Fantastyczne przygody. Lato z Agatą - Renata Opala

-
Proszę czekać

2.

Obaj chłopcy mieli po dwanaście lat.

Wojtek był synem państwa Malaków, a Rysiek - państwa Sarnowskich.

Obaj urodzili się w klinice. W najnowocześniejszej klinice, najnowocześniejszego, eksperymentalnego miasta Ustronia, tego samego, ciepłego, jesiennego popołudnia.

Potem razem chodzili do przedszkola, razem rozpoczęli naukę w szkole i razem przechodzili z klasy do klasy. Wspólnie też spędzali wolny czas: latem grywali w tenisa, chodzili na mecze siatkówki i na plażę, zaś zimowe wieczory spędzali przy szachach, rudominie i najróżniejszych grach komputerowych.

Wysoki, szczupły, ciemnowłosy i ciemnooki Wojtek był chłopcem spokojnym i poważnym, Rysiek zaś stanowił zupełne jego przeciwieństwo. Lubił stroić żarty, śpiewać, bawić się, a jedynym "poważnym" problemem były jasne, zwijające się w prześliczne pierścionki, włosy. Gdyby pozwolił im urosnąć, mógłby uchodzić za dziewczynę. I to za ładną dziewczynę o piwnych oczach ocienionych długimi rzęsami. Na "dziewczyński" wygląd Rysiek jednak nie miał ochoty i regularnie, co dziesięć dni, biegał na strzyżenie do fryzjera.

Ustronie, w którym mieszkali chłopcy, było miastem bardzo nowoczesnym i całkowicie skomputeryzowanym. Zaczynało się od tego, że każdy noworodek, oprócz imienia i nazwiska, otrzymywał własną KARTĘ w CENTRALNYM KOMPUTERZE. Oznaczona kolejnym numerem KARTA, obok danych personalnych, zawierała dokładny zapis informacji genetycznej, decydującej o pojawieniu się poszczególnych cech, nawet na pozór tak błahych, jak kształt paznokci czy długość rzęs, nie mówiąc o tak ważnej, jak linie papilarne wszystkich dziesięciu palców. Kolejny numer KARTY był identyczny z cyfrą wygrawerowaną na okrągłej tarczy sygnetu noszonego na środkowym palcu prawej ręki, będącą jednocześnie kluczem do drzwi własnego mieszkania, numerem bankowego konta i kartoteki u lekarza. Nie trzeba było nosić przy sobie pieniędzy, biletów czy karnetów, bo posiadanie jednego malutkiego sygnetu rozwiązywało takie problemy.

W tym skomputeryzowanym mieście szkoły były zwyczajne. Lekcje zaczynały się o ósmej rano, pytano z ławki i przy tablicy, często zdarzały się klasówki, a i do domu zadawano niemało. Oczywiście, każdy uczeń miał osobisty komputer i korzystał z niego również na sprawdzianach. Kiedy jednak trzeba było nauczyć się wiersza na pamięć, przy odpowiedzi najbardziej sprawny komputer stawał się bezużyteczny.

Chłopcy traktowali naukę jako codzienny obowiązek. Obaj w przyszłości chcieli zostać pilotami pojazdów międzyplanetarnych i było dla nich jasne, że tylko ukończenie szkoły z bardzo dobrym świadectwem gwarantuje dostanie się na studia. Zresztą, uczenie się nie było nawet takie złe. Każdej ocenie, od jedynki do szóstki, odpowiadała liczba punktów dodatnich lub ujemnych, wpisywanych na bankowe konto. Od razu po wyjściu ze szkoły można było za otrzymane punkty kupić w UNIONIE na przykład gumę do żucia. I to dziesięć balonówek za jeden punkt! Gumę kupował jedynie Rysiek. Wojtek uważał żucie za nawyk podobny do ssania smoczka i nie tracił punktów na takie zakupy.

Właśnie teraz, wracając z UNIONU, chłopcy zatrzymali się przed budyneczkiem, którego najładniejszym fragmentem był duży, półkolisty balkon wsparty na dwu kolumnach oplecionych gęsto dzikim winem.

- Od samego patrzenia na te twoje kalafiory zaczęło mi burczeć w brzuchu - zażartował Rysiek, dotykając sygnetem niedużego wizjerka w furtce.

Furtka otworzyła się bezszelestnie, powodując jednoczesne automatyczne uruchomienie ścieżki wiodącej wprost do drzwi, które po chwili też same się otworzyły.

Rysiek wszedł na ścieżkę.

- Zadzwonię wieczorem. Może uda się jeszcze gdzieś wyskoczyć?

? Copyright by Wydawnictwo skrzat2015
Wydanie elektroniczne
Zespół redakcyjno-korektorski:
Wydawnictwo Skrzat
Skład:
Wydawnictwo Skrzat
Projekt okładki:
Wydawnictwo Skrzat
ISBN 978-83-7915-251-3
Księgarnia Wydawnictwo Skrzat Stanisław Porębski 31-­202 Kraków, ul. Prądnicka 77 tel. (12) 414 28 51 wydawnictwo@skrzat.com.pl Odwiedź naszą księgarnię internetową: www.skrzat.com.pl