ROZDZIAŁ 1
Samolot
Samolot, stary, wycofany z czynnej służby
czterosilnikowy odrzutowiec plazmowy, leciał trasą, która nie była ani
ekonomiczna, ani dość bezpieczna. Przebijał się przez warstwy chmur
przez dwanaście godzin, podczas gdy jednostce naddźwiękowej o napędzie
rakietowym na pokonanie tej odległości wystarczyłoby pięć.
A do celu podróży pozostała jeszcze ponad godzina.
Agent na pokładzie wiedział, że jego zadanie zostanie wykonane, dopiero
gdy samolot siądzie na ziemi, i że ta ostatnia godzina będzie
najdłuższa.
Zerknął na drugiego mężczyznę, jedyną osobę oprócz niego w dużej kabinie
pasażerskiej, który w tej chwili drzemał z brodą opuszczoną na pierś.
Ten pasażer nie wyglądał szczególnie imponująco, ale w tym momencie był
najważniejszym człowiekiem na świecie.
* * *
Generał Alan Carter podniósł ponury wzrok na pułkownika, który wszedł do
gabinetu. Oczy Cartera były podpuchnięte, a kąciki ust opuszczone.
Starał się przywrócić pierwotny kształt spinaczowi do papieru, ale
wyskoczył mu on z dłoni.
- Tym razem prawie mnie dopadło - powiedział spokojnie pułkownik Donald
Reid. Miał gładko zaczesane do tyłu rudawozłote włosy, ale jego
siwiejące wąsy były nastroszone. Mundur leżał na nim tak samo
nienaturalnie jak na generale. Obaj byli ekspertami, których armia
wcieliła do pracy w pewnej superspecjalności, a stopnie oficerskie
nadała im dla wygody i - biorąc pod uwagę zastosowanie dorobku tej
dziedziny - nieco z konieczności.
Obaj mieli insygnia PMSO. Każda litera znajdowała się w małym
sześciokącie, dwie u góry, dwie pod nimi. Dolną dwójkę rozdzielał
sześciokąt z symbolem dokładniej ich określającym. U Reida był to
kaduceusz, który oznaczał, że jest medykiem.
- Zgadnij, co robię - powiedział generał.
- Pstrykasz spinaczami.
- A tak. I liczę godziny. Jak głupek! - Jego głos podniósł się o kontrolowaną kreskę. - Siedzę tu z wilgotnymi dłońmi, włosami zlepionymi
potem i walącym sercem i liczę godziny. Choć teraz już minuty. Zostały
siedemdziesiąt dwie, Don. Za siedemdziesiąt dwie minuty wylądują na
lotnisku.
- W porządku. Skąd więc te nerwy? Coś jest nie tak?
- Nie. Nic. Wszystko poszło sprawnie. O ile wiemy, nasi wydobyli go z ich rąk bez żadnych kłopotów. Wsadzili bezpiecznie do samolotu, starego
odrzutowca...
- Tak. Wiem.
Carter potrząsnął głową. Nie chciał przekazać pułkownikowi żadnej
nowiny, chciał tylko porozmawiać.
- Doszliśmy do wniosku - ciągnął - że oni dojdą do wniosku, iż my
dojdziemy do wniosku, że najważniejszy jest czas, więc wsadzimy go w X-52 i przerzucimy przez egzosferę. Tylko że my doszliśmy do wniosku,
iż oni się tego domyślą i postawią obronę przeciwrakietową w stan
gotowości...
- Paranoja - przerwał mu Reid. - Tak to nazywamy w mojej dziedzinie. To,
że ktoś myśli, że posunęliby się do tego. Zaryzykowali, że doprowadzi to
do wojny i zagłady.
- Mogliby podjąć to ryzyko, by powstrzymać to, co się dzieje. Jestem
prawie pewien, że gdyby sytuacja była odwrotna, my uznalibyśmy, że
należy je podjąć. A zatem wzięliśmy samolot pasażerski, czterosilnikowy
odrzutowiec, tak stary, że wątpiłem, czy zdoła się oderwać od ziemi.
- I udało się?
- Co się udało? - Generała na chwilę opadły czarne myśli.
- Oderwał się? - sprecyzował Reid.
- Tak, tak. Spisuje się całkiem dobrze. Dostaję meldunki od Granta.
