzyła. - Ależ ja na wieki chcę zostać z moim małym Setim... I nie do więzienia, ale do grobu pójdę za nim, a pan mój razem każe nas pochować...
- Zbrodnia, pomimo uporu tej głupiej kobiety, zostanie odkryta! - rzekł rozgniewany Mefres.
Ani przypuszczał święty mąż, że bardzo prędko spełni się jego proroctwo.
Otóż w tym czasie, gdy Mefres usiłował wydobyć zeznanie Sary, wysoka rada fenickich wampirów, zebrana pod przywództwem Hirama, przesłuchała Kamę, która nad ranem przybyła do swoich, błagając o ratunek, i skruszona wyznała swą winę. Po dokładnym rozważeniu jej zeznań stwierdzono, że książę Ramzes spotykał się z Hiramem lub Dagonem i rozmawiał z nimi o wspólnych interesach, dokładnie w tym samym czasie, kiedy Kama twierdziła, że następca był z nią i zabawiał się zadawaniem jej bólu. W ten sposób odkryto, że książę ma sobowtóra i już pobieżne sprawdzenie wykazało, że nie może być nim służący przy świątyni Astoreth Grek Lykon.
Kolejne informacje dostarczone przez Dagona wskazały na trop, prowadzący do świątyni Ptaha. Młodzi kapłani - dłużnicy wampira - wspominali, że nie raz widzieli tam księcia rozmawiającego ze świątobliwym Mefresem...
Zanim rozważono głębiej tę kwestię, pierwszym postanowieniem rady wampirów było niezwłoczne wydanie Kamy egipskiej policji.
Następnego dnia arcykapłani, Sem, Mefres i nomarcha Pi-Bast, otrzymali najpokorniejsze wezwanie, aby raczyli natychmiast przybyć do naczelnika policji. Ten bardzo nisko ukłonił się kapłanom i zwrócił się do nomarchy:
- Czy wasza cześć nie raczyłbyś łaskawie powiedzieć mi, jak był ubrany książę owego wieczora na naradzie wojennej, w której obaj uczestniczyliście?
- Miał na sobie zbroję, a pod nią biały kaftan i purpurowy fartuszek obszyty złotymi frędzlami - odparł nomarcha.
Naczelnik policji klasnął w ręce i do komnaty wprowadzono odźwiernego Sary.
- Widziałeś księcia - rzekł - kiedy wchodził w nocy do domu twej pani? A czy pamiętasz, jak był ubrany...?
- Nasz pan miał kaftan w pasy żółte i czarne, taki sam czepek i fartuszek niebiesko-czerwony - odpowiedział odźwierny.
- Miał na sobie pancerz?
- Nie, panie.
- Przysięgnę - wtrącił dostojny nomarcha - że książę miał na sobie zbroję i biały kaftan oraz purpurowo-złoty fartuszek...
- A teraz - odezwał się naczelnik policji - raczcie, najczcigodniejsi, udać się ze mną do więzienia. Zobaczymy tam jeszcze jednego świadka...
Zeszli na dół, do podziemnej sali, gdzie pod oknem stała wielka klatka przykryta płótnem. Naczelnik policji odrzucił kijem płótno, a obecni zobaczyli w kącie leżącą kobietę.
- Ależ to jest pani Kama...! - zawołał nomarcha.
Była to istotnie Kama, chora i bardzo zmieniona. Gdy na widok dostojników podniosła się i stanęła w świetle, obecni zobaczyli jej twarz pokrytą miedzianymi plamami. Oczy miała jak obłąkane.
- Kamo - rzekł naczelnik policji - bogini Astoreth dotknęła cię trądem...
- To nie bogini! - odezwała się zmienionym głosem. - To mój pan, dla okrutnej zabawy podrzucił mi zatruty srebrem welon... O, ja nieszczęśliwa!
- Kamo - ciągnął naczelnik policji - nad nędzą twoją ulitowali się najznakomitsi arcykapłani, święci Sem i Mefres. Jeżeli odpowiesz prawdę, pomodlą się za ciebie i może wszechmocny Ozyrys odwróci od ciebie klęskę. Jeszcze czas, choroba dopiero się zaczyna, a nasi bogowie dużo mogą...
Chora kobieta upadła na kolana i przyciskając twarz do kraty, mówiła złamanym głosem:
- Ulitujcie się nade mną... Wyrzekłam się bogów fenickich i służbę moją do końca życia poświęcę wielkim bogom Egiptu... Tylko oddalcie ode mnie wampirzy trąd...
- Odpowiedz, ale prawdę - pytał naczelnik policji - a nasi bogowie nie odmówią ci swej łaski: kto zabił dziecko Żydówki Sary...?
