Rozdział XXXVI
Catachresis!
Poprzedniego dnia Cogolin, idąc za swoim panem w owym bajecznym pochodzie przez wzburzony Paryż, uczestniczył w tym niesłychanym zdarzeniu: Capestang prowadził do Luwru dowódcę rokoszu, księcia Kondeusza, który miał być tryumfatorem, a stał się więźniem.
- Najmniejsze, co może przydarzyć się memu panu - mruczał pod nosem - to wrzucenie do wody albo może powieszenie przy szyldzie. A jeśli wiesza się lub topi mego pana, to co zrobią ze mną? Może obedrą mnie ze skóry! Och, biedny Cogolinie, to bardzo zły układ ciał niebieskich, jak mawiał mój były szef, astrolog!
Musimy Cogolinowi oddać honor, że chociaż uważał się za zgubionego i nie przestawał wzywać na pomoc dwóch czy trzech świętych ze swoich przyjaciół, szedł krok w krok za swoim panem i pilnie obserwował jego najmniejsze gesty.
Przejście przez Pont-Neuf, uzbrojeni mieszczanie, tumult, ogólne wrzenie tłumów, pośród których czuł się popychany jak kruchutka słomka, przybycie do Luwru, wejście Capestanga i księcia Kondeusza - wszystkie te wizje następowały po sobie jak jakieś fantastyczne sny. A kiedy zobaczył, że Capestang dotarł nie tylko cały i zdrowy, ale jeszcze zaprowadził księcia do samego Luwru, zwyczajnie osłupiał, wytrzeszczył oczy i szeptał:
- Do pioruna...!
Kiedy Cogolin pozwalał sobie na takie samo przekleństwo co kawaler, to znaczyło, że zupełnie nie był sobą.
Ile czasu pozostawał w tym stanie, podzielony między osłupieniem spowodowanym świadomością, że jeszcze żyje, a podziwem, jaki wywoływał w nim jego pan, zupełnie nie wiedział.
Kiedy rozejrzał się wokół siebie, spostrzegł, że sytuacja dziwnie się zmieniła.
Stojąc z drugimi przed pałacem, giermek Capestanga słyszał podawane sobie z ust do ust słowo: zdrada! Obok niego kilku mężczyzn gestykulowało i krzyczało, że książę poddał się Ludwikowi XIII, że opuścił wszystkich tych, których wciągnął do buntu. Ostrożniejsi już wymykali się cichaczem... Wrzawa zwolna się uspakajała. Niepokój ogarniał ciągle liczne gromady, które jeszcze żywiły jakąś nadzieję. Jednak niepokój zamienił się w przerażenie, gdy ujrzano kompanię muszkieterów i drugą kompanię arkebuzerów z lontami zapalonymi w rękach. A kiedy na koniec pojawił się stary marszałek Ornano, oświadczając, że książę podporządkował się królowi, że wojsko zacznie strzelać do zbuntowanego tłumu, mieszczanie uciekli, porzucając halabardy, by móc biec szybciej.
Cogolin postąpił tak samo jak inni.
Kiedy w końcu zatrzymał się zdyszany, wyprostował się, jak to widział u swego pana, i powiedział:
- Po pioruna! Odnieśliśmy zwycięstwo!
Wycierając sobie czoło, pomyślał, że kawaler niewątpliwie spędzi noc w Luwrze. Przez chwilę nawet miał ochotę wrócić do głównej bramy i po prostu powiedzieć:
- To ja, Cogolin, giermek rycerza Capestanga.
Lecz po kilku krokach zrobionych w kierunku Luwru począł mieć wątpliwości co do tego, jak zostanie przyjęty, i co do sławy swego nazwiska. Wówczas postanowił, że tylko przed sobą będzie sławił wielkie zwycięstwo. Przeszukując kieszenie, przypomniał sobie, że na razie to kawaler miał sakiewkę, ale też zobaczył, że sam miał sześć talarów. Cogolin postanowił więc, że przeje i przepije całą sumę, aż do ostatniego sou12, przekonany, że jutro rano będzie opływał w bogactwa. Przecież król nie zapomni okryć złotem tego, który przyszedł go uratować.
Rozejrzał się wokół siebie i spostrzegł, że szalona ucieczka doprowadziła go w okolice Temple, której milcząca wieża wznosiła swą ciemną bryłę na tle czarnego nieba.
Cogolin był zdziwiony, że biegł tak szybko i dobiegł tak daleko, jednak nie poprzestał na tym w podziwianiu samego siebie.
- To moje nogi - stwierdził. - Faktem jest, że są długie i jedna z nich ma tyle, co dwie kogoś innego. Jest to przewaga, jaką posiadam nad mymi kompanami, a nawet nad kawalerem de Capestang. Więc celebrujmy jego chwałę i moją inter pocula13, jak mawiał mój szef, profesor liceum.
Mówiąc to, skierował się ku centrum Paryża.
Dotarłszy do skrzyżowania rogu ulicy du Chaume z ulicą des Quatre-Fils, przystanął, zdziwiony widokiem, jaki mu się przedstawił: z dalszych ulic Paryża nadchodzili grupkami ludzie, po trzech lub czterech, jedni konno, inni pieszo, trzymając w rękach małe papierowe latarnie, oświetlające im drogę. Była to niezbędna ostrożność, bowiem ulice były bardziej lub mniej podziurawione i wypełnione nieczystościami. Wszyscy nocni wędrowcy wchodzili do głównej bramy dużego pałacu, który Cogolin, doskonale znający swój Paryż, natychmiast rozpoznał.
- Pałac Gwizjusza! - wyszeptał przez zęby. - Czyżby u księcia miałyby być jakieś tańce i wszyscy ci ludzie przychodzą balować na cześć zwycięstwa Jego Królewskiej Mości...? Hm, to bardzo dziwni tancerze, o tajemniczych minach, z kolbami pistoletów, które u nich zauważyłem. Poza tym pałac jest tak mroczny, jak niebo bez księżyca, żałosny jak maślanka, groźny jak łeb dzika. Cóż u diabła ma zajść dzisiaj w pałacu Gwizjusza?
- Precz stąd! - zabrzmiał obok niego jakiś głos.
Cogolin ujrzał poruszający się tajemniczy cień, słyszał szczęk broni, i tym razem jeszcze szybciej umykając na swych długich nogach, oddalił się na bezpieczną odległość od tych, którzy tworzyli tak dobrą ochronę wokół pałacu.
Tak dotarł do ulicy Sainte-Croix-de-la-Bertonerie, która przez zniekształcenie zyskała później milszą nazwę Sainte-Croix-de-la-Bretonnerie, i wkroczył do pewnej uliczki o złej sławie, nazywanej - nie wiemy dlaczego - ulicą des Singes14. Ulica des Singes była prawdziwą kloaką, zarówno z punktu widzenia moralnego, jak i fizycznego. I z prawej, i z lewej strony, podpierając się jedna o drugą jak stare pijaczki, garbate, krzywe, jednookie, z trędowatymi twarzami, nadętymi brzuchami, nasadzonymi na bakier dachami jak czapki podchmielonych zawadiaków, stało ze dwanaście domów... właściwie ruder. Każdy parter był szynkiem, każdy szynk miał szyld, a wszystkie godła plątały się, zderzały i skrzypiały przy najlżejszym podmuchu wiatru.