- Kto to?
- Agent, który się tym zajmuje. Znam go. Skoro on się tym zajmuje, czuję
się tak bezpiecznie, jak można się czuć w takiej sytuacji, czyli nie
bardzo. To Grant przeprowadził tę operację, wyłuskał Benesa z ich rąk
jak pestkę z arbuza.
- No więc?
- Ale wciąż się martwię. Mówię ci, Reid, w tej cholernej gmatwaninie
można bezpiecznie prowadzić sprawy tylko w jeden sposób. Musisz
zakładać, że oni są tak samo sprytni jak my, że na każdą naszą
sztuczkę mają w odpowiedzi swoją sztuczkę, że każdej naszej wtyczce,
którą umieściliśmy u nich, odpowiada wtyczka, którą umieścili u nas.
Ciągnie się to już ponad pół wieku. Gdyby nie równowaga sił, dawno
byłoby po wszystkim.
- Nie przejmuj się, Al.
- Jak mam się nie przejmować? To, co przywozi ze sobą Benes, ta nowa
wiedza, może raz na zawsze zakończyć ten impas. A my będziemy
zwycięzcami.
- Mam nadzieję, że oni tak nie myślą - powiedział Reid. - Bo jeśli
tak... Wiesz, Al, w tej grze trzymano się dotąd reguł. Żadna strona nie
zrobi niczego, co by mogło przyprzeć drugą tak mocno do muru, aby była
zmuszona nacisnąć guzik atomowy. Musisz zostawić im trochę miejsca, żeby
mogli się cofnąć. Trzeba naciskać mocno, ale nie za mocno. Gdy znajdzie
się tu Benes, mogą dojść do wniosku, że naciskamy zbyt mocno.
- Nie mamy wyboru. Musimy podjąć to ryzyko - stwierdził Carter. I po
namyśle dodał: - Jeśli on tu dotrze.
- Ale dotrze, prawda?
Carter wstał, jakby miał zamiar zacząć chodzić w tę i z powrotem.
Spojrzał na rozmówcę i nagle znów usiadł.
- Racja, dlaczego się ekscytować? - powiedział. - Widzę po twoich
oczach, doktorze, że chciałbyś mi dać coś na uspokojenie. Nie potrzebuję
żadnych pigułek szczęścia. Załóżmy jednak, że dotrze tu za
siedemdziesiąt dwie... nie, za sześćdziesiąt sześć minut. Załóżmy, że
wyląduje na lotnisku. Trzeba będzie jeszcze bezpiecznie go tu przywieźć
i ulokować... Jeszcze wiele może się zdarzyć...
- ...między ustami i brzegiem pucharu - śpiewnie dopowiedział Reid. -
Posłuchaj, generale, może byśmy zachowali się rozsądnie i porozmawiali o konsekwencjach? To znaczy, co się stanie, kiedy się tu znajdzie?
- Daj spokój, Don. Zaczekajmy z tym, aż tu dotrze.
- Daj spokój, Al - sparodiował go pułkownik, a w jego głosie zabrzmiała
irytacja. - Nie ma na co czekać. Gdy się tu zjawi, będzie już na to za
późno. Będziesz zbyt zajęty, a wszystkie mróweczki w kwaterze głównej
zaczną biegać jak opętane i nie będzie można nic zrobić, a uważam, że
coś trzeba zrobić.
- Obiecuję... - Generał wykonał gest oznaczający, że uważa rozmowę za
zakończoną.
Reid to zignorował.
- O nie. Nie będziesz mógł dotrzymać żadnej obietnicy. Dzwoń do szefa,
dobrze? Natychmiast! Możesz się z nim połączyć. W tej chwili jesteś
jedyną osobą, która może się z nim połączyć. Wytłumacz mu, że PMSO nie
są jedynie sługą Departamentu Obrony. A jeśli nie zdołasz, skontaktuj
się z komisarzem Furnaldem. On jest po naszej stronie. Powiedz mu, że
chcę jakichś okruchów dla bionauk. Podkreśl, że za tym głosowano.
Słuchaj, Al, musimy mówić na tyle głośno, żeby było nas słychać. Musimy
mieć jakąś szansę na przebicie się z tym. Kiedy Benes się tu znajdzie i obskoczą go ci wszyscy prawdziwi generałowie, niech ich szlag, nie
będziemy mieli nic do gadania.