- Mój pan, książę Ramzes! Najpierw przysłał mi szatę skażoną srebrem, a potem zabił dziecko Żydówki... sprawił, że sama go o to prosiłam...
- Pan nasz był u ciebie przed zabójstwem?
- I przed, i zaraz po.
- A jak był ubrany?
- Miał kaftan w pasy żółte i czarne, taki sam czepek i fartuszek niebiesko-czerwony...
- I co jeszcze?
- Miał bat, ale zostawił go u mnie, gdy wychodził zabić dziecko Żydówki.
- Dlaczego zabił własne dziecko?
- Bo tego chciałam... ale wcześniej sam mówił, że wolałby, aby jego syn nie żył, skoro jest tylko Żydem.
- Słyszało te słowa wielu świadków - wtrącił Mefres. - Książę Ramzes życzył śmierci własnemu synowi.
- Ja myślę, że nie - zabrał głos arcykapłan Sem. - Następca istotnie powiedział to w gniewie, ale to wzburzenie minęło mu szybko. Jestem pewien, że kochał to dziecko i nie zamierzał go skrzywdzić. Kto inny jest mordercą.
- Kto?! - zawołała gwałtownie Kama.
- Milcz, wampirzyco, kiedy nie jesteś pytana! - uciszył ją wyniośle Mefres.
- Jakim sposobem zbrodniarz dostał się do pilnowanego domu? - kontynuował dochodzenie Sem. - Musiał on być ogromnie podobny do księcia...? Podobni są jak dwa liście jednej palmy...
- O Astoreth! - zajęczała wampirzyca. - A ja głupia myślałam...
- Ale zabójca ubrany był inaczej... - stwierdził naczelnik policji.
- To wiemy już na pewno - przyświadczył mu arcykapłan Ptaha. - Nie książę zabił dziecko i nie on podsunął tej nieszczęsnej jadowity welon.
- Kto się ośmielił?! - zawołał wielkim głosem Mefres. - Podnieść zbrodniczą rękę na potomstwo i kobietę następcy? - spojrzał z gniewem na Kamę. - Wy, wampiry, szczyciłyście się tym, że macie sobowtóra księcia.
- To nie Lykon - jęknęła była kapłanka. - Już nie męczcie mnie... wróćcie mi zdrowie... Zlitujcie się, a będę wierna waszym bogom... Czy już wychodzicie? O, niemiłosierni!
- Zobaczymy, co nam powie ten grecki wampir, kiedy go po trochu wystawimy na słońce! - zawołał zapalczywie Mefres i zwrócił się do oficera policji. - Każ go natychmiast aresztować!
- Biedna istoto - odezwał się ze współczuciem arcykapłan Sem, patrząc na Kamę - przyślę ci tu potężnego cudotwórcę...
- O, niech was błogosławi Astoreth... Nie, niech was błogosławią wasi bogowie wszechmocni i litościwi... - szeptała okrutnie znękana Fenicjanka.
Dostojnicy wyszli z więzienia i rozeszli się. Znowu upłynęło parę dni. Przez ten czas paraszytowie zabezpieczyli od zepsucia zwłoki Ramzesowego synka, a Sara wciąż przebywała w więzieniu, czekając na sąd, pewna, że ją potępią.
Kamę zaś wypuszczono. Uznano, że nie jest winna namawiania do zabójstwa syna następcy, gdyż zbrodniarz zaplanował to wcześniej i tylko się z niej naigrywał. Nie obawiano się też, że jej wampirzy trąd udzieli się ludziom. Jednak nie podziałały na nią też ludzkie lekarstwa. Odwiedził ją cudowny lekarz, odmówił przy niej modlitwy i dał jej do picia wszystko leczącą wodę. Mimo to Fenicjanki nie opuszczała gorączka, plamy nad brwiami i na policzkach robiły się coraz wyraźniejsze i zamieniały w rany, które nieodwracalnie odebrały jej dawną urodę. Stała się bezużyteczna jako kochanka Ramzesa, a jej widok mógł tylko zniechęcić księcia do wampirów, więc Hiram nakazał jej opuścić Pi-Bast.
Tego samego dnia do świątyni Ptaha przyszedł naczelnik policji z meldunkiem, że Grek Lykon skonał na torturach, ale nie przyznał się do winy. Sprawca zbrodni pozostawał więc wciąż niewykryty.
- To, że się nie przyznał, nie oznacza, że był niewinny - stwierdził Mefres.
- Jednak śledztwo trzeba będzie prowadzić dalej! - oświadczył Sem. - Tak długo, aż morderca wpadnie w ręce sprawiedliwości...
- Zrobię wszystko, co w mojej mocy! - zapewnił naczelnik policji. Poprosił o błogosławieństwo i odszedł do swoich obowiązków.
