Wspaniały XVI wiek
Od ?oty zależy los kolonii, od losu kolonii - handel, od handlu - zdolność państwa do utrzymania armii, zwiększenia populacji oraz przeprowadzenia wszelkiego rodzaju chwalebnych i użytecznych przedsięwzięć.
Duc de Choiseul
Prezentyzm vs. historyzm. Długie trwanie jako kategoria eksplikacyjna
Każdy, kto stawia sobie za cel wyjaśnienie jakichkolwiek procesów społecznych, wybrać musi perspektywę czasową, w jakiej operować będzie jego myślenie. Wybór ten ma miejsce zawsze i nie można od niego uciec. Jeśli nie dokona się go świadomie, następuje on "automatycznie"; wyznacza go po prostu temporalny wymiar kategorii schematów pojęciowych wykorzystanych do opisu oraz wyjaśnienia badanych zjawisk.
Podstawowy dylemat to wybór między podejściem prezentystycznym i historycznym?1. We współczesnych badaniach nad zacofaniem dominuje prezentyzm i "płytki historycyzm". Przez ten drugi rozumiem przyjmowanie perspektywy czasowej, która uwzględnia co prawda przeszłość, nie cofa się jednak w historii dalej niż kilka dekad. Przykładem prezentyzmu jest popularny w naukach społecznych, zwłaszcza w krajach anglosaskich, kulturalizm, a więc przekonanie, że o sukcesie bądź porażce rozwojowej decydują normy i wartości wpisane obecnie w kulturę danego społeczeństwa, grupy, kraju lub regionu. Podejście takie to rodzaj pop-weberyzmu, jego zwolennicy często bowiem poszukują inspiracji w klasycznej pracy Maxa Webera Etyka protestancka i duch kapitalizmu?2. To weberyzm w wersji "pop", ponieważ kulturalistom brakuje dociekliwości ich intelektualnego mistrza. W przeciwieństwie do tego, co postulował autor Gospodarki i społeczeństwa, ich dywagacji nie sposób uznać za "socjologię rozumiejącą", ponieważ nie dążą oni w ogóle do zrozumienia sposobu kształtowania się i funkcjonowania norm kulturowych. Zadowalają się raczej prostymi wyjaśnieniami w stylu "w Afryce jest bieda, ponieważ Afrykańczycy deprecjonują pracę i są pozbawieni zdolności do odraczania nagrody"?3. Można się spierać, na ile podobna diagnoza afrykańskiej kultury jest prawdziwa. Nawet jednak jeśli przyjmiemy ją za dobrą monetę (co wątpliwe), nie dowiadujemy się nic o tym, w jaki sposób te normy kulturowe ukształtowały się w społeczeństwach afrykańskich, ani jakie mogłoby być ich uzasadnienie w świecie przeżywanym mieszkańców Afryki. Doskonałym przykładem kulturalistycznego prezentyzmu są prace zawarte w książce Kultura ma znaczenie pod redakcją Lawrence'a Harrisona i Samuela Huntingtona?4 czy też książka Francisa Fukuyamy o zaufaniu, chociaż ten ostatni wykazuje nieco lepsze rozumienie historycznej natury społecznych norm i wartości?5.
Te i podobne analizy nie są całkowicie bezwartościowe. Grzeszą raczej niekompletnością. Oferują czasem dość dobry opis sytuacji problemowej i przynajmniej częściowo słuszne wyjaśnienie, ignorują jednak genealogię, przez co ślizgają się po powierzchni problemu. Coś, co w perspektywie prezentystycznej wydaje się tylko irracjonalną i szkodliwą przypadłością, dopiero w perspektywie historycznej objawia swoją sensowność albo przynajmniej okazuje się uzasadnione (na przykład ze względu na konieczność przystosowania się jednostek i grup do warunków, które panowały w danym kraju czy regionie przez wiele poprzednich dekad lub wieków i utrzymują się na zasadzie społecznej histerezy, nawet jeśli są już dysfunkcjonalne).
Prezentyzmu nie brakuje również w polskich naukach społecznych i debatach publicznych. Jeszcze częściej spotyka się płytki historycyzm. Jego przejawem jest tendencja do obarczania PRL-u winą za wszystkie problemy współczesnej Polski. Ewentualnie wspomina się również o II wojnie światowej i czasami o rozbiorach. Dłuższa perspektywa czasowa, przez co rozumiem perspektywę długiego trwania obejmującą 300-500 lat, jest właściwie we współczesnej polskiej socjologii nieobecna.
Z lepszą sytuacją mamy do czynienia w naukach historycznych, co zresztą zrozumiałe. Tacy polscy historycy, jak Jacek Kochanowicz i Antoni Mączak, kontynuują dociekania rozpoczęte przez starsze pokolenie historyków gospodarczych - Witolda Kulę, Mariana Małowista, Jerzego Topolskiego czy nawet Jana Rutkowskiego - poszukując głębokich, historycznych uwarunkowań obecnego stanu rzeczy. Badania te są jednak niewielką inspiracją dla polskich nauk społecznych. Szkoda, bo osiągnięcia wielu polskich socjologizujących historyków są imponujące. Analizy Kuli czy Małowista wyprzedzają o wiele lat - a nawet dekad - to, co w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych pisali tacy zachodni uczeni jak Braudel lub Wallerstein. Ci ostatni powołują się zresztą na prace i odkrycia polskich historyków.
Rację ma Charles Tilly, gdy pisze, że socjologia uprawiana bez uwzględnienia perspektywy historycznej jest pusta "jak dekoracja w Hollywood"?6. Dlatego zdecydowałem się przyjąć w tej książce punkt widzenia zdecydowanie historyczny. To postawa dobrze ugruntowana w zachodniej humanistyce i myśli społecznej. Jej korzeni szukać można z jednej strony w myśli Hegla, z drugiej w ?lozo?i Nietzschego. Autor Fenomenologii ducha wielokrotnie twierdził, że teraźniejszości nie da się wyjaśnić przez teraźniejszość, ale tylko przez odwołanie do przeszłości. Wytłumaczyć jakieś zjawisko znaczy tyle, co opisać jego historię. W obrębie nietzscheanizmu będzie to przede wszystkim historia dyskursywna, czyli genealogia. Tą ścieżką podąża na przykład Michel Foucault. W swoich książkach poświęconych więzieniu, klinice czy szpitalom psychiatrycznym bierze on pod uwagę nie tylko historyczne przemiany instytucji społecznych, ale również ewolucję towarzyszących im ideologii, uzasadniających ich istnienie i konkretną społeczną formę. W dzisiejszej wersji metoda ta pozbawiona jest najczęściej idealistycznego uniwersalizmu dziewiętnastowiecznej ?lozo?i niemieckiej. Dąży nie tyle do odkrycia powszechnych praw obowiązujących zawsze i wszędzie, co do opisania i wyjaśnienia pewnych konkretnych i specy?cznych stanów rzeczy. W niniejszej książce będzie to próba wyjaśnienia szczególnego habitusu i cywilizacyjnego zacofania Europy Środkowo-Wschodniej, w tym szczególnie Polski.
Stosując historyczną perspektywę opisu i wyjaśniania, przyjmuję jednocześnie perspektywę ?i?n?t?e?r?p?r?e?t?a?t?o?r?a?,? a nie odkrywcy. Nie chodzi mi więc o poszukiwanie nowych danych, które zrewidują obraz jakiejś epoki historycznej, ale o rekon?gurację i reinterpretację faktów, procesów i zjawisk już opisanych w historiogra?i. To jedna z dwóch metod przyjętych i stosowanych w socjologii historycznej. Jej wybitnymi przykładami są prace Roberta J. Holtona, Thedy Skocpol, Immanuela Wallersteina, Giovanniego Arrighiego czy Perry'ego Andersona?7. W Polsce tą samą metodą posługuje się na przykład Krzysztof Brzechczyn w książce Odrębność historyczna Europy Środkowej?8. Inne podejście do uprawiania socjologii historycznej polega na przejęciu warsztatu pracy historyka i samodzielnym poszukiwaniu nowych faktów, na podstawie których buduje się później teorię. Przykładem może być tu książka Charlesa Tilly'ego The Vendée.
Obie strategie mają swoje słabe i silne strony. Mój wybór metody reinterpretacyjnej podyktowany został kilkoma względami. Nie sądzę, aby istota problemu, przed którym staję, domagała się odkrywania nowych faktów. Ważne fakty i zjawiska - jak na przykład silne między XVI a XVIII stuleciem związki polskiej gospodarki z zachodnim kapitalizmem wynikające z handlu zbożem, sarmatyzm, rozbiory, późna i słaba industrializacja Polski, kiepska kondycja polskich miast itp. - są nie tylko odkryte, ale powszechnie znane. Moim celem jest ich reinterpretacja poprzez umieszczenie w dyskursywnej ramie nowych teorii. Bo właściwie, jak przekonuje Tilly, to, co w ogóle odnajduje się, pisząc historię, zależy już od teorii, z którą się szuka?9. Dlatego moje własne badania nie mają tu charakteru analityczno-empirycznego - aby posłużyć typogra?ą rodzajów wiedzy i metod badawczych przedstawioną kiedyś przez Jürgena Habermasa - ale ?h?e?r?m?e?n?e?u?t?y?c?z?n?o?-?k?r?y?t?y?c?z?n?y??10.? Ich cel jest tożsamy z zadaniami, jakie stawia sobie teoria krytyczna: to samozrozumienie prowadzące do emancypacji?11.
Długie trwanie
Wbrew skojarzeniom, jakie budzi marksizująca historia gospodarcza, decyzja o poszukiwaniu historycznych źródeł zacofania nie musi być wcale podyktowana względami ideologicznymi. Doskonałym tego przykładem są badania przeprowadzone w latach siedemdziesiątych XX wieku przez Roberta Putnama. W ramach projektu, który uznać można za tour de force empirycznej socjologii, przebadał on sprawność działania lokalnych struktur władzy w północnych i południowych Włoszech. Na początku lat siedemdziesiątych kraj ten przeszedł gruntowną decentralizację administracji państwowej. We wszystkich dwudziestu regionach powstały lokalne organy władzy wykonawczej, ustawodawczej i sądowniczej. Przekazano im szereg prerogatyw przynależnych wcześniej rządowi w Rzymie. Reformę przeprowadzono jednocześnie w taki sam sposób na terenie całego kraju, powstała więc administracja, która na Południu i na Północy miała identyczną strukturę i sposób funkcjonowania. Jak pokazał Putnam, nie doprowadziło to jednak wcale do zrównania poziomu funkcjonowania władzy i jej skuteczności. Wśród Włochów z Północy panuje przekonanie, że wszystko, co rozciąga się na południe od Rzymu, należy już właściwie do Afryki. Region ten postrzega się jako biedny, zacofany, skorumpowany, zdezorganizowany i zapóźniony zarówno pod względem ekonomicznym, jak i politycznym. Putnam wykazał, że ten stereotyp ma uzasadnienie w danych empirycznych. Decentralizacja nie tylko nie zlikwidowała kontrastu między Północą a Południem kraju, ale nawet go pogłębiła?12.
Zdaniem Putnama przyczyn takiego stanu rzeczy szukać należy w przeszłości sięgającej kilkuset lat. Istnieje wysoka korelacja pomiędzy tradycjami republikańskimi lub autokratycznymi na Półwyspie Apenińskim w okolicach roku 1300 a - odpowiednio - wysoką bądź niską sprawnością przedstawicielskich instytucji politycznych mierzoną współcześnie!?13 Wzory społecznych interakcji - jak na przykład relacje klient-patron czy też stopień społecznego zaufania - które ukształtowały się w okresie dojrzałego średniowiecza na skutek odmiennych losów politycznych Północy i Południa, trwają do dziś. Co ważne z punktu widzenia głównej tezy niniejszej książki, zdaniem Putnama za degrengoladę Południa w dużej mierze odpowiada fakt, że zostało ono podbite i popadło w stan długotrwałej zależności - najpierw od władców francuskich, następnie hiszpańskich. O ile północ Półwyspu Apenińskiego nigdy nie znalazła się na długi czas pod despotyczną władzą scentralizowanej monarchii i rozwijała się, zachowując stosunkowo dużą niezależność, o tyle Południe od XI wieku, kiedy Normanowie podporządkowali sobie te tereny, stało się częścią wielkiego, rządzonego autorytarnie imperium. Na Północy warunki gospodarcze wymusiły określony sposób organizacji społeczno-politycznej, przez co region ten rozwinął się w potężne imperium, którego istnienie nie opierało się jednak na wpływach militarnych, ale na handlu i produkcji?14. Ukształtowała się też tam gęsta sieć księstw i państw-miast z nowoczesnym jak na tamte czasy ustrojem politycznym. Na Południu nic podobnego nie miało miejsca. Na terytoriach należących dzisiaj do jednego państwa włoskiego powstały w ten sposób dwa odmienne sposoby społeczno-politycznej organizacji:
Systemy, które zostały stworzone na Północy i na Południu, były zupełnie inne, zarówno pod względem swojej struktury, jak i swoich konsekwencji. [...] Na Północy feudalne więzy osobistej podległości zostały osłabione, na Południu umocnione. Na Północy ludzie byli obywatelami, na Południu poddanymi. Prawowitą władzą na Północy byli tylko delegowani przez społeczeństwo do publicznych urzędów, odpowiedzialni przed tymi, którzy powierzyli im swoje sprawy. Prawowita władza na Południu była wyłącznie w rękach króla, który (choć mógł powierzać zadania administracyjne urzędnikom i mógł zwiększać przywileje arystokracji) odpowiadał jedynie przed Bogiem. [...] Na Północy najważniejsze społeczne, polityczne, a nawet religijne zależności i podziały były poziome, podczas gdy na Południu pionowe. Współpraca, wzajemna pomoc, zobowiązania obywatelskie, a nawet zaufanie - oczywiście nie uniwersalne, ale wykraczające poza układy rodzinne dalej niż gdziekolwiek w Europie tamtych czasów - były wyróżniającymi cechami Północy. Główną cechą Południa był natomiast narzucony porządek i hierarchia [...]?15.
Putnam podaje dowody na trwałe oddziaływanie tych odległych wydarzeń. Chociaż od zjednoczenia w 1861 roku - a więc od niemal półtora wieku - Włochy stanowią jednolite państwo o zintegrowanej administracji i gospodarce, różnice społeczne i ekonomiczne między regionami północnymi a południowymi uparcie trwają.
Poświęciłem tak wiele miejsca na omówienie badań przeprowadzonych w kontekście kulturowym i historycznym odległym od Europy Środkowo-Wschodniej, ponieważ stanowią one doskonały przykład owocnego zastosowania strategii eksplikacyjnych, którymi mam zamiar posługiwać się w niniejszej książce: długie trwanie, zacofanie wynikające z zależności i odrzucenie perspektywy państwa narodowego na rzecz szerszych analiz systemowych. Jednocześnie tradycja, do której odwołuje się Putnam, uniemożliwia zdyskredytowanie jego teorii przy pomocy mechanizmów typowych dla "paranoi antyrewolucyjnej". Można oczywiście podjąć merytoryczny dialog z jego argumentacją, to jednak wskazane jest w każdej sytuacji. W taki sam sposób powinniśmy podchodzić do wszelkich teorii tłumaczących zacofanie, niezależnie od tego, czy za swojego patrona przyjmują one Maxa Webera czy Karola Marksa. Próba wykluczenia jakichkolwiek teorii tylko i wyłącznie z tego powodu, że odwołują się one do Marksa lub marksizmu, oznacza wyraz ideologicznego zacietrzewienia, dla którego nie powinno być miejsca w rzeczowej dyskusji.
Pojedynczość Europy
Gdyby jeszcze w połowie XV wieku, u schyłku średniowiecza, ktoś chciał powiedzieć, która z wielkich cywilizacji ma szansę zdominować planetę, najpewniej żaden bezstronny i rzetelny obserwator nie wskazałby na Europę. Najbardziej prawdopodobnym kandydatem na przyszłego władcę świata były wtedy Chiny. Pod wieloma względami - przede wszystkim gospodarczymi - wyprzedzały resztę świata. Państwo Środka było światowym liderem w rolnictwie i produkcji proto-przemysłowej. Wydajność pracy jego mieszkańców przekładała się na konkurencyjność, dzięki czemu Chińczycy przodowali w światowym eksporcie kilku istotnych towarów: miedzi, złota, jedwabiu, ceramiki oraz herbaty?16. Doskonała kondycja Chin ujawniała się przede wszystkim w ich zdecydowanie dodatnim bilansie w wymianie handlowej z resztą świata. Zniszczyli go dopiero Anglicy w XIX wieku dzięki wojnom opiumowym.
Jeśli przyjąć za Schumpeterem, że warunkiem i miarą dynamiki rozwojowej jest wynalazczość?17, to także pod tym względem Chińczycy górowali nad resztą świata. Wśród wynalazków, które pojawiły się najpierw w Chinach, znajdziemy tak różnorodne osiągnięcia, jak ruchoma czcionka, papier, maszyna drukarska, ster, kompas, proch, obrotowa młockarnia, mechaniczny siewnik, mosty wiszące, porcelana, świder, metalowy pług, chomąto, taczka czy zapałka?18. Chińczycy przodowali również w takich naukach jak astronomia, matematyka, agronomia i kartogra?a.
Drugim gigantem ówczesnej gospodarki były Indie. Jak pisze Lester Thurow:
W przypadku Indii dominację na rynku światowym zapewniał im przemysł włókienniczy - przede wszystkim bawełniany, a w dalszej kolejności jedwabniczy. Odnosiło się to zwłaszcza do najbardziej wydajnego regionu Indii, Bengalu. Oczywiście konkurencyjność ta była oparta również na "produktywności" rolnej i transportowej oraz handlu. Dziedziny te dostarczały "wkładu" niezbędnego do zaopatrzenia przemysłu w surowce, robotników w pożywienie i do rozbudowy sieci transportu, umożliwiającej handel międzynarodowy?19.
Przewaga Chin i Indii była w tamtym okresie miażdżąca i utrzymała się bardzo długo. Europa dogoniła je pod względem udziału w globalnej gospodarce dopiero na początku wieku XVIII?20, a jeśli wyłączymy z tego handel i weźmiemy pod uwagę udział w globalnej produkcji, Chiny zachowają pozycję światowego lidera aż do początków XIX wieku?21.
Na tle orientalnych potęg Europa - nawet traktowana łącznie, nie mówiąc o poszczególnych państwach - pod koniec średniowiecza przedstawiała się mizernie. Była politycznie rozdrobniona: w 1500 roku w Europie istniało około 500 państw?22. To, co na skutek anachronicznego stosowania pojęć wydaje nam się dzisiaj być od zawsze jednym krajem - jak Anglia, Francja czy Niemcy - tworzyło wtedy mniej lub bardziej luźną sieć księstw, pół-autonomicznych państewek i zależnych od siebie prowincji. Kulturowo i językowo były one równie rozproszone, jak politycznie. Jednoczył je co prawda wielki średniowieczny uniwersalizm religijny - chrześcijaństwo - było to jednak zbyt mało, aby stworzyć zintegrowany organizm gospodarczy i polityczny zdolny konkurować z imperiami takim jak Chiny, które posiadały scentralizowaną władzę oraz sprawną sieć rządowej administracji opartą na potężnej biurokracji. Zwłaszcza, że Europa nie miała czym konkurować. Bardzo długo był to jej zasadniczy problem. Surowców naturalnych, w tym zwłaszcza złota i srebra, było w Europie niewiele. Węgiel lub sól, w które ob?towały niektóre części kontynentu, słabo nadawały się na eksport. Europejskie produkty rolne trudno było eksportować albo z powodu ich małej atrakcyjności, albo małej trwałości, a najczęściej jednego i drugiego. Europejska ziemia nie rodziła niczego, co wzbudziłoby na innych kontynentach zainteresowanie porównywalne do europejskiego zapotrzebowania na pieprz, szafran, cynamon, goździki i inne przyprawy z Dalekiego Wschodu. W podobnej sytuacji znajdowało się europejskie rzemiosło. Nie produkowano w Europie ani wysokiej jakości tkanin, które mogłyby konkurować z dalekowschodnimi jedwabiami, ani wyższej jakości broni czy lepszych niż gdzie indziej dóbr luksusowych. Źródłem tych towarów był przez długie wieki Daleki Wschód. Tam też odpływało europejskie złoto i srebro - w latach 1571-1821, do Chin tra?ało około 50% srebra przywożonego do Europy z obu Ameryk?23.
Z dzisiejszej perspektywy można oczywiście banalnie prosto odpowiedzieć na pytanie, dlaczego na przestrzeni następnych pięciu wieków Europa zdominowała świat. To tu powstał najpierw kapitalizm, a później przemysł. To jednak odpowiedź pozorna, a raczej tylko przesunięcie problemu na inny poziom, zmusza bowiem do zadania pytania, czemu kapitalizm i przemysł powstał właśnie w Europie, a nie gdzie indziej. Wiemy - i co do tego w historiogra?i panuje zgoda - że coś podobnego wydarzyło się w historii świata tylko raz i tylko w jednym miejscu: między XV a XVIII wiekiem w Europie. Chociaż kapitalizm oraz gospodarkę przemysłową z powodzeniem przeszczepiano później w inne miejsca, to ich spontaniczna geneza nigdy i nigdzie się nie powtórzyła. Ta "pojedynczość Europy" (singularity of Europe), aby użyć określenia Perry'ego Andersona, jest od kilku dekad kwestią żywo dyskutowaną w środowisku historyków - gospodarczych, politycznych i społecznych - oraz socjologów historycznych?24.