- Nie mogę, Don. I nie zrobię tego. Powiem prosto z mostu: nie zrobię
nic, dopóki nie znajdzie się tu Benes. I z łaski swojej nie próbuj na
mnie naciskać.
Usta Reida pobladły.
- No to co mam robić, generale?
- Czekać, jak ja. Liczyć minuty.
Reid zwrócił się w stronę drzwi. Starał się zapanować nad złością.
- Na pańskim miejscu, generale - rzekł - zastanowiłbym się, czy jednak
nie wziąć czegoś na uspokojenie.
Carter bez słowa patrzył, jak wychodzi. Zerknął na zegarek.
- Sześćdziesiąt jeden minut! - mruknął i rozejrzał się za spinaczem.
* * *
Reid niemal z ulgą wstąpił do gabinetu doktora Michaelsa, cywilnego
szefa Sekcji Medycznej. Na szerokiej twarzy Michaelsa chyba nigdy nie
pojawiał się radosny uśmiech, a jedynie lekkie rozbawienie, któremu
towarzyszył ironiczny chichot, ale też nigdy nie ściągała się ona w grymas niezadowolenia. Co najwyżej przybierała wyraz powagi, która - jak
się wydawało - sama siebie nigdy nie brała na serio.
Jak było do przewidzenia, trzymał w dłoni tę mapę albo jedną z nich. Dla
pułkownika Reida wszystkie były takie same - każda przedstawiała zawiły
labirynt, a razem wzięte tworzyły zawiłość do potęgi entej.
Od czasu do czasu Michaels próbował mu wytłumaczyć, jak zresztą prawie
każdemu, co jest na tych mapach. Aż się palił do wyjaśnienia tego
wszystkiego.
Wyglądało na to, że do krwiobiegu wprowadzano nieszkodliwy radioaktywny
znacznik i potem organizm (człowieka albo myszy) robił sobie zdjęcie, na
- by tak rzec - zasadzie lasera, w wyniku czego otrzymywano
trójwymiarowy obraz.
W tym momencie Michaels mawiał: "Mniejsza z tym. Dostajesz obraz całego
układu krążenia w trzech wymiarach. Potem można to zapisać dwuwymiarowo
w tylu przekrojach i rzutach, ilu potrzebujesz. Jeśli obraz został
właściwie powiększony, możesz dotrzeć do najdrobniejszych naczyń
włosowatych". Po czym dodawał: "A to sprowadza mnie do roli geografa.
Geografa ludzkiego ciała śledzącego układ jego rzek i zatok, przesmyków
i strumieni. Zapewniam cię, że jest to układ dużo bardziej skomplikowany
niż cokolwiek innego na Ziemi".
Reid spojrzał na mapę nad ramieniem Michaelsa i zapytał:
- Czyj to układ, Max?
- Nikogo ważnego. - Michaels zbył pytanie wzruszeniem ramion. - Czekam,
to wszystko. Kiedy czeka ktoś inny, czyta książkę. Ja czytam układ
krwionośny.
- A więc ty też czekasz? Tak jak on. - Reid kiwnął głową w stronę
gabinetu Cartera. - Na to samo?
- Na przybycie Benesa. Oczywiście. Ale wiesz, nie całkiem w to wierzę.
- W co nie wierzysz?
- Nie jestem pewien, czy ten człowiek ma to, o czym mówi, że ma. Co
prawda jestem fizjologiem, nie fizykiem - Michaels wzruszył ramionami z autoironicznym uśmiechem - ale wierzę ekspertom z tej dziedziny. A oni
twierdzą, że nie ma mowy. Słyszałem, jak mówili, że zasada
nieoznaczoności uniemożliwia utrzymanie tego przez dłuższy czas. A nie
sposób się spierać z zasadą nieoznaczoności, prawda?
- Ja też się na tym nie znam, Max, ale ci sami eksperci uważają, że
Benes jest z nich najwybitniejszy. Druga strona dotrzymywała nam pola
tylko dlatego, że go miała, tylko dlatego. Nie mają nikogo innego tego
formatu, podczas gdy my mamy Zaletsky'ego, Kramera, Richtsheima,
Lindsaya i całą resztę. I nasi najlepsi specjaliści są przekonani, że
jeśli on mówi, że coś ma, to musi to mieć.
