Far Cry. Odkupienie - Urban Waite

Reflow text when sidebars are open.
Szeryf wszedł, usiadł na swoim krześle, zdjął kapelusz, położył nogi na biurku i spojrzał na nią znad blatu.
- O co chodzi? - zapytał.
- Dobrze wiesz, o co - odparła Mary May. - Chcę tylko wiedzieć, co masz zamiar z tym zrobić.
Mężczyzna przesunął palcem wzdłuż taśmy na kapeluszu, po czym strącił niewidoczny pyłek z ronda, posyłając go gdzieś w dal. Swego czasu ujeżdżał byki i Mary May dobrze go pamiętała. Kiedy była mała, rodzice zabrali ją i jej brata Drew, żeby zobaczyli, jak to robi. Wtedy był jeszcze młody i chuderlawy, a ona stała przy samych barierkach i przyglądała się, jak szeryf wyskakuje z bramki. Wszyscy wołali, żeby się dobrze trzymał, i przyglądali się, jak wyjeżdża na sam środek placu: spod kopyt byka unosił się piach, a jeździec z ledwością utrzymywał się na grzbiecie zwierzęcia. Wtedy sprawiał wrażenie nieustraszonego. Zdawał się Mary May jakimś bohaterem. Teraz zupełnie do tamtego obrazu nie pasował.
Szeryf rzucił kapelusz na blat, zdjął nogi z biurka i spojrzał jej prosto w oczy.
- Cholera, Mary May, wiesz, że nie mogę nic z tym zrobić. Wiesz też, że to był zwykły wypadek, a nawet gdyby tak nie było, to i tak nikt by na to nic nie poradził.
- Wypadek? Ojciec pojechał tam po Drew. Czterdzieści lat z okładem za kierownicami ciężarówek, własnych czy któregokolwiek z pracodawców, i nigdy nie dorobił się nawet jednej rysy. A ty mi teraz mówisz, że to był wypadek?
- Przykro mi z powodu twojej straty, ale nic nie można na to poradzić.
Spojrzała na siedzącego za biurkiem szeryfa i dostrzegła w jego oczach szczere współczucie. Zrobiło jej się go żal, bo sama wiedziała, że mówił prawdę.
- Jak sądzisz, posuną się kiedyś za daleko? Będą naciskali na ciebie tak mocno, że ty też spadniesz?
- O czym ty teraz mówisz?
Uśmiechnęła się do niego i rozejrzała po biurze, po czym przeniosła wzrok z powrotem na biurko, na którym wciąż leżał kapelusz szeryfa. Mary May tej jesieni skończy trzydzieści lat, a już straciła prawie wszystko, na czym jej kiedykolwiek zależało. Zdawałoby się - z dnia na dzień. Został jej tylko bar i wzbierająca w niej wściekłość. Spojrzała na szeryfa.
- Drew wciąż tam jest - powiedziała. - Zamierzam go stamtąd wyciągnąć, a przynajmniej powiedzieć mu, że nasz ojciec nie żyje. O tym mówię.
Odepchnęła się od biurka i wstała. Miała na sobie koszulkę z krótkim rękawem i jeansy, a długie do ramion brązowe włosy związała z tyłu głowy. Wciąż czuła groźne pulsowanie żyły na szyi, ale nie potrafiła nad tym zapanować.
- Byłem tam raz - rzucił za nią.
Na dźwięk jego głosu zatrzymała się, już z dłonią na metalowej klamce drzwi. W odbiciu szyby z naklejonymi po drugiej stronie szkła literami z szablonu dostrzegła, że wstał i przyglądał się jej.
- Zaprosili mnie. Chcą, żebym wziął udział w jednym z ich nabożeństw.
Obróciła się i spojrzała na niego. Czekała.
Obszedł biurko i popatrzył na nią, ale po chwili odwrócił wzrok. Kiedy ich spojrzenia ponownie się spotkały, odezwał się.
- Mamy preppersów, szajbusów wierzących w rychłe nadejście Sądu Ostatecznego, całe rodziny mieszkające w lichych chatkach na wzgórzach. Bez prądu. Bez bieżącej wody. Babcię i prawnuki śpiące po troje w jednym łóżku, podczas gdy mamusia z tatusiem produkują kolejne potomstwo. Mamy wariatów z hyziem na punkcie broni palnej. Mamy bunkry i całe ich kompleksy. Mamy wolnomyślicieli, anarchistów, nihilistów, demokratów i Bóg sam jeden wie kogo jeszcze, ale ja ci powiem, że to, co widziałem w Bramach Edenu... ich niezachwiana wiara, cholerna moc, której przydali słowom Ojca, to było zaraźliwe. Mało brakowało, a i mnie by pochłonęło. I oni w to wierzą, Mary May. Co do jednego. I nie chcę, żeby wyszło, że o nich źle mówię, czy że kwestionuję ich wiarę, ale mówię ci, napędziło mi to większego pietra niż cokolwiek, co w życiu widziałem, i nie mogę z tym nic a nic zrobić, bo wiesz co? To jest całkowicie zgodne z prawem.