Druga zagadka, która towarzyszy reorganizacji światowego porządku między XVI a XVIII wiekiem, dotyczy wewnętrznej dynamiki rozwojowej kontynentu europejskiego. Pomimo swojego rozproszenia i rozdrobnienia Europa była aż do XVI wieku przestrzenią względnie homogeniczną i rozwiniętą w miarę równomiernie. A w każdym razie ta Europa, której granicę wschodnią stanowiło wtedy Królestwo Polskie. Niektórzy historycy, jak na przykład Andrzej Wyczański, postawili sobie nawet za punkt honoru udowodnić, że jeszcze w XVI wieku nie możemy mówić o ?ż?a?d?n?e?j? istotnej różnicy między Polską (Koroną) a resztą Europy?25. Jego zdaniem wszelkie rozbieżności w rozwoju i organizacji między Europą Centralną a Zachodnią mieściły się w obrębie normalnej różnorodności kontynentu europejskiego i o ile pod każdym względem - gęstości zaludnienia, poziomu życia, liczby miast, wielkości wojska, produktywności rolnictwa, typów aktywności gospodarczej itp. - znaleźć można państwa od Polski w tamtym okresie odmienne, o tyle zawsze można również wskazać takie, które pod tymi samymi względami były do niej podobne. W odniesieniu do XVI wieku teza taka nie jest może bezdyskusyjna, ale na pewno pozostaje uzasadniona, jednak już wiek XVII przedstawia się zupełnie inaczej. Widzimy wtedy wyraźne pęknięcie Europy na dwie części, których granicą jest Łaba. Pęknięcie to stanowi drugą historyczną zagadkę i temat niekończących się polemik wśród historyków, ekonomistów i socjologów. W kolejnym stuleciu to pęknięcie stanie się już niekwestionowaną różnicą, aby w wieku XIX stać się przepaścią dzielącą dostatek od biedy. Widzimy je również współcześnie, co znaczy, że to ?j?e?d?n?a? ?z? ?n?a?j?s?t?a?r?s?z?y?c?h? ?l?i?n?i?i? ?p?o?d?z?i?a?ł?u? ?n?a? ?k?o?n?t?y?n?e?n?c?i?e? ?e?u?r?o?p?e?j?s?k?i?m?.? W perspektywie długoterminowej okazuje się zdecydowanie bardziej istotna niż odmienności religijne lub polityczne, chociaż w XX wieku te drugie wydawały się wyznaczać główną oś podziału kontynentu.
Te dwie kwestie - rekon?guracja globalnych sfer wpływu między XVI a XVIII wiekiem oraz wyłonienie się wertykalnego rozłamu między Wschodem a Zachodem Europy - są ze sobą powiązane i stanowią przynajmniej korelat (a być może skutek, co jak na razie przedstawić można tylko w charakterze hipotezy) zjawiska, które jest główną siłą kształtującą nowoczesny świat: rozwoju kapitalizmu. Aby zrozumieć obecną kondycję Europy Środkowo-Wschodniej, musimy cofnąć się do momentu źródłowego, kiedy zaczyna ujawniać się jej kulturowa, gospodarcza i społeczna specy?ka, czyli do XVI wieku.
Przewagi Europy
Chociaż Europa jako kontynent aż do XVI wieku wypada nienajlepiej w porównaniu ze światowymi potęgami cywilizacyjnymi takimi jak Chiny czy Indie, jednak przynajmniej od początków średniowiecza cechowała się pewną wyjątkowością. Przez długi czas nie dawało to, co prawda, przewagi w konkurencji z resztą świata, ale ostatecznie miało okazać się kluczowe dla kształtowania się globalnego balansu sił od XVI wieku do współczesności. O wyjątkowości tej zdecydowało kilka specy?cznych dla Europy zjawisk - geogra?cznych, technologicznych, politycznych, społecznych i kulturowych - których kombinacja ustaliła się w sposób całkowicie przygodny. Jednocześnie każda niemalże przewaga Europy jako kontynentu nad resztą świata ?b?y?ł?a? ?p?r?z?e?w?a?g?ą? ?j?e?j? ?z?a?c?h?o?d?n?i?e?j? ?c?z?ę?ś?c?i? ?n?a?d? ?p?o?z?o?s?t?a?ł?y?m?i?.? Pozwala to wytłumaczyć w spójny sposób zarówno globalną kon?gurację rozwoju i zacofania, która zaczęła rysować się na świecie począwszy od XVI wieku, jak i wewnętrzne pęknięcie Europy upodabniające jej peryferyjne, środkowo-wschodnie rejony do globalnych peryferii kolonialnych, zwanych w innej terminologii Trzecim Światem.
Żegluga
Pod względem jednej umiejętności Europa zawsze należała do czołówki światowego rozwoju cywilizacyjnego: żeglugi morskiej. Doskonale opanowało ją wiele cywilizacji basenu Morza Śródziemnego, dla których stało się ono morzem "śródpaństwowym". Od zamierzchłej przeszłości jego wybrzeża poddawano kolonizacjom we wszystkich kierunkach geogra?cznych, a niektóre cywilizacje - jak na przykład Grecy - na żegludze i kolonizacji zbudowały w ogóle swoją pozycję. Wybitnymi żeglarzami byli Fenicjanie, a później ich spadkobiercy - Kartagińczycy. Żeglowali starożytni Grecy od czasów kultury Mykeńskiej przez okres klasyczny aż po epokę hellenistyczną. Żeglowali Egipcjanie, Rzymianie i Bizantyjczycy. Począwszy od XII-XIII wieku żegluga zaczyna odgrywać istotną rolę w handlu średniowiecznej Europy.
Podobnie działo się na północy kontynentu. W zbiorach Muzeum Narodowego w Szczecinie znajdują się eksponaty świadczące o tym, że na Bałtyku żeglowano już w VIII wieku?26. Wprawni w żegludze byli Celtowie. Z ich języka pochodzi nazwa "galeon", oznaczająca "statek wojenny". Żeglugę uprawiali wszyscy późniejsi mieszkańcy wysp brytyjskich. Wybitnymi żeglarzami byli wikingowie. W okresie średniego i późnego średniowiecza żegluga stała się kluczowym elementem w gospodarce dzisiejszego Beneluxu, północnych Niemiec i Francji.
Północ i południe Europy rozwinęły nieco różne techniki i kultury żeglugi. Realia geogra?czne i klimatyczne zmusiły ich mieszkańców do żeglowania po odmiennych wodach i różnice te znajdują odzwierciedlenie w odmiennej budowie statków. Okręty używane na północy wywodziły się od łodzi wikingów. Były długie i smukłe z symetrycznym ożaglowaniem typu rejowego. Nadawały się do dalekich podróży morskich; wikingowie dotarli na nich do Ameryki Północnej. Można było natomiast przewozić na nich stosunkowo mały ładunek. Z czasem uległy niewielkiej rozbudowie - najpierw dodano im nadbudowy na przodzie i tyle (zwane kasztelami), następnie zaś rozbudowano część rufową. Tak powstała koga, która była na Bałtyku podstawowym statkiem Hanzy. Używano jej jeszcze w XVI wieku.
Łodzie żeglujące po Morzu Śródziemnym miały inną konstrukcję. Były krótsze, ale szersze i przez to bardziej obłe. Miały też inne, asymetryczne ożaglowanie (zwane do dzisiaj łacińskim): do rejki, mocowanej u szczytu masztu oraz na dziobie, zapinano trójkątny żagiel. Konstrukcja taka wymagała bardziej skomplikowanego olinowania, pozwalała jednak halsować pod wiatr (tzw. lawirowanie), co na spokojniejszych wodach Morza Śródziemnego dawało przewagę nad teoretycznie szybszymi statkami typu północnego. Z czasem pojawiły się większe, dwumasztowe łodzie z niewielkimi kasztelami.
Od końca XIII wieku nasilała się ekspansja Genui w kierunku północnej Europy, przez co doszło do zderzenia kultur żeglugi Morza Śródziemnego i mórz północnych. W okolicach roku 1350 pojawiły się pierwsze przykłady fuzji obu stylów budowy statków. W ten sposób powstały dwa okręty, dzięki którym między XV a XVII wiekiem możliwa stała się podróż oceaniczna, a wraz z nią kolonizacja zamorskich terytoriów: karaka i karawela.
Konstrukcja obu łodzi łączy elementy północne i śródziemnomorskie, zarówno jeśli chodzi o ożaglowanie (kombinacja systemu rejowego i łacińskiego, z których pierwszy zapewniał moc, a drugi sterowność i możliwość lepszego halsowania), jak i konstrukcję kaszteli oraz samą budowę poszycia. Karaka była większa, miała przeważnie wyporność między 80 a 250 ton i zabierała na pokład nawet 200 osób. Karakami były 4 spośród 5 statków, którymi w 1519 roku Magellan wypłynął w podróż dookoła świata. Piąty - Trynidad - był karawelą. Łódź taka miała mniejszą maksymalną wyporność niż karaka (przeważnie około 100-200 ton) i mogła zabrać na pokład załogę liczącą około 50 osób. Dwa statki, które wykorzystał Kolumb w czasie swojej pierwszej podróży - Pinta i Ni?a - były karawelami. Trzeci, Santa Maria - karaką.
Pod koniec średniowiecza europejska ?ota była już imponująca?27. Bez osiągnięć w sztuce budowy okrętów i w prowadzeniu morskich podróży żadne z mocarstw kolonialnych, które zaczynają pojawiać się w Europie począwszy od XV wieku, nigdy nie miałoby najmniejszych szans na powstanie i utrzymanie się. Pokazuje to dobitnie przykład Holandii, która w okresie swej największej potęgi posiadała ?otę tej wielkości, co wszystkie inne ?oty europejskie w sumie?28. Jakkolwiek osądzimy przedsięwzięcie kolonialne, przyznać trzeba, że Europa doskonale wykorzystała tę jedną niewątpliwą przewagę, jaką posiadała nad swoimi globalnymi rywalami - umiejętność żeglugi.
Rola, jaką odegrał kolonializm zarówno w gospodarczym rozwoju Europy, jak i w kształtowaniu jej kultury, pozostaje niemożliwa do zanegowania. Edward Said w książce Kultura i imperializm pokazuje, w jak wielkim stopniu zestaw wartości, norm i procedur wbudowany w kolonializm ukształtował kulturę zachodnich społeczeństw, poczynając od mentalności zdobywców i władców świata, niosących cywilizację dzikim i prymitywnym mieszkańcom krajów egzotycznych, aż po same struktury narracyjne i konstrukcyjne europejskiej sztuki, co Said w błyskotliwy sposób ilustruje przykładami dziewiętnastowiecznych powieści (np. Jane Austen czy Josepha Conrada) i oper (jak Aida Verdiego)?29.
Giovanni Arrighi, opierając się na kalkulacjach Johna Maynarda Keynesa oraz Johna Knappa, rekonstruuje historyczne znaczenie zysków ?nansowych płynących z jednego tylko przedsięwzięcia kolonialno-łupieżczego, a mianowicie wyprawy Francisa Drake'a dookoła świata w latach 1577-1580:
Zyski z łupu przywiezionego na statku Golden Hind (około 600 tys. funtów) pozwoliły Królowej Elżbiecie na spłatę wszystkich długów zagranicznych oraz na zainwestowanie 42 tys. funtów w Kompanię Lewantyńską. Kapitał początkowy Kompanii Wschodnioindyjskiej pochodził w dużej mierze z zysków Kompanii Lewantyńskiej. Kompania Wschodnioindyjska dostarczyła z kolei zysków, stanowiących w XVII i XVIII wieku podstawę angielskiego handlu zagranicznego. Jeśli, jak sugeruje Keynes, przyjmiemy średnią stopę zwrotu z tego kapitału na wysokości 6,5% rocznie, 42 tysiące funtów zainwestowane w 1580 roku odpowiadało w 1700 roku całej wartości kapitału Kompanii Wschodnioindyjskiej, Królewskiej Kompanii Afrykańskiej oraz Kompanii Zatoki Hudson i w 1913 roku niemal 4 miliardy funtów, które stanowiły całość brytyjskich inwestycji zagranicznych?30.
Chociaż kolonialnymi potęgami stały się tylko niektóre kraje zachodu i południa Europy, korzyści z handlu kolonialnego rozprzestrzeniały się po całym kontynencie jak ciecz w systemie naczyń połączonych. Działo się to dzięki ogólnoeuropejskiej wymianie handlowej oraz obiegowi ?nansowemu, który zaczął kształtować się w XV wieku. Gigantyczne ilości srebra i złota z zamorskich kolonii Hiszpanie roztrwonili na imperialne wojny i ostentacyjną konsumpcję. Za to właśnie złoto Habsburgowie próbowali w XVI wieku zbudować paneuropejskie imperium, co zakończyło się jednak porażką. Obsługą zaplecza ?nansowego tych wszystkich przedsięwzięć zajmowali się nie sami Hiszpanie, ale obcy kupcy i bankierzy - na początku głównie Włosi (w większości z Genui), mieszkający w Sewilli, później niemiecka rodzina Fuggerów, która zeszła ze sceny historii razem z imperialnymi ambicjami hiszpańskich władców w paroksyzmach trzech kolejnych bankructw Habsburgów: w 1557, 1575 i 1607 roku. Wydarzenie to miało gospodarcze reperkusje dla całej Europy, również dla Polski. Upadek Habsburgów znacznie osłabił pozycję miast w południowej Polsce, w tym zwłaszcza Krakowa związanego handlowo z terenami kontrolowanymi przez tę arystokratyczną rodzinę. Immanuel Wallerstein twierdzi, że to wydarzenie stało się jedną z pośrednich przyczyn upadku mieszczaństwa, które kryzysy z lat 1557-1607 roku znacznie osłabiły. Ponieważ polska szlachta zorganizowała gospodarczą bazę swojej egzystencji - czyli gospodarkę folwarczno-pańszczyźnianą - w sposób wymagający niewielkich nakładów pieniężnych, o wiele słabiej odczuła skutki kryzysu?31. Jej pozycja uległa więc relatywnemu wzmocnieniu, co wywarło wpływ na ewolucję polskiego ustroju społecznego, politycznego i gospodarczego.
Pożytki z braku uprzywilejowania
Widać, jak dobrze działa tu schemat Braudela, który tłumaczyć ma historyczne wyłonienie się kapitalizmu: statki stanowią podbudowę ?k?u?l?t?u?r?y? ?m?a?t?e?r?i?a?l?n?e?j?,? to fundament, na którym skonstruować można przedsięwzięcie kolonialne, powołując do życia poprzez handel dynamiczną ?g?o?s?p?o?d?a?r?k?ę? ?r?y?n?k?o?w?ą? o naprawdę globalnym zasięgu. To właśnie machina, z której w XVI wieku wyskakuje deus nowoczesnego świata: ?k?a?p?i?t?a?l?i?z?m?.? Maszyna ta nie działałaby jednak, gdyby nie było w niej pary: ciśnienia motywującego mieszkańców Europy Zachodniej do ulepszania statków i ryzykownego wyruszania w nieznane. Samo pojawienie się technologii wcale nie gwarantowało kompleksowej zmiany społecznej. Ilustruje to przykład Chin. Tak jak w innych dziedzinach, Chińczycy w okresie średniowiecza technologicznie wyprzedzali Europę. W XI wieku posiadali już busolę. Wiemy też, że w XIV wieku ich statki były większe i lepiej zbudowane niż europejskie?32. Mniej więcej w tym samym czasie, co Europa, Chiny podjęły próbę zakrojonych na szeroką skalę morskich eksploracji. W latach 1405-1433 dyplomata i marynarz Zheng He odbył 7 podróży po morzach Azji Południowo-Wschodniej, Południowej i Wschodniej Afryki. Dotarł między innymi na Sumatrę, Sri Lankę, w okolice dzisiejszej Kenii i na Półwysep Arabski?33. Wielkie wrażenie robią również rozmiary statków, którymi dysponował. Jak szacują dzisiaj historycy i archeolodzy, największy z nich miał około 120 metrów długości i 50 szerokości. Dla porównania, statki Kolumba miały między 15 a 20 metrów długości.
Ekspedycje Zheng He okazały się pod każdym względem sukcesem. Pomimo tego eksploracje morskie zostały właściwie całkowicie porzucone i Chińczycy odwrócili się od morza. Decyzja ta miała przynajmniej dwa powody. Pierwszy może wydawać się kuriozalny, był jednak istotny: konfucjańscy biurokraci sterujący imperialną administracją pałali wyjątkową niechęcią do eunuchów i dlatego sukcesy eunucha Zheng He nie były im w smak. Zrobili, co tylko w ich mocy, aby jego przedsięwzięcie nie znalazło kontynuatorów. Drugi powód porzucenia morskich ekspedycji wpisuje się w strukturalną logikę chińskiego projektu imperialnego: Chińczycy prowadzili nieustanne walki z plemionami mongolskimi i innymi nomadami napierającymi na ich terytoria od północnego-wschodu. W połowie XV wieku cesarz Zhengtong zdecydował, że zamiast corocznych ekspedycji wojennych przeciw najeźdźcom Chiny powinny rozbudować Wielki Mur, który pozwoli się od nich odgrodzić (dobudowana w tym okresie północna część nosi nazwę Liaodong pochodzącą od półwyspu, na którym się znajduje). Przez cały ten okres sprawy interioru absorbowały Chińczyków znacznie bardziej niż ewentualne ekspedycje morskie i zgodnie z takimi priorytetami konstruowana była - zapewne słusznie - ogólna polityka Chin, w której problemy granic i wojen lądowych zawsze brały górę nad orientacją w kierunku morza?34.
Europa była pod względem geogra?cznym w radykalnie odmiennej sytuacji niż Chiny - jedyną możliwość w miarę łatwej ekspansji lądowej miały w niej właściwie tylko Polska i Litwa?35 i możliwość tę skrupulatnie wykorzystywały, co stało się też jedną z przyczyn ich upadku. Inne kierunki ekspansji terytorialnej - Afryka po drugiej stronie Gibraltaru, Azja Mniejsza, północne rubieże Euroazji - były w późnym średniowieczu dla państw zachodnioeuropejskich albo zamknięte, albo mało opłacalne, albo jedno i drugie. Pozostał jeden kierunek poszukiwań - morze. I to też wybrały państwa zachodniej Europy, korzystając ze sztuki żeglowania, w której wprawiali się od niepamiętnej przeszłości mieszkańcy południa i północy Europy.
Europa miała też istotne powody, aby poszukiwać możliwości ekspansji, a mianowicie słabości i de?cyty w wielu ważnych dziedzinach życia gospodarczego, a głównie w zaopatrzeniu w kruszce, towary luksusowe i przyprawy. Problemu tego nie mieli w zasadzie Chińczycy, a jeśli mieli, załatwiali go handlem krótkodystansowym albo wręcz wymianą przygraniczną. W podobnej sytuacji znajdowały się wtedy Indie. Oczywiście, problem braku surowców i kruszców nękał zapewne niejedną cywilizację i kulturę istniejącą wtedy na Ziemi, ale jedynie Europejczycy znaleźli się pod koniec średniowiecza w sytuacji, kiedy nie tylko bardzo ich potrzebowali, ale mogli poszukiwać ich w dowolnym niemalże miejscu planety.
Kapitalizm, czyli nowy reżim produkcji pieniądza
Mała ilość kruszców w Europie miała też inną ciekawą konsekwencję. Wraz z rozwojem gospodarki rosło zapotrzebowanie na pieniądz, którego rolę w czasach średniowiecza spełniało złoto, srebro lub jakieś jego stopy. Pieniądz, jako uniwersalne medium wymiany, był smarem, bez którego europejska gospodarka nie mogła sprawnie działać niezależnie do swoich mocy produkcyjnych, popytu i innych wskaźników makroekonomicznych. Czy też, mówiąc w bardziej poetycki sposób, pieniądz był językiem, niezbędnym do prowadzenia gospodarczej rozmowy. Jeśli w jego słowniku nie ma wystarczającej ilości słów, jakakolwiek wyra?nowana konwersacja staje się niemożliwa. O ile nowoczesne kryzysy gospodarcze są głównie kryzysami popytu, który nie nadąża za podażą (moce produkcyjne społeczeństwa nie mogą być w pełni wykorzystane, m.in. dlatego, że nie ma w nim mocy konsumpcyjnych, na przykład ze względu na niepełne zatrudnienie), o tyle w czasach wcześniejszych kryzysy były wywoływane albo przez spadek poniżej pewnej krytycznej granicy możliwości produkcyjnych, w tym przede wszystkim wydajności rolnictwa (kryzys podaży wywołany na przykład przez klęski nieurodzaju lub zarazy dziesiątkujące ludność i obniżające przez to możliwości produkcyjne społeczeństwa), albo przez niedobór pieniądza?36. Na ten drugi problem Europejczycy znaleźli lekarstwo, które Braudel wiąże ściśle z powstaniem kapitalizmu, a mianowicie stworzenie nowych rodzajów pieniądza: skryptów dłużnych w najróżniejszej postaci, najbardziej popularny i najstarszy z nich to weksel. Z tego punktu widzenia istotą kapitalizmu nie jest wcale produkcja zorientowana na wymianę rynkową. Nie jest on przede wszystkim systemem, w którym praca staje się sama towarem, ale porządkiem gospodarczym, w którym skrypt dłużny pełni rolę pieniądza, przez co samo wykonanie pracy - jakiejkolwiek: produkcyjnej, handlowej, usługowej - jest równoznaczne ze stworzeniem pieniądza, czyli medium, w którym wartość tej pracy może znaleźć wyraz. Dopiero epoka nowoczesna po odrzuceniu przesądów dotyczących lichwy doprowadziła ten mechanizm do perfekcji. Odkryła mianowicie, że zabezpieczeniem skryptu dłużnego nie musi być żadna istniejąca realnie i aktualnie wartość (czyjś majątek, pieniądze lub towar) ani nawet nie zaufanie pokładane w danej jednostce, ale rodzaj fantazmatu a rebours: czas przyszły dłużnika. Podpisując skrypt dłużny, zobowiązuje się on, że wykona pewien scenariusz (wygeneruje określoną ilość bogactwa, które tra? do kredytodawcy), dzięki czemu może spełnić swoje pragnienie natychmiast, a nie dopiero wtedy, gdy ów scenariusz się zrealizuje. Najstarszym zachowanym dokumentem z historii kapitalizmu jest więc podpisany przez niejakiego Bouromeo de Bouromei 9 marca 1325 roku w Mediolanie i opiewający na 45 funtów weksel o następującej treści: Pagate per questaprima litera (lettera) a di IX Ottobre a Luca do Goro, Lib. XLV. Sono per la valuta qui da Marco Reno, al tempo il pagate e poncte a mio conto e R. che Christo vi guarde?37.