- Naprawdę? A może po prostu uważają, że nie możemy przepuścić takiej
okazji? W końcu nawet jeśli się okaże, że on nic nie ma, po jego
ucieczce i tak będziemy górą. Tamci nie będą już mogli korzystać z jego
usług.
- Dlaczego miałby kłamać?
- A dlaczego nie? Dzięki temu wydostanie się stamtąd. Dostanie się
tutaj, gdzie... jak przypuszczam... chce być. Jeśli się okaże, że nic nie
ma, i tak go nie odeślemy, prawda? Poza tym może nie kłamie, lecz po
prostu się myli.
- Hmm. - Reid odchylił krzesło do tyłu i położył nogi na biurku, co
zupełnie nie pasowało do osoby w randze pułkownika. - Słuszna uwaga. A jeśli nas nabiera, Carter będzie miał to, na co zasłużył. Oni wszyscy
będą mieli to, na co zasłużyli. Głupcy.
- Z Cartera nic nie wyciągnąłeś, co?
- Nic. Nie kiwnie palcem, dopóki nie przybędzie Benes. Liczy minuty, a teraz i ja to robię. Jeszcze czterdzieści dwie.
- Do czego?
- Do momentu, kiedy wyląduje samolot z Benesem na pokładzie... A bionauki
nic z tego nie będą miały. Jeśli Benes zawarł z nami układ tylko po to,
by się wyrwać z rąk drugiej strony, nie mamy nic. A jeśli mówi prawdę,
też nic z tego nie dostaniemy. Na wszystkim, każdym okruchu, każdym
źdźble, położy ręce obrona. To zbyt cenna wiedza, żeby wypuścili ją z rąk.
- Nonsens. Na początku będą to pewnie kurczowo trzymali, ale my też
możemy na nich nacisnąć. Choćby napuścić na nich Duvala, zasadniczego,
bogobojnego Duvala.
Reid skrzywił się z niesmakiem.
- Bardzo bym chciał poszczuć go na wojskowych. A Carter tak mnie teraz
wkurzył, że i na niego. Gdyby Duval miał ładunek ujemny, a Carter
dodatni i gdybym mógł zetknąć ich ze sobą, żeby posypały się iskry i spłonęli...
- Nie pałaj żądzą mordu, Don. Traktujesz Duvala zbyt poważnie. Chirurg
jest artystą, rzeźbiarzem pracującym w żywej tkance. Wielki chirurg jest
wielkim artystą i ma temperament wielkiego artysty.
- Ja też mam temperament, ale nie jestem z tego powodu wrzodem na tyłku.
Co daje Duvalowi monopol na chamskie i aroganckie zachowanie?
- Bardzo bym się ucieszył, mój pułkowniku, gdyby tylko on miał na to
monopol. Przyjąłbym to z przyjemnością i wielką wdzięcznością. Kłopot w tym, że na świecie jest wielu innych chamskich i aroganckich osobników.
- Pewnie tak. Pewnie tak - mruknął Reid, ale wcale go to nie pocieszyło.
- Trzydzieści siedem minut.
* * *
Gdyby ktoś zapoznał doktora Petera Lawrence'a Duvala z jego zwięzłą
charakterystyką autorstwa Reida, spotkałaby się ona z takim samym
krótkim burknięciem, jakim skwitowałby uczynione mu wyznanie miłości.
Nie dlatego, że Duval był niewrażliwy na zniewagi czy wyrazy
uwielbienia, ale z tej prostej przyczyny, że reagował na nie tylko
wtedy, kiedy miał czas, a miewał go bardzo rzadko.
To, co zazwyczaj malowało się na jego twarzy, nie było grymasem złości
czy zniecierpliwienia, lecz skutkiem napięcia mięśni, do którego
dochodziło, kiedy był myślami gdzie indziej. Przypuszczalnie wszyscy
uciekają gdzieś od spraw tego świata; Duval uciekał od nich,
koncentrując się na pracy.
Doprowadziło go to do tego, że w wieku czterdziestu kilku lat cieszył
się międzynarodową sławą i trwał, z czego rzadko zdawał sobie sprawę, w stanie kawalerskim.