A jakież były to szyldy! Cała niewinna bezczelność czasów, kiedy jeszcze nie było przekonania, że miłość jest rzeczą wstydliwą, tu kwitła w dytyrambach na część Bachusa15 i Wenus16. Żałujemy, że oficjalnie przyjmuje się, iż ucho współczesnego Czytelnika jest delikatnym organem, muszącym owijać się bawełną, a z drugiej strony, ponieważ czujemy wstręt do hipokryzji eufemizmów, jesteśmy zmuszeni to przemilczeć, więc nie będziemy opowiadali o arcydziele spokojnego i okazałego bezwstydu, które znajdowało się na szyldzie knajpy, do której podchodził Cogolin.
Cogolin był wygłodzony. Cogolin był spragniony, ale Cogolin był cnotliwy... a nawet przesadnie wstydliwy jak na jego czasy. Zasiadł więc przy stole, gdzie kazał sobie podać dwie butelki wina z Andegawenii, przysmażoną słoninę, szynkę z jajkami i inne, bardziej ostre potrawy, ale delikatnie odepchnął przywiędłą rozpustnicę, rozczochraną, rozchełstaną, chcącą usiąść mu na kolanach. Do tej nory przybywali, podobnie jak do jej sąsiadek, majtkowie z Sekwany, złodzieje i żołnierze. Kilka długich stołów, zastawionych dzbanami, dzbankami i kubkami, zaplamionych czerwonymi plamami z wina, proste ławy i grube ciosane stołki stanowiły całe umeblowanie. Na ścianach kolorowe obrazki, rozwieszone byle jak, przedstawiały Żyda Wiecznego Tułacza17 z kijem pielgrzymim w dłoni, Dziewicę na kuli przypominającej Ziemię, zgniatającą stopami węża, Pogrzeb pana Kredyta składanego do ziemi przez złych płatników oraz wiele innych o różnej tematyce, których z wyżej wymienionych przyczyn dotyczących delikatności uszu wzbraniamy się nazywać, a tym bardziej opisywać.
Cogolin zabrał się do jedzenia i opróżniania wielu kubków na cześć zwycięstwa i uśmiech losu Capestanga. Tak dobrze to czynił, że przy drugiej butelce już nie czerwienił się na widok nieprzyzwoitych póz, jakie widział na malowidłach wiszących na ścianach, a przy trzeciej nie był wcale zaskoczony widokiem siedzącej mu na kolanach, lgnącej do niego ladacznicy, którą wcześniej odepchnął gestem pełnym dostojeństwa. Jednym słowem, używając wyrażenia, które wymaga pomsty moralności, upodabniając się do zwykłych ludzkich świń przekraczających dozwolone granice, Cogolin tarzał się w orgii; stoczył się w swoim opilstwie i podłości; stał się skończonym pijakiem, lubieżnikiem bez żadnej skromności. Ta rozpusta, której celem było głoszenie chwały jego pana - ponieważ człowiek jest zawsze zdolny do pokrywania swoich wylewności lakierem, który je upiększa - ta rozpusta, jak powiedzieliśmy, trwała całą noc. Faktycznie, w tym okresie zamętu, gdy straże prawie nie odważały się wychylić nosów poza posterunki, wszelkiej maści tawerny i speluny pozostawały tak długo otwarte, jak tylko miały gości.
Cogolin więc tarzał się w swej bezecności do czasu, aż spostrzegł, że ladacznica wymknęła się delikatnie i bez pożegnania z nim. W tej chwili gospodyni oparła dwie pięści na stole i patrząc na niego z góry, wlepiła w niego wzrok.
- Pić! - zawołał Cogolin.
- Zapłać najpierw za to, co wypiłeś i zjadłeś do tej pory, ponieważ, dzięki Bogu, nie brakowało ci niczego! Za wszystko należy się pięć talarów!
Cogolin uśmiechnął się. Doskonale pamiętał, że posiadał sześć talarów, zatem pozostawał mu jeden, który mógł zamienić na żywność i napitki.
Zmarszczył nos, rzucił wokół błędnym wzrokiem, rozdziawił gębę aż po same uszy. Cogolin był w tej chwili ohydny, z jego kiwającą się głową, twarzą pijaka, podobny był do starego Sylena powracającego do zbierania winogrona, ale Sylena chudego, Sylena łysego, ponieważ peruka stoczyła się z głowy na ławę, a z ławy na posadzkę, gdzie walała się - ona także - w hańbiącej kałuży niespożytego wina18.
- Pić! - powtórzył chełpliwym tonem. - Mam czym zapłacić, jak myślę! Z sześciu talarów można wydać pięć! Daj wina, i to dobrego!
- Najpierw zapłać - powiedziała karczmarka, rzucając wymowne spojrzenie na Pogrzeb pana Kredyta.
Cogolin wzruszył ramionami jak człowiek, który ulega, chcąc zadowolić czyjś niewytłumaczalny upór.
Tymczasem gospodyni była już całkowicie spłacona. W rzeczywistości Cogolin zjadł i wypił za trzy talary, a ona już odebrała cztery od ladacznicy, która ukradłszy nieszczęsnemu Cogolinowi sześć talarów, w zupełności zadowoliła się dwoma. Szynkarka była więc podobna do urzędu skarbowego domagającego się dwa razy zapłaty i nic niezwracającego, gdy zauważy swoją pomyłkę. Zatem ta łotrzyca - mówimy o gospodyni - nie miała nic innego na celu jak zabezpieczyć się, gdyby jej klient nie miał jakiejś innej gotówki.
Ale Cogolin daremnie przeszukiwał wszystkie kieszenie. Nie znalazł ani sześciu talarów, ani zaskórniaka.
Był jak porażony i na matronę, która już podparła się pod boki, co było przedwstępnym gestem do wykrzyczenia serii obelg, podniósł zasmuconą twarz ukazującą wzrok zamglony przez łzy rozpaczy i wypite wino.
- Nic nie mam - jąkał się. - Nie wiem, jak się to stało, ale...
Cogolinowi nie dane było dokończyć myśli...
- Oszuście! Łajdaku! Złodzieju! Szubieniczniku! - krzyczała szynkarka. - Ach, pijesz, nie płacisz! Niech cię weźmie cholera! Niech cię pożre febra! Ach, rozpustniku, nicponiu, łobuzie, skąpcu, bezbożniku, sprośny oszuście, heretyku, rogaczu!
To ostatnie słowo rzucone było z całą mocą, jako zakończenie przemowy. Cogolin, zasypany gradem obelg, zachowywał spokój, który przeciwstawiłby się rzucanym oszczerstwom, gdyby nie towarzyszył im inny grad, znacznie silniejszy: walenie pięścią, kopanie, obijanie kijem przez gospodynię, jej męża i syna, którzy przybiegli przywołani krzykami szynkarki. Rozlegały się okrzyki, wrzawa, jęki i w końcu Cogolin, zwleczony z ławy, szturchany, popychany, szarpany, został wyrzucony na zewnątrz ostatnim kuksańcem i stoczył się do rynsztoku, potłuczony, zdezorientowany, krwawiący i żałośnie narzekający.