Weksel rozwiązuje jeden z podstawowych problemów działalności handlowej (a więc pośrednio również produkcyjnej, ponieważ każda produkcja musi zostać sprzedana) - problem tzw. drogi powrotnej. Po dostarczeniu towaru do kontrahenta kupiec musi bezpiecznie przewieźć z powrotem uzyskane pieniądze. Transportowanie gotówki wiąże się z ryzykiem, nawet bardziej niż przewożenie towarów. Rozbudowany system międzynarodowej współpracy kupieckiej, jaki powstał w Europie na przełomie XIII i XIV wieku, dzięki instytucji weksla w sprawny sposób rozwiązywał ten problem. Kupcy w dwóch handlujących ze sobą miastach, zamiast płacić sobie w pieniądzu złotym lub srebrnym, wystawiali weksle na siebie nawzajem. Były one potem albo realizowane przez przedstawicielstwo ?rmy kupującego działające w mieście sprzedającego, albo znosiły się nawzajem w rozliczeniu. Rys. 1 przedstawia mapę operacji wekslowych wykonanych przez rodzinę włoskich kupców z Lukki osiadłych w Lyonie. Ich sieć kontaktów dobrze obrazuje rozkład sił w obrębie ?nansowego trójkąta, na bazie którego powstał kapitalizm: Północne Włochy, Hiszpania, Północna Francja i Beneluks (plus Londyn). Symptomatyczny jest również brak na tej mapie jakichkolwiek ośrodków na wschód od Łaby, gdzie weksle pojawiają się z około dwustuletnim opóźnieniem.
Rys. 1. Weksle wystawione przez kupców z rodziny Buonvisich i na nich w latach 1575-1610. Im większe dolne półkole względem górnego, tym większe zyski osiągane w handlu z danym miastem. F. Braudel, Kultura materialna..., t. 2, s. 162, za: F. Bayard, Les Buonvisi, marchands et banquiers de Lyon, 1575-1629, "Annales E.?S.?C., 1971", s. 1242.
W XIV wieku w Pizie, Wenecji, Florencji i Genui zaczęły działać giełdy, gdzie handlowano walutami i ubezpieczeniami, chociaż pierwsza giełda papierów wartościowych w dzisiejszym rozumieniu powstała dopiero w XVII wieku?38. Istnienie tej właśnie giełdy oraz giełdy londyńskiej zagwarantowało ostateczny tryumf pieniądza papierowego. Fakt ten bywa często niedoceniany w socjologicznych analizach zarówno szkoły marksistowskiej, która koncentruje się na produkcji (i częściowo wymianie), jak i weberowskiej, którą interesują głównie kulturowe uwarunkowania rozwoju gospodarczego. Jednak Fernand Braudel twierdzi, że terminowy rynek pieniądza, rozwijający się już od XIII wieku we Włoszech, Niemczech i Holandii, był ?"?c?e?n?t?r?a?l?n?y?m? ?e?l?e?m?e?n?t?e?m? ?e?u?r?o?p?e?j?s?k?i?e?g?o? ?w?z?r?o?s?t?u? ?g?o?s?p?o?d?a?r?c?z?e?g?o?"?39.
Kruszce i pieniądze na nich oparte funkcjonowały jednak jeszcze przez długi czas. Braudel twierdzi, że na przełomie XVI i XVII w Europie Zachodniej ustabilizowały się dwa niezależne obiegi pieniężne: w życiu codziennym waluta oparta na kruszcach, w wielkim biznesie - pieniądz papierowy?40. Pojawienie się weksli stało się momentem przełomowym, ponieważ dzięki nim działalność gospodarcza przestała być ograniczona niedoborami pieniądza naturalnego. Pieniądz generował się samoczynnie w sposób proporcjonalny do wartości - w postaci usług lub towarów - których krążenie musiał obsłużyć. Gospodarka zaczyna sama regulować wytwarzanie smaru niezbędnego dla swojego funkcjonowania. Ten smar nie powstał jednak ex nihilo, co dobrze pokazuje logika funkcjonowania weksli. Powstaje raczej na bazie kapitału, jednak nie kapitału w sensie materialnym, ale jego bardzo szczególnej formy, której właściwa konceptualizacja pojawiła się w naukach społecznych dopiero w drugiej połowie XX wieku: kapitału społecznego - sieci znajomości, kontaktów i zaufania. Jego wysoki poziom akumulacji pozwala przeprowadzić sporą liczbę przedsięwzięć w sposób szybszy i mniej kosztowny, niż miałoby to miejsce w sytuacji jego braku. Jak pokazały badania Roberta Putnama, kapitał społeczny jest produktywny w sensie zarówno ekonomicznym, jak i społecznym oraz politycznym. Tam, gdzie go więcej, lepiej działa gospodarka, ale również lepiej funkcjonują instytucje polityczne oraz organizacje publiczne: szkoły, przedszkola, szpitale, służby komunalne itd.?41
To nie przypadek, że strefą szczególnie wysokiej akumulacji kapitału społecznego jest region, w którym narodził się kapitalizm: północne Włochy. W odniesieniu do nich Braudel - powtarzając tezy stawiane też przez innych historyków - pisze:
Współczesny kapitalizm niczego nie wymyślił. Nawet dzisiaj nie można wynaleźć niczego, co nie miałoby precedensu w pomysłowości którejś z republik włoskich. [...] Weksle, kredyty, bicie monety, banki, terminowe transakcje sprzedaży, ?nanse publiczne, pożyczki, kapitalizm, kolonializm, lecz także niepokoje społeczne, wysoko kwali?kowana siła robocza, walka klas, krzywda społeczna, okrucieństwa polityczne - wszystko to istnieje tu już w zalążku?42.
Balans sił
Jedną z istotnych różnic między Europą, a innymi częściami świata - Chinami, Indiami, ale również np. Bliskim Wchodem - było jej rozdrobnienie i rozproszenie władzy politycznej. W przeciwieństwie do wielkich, scentralizowanych imperiów kontynent europejski stanowił mozaikę formacji społeczno-politycznych: od niezależnych państw-miast, przez niewielkie księstwa, konfederacje, samorządne regiony aż po większe jednostki terytorialne kontrolowane przez centralną monarchię. Żadna struktura polityczna nie podporządkowała jednak sobie na dłuższy czas więcej niż około 10% powierzchni kontynentu. Fakt ten może wydawać się ograniczeniem: wielkie państwa dysponują wielkimi budżetami, wielkimi armiami i przez to powinny mieć większe szanse osiągnięcia dominacji w skali globalnej, zapewniając przez to swoim obywatelom dostatek. Historia pokazała jednak, że struktury polityczne, które podporządkowały sobie gigantyczne obszary świata, były albo stosunkowo niewielkie, albo wręcz mikroskopijne. Francja, Hiszpania czy Anglia to duże kraje europejskie, w skali planety plasują się jednak w grupie państw stosunkowo małych. Portugalia jest zdecydowanie mała, a Holandia - jeden z protagonistów zamorskiej ekspansji Europy - należy do grupy mikrusów.
Powiększanie bazy terytorialnej i budowanie imperium wcale nie musi prowadzić do długoterminowego sukcesu. To nie przypadek, że w nowożytnej Europie z mapy na długi czas zniknęło właśnie państwo, które w pewnym okresie szczyciło się mianem największego w Europie - Rzeczpospolita Obojga Narodów. Paul Kennedy, posługując się obszernym materiałem historiogra?cznym, broni tezy, że główną przyczyną upadku wielu imperiów było nieopanowane dążenie do nieustannej ekspansji terytorialnej?43. Im większe terytorium, tym bardziej absorbujące okazuje się samo utrzymanie nad nim kontroli. W zbyt wielkich państwach działa tzw. reguła Parkinsona: zaczynają one zajmować się tylko i wyłącznie wewnętrznymi problemami, które same generują. Porzucenie zamorskiej ekspansji przez Chiny, które w perspektywie historycznej okazało się porażką w globalnym wyścigu z Europą, wynikało między innymi z tego rodzaju strukturalnych ograniczeń.
Immanuel Wallerstein i Fernand Braudel proponują wprowadzić rozróżnienie, które pozwala uchwycić głębszą istotę problemu. Postulują istnienie dwóch zasadniczo odmiennych struktur: ?i?m?p?e?r?i?u?m?-?ś?w?i?a?t? ?i? ?g?o?s?p?o?d?a?r?k?a?-?ś?w?i?a?t?.? Dystynktywną cechą gospodarki-świata jest to, że jej obieg gospodarczy staje się szerszy niż zasięg jej struktur politycznych. Podczas gdy imperium-świat de?niuje ekspansję w kategoriach politycznych i dąży do podporządkowania swojej władzy jak największego terytorium, państwa znajdujące się w centrach gospodarek-światów maksymalizują wyłącznie zyski płynące z rozbudowy wpływów gospodarczych. Często nie może się to dokonać bez jakiejś formy interwencji politycznych i militarnych, pozostają one jednak tak niewielkie, jak tylko się da. Struktury władzy w obrębie gospodarki-świata nie wyrastają ponad minimum niezbędne do prowadzenia handlu lub relokowania produkcji. Najlepszym tego przykładem była Wielka Brytania, która odniosła największy sukces spośród wszystkich imperiów kolonialnych. Brytyjczycy starali się jak najmniej interweniować w lokalne stosunki społeczne, łącznie ze strukturą władzy, stosując zamiast bezpośredniego zwierzchnictwa metodę rządów pośrednich. Ich "perła w koronie" - Indie - dopiero w drugiej połowie XIX wieku znalazła się formalnie pod władzą brytyjskiego monarchy. Wcześniej eksploatacją subkontynentu zajmowała się ?rma - we współczesnym nazewnictwie rodzaj spółki skarbu państwa - której Londyn użyczał tylko części swojej militarne siły, zabezpieczając w ten sposób prowadzenie zyskownych interesów. Był to wyraz anglosaskiego pragmatyzmu: czerpano maksymalne zyski gospodarcze przy minimalizacji nakładów niezbędnych do utrzymania kosztownej administracji kolonialnej, prowadzenia kampanii wojskowych, tłumienia buntów i realizacji innych przedsięwzięć, nieodzownych dla utrzymania politycznej kontroli nad wielkim terytorium.
Pojawienie się paneuropejskiej, kapitalistycznej gospodarki-świata, która z biegiem czasu stała się systemem globalnym, było historycznym novum. W okresie późnego średniowiecza w świecie znanym Europejczykom istniały przynajmniej cztery mniejsze gospodarki-światy: 1. Morze Śródziemne, stanowiące przestrzeń wymiany między Południową Europą, Północną Afryką i Bizancjum, 2. obszar Oceanu Indyjskiego i Morza Czerwonego, 3. Azja Centralna wraz z Rosją i Mongolią oraz 4. tereny zdominowane przez Imperium Chińskie. Obszar Bałtyku prawie stał się wtedy światem piątym. Północno-Zachodnia Europa nie stanowiła jeszcze obszaru liczącego się pod względem ekonomicznym?44.
Konceptualizację podobną do Wallersteinowskiej znajdujemy w polskiej historiogra?i. Marian Małowist posługuje się pojęciem "strefy gospodarczej", które przypomina koncepcję "gospodarki-świata": jej granicę wyznacza zakres i typ kontaktów handlowych, a jej wewnętrzna struktura nie odzwierciedla podziałów politycznych, ale logikę produkcji i wymiany gospodarczej?45. Małowist nieco inaczej dzieli jednak kontynent europejski. Jego zdaniem w późnym średniowieczu i wczesnej epoce nowożytnej istniały w Europie trzy strefy gospodarcze: południowa (Morze Śródziemne), zachodnia (atlantycka) oraz wschodnia (bałtycko-czarnomorska)?46.
Sytuacja gospodarcza w Europie zmieniła się znacznie wraz z nastaniem ery nowożytnej. Wallerstein pisze:
Na przełomie XV i XVI wieku pojawiło się coś, co możemy nazwać europejską gospodarką-światem. Nie była ona imperium, rozciągała się jednak na terenach równie rozległych, co imperium, i dzieliła z nim pewne cechy. Była rodzajem systemu społecznego, którego świat nigdy wcześniej nie znał, i stała się dystynktywnym elementem nowoczesnego systemu-świata. Jest ona jednostką przede wszystkim ekonomiczną, czym różni się od imperiów, państw narodowych i miast-państw. W rzeczywistości zawierała ona w sobie (chociaż trudno tu mówić o wyraźnych granicach) imperia, miasta-państwa i wyłaniające się "państwa narodowe". Jest ona "światem" nie dlatego, że opanowuje cały świat, ale dlatego, że jest większa niż jakakolwiek prawnie zde?niowana jednostka polityczna. Jest ?"?g?o?s?p?o?d?a?r?k?ą?-światem", ponieważ podstawowa więź między elementami systemu ma naturę gospodarczą, chociaż wzmocnioną więzami kulturowymi, [...] układami politycznymi, a nawet strukturami konfederacyjnymi?47.
Zarówno Braudel, jak i Wallerstein podkreślają fakt, że ?w? ?E?u?r?o?p?i?e? ?n?o?w?o?ż?y?t?n?e?j? ?n?i?e? ?p?o?w?s?t?a?ł?o? ?ż?a?d?n?e? ?i?m?p?e?r?i?u?m?.? Wtórują im inni badacze, jak np. Paul Kennedy?48. Ostatnią tego typu strukturą po upadku Cesarstwa Rzymskiego było Imperium Karolińskie, które w swej szczytowej formie istniało jednak niespełna pół wieku (od 800 do 843 roku). W czasach nowożytnych próbę stworzenia imperium podjęli Habsburgowie. Umożliwiły ją zyski z podbojów w obu Amerykach zainwestowanym w wojny. W momencie abdykacji Karola V imperium Habsburgów obejmowało m.in. Hiszpanię, Niderlandy, Sardynię, południowe Włochy, okolice Mediolanu, fragmenty Szampanii, Tyrol, Austrię, Węgry, Transylwanię, Czechy, Morawy i Śląsk. Jego utrzymanie okazało się niemożliwe. Konsekwencjami imperialnych aspiracji Habsburgów było m.in. wyrwanie się Niderlandów z orbity hiszpańskich wpływów i powstanie w 1581 roku Zjednoczonych Prowincji oraz wojna zakończona pokojem westfalskim ustanawiającym w Europie nowy porządek międzynarodowy, który ostatecznie położył kres wszelkim aspiracjom do budowy europejskiego imperium?49. Próby podejmowane później w tym kierunku przez Napoleona i Hitlera po krótkim sukcesie zakończyły się sromotnymi porażkami. Ład rozproszonej wielości państw jest zbyt głęboko wpisany w społeczno-kulturowy charakter Europy, aby dało się go na trwałe zburzyć?50.
Fakt ten okazał się bardzo korzystny dla długoterminowego rozwoju Europy. Gospodarka-świat ma nad imperium-światem istotne przewagi pragmatyczne. Przede wszystkim posiada hierarchiczną strukturę - u Wallersteina tworzy ją rdzeń, pół-peryferia i peryferia - oraz zewnętrze, co daje możliwość alokacji różnych rodzajów produkcji w różnych strefach. To właśnie stało się w ekspandującej gospodarce Niderlandów, które w XV wieku relokowały produkcję żywności - głównie zboża - w peryferyjnej Europie Środkowo-Wschodniej, zmieniając pro?l swojego własnego rolnictwa i przestawiając je na produkcję mięsa, co było konieczne dla utrzymania rosnącej populacji. Okazało się to możliwe właśnie dlatego, że stosunki produkcji na peryferiach nie miały charakteru kapitalistycznego. Pańszczyzna na peryferiach umożliwiła to, czego w centrum nie dałoby się zrobić bez niej; a wprowadzenie pańszczyzny np. na terenie Zjednoczonych Prowincji czy w innych państwach Europy Zachodniej uniemożliwiłoby z kolei funkcjonowanie tam gospodarki rynkowej i zatrzymałoby rozwój kapitalizmu, zwłaszcza produkcji proto-przemysłowej, która zostałaby pozbawiona dostępu do dużych ilości taniej siły roboczej. Rekon?guracja relacji i sposobów produkcji oraz innych stosunków społecznych w Europie XV wieku możliwa była właśnie dlatego, że Holendrzy, nie tworząc imperium, nie musieli zupełnie przejmować się tym, co dzieje się w Polsce i w jaki sposób produkuje się zboże, z którego chleb spożywali kupcy, mieszczanie i wybitni intelektualiści tamtej epoki. Powstanie Chmielnickiego i potop szwedzki - bezpośrednie efekty strategii rozwoju gospodarczego i politycznego przyjętej przez Rzeczpospolitą Obojga Narodów, które zachwiały jej posadami - mogły mało obchodzić Holendrów. Zakłóciły nieco dopływ zboża, ale można było importować je skądinąd. Gdyby jednak Holandia postawiła na budowę nie gospodarki-świata, ale imperium-świata i włączyła w nie Polskę, konsekwencje wielu wydarzeń XVII wieku byłyby dla niej o wiele bardziej bolesne.
Druga przewaga gospodarki-świata nad imperium wiąże się ze specy?czną relacją między kapitałem a władzą polityczną. Neoliberalna propaganda przyzwyczaiła nas do myślenia w kategoriach walki na śmierć i życie między siłami gospodarki a władzą państwową. To jednak wizja fałszywa, którą na naszych oczach sfalsy?kował kryzys ?nansowy 2008 roku, kiedy to kapitalistyczny ład został uratowany dzięki interwencji władz państwowych stabilizujących rynki ?nansowe. Giovanni Arrighi w znakomitej książce The Long Twentieth Century pokazuje, że relacja między kapitałem a władzą polityczną była zawsze ?s?y?m?b?i?o?t?y?c?z?n?a?.? Kapitał potrzebuje wsparcia państwa, ale potrzebuje również swobody niezbędnej dla realizacji zysku. Nieustannie poszukuje najlepszych warunków działania, relokując się pod postacią ?nansową w te miejsca, gdzie inwestycje dają najlepszą stopę zwrotu. System konkurujących ze sobą państw to doskonałe pole do działania dla kapitału, ponieważ dzięki szantażowi może on zawsze wymagać stworzenia dla siebie odpowiednich warunków działania. Konkurencja premiowała tych, którzy potra?li zapewnić kapitałowi jednocześnie bezpieczeństwo i najlepsze warunki funkcjonowania. Najlepsi w tej grze stawali się hegemonami gospodarki-świata. Arrighi opisuje cztery fazy przemieszczania się hegemonii w ślad za kapitałem poszukującym najlepszych warunków do realizacji zysku. Od dominacji północnych Włoch w późnym średniowieczu i na początku epoki nowożytnej (najpierw Wenecji, później Genui pełniącej rolę ?nansowego zaplecza hiszpańskiego imperium kolonialnego), przez rozkwit Niderlandów w wieku XVII i szczyt potęgi brytyjskiej w XIX, aż po światową hegemonię Stanów Zjednoczonych w wieku XX?51. Gdyby na którymkolwiek etapie hegemon gospodarki-świata zdołał przekształcić się w imperium-świat - co próbowali zrobić Habsburgowie w XVI wieku - i rozszerzyłby sferę bezpośredniej kontroli politycznej tak, aby zamknąć w niej większość obrotu gospodarczego, oznaczałoby to najpewniej koniec kapitalizmu.
Fakt, że gospodarka-świat działa w ramach rozproszonego systemu konkurujących ze sobą państw niepowiązanych jedną władzą polityczną, sprawia, że jako system gospodarczy jest ona bardziej wydajna od gospodarki imperium-świata i może lepiej dostosowywać się do zmian koniunktury. Konkurencja zachęca do wykorzystywania przewag komparatywnych, a tym samym do geogra?cznej specjalizacji produkcji. Do tego właśnie doszło w XV wieku w Europie, w obrębie której Skandynawia stała się zapleczem hutniczno-metalurgicznym, Polska i jej okolice - polem uprawnym, a Węgry hurtowym dostarczycielem bydła, które pędzono tysiące kilometrów z pastwisk Puszty na targi w Austrii, Niemczech i północnych Włoszech. Przedsięwzięcia potencjalnie lukratywne - jak na przykład morskie wyprawy w poszukiwaniu intratnych możliwości handlowych - jeśli są z jakichś powodów ignorowane przez rządy lub obywateli danego kraju, najpewniej wzbudzą zainteresowanie innego państwa. Mniejsze okazuje się ryzyko, że stanie się coś takiego, jak w Chinach, to znaczy, że z powodu intryg małej grupy wpływowych urzędników oraz problemów wewnętrznych niektórych prowincji cała cywilizacja porzuci obiecującą ścieżkę rozwoju. Nie znaczy to, że poszczególnych państw w obrębie gospodarki-świata nie może spotkać fatalny los. Tak bywa, czego przykładem jest chociażby I Rzeczpospolita. Cały system działa jednak lepiej. Oczywiście w sensie pragmatycznej sprawności, bo o jakiejkolwiek moralnej wyższości nie może być mowy. Ale też nie dzięki niej Europa zdominowała planetę.
Inne ujęcie historycznego znaczenia balansu sił w społeczeństwach europejskich proponuje Barrington Moore. Jego zdaniem wyłanianiu się nowoczesnego porządku społeczno-gospodarczego towarzyszyło nieustanne napięcie między trzema grupami: arystokracją, chłopstwem i mieszczaństwem. Tylko zachowanie równowagi - jakkolwiek byłaby to równowaga co najwyżej antagonistyczna - między tymi trzema grupami wpływu gwarantowało budowę dynamicznej gospodarki i inkluzywnego ustroju politycznego. Jedna z nich uzyskać mogła przewagę tylko kosztem pozycji pozostałych. Takie zachwianie bilansu odpowiadało za powstanie totalitaryzmów XX wieku: faszystowskiego i sowieckiego?52.