Gdy otworzyły się drzwi, nawet nie podniósł wzroku znad wyników
dokładnych pomiarów leżących przed nim trójwymiarowych zdjęć
rentgenowskich. Weszła jego asystentka, jak zwykle bezszelestnie.
- O co chodzi, panno Peterson? - spytał i jeszcze uważniej przyjrzał się
zdjęciom. Głębia obrazu była ewidentna dla oka, ale jej zmierzenie
wymagało skrupulatnego uwzględnienia kątów, a przede wszystkim wiedzy o tym, jaka ona miała być.
Cora Peterson czekała, aż minie moment koncentracji. Miała dwadzieścia
pięć lat, tylko dwadzieścia mniej niż Duval, i uzyskany zaledwie przed
rokiem dyplom magistra, który złożyła u stóp wybitnego chirurga.
W listach do domu prawie zawsze tłumaczyła, że każdy dzień z Duvalem
jest jak semestr na uniwersytecie, że studiowanie jego metod, sposobów
diagnozowania i posługiwania się narzędziami jest niewiarygodnie
pouczające. A jego oddanie pracy i sprawie leczenia można określić jako
inspirujące.
Na mniej wyrafinowanym intelektualnie poziomie była w pełni świadoma,
niemal jak zawodowy fizjolog, że gdy patrzy na płaszczyzny i krzywizny
jego twarzy pochylonej nad pracą i widzi szybkie, pewne i zdecydowane
ruchy jego palców, rytm jej serca przyspiesza.
Jednak jej oblicze było niewzruszone, gdyż potępiała takie poczynania
swego nieobdarzonego intelektem mięśnia sercowego.
Lustro pokazywało jej zupełnie wyraźnie, że nie jest kobietą pospolitą.
Przeciwnie: miała ciemne, szeroko rozstawione oczy, usta skore do
uśmiechu, gdy im na to pozwalała, co zdarzało się nieczęsto, a jej
figura drażniła ją, ponieważ ewidentnie przeszkadzała innym we właściwym
postrzeganiu jej zawodowej kompetencji. Chciała słyszeć gwizdy zachwytu
(albo ich intelektualne odpowiedniki) nad jej zdolnościami, nie nad
krągłościami ciała, na które nie mogła nic poradzić.
Jej umiejętności doceniał przynajmniej Duval, na którego jej atrakcyjny
wygląd zdawał się w ogóle nie działać, za co jeszcze bardziej go
podziwiała.
W końcu powiedziała:
- Panie doktorze, za niespełna trzydzieści minut wyląduje samolot z Benesem.
- Hmm. - Uniósł głowę. - Co pani tu jeszcze robi? Pani dzień pracy
dobiegł końca.
Cora mogłaby odpowiedzieć, że jego też, ale dobrze wiedziała, że dzień
pracy Duvala kończy się, dopiero kiedy zrobi to, nad czym siedział.
Dosyć często zostawała z nim przez bite szesnaście godzin, chociaż
przypuszczała, że utrzymywałby (zupełnie uczciwie), iż honoruje jej
ośmiogodzinny dzień pracy.
- Czekam, żeby go zobaczyć - odparła.
- Kogo?
- Benesa. Nie ekscytuje to pana, doktorze?
- Nie. Dlaczego miałoby mnie to ekscytować?
- Jest wielkim uczonym i mówią, że ma ważne informacje, które
zrewolucjonizują wszystko, co robimy.
- Tak? - Duval podniósł ze sporej kupki zdjęć leżące na samej górze,
odłożył je na bok i wziął następne. - Jak to pani pomoże w pracy z laserem?
- Może łatwiej będzie trafić w cel.
- Już tak jest. Z tego, co może wnieść Benes, będą mieli pożytek tylko
ci, którzy palą się do wojny. Benes zwiększy jedynie prawdopodobieństwo
totalnej zagłady.
- Ależ panie doktorze, sam pan mówił, że ulepszenie tej techniki może
mieć wielkie znaczenie dla neurochirurgii.
- Tak mówiłem? No dobrze, mówiłem. Ale i tak bym wolał, żeby pani
porządnie wypoczęła, panno Peterson. - Znowu podniósł wzrok (chyba ton
jego głosu nieco złagodniał?). - Wygląda pani na zmęczoną.