Cogolin niemiłosiernie jęczał i krzyczał, lecz nikt nie przychodził mu z pomocą. Widząc, że nic nie zyskuje wołaniem: "Pali się!" i "Mordują!", podniósł się z ziemi, obmacał się i stwierdził, że nie ma żadnych złamań. Następnie, zamroczony wypitym winem, laniem, jakie otrzymał, i zdziwieniem, jakie wywołało niepojęte zniknięcie sześciu talarów, kulejąc, ruszył w drogę, obijając się o mury, czepiając narożników, przewracając się przez śmieci, tu zatrzymywany i kopany przez jakichś złodziei, tam przez grupkę młodych paniczów...
Jeżeli uliczka des Singes była kloaką, to także reszta miasta, nawet najpiękniejsze dzielnice wymagały porządnego oczyszczenia.
Bezładna gmatwanina domów,
Błoto na wszystkich kołach;
Mosty, kościoły, pałace, więzienia,
Sklepy dobrze lub źle zaopatrzone;
Mnóstwo ludzi czarnych, rudych lub siwych,
Skromnisie, dziewczyny zatracone,
Zabójstwa i zdrady,
Pisarze o wykrzywionych rękach;
Wielu upudrowanych, niemających pieniędzy,
Wielu mężczyzn bojących się strażnika,
Wielu fanfaronów drżących jak osiki;
Paziowie, lokaje, nocni złodzieje,
Karety, konie i wielki hałas:
To jest Paryż, jaki wy widzicie!
Ten dobrze znany sonet, jaki Scarron19 miał napisać trochę później, który zresztą nie rości sobie pretensji do długiego poematu, daje nam jednak niedoskonały, ale prawdziwy szkic Paryża przemierzanego przez Cogolina, potykającego się i nieustannie gawędzącego z samym sobą na temat umiarkowania, czystości i męstwa oraz wszystkich innych cnót, jakich mu zabrakło tej nieszczęsnej nocy.
Kierował się w stronę ulicy Vaugirard nie w nadziei, że odnajdzie tam Capestanga, ale z myślą, że zdoła odpocząć na strychu i tam wytrzeźwieć po nadmiernym spożyciu wina i odpocząć po pobiciu.
Zaczął świtać dzień, kiedy pojawił się w okolicy pałacu o bardzo okazałym wyglądzie, gdzie w przeciwieństwie do tego, co zobaczył wieczorem przy pałacu Gwizjusza, we wszystkich oknach błyskały światła, lecz drzwi były szczelnie zamknięte. Światła przesuwały się we wszystkich kierunkach, co świadczyło o wielkim poruszeniu w budynku. Można było przypuszczać, że słudzy i przyjaciele domu byli czymś przestraszeni, że musiało przytrafić się jakieś nieszczęście...
Pałac ów należał do Kondeusza, a zebrani w nim jego stronnicy po zaaresztowaniu księcia zadawali sobie pytanie, czy mają prowadzić dalej walkę czy też poddać się królowi, czy przejść z bronią na stronę Gwizjusza.
Cogolin szedł wzdłuż pałacu, który położony nad główną fosą, nadawał tej ulicy nazwę des Fossés-de-M.-le-Prince-de-Condé20.
- Ho, ho! - mówił Cogolin. - W pałacu Gwizjusza okna były bardzo zaciemnione, za to zbyt wielu ludzi kręciło się po ulicy; tutaj zbyt dużo świateł paliło się wewnątrz i zbyt wielka cisza panowała na zewnątrz. Wszystko to wskazuje na to, że Paryż ma krwiste usposobienie, jak mawiał mój były szef, aptekarz. Lecz co mnie to obchodzi? Ja chcę się wyspać. Czy Lotaryńczyk, czy Bearneńczyk zwyciężą, czy Kondeusz, Gwizjusz i Ludwik będą panowali razem, albo nawet żaden z nich, to czy w jakiś sposób zmieni się mój smutny los? A los tych wszystkich imbecyli, którzy wrzeszczą: "Niech żyje!" ten, albo "Niech żyje!" tamten, a żaden z nich nie pomyśli, żeby krzyknąć: "Niech żyję ja!". Do pioruna, co ja mam na głowie? Czapkę z ołowiu...? Och, już więcej nie będę pił! Jeśli jednak byłaby jakaś otwarta knajpa, a ja miałbym kilka dukatów... Do licha, oszaleję z pragnienia...! Hola! Kto tam idzie? To pan, panie kawalerze? Nie, to kamienna amazonka. Och, przeklęta, złamała mi żebro! Spać, spać. Na flaki Naszego Ojca Świętego! Mam całą głowę w kawałkach! Pijak! Rozpustnik! Lubieżnik...! Ja, lubieżnik! Och, popełnia pan błąd, proszę pana... Nie! To słup przy murze, który daje wsparcie memu ramieniu. Nie mogę temu zaprzeczyć. Jestem przemielony, zdruzgotany. Dlatego idę zygzakami. Hola! To jakaś maskarada? Dlaczego tak wszyscy biegną i krzyczą? Zatrzymajcie się, łajdacy...!
Uderzony nagle pięścią w nos, giermek Capestanga padł jak długi na jezdnię ulicy Vaugirard, na którą doszedł, cały czas monologując. Usłyszał wściekłe krzyki. Poczuł na swoim grzbiecie stopy tłumu ludzi, którzy w pędzie po nim przebiegali...
Przerażony, osłupiały, tłuczony, miażdżony, prawie nieprzytomny Cogolin zdołał się przeczołgać do kąta. Cały czas jęcząc, podniósł głowę i nagle zupełnie zgłupiał z przerażenia na widok tego, co zobaczył.
Znajdował się przed oberżą "Pod Henrykiem Wielkim", jego oberżą! Otaczali ją uzbrojeni ludzie! Podwórze zatłoczone było szlachcicami ze szpadami w dłoniach.
- Cóż znowu? To ja wynająłem to mieszkanie...! - mruczał Cogolin. - Co tu robi człowiek z wychudzonym obliczem, które rozpoznaję?
Natychmiast wytrzeźwiał. Wychudzona twarz zbliżyła się do Conciniego i coś do niego mówiła... To był Laffemas...!
Cogolin jak we śnie widział Laffemasa biegnącego do szopy, a później wychodzącego z wiązkami chrustu, które własnoręcznie podpalał...!
- Brawo, panie Laffemas! - krzyczał Concini.
- Laffemas! - warknął Cogolin. - Ten łotr z pałacu d'Angoul?me! Dlaczego on podpala moją oberżę...? Poskarżę się memu panu... Ach, mój pan! Tam! Schodzi ze schodów...! Wielki Boże...!
Uczynił wysiłek, by się podnieść. Udało mu się klęknąć na ziemi.
Osłupiały, przerażony, z oczami rozszerzonymi zgrozą, był świadkiem ostatniego i szybkiego epizodu pojmania Capestanga. Widział, jak upadł, widział, jak wrzucono go na konia. Cogolin, szlochając, szedł w pewnej odległości za triumfującą bandą i dostrzegł, że wszyscy ci ludzie otaczający jego pana, weszli do pałacu Conciniego...!
- Mój biedny pan jest zgubiony! Biedny kawaler de Capestang nie żyje...!
***
W tym miejscu tracimy ślad Cogolina, by odnaleźć go jakiś miesiąc później. Co się działo w tym czasie? Wiemy tylko, że każdej nocy regularnie sypiał w podpalonej oberży, bowiem w istocie ogień nie zniszczył jej całkowicie. Jako tako obroniła się kuchnia i główna sala oraz przyległe pokoje, to znaczy pomieszczenia znajdujące się na parterze. Nie było ani strychu, ani zewnętrznych schodów. Dlatego też Cogolin urządził się w kuchni, z której zrobił swoją główną kwaterę. Sypiał w wielkiej skrzyni wypełnionej słomą, zajmował się naprawianiem odzieży i butów, żywił się tym, co zdobył swoją działalnością. Czym się zajmował? Tego nie wiemy. Niewątpliwie w ciągu tego miesiąca, bardzo dla niego smutnego, imał się różnych zajęć, które mógł wykonywać człowiek nieznający żadnego rzemiosła. Może nawet nocą obciął kilka sakiewek i ukradł kilka płaszczy na moście Pont-Neuf, który w owym czasie był głównym miejscem grasowania złodziei - nieszlachciców lub szlachciców...
"Diabeł mnie podkusił, bym wyrywał płaszcze i zabierał ubrania z ozdobami" - pisał w tym czasie najjaśniejszy pan d'Esternod21. Cogolin, który nie był najjaśniejszym panem, zapewne dał się podkusić diabłu. Może niesłusznie go oskarżamy, lecz przecież był to bardzo łatwy połów. Krótko mówiąc, musimy się przyznać, że życie Cogolina z tego miesiąca pozostaje dla nas tajemnicą.
***
Zatem miesiąc, albo coś koło tego, upłynęło od czasu pożaru oberży "Pod Henrykiem Wielkim", od tego dnia, w którym kawaler de Capestang został uniesiony do pałacu Conciniego jak do straszliwej jaskini, z której, jak wszystko na to wskazywało, nigdy nie wyjdzie żywy - jednak w chwili, kiedy przewieszony przez konia przekraczał bramę pałacu, jeszcze żył.
W dniu, do którego teraz nawiązujemy, siąpił jeden z tych drobnych deszczyków, które nie mają żadnego motywu, by kiedykolwiek przestać, i są w niebie tym, czym akademickie dyskusje w celu zdobycia wiecznej chwały.
W tym dniu jakiś człowiek szedł ulicą de la Juiverie, skurczony, prześlizgując się pod daszkami sklepików, by uniknąć strumieni wody spływających z dachów, przy których wówczas nie było ani rynien poziomych, ani pionowych. Musiał to być jakiś wyjątkowy osobnik, skoro go zauważano, a przechodnie odwracali się, by przez chwilę jeszcze śledzić go spojrzeniem. Przy bucie prawej nogi miał jeszcze przyczepioną żelazną ostrogę, podczas gdy druga obuta była w zwykły sandał mnicha. Na czymś w rodzaju kaftana, którego szkarłatna barwa zmieniła się na buroszarą, nosił dziurawy płaszcz, pocerowany, wystrzępiony, z żółtymi i zielonymi łatami. Wreszcie, głowę zdobiła peruka z przędziwa, a przynajmniej coś, co rościło sobie pretensję do udawania peruki, a w rzeczywistości było bezkształtną masą konopi, rudis indigestaque moles22.
To był Cogolin, ale w jakże smutnym stanie...! Jaki był wychudły, wynędzniały, zmizerowany i nieszczęśliwy!
Straciwszy swoją perukę w rozróbie na ulicy des Singes, Cogolin sam wykonał sobie inną z kawałków sznurów, które rozplątał i jako tako uczesał. Jego spiczasty nos się wydłużał, a oczy straszliwie zezowały w chwili, kiedy przechodził koło jakiegoś straganu z pieczonymi mięsami. Zdarzało mu się nawet zatrzymywać przed stosami złotawobrązowych pulard, ale wówczas jego oczy nabierały takiego blasku, tak groźnie i głośno pociągał nosem, że natychmiast pojawiał się sprzedawca pieczeni i stawał na warcie przed swymi kurczętami, mrucząc:
- Powiem ci, człowieku o sznurkowych włosach, że te zwierzęta nic ci nie zrobiły!
- Ale ja chciałbym im coś zrobić... - mówił Cogolin żałosnym głosem.
- Idź, idź, one nie są dla twego nosa!
- O, przepraszam - zaprzeczał Cogolin, który lubił logicznie myśleć - one na pewno są dla mego nosa, skoro wdycham ich cudowną woń. Na nieszczęście są tylko dla mego nosa.
I Cogolin z jeszcze bardziej wciągniętym brzuchem, bardziej błędnym spojrzeniem odchodził, ciągnąc po ziemi mnisi sandał i rajtarski but, wystawiając grzbiet na deszcz i szepcząc:
- Och, biedny Laguigne! Teraz podobny do Łazarza czy też Joba23, daję swoim współczesnym obraz dwóch dostojnych nieboszczyków, zmarłych z głodu. Kim ja jestem, jeśli nie rodzajem nieboszczyka, który jeszcze spaceruje, rodzajem szkieletu, któremu można by policzyć wszystkie żebra, gdybym przez wstydliwość nie ukrywał przed paryżanami mojej niedoli pod tym płaszczem? Jeśli chodzi o mnie, to mógłbym pozbyć się płaszcza, bo przecież jestem tylko cieniem! Ach, kawalerze de Capestang, który zamierzałeś mnie udusić za to, że nie chciałem nazywać się Lachance! Tym razem byłbyś zmuszony przyznać, że jestem już tylko widmem Laguigne'a. Na szczęście dla ciebie nie zobaczysz, w jak smutnym stanie jest twój giermek, bowiem już nie żyjesz, biedny rycerzu de Capestang...!
Powiedziawszy to, Cogolin dwa razy zapłakał - raz za siebie, a drugi za rycerza, jak twierdził. Potem, idąc tam, gdzie oczy poniosą, poruszany tą nieokreśloną falą nadziei znalezienia jakiegoś złego lub dobrego kąska, którym mógłby się pożywić, przepychając w głowie myśli, jakie nasuwają się tym, którzy nie mają schronienia i nie wiedzą, czy i kiedy cokolwiek zjedzą, przeszedł przez Sekwanę, poszedł ulicą des Arcis i w końcu znalazł się na ulicy Saint-Martin.
Szedł ponury, z nosem zwieszonym na kwintę, zabłocony, zmoknięty, ociekający wodą, nie mając nawet odwagi wciągać zapachy pieczonych mięs, nie śmiąc już chronić się pod daszkami, gdy nagle uderzył głową w plecy jakiegoś mieszczanina.
- Niech dżuma zadusi tego łajdaka! - warknął mieszczanin.
- Proszę mi wybaczyć, panie, nie zauważyłem... - wyjąkał Cogolin.
- Nie widzisz, że nie można tędy przejść? Jest dość miejsca na ulicy! Gdzie, do diabła, trzymasz swoje oczy, kiedy idziesz? Może w kieszeni?
Lecz Cogolin już go nie słuchał, a te oczy, które, jak mu zarzucono, schował do kieszeni, teraz z zaskoczenia otworzył szeroko. Jego osłupiałe spojrzenie spoczęło na czymś, co musiało wydawać się mu niesamowite.
- Ho! Ho! - mruczał. - Co to znaczy...?
Cała ulica była zatłoczona. Po jej lewej stronie stało wiele powozów, a resztę jezdni zajmował tłum gapiów z głowami zadartymi w górę.
Z prawej strony ulicy przed obszernym sklepem ustawiona była estrada, a na niej dwóch ludzi rzucało się, gestykulowało i przemawiało do tłumu, co chwila wybuchającego śmiechem. Na tym podniesieniu, nieco podobnym do tych, wystawianych przed budami, na których współcześni handlarze zachwalają towar, stały trzy obrazy: pośrodku jeden olbrzymi, a po jego bokach, na prawo i na lewo dwa inne, o dużo mniejszych rozmiarach.
Obraz z lewej strony przedstawiał damę w dworskim stroju, zupełnie łysą. Poniżej niego na wywieszce widniał krótki napis: "PRZED!".
Na drugim płótnie z prawej strony występowała ta sama dama w tym samym stroju, ale z gęstymi włosami, sięgającymi do pięt. Poniżej napis, prosty w swej wymowie, głosił: "PO!".
Cogolin przenosił swoje spojrzenie od "przed" do "po", od obrazu z lewej strony do obrazu z prawej, od łysej damy do damy z długimi włosami. Potem wytrzeszczone z zaskoczenia oczy skierował na wielki środkowy obraz i cały zadrżał, poruszając aż najbardziej niewrażliwe nerwy swego długiego ciała....
Na trzecim obrazie, namalowanym jaskrawymi barwami, przedstawiono boginię, czy też cudowną wróżkę albo coś pośredniego między nimi obiema. Powyżej tej wróżki, czy też może nimfy, która uśmiechając się, końcami palców jakby podawała słoik maści zebranym, widniały napisane ogromnymi literami te słowa, które wprawiły Cogolina w osłupienie i wzbudziły niejasną nadzieję:
SŁAWNA CATACHRESIS
"Catachresis...! - krzyczał w myślach Cogolin. - Rany boskie...! Do kroćset...! Catachresis...! Ja nie śnię! Widzę to wyraźnie! Na rogi szatana! To na pewno Catachresis...! Uszczypnąłbym się, żeby stwierdzić, czy to jest prawda, ale nie mogę, gdyż mam tylko kości, a na nich trochę skóry...
Jego spojrzenie ześlizgnęło się wówczas szybko ze sławnej i uśmiechniętej Catachresis i spoczęło na dwóch ludziach znajdujących się na estradzie.
Nagle jakby osłabł z radości, wydał z siebie okrzyk zdumienia, usta pękły mu w szerokim uśmiechu od ucha do ucha, a z oczu polały się łzy...
- Lureau! - szepnął zduszonym głosem. - Mistrz Lureau...!
Rzeczywiście, jedną z tych dwóch osób nie był nikt inny, jak dawny właściciel oberży "Pod Henrykiem Wielkim". To Lureau pod szyldem "Catachresis" sprzedawał maść, którą Cogolin, by wyrwać od niego kilka pistoli i kilka kurczaków, którym towarzyszyły szynki i pasztety, zachwalał mu jako niezawodny środek na odzyskanie włosów! Oszukany Lureau, teraz sam się bogacił, oszukując ludność Paryża! Lureau posiadał najbardziej uczęszczany sklepik przy ulicy Saint-Martin! Lureau, z czaszką ozdobioną wspaniałą peruką, która, jak przysięgał, była naturalnymi włosami, sprzedawał bez wytchnienia i nieustannie słoiczki wypełnione wołowym tłuszczem zmieszanym z sadzami! Przed sklepikiem tłoczyli się starzy i młodzi, rzemieślnicy, mieszczanie i szlachcice!
Cogolin nie posiadał się z radości.
W tej chwili mistrz Lureau, machając długą laseczką trzymaną w ręku, wykrzykiwał:
- Tabarin! Chodź tu, Tabarin24...!
Człowiek, który na estradzie przy Lureau robił tysiące śmiesznych grymasów, był wielkim chłopiskiem, ubranym mniej więcej tak, jak współczesne nam popychadła z jarmarcznych teatrzyków. Lureau, przeciwnie, z bogatym złotym łańcuchem okręconym wokół szyi, ubrany był w strój i kapelusz poważnego doktora.
Musimy dodać, że w kącie estrady siedzieli muzykanci ukryci za jednym z obrazów, którzy chwilami wprost szaleli na swych instrumentach. Jeden grał na skrzypcach, dwóch na fletach i jeden na tamburynie.
Ten, którego Lureau nazywał Tabarinem, zbliżył się, robiąc różne grymasy, przybierając najgłupsze pozy, robiąc młyńce swoim drewnianym pałaszem arlekina.
- Mistrzu Lureau - zawołał - ty, który jesteś tak uczony, mógłbyś mi powiedzieć, którzy z paryżan są najgrzeczniejsi?
- Bufon! Łajza! Czy dlatego cię wzywałem?
- Jednak odpowiedz, mój mistrzu!
- A więc, oczywiście, najgrzeczniejsi są ci, którzy spotykając nas, zdejmują kapelusze!
- Ho! Ho! To nazywa pan kurtuazją? Najbardziej uprzejmi są złodzieje, skoro nie tylko ściągają nam kapelusz, ale jeszcze zabierają płaszcz!
W tamtych czasach było łatwiej żartować w ten sposób niż dzisiaj, bowiem publika wybuchnęła gromkim śmiechem. Zachęcony tym Tabarin mówił dalej:
- Powiedz mi, mój mistrzu, kim wolałbyś być: osłem czy koniem?
- Impertynent! Łobuz...! Gdybym miał wybierać, wolałbym być koniem.
- A ja osłem, mój mistrzu!
- Dlaczego, Tabarinie? Wyjaśnij to.
- Ponieważ konie męczą się, biegając bez wynagrodzenia, podczas gdy wielkie pieniądze przyznawane są osłom.
Owa polityczna, chociaż całkiem niewinna satyra wywołała eksplozję braw i śmiechu. Później Tabarin zadawał panu Lureau różne pytania w tym samym rodzaju25.
Cogolin bardzo uważnie przysłuchiwał się temu dialogowi, niecierpliwie czekając na dalszy ciąg i zakończenie.
W tej chwili ktoś dotknął jego ramienia. Odwrócił głowę i zobaczył w głębi okazałego powozu młodą kobietę olśniewającej piękności, która z dziwnym zainteresowaniem zdawała się przypatrywać imć panu Lureau.
"Patrzcie! - pomyślał Cogolin. - Piękna dama, która w hotelu "Pod Trzema Monarchami" dała mi dziewięć pistoli, a następnie złożyła wizytę biednemu kawalerowi de Capestang w oberży "Pod Henrykiem Wielkim"!".
Była to rzeczywiście Marion Delorme... Jednak jeżeli zatrzymała swój powóz przy estradzie postawionej przed sklepem o godle "Catachresis", to nie po to, by zdobyć maść na włosy, gdyż miała je bardzo piękne, ani też po to, by śmiać się z żartów Tabarina, na które ledwie zwracała uwagę.
Cóż zatem chciała?
Może Marion Delorme rozpoznała pod dawniej świetnym strojem szarlatana oberżystę z ulicy Vaugirard? Czy pytając tego człowieka, chciała spróbować się dowiedzieć, co się stało z kawalerem de Capestang? Być może!
W każdym razie to nie ona dotknęła ramienia Cogolina, lecz lokaj w ozdobionej galonami szamerowanej liberii, który majestatycznie siedząc w tyle powozu, pochylił się i rzekł do niego:
- Chyba się nie mylę... Widzę przed sobą pana Cogolina...?
Giermek natychmiast poznał okrągłą, czerwoną twarz, jak również ogromny brzuch służącego Cinq-Marsa.
- Pan de Lanterne! - zawołał, składając niski ukłon i dodał w myślach: "Chyba Niebo mi go zsyła!".
Lanterne nieco poczerwieniał, ale się uśmiechnął. Cogolin zobaczył ten uśmiech i sprytnie wywnioskował, że chociaż Lanterne nie całkiem zapomniał lekcję o lisie i kruku, jego próżność ciągle poszukiwała rozkosznej woni kadzidła, którą upijał się przed tą nauką. Tak pijak zapomina o bólu, jaki wywołuje jego namiętność, jak tylko zobaczy przed sobą butelkę. Mimo wszystko Lanterne także pragnął zemsty.
- Cóż to? - zapytał z lekceważącą miną. - Poruszasz się piechotą, panie Cogolin?
- Niestety, tak, panie de Lanterne, jestem zmuszony iść pedetentim26, jak mawiał mój były szef, pedagog, podczas gdy tobie, do cholery, potrzebna jest kareta!
- Cóż to! - ciągnął Lanterne z szyderczym naciskiem. - Czy to ty, którego widzę w tak nędznym ubiorze, odzianego w łachmany jak jakiś żebrak z targowiska na Saint-Laurent, i tak chudego, tak wychudzonego...
- Że byłoby cię widać przez moje ciało, gdyż tak błyszczysz!
- Zgadza się. A te stopy! Na jednej jest but, a na drugiej sandał!
- Bo jestem niezdecydowany, czy mam poświęcić się religii, czy mam zostać żołnierzem!
- I w płaszczu pełnym dziur...
- Poprzez które dostaje się wiatr, niedola i deszcz, podczas gdy ty nosisz dobre sukno bogato ozdobione galonami, przez co mnie można wziąć za mocno nadgryziony księżyc, a ciebie za słońce!
- Zgoda. A skąd wzięła się taka straszna mizeria, panie Cogolin?
- Już tłumaczę, panie de Lanterne. Mam w swoim mieszkaniu siedem kompletnych ubiorów, zupełnie nowych i dzięki Bogu, także naszytych galonami... siedem kapeluszy... siedem par butów...
- Ho! Ho! A dlaczego siedem? - zapytał Lanterne, wybałuszając oczy.
- Jeden na każdy dzień tygodnia, rozumiesz? Ale ślubowałem, że będę chodził nędznie przyodziany, jak mnie pan widzi, przez siedemdziesiąt dni, na znak żałoby.
- Ach! Po kim nosisz żałobę, panie Cogolin? Może po swej matce?
- Niestety! - odparł giermek z grymasem szczerego bólu. - Straciłem tego, który mi zastępował ojca, brata, kuzyna, przyjaciela, tego, który był dla mnie wszystkim i bez którego jestem nikim! Straciłem mego biednego pana!
- Co...! Kawalera de Capestang?
- Pan de Capestang nie żyje od miesiąca! - odparł Cogolin ponurym głosem.
- Żałuję cię, panie Cogolin, nie masz szczęścia.
- Laguigne! Nazywaj mnie Laguigne! Tak postanowiłem się nazywać przez cały czas żałoby.
Kamerdyner Cinq-Marsa chciał protestować, ale w tej chwili delikatna rączka, okryta jedwabną rękawiczką, chwyciła Cogolina za ramię i w oknie karety ukazała się Marion Delorme.
Jej piękne oblicze, bardzo blade, wyrażało przerażenie. Cała drżała konwulsyjnie.
- Co ty mówisz?! - wyjąkała. - Kto ci to powiedział, że kawaler de Capestang nie żyje...?!
- To znaczy... pani... nie jestem tego zupełnie pewny! - odparł Cogolin, wzruszony widokiem żalu młodej kobiety. - Powiedziałem tylko, że straciłem mego biednego pana!
- Umarł! - szeptała Marion Delorme z rozpaczą. - Widzę to dobrze, ty płaczesz...! On nie żyje! Nie żyje...!
I padając w głąb powozu, młoda dziewczyna wybuchnęła głośnym łkaniem.
- Pani, ależ przysięgam, że nie jestem tego pewny! - powtórzył stanowczo Cogolin.
- Dlaczego więc płaczesz...? Mów, ale mów szybko! Co się stało...?. Masz, trzymaj tę sakiewkę i nic przede mną nie ukrywaj...!
Cogolin, który od poprzedniego dnia niczego nie miał w ustach, który drżał z zimna i od deszczu, który szczękał zębami, okazał prawdziwą bezinteresowność.
Wziął do ręki sakiewkę i odrzucił na poduszki karety.
- Pani, nie będą mogli powiedzieć, że wyzyskałem moją i twoją boleść - oświadczył - i że zarobię pieniądze na nieszczęściu, jakie niespodziewanie przytrafiło się memu panu!
- Ach! - szepnęła przejęta Marion. - Dobrze widać, kto ci dawał lekcje... Ale powiedz, błagam, i nie pomijaj żadnego szczegółu... Muszę o wszystkim wiedzieć...
Cogolin opowiedział szybko, ale wiernie o wszystkim, co zobaczył: oberżę obstawioną przez ludzi Conciniego, pożar wzniecony przez Laffemasa, wyjście kawalera de Capestang, heroiczną walkę, okryte ranami ciało rycerza rzuconego w poprzek konia i zawiezione do pałacu marszałka...
Marion Delorme słuchała opowiadania z uwagą, z oczami powiększonymi przerażeniem. Zaledwie Cogolin skończył, wychyliła się i krzyknęła do woźnicy:
- Prędko! Do pałacu...!
Powóz zawrócił i popędził w kierunku ulicy de la Tissanderie, dotarł do ulicy Saint-Antoine i zatrzymał się przed pałacem markiza de Cinq-Mars. Marion Delorme, wysiadłszy, pobiegła do swego pokoju. Co miała zrobić, co chciała zrobić, sama dokładnie jeszcze nie wiedziała. Przeżywała jedną z tych strasznych chwil, które zostawiają ślad na całe życie. Po twarzy spływały jej wielkie łzy, których nie zamierzała obcierać i nie usiłowała ukrywać przed kręcącą się po pokoju służącą - łzy drogocenne, wyciskane prosto z serca i odkupujące wiele grzechów, jak niegdyś łzy Magdaleny.
Usiadłszy, na ćwiartce papieru gorączkowo skreśliła kilka słów.
Uprzedzałam cię lojalnie, iż niekiedy przyjdzie mi do głowy kaprys i będę chciała na kilka chwil odzyskać zupełną swobodę. Opuszczam cię, kochany przyjacielu, być może tylko na jeden dzień, być może na bardzo długo. Cokolwiek się zdarzy, bądź spokojny; przysięgam, że jeśli chodzi o wierność, to nie będziesz miał mi nic do zarzucenia. Nie dochodź, gdzie się udaję i co zamyślam czynić, lecz zaufaj mi, że będąc blisko lub daleko od ciebie, Marion Delorme jest dość dumna, by umiała szanować przyjęte zobowiązania.
Żegnam cię, mój drogi, niezadługo się zobaczymy lub też nigdy!
Zapieczętowała list, zawołała Lanterne'a i podając mu go, rzekła:
- Dla pana de Cinq-Mars, gdy powróci. A teraz, panie Lanterne, zapamiętaj, co ci powiem: jeżeli jednym słowem wspomnisz o naszym spotkaniu na ulicy Saint-Martin, natychmiast cię wypędzę. Jeśli powiesz, że widziałeś mnie płaczącą, każę cię obić kijami. Jeśli spróbujesz mnie śledzić i szpiegować, każę cię zasztyletować. Teraz ruszaj!
Lanterne z twarzą zmienioną przez strach, wyciągnął rękę po list, chwycił go i mimo potężnego brzucha zniknął z szybkością ściganego jelenia. Dopiero wówczas poczuł się bezpieczny, gdy zamknął się na kłódkę w swoim pokoiku, znajdującym się na poddaszu pałacu.
Przez ten czas Marion Delorme zbierała złoto oraz klejnoty i wkładała je do skórzanej torebki, którą oddała pokojówce.
- Chodź za mną, Annette! - rozkazała.
- Pani, gdzie się udajemy? - spytała służąca.
- Na kilku dni wracam do mego dawnego mieszkania w hotelu "Pod Trzema Monarchami"... naprzeciw pałacu Conciniego! - odparła Marion Delorme.
***
Tymczasem Cogolin przez chwilę śledził wzrokiem odjeżdżający powóz, pokiwał, ciężko westchnął z bólu, a może z żalu po sakiewce, której wzięcia odmówił - tego dokładnie nie wiemy. Zapewne odmówiłby jeszcze raz, ale był zbyt nieszczęśliwy i złamany, żeby tego trochę nie żałować.
Zaraz jednak zwrócił spojrzenie na wzniesione rusztowanie w chwili, kiedy nowy żart Tabarina wywołał w nadal zwartym tłumie wielki śmiech i brawa. Kiedy po chwili wrzawa ucichła, Tabarin zawołał:
- Teraz, mój mistrzu, nieco poważniejsza kwestia, jak sądzę. Powiedz mi, dlaczego są w Paryżu ludzie, którzy tracą włosy lub je stracili, a nie spieszą się, by je odzyskać?
- Och, jestem w domu! - mruknął Cogolin.
- Doprawdy, tego nie wiem - odparł Lureau, udając zakłopotanie. - A ty wiesz, hultaju?
- Ależ tak, wiem! - odparł Tabarin. - To dlatego, mój mistrzu, że ci ludzie są na tyle głupi, że nie wiedzą o jednej rzeczy, o której wie cały wszechświat! - Cogolin jeszcze bardziej nastawił uszu, a Tabarin kontynuował. - A ta niewiarygodna rzecz, ale prawdziwa, cudowna, zadziwiająca, to jest sławna Catachresis, tu obecna. - Tabarin uderzył pałaszem w wielki centralny obraz. - Ta czarodziejka, żyjąca niegdyś w Babilonie, ponieważ miała za zadanie utrzymywać w dobrym stanie włosy Bereniki27, wynalazła maść sprawiającą, że włosy mogły wyrosnąć nawet na dyni!
Publiczność wybuchnęła głośnym śmiechem. Lureau skłonił się z powagą i rzekł:
- Szlachetne damy i szlachetni panowie, którzy mnie tu słuchacie, czasami i głupiec może zostać mędrcem. Ten łajdak Tabarin powiedział wam prawdę. - W tej chwili uderzył laseczką w obraz po lewej stronie. - Tutaj pokazuję wam wysoko urodzoną i potężną księżnę de Mirliflor28, hiszpańską damę, która towarzyszyła Jej Królewskiej Mości przy jej zaślubinach z naszym Najjaśniejszym Panem Ludwikiem XIII, niech Bóg ma go w opiece! Jak każdy może się o tym przekonać, ta szlachetna księżna była łysa, gdyż straciła włosy na skutek silnego wzruszenia. Ten obraz przedstawia ją przed użyciem cudownej maści, wymyślonej przez znakomitą czarodziejkę Catachresis, tu obecną. Czy jest tu ktoś, kto zechce zakwestionować, że ta nieszczęsna dama jest całkowicie łysa?
Tłum gwałtownie zaprzeczył.
- Teraz - kontynuował Lureau, uderzając laseczką obraz po prawej stronie - oto ta sama księżna Mirliflor po tym, jak jej natarto głowę maścią wspaniałej Catachresis! Każdy może to zobaczyć, a nawet tego dotknąć! Oto portret owej szlachetnej damy. Jej włosy są tak gęste, tak długie, że mogła cała się nimi owinąć jak płaszczem! - Liczne i wyraźne oznaki podziwu przebiegły przez tłum. - Lecz, powiecie mi, czy ty, który to mówisz, możesz wskazać nam miejsce, gdzie znajduje się owa cudowna maść? Odpowiadam: Tak, panowie! I to miejsce nie znajduje się ani w Chinach, ani w Berberii29, ani w Poncie30, ani w Babilonii... lecz w Paryżu! Tak, na ulicy Saint-Martin! Właśnie w tym sklepiku, który przez wdzięczność i szacunek ozdobiłem godłem Catachresis! - Tłum wyraził jednomyślne zadowolenie. - Ale, zapytacie mnie jeszcze, jak to się stało, że ty, który nam o tym mówisz, odnalazłeś sekret wytwarzania tej wspaniałej maści? Czy jesteś więc uczonym? Tak, panowie, jestem uczonym, a Tabarin może to zaświadczyć! Jednak także jestem skromny! I chociaż dużo mnie to kosztuje, to jednak przyznaję i ogłaszam: to nie ja odkryłem ten sekret! - Generalne rozczulenie nad tym dowodem skromności i uczciwości. - Ten, który odszukał ten sekret, panowie, którego imię każdego dnia błogosławię, i które wyjawię - Cogolin nastawił uszu - wreszcie ten, któremu cierpiąca ludność wdzięczna jest za to cudowne odkrycie, znakomity uczony, nobliwy starzec, który trzykrotnie objechał świat, to wielki, święty, sławny pan Cogolin...!
Lureau zdjął kapelusz, przez tłum przebiegł długi szmer. Cogolin stał skamieniały z rozdziawioną gębą, powalony z osłupienia.
- Ten sekret - mówił dalej Lureau, powstrzymując gestem wściekłą muzykę - ten sekret odkupiłem od znakomitego Cogolina za znaczną sumę pieniędzy; włożyłem w to cały mój majątek. Gdyby tu był, mógłby to poświadczyć.
- Ejże, cały swój majątek! - szepnął Cogolin, a Lureau kontynuował:
- Zapłaciłem mu pięćdziesiąt tysięcy talarów...!
Pomruk podziwu przemknął przez tłum, zaś wzburzony Cogolin wybełkotał:
- To nieprawda! Dał mi zaledwie kilka nędznych pistoli!
- Ale powiecie mi jeszcze, że ty, który to mówisz, skoro za sekret Cogolina i Catachresis zapłaciłeś pięćdziesiąt tysięcy talarów, dobrze wiesz, że nie jesteśmy dość bogaci, by kupić tę maść, która jest straszliwie droga! Tak, panowie, ta maść jest straszliwie droga! Jednak uspokójcie się. Na skutek ślubowania, jakie uczyniłem w dniu, w którym na głowie odrosły mi włosy, ja nie sprzedaję maści Catachresis - ja ją rozdaję! - Wybuchły entuzjastyczne okrzyki i brawa. - Powtarzam: ja ją rozdaję! Każdy może wziąć, ile chce! Maść nic nie kosztuje! Ani jednego denara! Ani jednego dukacika! Ani jednego miedziaka...! By zupełnie się nie zrujnować, każę sobie zapłacić tylko za słoiczek, w którym się znajduje! Jeden liwr, tylko jeden liwr! Kto nie ma jednego liwra, by kupić słoik owinięty w papier z modlitwą, którą należy wyrecytować, zapisaną złotymi literami w trzech słowach: Parallaxis! Asclepios! Catachresis! Wejdźcie do sklepiku znakomitej Catachresis! Kupujcie za nic! Za nic! Wchodźcie! Muzyka...!
Flety, wiole i tamburyny natychmiast rozpoczęły wojowniczy marsz, podczas gdy najpierw dziesięciu, a później dwudziestu, pięćdziesięciu gapiów rzuciło się do sklepiku, w którym pani Lureau sprzedawała sławne słoiki z maścią.
Tymczasem Cogolin, oszołomiony tym, co usłyszał, zdumiony tym, co widział, osłupiały na pewno nie tym, że był sławnym uczonym, Cogolin z umysłem wzburzonym zdziwieniem, podziwem, nadzieją przynajmniej na dobry posiłek, szeptał:
- Do licha! Jestem ciekaw, czy receptura, jaką przekazałem temu imbecylowi Lureau, naprawdę powoduje odrastanie włosów! Muszę tę maść wypróbować na własnej głowie...!
I przeciskając się przez tłum, posuwał się promieniejący, z ustami jak serduszko, ku Lureau... który nagle go dostrzegł!
Mistrz Lureau zbladł! Lureau ogarnęły strach i wściekłość! Lureau warczał przez zęby:
- Och, przychodzisz mnie zadenuncjować! Ach, chcesz przeszkodzić mi we wzbogaceniu się! Poczekaj! Już ja ci pokażę, gdzie raki zimują!
12 Sou - dawna moneta francuska, jedna dwudziesta liwra.
13 Inter pocula (łac.) - między pucharami.
14 Ulica des Singes - ulica Małp.
15 Bachus (Dionizos) - w mitologii greckiej bóg żywotnych sił natury objawiający się w szale religijnym, utożsamiany z rzymskim Liberem; syn Zeusa i córki Kadmosa, Semele.
16 Wenus (Wenera) - w mitologii rzymskiej bogini miłości, utożsamiana z grecką Afrodytą.
17 Żyd Wieczny Tułacz - według średniowiecznej legendy stróż Piłata albo szewc, który popędzał Chrystusa w czasie drogi krzyżowej na Golgotę; na jego kolejne napomnienie Chrystus miał powiedzieć: "Idę, idę, ale ty poczekasz do mego powrotu"; odtąd Tułacz wędruje po całym świecie, wzywając ludzi do wyrzeczenia się życia w grzechu; występuje często w literaturze, np. w Rękopisie znalezionym w Saragossie Jana Potockiego czy jako tytułowy bohater powieści Eug?ne'a Sue.
18 Sylen - w mitologii greckiej wychowawca boga wina Dionizosa, przedstawiany jak opasły starzec, zwykle na grzbiecie osła i z kielichem wina w ręce.
19 Paul Scarron (1610-1660) - francuski pisarz; przeciwstawiał się sztuczności ówczesnej literatury (préciosité); autor Opowieści uciesznej (cz. 1-2, 1651-57, wyd. pol. 1954), parodiującej konwencje romansu heroiczno-miłosnego, poematu Virgile travesti (1648-52), będącego trawestacją Eneidy Wergiliusza, uznawanego za klasyczny przykład burleski, także nowel i dramatów.
20 Pałac Kondeusza znajdował się niemalże na miejscu obecnego Odeonu; ulicy, na której znalazł się nasz bohater, stopniowo skracano nazwę, początkowo na ulica des Fossés-Monsieur-le-Prince, a później na ulica Monsieur le Prince [przypis M. Zévaco].
21 Claude d'Esternod (1592-1640) - francuski poeta, autor m.in. L'Espadon satirique.
22 Rudis indigestaque moles (łac.) - bezkształtna masa, chaos; Owidiusz, Metamorfozy.
23 Job (Hiob) - bohater biblijnej Księgi Hioba, człowiek bogaty i szczęśliwy, pozbawiony całego mienia przez Boga, chcącego wypróbować jego pobożność; ponownie odzyskuje majątek i zdrowie.
24 Osobnik, który szybko zyskał opinię dobrego zabawiacza; najpierw służył u pewnego szarlatana o nazwisku Mondor, a później występował na scenie urządzonej własnym kosztem, zbudowanej na moście Pont-Neuf; czytelnik ma tu okazję obserwować początki kariery wielkiego Tabarina [przypis M. Zévaco]; Tabarin (fr. błazen, przezwisko Antoine'a Girarda, 1584-1626) - francuski magik, iluzjonista, aktor jarmarcznego teatru.
25 Przykłady dialogu, jakie tu przedstawiliśmy, można odnaleźć w Zbiorze generalnym dzieł i fantazji Tabarina, wydanym w 1620 roku, mającym sześć późniejszych edycji [przypis M. Zévaco].
26 Pedetentim (łac.) - krok za krokiem, powoli.
27 Berenika II (ok. 258-220 roku p.n.e.) - żona i współregentka Ptolemeusza III Euregesta, króla Egiptu (ok. 247-222); zamordowana wkrótce po śmierci męża; czczono ją jako patronkę wonnych olejów; według legendy jej warkocz złożony w ofierze Afrodycie został przeniesiony między gwiazdy (gwiazdozbiór Warkocz Bereniki); bohaterka Warkocza Bereniki Kallimacha.
28 Mirliflor, mirliflore (fr.) - modnisia, elegantka.
29 Berberia (Barbaria) - termin używany przez Europejczyków od XVI do XIX wieku w odniesieniu do krajów Maghrebu, czyli środkowych i zachodnich nadmorskich regionów Afryki Północnej - dzisiejsze Maroko, Algieria, Tunezja i Libia; nazwa pochodzi od koczowniczego plemienia Berberów, pierwotnych gospodarzy tych ziem; pojęcie to kojarzyło się z piratami berberyjskimi, których ostoją były porty tegoż wybrzeża i skąd atakowali statki i osady nadmorskie Morza Śródziemnego oraz północnego i środkowego Atlantyku.
30 Pont - starożytna kraina w północno-wschodniej Azji Mniejszej, nadmorska część Kapadocji; na terenach Pontu powstało w końcu IV wieku p.n.e. niepodległe państwo, założone przez Mitrydatesa I Ktistesa; starcie z ekspansjonistycznie nastawionym Rzymem skończyło się klęską Pontu, który został opanowany w 63 roku p.n.e. i wraz z Bitynią zamieniony w prowincję rzymską.