Fantastyczne przygody. Kosmiczne wakacje - Renata Opala

Reflow text when sidebars are open.
ROZDZIAŁ PIERWSZY
- A masz! A masz! Ciach! Ciach! - mały chłopiec w piżamie, biegając wokół wysuniętego na środek pokoju fotela, drewnianą łopatką używaną zwykle w kuchni przez mamę uderzał w pluszowe poręcze i oparcie.
- Ależ rycerzu! - w drzwiach łazienki stanął wysoki, szczupły ciemnowłosy chłopiec. - Miej litość!
- Dla Krzyżaków jestem bezlitosny!
- Mama też może okazać się bezlitosna. Zobacz, jak się kurzy.
Mały spojrzał w stronę okna.
- Mówisz o tym? - wskazał słoneczną smugę, w której widać było unoszące się drobinki pyłu. - To nie kurz. To znak, że Niebo błogosławi moim zamiarom i walce. Bij, zabij! - kilka razy machnął łopatką w powietrzu. - Ciach! Ciach! - uderzył o fotel.
Starszy chłopiec wrócił do łazienki. Przyczesał włosy mokrym grzebieniem i zabrał się do mycia zębów.
- Ratuuuuunku! Zabili mnieeee - w pokoju rozległo się pojękiwanie, ale starszy chłopiec wcale się tym nie przejął.
- Rycerzu - rzekł, wyciskając pastę na szczoteczkę - nie umieraj. - Kto będzie walczył z Krzyżakami, jeśli ty zginiesz?
- Jest jeszcze król Jagiełło. On mnie pomści! - rzekł omdlewającym głosem leżący na dywanie malec.
- Umarłeś już?!
- ?
- Umarłeś?! Jeśli tak, to wstawaj, ubierz się porządnie i siadaj do śniadania.
W ten sposób, w domu państwa Krygerów rozpoczął się pierwszy dzień wakacji.
Obaj chłopcy, uczesani już i umyci, usiedli przy kuchennym stole. Mały, siedmioletni, powoli gryzł skibkę chleba, starszy zaś, dwunastoletni, pochłaniał duże kęsy prawie bez gryzienia. Mały, co jakiś czas kołysał się razem z krzesłem i jakby zamyślał się głęboko, starszy zaś widać bardzo gdzieś się spieszył, bo odsunął na środek stołu nadgryzioną kromkę i wstał, szurając krzesłem.
- Mama mówiła, żebym dopilnował ciebie przy śniadaniu - z buzią pełną jedzenia niewyraźnie odezwał się mały. - I nie wyrzucaj chleba do śmieci - dodał uprzedziwszy zamiar brata.
- Mikuś, ty ze mną nie zadzieraj!
- Mam na imię Mikołaj. Zapamiętaj to sobie.
- Bing, bing, bing - rozległo się ciche, melodyjne dzwonienie.
- Popatrz - starszy chłopiec odsunął ostentacyjnie rękaw koszuli - muszę już iść. I radzę ci, nie bądź za mądry!
- Właśnie, że będę. Wczoraj skończyłem drugą klasę i odebrałem świadectwo z oceną "wyjątkowo uzdolniony".
- O rany! Od kiedy pięciolatki rozpoczęły naukę w szkole, wszystkim dzieciom poprzewracało się w głowach. Zaczynam wątpić, czy ten japoński system jest wart naśladowania. Myślałem, że ciebie to zmieni, ale nie. Niczym się nie wyróżniasz. I jesteś taki sam, jak przedtem: skarżyciel!
- Jak?! Skarżyciel? Poczekaj. Kiedy przyjdą twoi koledzy powiem, że mama nazywa ciebie Kocio. Ale będzie zabawa!
- Mikołaj, zmartwychwstałeś lewą nogą, czy co? - duży chłopiec z powrotem usiadł przy stole. - Poczekaj, poczekaj... domyślam się... chodzi ci o ten zegarek, który wczoraj dostałem od taty w nagrodę. Ale przecież zdałem egzamin do szkoły pilotażu kosmicznego. No ty zazdrośniku... Jak podrośniesz, tata na pewno kupi ci taki sam albo i jeszcze lepszy...
- Daj chociaż potrzymać - Mikołaj przestał się kołysać i błagalnie spojrzał na brata.
Ten, wielkopańskim gestem rozpiął skórkowy pasek i położył swój skarb na stole.
- Ktoś to wspaniale obmyślił: słoneczny napęd, dziesięć programów...
Mikołaj ostrożnie wziął zegarek do ręki i przytknął do ucha.
- Eee, wolę taki, który tyka.
- Sam widzisz. Po co ci dwa stopery, budzik, terminarz? Po co ci czasy stolic innych państw? No tak, spóźnię się przez ciebie...
- Marek, weź mnie ze sobą - mały szeroko otworzył oczy.
- Jutro, jutro cię wezmę. Chcesz, kupię bilety do kina.
- Do kina mogę iść sam. Bez łaski - znów zaczął kołysać się na krześle.
Marek nałożył zegarek na rękę, wstał od stołu i wyszedł do przedpokoju. Jeszcze nie zdążył dotknąć ręką klamki, kiedy w kuchni rozległ się okropny rumor. Zawrócił pospiesznie. Zobaczył przewrócone krzesło, rozlane na stole mleko i leżącego na podłodze Mikołaja. W pierwszej chwili nie wiedział, co zrobić, ale podniósł krzesło i posadził na nim brata. Mały miał oczy pełne łez. Nie krzyczał jednak, jak robią to zwykle dzieci w jego wieku, lecz cicho posapywał. Jego górna warga robiła się coraz grubsza. W kącikach ust pojawiła się krew i zaczęła spływać po brodzie.
Marek, przestraszony, skoczył do łazienki. Zmoczył ręcznik w zimnej wodzie i przyłożył do ust Mikołaja. Potem wziął brata na kolana i przytulił, tak jak kiedyś zrobiła to mama, kiedy on sam potłukł się podczas nauki jazdy na rowerze.
- Widzisz, mamusia tyle razy prosiła, żebyś nie huśtał się przy stole. Całe szczęście, że nie wybiłeś sobie zębów, które dopiero co zaczęły rosnąć. Sprawdź językiem, czy się nie ruszają - znów otarł buzię malca. - Krew nie leci, to już dobrze. Ale wyglądasz! Strasznie śmiesznie. Jak mała świnuchna...
Mikołaj nie odpowiedział. Warga piekła nieznośnie, a każde poruszenie nasilało ból. Przytulił głowę do ramienia Marka, który w tym momencie uświadomił sobie, że jednak przywiązany jest i kocha tego małego chłopaczka i że to całkiem przyjemne uczucie móc się kimś opiekować.
U drzwi rozległo się kilkakrotne dzwonienie.
- Już, już! - zawołał Marek, niosąc Mikołaja do pokoju. Położył małego na tapczanie, podsunął mu poduszkę pod głowę i podszedł do drzwi.
- Kto to? - spytał zgodnie z przykazaniem mamy.
- Stary, bądź poważny!
- Nie wygłupiaj się!
Rozpoznał głosy Filipa i Wiktora. Otworzył drzwi.
- Wejdźcie. Mam małą awarię. Właśnie Mikuś rozwalił sobie buźkę - dodał szeptem.
- Ja to znam - Filip machnął ręką i ciężko klapnął na fotel. - Rano miałem "przyjemność" czesać bliźniaczki. I jeszcze musiałem odprowadzić je do przedszkola. Ten, kto wymyślił dziewczynom warkocze, powinien za karę całe życie je zaplatać. O! Wiki to ma szczęście. Ani siostry, ani brata.
- Nie narzekam, ale czasem chciałoby się, żeby kto inny też powynosił śmieci. A tak codziennie ja!
- Filip, czy ty się dzisiaj czesałeś? - spytał leżący cicho do tej pory Mikołaj.
Filip złapał się za czuprynę.
- Faktycznie! Chyba nie. To widać? - spytał speszony.
- Nic strasznego - wtrącił się Marek. - I tak zawsze wyglądasz, jak miotła, w którą strzelił piorun, a dziś - jak stara miotła po takim samym wypadku.
- No, no nie pozwalaj sobie...
- Idź do łazienki i skorzystaj z mojego grzebienia - Marek uśmiechnął się wyrozumiale. - Jest czysty. Przed chwilą go umyłem.
- Jak będzie? - tajemniczym szeptem spytał Wiktor. - Idziemy?
- Weźcie mnie ze sobą! - Mikołaj usiadł na tapczanie.
- Już ci mówiłem. Dziś nie!
- Jeszcze będziecie żałować! Zobaczycie. Gdybym wtedy, w czasie ferii wielkanocnych, nie poszedł ukradkiem za wami na dworzec i nie spytał w kasie dokąd kupiliście bilety, to do dziś siedzielibyście w tej swojej jaskini. Może nawet umarlibyście z głodu?
- To był wyjątkowy pech. Przetarła się linka...
- A tata powiedział, że jak jeszcze raz wywiniesz coś podobnego to spierze cię na kwaśne jabłko.
- Zrozum, chłopie - Filip wrócił z łazienki z nieco przygładzonymi włosami - chcemy pogadać o nowych szkołach, podręcznikach, o praktyce Marka na Kosmolotni... To zbyt poważne i zbyt nudne dla ciebie.
- Nie, to nie. Łaski bez. Każcie się wypchać i na zielono pomalować - Mikołaj położył się i odwrócił nosem do ściany. - Tylko nie myślcie, że będę się nudził. Dostałem od taty najnowszy model skutera ze schematem wyposażenia i instrukcją obsługi.
Marek podszedł do tapczanu i dotknął ramienia brata.
- Wrócę za dwie godziny. Patrz, nastawiam na dwunastą terminarzyk zegarka. Zadzwoni i przypomni, co ci obiecałem. I pamiętaj: nie otwieraj nikomu.
Chłopcy wyszli na korytarz. Marek zatrzasnął drzwi i przekręcił w zamku klucz. Mikołaj został sam.