Gdzie indziej pisałem już obszernie o teorii Moore'a i polemizowałem z jego ujęciem rozwoju społecznego Indii oraz Japonii?53. Chciałbym teraz zwrócić uwagę na jedną tylko kwestię ważną dla wyjaśnienia specy?cznej sytuacji Europy Środkowo-Wschodniej, w tym szczególnie Polski. Moore w swojej książce nie zajmuje się zupełnie tym problemem, koncentrując się na Europie Zachodniej, Rosji, Japonii i Indiach. Jak postaram się pokazać dalej, nieproporcjonalnie silna pozycja jednej grupy społecznej w Polsce - szlachty - była rzeczywiście jednym z podstawowych wewnętrznych powodów zacofania tego kraju. Sytuacja taka miała głębokie przyczyny historyczne. Do kwestii tej, jak napisałem, jeszcze wrócę i dlatego nie poświęcam jej teraz więcej miejsca.
Kolejny rodzaj równowagi sił zapewniała w europejskiej przestrzeni kulturowej gra napięć między Kościołem katolickim a innymi ośrodkami władzy. Religia była najsilniejszym uniwersalizmem średniowiecznej Europy. Zdecydowanie silniejszym niż dziedzictwo starożytne, które poza powszechnym obowiązywaniem łaciny aż do Renesansu nie odgrywało decydującej roli i nie obejmowało też swoim zasięgiem całego kontynentu (wyłączona była z niego Europa Środkowo-Wschodnia - co, jak się za chwilę przekonamy - nie pozostawało bynajmniej bez znaczenia dla jej kondycji w epoce nowożytnej). Kościół był w średniowieczu potężną instytucją działającą w sposób zupełnie obcy współczesnym realiom. Przez analogię do imperium-świa- ta i gospodarki-świata można by nazwać go instytucją-światem, ponieważ obejmował swoimi wpływami całość europejskiego uniwersum bez względu na etniczność i inne lojalności zarówno władców, jak i ich poddanych. Dowodem na "wszechświatowość" tej instytucji jest jej udział w przedsięwzięciu kolonialnym podejmowanym przez wszystkie państwa lojalne wobec Watykanu. Kościół miał niewielki wypływ na to, co działo się w koloniach brytyjskich czy holenderskich, ale w imperiach kolonialnych Hiszpanii i Portugalii (a potem w pewnym stopniu również Francji) odgrywał rolę drugiej władzy.
Kościół miał swoje interesy, które czasem zbiegały się z interesami państw lub ich władców, ale często były z nimi sprzeczne. Wchodził w alianse z pewnymi grupami społecznymi, ale budził również niechęć ze względu na kontrybucje ?nansowe, jakich wymagał. Aby zrealizować swoje interesy, prowadził mniej lub bardziej jawne rozgrywki. Angażował się w otwarte kon?ikty z władcami, broniąc swojej autonomii, czego najbardziej spektakularnym przykładem był średniowieczny spór o inwestyturę, który doprowadził do upokorzenia cesarza Henryka IV przez papieża Grzegorza VII. Ten kon?ikt interesów między władzą świecką a religijną przyczynił się do utemperowania imperialnych zapędów europejskich władców, a więc pośrednio do utrzymania europejskiej sfery politycznej w stanie antyimperialnego rozproszenia.
Mechanizmy feudalizmu
Tekst dostępny w pełnej wersji książki
1. Sprawą tą zajmowałem się również w poprzedniej książce. Przytaczam tu niektóre tezy postawione tam w nieco innym kontekście. Zob. J. Sowa, Ciesz się...
2. Zob. M. Weber, Etyka protestancka a duch kapitalizmu, tłum. J. Miziński, Lublin 1994.
3. Zob. np. D. Etounga-Manguelle, Czy Afryce potrzebny jest program dostosowania kulturowego?, w: Kultura ma znaczenie. Jak wartości wpływają na rozwój społeczeństwa, red. L.?E. Harrison, S.?P. Huntington, tłum. S. Dymczyk, Poznań 2003, s. 127-143.
4. Zob. przypis 2.
5. Zob. F. Fukuyama, Zaufanie. Kapitał społeczny a droga do dobrobytu, tłum. A. i L. Śliwa, Warszawa-Wrocław 1997.
6. Ch. Tilly, Historia i wyobraźnia socjologiczna, tłum. J. Szacki, w: A. Jasińska-Kania et al. (red.), Współczesne teorie socjologiczne, Warszawa 2006, s. 1083.
7. Na temat koncepcji Holtona i Skocpol zob. A. Czarnota, A. Zybertowicz, Narodziny kapitalizmu: konieczność czy przypadek? Między empirią a teorią, w: A. Czarnota et. al. (red.), Interdyscyplinarne badania nad genezą kapitalizmu, Toruń 1989, t. 1, s. 142. Zob. również R.?J. Holton, Teoria ekonomiczna i powstanie społeczeństwa rynkowego, tłum. J. Stawiński, w: A. Czarnota, A. Zybertowicz (red.), Interpretacje wielkiej transformacji, Warszawa 1988, s. 261-306. Teorie i prace pozostałych wymienionych badaczy cytuję i omawiam w wielu miejscach niniejszej książki.
8. K. Brzechczyn, Odrębność historyczna Europy Środkowej. Studium metodologiczne, Poznań 1998.
9. Ch. Tilly, As Sociology Meets History, New York 1981, s. 10.
10. Zob. J. Habermas, Knowledge and Human Interests, Boston 1971.
11. Więcej na ten temat zob. T. McCarthy, The Critical Theory of Jurgen Habermas, Cambridge-London 1978, s. 75-91.
12. Zob. R.?D. Putnam, Demokracja w działaniu. Tradycje obywatelskie we współczesnych Włoszech, tłum. J. Szacki, Kraków 1995, s. 95. Do teorii Putnama odwoływałem się też obszernie gdzie indziej. Rozwinięcie niektórych stawianych tu tez zob. J. Sowa, Ciesz się...
13. Tamże, s. 204.
14. Tamże, s. 195.
15. Tamże, s. 198-199.
16. Więcej na ten temat zob. A. Gunder Frank, ReOrientacja historii światowej i teorii społecznej. Wykład z cyklu: Wertheim Lecture, 1998, tłum. M. Turowski, www.uni.wroc.pl/~turowski/frank-reorient.htm. Tu i dalej w tym rozdziale zob. J. Sowa, Ciesz się...
17. Zob. J. Schumpeter, Teoria rozwoju gospodarczego, tłum. J. Grzywicka, Warszawa 1960.
18. Zob. L.?C. Thurow, Przyszłość kapitalizmu. Jak dzisiejsze siły ekonomiczne kształtują świat jutra, tłum. L. Czyżewski, Wrocław 1999, s. 27-28.
19. Tamże.
20. Zob. A. Maddison, Chinese Economic Performance in the Long Run, Paris 1988; cytowane w: M. Davis, Late Victorian Holocausts: El Nino Famines and the Making of the Third World, London 2001, s. 293.
21. B.?R. Tomlinson, Economics: The Periphery, w: The Oxford History of the British Empire: The Nineteenth Century, red. Andrew Porter, Oxford 1990, s. 69; cytowane w: M. Davis, Late Victorian Holocausts, dz. cyt., s. 294.
22. Zob. F. Zakaria, The Future of Freedom: Illiberal Democracy at Home and Abroad, New York 2004, s. 36.
23. F. Braudel, Kultura materialna, gospodarka i kapitalizm XV-XVIII wiek, t. 2, Czas świata, Warszawa 1992, s. 175.
24. Zob. np. A. Czarnota, K. Wajda, A. Zybertowicz (red.), Interdyscyplinarne studia nad genezą kapitalizmu, 3 tomy, Toruń 1989-1993, A. Czarnota, A. Zybertowicz (red.), Interpretacje wielkiej transformacji, Warszawa 1988, D.?S. Landes, Bogactwo i nędza narodów. Dlaczego jedni są tak bogaci, a inni tak ubodzy, tłum. H. Jankowska, Warszawa 2005, A.?G. Frank, ReOrientacja historii światowej i teorii społecznej. Wykład z cyklu: Wertheim Lecture, 1998, tłum. M. Turowski, www.uni.wroc.pl/~turowski/frank-reorient.htm, F. Braudel, Kultura materialna, gospodarka i kapitalizm XV-XVIII wiek, tłum. M. Ochab i P. Graff (3 tomy), Warszawa 1992, P. Anderson, Passages from Antiquity to Feudalism, London 1974, tegoż, The Lineages of the Absolutist States, London 1974, R. Brenner, Agrarian Class Structure and Economic Development in Pre-Industrial Europe, "Past & Present", No. 70, Feb., 1976, tegoż, The Agrarian Roots of European Capitalism, "Past & Present", No. 97, Nov., 1982, I. Wallerstein, The Modern World-System, 3 tomy, New York 1974, 1980, 1989, G. Arrighi, The Long Twentieth Century: Money, Power and the Origins of our Times, London 1994.
25. A. Wyczański, Polska w Europie XVI stulecia, Warszawa 1973, oraz tegoż, Dogonić Europę, Kraków 1987.
26. Zob. Dzieje żeglugi na Bałtyku od VIII do XIX w., dokumentacja wystawy, http://www.muzeu.szczecin.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=43:wystawa-stala-dzieje-zeglugi-na-baltyku-od-viii-do-xix-w&catid=3:ekspozycje-archiwalne&Itemid=112.
27. Więcej na temat jej znaczenia, zob. F. Braudel, Kultura materialna..., dz. cyt., t. 1, s. 298.
28. F. Braudel, Kultura materialna..., dz. cyt., t. 3, s. 166.
29. Zob. E. Said, Kultura i imperializm, tłum. M. Wyrwas-Wiśniewska, Kraków 2009.
30. G. Arrighi, The Long Twentieth Century, dz. cyt., s. 186.
31. I. Wallerstein, The Modern World-System..., dz. cyt., t. 1, s. 155, 196.
32. F. Braudel, Kultura materialna..., dz. cyt., t. 1, s. 331, 333.
33. Gavin Menzies w książce 1421 - rok, w którym Chińczycy odkryli Amerykę i opłynęli świat (tłum. R. Januszewski, Warszawa 2001) twierdzi nawet, że Chińczycy dotarli do Ameryki 70 lat przed Kolumbem.
34. Braudel podaje również ciekawy fakt, a mianowicie, że Chińczycy niechętnie oddalali się od brzegu. Zob. F. Braudel, Kultura materialna..., dz. cyt., t. 1, s. 337. Nie wiadomo, na ile wpłynęło to na ich strategię eksploracji mórz, jeśli jednak rację ma Menzies, że w 1421 roku dopłynęli do Ameryki, musieli jednak jakoś przełamać tę niechęć.
35. Możliwości lądowej ekspansji miała także Moskwa i skrupulatnie z nich korzystała, jednak aż do XVIII wieku była to ekspansja głównie w kierunku wschodnim, a więc na tereny Azji, a nie Europy.
36. Tę i inne różnice między współczesną gospodarką a systemami ekonomicznymi, które znamy z historii, omawia Witold Kula w książce Teoria ekonomiczna ustroju feudalnego. To bardzo ciekawy przyczynek do dyskusji na temat uniwersalnego obowiązywania praw gospodarczych i hominis economici jako czegoś wpisanego w naturę człowieka tout court, o czym przekonują ekonomiści neoliberalni. Książka Kuli pokazuje, że nawet nasza własna kultura funkcjonowała kiedyś gospodarczo w odmienny sposób, a niektóre prawa gospodarki kapitalistycznej należy dosłownie odwrócić, gdy analizujemy życie gospodarcze społeczeństw feudalnych. Nie powinno więc dziwić, że inne kultury rządzą się logiką ekonomiczną odmienną od naszej.
37. Cyt. za: H.?C. Percy, Our Cashier's Scrap-Book; Being Bank Notes, New And Old, For General Circulation. A Portfolio Of Bank Anecdotes And Incidents, New York 1879, s. 182.
38. F. Braudel, Kultura materialna..., dz. cyt., t. 2, s. 77-79.
39. Tamże, t. 2, s. 33.
40. Tamże, t. 2, s. 507.
41. R. Putnam, Demokracja w działaniu, dz. cyt.
42. F. Braudel, Kultura materialna..., dz. cyt., t. 3, s. 75.
43. Zob. P. Kennedy, Mocarstwa świata. Narodziny, rozkwit, upadek. Przemiany gospodarcze i kon?ikty zbrojne w latach 1500-2000, tłum. M. Kluźniak, Warszawa 1994.
44. I. Wallerstein, The Modern World-System, dz. cyt., t. 1, s. 16.
45. Zob. H. Samsonowicz, Przedmowa, w: M. Małowist, Wschód i Zachód Europy..., dz. cyt., s. VII.
46. Tamże, dz. cyt., s. IX.
47. I. Walllerstein, The Modern World-System, dz. cyt., t. 1, s. 15.
48. Zob. P. Kennedy, Mocarstwa świata..., dz. cyt., t. 1, Powstanie świata zachodniego - "Cud europejski", s. 29-44. W małym stopniu powołuję się tu na książkę Kennedy'ego, ponieważ w części dotyczącej interesującego mnie okresu nie stawia on żadnych oryginalnych tez i streszcza raczej poglądy innych badaczy.
49. Więcej na ten temat zob. P. Kennedy, Mocarstwa świata, t. 2, Próba zdobycia hegemonii przez Habsburgów, 1519-1659, s. 45-83.
50. Nasuwa się tu pytanie o Unię Europejską. Nie jest ona w tym miejscu zupełnie przedmiotem mojego zainteresowania, nie próbuję więc nawet podjąć dyskusji na ten temat. Wątpliwe jednak, czy UE daje się postawić w jednym szeregu z wcześniejszymi próbami stworzenia w Europie imperium. Były one zawsze inicjowane przez jakąś grupę/siłę mniejszościową i miały na celu przejęcie kontroli nad resztą terytorium, co w niczym nie przypomina sposobu powstawania i działalności Unii Europejskiej.
51. G. Arrighi, The Long..., dz. cyt. Te okresy zmiennej hegemonii pokrywają się z sekularnymi trendami koniunktury gospodarczej, o których wspomina Braudel (dz. cyt., t. 3, s. 63).
52. Zob. B. Moore, Social Origins of Dictatorship and Democracy. Lord and Peasant in the Making of the Modern World, Massachusetts 1966.
53. J. Sowa, Ciesz się..., dz. cyt.
Wprowadzenie
Czułem się za owych lat w Polsce, jak w czymś, co chce być, a nie może, chce się wypowiedzieć, a nie potra?...
Witold Gombrowicz, Dziennik
"Interpol"
W 1996 roku w sztokholmskiej galerii Farbfabriken otwarto organizowaną wspólnie przez Szwedów i Rosjan wystawę Interpol. W zamierzeniu kuratorów - Jana Amana i Viktora Misiano - to przygotowywane przez ponad dwa lata przedsięwzięcie miało być przestrzenią kulturowego dialogu między Wschodem a Zachodem, których tożsamości i pozycje zostały zrede?niowane przez wydarzenia z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku. Sprzyjać miał temu sposób zaprojektowania i aranżacji wystawy. Zakładano, że każdy z zaproszonych artystów zagospodaruje całą przestrzeń galerii, a nie tylko jej wycinek, jak ma to zazwyczaj miejsce. Ta konieczność negocjowania wspólnego użycia jednej przestrzeni - nie tylko metaforycznie, ale w sposób jak najbardziej realny - wyrażała nową sytuację Wschodu i Zachodu, które przestała dzielić Żelazna Kurtyna. Miała skłonić artystów do podjęcia dialogu i współpracy. Niestety, ta iście Habermasowska wizja komunikacyjnej racjonalności szybko upadła, ustępując miejsca emocjonalnym, antagonistycznym artykulacjom wiodącym do bezpośredniej, ?zycznej konfrontacji. Już od pierwszego spotkania artyści z Rosji i Szwecji okazali się zbyt odmienni, aby wpisać się we wspólną przestrzeń niehierarchicznej, swobodnej i racjonalnej komunikacji. Podczas gdy Rosjanie przystąpili do rozmowy z gotowymi pomysłami i zaczęli zadawać fundamentalne pytania dotyczące konceptualnych ram projektu oraz jego społeczno-politycznych znaczeń, Szwedzi woleli wyjść od luźnych pomysłów i rozbudowywać je w miarę rozwoju projektu. Nie chcieli podejmować dyskusji na temat jakichkolwiek podstawowych i nadrzędnych idei, uznając, iż wypowiedzi artystyczne ukształtują się w toku prac nad wystawą, a nie czczych ich zdaniem debat o imponderabiliach. Ta podstawowa rozbieżność szybko doprowadziła do powstania po obu stronach silnych uprzedzeń: Rosjanie uznali, że Szwedzi cierpią na syndrom niezdecydowanej bohemy, intelektualną inercję i nieumiejętność konceptualnego myślenia; Szwedzi odczytali zachowanie Rosjan jako kierowane kompleksami, sztywne, typowe dla ludzi o totalitarnej mentalności i agresywne. Jak podsumował to Victor Misiano, "podstawowa idea całego projektu, czyli założenie, że konfrontacja różnych idei może prowadzić do dyskusji i realizacji wspólnego projektu - poniosła już na wstępie spektakularną porażkę"?1.
Rozczarowany tak fatalnym początkiem współpracy Misiano wycofał się z projektu. Interpol stał się przedsięwzięciem prowadzonym wyłącznie przez Szwedów, z udziałem kilku zagranicznych artystów. Ten radykalny krok rosyjskiego kuratora okazał się uzasadniony: proces realizacji Interpolu dowodzić może wielu rzeczy, ale na pewno nie możliwości konstruktywnego dialogu między ludźmi ukształtowanymi przez różne realia społeczne, historyczne i kulturowe. Im bardziej zbliżał się moment nadania wystawie ostatecznego kształtu, tym jaśniejszy stawał się fundamentalny brak kompatybilności między Wschodem a Zachodem:
Dla Rosjan bycie artystą okazało się przede wszystkim kwestią moralnej samoidenty?kacji. To, co interesuje ich w sztuce, to intelektualne poszukiwania i mierzenie się z uniwersalnymi problemami ontologicznymi oraz egzystencjalnymi. [...] Artyści szwedzcy uzyskują swoją tożsamość dzięki mechanizmom społecznym i instytucjonalnym. Sztuka jest dla nich samodzielnym językiem i autonomiczną domeną działania. [...] Rosyjscy artyści mają skłonność do egzaltacji i poszukują w sztuce sposobu na rozwiązanie problemów praktycznej egzystencji, natomiast dla Szwedów ważniejsze jest zachowanie prywatności. Dla Rosjan sztuka jest doświadczeniem życia, dla Szwedów - drogą do zajęcia odpowiedniej pozycji w obrębie systemu świata sztuki?2.
Do kulminacji kon?iktu doszło podczas wernisażu wystawy. Większość rosyjskich artystów po licznych kłótniach na temat sposobu realizacji wystawy wycofała się z przedsięwzięcia. W dniu otwarcia pozostało ich tylko dwóch: Alexander Brener i Oleg Kulig?3. Ich udział okazał się jednak jeszcze większym skandalem niż rezygnacja wszystkich pozostałych artystów. Brener po półtoragodzinnym biciu w bębny rzucił się z krzykiem na gigantyczną instalację Wendy Gu, która stanowiła materialny trzon wystawy, i kompletnie ją zniszczył. Kulig, który w czasie wernisażu miał nago odgrywać psa na łańcuchu, wyrwał się z klatki, rzucił na zwiedzających i pogryzł kilka osób?4. Szwedzki kurator Jan Aman kopnął go, wepchnął z powrotem do klatki i wezwał policję, która aresztowała obu rosyjskich artystów.
Skandal w czasie wernisażu nie był bynajmniej końcem kontrowersji. Oburzonym Szwedom zaczęli wtórować goście "z innych krajów zachodnich. Z inicjatywy francuskiego krytyka sztuki Oliviera Zahma (którego do udziału w projekcie zaprosił Włoch Maurizio Catellan, sam zaproszony wcześniej przez rosyjskiego artystę Vadima Fiszkina) kilkunastu artystów napisało List Otwarty do Świata Sztuki, w którym pod adresem Rosjan padają takie określenia i oskarżenia, jak "chuliganizm i ideologia skinheadów", "faszyzm", "klasyczny model zachowania imperialistycznego", "bezpośredni atak na sztukę, demokrację i wolność wypowiedzi" czy "nowa forma totalitarnej ideologii".
Zderzenie cywilizacji
Cała sytuacja wręcz nabrzmiała symbolicznymi znaczeniami. Oto w Nowej Europie, jednoczącej się po obaleniu Żelaznej Kurtyny, artyści z Rosji - która od wieków odgrywała dla Zachodu rolę "bliskiego innego", rodzaju nieco nieprzewidywalnego i ekscentrycznego krewnego, odrobinę przerażającego, ale również fascynującego i stymulującego wyobraźnię - zostają zaproszeni, aby nawiązać dialog ze swoimi kolegami z wysoko cywilizowanej i rozwiniętej Szwecji. Racjonalne porozumienie od razu okazuje się tylko fantazmatem organizatorów wystawy. Relacja sił jest przy tym zdecydowanie asymetryczna: Szwedzi mają za sobą niepomiernie większe doświadczenie i sprawność w poruszaniu się po instytucjonalno-dyskursywnym polu sztuki współczesnej. Za ich plecami stoi potężna kultura zachodnia ze zbiorem wartości pretendujących do uniwersalizmu, dzięki czemu Szwedom od początku udaje się zdominować sytuację na poziomie symbolicznym. Strona rosyjska zostaje spacy?kowana między innymi dzięki wykorzystaniu szerokiego repertuaru kulturowych stereotypów: Rosja jest agresywna, autorytarna, prymitywna, nie potra? rozmawiać, chce za wszelką cenę forsować swoje rozwiązanie itp. itd. Dwaj artyści rosyjscy, którzy jako jedyni biorą ostatecznie udział w wystawie, przyjmują paradoksalną strategię obrony przed innym, z którym nie są w stanie się porozumieć: nadmiernie identy?kują się z rolą wyznaczoną im przez kulturowe stereotypy. Kulig postanawia jak dzikus gryźć ludzi, a Brener niczym goryl w dżungli niszczy pracę, która ze względu na swój rozmiar i lokalizację w przestrzeni galerii staje się rodzajem synekdochy reprezentującej całość wystawy, a szerzej - cały system zachodniego świata sztuki z jego spektakularnym rozmachem i dbałością o materialną realizację dzieła sztuki. Zdaniem Rosjan ta materialna strona jest dla zachodnich artystów ważniejsza niż meta?zyczna głębia artystycznych poszukiwań. Rola Rosji zostaje w ten sposób zredukowana do czystej negatywności: charakter jej kultury określa się przez niemożliwość wcielenia w życie zachodnich norm i wartości, a jej postawa wobec Zachodu wyraża się w agresji i niszczeniu.