Po tej rozmowie bardzo zdenerwowany Mefres natychmiast udał się do chłopskiego domu na dalekich przedmieściach Pi-Bast. Zaufany młody kapłan, pełniący funkcję odźwiernego, bez zwłoki wpuścił go do środka, nadmieniając tylko, że wszystko w porządku.
Mefres zszedł do piwnicy, gdzie na surowym łożu spoczywał głęboko uśpiony sobowtór Ramzesa. Arcykapłan nie wahał się, wyjął spod szaty szklaną flaszkę z przezroczystym płynem, odkorkował i chlusnął nim na twarz żywej kopii księcia. Skóra i ciało, na które padły krople żrącej cieczy, natychmiast sczerniały i zaczęły się rozpływać, odsłaniając nagie kości czaszki. Po chwili już nikt nie był w stanie rozpoznać tego człowieka, a w istocie pół człowieka, pół lwa. Zabijanie potomstwa rywali było ogólnie znanym zwyczajem tych wielkich pustynnych kotów.
Resztę płynu Mefres wlał w gardło śpiącego. Mimo straszliwych poparzeń sobowtór następcy się nie obudził. Zakrztusił się tylko przez sen i niebawem zupełnie przestał oddychać.
Arcykapłan wyszedł z piwnicy.
- Podpal w nocy ten dom i zniknij bez śladu - rozkazał odźwiernemu.
- A żywy wizerunek księcia? - szepnął zdumiony młody kapłan.
- Już nie jest żywy ani jego wizerunkiem... - Mefres uśmiechnął się szpetnie. - Spalonego trupa policja uzna za ofiarę pożaru, ale to nic, bo mamy jeszcze jednego...
- Będzie, jak rozkażesz, ojcze święty! - odźwierny upadł na twarz przed zwierzchnikiem.
- Pamiętaj, co czeka tych, którzy zdradzają tajemnice świątyń! - przestrzegł go Mefres na odchodne.
Nazajutrz w południe arcykapłan Sem, nomarcha i naczelnik policji przyszli do więzienia Sary. Nieszczęśliwa nie jadła od kilku dni i była tak osłabiona, że nawet nie podniosła się z ławy na widok dygnitarzy.
- Saro - odezwał się nomarcha - jesteś wolna... Nie ty zabiłaś dziecię. Syna twego, uważaj Saro, zabił człowiek tak podobny do księcia Ramzesa, że gdy wszedł do twego pokoju, myślałaś, że to nasz pan... I wolałaś oskarżyć samą siebie aniżeli swego i naszego pana.
- Więc to nie był Ramzes?! - zawołała, chwytając się za głowę. - I ja, nędzna, pozwoliłam, ażeby obcy człowiek wywlókł syna mego z kolebki... Cha! Cha! Cha!
Zaczęła się śmiać coraz bardziej histerycznie. Nagle, jakby jej nogi podcięto, runęła na ziemię, rzuciła parę razy rękoma i śmiejąc się, skonała, ale na twarzy jej pozostał wyraz niezgłębionego żalu, którego nawet śmierć nie mogła odegnać.
Śmierć nie mogła zabrać także jej samej, ale tego świadkowie zdarzenia nie wiedzieli.
Zwłoki Sary natychmiast prosto z więzienia odesłano do zabalsamowania. Pierwszy zabieg miał wykonać niższy rangą paraszyta-wampir i to on zauważył, że żelazne ostrze noża nie jest w stanie naruszyć ciała rzekomo zmarłej, której wnętrzności miał właśnie usunąć. Była to pierwsza oznaka wampirycznej przemiany.
Paraszyta przerwał więc operację i czym prędzej zawiadomił Hirama, który z kolei natychmiast wezwał do siebie Dagona. Książę wampirów patrzył na bankiera z taką surowością i powagą, że przybyły nie ośmielił się odgrywać swych zwykłych błazeństw.
- Mówiłeś mi, że kiedyś w gniewie rzuciłeś klątwę na żydowską kochankę księcia - przypomniał Dagonowi Hiram. - Jak dokładnie brzmiało to złorzeczenie?
- Chciałem, aby przeminęło jej szczęście.
- Sprawdziło się! - stwierdził gospodarz.
- Żeby jej pan ją wygnał i stała się szalona...
- I to nastąpiło - rzekł Hiram. - A jakich dokładnie słów użyłeś potem?
- Chciałem, ażeby była wieczne spragniona... - zmarszczył czoło Dagon. - Tak jakoś mi się to w pośpiechu i złości wyrzekło...
- Ty durniu! - zawołał fenicki książę i złapał się za głowę. - Uczyniłeś wampirzycą Żydówkę nienawidzącą wampirów...