Dłoń Cory uniosła się do włosów, gdyż w przekładzie na język kobiet
słowo "zmęczony" znaczy "rozczochrany".
- Odpocznę, gdy przybędzie Benes - powiedziała. - Przyrzekam. A propos...
- Tak?
- Będzie pan jutro korzystał z lasera?
- Właśnie się nad tym zastanawiam. Jeśli mnie pani do niego dopuści.
- Model 6951 nie nadaje się do użytku.
Duval odłożył zdjęcie i odchylił się na krześle.
- Dlaczego?
- Jest niesprawny. Nie daje się wyostrzyć. Podejrzewam, że zepsuła się
jedna z diod tunelowych, ale jeszcze nie odkryłam która.
- W porządku. Niech pani zatem przygotuje któryś ze sprawnych. Proszę to
zrobić przed wyjściem. To do jutra...
- Do jutra. Sprawdzę, co nawaliło w modelu 6951.
- Tak.
Odwróciła się do wyjścia, zerknęła szybko na zegarek i powiedziała:
- Jeszcze dwadzieścia jeden minut, a mówią, że samolot przyleci
punktualnie.
Duval wydał nieokreślony dźwięk i wiedziała, że jej nie słyszał. Wyszła,
powoli i bezszelestnie zamykając za sobą drzwi.
* * *
Kapitan William Owens zatopił się w miękko wyściełanym siedzeniu
limuzyny. Zdradzającym zmęczenie ruchem potarł spiczasty nos i zacisnął
szerokie szczęki. Poczuł, że samochód unosi się na strumieniach
sprężonego powietrza, po czym rusza do przodu idealnie płaskim torem.
Nie słyszał nawet szmeru silników z turbodoładowaniem, choć za jego
plecami galopowało pięćset koni mechanicznych.
Przez kuloodporne szyby widział z prawej i lewej motocyklową eskortę.
Przed nim i za nim sunęły inne samochody, wycinając w mroku nocy
świetlisty tunel.
Ta mała armia sprawiała, że wydawał się kimś ważnym, ale oczywiście nie
jego ochraniała. Nawet nie człowieka, z którym miał się spotkać. Nie
osobę, lecz zawartość jej umysłu.
Po lewej stronie Owensa siedział szef Tajnej Służby. To, że Owens nie
wiedział, jak się nazywa ten nijaki mężczyzna, który w każdym calu, od
okularów bez oprawek poczynając, na staromodnych butach kończąc,
wyglądał na profesora uniwersytetu - albo na sprzedawcę w sklepie z galanterią męską - było wymownym świadectwem anonimowości tej służby.
- Pułkownik Gander, jak sądzę? - niepewnie odezwał się Owens, podając mu
rękę.
- Gonder - padła cicha odpowiedź. - Dobry wieczór, kapitanie Owens.
Jechali teraz skrajem lotniska. Gdzieś nad nimi i przed nimi, z pewnością nie dalej niż kilka mil, przygotowywał się do lądowania ten
archaiczny samolot.
- Wielki dzień, co? - rzekł półgłosem Gonder. Wszystko w nim, nawet
nierzucający się w oczy krój jego cywilnego ubrania, zdawało się
szeptać.
- Tak - odparł Owens, starając się, by w tej monosylabie nie zabrzmiało
napięcie. Nie żeby był szczególnie spięty, lecz z tej prostej przyczyny,
że jego głos niemal zawsze zdawał się przybierać taki ton. Rzecz w tym,
że atmosfera napięcia pasowała do jego wąskiego, szpiczastego nosa i ostrego zarysu kości policzkowych.
Czasami miał wrażenie, że utrudnia mu to życie, ponieważ sądzono, że
jest neurotykiem, a nie był. Z drugiej strony ułatwiało je, gdyż czasami
z tego powodu schodzono mu z drogi; nie musiał nawet podnosić ręki.
Chyba było tak i tak.
- Sprowadzenie go tutaj to niezły wyczyn - powiedział. - Służbie należą
się gratulacje.
- To zasługa naszego agenta. Jest najlepszy w tym fachu. Myślę, że
tajemnica jego sukcesów kryje się w tym, że pasuje do romantycznego
stereotypu szpiega.
- Tak wygląda?
- Wysoki. W college'u grał w futbol. Przystojny. Elegant w każdym calu.