Rola kulturowych stereotypów i uprzedzeń staje się bardziej widoczna, gdy weźmiemy pod uwagę fakt, że działania Kuliga czy Brenera nie były pod względem formalnym czymś nowym w obrębie sztuki współczesnej. Gesty niszczenia przez jednych artystów prac innych artystów pojawiały się już wcześniej. Co więcej, ich autorów znaleźć można w panteonie klasyków sztuki; przykład najbardziej znany to Erased de Kooning Roberta Rauschenberga z 1953 roku. Igor Zabel, słoweński kurator, proponuje, aby skandal wokół wystawy Interpol zinterpretować, odwołując się do rozważań rosyjskiego artysty, Ilji Kabakowa. Używa on wobec siebie określenia "osoba kulturowo przemieszczona" i próbuje z tej perspektywy opisać ważną w świecie Zachodu tendencję do radykalnego krytykowania, kwestionowania, a nawet odrzucania własnych norm kulturowych. Swój stosunek do tego zjawiska opisuje przy pomocy wyimaginowanej alegorii, w której stawia sam siebie w pozycji sieroty z domu dziecka, odwiedzającej rodzinę swojego przyjaciela. Przyjaciel jest wobec niej krytyczny - demonstruje to werbalnymi atakami na rodziców, podczas gdy przybyszowi wydaje się ona miłym i tolerancyjnym domem. Możliwość krytykowania - nawet agresywnego - jest dowodem wyjątkowej siły i stabilności rodziny przyjaciela. "Ale - dodaje Kabakow - na ten krytycyzm mogą pozwolić sobie tylko dzieci z tej rodziny. Gdybym ja zaczął zachowywać się w ten sam sposób, co ich syn, rodzice zareagowaliby inaczej, a najprawdopodobniej wezwaliby policję"?5. Taka też jest różnica między gestem Rauschenberga a sytuacją Brenera i Kuliga: ten pierwszy należał do "rodziny", był zachodnim artystą, a nawet znajomym de Kooninga, więc jego pracę, chociaż nie pozbawioną kontrowersji, przyjęto jako dozwoloną wypowiedź artystyczną, podczas gdy Kulig i Brener to "dzikusy" ze Wschodu, których zachowanie było wyłącznie "faszyzmem" oraz "bezpośrednim atakiem na sztukę, demokrację i wolność wypowiedzi", doskonale wpisującym się w stereotyp rosyjskiej kultury i społeczeństwa.
Między Wschodem a Zachodem
Nie trzeba używać wyra?nowanych narzędzi dekonstrukcji, aby zauważyć, że tak zgrabnie ustawiona para absolutnych przeciwieństw - "Zachód vs. Wschód", "demokracja vs. totalitaryzm", "rozum vs. siła", "instytucja vs. dzikość" itd. - może istnieć tylko dlatego, że oba jej człony mają czysto fantazmatyczną zawartość: nie opisują żadnego stanu rzeczywistego i odpowiadają jedynie obecnemu po obu stronach pragnieniu określonej percepcji samego siebie oraz innego. A jednak te fałszywie zde?niowane opozycje tożsamościowe działają i dlatego są rzeczywiste; oczywiście w sensie kulturowym, bo w kulturze rzeczywiste jest to, co ludzie uznają za takie właśnie. Treść, jaką obie strony wypełniają mniemanie o sobie i innym, można nazwać nieporozumieniem, rację miał jednak Baudelaire, gdy napisał, że "świat dogaduje się dzięki powszechnemu nieporozumieniu". Dlatego nie warto marnować czasu na udowadnianie, że Zachód nie jest wcale tak racjonalny i demokratyczny, jak mu się wydaje, a Wschód tak emocjonalny i apodyktyczny, jak chcieliby niektórzy. W książce tej interesować mnie będzie coś zupełnie innego, czego istnienie i natura pozostaje jednak w pewnym stopniu zde?niowane przez "nierzeczywistą rzeczywistość" binarnej opozycji między Wschodem a Zachodem: to, co istnieje pomiędzy. Między dobrze określonymi biegunami Zachodu i dwóch rodzajów Wschodu - Rosji jako "Wschodu europejskiego" oraz Orientu jako "Wschodu obcego" - rozciąga się szary pas, którego de?nicja i habitus?6 wymykają się czarno-białym kategoryzacjom. To Europa, ale nie do końca jest to Europa, bo wpływy islamskie, tatarskie, azjatyckie i inne były na tym terenie zawsze wystarczająco silne, aby skontaminować jakikolwiek czysto europejski habitus. Jest "ani zbyt dzika ani zbyt cywilizowana"?7. To obszar zdominowany przez chrześcijaństwo, ale inne niż to, które może mieć na myśli Niemiec lub Francuz, gdy mówi o religii chrześcijańskiej: chrześcijaństwo zabobonne, wymieszane ze starymi kultami pogańskimi, opierające się nie tylko reformacji i oświeconemu rozumowi - jak polski katolicyzm - ale trwające nawet - jak prawosławie, zwłaszcza w wersji greckiej i ormiańskiej - przy formach i doktrynach, które reszta chrześcijańskiego świata odrzuciła prawie tysiąc lat temu w czasie Wielkiej Schizmy Wschodniej. Wyłącznie na tym osobliwym, rozmytym i niewyraźnie zde?niowanym obszarze kontynentu europejskiego islam zadomowił się tak dobrze i jest w nim od tak dawna, że nie da się zredukować go do roli niepożądanego intruza przemycanego przez nielegalnych imigrantów, jak dzieje się to dzisiaj w wielu krajach Zachodniej Europy. I wreszcie w globalnym podziale na bogatą Północ i biedne Południe zdecydowana większość tego obszaru - na który składają się regiony wyodrębnione geogra?cznie jako Europa Środkowa oraz fragmenty Europy Wschodniej i Południowej - należy dzisiaj do grupy zamożnych państw globalnej Północy?8. Z drugiej strony nie trudno jednak zauważyć, że pod względem gospodarczym znakomita większość tych terenów nie przystaje do bogatych państw Zachodu, takich jak Niemcy, Szwajcaria, Francja czy Wielka Brytania. Bogactwo szarego pasa Europy Środkowo-Wschodniej oraz Południowej jest powierzchniowe i fragmentaryczne, a nie strukturalnie ugruntowane i (prawie) kompletne, jak w przypadku państw zachodnich. Pod wieloma względami ta biedniejsza i peryferyjna część Europy przypomina nie jej bogaty rdzeń, ale inne terytoria peryferyjne, na przykład Amerykę Łacińską?9.
To rozdarcie między Wschodem a Zachodem i niejednoznaczna sytuacja tożsamościowa bardzo silnie - a być może najsilniej w regionie - objawia się współcześnie w społeczeństwie ukraińskim. Mykoła Riabczuk w książce pod znamiennym tytułem Dwie Ukrainy pisze:
[Sytuację na Ukrainie - J.?S.] najkrócej można [...] określić jednym wspólnym terminem: ambiwalencja. Jest to nie tylko brak jasnej tożsamości językowo-kulturowej znacznej części mieszkańców, lecz także ogólny brak u nich światopoglądowego określenia się, dezorientacja, która kapryśnie ujawnia się jako jednoczesna orientacja jednostki na wzajemnie wykluczające się, nie dające się pogodzić, sprzeczne wartości - taka swego rodzaju "schizofrenia społeczna"?10.
Pomiędzy Zachodem a Wschodem leży więc pas "ziemi niczyjej" i "nijakiej". Nie przynależy on w pełni ani do jednej, ani do drugiej strony. Co więcej: nie tworzy również odrębnej grupy społeczno-kulturowej o wyraźnie odmiennym i wspólnym habitusie. Nie istnieje nic takiego jak spójna Europa Środkowo-Wschodnio-Południowa. Łotwa i Bułgaria - obie należące do szarego pasa ziemi kulturowo niczyjej - są od siebie pod wieloma względami skrajnie odmienne. Nie znajdziemy w tej części świata wspólnej tożsamości religijnej, etnicznej, językowej, kulturowej ani jakiejkolwiek innej. Nawet wspólne dla większości krajów tego regionu doświadczenie sowieckiej dominacji w drugiej połowie XX wieku nie może stać się elementem konstytutywnym wspólnej pamięci, bo ze względu na odmienne historie poszczególnych państw, epizod ten ma w każdym wypadku inną wagę i znaczenie. Podczas gdy z perspektywy polskiej łatwo wpisać go w logikę imperialno-kolonialnej ekspansji Rosji, z perspektywy bułgarskiej nie miał on nic wspólnego ze zjawiskiem rusy?kacji. Dla Bułgarów, historycznie rzecz biorąc, Rosja była zawsze cywilizowanym wsparciem w walce z napierającym od południa islamem, a nie dzikim zagrożeniem, z jakim kojarzyła się i kojarzy znacznej części narodów bałtyckich. Doświadczenie "realnego socjalizmu" jest znów dla jednych synonimem upadku, dla innych - jak na przykład dla wielu mieszkańców byłej Jugosławii - wiąże się ze wspomnieniem lepszych czasów, w porównaniu z którymi obecna sytuacja stanowi zdecydowany regres.
Ta niejednoznaczność znalazła odzwierciedlenie w licznych debatach wokół wyodrębnienia Europy Środkowo-Wschodniej jako samoistnego regionu i ustalenia jego granic?11. Termin ten nie jest kategorią geogra?czną, bo geogra?a mówi o Europie Zachodniej, Wschodniej, Środkowej, Północnej i Południowej. Wyodrębnienie Europy Środkowo-Wschodniej ma jednak głęboki sens cywilizacyjno-kulturowy. Nie jest to zadanie łatwe, bo tylko w ograniczonym zakresie możemy oprzeć się tu na jakichkolwiek naturalnych barierach. Od północy będzie nią na pewno Morze Bałtyckie. Dorzecza rzek wpadających do niego od wschodu tworzą północne rubieże Europy Środkowo-Wschodniej, przy czym musimy wyznaczyć tutaj sztuczną granicę w okolicach Zatoki Fińskiej, której tylko południowe i wschodnie wybrzeże zaliczyć możemy do tego regionu. Na południowym wschodzie naturalną granicą Europy Środkowo-Wschodniej jest Morze Czarne. Reszta jej granic pozostaje umowna, istnieją jednak historyczne i kulturowe podstawy ich określenia. Na zachodzie i południu ich bieg wyznaczają dawne granice wpływów Imperium Rzymskiego. Trwałość tej historycznej linii podziału Europy oraz wielowymiarowy charakter przepaści, jaką tworzy, są zaskakujące. Węgierski historyk Jenő Szűcs wskazuje, że za wyjątkiem niewielkich różnic w Turyngii zachodnia granica sowieckiej sfery wpływów przebiegała w XX wieku dokładnie tam, gdzie w IX wieku znajdowała się granica imperium Karola Wielkiego, a 500 lat wcześniej granica wpływów Imperium Rzymskiego: na Łabie i Litawie?12. W XV i XVI peryferyjność - charakter względny i można by nazwać ją syndromem niedorozwoju, niepełności, niesamoistności, niepełnego ukształtowania, podrzędności czy wreszcie - idąc za intuicją Stanisława Brzozowskiego i Witolda Gombrowicza - ?n?i?e?d?o?j?r?z?a?ł?o?ś?c?i? społeczno-kulturowej. Region ten zajmują społeczeństwa nie potra?ące określić swojego habitusu w sposób autonomiczny, bez oglądania się na Innego, który byłby dla nich punktem pozytywnej lub negatywnej idealizacji: "chcemy być jak Niemcy, Austriacy, Włosi, Francuzi, czyli Zachód" lub "nie jesteśmy jak Rosjanie, Ukraińcy, Turcy, Azjaci, czyli Wschód". To jasne, że tożsamość zawsze określa się w kategoriach relacyjnych, to znaczy wobec kogoś lub czegoś, jednak szczególna sytuacja państw w tej części Europy polega na ich wiecznym uwięzieniu w logice doganiania-uciekania, która nie stosuje się do państw Europy Zachodniej. Wszędzie znajdziemy oczywiście skłonność do konkurencji i porównywania się, jednak żaden Niemiec nie myślał nigdy tak obsesyjnie, że chce być jak Holender, a nie jak Szwajcar, a żaden Francuz nie upierał się, że bardziej jest podobny do Anglika niż do Hiszpana, jak bardzo Polacy chcieliby przypominać Europejczyków z Zachodu, a nie Rosjan, a Węgrzy Austriaków, a nie Rumunów.
Państwa egzystujące w pustce między Wschodem a Zachodem - nie-germańskiej, ale też nie-prawosławnej, jak relacyjnie de?niuje ten region Miroslav Hroch?13 - można określić kolokwialnym zwrotem "niewydarzone", bo sprawiają wrażenie, jakby nie mogły się do końca wydarzyć, jakby nie były w stanie samodzielnie wypełnić treścią swoich nazw i musiały wciąż sięgać po wzory zapożyczone z zewnątrz, od idealnego Innego na Zachodzie. Nie znaczy to jednak, że kraje te dysponują jakimiś własnymi, zapoznanymi i niezwykle wartościowymi osiągnięciami kulturowymi, które należałoby wskrzeszać, zamiast sięgać po wzory obce, jak chcą dziś na przykład zwolennicy polskiego republikanizmu?14. Problem polega między innymi na tym, że nie ma tu właśnie żadnych "własnych" wzorów, ponieważ kultury tego obszaru zawsze były wtórne: Kochanowski naśladował poetów włoskich tak samo, jak polscy koloryści malarzy francuskich. W żadnym właściwie obszarze kultury - czy będzie mowa o sztukach, gospodarce, polityce, nauce czy nawet kuchni - nie znajdziemy poważnych osiągnięć, które wywarłyby wpływ na kulturę europejską, nie mówiąc już o światowej. Kto uważa, że to ocena niesprawiedliwa, niech spróbuje wskazać przykłady takich osiągnięć: styl architektoniczny pochodzący z Polski, prąd w malarstwie podyktowany przez Węgrów, gatunek literacki wymyślony przez Bułgarów, przełom naukowy dokonany na Litwie, rewolucyjną ideologię polityczną rodem z Rumunii czy nawet czeskie danie, które podbiło restauracje świata.
W polskim kontekście najtrafniejszą diagnozę tego cywilizacyjnego "niewydarzenia" znajdziemy u mistrza narodowej dekonstrukcji, Witolda Gombrowicza:
Mnie, który jestem okropnie polski i okropnie przeciw Polsce zbuntowany, zawsze drażnił polski światek dziecinny, wtórny, uładzony i pobożny. Polską nieruchomość w historii temu przypisywałem. Polską impotencję w kulturze - gdyż nas Bóg prowadził za rączkę. To grzeczne polskie dzieciństwo przeciwstawiałem dorosłej samodzielności innych kultur. Ten naród bez ?lozo?i, bez świadomej historii, intelektualnie miękki, duchowo nieśmiały, naród który zdobył się tylko na sztukę "poczciwą" i "zacną", rozlazły naród lirycznych wierszopisów, folkloru, pianistów, aktorów, w którym nawet Żydzi się rozpuszczali i tracili jad?15.
(Samo)kolonizacja
Bułgarski historyk Alexander Kiossev w krótkim tekście z końca lat dziewięćdziesiątych XX wieku próbuje znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego kraje Europy Środkowo-Wschodniej i Południowo-Wschodniej pozbawione są wyrazistej i własnej tożsamości. Na ich określenie proponuje termin "samo-kolonizujące się kultury"?16. Typowa dla społeczeństw peryferyjno-kolonialnych praktyka importu obcych wzorów kulturowych i ich wykorzystania do budowy własnej tożsamości jest przez Kiosseva zreinterpretowana z uwzględnieniem specy?cznej sytuacji Europy Środkowo-Wschodniej i Południowo-Wschodniej, gdzie nie można mówić o relacjach bezpośredniej siły wpisanych zazwyczaj w istotę projektu kolonialnego. Dlatego badacz dodaje przedrostek "samo-", sygnalizując ten brak przymusu z zewnątrz. Odrzuca przy tym wyjaśnienie niższości interesujących nas krajów przy pomocy czynników gospodarczych. Uważa, że gospodarka kapitalistyczna ma charakter uniwersalno-abstrakcyjny, natomiast proces formowania się państw to wydarzenie partykularno-konkretne, którego irracjonalność najpełniej wyraża się w arbitralności państwowych granic i przygodności narodowej przynależności. Dlatego jego zdaniem procesy gospodarcze nie mogą determinować charakteru narodowych kultur. Uważa, że za samo-kolonizującą się kondycję niektórych społeczeństw odpowiada raczej pewne szczególne zjawisko z zakresu ekonomii symbolicznej, a mianowicie niemożliwość ani utożsamienia się z wartościami innych, które postrzega się jako Uniwersalne, ani też odrzucenia ich na rzecz wartości własnych. Kiossev pisze:
Patrząc z punktu widzenia dzisiejszego zglobalizowanego świata, musimy przyznać, że istniej ą kultury, które w porównaniu z "Wielkimi Narodami" nie są wystarczająco centralne, stare i potężne. Z drugiej strony, jeśli porówna się je na przykład z plemionami afrykańskimi, okazują się niewystarczająco obce, odległe i zacofane. Ich rozwój od stadium problematycznego embriona odbywał się w przestrzeni generatywnej wątpliwości: "Jesteśmy Europejczykami, ale jednak być może nie w pełnym tego słowa znaczeniu". Był to warunek wstępny powstania szczególnego rodzaju tożsamości i szczególnego typu modernizacji, ponieważ kultury te ukształtowały się dzięki konstytutywnej traumie, stwierdzającej, że Nie jesteśmy Innymi (przy czym Innych uznano za przedstawicieli tego, co Uniwersalne). Trauma ta wywołuje w nich poczucie, że pojawiły się zbyt późno, i że ?s?t?a?n?o?w?i?ą? ?r?e?z?e?r?w?u?a?r? ?b?r?a?k?ó?w? ?w? ?c?y?w?i?l?i?z?a?c?j?i? [pokreślenie moje - J.?S.]?17.
Kiossev w interesujący sposób odpowiada wszystkim tym, którzy chcieliby szukać lekarstwa na samo-kolonizację we własnych, niezapożyczonych i niesłusznie zapomnianych wzorach kultury narodowej. Jego zdaniem nic takiego nie istnieje, ponieważ ?s?a?m?a? ?k?o?n?s?t?r?u?k?c?j?a? ?n?a?r?o?d?o?w?e?j? ?t?o?ż?s?a?m?o?ś?c?i? ?i? ?p?o?d?m?i?o?t?o?w?o?ś?c?i? ?w?e? ?w?s?p?ó?ł?c?z?e?s?n?y?m?,? ?n?o?w?o?c?z?e?s?n?y?m? ?s?e?n?s?i?e? ?z?o?s?t?a?ł?a? ?t?u? ?z?d?e?f?i?n?i?o?w?a?n?a? ?p?r?z?e?z? ?t?r?a?u?m?ę? ?n?i?ż?s?z?o?ś?c?i? ?w?y?n?i?k?a?j?ą?c?ą? ?z?e? ?ś?w?i?a?d?o?m?o?ś?c?i? ?w?y?o?b?c?o?w?a?n?i?a? ?z? ?t?e?g?o?,? ?c?o? ?U?n?i?w?e?r?s?a?l?n?e?.? Samo-kolonizujące się kultury nie dlatego stały się niższe, że popadły w zależność od tego, co obce, ale już źródłowo ukonstytuowały się jako zależne na skutek rozpoznania własnej niższości.
Przykładu kulturowej samo-kolonizacji dostarcza wykonana przez Annę Sosnowską analiza "pomieszania" dyskursów we współczesnym polskim życiu intelektualnym. Jednym ze sposobów opisu obecnej sytuacji polskiego państwa, społeczeństwa i kultury (u Sosnowskiej "Tu") jest przykładanie do nich miary "normalności", którą stanowią państwa, społeczeństwa i kultury zachodnie, zwłaszcza amerykańska (czyli "Tam"). Operacja ta podnosi więc obecny stan społeczeństw Stamtąd do rangi uniwersalnego probierza, z którym porównać należy to, co dzieje się Tu. Sosnowska jako przedstawicieli podobnego podejścia wymienia takich polskich socjologów, jak Domański, Mokrzycki, Rychard, Sztompka i Wnuk-Lipiński?18.
Ich działalność polega na opisywaniu zachodzących Tu procesów zmiany społecznej czy komentowaniu bieżących wydarzeń politycznych przy pomocy paradygmatów wypracowanych przez główny nurt socjologii zachodniej, głównie teorię modernizacji i jej kulturalistycznych i instytucjonalnych spadkobierców [...]. Socjologowie i politologowie reprezentujący tę orientację są szczególnie często i chętnie zapraszani przez media jako eksperci. W ten sposób reprodukuje się i upowszechnia w opinii publicznej wyobrażenie o tym, jak powinno być i jak jest "normalnie"?19.
Istotą samo-kolonizacji byłoby więc nie tyle przyrównanie sytuacji w jednym kraju do sytuacji w innym, ale pozornie niewinne, a w istocie posiadające niezwykłą performatywną siłę słówko ?"?n?o?r?m?a?l?n?i?e?"?.? Jego obecno ść może stanowić papierek lakmusowy, pozwalający odróżnić przypadki transferu kulturowego - jak chociażby modernizacja Japonii w XIX wieku lub rozwój kapitalistycznych stosunków produkcji we współczesnych Chinach - od sytuacji wpływu lub dominacji peryferyjno-kolonialnych. O ile w pierwszym wypadku mamy do czynienia ze świadomym oraz celowym zapożyczeniem elementów obcej kultury i instrumentalnym wykorzystaniem ich w celu osiągnięcia konkretnych rezultatów, o tyle w drugim chodzi o normatywne dostosowanie się. Japończykom czy Chińczykom nie przyszłoby do głowy nazywać westernizujące reformy swojego kraju "wprowadzaniem normalności", co dla polskich peryferyjnych liberałów stanowi coś oczywistego. Widzimy tu więc, jak pracuje dokonane przez Kiosseva odróżnienie tych, którzy są inni i odlegli, od tych, którzy nie są w stanie wyrwać się z orbity wpływów kulturowo-cywilizacyjnego centrum.
Mówiąc o tym w Polsce, trzeba pamiętać o dodatkowym zastrzeżeniu Kiosseva: alternatywą dla obcej "normalności" nie jest żadna "swojskość", ale uznanie, że to, co "nienormalne", zostało już jako takie ukonstytuowane poprzez i dzięki rozpoznaniu swojej niższości. Krytyka dotyczy tu więc nie tyle celów, jakie stawiać może liberalny dyskurs modernizacyjny (pod przynajmniej kilkoma ważnymi względami są one w sytuacji polskiej zbieżne z postulatami krytycznego dyskursu emancypacyjnego), ile poznawczo-konceptualnej ramy, w jakiej są one artykułowane. Chodziłoby o zastąpienie opozycji "norma-patologia" przeciwstawieniem "centrum-peryferie/kolonie" oraz pokazanie, w jaki sposób ?o?b?a? ?c?z?ł?o?n?y? ?u?k?s?z?t?a?ł?t?o?w?a?ł?y? ?s?i?ę? ?j?a?k?o? ?e?l?e?m?e?n?t?y? ?z?i?n?t?e?g?r?o?w?a?n?e? ?w? ?o?b?r?ę?b?i?e? ?j?e?d?n?e?g?o? ?s?y?s?t?e?m?u?.? Taki jest też jeden z celów niniejszej książki.
Teza Kiosseva o samo-kolonizacji wymaga pewnego wysubtelnienia czy też dialektyzacji. Tak jak w przypadku heglowskiej relacji pan-niewolnik, strona podporządkowana pełni wobec dominującej użyteczną funkcję, i to nie tylko jako sługa. Pan oczekuje od niewolnika służby, ale również uznania. W kontekście współczesnej geopolityki europejskiej sytuację tę trafnie opisuje Slavoj Žižek, wykorzystując pojęcia Lacanowskiej psychoanalizy:
Europa Wschodnia funkcjonuje dla Zachodu jako ideał ja (Ich-Ideal): jest punktem, z którego Zachód widzi sam siebie w wyidealizowanej, atrakcyjnej formie jako wart miłości. Przedmiotem fascynacji Zachodu jest więc ?s?p?o?j?r?z?e?n?i?e?,? a dokładniej - w założeniu naiwne spojrzenie, którym Europa Wschodnia wpatruje się w Zachód zafascynowana jego demokracją. To tak jakby spojrzenie Wschodu wciąż dostrzegało w społeczeństwach zachodnich ich agalmę - skarb, który jest przyczyną demokratycznego entuzjazmu i po którym na Zachodzie pozostało jedynie wspomnienie?20.
Propozycja Kiosseva jest interesująca i inspirująca, ponieważ zwraca uwagę na związek dwóch zjawisk, które nie zawsze ujmowane są łącznie: formowania się narodowej tożsamości oraz zależności przyjmującej quasi-kolonialną postać. Kiossev niesłusznie jednak wyłącza z równania gospodarkę. Jego diagnoza sytuacji ma następującą postać: istnieją trzy grupy kultur: 1. silne i dominujące, które w skali globalnej promują swoje wartości jako uniwersalne (czyli kultury państw zachodnich), 2. słabsze od nich kultury, które nie są w stanie wypromować się na uniwersalizm, pozostają jednak wystarczająco odległe i autonomiczne względem kultur dominujących, aby zachować swój partykularyzm i samo-określać się, zamiast samo-kolonizować (czyli np. kultury świata islamskiego lub czarnej Afryki), i 3. kultury niewystarczająco odległe i niezależne, aby oprzeć się wpływowi kultur dominujących, zbyt im bliskie, aby zachować swój partykularyzm, ale również zbyt silne i odrębne, aby zostać całkowicie wchłonięte, dlatego w efekcie zmuszone do samo-kolonizacji (czyli np. kultury Europy Środkowo-Wschodniej i Południowo-Wschodniej). Zgadzając się z taką wizją globalnych zależności kulturowych, można zapytać, co spowodowało, że niektóre kraje zdołały podnieść swoje wartości do rangi tego, co Uniwersalne, a inne nie. Nie jest trudno pokazać, że uniwersalizacji poddano wartości - estetyczne, etyczne, społeczne i wszelkie inne - silnych, a silni byli ci, którzy byli bogaci. Gospodarka wyrzucona drzwiami, wraca oknem, co dowodzi, że Žižek słusznie nazywa ją "Realnym świata, w którym żyjemy" (Realne jest to, co powraca w każdym możliwym świecie).
Jeśli do dwóch elementów zaproponowanych przez Kiosseva - formowanie się nowoczesnych państw i kultur narodowych oraz kształtowanie się relacji podległości i zależności - dodamy człon trzeci, a mianowicie rozwój gospodarki kapitalistycznej, zauważymy, że procesy te przebiegały równolegle. Nie jest więc przypadkiem, że te kraje Europy Środkowo-Wschodniej i Południowo-Wschodniej, które mają za sobą okres świetności (czasem imperialnej), przeżyły go przed nastaniem ery nowożytno-kapitalistycznej lub ewentualnie na samym jej początku: Polska i Litwa w wiekach XV i XVI, Węgry między wiekiem X i XI, Bułgaria w wieku IX i X, Czechy - w XIII i XIV. Począwszy od przełomu XV i XVI wieku, a więc wraz z intensywnym rozwojem kapitalizmu, rolę rozgrywających - w Europie i stopniowo coraz bardziej na całym świcie - przejmują państwa zachodnie: najpierw Hiszpania i Portugalia, później Niderlandy i Francja, następnie Anglia i Niemcy, a w końcu Stany Zjednoczone. Od tego też momentu w Europie zaczyna kształtować się dualizm rozwojowy polegający na wyraźnym pionowym pęknięciu kontynentu mniej więcej wzdłuż Łaby: na Zachodzie rozwija się gospodarka kapitalistyczna i w siłę rosną monarchie absolutystyczne, na Wschodzie natomiast dominuje gospodarka folwarczno-pańszczyźniana w połączeniu ze słabą władzą centralną?21. Rzeczywiście, jak twierdzi Kiossev, samo-kolonizujące się kultury Europy Środkowo-Wschodniej i Południowo-Wschodniej ukonstytuowały swoją nowoczesną tożsamość państwową i kulturową w sytuacji niższości i zapóźnienia wobec coraz potężniejszego zachodu Europy, była to jednak kondycja ściśle związana z rozwojem kapitalizmu. To jedna z głównych tez niniejszej książki, którą będę dalej szczegółowo rozwijał na przykładzie jednego z krajów regionu - Polski.
"Pro domo sua"
Na przykładzie Polski świetnie zobaczyć można wpływ, jaki na kształtowanie się narodowego habitusu mają dwa wspomniane powyżej zjawiska: rozwój kapitalizmu oraz przedsięwzięcie kolonialne. Polska jest uwikłana zarówno w jedno, jak i w drugie. Amerykański socjolog Immanuel Wallerstein w swojej klasycznej już pracy The Modern World System rozwija tezę - będę ją obszernie omawiał w dalszej części - że upadek państwa polskiego w XVIII wieku spowodowany był bezpośrednio ewolucją kapitalistycznej gospodarki i miejscem, jakie zajmowała w nim Rzeczpospolita Obojga Narodów. Wallersteina inspiruje socjologizująca historia Fernanda Braudela, który z kolei idzie częściowo szlakiem wytyczonym przez polskich badaczy historii gospodarczej: Mariana Małowista, Witolda Kulę, Jerzego Topolskiego i kilku innych?22. Z tej perspektywy los I Rzeczypospolitej potraktować można jako pre?gurację "rozwoju niedorozwoju", opisywanego w kontekście współczesnym przez takich socjologów i ekonomistów jak Samir Amin?23 czy André Gunder Frank?24. Pokazuje jednak również, że na kształtowanie zależności wpływ ma wewnętrzna dynamika społeczeństw peryferyjnych.
Polska jako przedmiot badań jest tym ciekawsza, że na przestrzeni wieków była ona w bardzo różny sposób uwikłana w różne rodzaje projektu kolonialnego i imperialnego. Występowała w nich jako o?ara, ale również jako strona dominująca. Jej upadek w XVIII wieku można interpretować - i tak będę to robił w niniejszej książce - jako porażkę w konkurencji z imperializmem i kolonializmem jej potężnych sąsiadów - Rosji, Prus i Austrii. Rzeczpospolita toczyła z nimi walkę o kontrolę terenów znajdujących się we wspólnej przestrzeni wpływów. Z Prusami o Pomorze i częściowo Litwę oraz Inflanty, a z Rosją o pas szerokości około tysiąca kilometrów ciągnący się od Morza Bałtyckiego na południowy wschód aż po Morze Czarne (Inflanty, Litwa, Białoruś i Ukraina). Austria, podporządkowawszy sobie wcześniej Węgry, była również w momencie aneksji południowych rubieży I Rzeczypospolitej imperialno-kolonialną potęgą. Na terenach, które w naszej zbiorowej wyobraźni i pamięci funkcjonują pod nazwą Kresów, Polska występowała natomiast sama w roli kolonialnej potęgi, podporządkowując sobie zamieszkującą te tereny ludność. Kresy można nazwać "polskimi" tylko wtedy, gdy zgodnie z sugestią Normana Daviesa "polskość" rozumiemy analogicznie do "brytyjskości" jako rodzaj nadrzędnej, wieloetnicznej i wielokulturowej tożsamości społeczno-politycznej?25. To jednak rozumienie nowe, którego przenoszenie w historyczną przeszłość jest anachronizmem. Polskość owa była również budowana - podobnie do "brytyjskości" - przy użyciu siły. W sensie etnicznym i kulturowym Polacy stanowili na tzw. Kresach zdecydowaną mniejszość. W efekcie zarówno polska obecność na tych terenach, jak i sposób ich funkcjonowania w dzisiejszej kulturze oraz dyskursie publicznym nosi wszelkie ekonomiczne, polityczne i społeczne znamiona kondycji postkolonialnej.
W przeciwieństwie do zachodnich potęg kolonialnych, takich jak Hiszpania, Francja czy Anglia, Polska doskonale poznała również drugą stronę kolonializmu i imperializmu, a mianowicie los ludów podbitych i podporządkowanych obcemu panowaniu. Nasza sytuacja przypomina pod tym względem to, co działo się w innych częściach świata - w Azji, Afryce czy Ameryce Południowej. Nie chodzi tylko o sam fakt pozostawania pod polityczną i militarną kontrolą innego kraju. Ważniejsze, kiedy miało to miejsce. W Polsce, niczym w europejskich koloniach na innych kontynentach, nowoczesny naród kształtował się w XIX wieku w sytuacji imperialno-kolonialnego podporządkowania obcym potęgom. Fakt ten odcisnął niemożliwe do wymazania piętno zarówno na polskiej ideologii narodowej, jak i na kształcie i sposobie funkcjonowania instytucji państwowych, które pod wieloma względami przypominają bardziej to, co odnaleźć można w postkolonialnych krajach Afryki i Ameryki Łacińskiej niż w wysoko rozwiniętych społeczeństwach świata zachodniego.
Do tego postkolonialnego krajobrazu dołożyć należy jeszcze jeden element, a mianowicie miejsce, jakie w okresie poprzedzającym jej upadek zajmowała Rzeczpospolita w międzynarodowym podziale pracy. Kwestia ta była drobiazgowo i obszernie badana przez polskich historyków już w okresie międzywojennym. Pokazują oni, jak między XVI a XVIII wiekiem ukształtowały się i utrwaliły relacje między wschodem a zachodem Europy posiadające typowe cechy gospodarczych relacji centrum-peryferia?26. Wschód eksportował na Zachód surowce naturalne oraz produkty rolnicze, importował natomiast dobra luksusowe, produkty rzemieślnicze i narzędzia. To dokładnie wzorzec "nierównej wymiany", o której w odniesieniu do postkolonialnych krajów tzw. Trzeciego Świata mówią ekonomiści z tradycji dependystycznych i światowo-systemowych?27. Osobną kwestią jest odpowiedź na pytanie, dlaczego do tego doszło. Jak postaram się pokazać w Rozdziale 2, wcale nie trzeba przyjmować dla wyjaśnienia tej sytuacji Leninowskiej tezy o imperializmie jako najwyższej formie rozwoju kapitalizmu. Wobec olbrzymiej ilości zarówno materiału faktogra?cznego, jak i jego teoretycznych interpretacji, nie sposób jednak zanegować faktu, że nierówna wymiana miała miejsce oraz przerodziła się w strukturę długiego trwania, powodując chroniczne zacofanie Europy Środkowo-Wschodniej. Kraje tego regionu do dzisiaj próbują się z niego wydobyć, jak na razie bez pełnego powodzenia.
Projekt i metoda
W różnych miejscach niniejszej książki pojawiają się teoretyczno-metodologiczne dygresje przybliżające narzędzia teoretyczne, którymi się posługuję. Jednak już na samym początku chciałbym wspomnieć o trzech podstawowych elementach przyjmowanej przeze mnie perspektywy badawczej.
Po pierwsze, stosuję metodologię ?d?ł?u?g?i?e?g?o? ?t?r?w?a?n?i?a? (franc. longue durée) rozwiniętą przez francuską szkołę historyków skupionych wokół wydawanego od 1929 roku pisma "Annales d'histoire, économique et sociale" (od 1964 roku nosi ono tytułu "Annales. Économies, sociétés, civilisations"). Trzy najważniejsze dla tej szkoły postacie to Marc Bloch, Lucienne Febvre oraz Fernand Braudel. W przeciwieństwie do "punktowej" historiogra?i skupiającej się na wielkich wydarzeniach (wojny, rewolucje, traktaty, akty ustawodawcze itp.) i wybitnych postaciach (władcy, politycy, przywódcy wojskowi itd.), postulowali oni badanie procesów społecznych w długookresowych perspektywach, przy jednoczesnej koncentracji na powolnej ewolucji tych struktur, które wykazują uporczywe, historyczne trwanie. W perspektywie długiego trwania minimalny okres sensownej analizy to około dwustu lat, jednak badacze stosujący tę metodologię zajmują się czasem przedziałami obejmującymi nawet pięć wieków. Jednocześnie szkoła "Annales" dokonała przesunięcia akcentów, uzupełniając historię polityczną, która wcześniej dominowała w badaniach historycznych, historią gospodarczą i społeczną, niezbędną dla zrozumienia zasad rządzących długookresowymi procesami trwania i zmiany. Struktura długiego trwania, która stanowi tu przedmiot mojego zainteresowania, to przede wszystkim pęknięcie kontynentu europejskiego na dwie części - wschodnią i zachodnią - oraz uzależnienie Wschodu od Zachodu.
Drugim ważnym elementem mojej perspektywy badawczej jest ?g?e?o?g?r?a?f?i?c?z?n?y? ?h?o?l?i?z?m?.? Założenie to podzielam z przywoływanymi powyżej badaczami, takimi jak Immanuel Wallerstein, Fernand Braudel czy polska szkoła historii gospodarczej. Głosi ono, iż nie da się zrozumieć dynamiki przemian zachodzących wewnątrz danego państwa, regionu czy społeczności, nie umieszczając ich w kontekście szerszego systemu powiązań i oddziaływań. Los poszczególnych, lokalnych elementów jest zawsze częścią większej, czasem nawet globalnej układanki. Dlatego uważam, że nie da się w pełni zrozumieć przemian zachodzących w obrębie państwa polskiego czy Europy Środkowo-Wschodniej bez zdiagnozowania zależności, w jakie były one uwikłane na przestrzeni wieków. Zależność, jak postaram się pokazać dalej, niekoniecznie trzeba rozumieć jako bezpośrednie podporządkowanie czy też "stłamszenie" przez zewnętrzną potęgę polityczną lub ekonomiczną, chociaż może ono przyjmować taką postać. Ogólnie jednak kategorię zależności proponuję pojmować jako powiązanie lokalnych realiów z szerszym kontekstem.
Po trzecie wreszcie, chociaż moje dociekania mają charakter społeczno-kulturowy i można najprościej zaklasy?kować je jako kulturowo-historyczną socjologię zacofania, zdecydowanie nie zgadzam się na ograniczenie metod badawczych do koszyka narzędzi (konceptualnych i metodologicznych) jednej tylko dyscypliny. Wątpię w ogóle w to, czy sama socjologia jest w stanie być tym, co głosi jej nazwa - czyli nauką o społeczeństwie - jeśli zgodnie z dyscyplinarnym puryzmem będziemy unikać "wycieczek" na "cudze" terytoria: ekonomii, historii, psychologii, ?lozo?i czy teorii kultury. Podział wiedzy na dyscypliny powstał jako instytucjonalny artefakt wynikający ze sposobu organizacji przedsięwzięcia, jakim jest nauka. Granice dyscyplin nie odzwierciedlają jakichkolwiek obiektywnych podziałów w świecie na zjawiska ekonomiczne, społeczne, psychologiczne itd. Nawet samo odróżnienie nauk społecznych i humanistycznych wydaje się wątpliwe, bo czy istnieje społeczeństwo bez ludzi albo człowiek bez społeczeństwa? W związku z tym staram się też konsekwentnie unikać określenia "interdyscyplinarny", które pod płaszczykiem metodologicznego postępu kryje de facto reakcyjną obronę istniejących dyscyplin. Nie mogłaby istnieć interdyscyplinarność, gdyby równolegle nie istniały odrębne dyscypliny. O wiele bliższe byłyby mi określenia takie jak ?u?n?i?d?y?s?c?y?p?l?i?n?a?r?n?o?ś?ć? czy ?p?o?s?t?d?y?s?c?y?p?l?i?n?a?r?n?o?ś?ć?.
Zmagania z nowoczesną formą
Nowożytna historia Polski ujęta w tej trój elementowej perspektywie - a więc z punktu widzenia długiego trwania, holistycznie i przy pomocy aparatury pojęciowej wychodzącej poza ciasne ramy jednej dyscypliny - stanowi pewnego rodzaju exemplum. Oczywiście, zdaję sobie sprawę z ryzykowności wpisanej w każdą generalizację. Uniwersalne diagnozy stawiane przez socjologów czy politologów niebezpiecznie zbliżają się do dziennikarsko-publicystycznych spekulacji i bywają zbyt często falsy?kowane przez antropologów i historyków, którzy w swoich badaniach kładą wielki nacisk na synchroniczną oraz diachroniczną różnorodność społeczeństw ludzkich. Jednak na podstawie obszernych badań nad polityczną transformacją społeczeństw peryferyjnych?28 połączonych z pogłębionymi studiami nad historią, kulturą i habitusem Europy Środkowo-Wschodniej, które przedstawiam w niniejszej książce, mogę postawić tezę, że istnieje coś w rodzaju "postkolonialnego syndromu peryferyjnego". Objawia się on - mówiąc znów kategoriami Gombrowicza - w mozolnych zmaganiach z formą. Rozumiem przez to trudność, czy też nawet niemożliwość, takiego ukształtowania najogólniejszych ram życia społecznego, które pozwoliłyby z jednej strony dostosować się do wymagań epoki i dogonić modernizacyjny peleton (jego czołówkę stanowią dziś wysokorozwinięte kraje globalnej Północy), z drugiej zaś w jakiś sposób "wyrazić siebie". Nowoczesność widziana z peryferii wydaje się z jednej strony niezwykle wartościowa i atrakcyjna, z drugiej jednak cokolwiek obca. Ten katatoniczny czasem uwiąd pomiędzy dwiema sprzecznymi tendencjami Clifford Geertz nazywa kon?iktem między "epochalizmem" a "esencjalizmem"?29. Pierwszy z tych terminów oznacza "pragnienie pójścia z duchem czasu" i dorównania ideałom epoki. Duch czasu to demokracja liberalna i nowoczesność, czyli powszechne prawo głosu, nowe środki komunikowania, rozbudowa infrastruktury przemysłowej i ogólny dobrobyt. Obok tego istnieje jednak esencjalizm - pragnienie zachowania własnej kultury, odrębności, lokalnej specy?ki i całej grupy związanych z tym norm kulturowych oraz społecznych instytucji. Nie chodzi tylko o takie sztandarowe kwestie społeczne, jak np. prawa kobiet czy równouprawnienie mniejszości seksualnych. Problem jest o wiele szerszy. Nowoczesność to złożony amalgamat wartości i wzorów działania dopasowanych tak, aby współgrały z kapitalistyczną gospodarką (obecnie w jej wydaniu turbo, czyli z kapitalizmem neoliberalnym). Dotyczą one określonej konstrukcji podmiotowości, kon?guracji pragnienia, stylu życia, sposobu spędzania wolnego czasu itd. Zwolennicy tzw. kulturalizmu, przekonani, że wzory kultury są jedną z głównych przeszkód w budowaniu dobrobytu, twierdzą, iż lokalne normy i wartości kulturowe powinny być zmieniane tak, aby umożliwić wzrost gospodarczy. Problem polega jednak na tym, że chociaż odrzucenie pewnych norm kulturowych (np. łapówkarstwa) rzeczywiście jest niezbędne dla jakiegokolwiek rozwoju, to jednak samo w sobie nie jest ono gwarantem społeczno-ekonomicznego postępu. Do przezwyciężenia pozostają bowiem jeszcze inne, zdecydowanie głębsze i bardziej globalne uwarunkowania strukturalne przyczyniające się do trwania niedorozwoju, np. braki w kapitale społecznym - którego nie da się importować z zagranicy równie łatwo, jak kapitału materialnego - niekorzystna pozycja danego kraju w międzynarodowym podziale pracy lub złe warunki wymiany handlowej. Pod maską modernizacji i rozwoju na peryferiach często ukrywa się ?t?r?w?a?n?i?e? ?z?a?c?o?f?a?n?i?a? ?i? ?u?n?o?w?o?c?z?e?ś?n?i?e?n?i?e? ?n?ę?d?z?y?,? aby użyć terminu Ivana Illicha?30. Zjawiska te nie są łatwo dostrzegalne w makrostatystykach ekonomicznych, takich jak wzrost PKB, poziom bezrobocia czy kursy wymiany walut, które dominują w medialnej debacie na temat gospodarki. Pozornie świetnie prosperujące przedsięwzięcia mogą ukrywać w sobie zarzewie przyszłej katastrofy. Trudno na przykład w samym tylko obrazie szesnastowiecznej gospodarki folwarczno-pańszczyźnianej w Polsce dostrzec przyczyny przyszłego upadku Rzeczypospolitej. Można by nawet wykazywać - jak robią to niektórzy polscy historycy, na przykład Andrzej Wyczański?31 - że społeczne konsekwencje systemu folwarczno-pańszczyźnianego były w XVI wieku lepsze niż konsekwencje rodzącego się w Europie Zachodniej kapitalizmu. Jednak miejsce w międzynarodowym podziale pracy, które zajęła Polska na skutek zdominowania jej gospodarki przez system folwarczno-pańszczyźniany, okazało się na dłuższą metę fatalne. Dzisiaj z imperium zbożowo-ziemniaczanego Polska przerodziła się w mini-imperium AGD i montowni samochodowych (nie są to nawet fabryki, ponieważ w sporej części auta składa się w nich z importowanych z zagranicy części). Pomimo miejsc pracy i PKB, które generuje tego rodzaju produkcja, w epoce, gdy awangardą przemysłową są takie dziedziny jak wysoka technologia elektroniczno-informatyczna czy inżynieria genetyczna, kariera, jaką robią w Polsce technologie przemysłowe stare, a nawet przestarzałe, jest dowodem nie tyle sukcesu rozwojowo-modernizacyjnego, co raczej "rozwoju niedorozwoju", o którym pisali teoretycy zależności.
W niniejszej książce nie przedstawiam kompletnej i spójnej teorii postkolonialnego syndromu peryferyjnego. Staram się raczej - na przykładzie Polski - odmalować pewien pejzaż, w którym się on rozwinął. Dlatego koncentruję się na kilku wybranych problemach, zjawiskach i okresach z nowożytnej i najnowszej historii Polski. Dla przejrzystości wywodu zostały one ułożone z grubsza chronologicznie, chociaż w każdym przypadku mówić można o trwaniu pewnych wzorców i struktur nie tylko w przeszłości, ale również obecnie. Horyzontem moich zainteresowań nie jest jednak wcale historia, ale współczesność i nowoczesność, których genealogię - czy też ?s?c?e?n?ę? ?p?i?e?r?w?o?t?n?ą? - postaram się zrekonstruować. Uważam - co postaram się udowodnić - że to gospodarka była dziedziną życia, w której rozejście się dróg rozwojowych wschodu i zachodu Europy nastąpiło najwcześniej i miało ogromne konsekwencje dla środkowoeuropejskich problemów z nowoczesnością. Dlatego poświęciłem Rozdziały 1 i 2 odmalowaniu kontrastu w społeczno-gospodarczym rozwoju obu części europejskiego kontynentu, koncentrując się przede wszystkim na przypadku Polski. Kolejne dwa rozdziały uzupełniają ten pejzaż o elementy polityczne, przy czym niewiele miejsca poświęcę w nich zachodniej nowoczesności politycznej, czyli demokracji parlamentarnej?32. Będę raczej interesował się specy?ką politycznej sytuacji państwa polskiego, czy też - mówiąc dokładniej - brakiem tego państwa. Istotnym aspektem analizy pozostanie pytanie o kolonializm zadane w kontekście Europy Środkowo-Wschodniej. W przypadku gospodarki będzie to kwestia uzależnienia Polski - a pośrednio innych krajów regionu - od rodzącej się gospodarki kapitalistycznej. Zajmę się jednak również kolonializmem, którego wektor zwrócony był w przeciwną stronę - polskim projektem kolonialnym na wschodnich kresach Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Rozdział 5 poświęcony został dramatycznemu zerwaniu w procesie budowy polskiej podmiotowości, jakim były rozbiory. Postaram się zaproponować tam psychoanalityczną rekonceptualizaję tego decydującego zwrotu. Pod koniec książki po raz kolejny pojawi się problematyka (post)kolonialna, bo w XIX wieku Europa Środkowo-Wschodnia doświadczyła kolonializmu podobnego do tego, jaki stał się udziałem peryferyjnych społeczeństw w Afryce, Azji czy Ameryce Południowej. W efekcie reaktywny nacjonalizm, który do dzisiaj wywiera ogromny wpływ na polską świadomość narodową, ma wiele cech charakterystycznych dla kondycji postkolonialnej. Postaram się je wydobyć w ostatnim, podsumowującym rozdziale.
W stronę nowej konceptualizacji polskiego habitusu narodowego
Niniejsza książka jest także próbą uzupełnienia luki, jaką w polskiej myśli społecznej stanowi brak systematycznej i kompleksowej reinterpretacji polskiej historii społecznej, kulturowej, gospodarczej i politycznej - czy też, mówiąc ogólnie, polskiego habitusu - przy wykorzystaniu takich narzędzi teoretycznych jak studia postkolonialne, teorie zależności, teologia polityczna, psychoanaliza oraz teoria hegemonii. To więc próba ?p?r?z?e?p?i?s?a?n?i?a? faktów i narracji, które są powszechnie znane, interpretowane jednak - w mojej opinii - w niekompletny, a czasem błędny sposób. Celem, który sobie tu stawiam, jest zbadanie specy?ki polskiego habitusu narodowego. W tym punkcie narzędzia teorii zależności i teorii postkolonialnej wymagają uzupełnienia. Różnego rodzaju procesy kolonizacji i uzależnienia to jeden element gry, której wynikiem była ?i? ?j?e?s?t? kulturowa, społeczna, polityczna oraz gospodarcza pozycja Polski. Drugi wydaje się trudniejszy do uchwycenia, ponieważ ze swojej de?nicji pozostaje niewidoczny: jest nim ?b?r?a?k?,? który można nazwać również pustką, negatywnością, luką czy nieobecnością. Nie chodzi mi tu bynajmniej tylko o przychodzący na myśl okres rozbiorów, kiedy Polska na półtora wieku zniknęła z mapy. Wydarzenie to było jedynie konsekwencją luk i braków, które pojawiły się o wiele wcześniej. Wokół nich od samego zarania budowała się nasza podmiotowość. Był to najpierw ?b?r?a?k? ?d?z?i?e?d?z?i?c?t?w?a? ?r?z?y?m?s?k?i?e?g?o?.? Granice wpływów rzymskiego imperium wyznaczają linię demarkacyjną oddzielającą europejski Zachód od Wschodu, a tym samym stanowią zachodnią granicę Europy Środkowo-Wschodniej. Na podstawie danych archeologicznych, świadectw historycznych i analiz ?lologicznych można z dużym prawdopodobieństwem stwierdzić, że Europa na północ od Alp przed przybyciem Rzymian stanowiła w miarę jednorodną przestrzeń społeczno-kulturową?33. Na skutek kontaktu z cywilizacją rzymską na zachodzie doszło do syntezy dwóch systemów społecznych - północnoeuropejskiego i rzymskiego - czego efektem stał się feudalizm. Na Wschodzie do podobnej syntezy nie doszło i dlatego dynamika społeczna, gospodarcza i polityczna wyznaczona została przez ?b?r?a?k? instytucji i rozwiązań charakterystycznych dla Zachodu. Na poziomie gospodarczym objawiło się to brakiem przejścia do kapitalizmu w wieku XV i XVI, zamiast którego na terenach położonych na wschód od Łaby i Litawy pojawiło się zaostrzone poddaństwo towarzyszące gospodarce folwarczno-pańszczyźnianej (nie była ona jednak historycznym novum, ani próbą stworzenia pozytywnej i progresywnej alternatywy wobec gospodarki kapitalistycznej, ale regresem do form, które zachód Europy trwale przekroczył już wtedy w swoim rozwoju).
Na poziomie politycznym brak konstytuujący podmiotowość Europy Środkowo-Wschodniej zamanifestował się jako nieobecność w wieku XVII i XVIII silnych monarchii absolutystycznych. Paradygmatycznym przykładem tej ułomności jest Rzeczpospolita Obojga Narodów. Najpierw w Królestwie Polskim, a później w I Rzeczypospolitej następowało systematyczne ?o?s?ł?a?b?i?e?n?i?e? władzy centralnej. Zmiana następowała więc w kierunku dokładnie przeciwnym, niż miało to miejsce na Zachodzie i w części krajów ościennych. Inne kraje regionu albo doświadczyły podobnej kondycji, albo stały się częścią obcych monarchii absolutystycznych (jak Czechy i Węgry)?34.
Państwem, które na pierwszy rzut oka nie pasuje do tak przeprowadzonej linii podziału, są Prusy: położone na wschód od Łaby, modernizowały się i rozwijały podobnie do zachodu kontynentu, przeszły przez fazę absolutyzmu w XVIII wieku, uprzemysłowienie w XIX i stworzyły silną formację państwowo-narodową. Dlatego nie jest zaskoczeniem, że np. Andrzej Walicki przeprowadza linię podziału na Wschód i Zachód Europy nie na Łabie, ale wzdłuż granicy Prus i I Rzeczypospolitej?35. Kontrowersja jest tu jednak pozorna. Społeczno-kulturowa geneza państwa pruskiego prowadzi bowiem do Zakonu Krzyżackiego, który wywodzi się z terenów położonych o wiele bardziej na zachód (impulsem do jego powstania była inicjatywa mieszczaństwa Bremy i Lubeki), a jego aktywność ściśle wiąże się związana ze społeczną i polityczną historią Europy Zachodniej. W tym sensie w Europie Środkowo-Wschodniej Prusy jako spadkobierca Krzyżaków były ciałem obcym. Jego przeszczepienie z Zachodu odkształciło linię podziału Wschód-Zachód przebiegającą na Łabie. Geogra?a społeczno-kulturowa nie zawsze zgadza się w 100% z geogra?ą ?zyczną i tu mamy tego właśnie przykład.
Decyzja polskiej i litewskiej szlachty podjęta po śmierci Zygmunta II Augusta, aby przekształcić Rzeczpospolitą w monarchię elekcyjną, a więc jednocześnie uczynić z króla rodzaj "proto-prezydenta", ograniczając w drastyczny sposób jego władzę, była brzemienna w skutkach. Począwszy od tego momentu Rzeczpospolita nie miała w zasadzie monarchy i ten kolejny brak stał się głównym czynnikiem determinującym jej losy w XVII i XVIII wieku?36. Jak postaram się pokazać w Rozdziale 3, wykorzystując teorię Ernsta Kantorowicza i Claude'a Leforta, począwszy od 1572 roku nie było już w ogóle czegoś takiego jak państwo polskie (i litewskie). Zamiast nich pojawiła się osobliwa jak na Europę tego okresu federacja magnackich dominiów działająca zgodnie z ultrademokratycznymi zasadami demokracji uczestniczącej. Była to jednak parodia demokracji w nowoczesnym sensie tego słowa, ponieważ z zasady wykluczała z udziału w rządzeniu radykalną większość społeczeństwa (nie tylko chłopów, ale również mieszczaństwo). Federacja ta była rodzajem "zrzeszenia przedsiębiorców" - dawała wielkiej szlachcie i magnatom możliwość gospodarczej eksploatacji zarówno ziem rdzennie polskich, jak i gigantycznych terenów na skolonizowanej przez Polskę Ukrainie. Przez analogię z instytucjami powołanymi nieco później w kapitalistycznych krajach Europy Zachodniej - jak Holenderska Kompania Zachodnioindyjska czy brytyjska Kompania Lewantyńska - nazwać by ją można ?P?o?l?s?k?ą? ?K?o?m?p?a?n?i?ą? ?K?r?e?s?o?w?ą?.? Postaram się pokazać, że jakkolwiek radykalnie i paradoksalnie brzmieć może taka teza, ma ona swoje uzasadnienie. Dostarczy go analiza zachowania politycznego magnatów (w tym szczególnie obrad sejmikowych i użytku czynionego z liberum veto), zbadanie struktury i modelu polskiej produkcji gospodarczej, geopolitycznej orientacji I Rzeczypospolitej oraz dekonstrukcja jej ideologii - sarmatyzmu.
Podmiotowość Polski jako społeczeństwa, państwa i narodu ukonstytuowała się więc na trzech sukcesywnych brakach: ?b?r?a?k? ?d?z?i?e?d?z?i?c?t?w?a? ?r?z?y?m?s?k?i?e?g?o? pociągnął za sobą ?b?r?a?k? ?n?o?w?o?ż?y?t?n?e?j? ?o?r?g?a?n?i?z?a?c?j?i? ?s?p?o?ł?e?c?z?n?e?j? opartej na kombinacji absolutyzmu i kapitalizmu. Ograniczenie pozycji monarchy poszło w Rzeczypospolitej tak daleko, że można mówić o ?b?r?a?k?u? ?k?r?ó?l?e?w?s?k?i?e?j? ?w?ł?a?d?z?y?.? Efektem tego wszystkiego okazał się ?b?r?a?k? ?p?a?ń?s?t?w?o?w?o?ś?c?i?,? znany w polskiej historiogra?i pod nazwą rozbiorów. Ta ostateczna porażka bywa traktowana jako trauma konstytutywna dla współczesnej polskości i wobec niej relatywizowane są różne elementy współczesnego polskiego habitusu. Jak postaram się jednak pokazać, rozbiory ujawniły tylko coś, co w rejestrze Realnym trwało już przez dokładnie 200 lat przed pierwszym rozbiorem Polski: jej ?n?i?e?i?s?t?n?i?e?n?i?e?.? Okres między 1572 a 1795 rokiem możemy w historii Polski nazwać epoką ?p?a?ń?s?t?w?a? ?f?a?n?t?o?m?o?w?e?g?o?.? Termin ten odwołuje się do koncepcji kończyny fantomowej, czyli kończyny, która została utracona, ale wciąż istnieje na poziomie reprezentacji psychicznej. Człowiek odczuwa jej ból, wydaje mu się, że jest ułożona w jakiś sposób itd., chociaż w rzeczywistości jej już nie ma?37. Interpretując ten fakt w świetle Ernsta Kantorowicza teologiczno-politycznej teorii dwóch ciał króla?38, proponuję ową urojoną państwowość I Rzeczypospolitej nazwać ?f?a?n?t?o?m?o?w?y?m? ?c?i?a?ł?e?m? ?k?r?ó?l?a?.
Owe konstytutywne braki obudowywane były zawsze w polskiej historii odpowiadającymi im ideologiami. W okresie latentnego nieistnienia Polski (zwanym Rzeczpospolitą Obojga Narodów) ideologią tą był sarmatyzm. Jego dekonstrukcją zajmę się w Rozdziale 3. Przepuszczenie sarmatyzmu przez ?ltr teorii postkolonialnej daje interesujące rezultaty, odnajdziemy w nim bowiem dwa momenty fundujące kolonializmu jako ideologii. Pierwszy w samej de?nicji szlachty jako grupy nie tylko lepszej, ale istotowo odmiennej od reszty populacji. Ta grupa - zgodnie z sarmackim mitem - po migracji ze wschodu objęła panowanie nad Europą Środkowo-Wschodnią, podporządkowując sobie zamieszkującą te regiony ludność rolniczą. Drugi w społeczno-politycznym funkcjonowaniu sarmatyzmu jako ideologii uzasadniającej kolonialną ekspansję na Kresy oraz całościowy sposób życia kresowej szlachty (mam tu na myśli takie elementy ideologii sarmackiej, jak apoteoza gospodarczej samodzielności i autonomii życia wiejskiego, odcięcia od cywilizacji miejskiej, przywiązanie do ziemi i jej uprawy, niechęć do tzw. cudzoziemszczyzny itd.). Polscy magnaci kresowi do złudzenia przypominają pod tym względem latynoamerykańskich latyfundystów.
W XIX wieku, gdy trauma staje się silniejsza, rośnie również korpus ideologii mający zamaskować konstytutywny brak, w tym szczególnie uniemożliwić zbiorowej świadomości rozpoznanie faktycznych źródeł upadku Polski, którym było Realne?39 nieistnienie państwa polskiego od końca XVI wieku. W grze między obudowaną w ten sposób ideologicznie traumą a kolonialnym uzależnieniem Polski od trzech mocarstw zaborczych kształtuje się w tym okresie polski naród. To klucz do zrozumienia zarówno losów Polski w XX wieku, jak i współczesnej kondycji polskiego społeczeństwa oraz kultury, które nadal determinuje dialektyczny węzeł konstytuującej nas pustki oraz prób pozytywnego określenia się wobec obcych wpływów i wzorów.
Tak zarysowany schemat konstrukcji polskiej podmiotowości daje się w dość dobry sposób opisać przy wykorzystaniu psychoanalitycznej teorii podmiotu, zwłaszcza w wersji Lacanowskiej. Zgodnie z nią podmiotowość konstytuuje się poprzez odpowiedź na bolesny i traumatyczny brak. Nieistnienie państwa po 1572 roku oraz postępujące społeczne, kulturowe i gospodarcze zapóźnienie I RP w porównaniu z Zachodem było Realnym polskiej kondycji w epoce nowożytnej. Kategorię "Realnego" należy zgodnie z intencją Lacana rozumieć tu ?s?t?r?u?k?t?u?r?a?l?n?i?e? jako to, czego nie da się w żaden sposób dostrzec ani przedstawić w obrębie danego systemu (u Lacana symbolicznego, tutaj - społecznego i kulturowego), ale co jednocześnie pełni konstytutywną rolę w jego funkcjonowaniu jako całości. Taki był właśnie status owych dwóch faktów - nieistnienia państwa oraz społeczno-kulturowo-gospodarczego zapóźnienia - pomiędzy XVI a XVIII wiekiem. Sarmatyzm, jak na ideologię przystało, miał ?p?o?k?a?z?a?ć?,? ?ż?e? ?t?e?g?o? ?b?r?a?k?u? ?n?i?e? ?m?a? i że państwo szlacheckie posiada własną, pozytywną tożsamość społeczną, kulturową i polityczną, w pełni konkurencyjną i ekwiwalentną wobec tego, co występuje na Zachodzie. Nie może być mowy o jakiejkolwiek niższości lub zapóźnieniu Rzeczypospolitej wobec sąsiadów, ponieważ bezwzględnie przewyższa ich ona pod każdym względem. Oba twierdzenia były oczywiście fałszywe, jednak - jak można by spodziewać się na podstawie Lacanowskiej psychoanalizy - w sarmatyzmie znajdziemy konstrukcje o charakterze Symbolicznym oraz Wyobrażeniowym, podtrzymujące ideologiczne ?kcje i przesłaniające ten konstytutywny brak.
To, co wydarzyło się pod koniec XVIII wieku, czyli tzw. rozbiory, to dobry przykład inwazji Realnego: wypierana prawda staje się tak silna, że przebija barierę ideologii i w niemożliwy do opanowania sposób wdziera się w obszar świadomości (indywidualnej lub zbiorowej). Rozbiory udowodniły, że ?P?o?l?s?ka ?n?i?e ?b?y?ł?a? ?p?a?ń?s?t?w?e?m? ?w? ?ż?a?d?n?y?m? ?w?ł?a?ś?c?i?w?i?e? ?a?s?p?e?k?c?i?e? ?u?w?z?g?l?ę?d?n?i?a?n?y?m? ?p?r?z?e?z? ?j?a?k?ą?k?o?l?w?i?e?k? ?d?e?f?i?n?i?c?j?ę? ?p?a?ń?s?t?w?o?w?o?ś?c?i?.? Fakt ten, z powodów oczywistych dla psychoanalizy, nie był dostrzegany przez protagonistów nowożytnej historii Polski, czyli szlachtę, i nawet dzisiaj bywa czasem ignorowany przez polskich historyków. Utratę państwowej suwerenności przez I RP na długo przed zaborami diagnozują natomiast często zagraniczni historycy. Tak na przykład Robert F. Leslie nie ma wątpliwości, że już od pierwszej połowy XVIII wieku Rzeczpospolita była całkowicie kontrolowana przez Rosję, która po traktacie ze Szwecją podpisanym w 1721 roku i Austrią w 1726 stała się niepodzielnym władcą Europy Środkowo-Wschodniej. Dlatego pierwszy rozbiór Polski w 1772 roku był porażką Rosji, która musiała podzielić się swoim "niewidzialnym imperium" z Austrią i Prusami. Miała inne plany - utrzymać Rzeczpospolitą w całości jako swój protektorat. Niestety, pozostali gracze w regionie okazali się zbyt silni i ostatecznie Rosja musiała oddać im część Rzeczypospolitej. Aby utwierdzić swą władzę nad resztą, wcieliła ją formalnie do swojego państwa?40. W tym dopiero momencie nieistnienie Rzeczypospolitej - Realne, w sensie Lacanowskim, od ponad dwóch wieków - nie dało się już ukryć, przez co musiało dojść do takiego przekształcenia rejestrów Symbolicznych i Wyobrażeniowych, aby mogło ono zamanifestować się w międzynarodowym porządku państw narodowych.
Innym pojęciem psychoanalitycznym użytecznym przy badaniu historycznych procesów, które ukształtowały polską podmiotowość, jest koncepcja fantazmatu. W psychoanalizie jest on de?niowany jako "wyobrażony scenariusz, w którym podmiot jest obecny, a który przedstawia w sposób mniej lub bardziej zniekształcony przez procesy obronne spełnienie jakiegoś pragnienia"?41. Koncepcja ta dobrze opisuje zarówno sarmackie sny o potędze, jak i późniejsze wizje wyobrażonych ról odgrywanych przez Polskę (Chrystusa narodów, Winkelrieda narodów itd.). Termin ten został już zresztą wprowadzony do polskiej krytyki kultury w znakomitej książce Marii Janion Projekt krytyki fantazmatycznej?42.
Najszerszą ramą, w której chciałbym umieścić całość problematyki niniejszej książki, stanowi proces ?z?m?a?g?a?n?i?a? ?s?i?ę? ?z? ?f?o?r?m?ą?,? w jaki uwikłana była (i jest) Polska oraz inne kraje Europy Środkowo-Wschodniej. Mam tu na myśli takie rozumienie terminu "forma", o jakie chodzi Lefortowi, gdy pisze, że "nowoczesna demokracja to świadectwo ?s?p?e?c?y?f?i?c?z?n?e?g?o? ?u?f?o?r?m?o?w?a?n?i?a? (mise en forme) społeczeństwa [podkreślenie moje - J.?S.]"?43. To samo powiedzieć można o całej nowoczesności - gospodarczej, społecznej, kulturowej, artystycznej. Nowoczesność jest pewną formą czy też zespołem form. Nie są one jednak bynajmniej wynalazkiem XIX wieku, a tym mniej osiągnięciem wieku XX. Nowoczesność ma już za sobą długie trwanie. Pod każdym względem - politycznym, społecznym i gospodarczym - jest zakorzeniona w wyjątkowych dla Europy zjawiskach sięgających przynajmniej późnego średniowiecza i wczesnej nowożytności. To w tamtym okresie z powodu de?nitywnego rozejścia się dróg rozwojowych wschodu i zachodu Europy oraz postępującej peryferyzacji Europy Środkowo-Wschodniej rozpoczyna się w Polsce dramatyczne zmaganie z formą, które trwa do dzisiaj. Moją ambicją nie jest prześledzenie tego procesu w jego całej historycznej rozciągłości. Stawiam sobie skromniejsze zadanie: interesuje mnie przede wszystkim zbadanie tego, co przy pomocy języka psychoanalitycznego nazwać można jego ?s?c?e?n?ą? ?p?i?e?r?w?o?t?n?ą?.? Obejmuje ona okres od przełomu średniowiecza i nowożytności do końca XIX wieku (w sensie społeczno-kulturowym, a nie kalendarzowym, czyli do wybuchu I wojny światowej). Paradoksalnie więc, chociaż przedmiotem mojego zainteresowania jest tu nowoczesność, o teraźniejszości będzie w tej książce bardzo niewiele. Myliłaby się jednak ta, która uznałaby, że trzyma w ręku książkę historyczną. To w całości tylko i wyłącznie książka o współczesności oraz nowoczesności, które ani na chwilę nie znikają z horyzontu. Nie jest to jednak książka o współczesności i nowoczesności jako tym-co-się-właśnie-wydarza, ale o ich genealogii. I ich scenie pierwotnej takiej, jaką zobaczyć można z ostatnich rzędów środkowo-europejskich peryferii. To ujęcie bliskie temu, które przyjmuje Andrzej Walicki i które Andrzej Mencwel nazywa historycznym realizmem: nowoczesny porządek społeczny i kulturowy stanowi efekt pewnej konstrukcji (na takiej zasadzie, na jakiej naród jest wspólnotą wyobrażoną), jednak o jej kształcie decydują historyczne wydarzenia sięgające czasem bardzo daleko w przeszłość, nawet do okresu przednowoczesnego?44.
Na koniec jedna istotna uwaga: tak zarysowany projekt należy wyraźnie odróżnić od wszelkiego rodzaju dociekań dotyczących procesu kształtowania się polskiego ?n?a?r?o?d?u? i problemów polskiego ?n?a?c?j?o?n?a?l?i?z?m?u?.? Nie są one w tej książce głównym przedmiotem mojego zainteresowania. Kwestie te są bardzo obszernie omawiane i analizowane w polskiej humanistyce i naukach społecznych. Jak jednak zauważył klasyk badań nad nacjonalizmem Hans Kohn, nowoczesne państwa narodowe są "wynikiem fuzji pewnego stanu umysłu z pewną polityczną formą"?45. W polskiej nauce i debacie publicznej mamy do czynienia z nadreprezentacją zainteresowania owym stanem umysłu (problematyka tożsamości narodowej) przy relatywnym zaniedbaniu problemu politycznej formy. "Politykę" należy tu rozumieć zarówno w wąskim sensie jako organizację i sprawowanie władzy, jak i w szerszym, o który upominają się często myśliciele francuscy, czyli jako pewien sposób konstytuowania wspólnoty i bycia razem?46. W niniejszej książce będę interesował się przede wszystkim tą właśnie zaniedbaną kwestią formy. Niedocenianie jej roli w dziejach Polski i całego regionu jest poważnym błędem, bo - jak przekonuje Ivan T. Berend - to właśnie brak struktur państwowych skierował w XIX wieku środkowoeuropejskie nacjonalizmy na zainteresowanie etnicznością, językiem i innymi ekskluzywnymi kryteriami wyznaczania zbiorowej tożsamości oraz granic wspólnoty?47. Stan umysłu był więc i jest w znacznej mierze determinowany polityczną formą. Kwestia formy to również zasadnicze wyzwanie praktyczne. Wbrew pozorom skonstruowanie narodu jest stosunkowo proste - wystarczy sobie coś wyobrazić, o czym przekonuje Benedict Anderson w znanej książce Wspólnoty wyobrażone. Nie jest więc niczym dziwnym, że Polacy i inne narody oraz grupy etniczne Europy Środkowo-Wschodniej, pozbawione przez długi czas własnej państwowości lub skazane na zależność od obcych mocarstw, chętnie uciekały do królestwa wyobraźni. Zdecydowanie większym wyzwaniem jest konstrukcja nowoczesnej formy politycznej. Wymaga to zarazem zabiegów na poziomie dyskursywnym - a więc manipulowania sposobami, w jakie nadajemy światu sens - jak i gigantycznego wysiłku materialnego oraz organizacyjnego: stworzenia infrastruktury, administracji, sprawnego systemu edukacji, armii, mechanizmów gospodarczych, instytucji społecznych itd. Jestem przekonany, że to właśnie kwestia formy determinuje obecną kondycję Polski i Europy Środkowo-Wschodniej, dlatego przede wszystkim jej chciałbym poświęcić uwagę w niniejszej książce.
*
Mini-przewodnik: Jak czytać "Fantomowe ciało króla"?
Zainspirowany wyrozumiałością, z jaką Bruno Latour traktuje czytelników i czytelniczki, podsuwając im na końcu Polityki natury zwięzłe streszczenia każdego rozdziału, proponuję kilka wskazówek dotyczących lektury Fantomowego ciała króla. Jego układ i rozmiary są uzasadnione naturą oraz zakresem podejmowanej przeze mnie tematyki, więc najlepszym sposobem czytania książki jest podążanie za kolejnością rozdziałów. Tym, którzy i które nie mają na to dość czasu, pomóc może niniejszy mini-przewodnik.
Czytelnicy i czytelniczki, którzy chcą poznać istotę mojej argumentacji, poświęcając na to jak najmniej czasu, powinni przeczytać Wprowadzenie oraz tytułowy Rozdział 3 (Fantomowe ciało króla), gdzie wyłożona została główna teza książki. Dokonuje się to przy pomocy narzędzi teologii politycznej (Kantorowicz i Lefort) i tam też powinni zaglądnąć ci i te, których szczególnie interesuje ta właśnie perspektywa.
Rozdziały 1 i 2 poświęcone są w całości gospodarczej historii Zachodu i Wschodu Europy. Osoby zaznajomione z dyskusją na temat genezy kapitalizmu i tzw. wczesnej nowoczesności (XVI i XVII wiek) mogą spokojnie pominąć Rozdział 1. Począwszy od Rozdziału 2 książka dotyczy wyłącznie Polski i Europy Środkowo-Wschodniej.
Jednym z głównych wątków Fantomowego ciała króla jest historia kolonializmu i imperializmu we wschodniej części Europy. Czytelnicy i czytelniczki zainteresowane przede wszystkim tą kwestią znajdą jej rozwinięcie w Rozdziale 2, począwszy od sekcji Zależność a sprawa polska, w Rozdziale 3 od sekcji Sarmacki fantazmat, w Rozdziale 4 od sekcji Ekspansja! oraz w Rozdziałach 6 i 7, których dominujący wątek stanowi postkolonialna interpretacja historii i współczesności Polski.
Osoby zainteresowane rekonceptualizacją politycznej historii I Rzeczypospolitej przy użyciu współczesnych narzędzi teoretycznych powinny zaglądnąć przede wszystkim do Rozdziału 4, gdzie demokracja szlachecka została przeanalizowana przy pomocy koncepcji populizmu Ernesta Laclau, oraz do Rozdziału 5. W tym drugim wykorzystuję obszernie narzędzia psychoanalizy Lacanowskiej. Pojawiają się one ponownie w Rozdziale 7, gdzie w sekcji Dom, którego nigdy nie było, domknięty jest temat (postkolonialnej) nostalgii rozpoczęty w Rozdziale 5.
Przez całą książkę przewija się wątek nowoczesności zasygnalizowany w podtytule. Jego podsumowanie znajduje się na końcu książki, w sekcji Poza postkolonializm i peryferie zamykającej Rozdział 7.
1. V. Misiano, Interpol. The Apology of Defeat, "Moscow Art Magazine", Digest 1993-2005. Cytuję za wersją elektroniczną pozbawioną numeracji stron: http://xz.gif.ru/numbers/moscow-art-magazine/interpol/. Wszystkie adresy internetowe zostały sprawdzone w czerwcu 2011 roku.
2. Tamże.
3. Nie przypadkiem obaj artyści to przede wszystkim performerzy. Rosjanie doszli do wniosku, że negocjacja ze Szwedami na temat ?zycznej organizacji i formy wystawy nie ma żadnych szans powodzenia i jedyny wymiar ekspresji, jaki im pozostał, to sama czasoprzestrzeń wystawy jako miejsca i wydarzenia.
4. Fragment tego performensu zobaczyć można w serwisie YouTube: http://www.youtube.com/watch?v=jGlwrWsD2ZU&hl=pl.
5. I. Kabakov, A Story About a Culturally Relocated Person, odczyt na XVIII kongresie AICA, Sztokholm, 22 września 1994, przedruk w: "Mars" 1996, nr 3-4. Cyt. za: I. Zabel, Dialog, tłum. K. Bojarska, w: A. Leśniak, M. Ziółkowska (red.), Tytuł roboczy: archiwum, nr 1, Muzeum Sztuki, Łódź 2009, s. 7.
6. Tu i dalej używam pojęcia "habitus" w sensie, jaki nadał mu Pierre Bourdieu. Jest to więc zespół względnie trwałych dyspozycji do działania, myślenia, postrzegania świata oraz przeżywania emocji w określony sposób (zob. P. Bourdieu, Szkic teorii praktyki, tłum. W. Kroker, Kęty 2007; P. Bourdieu, Reguły sztuki, tłum. A. Zawadzki, Kraków 2001; P. Bourdieu, Dystynkcja. Społeczna krytyka władzy sądzenia, tłum. P. Biłos, Warszawa 2005, oraz L. Pinto, Pierre Bourdieu et la théorie du monde social, Paris 2002). Ponieważ to standardowy element współczesnej socjologii, doskonale omówiony w licznych opracowaniach, nie poświęcam mu tutaj więcej miejsca. Pojęciem "habitus" zdecydowałem się zastąpić tam, gdzie jest to możliwe, wątpliwą pod wieloma względami kategorię "tożsamości". "Habitus", co podkreślał sam Bourdieu, pozwala wznieść się ponad jałowy spór między zwolennikami struktur determinujących podmiot i podmiotu determinującego struktury (więcej na ten temat P. Bourdieu, Reguły sztuki, cz. II, Podstawy nauki o przedmiotach kulturowych, s. 271-431), ponieważ jest ustrukturyzowaną strukturą posiadającą zdolność strukturowania. Mówiąc tu o habitusie kraju lub regionu, idę śladem wyznaczonym przez Gayatri Chakravorty Spivak, która opisując kulturową ewolucję Turcji, stara się pokazać, jak "reorganizacja w światowym handlu zaczęła pod koniec XVIII w. rekonstytuować ?h?a?b?i?t?u?s? regionu w formację dyskursywną bliższą Zachodniej Europie" [podkreślenie moje - J.?S.] (G. Chakravorty Spivak, Scattered Speculation on the Question of Cultural Studies, w: S. During (red.), The Cultural Studies Reader, London 1993, s. 177). Kategoria tożsamości pojawiać się będzie jednak tam, gdzie przywołuję lub omawiam poglądy innych autorów, którzy ją wykorzystują.
7. L. Neuger, Central Europe as a Problem, w: J. Korek (red.), From Sovietology to Postcoloniality. Poland and Ukraine from a Postcolonial Perspective, Stockholm, 2007, s. 26.
8. Większość krajów tego regionu należy do Unii Europejskiej, część do OECD i NATO, a PKB większości państw wynosi więcej niż światowa średnia szacowana współcześnie na 6,5 tys USD (per capita); zob. J. Bradford DeLong, Estimating World GDP, One Million B.C. - Present, http://econ161.berkeley.edu/TCEH/1998_Draft/World_GDP/Estimating _World_GDP.html.
9. Zob. P. Wielgosz, Od zacofania i z powrotem. Wprowadzenie do ekonomii politycznej miasta peryferyjnego, w: M. Kaltwasser, E. Majewska, K. Szreder, (red.) Futuryzm miast przemysłowych. 100 lat Nowej Huty i Wolfsburga, Kraków 2007.
10. M. Riabczuk, Dwie Ukrainy, tłum. M. Dyhas i inni, Wrocław 2004, s. 23.
11. Zob. np. O. Halecki, Historia Europy - jej granice i podziały, tłum. J.?M. Kłoczowski, Lublin 1994; J. Szűcs, Trzy Europy, tłum. J.?M. Kłoczowski, Lublin 1995; I.?T. Berend, History Derailed. Central and Eastern Europe in the Long Nineteenth Century, Berkeley 2003, s. XII-XIII.
12. Rzymianie nigdy, co prawda, nie przekształcili terenów położonych między Renem a Łabą w prowincję swojego imperium, jednak na przełomie poprzedniej i obecnej ery silnie spenetrowali tereny północnej Germanii. W roku 9 n.e. podjęli próbę ostatecznego podporządkowania tego terenu, zakończyła się ona jednak sromotną porażką. Cheruskowie pod wodzą Arminiusa w bitwie w Lesie Teutoburskim rozgromili 3 rzymskie legiony, zabijając prawie 20 tys. żołnierzy. Więcej na ten temat zob. P. Rochala, Las Teutoburski. 9 r. n.e, Warszawa 2008. Mimo tego kultura i instytucje rzymskie przenikały przez granicę Renu i docierały aż do Łaby, co 4 wieki po upadku Rzymu znalazło potwierdzenie w fakcie, że na tej rzece ustaliła się wschodnia granica imperium Karola Wielkiego. Zob. również Publiusz Korneliusz Tacyt, Germania, tłum. A. Naruszewicz, Sandomierz 2009.
13. Zob. M. Hroch, Central Europe - The Rise and Fall of an Historical Region, w: Ch. Lord (red.), Central Europe: Core or Peryphery?, Copenhagen 2000, s. 31.
14. Temat ten pojawia się często na przykład w eseistyce Zdzisława Krasnodębskiego. Zob. Z. Krasnodębski, Demokracja peryferii, Gdańsk 2005 oraz tegoż, Drzemka rozsądnych. Zebrane eseje i szkice, Kraków 2006. Inny przykład podobnego myślenia zob. K. Mazur, Polskość ejdetyczna, "Pressje" 2010, nr 22-23. Cały podwójny numer czasopisma "Pressje" służyć może za przykład wręcz wzorowej artykulacji przekonania o istnieniu zapomnianych i niezwykle wartościowych wzorów polskiej organizacji społecznej, politycznej i kulturowej.
15. W. Gombrowicz, Dziennik 1953-1956, Kraków 1986, s. 280.
16. Zob. A. Kiossev, Notes on Self-Colonizing Cultures, w: B. Pejic, D. Elliott (red.), After the Wall. Art and Culture in post-Communist Europe, Stockholm 1999. W cytatach korzystam z elektronicznej wersji tekstu dostępnej pod adresem: http://ica.cult.bg/images/razni/File/A_Kiossev_en.doc.
17. Tamże.
18. A. Sosnowska, Tu, Tam - pomieszanie, "Studia Socjologiczne" 1997, 4 (147), s. 62.
19. Tamże.
20. S. Žižek, Tarrying with the Negative. Kant, Hegel, and the Critique of Ideology, Durham 1993, s. 200.
21. Zjawisko to będę obszernie opisywał i analizował w dalszej części książki. Więcej na ten temat zob. np. K. Brzechczyn, Odrębność historyczna Europy Środkowej, Poznań 1998.
22. Zob. np. M. Małowist, Wschód a Zachód Europy w XIII-XVI wieku, Warszawa 2006, W. Kula, Historia, zacofanie, rozwój, Warszawa 1983 oraz J. Topolski, Gospodarka polska a europejska w XVI-XVIII wieku, Poznań 1977.
23. Zob. S. Amin, Accumulation on a World Scale. A Critique of the Theory of Underdevelopment, New York 1974.
24. Zob. James D. Cockcroft, André Gunder Frank, Dale L. Johnson (red.), Dependence and Underdevelopment. Latin America's Political Economy, Anchor Books 1972.
25. Zob. N. Davies, Boże igrzysko. Historia Polski, Rozdział 2, Polska. Kraj, tłum. E. Tabakowska, Kraków 1990, s. 51-97.
26. Więcej na ten temat zob. I. Wallerstein, The Modern World-System. I: Capitalist Agriculture and the Origins of the European World-Economy in the Sixteenth Century, II: Mercantilism and the Consolidation of the European World-Economy, 1600-1750, III: The Second Era of Great Expansion of the Capitalist World-Economy, 1730-1840's, New York, 1974-1988.
27. Zob. np. Amin, Accumulation..., dz. cyt.
28. Zob. J. Sowa, Ciesz się, późny wnuku. Kolonializm, globalizacja i demokracja radykalna, Kraków 2008.
29. C. Geertz, After the Revolution: The Fate of Nationalism in the New States, w: tegoż, The Interpretaition of Cultures, New York 1993.
30. Zob. I. Illich, Odszkolnić społeczeństwo, tłum. Ł. Mojsak, Warszawa 2010.
31. Dalej zajmę się obszerniej tą kwestią. Więcej na ten temat zob. np. A. Wyczański, Polska w Europie XVI stulecia, Poznań 1999.
32. Dotyczy jej w znakomitej większości moja poprzednia książka Ciesz się, późny wnuku..., dz. cyt.
33. Zob. np. P. Anderson, Passages from Antiquity to Feudalism, London 1974, s. 230-231.
34. Więcej na ten temat zob. G. Stokes, The Social Origins of East European Politics, w: D. Chirot (red.), The Origins of Backwardness in Eastern Europe. Economics and Politics From the Middle Ages Until the Early Twentieth Century, Berkeley 1989, s. 210-251.
35. Zob. A. Walicki, Sarmacja. Polska między Wschodem a Zachodem, w: tegoż, Naród, nacjonalizm, patriotyzm. Kultura i Myśl Polska, Kraków 2009, s. 31-32.
36. W polskiej historiogra?i tezę taką stawia np. Z. Wójcik, Międzynarodowe położenie Rzeczypospolitej, w: J. Tazbir (red.), Polska XVII wieku. Państwo - społeczeństwo - kultura, Warszawa 1974, s. 50. Wśród historyków zachodnich, którzy w braku absolutyzmu widzą główną przyczynę upadku Rzeczyspolitej Obojga Narodów, wymienić należy przede wszystkim Perry'ego Andersona.
37. Więcej na ten temat zob. np. J.?W. Kalat, Biological Psychology, Paci?c Grove 1998, s. 193-194.
38. Zob. E. Kantorowicz, Dwa ciała króla. Studium ze średniowiecznej teologii politycznej, tłum. M. Michalski, A. Krawiec, Warszawa 2007.
39. Gdy używam słowa "Realne" w znaczeniu, jakie nadał mu Jacques Lacan, piszę je z dużej litery dla odróżnienia od "realnego" w sensie "rzeczywistego". To istotne, ponieważ dla Lacana "rzeczywistość" wcale nie była tożsama z "tym, co Realne", a konstytuowała się nawet w pewnej mierze poprzez zaprzeczenie Realnego.
40. Zob. R.?F. Leslie, The Polish Question. Poland's Place in Modern History, London 1971, s. 7-12.
41. J. Laplanche, J.-B. Pontalis, Słownik psychoanalizy, tłum. E. Modzelewska, E. Wojciechowska, Warszawa 1996, s. 52. Zob. też S. Homer, Jacques Lacan, New York 2005, s. 85.
42. M. Janion, Projekt krytyki fantazmatycznej. Szkice o egzystencjach ludzi i duchów, Warszawa 1991, s. 14.
43. C. Lefort, The Permanence of the Theologico-Political?, s. 159. Na ten temat zob. również tegoż, La question de la démocratie, w: tegoż, Essais sur le politique. XIXe-XXe si?cle, Paris 1986, s. 20.
44. A. Mencwel, Od historii idei do ideowego projektu. (Andrzeja Walickiego historyczna teoria narodu), w: A. Walicki, Naród..., dz. cyt., s. XXII.
45. H. Kohn, The Idea of Nationalism, New York 1945, s. 18.
46. Zob. np. J. Ranci?re, Na brzegach politycznego, tłum. I. Bojadżijewa i J. Sowa, Kraków 2008 lub B. Latour, Polityka natury, tłum. A. Czarnacka, Warszawa 2009.
47. I.?T. Berend, History Derailed, dz. cyt., s. 119.