- Ćwiczyłeś to? - zapytała Mary May.
- Powtarzam to sobie co wieczór przed snem.
Spojrzała na niego, po czym odwróciła się i otworzyła drzwi. Kiedy się obejrzała, wciąż się jej przyglądał.
- To mój brat - rzuciła. - Tylko on mi został.
***
Mary May była już w pół drogi na szczyt, kiedy dostrzegła we wstecznym lusterku białą kościelną półciężarówkę. Jechali za nią pięć mil. Zerkała w lusterko na każdym zakręcie, z wyczekiwaniem obserwując widniejące w dali drzewa i krawędź drogi - samochód zawsze się pojawiał. Zawsze wyjeżdżał z łuku i podążał za nią tak, jakby oba pikapy - jej czerwony ford i biały kościelny - były połączone liną holowniczą.
Przejechała jeszcze milę, po czym zatrzymała się na poboczu, wyciągnęła starą chromowaną trzydziestkę ósemkę po ojcu i położyła ją na desce rozdzielczej. Gdyby miała do kogo zadzwonić, zrobiłaby to właśnie wtedy. Ale nie było nikogo takiego, a poza tym w całym hrabstwie Hope nie mogła złapać sygnału. Utkwiła wzrok w lusterku wstecznym i czekała, aż biała półciężarówka wyłoni się zza ostatniego zakrętu.
Kiedy samochód zatrzymał się za nią, na żwirze, przeniosła wzrok na lusterko boczne i siedziała, czekała, zerkając na leżący przed nią rewolwer, lecz po niego nie sięgając. Rozpoznała mężczyznę za kierownicą, nazywał się John Seed. Znała go niemal pół swojego życia i dotychczas uważała po prostu za zwykłego człowieka, ale obecnie się to zmieniło. Teraz niósł niebezpieczeństwo - dla niej i najwyraźniej dla każdego, kto stanie mu na drodze. To on wspólnie z braćmi kierował Bramami Edenu. Jeśli ktokolwiek wiedział, co się stało z jej ojcem albo gdzie mogłaby znaleźć brata, to właśnie John Seed.
Przyglądała mu się, jak otwiera drzwi samochodu, wysiada zeń i stoi. Był od niej o dziesięć lat starszy. Mierzył blisko sześć stóp i miał brązowe włosy oraz brodę przesłaniającą dolną część twarzy. W lusterku zobaczyła, jak - nie spuszczając z niej wzroku - mężczyzna sięga do kabiny i coś z niej wyciąga. Mary May pomyślała, że może ma tam broń, ale nie mogła mieć pewności i tylko przyglądała się, jak unosi brzeg koszuli i skrywa pod nią jakiś przedmiot, cokolwiek to było. Kiedy podszedł do jej drzwi, zdążyła już opuścić szybę. Spojrzała na niego i czekała.
- Boisz się? - zapytał.
Nie odwróciła wzroku.
- A powinnam?
Przez kilka sekund stał w milczeniu. Potem wyciągnął rękę w stronę Mary May i przytrzymując dłonią szybę, przesunął palcami po jej brzegu.
- Masz na to pozwolenie?
Spojrzał wymownie na leżący na desce rozdzielczej rewolwer, trzymając dłoń wciąż na jej szybie, po czym cofnął rękę.
Zerknęła na broń, następnie skierowała wzrok z powrotem na Johna. Ten cofnął się o krok i stanął w pewnym oddaleniu od jej samochodu, tak jakby się spodziewał, że mogłaby do niego strzelić.
- Należał do taty - odparła.
Zobaczyła, że spoglądał na nią, po czym odwrócił spojrzenie. Chyba zastanawiał się nad właściwą reakcją.
- Zasmuciły mnie wieści o jego śmierci - powiedział w końcu, a Mary May pomyślała, że zabrzmiał niemal ludzko.
Ponownie mu się przyjrzała.
- Jechał tu po Drew, kiedy to się stało.
- Co ty nie powiesz?
- A teraz ja jadę po niego. Powiem mu, żeby wracał do domu.
- O tym też słyszałem. Słyszę różne rzeczy od różnych ludzi. Powiedzieli mi na przykład, że wciąż sprzedajesz alkohol, chociaż prosiliśmy cię, żebyś tego nie robiła. To tylko jedna z rzeczy, które obiły mi się o uszy.
Spojrzała na niego jak na głupka, chociaż dobrze wiedziała, że nim nie jest.
- Jak niby mam twoim zdaniem prowadzić bar bez alkoholu?
- Nie powiedziałem, że masz go prowadzić.
Wbiła w niego wzrok. Oznajmił to spokojnym, rzeczowym tonem; wiedziała, że mówi poważnie.
- Wiesz, gdzie jest mój brat?
- Wiem. Z nami.
- Czy wie o ojcu?
- Wie.
- Pozwolisz mu zejść z tej góry?
- Może zejść z góry, kiedy tylko będzie miał na to ochotę. Nie jestem jego stróżem.
- Czyżby?
- No, poważnie.
Pochyliła się, sięgnęła do stacyjki, uruchomiła silnik i przez chwilę siedziała z rękami na kierownicy. Chromowana trzydziestka ósemka wciąż leżała na desce i wibrowała do wtóru pracy silnika.
- Gdzie się wybierasz?
- Jadę po brata.
Stał i przyglądał się jej.
- Słuchaj - powiedział. - Jesteś mądrą dziewczyną.
Znienawidziła go za sam protekcjonalny sposób, w jaki to powiedział.
Zrobił niewielki krok naprzód, a ona przesunęła dłoń w górę kierownicy i ponownie spojrzała na rewolwer. Przyglądał się jej, zerknął w stronę, w którą przesunęła rękę, i powiedział, że to wszystko niepotrzebnie, że powinna zawrócić i zjechać z góry, zanim stanie się coś, czego nie będzie już można cofnąć.
Kiedy odjechała, wciąż tam stał. Obserwowała go w lusterku wstecznym. Tkwił na poboczu i spoglądał za nią. Potem wyciągnął przedmiot schowany wcześniej pod koszulą i uniósł go do ust. Krótkofalówka. Zrozumiała, że cokolwiek teraz mówił, zapewne dotyczyło jej i nie było to raczej nic dobrego.
Po przejechaniu kolejnej mili Mary May zabrała rewolwer z deski rozdzielczej i położyła pod udem, po czym przycisnęła broń mocno do siedzenia, żeby nie wypadła na podłogę podczas pokonywania kolejnych zakrętów drogi na szczyt góry. Na każdym łuku spoglądała w lusterko, w jakiejś mierze spodziewając się ujrzeć jadącego za nią Johna.
Kiedy pokonała kolejny skręt, jej oczom ukazały się dwie kościelne półciężarówki stojące w poprzek drogi. Przy nich stała czwórka mężczyzn. Unieśli wzrok na nadjeżdżającą Mary May i czekali. Każdy coś trzymał. Z tej odległości mogła się tylko domyślać, że to karabiny, a może nawet broń maszynowa. Zatrzymała się i wyjęła spod uda rewolwer, po czym otworzyła bębenek i przyjrzała się nabojom. Nie wiedziała, co zrobić, i była już gotowa zawrócić. Jednak czuła, że tego nie zrobi; że poddanie się teraz byłoby równoznaczne z porzuceniem brata i wszystkiego, co dla niej kiedykolwiek znaczył; wszystkiego, co zostało z jej rodziny i o uratowanie czego tak zaciekle walczył ojciec.
Spojrzała na czwórkę mężczyzn - ci patrzyli wprost na nią - po czym przestawiła bieg na wsteczny, przełożyła rękę przez oparcie fotela i nadepnęła z całej siły na pedał gazu. Koła zawirowały i ruszyła do tyłu, myślami będąc już przy niewielkiej żwirowej szosie, którą widziała po drodze i która prowadziła w stronę szczytu góry. Kiedy minęła ostatni zakręt, tuż przed wylotem tej bocznej trasy, dostrzegła jadącego w stronę szczytu Johna.
W jednej chwili wspomniała ojca. Jak go znaleźli przewieszonego przez kierownicę jego dużej półciężarówki z potłuczoną przednią szybą, z powgniataną i powyginaną karoserią. Nie było żadnych świadków ani jakiejkolwiek widocznej przyczyny wypadku. Jedno było pewne: był martwy, a wcześniej wyruszył na górę, tak jak ona teraz, chcąc sprowadzić do domu jej brata. Następnie przypomniała sobie słowa Johna, to, co miał na myśli, i już wiedziała ponad wszelką wątpliwość, że ojciec nie zginął w zwykłym wypadku.
Mary May nie zwolniła, wręcz przeciwnie, wdepnęła gaz do dechy. Silnik zawył. Gdy tylko dostrzegła odchodzącą w bok żwirową drogę, skręciła energicznie w lewo i zjechała z asfaltu. Teraz jechała tyłem w górę zbocza, a wyrzucany w powietrze przez opony żwir uderzał ze stukiem w nadkola. Gdy spojrzała przez przednią szybę, dostrzegła przez ciągnącą się za nią chmurę kurzu Johna, który jechał jej śladem.
Przeniosła wzrok z powrotem na lusterko wsteczne, po czym ponownie zarzuciła rękę na oparcie kanapy, nie zdejmując nogi z gazu. Wkrótce pozostałe dwie półciężarówki, te kościelne, zjechały z drogi i podążyły za nią i Johnem.
Mary May roztrząsała całą tę sytuację w myślach, podczas gdy samochód pędził po żwirze, silnik wył, a prędkościomierz wskazywał czterdzieści mil na godzinę. Na wąskiej leśnej drodze niełatwo było zawrócić, trzymała więc nogę cały czas na pedale gazu, rękę przerzuconą przez oparcie kanapy, a wzrok utkwiła w drodze. Żwirowa nawierzchnia już się skończyła; teraz jechała po błotnistej drodze gruntowej, którą otaczał z obu stron gęsty górski las. Pędziła niestrudzenie na wstecznym, rozchlapując wodę z kałuż i wyrzucając wzwyż bryły błotnistej ziemi, która lądowała na jej tylnej szybie. Po pokonaniu głębokiej kałuży paka samochodu podskoczyła niczym kadłub łodzi przecinającej błotniste fale. Coraz brudniejsza tylna szyba ograniczała widoczność.
Kiedy uderzyła w coś leżącego na drodze - jakiś kamień albo gałąź - wciąż miała na liczniku czterdzieści mil na godzinę. Półciężarówkę obróciło w poprzek drogi. Mary May depnęła na hamulec i skręciła, żeby wyprostować samochód, kiedy jedno z kół ponownie w coś uderzyło. Pikap uniósł się w powietrze, po czym uderzył z całą siłą w rosnące obok drogi drzewa.
Tydzień wcześniej...
To był duży niedźwiedź grizzly, który przyszedł z Kanady.
Huk gromu obudził Willa Boyda - wstał, wyszedł w noc i spojrzał ku północy, gdzie zarys Gór Skalistych przypominał sylwetki okrytych cieniem strażników. Odcinały się na tle szarych chmur rozświetlonych blaskiem księżyca. Szalała burza. Mężczyzna przez cały dzień podczas pracy czuł, jak przybiera na sile. Powietrze stawało się coraz bardziej duszne i wilgotne, aż w końcu przyszedł deszcz i przyniósł orzeźwienie, niebo zaś rozświetlało się i rozszczepiało niczym lód na jeziorze, skruszony przez wzbierającą pod spodem wodę.
Sześć czy siedem mil dalej, na zboczu góry, Will widział już pierwsze zasłony deszczu popychane przez wiatr. Stał przed swoim domem na wzgórzu i przyglądał się nawałnicy. Wszędzie wokół rósł las: sosny wydmowe i świerki kanadyjskie. Błyskawice rozświetlały porośniętą strzęplicą łąkę, która rozciągała się między przedgórzem a skrajem lasu.
W ciągu ostatnich kilkunastu lat wielokrotnie ją przemierzał. Wiedział, jak wygląda w pełni wiosny, pokryta fioletowymi dzwonkami i niebieskim kwieciem lnu. Latem zaś łąka stawała się złociście zielona, by potem zbrązowieć na jesień, a jeszcze później znikała na sześć miesięcy pod białym kobiercem. Chodził tamtędy w najgorsze mrozy i smrodliwym latem. Opuszczał otrzymaną chatę i z dwoma plastikowymi wiadrami na wodę przemierzał ziemię, nad którą opiekę powierzył mu kościół. Często widywał łosie i jelenie, czasem dostrzegał krążącego wysoko nad głową jastrzębia lub orła.
Teraz stał tu, wysoko nad tą łąką, zawinięty w ten sam wełniany koc, pod którym wcześniej spał, i przyglądał się odległej ulewie, gnanej od grani do grani przez wiatr sprawiający wrażenie czegoś widzialnego i namacalnego. Ze snu wyrwał go już pierwszy pomruk burzy. Tkwił pod granatowym nocnym niebem i czekał, przyglądając się odległej górze. Po chwili pojawiła się błyskawica, a wkrótce po niej dudnienie gromu. Okoliczne wzgórza i góry ponownie zalało elektryczne, biało-błękitne światło. Will otulił się szczelniej kocem i zrobił kilka kroków naprzód, wpatrzony w blaknącą poświatę, stopniowo przywykając ponownie do mroku. Zapłonęła kolejna błyskawica, tym razem rozgałęziona. Kiedy zamknął oczy, wciąż, w ciemności, widział ją pod powiekami.
Najpierw dostrzegł jelenia, dojrzałego byka, któremu właśnie zaczynały rosnąć tegoroczne rogi. Kiedy uderzył kolejny piorun, Will Boyd był już w połowie drogi przez łąkę. Uchwycone w ruchu zwierzę zastygło w blasku błyskawicy z wyciągniętą jedną z przednich nóg i potężnymi kończynami zadnimi w połowie skoku. Zdawało się unosić w powietrzu. Gdy po chwili niebo na powrót pociemniało, jeleń zniknął. Huknął grom. Burza była coraz bliżej, a odległe garby pogórza zaczynały znikać w strugach deszczu.
Will zrobił jeszcze kilka kroków między kępami strzęplicy i turzycy, wypatrując w mroku jelenia, ale ten zdążył już umknąć z łąki, pierzchnął, jakby przed czymś uciekał.
Wtedy pojawił się niedźwiedź. Pokryta szczelnie futrem góra mięśni, przemierzająca mrok gęstniejący przed burzą. Zwierz pędził po łące z uszami położonymi płasko na łbie. Wysoko na niebie rozjarzyła się kolejna błyskawica i oświetliła niedźwiedzia, który wyglądał jak eksponat znajdujący się w głębi jakiejś rozległej muzealnej sali - wielki i groźny.
Kiedy blask na niebie pociemniał i nadszedł huk gromu, zwierz wciąż stał na łące. Zatrzymał się w pół drogi. Spadły pierwsze krople opadów przyniesionych wiatrem poprzedzającym burzę. Niedźwiedź zdawał się badać powietrze; uniósł pysk w stronę odległych drzew i nadciągającej zasłony deszczu. Kiedy stanął na zadnich nogach i obrócił się w stronę gór, Will nie mógł uwierzyć własnym oczom, taki był wielki; niczym jakaś prastara istota, pół człowiek, pół bestia, która mogła władać ludzkością w dawnych czasach.
Wyprostowane zwierzę tkwiło tak, wsparte na zadnich nogach, przodem do nadciągającego frontu burzowego, a zasłona deszczu oderwała się od drzew i zaczęła sunąć zwartą ścianą przez łąkę. Woda lała się z nieba tak gęsto, że wszystko za nią - góry, przedgórze, las - znikało bez śladu. Kiedy ulewa dotarła do niedźwiedzia, wyglądało to tak, jakby go nigdy tam nie było. Will stał jeszcze przez chwilę, przyglądając się strugom deszczu nacierającym ku niemu po zboczu wzgórza, w końcu ogarnęły wszystko wokół. Tylko wiatr, woda i gałęzie trzaskające dwadzieścia, trzydzieści stóp nad nim. Nie widać już było łąki ani lasu. Kiedy koc zaczął nasiąkać wodą, Will zawrócił do swojej małej chatki, otworzył drzwi i wszedł szybko do środka.
Po około godzinie wsłuchiwania się w bębnienie deszczu o cienki blaszany dach i dźwięk drgających pod naporem wiatru okiennych szyb Will otworzył drzwi i wyjrzał w noc. Księżyc wyszedł zza chmur i rozświetlił srebrzyste krople wody, wiszące i spadające ze źdźbeł trawy i sosnowych igieł. Wysoko w górze światła pozycyjne samolotu odrzutowego sunęły po rozgwieżdżonej czerni niczym jakiś przybysz z innego świata.
Na ślady bytności niedźwiedzia Will natrafił dopiero trzy dni później.
***
Najpierw znalazł odcisk wielkiej łapy w błotnistym korycie strumienia, milę na wschód od jego chaty. Przez dłuższy czas wpatrywał się we wgłębienie, po czym uniósł wzrok i przyjrzał się gęstym krzewom porastającym drugi brzeg, niemal nie do przejścia, bo bujnym, obsypanym zielonymi liśćmi.
Podążając śladami zwierzyny, zszedł nad strumień. Aż dotąd nie widział w całej okolicy ani śladu niedźwiedzia. Zazwyczaj trudnił się tropieniem zwierząt i sprawdzaniem zastawionych pułapek, by zapewnić żywność kościołowi. Cały swój czas dzielił między sprawy kościelne a bezludne ostępy. W każdym miesiącu przez trzy tygodnie tropił i polował, po czym jeden tydzień spędzał w Bramach Edenu. Od tamtej burzliwej nocy sprzed trzech dni Will sądził, że jeśli niedźwiedź wciąż jest gdzieś w pobliżu, to natrafi na jakiś jego ślad - strzęp futra, odchody, ślad pazurów na ziemi lub pniu sosny. Ale niczego takiego nie znalazł. Deszcz zmył wszelkie ślady bytności zwierzęcia i mężczyzna uznał, że grizzly zwyczajnie przeniósł się w inną okolicę. Dzisiejsze znalezisko nad strumieniem wszystko zmieniało.
Will miał już sześćdziesiąt dwa lata i przez całe życie nie widział tak wielkiego niedźwiedzia. Teraz zastanawiał się, co go przyciągnęło z północy do doliny. W minionych latach wiele zwierząt odeszło z tego terenu na skutek polowań albo coraz intensywniejszej uprawy roli i wypasania bydła. Will musiał zapuszczać się coraz dalej, żeby coś złapać - jelenia, łosia, indyka, bobra czy zająca.
Szerokie rondo starego zapoconego kapelusza rzucało cień na jego brodatą kwadratową szczękę. Mięśnie pod koszulą wciąż były mocne, zaprawione codzienną wędrówką po okolicznych wzgórzach. Will rozejrzał się po okolicy, zlustrował między innymi las rosnący za krzewami na drugim brzegu strumienia. Przyjrzał się ponownie odciśniętemu w błocie zarysowi łapy. Przyklęknął, czując przenoszący się na grzbiet ciężar plecaka, rozpostarł palce i przyłożył je do odcisku. Drugą dłonią przytrzymał pasek swojego wiernego remingtona, nie chcąc, aby karabin zsunął mu się z ramienia w błoto.
Zagłębienie w błocie było większe od jego dłoni o co najmniej cal w każdym kierunku. Will założył, że najpewniej jest to odcisk prawej przedniej niedźwiedziej łapy. Przy każdym koniuszku jego palca widniała głęboka na kilka cali wklęsłość po pazurze.
Mężczyzna wstał i ruszył wzdłuż koryta w stronę, w którą zwrócony był trop.
Kiedy dotarł do bobrzej tamy, usytuowanej jakieś ćwierć mili w górę strumienia, przyklęknął w ukryciu i przez chwilę obserwował tłuste małe ssaki pływające w powstałym za konstrukcją niby-stawie. Poruszały się drobnymi ruchami, pozostawiając za sobą rozchodzące się na powierzchni wody zmarszczki. Will przyglądał się ich pracy. Zwierzęta powaliły pokaźną osikę, której górna część była zanurzona w wodzie, i w dużej mierze ogołociły ją już z gałęzi.
Na stawie, niekoniecznie równo na jego środku, znajdowało się żeremie. Will wycofał się pięćdziesiąt stóp w las, po czym obszedł siedlisko bobrów szerokim łukiem. Dostrzegł, jak jedno z tych zwierząt wyszło z wody i zębami oraz potężnymi przednimi łapami zaczęło mocować gałąź nad świeżo wykopaną z boku żeremia dziurą. Zobaczył również, że wiele starych kłód nosiło głębokie ślady pazurów niedźwiedzia, który ewidentnie usiłował dostać się do środka.
Podążył dalej wzdłuż niewielkiego strumienia spływającego z gór i meandrującego między wzgórzami, ale nie natrafił już na żaden ślad grizzly. Zastawił sidła na zające, po czym wrócił okrężną drogą, aby sprawdzić te naszykowane poprzedniego dnia. W trzech z sześciu znalazł uwięzioną zdobycz.
Z wyrobioną latami doświadczenia sprawnością skręcił zwierzętom karki. Swoje umiejętności i całą wiedzę zawdzięczał ojcu, który z kolei wszystkiego nauczył się od swego ojca. Po sprawdzeniu i ponownym przygotowaniu wszystkich sideł zaniósł zające do strumienia, gdzie je wypatroszył i przepłukał w chłodnej wodzie. To było jego ulubione miejsce - płaska połać nagiej skały, na której wartka struga rozlewała się szerzej.
Will wielokrotnie się tu kąpał. Najpierw prał ubrania, po czym rozwiesiwszy je do wyschnięcia, pływał nago w długim i głębokim zbiorniku nieopodal. Ręce i twarz miał ogorzałe od wiosennego i letniego słońca, a resztę ciała - poza blizną na piersi, gdzie kiedyś widniał tatuaż - całkowicie bladą, niemal świecącą w czystej lodowcowej cieczy.
Teraz przyklęknął na skraju wody. Przyjrzał się cieniom na drugim brzegu strumienia; jego powierzchni dotykał pstrąg, który szukał unoszących się nad taflą niewielkich skrzydlatych owadów. Co kilka minut ryba wyrzucała ogonem fontannę wody i nurkowała w chłodną głębię, do samego dna, by nacieszyć się swoją zdobyczą. Will przyglądał się temu tańcowi przez dłuższy czas. Dłonie zdążyły mu zdrętwieć od czyszczenia zajęczych trucheł z wnętrzności w zimnej wodzie. Przyjrzał się efektowi swojej pracy i odprowadził wzrokiem resztkę krwi płynącej powolnym nurtem niczym smuga dymu. Strumień rozciągnął posokę w długą wstęgę, która stopniowo zanikała, mieszając się z wodą.
Kiedy ponownie uniósł wzrok, niedźwiedź przyglądał mu się ze skraju lasu rosnącego po drugiej stronie strumienia. Ujrzał zwał mięśni nad barkami i szerokie, potężne przednie łapy zaparte o brzeg strumienia. Zwierzę wpatrywało się w niego. Podłużny pysk i matowe czarne oczy zwróciło w jego stronę, nozdrza miało wilgotne, a sierść pokrytą fragmentami ziemi i trawy z miejsc, gdzie dzisiaj żerowało. Will zamarł w bezruchu. Jego karabin, dwudziestoletni sztucer model Remington 700, leżał pięć stóp od niego razem z plecakiem i pozostałościami sideł. Nie obrócił głowy, aby spojrzeć na niedźwiedzia, tylko pozostał w swojej pozycji: przykucnięty nad wodą, z nożem myśliwskim w dłoni i leżącymi obok na skale wypatroszonymi zającami.
Przyglądał się, jak zwierzę wciąga powietrze, po czym obraca się i rusza wzdłuż przeciwległego brzegu strumienia, w stronę płycizny. Will wyprostował się i zaczął się cofać ku plecakowi i karabinowi, ściskając w rękach zające i nóż. Niedźwiedź obrócił się w jego stronę, stanął na zadnich łapach, ryknął, a następnie znów opadł na cztery nogi. Potem ruszył ponownie i po chwili dotarł do płycizny. Wybadał łapą głębokość wody. Will widział, jak potężne pazury wbijają się w miękki grunt. Zwierzę cofnęło się i kolejny raz stanęło naprzeciw człowieka po drugiej stronie rozlewiska. Od konfrontacji dzieliły ich tylko głębokość wody i niepewność wielkiego grizzly.
Will dotarł do plecaka, podniósł go i powoli wsunął na ramiona. Potem schylił się i podniósł karabin. Niedźwiedź cały czas trwał w bezruchu. Uniósł tylko lekko pysk i ponownie badawczo powęszył. Nawet widok broni zdawał się nie robić na nim wrażenia. Jeszcze raz ryknął i obnażył pożółkłe kły. Z górnej szczęki zwisała ciągnąca się ślina. Paszczę miał tak wielką, że mógłby nią w całości objąć ludzką głowę.
Will pochylił się, nie spuszczając wzroku ze zwierzęcia, wyczyścił ostrze noża o zajęcze futro, po czym wsunął narzędzie do zamocowanej przy pasie pochwy. Potem podszedł na sam brzeg wody, cały czas bacząc na niedźwiedzia, chwycił drugą ręką jedno z trzymanych trucheł i cisnął je na drugi brzeg. Zając poleciał łukiem, wirując w powietrzu, i wylądował w krzakach kilka stóp od niedźwiedzia.
Kiedy zwierz znalazł mięso, mężczyzna już wycofywał się po nagiej skale w stronę krzewów porastających brzeg strumienia. Dopiero kiedy skryły go pierwsze gałęzie, odwrócił się i ruszył w górę, z dala od strumienia. Nie słyszał niczego poza szumem potoku. Nawet kiedy przeszedł już z trzysta stóp i obrócił się, by zlustrować koryto strumienia i okoliczne drzewa, nie dobiegł go żaden inny dźwięk. Przez chwilę wpatrywał się w obraną ścieżkę. Po prawej w oddali rozległ się krzyk dzierzby. Ptak zerwał się do lotu, przemknął między drzewami i wyleciał nad otwartą łąkę.
Will odprowadził ptaka wzrokiem i ruszył szybkim krokiem przez trawę. Tylko raz przystanął na chwilę, by spojrzeć na drzewa porastające brzeg strumienia, i szybko ruszył dalej. Pozwolił sobie na krótki odpoczynek dopiero po dotarciu do swojej chaty, odłożeniu zajęcy, zdjęciu plecaka i wyjściu na punkt obserwacyjny skierowany na północ, w stronę gór.
Wziął ze sobą karabin i lustrował uważnie okolicę. Zebrał pasek w dłoni, otworzył pokrywę lunety, oparł kolbę o bark i przyłożył oko do okularu. Przyjrzał się wnikliwie dalszemu skrajowi lasu, gdzie strumień płynął jeszcze pół mili. Wiatr poruszał czubkami drzew i kładł trawę na łące, jakby wzbudzając fale na rozległym złocistym jeziorze.
W końcu odjął broń od barku i spojrzał już bez lunety na las, wzgórza i odległą górę.
- To, że go nie widzisz, nie znaczy, że go tam nie ma - zwrócił się do siebie.
Will pomyślał o dojrzałym byku, którego widział podczas burzy; o żeremiu i wykopanej w jego boku dziurze. Wiedział, co niedźwiedź tam robił. Wiedział, dlaczego tu przybył.
***
Trzy godziny później, już po zmroku, kiedy wreszcie skończył skórować zające i nacierać mięso solą, wyszedł z piwnicy i spojrzał w górę na odległe migoczące gwiazdy oraz na ubywający księżyc, widoczny za drzewami. Posilił się i wrócił do pracy. Mięso zajęcy - i innych zwierząt złapanych przez niego w sidła lub ustrzelonych w ostatnich tygodniach - odda tym, którym było należne; dla których pracował i którzy w pewien sposób zapewnili mu przyzwoite życie, kiedy sądził, że dla niego przyszedł już koniec.
Oni też sprzedadzą skóry. Większość pieniędzy szła na kościół, ale część oddawali Willowi: środki na zakup drutu do sideł, amunicji do karabinu, masła, mąki i innych rzeczy, których nie mógł pozyskać z lasu. Will był bardzo skrupulatny - zawsze wiedział, co i w jakiej ilości ma, gdzie każda z rzeczy leży, w chacie czy w piwnicy, jakby wszystko było zapisane na kartce, a nie tylko w jego głowie.
Rozejrzał się po niewielkim obozie i domu, nad którym pieczę oddano mu w pierwszych latach działalności Bram Edenu. Na środku rozpalonego wcześniej w celu ugotowania potrawki z sucharami ogniska wciąż jeszcze jarzyło się trochę żaru. Podszedł do paleniska, zdmuchnął z węgli szarą pokrywę popiołu i ułożył na nich świeżą rozpałkę.
Przez godzinę siedział przy ogniu i rozmyślał o niedźwiedziu; o tym, jak łatwo zwierzę mogłoby go zabić. Zastanawiał się, czy gdyby do spotkania doszło w innym miejscu, tak właśnie by się stało.
***
Dwa dni później szedł w dół zbocza przez osikowy zagajnik. Dzień był gorący. Dotarł trawiastym zboczem na południe od grani, po czym przeszedł smagany wiatrem szczyt i przemierzył jeszcze ćwierć mili, zanim dotarł do cienia pierwszych drzew. Zatrzymał się, wsunął kapelusz z powrotem na głowę i otarł rękawem pot z czoła. Przez chwilę stał, uspokajając oddech, i zaraz się rozejrzał. Dostrzegł nieopodal wiatrołom. Podszedł do niego, przysiadł na pniu i ponownie zlustrował okolicę.
W dole, między pniami osik widział złotą połać prerii, a dalej mały potok wijący się płytkim skalistym korytem jak wąż. Słońce miał za plecami. Woda mieniła się w świetlistych promieniach niczym wyszukany brylant na ślubnej obrączce.
Odstawił karabin i wyjął z plecaka metalową manierkę. Odkręcił zakrętkę z plastiku, uniósł szyjkę do ust, po czym pociągnął solidny łyk, zrobił przerwę na oddech, i napił się ponownie. Nalana rano z plastikowych wiader trzymanych w chacie woda smakowała rozpuszczonymi w niej minerałami i trochę kredą. Była wciąż chłodna.
Jakiś dzięcioł pracował gdzieś nieopodal, ale Will nie zdołał go wypatrzyć. Mężczyźnie zdawał się towarzyszyć jedynie terkot dziobu ptaka na pniu drzewa i lekki szum osikowych liści w górze.
Kiedy skończył pić, zakręcił manierkę, włożył ją z powrotem na miejsce, wstał i zarzucił na ramiona paski karabinu oraz plecaka. Uszedł może dziesięć stóp, kiedy dostrzegł niewielkie stado mulaków wychodzących właśnie spomiędzy drzew w dole stoku, wprost na skrawek prerii między lasem a potokiem.
Wśród nich Will dojrzał dużego samca, o którym wiedział, że spłoszy go najmniejszy dźwięk. Mężczyzna nie miał czystego strzału między pniami i obsypanymi zielonymi liśćmi gałęziami. Zaczął więc iść w dół zbocza, bardzo ostrożnie wybierając miejsce na każdy krok. Wiatr wiał w górę od strony prerii, dzięki czemu zwierzęta nie mogły wyczuć jego zapachu, ale słońce miał za plecami, musiał więc uważać, by nie spłoszyć stada swoim cieniem. Wyłonił się spomiędzy drzew nieco dalej i ruszył wzdłuż skraju lasu. Była tam niewielka wychodnia skalna. Will ocenił, że pierwszy samiec jest około trzystu stóp od niego. Zwierzęta sunęły po prerii w stronę strumienia, pogryzając po drodze trawę.
Zaczął wspinać się na wychodnię od drugiej strony, uważnie szukając palcami dłoni i stóp odpowiednich miejsc do postawienia nogi i chwycenia się. Gdy dotarł na szczyt, położył się płasko na brzuchu niczym jakaś jaszczurka wybudzona z długiego snu, a teraz wygrzewająca się w słońcu na nagiej skale. Ostrożnie zdjął karabin z ramienia i położył go wzdłuż ciała, po czym ściągnął kolejno oba paski plecaka i umieścił tobół przed sobą. Przedramieniem zrobił w grubym materiale spodu lekkie wgłębienie i umieścił tam nakładkę lufy.
Jeleń pogryzał właśnie trawę, powoli posuwając się przez prerię za stadem. Will odbezpieczył broń i włożył nabój do komory. Spojrzał przez lunetę, ocenił siłę wiatru i odległość do celu, obliczył w myślach trajektorię pocisku i czekał, aż samiec stanie do niego bokiem.
***
Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.