Wróg tylko rzuci na niego okiem i powie: "To ten!". Tak właśnie powinien
wyglądać agent drugiej strony, więc oczywiście on nie może nim być...
Dlatego go ignorują, a gdy sobie uświadamiają, że to jednak szpieg, jest
już za późno.
* * *
Owens zmarszczył czoło. Czy ten facet mówi serio? A może żartuje, bo
myśli, że w ten sposób rozładuje napięcie?
- Oczywiście zdaje pan sobie sprawę, że odgrywa w tym niebagatelną rolę
- rzekł Gonder. - Rozpozna go pan, prawda?
- Rozpoznam - odparł Owens z charakterystycznym dla niego nerwowym
chichotem. - Spotkałem się z nim kilka razy na konferencjach naukowych
organizowanych przez drugą stronę. Pewnego wieczoru się razem upiliśmy...
No, może nie tyle upiliśmy, ile wprawiliśmy w dobry humor.
- I co powiedział?
- Nie piłem z nim po to, żeby go pociągnąć za język. Tak czy inaczej, z niczym się nie wygadał. Ktoś stale z nim był. Ich naukowcy zawsze chodzą
parami.
- A pan mu coś powiedział?
Pytanie było niewinne, ale podtekst wyraźnie nie.
Owens ponownie się roześmiał.
- Proszę mi wierzyć, pułkowniku, nie wiem niczego, czego on by nie
wiedział. Mógłbym bez szkody przegadać z nim cały dzień.
- Sam chciałbym coś o tym wiedzieć. Podziwiam pana, kapitanie. Jest cud
technologii, który może przeobrazić świat, i tylko garstka ludzi, którzy
mają o nim pojęcie. Ludzki umysł oddala się od człowieka.
- Nie jest tak źle, naprawdę - powiedział Owens. - Jest nas spora grupa.
Oczywiście Benes jest tylko jeden, a ja nie dorastam mu do pięt. Prawdę
mówiąc, wiem niewiele więcej, niż potrzeba do zastosowania tej techniki
do moich projektów statków. To wszystko.
- Ale rozpozna pan Benesa? - Szef Tajnej Służby zdawał się potrzebować
nieustannych zapewnień.
- Rozpoznałbym go, nawet gdyby miał brata bliźniaka, a jestem pewien, że
nie ma.
- To nie jest kwestia akademicka, kapitanie. Nasz agent, Grant, jest tak
dobry, jak powiedziałem, mimo to trochę mnie dziwi, że mu się to udało.
Muszę sobie odpowiedzieć na pytanie, czy nie mamy do czynienia z podwójną zmyłką. Czy nie spodziewali się, że spróbujemy przejąć Benesa,
i postarali się przygotować jego sobowtóra?
- Zauważyłbym różnicę - zapewnił z pełnym przekonaniem Owens.
- Nie ma pan pojęcia, czego można obecnie dokonać z użyciem chirurgii
plastycznej i narkohipnozy.
- To bez znaczenia. Może mnie zwieść twarz, ale nie rozmowa. Albo on zna
tę Technikę - ściszony w tym momencie głos Owensa wyraźnie opatrzył to
słowo wielką literą - lepiej niż ja, albo bez względu na to, jak
wygląda, nie jest to Benes. Może potrafią zrobić kopię ciała Benesa, ale
nie jego umysłu.
Byli już na miejscu. Pułkownik Gonder spojrzał na zegarek.
- Słyszę samolot. Wyląduje za kilka minut, punktualnie.
Uzbrojeni mężczyźni i samochody pancerne dołączyli do sił, które już
otaczały lotnisko i przemieniły je w terytorium okupowane, zamknięte dla
wszystkich oprócz upoważnionego personelu.
Zniknęły ostatnie światła miasta i po lewej został tylko nieco zamazany
horyzont.
Westchnienie Owensa wyrażało wielką ulgę. W końcu za chwilę będzie tu
Benes.
Szczęśliwe zakończenie?
Zmarszczył czoło, usłyszawszy w głowie intonację, która postawiła po
tych dwóch słowach znak zapytania.
Szczęśliwe zakończenie, pomyślał ponuro, ale intonacja wymknęła mu się
spod kontroli i sprawiła, że ponownie zabrzmiało to jak "Szczęśliwe
zakończenie?".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki