Rozdział pierwszy
6 stycznia 2012
Buenos Aires
Tunel był prawie skończony. Podziemny korytarz, którego budowa zajęła trzem niezwykle zawziętym mężczyznom osiem miesięcy, miał swój początek w piwnicy Café Torino i biegł w linii prostej dokładnie pod sejfami Banco Estero. Ten słynny bank był jednym z najstarszych w Argentynie i stał dumnie przy Avenida Cabildo w samym sercu modnej dzielnicy Belgrano, położonej w północno-wschodniej części Buenos Aires. Trzydziestometrowy tunel miał nowoczesną wentylację, oświetlenie z czujnikami ruchu i podłogę wyłożoną dywanem z czystej wełny. Ta ogromna podziemna konstrukcja była wybitnym osiągnięciem inżynierii. Niewielka ekipa pracowała nad nim każdej nocy i w każdy weekend przez osiem miesięcy. Razem mężczyźni przenieśli ponad czterysta metrów kwadratowych ziemi i zrobili prawie trzy tysiące rundek taczką.
Pedro García oparł swą wiertarkę o nowo utworzoną podziemną ścianę. Przestał żuć gumę, ostrożnie wyjął ją z ust i zapatrzył się w gruby na trzydzieści centymetrów betonowy sufit, stwierdzając z zadowoleniem, że wreszcie dotarli do podłogi sejfu. Pedro pozwolił sobie na uśmiech - co robił rzadko - i pogładził się po potarganej szpakowatej brodzie. Nie golił się, odkąd zaczęli wiercić.
- Chłopaki, udało się. Nad naszymi głowami jest tysiąc dwieście pięknych skrytek, które Bóg wie, co mają w środku.
Jeden z jego dwóch towarzyszy przeskoczył przez kudłaty dywan i zamknął swego przywódcę w niedźwiedzim uścisku.
- Powiem ci, co mają w środku. Nowe życie dla nas wszystkich.
Ricardo Gonzales był najmłodszym z trzech rabusiów i bez dwóch zdań najbardziej porywczym.
- Pedro, mówiłeś, że nam się uda, i udało się. Kocham cię, staruszku.
Ricardo był mężczyzną imponującej postury. Miał dwa metry wzrostu, a każdy centymetr jego ciała był wyrzeźbiony. Gdy nie był zajęty kopaniem tuneli po nocach, ćwiczył pięć razy w tygodniu na lokalnej siłowni i wziął na siebie więcej taczek wypełnionych suchą ziemią niż pozostali.
Trzeci z mężczyzn powoli pokręcił głową.
- Ricky, to jeszcze nie koniec. Koniec nastąpi dopiero wtedy, gdy rozłożymy się na plaży gdzieś daleko stąd, z taką ilością forsy, że nie będziemy wiedzieli, co z nią począć.
Sześćdziesięciotrzyletni Sebastian Ramos był najstarszy z całej trójki i z pewnością najostrożniejszy. Odsiedział dwa długie wyroki w niesławnym więzieniu Caseros w południowej części miasta, skazany za kradzież i przestępstwa z użyciem broni, co oznaczało, że ta fucha była jego ostatnią szansą. Znaczące jego czoło głębokie zmarszczki sprawiały, że wyglądał na dużo starszego niż w rzeczywistości.
Pedro podniósł wiertarkę i ruszył tunelem w drogę powrotną.
- Jest szósta rano. Nad nami świat budzi się do życia. Teraz odpoczniemy, a jutro o północy zaczniemy wiercić po raz ostatni. Będziemy mieć cały weekend, żeby nacieszyć się zawartością skrytek.
Pedro był cierpliwy. Planował tę fuchę od ponad dziesięciu lat. Kryzys finansowy, który dotknął Argentynę w 2001 roku, nie znał litości. Pozbawił Pedra jego skromnych oszczędności i podobnie obszedł się z milionami innych Argentyńczyków. Gospodarka załamała się, gdy ludzie zaczęli szturmować banki po tym, jak zdali sobie sprawę, że nie mają dość gotówki na pokrycie swych długów. Argentyńczycy przestali ufać bankowości, zaczęli więc trzymać gotówkę oraz cenne przedmioty w domach i sejfach. Dziesięć lat po wybuchu kryzysu banki wypożyczały ponad pięćset tysięcy skrytek: po jednej na osiemdziesięciu mieszkańców, co było zatrważającą statystyką.
Pedro również miał swoją skrytkę w skarbcu Banco Estero, jednak różniła się ona od pozostałych. Była wiecznie pusta.
Wypożyczył ją w styczniu 2009 roku i odwiedzał bank regularnie w pierwszy poniedziałek każdego miesiąca. Z czasem nauczył się na pamięć rozkładu skarbca i poznał dokładne umiejscowienie każdej z tysiąca dwustu skrytek. Ściany salonu w jego maleńkim jednoosobowym mieszkaniu były pokryte dużymi, ręcznie rysowanymi planami. Przedstawiały one skrytki rozmieszczone wewnątrz skarbca i oznaczone różnymi kolorami w zależności od rozmiaru. Pedro wiedział, że nawet jeśli mogliby pracować bez przerwy przez czterdzieści osiem godzin podczas spokojnego świątecznego weekendu, zabrakłoby im czasu na rozwiercenie wszystkich skrytek. Obliczył, że trzech mężczyzn, pracujących razem, dałoby radę otworzyć może z dziesięć procent sejfów, co oznaczało, że musieli celować w te największe, których było sto dwadzieścia.
Pedro był byłym żołnierzem. W wieku osiemnastu lat rzucił szkołę i przez siedem lat służył w argentyńskiej armii jako mechanik. Po odejściu z wojska znalazł pracę jako specjalista od ogrzewania i wentylacji, posiadał więc umiejętności, które okazały się bezcenne podczas konstruowania systemu wietrzenia potrzebnego do budowy trzydziestometrowego tunelu.
W marcu 2011 roku w dzielnicy Belgrano wystawiono na sprzedaż dzierżawę podupadłej kawiarni, a jedyną osobą zainteresowaną kupnem lokalu był Pedro. Café Torino zostało otwarte w połowie lat osiemdziesiątych i dwie dekady później zbankrutowało, wyparte przez pojawiające się w okolicy modne knajpy typu fast food. Kawiarnia nie interesowała ani klientów, ani potencjalnych kupców, ale dla Pedra jej umiejscowienie było bezcenne. Od Banco Estero dzieliły ją tylko dwa budynki. Pedro miał dość pieniędzy na płacenie czynszu tylko przez dwanaście miesięcy, ale obliczył, że na budowę tunelu wystarczy mu osiem. Dwa tygodnie po przejęciu lokalu zakleił okna gazetami, by nikt nie mógł zajrzeć do środka. Ręcznie napisana wiadomość na drzwiach głosiła: "Café Torino jest obecnie w remoncie. Ponowne otwarcie wkrótce".
Po tym jak Pedro zdobył kawiarnię, zaczął szukać dwóch wspólników. Sam nie miał doświadczenia w przestępczości, ale doskonale wiedział, do kogo się udać. Jego kuzyn pierwszego stopnia Sebastian Ramos był seryjnym przestępcą, który specjalizował się w okradaniu domów. Pedro wiedział, że Ramos został złapany i skazany dwukrotnie w ciągu ostatnich trzydziestu lat, ale miał też na koncie ponad sto udanych napadów. To dawało mu dziewięćdziesięcioośmioprocentową skuteczność, co zdaniem Pedra było zadowalającym wynikiem.
Ramos zrekrutował trzeciego członka ekipy, Ricarda Gonzalesa. Był on tynkarzem i drobnym przestępcą, o budowie i sile przerobowej wołu. Początkowo trzej mężczyźni widywali się po pracy w każdą poniedziałkową, środową i piątkową noc. Spotykali się w opustoszałej kawiarni, gdzie pochłaniali przygotowywane przez Pedra chili i planowali poszczególne etapy napadu. Pedro zamówił wszystkie potrzebne sprzęty i materiały przez internet, używając fałszywego konta, a paczki dostarczono pod tylne drzwi do kawiarni. Najdroższym sprzętem pozyskanym przez Pedra był używany zestaw do wywiercania dziur w ziemi, normalnie wykorzystywany do rozkopywania ulic.
Zaczęli wiercić w poniedziałek, 24 maja 2011 roku, dokładnie o północy, i kontynuowali każdej nocy w dni robocze, a także w każdy weekend, przez następne osiem miesięcy. Raz w tygodniu, wcześnie rano, przekładali świeżo wykopaną ziemię do wielkich materiałowych worków, które ładowali do ciężarówki i wywozili do lasu Pinar del Norte, leżącego na północ od Buenos Aires, gdzie ostrożnie się ich pozbywali. Robota była wyczerpująca i żmudna, ale z czasem wszyscy trzej pokochali swoją codzienną rutynę i wreszcie, po ośmiu ciężkich miesiącach, tunel był skończony.
* * *
Ricardo potrzebował tylko jakichś czterdziestu minut na przebicie się przez znajdującą się nad jego głową betonową podłogę, a gdy wreszcie skończył, widniała w niej dziura szeroka na ponad metr. Pedro zerknął w wyzierającą z nowo utworzonego przejścia nieprzeniknioną ciemność.
- Chłopaki, teraz naszym jedynym wrogiem jest czas. Załóżmy oświetlenie i przetrzepmy te skrytki. Pamiętajcie, żeby brać się tylko do tych, które są na liście.
Sebastian zapalił wielką latarkę diodową i wspiął się na ramiona Ricarda. Był to manewr, który przećwiczyli w kawiarni dziesiątki razy.
- Dobra, wielkoludzie. Ruszamy.
Piętnaście minut później wszyscy trzej stali w ogromnym skarbcu oświetlonym sześcioma osiemsetwatowymi lampami na statywach. Biegnące przez tunel kable łączyły oświetlenie z małym generatorem stojącym na podłodze kawiarni.
Wszyscy trzej mieli na sobie plastikowe maski z wizerunkiem małpy z powodu sześciu kamer umieszczonych wewnątrz skarbca i nagrywających każdy ich ruch. Obraz z kamer śledzono tylko na żywo, gdy bank był otwarty, więc nie stanowiły one bezpośredniego zagrożenia. Pedro zapamiętał ich rozmieszczenie podczas swych comiesięcznych wycieczek do pustej skrytki. Skrytki, która nie znajdowała się na ich liście.
Przez następne czterdzieści osiem godzin trzej mężczyźni pracowali zapamiętale i bez przerw, starannie rozwiercając podwójne zamki zabezpieczające każdą skrytkę z osobna. Był to skomplikowany i żmudny proces, wymagający raczej zręczności niż czystej siły. Za każdym razem, gdy zdołali otworzyć którąś ze skrytek, wkładali jej zawartość do jednego z dużych, nieopisanych materiałowych worków. Połów był spektakularny: rządowe papiery wartościowe z ponad dwudziestu krajów, ogromne ilości dolarów amerykańskich, euro, funtów brytyjskich i peso argentyńskich. W jednej skrytce było dwadzieścia sztabek złota, a inne wypełnione były biżuterią, drogimi zegarkami i setkami kamieni szlachetnych.
Żaden z mężczyzn nie zwrócił uwagi na sfatygowaną teczkę z czarnej skóry, upchniętą w skrytce numer 1321. Były w niej trzy duże brązowe koperty, dwie rolki ośmiomilimetrowej taśmy filmowej i mała puszka na tytoń zawierająca kolekcję starych medali wojskowych. Ricardo ostrożnie wydobył teczkę ze skrytki i wrzucił ją do jednego z worków.
Przez większość czasu zachowywali się dokładnie tak, jak to przećwiczyli przez ostatnie dziesięć miesięcy. Każdy z nich doskonale znał zakres swoich obowiązków, który obejmował między innymi zakaz rozmawiania.
- Kuźwa, Pedro! Spójrz, jakie wielkie!
Ricardo pierwszy przerwał zmowę milczenia. W jednej ze swych szponiastych dłoni trzymał stosik ogromnych nieoszlifowanych diamentów. Najmniejszy z nich ważył co najmniej dziesięć karatów.
Sebastian był zajęty wkładaniem ogromnych pęków dolarów amerykańskich do jednego z worków, ale przerwał na chwilę i podniósł wzrok.
- Na moje oko masz w ręku z milion dolarów, Ricky. Do jakich drani to wszystko należy?
Pedro pozostał najmniej poruszony z całej trójki.
- To nie ma znaczenia. Teraz to należy do nas. Koniec gadania, dopóki stąd nie wyjdziemy.
Skarbiec mieli opuścić o piątej rano, dwie godziny przed ponownym otwarciem banku.
O czwartej czterdzieści pięć trzej mężczyźni stali obok sporej dziury w podłodze zdezelowanej kuchni kawiarni. Żaden z nich nie spał od dwóch dni i napędzała ich czysta adrenalina. Pedro zarządził koniec akcji.
- Otworzyliśmy dziewięćdziesiąt ze stu dwudziestu skrytek z naszej listy. Stawiam, że zgarnęliśmy ponad sto milionów dolców. Ciężarówka pęka w szwach, więc proponuję brać nogi za pas.
Sebastian długo zaciągał się palonym właśnie Marlboro - swym pierwszym papierosem od dwóch dni.
- Kuzynie, nachapaliśmy się do pełna, więc czas na pożegnanie z Café Torino.
Pedro odwrócił się w stronę Ricarda, który trzymał w prawej ręce kluczyki do ciężarówki.
- W drogę. I, Ricky, jedź ostrożnie. Lepiej, żeby nie zatrzymała nas policja.
Dwie godziny po odkryciu napadu na bank wykonano zaszyfrowane połączenie telefoniczne z biura leżącego w dzielnicy Recoleta w Buenos Aires do spektakularnego wieżowca położonego w oddalonym o ponad dziewięć tysięcy kilometrów centrum San Francisco.
Richard Franklin, szef Franklin Pharmaceutical Corporation, sięgnął po słuchawkę stojącego na jego biurku czerwonego telefonu, który nie zadzwonił ani razu od ponad dwóch lat. Tylko jedna osoba na świecie miała ten numer.
- Co słychać, Matiasie?
Nastąpiła krótka pauza, podczas której dzwoniący zbierał myśli. Potem ciszę przerwał chłodny, naznaczony silnym akcentem głos.
- Panie Franklin, zawartość skrytki tysiąc trzysta dwadzieścia jeden została skradziona podczas napadu na bank, który miał miejsce w ten weekend. Oczywiście zrobimy wszystko, co w naszej mocy, by jak najszybciej ją odzyskać.
Połączenie zostało przerwane.