Wstęp. Narodziny bohatera - Wesley Autrey
Wstęp
Narodziny bohatera
Wesley Autrey
Zacznijmy tę opowieść od cudu, jaki miał miejsce w podziemnej części
Nowego Jorku.
Jest wtorek, 2 stycznia 2007 roku, dochodzi 13.00. Wesley Autrey,
50-letni ojciec trójki dzieci, odprowadza dwie najmłodsze pociechy do
domu ich matki, żeby następnie pójść do pracy na budowie.
Są już spóźnieni, więc Wesley ponagla córki, gdy zbiegają schodami na
stację metra przy 137 ulicy. Przechodzą przez bramki, kierują się do
hali i trafiają w sam środek dramatu. Tuż przed nimi, na niemal pustym
peronie, 20-letni student szkoły filmowej Cameron Hollopeter ma silny
atak padaczki. Przestraszeni pasażerowie patrzą, jak pada na wznak i mocno uderza głową o ziemię.
Cameron ma szczęście. Wesley to weteran marynarki wojennej przeszkolony
do reagowania w sytuacjach kryzysowych, więc rusza młodemu mężczyźnie na
pomoc, odciąga go od krawędzi peronu i wkłada mu długopis między wargi,
żeby nie połknął języka. Następnie z pomocą innego pasażera przytrzymuje
studenta, dopóki atak nie minie. Po kilku minutach wydaje się, że
wszystko jest już w porządku. Cameron niepewnie podnosi się z ziemi,
dziękuje Wesleyowi i drugiemu pasażerowi, zatacza się, przechyla na bok
i spada wprost na torowisko.
Jak na zawołanie ciszę stacji przy 137 ulicy rozrywa huk zbliżającego
się pociągu. Ktoś wzywa pomocy, ktoś inny rzuca się do telefonu
alarmowego, a Wesley patrzy, jak Cameron wije się między torami. Głos w jego głowie (jak będzie później opowiadał) mówi mu: "Idioto, musisz
zejść mu pomóc".
Tak oto mężczyzna w średnim wieku, ojciec trójki dzieci, skacze pod
nadjeżdżający pociąg, żeby ocalić życie nieznajomemu.
Na dole Wesley próbuje podnieść Camerona, ale torowisko jest mokre i przemoczony student wyślizguje mu się z rąk. "Jedynka" z impetem wjeżdża
na stację i pędzi w ich stronę, rozświetlając ciemność swoim
reflektorem. Wtedy Wesley zauważa między torami kanał odpływowy - i szacuje, że mogą się w nim zmieścić. Mocno chwyta Camerona, przetacza
się na niego i dociska ich obu do dna szczeliny. W tej samej chwili
ważąca 190 ton lokomotywa przemyka nad nimi i z piskiem zatrzymuje się
tuż nad ich głowami.
Cały dramat - od upadku Camerona do wjazdu pociągu na stację - rozgrywa
się w niecałą minutę. Lokomotywa mija ich zaledwie o nieco ponad
centymetr, zostawiając smugę smaru na czubku niebieskiej czapki Wesleya.
- Umarłem? - pyta Hollopeter.
- Nie, proszę pana, jesteśmy pod pociągiem! - odpowiada Wesley.
Martwi się o bezpieczeństwo córek, więc woła:
- Proszę o ciszę! Tam na górze są dwie dziewczynki. Jestem ich ojcem.
Proszę im powiedzieć, że z tatusiem wszystko w porządku!
Gdy jego głos niesie się echem w górę, na zatłoczonym już teraz peronie
zalega cisza, a po chwili następuje eksplozja radości.
Tak rodzi się bohater.
Wesley powiedział później dziennikarce Carze Buckley z "New York
Timesa": "Nie sądzę, że to był imponujący wyczyn. Po prostu zobaczyłem
człowieka, który potrzebował pomocy, i zrobiłem, co uważałem za
słuszne".
Takie wyjaśnienie nie wystarczało jednak czytelnikom, którzy próbowali
dociec, dlaczego Wesley wykazał się tak niezwykłą odwagą. W kolejnych
latach wciąż powracano do jego historii i od nowa ją analizowano, żeby
zrozumieć naturę jego bohaterstwa.
W 2008 roku temat ten został poruszony w jednym z wczesnych przemówień
TED. Słynny psycholog Philip Zimbardo wskazał Wesleya jako przykład
altruistycznego bohatera dnia codziennego, który potencjalnie drzemie w każdym z nas. W 2012 roku matematyk i biolog z Harvardu Martin Nowak na
łamach książki SuperCooperators (Superkooperatorzy) zastanawiał się,
czy wyczyn Wesleya mógł mieć podłoże ewolucyjne:
Udowodnił nam, że w grze zwanej życiem przetrwanie zależy w równym
stopniu od życzliwości innych, co od cech osobistych, takich jak
determinacja, dążenie do perfekcji itp. Stał się żywym dowodem na potęgę
współpracy.
Jeszcze inni, jak na przykład amerykański dziennikarz Joe Nocera,
uważali, że działanie Wesleya wynikało raczej z czynników społecznych i można je powiązać z tak zwanym "efektem widza". John Darley i Bibb
Latané jako pierwsi zaobserwowali ten paradoks w 1968 roku. Polega on na
tym, że im więcej osób jest świadkami sytuacji kryzysowej, tym dłużej
trwa reakcja. I na odwrót: im mniej osób, tym większe szanse na szybkie
działanie.
Innymi słowy, w tłumie dochodzi do rozproszenia osobistej
odpowiedzialności, a bardziej osamotnione jednostki czują, że trzeba
działać.
Coś jest na rzeczy, bo pięć lat po tym, jak Wesley ocalił życie
Cameronowi, inny mężczyzna, Ki-Suck Han, spadł na tory na zatłoczonej
stacji metra przy 49 ulicy i zginął, gdy wszyscy wokół wahali się, co
robić. Nie pojawił się wówczas żaden Wesley Autrey, za to parę osób
wyjęło telefony komórkowe i robiło zdjęcia, gdy Han wpadł pod koła
pociągu, a potem próbowało je sprzedać jakiemuś brukowcowi. Trzeba
zaznaczyć, że między tymi dwoma wydarzeniami występuje kilka istotnych
różnic - choćby taka, że przed upadkiem na tory Han był pijany i agresywny - ale przede wszystkim tamtego dnia na stacji przy 49 ulicy
panował tłok, a w 2007 roku w porze lunchu stacja przy 137 ulicy
świeciła pustkami.
Efekt widza nie tłumaczy jednak, dlaczego Autrey zignorował wszystkie
ludzkie odruchy i ostatecznie skoczył na tory. Miał wszelkie powody, by
tego nie robić. Towarzyszyły mu dwie córeczki, a zazwyczaj pierwotny
instynkt rodzicielski, który każe chronić swoje potomstwo, bierze górę
nad wszystkim. Wesley był też głową wielopokoleniowej rodziny: opiekował
się matką w podeszłym wieku, pomagał wnukom dorosłego syna i wspierał
dzieci rodzeństwa. Ryzykując życie, naraził bezpieczeństwo bliskich. Co
tym bardziej niezwykłe, podjął to ryzyko dla obcej osoby.
Znacznie chętniej pomagamy tym, którzy są do nas podobni. W 2006 roku,
czyli rok przed tym, jak Wesley uratował życie Cameronowi, badania
prowadzone przez Stefana Stürmera z Uniwersytetu Kilońskiego wykazały,
że:
Choć wszyscy ludzie [biorący udział w badaniu] współczuli osobie,
która znalazła się w trudnej sytuacji, byli skłonni do pomocy tylko
wówczas, gdy zaliczali ją do "swoich".
Wesley to czarny mężczyzna w średnim wieku z klasy robotniczej; Cameron
był białym dzieciakiem z college'u z Massachusetts. Nic ich nie łączyło,
nie znali się wcześniej. Wesley nie mógł nic zyskać. Był to zatem akt
czystego, altruistycznego heroizmu - wysoka poprzeczka, którą można
postawić innym bohaterom. Nazwijmy to "genem Wesleya" i powróćmy jeszcze
do Nowego Jorku w to styczniowe popołudnie 2007 roku.
Dwie godziny po tym, jak wyciągnięto go spod pociągu, Wesley wypisał się
ze szpitala St. Luke's-Roosevelt Hospital Center. Przed drzwiami czekał
na niego dziennikarz i fotograf z tabloidu "New York Post", który
próbował go namówić, by włożył kostium Supermana i zapozował do zdjęć.
- Jestem już spóźniony do pracy! - odpowiedział mu Wesley i ruszył na
swoją zmianę.
Do wieczora jego twarz pojawiła się we wszystkich serwisach
informacyjnych w Stanach Zjednoczonych. Dla jednych był "bohaterem z metra", dla drugich - "bohaterem z Harlemu". Fani DC ochrzcili go
Supermanem, a fani Marvela - Spider-Manem. Do rana Wesley był już
najbardziej znanym robotnikiem budowlanym w Ameryce. Gdy wyszedł z domu,
na progu czekały na niego kamery telewizyjne, a na ulicy został
dosłownie otoczony.
Nieznajomi wciskali mu do ręki dolary, a jakaś kobieta wyznała, że
zrezygnowała z planowanej aborcji, bo zdała sobie sprawę, że "jest
jeszcze dobro na tym świecie".
Dwa dni później Wesley odwiedził Camerona w szpitalu i poznał jego ojca
Larry'ego Hollopetera, który podziękował mu za bezinteresowną pomoc.
Larry był tak poruszony, że zaczął płakać, więc Wesley objął go
ramieniem i powiedział:
- Czy można lepiej wejść w nowy rok, niż ratując komuś życie?
Tego samego popołudnia burmistrz Nowego Jorku Michael Bloomberg wręczył
Wesleyowi Brązowy Medal, czyli najwyższe odznaczenie cywilne przyznawane
przez miasto, a do tego dorzucił wycieczkę do Disney Worldu z pokryciem
wszystkich kosztów dla Wesleya i jego córek: 6-letniej Shuqui i 4-letniej Syshe. Wieczorem Autrey gościł u Davida Lettermana, gdzie
udowodnił, że jest nie tylko narodową ikoną, lecz także miłym i zupełnie
zwyczajnym facetem.
W styczniu 2007 roku w Ameryce nie było za wesoło. Panowała recesja
gospodarcza, rosło bezrobocie, pękła bańka mieszkaniowa, a kraj pogrążył
się do reszty w okropnej wojnie na Bliskim Wschodzie. W ankiecie YouGov
rekordowo niska liczba obywateli wskazała, że jest "niezmiernie lub
bardzo dumna" z faktu bycia Amerykanami. Jak śpiewała Bonnie Tyler,
Ameryka "wyczekiwała bohatera", a Wesley odpowiedział na zapotrzebowanie
na "znającego życie Herkulesa, który zdoła pokonać piętrzące się
przeciwności". Dla narodu, który we własnym odczuciu zgubił swoją drogę,
jego odwaga była znakiem innej (co prawda wyobrażonej) epoki i innego
(co prawda wyobrażonego) oblicza kraju. Przede wszystkim Wesley to
postać żywcem wyjęta z hollywoodzkiego scenariusza, który najsilniej
działa na wyobraźnię: zwykły człowiek, który pojawia się znikąd, by
uratować sytuację.
Był jednak pewien problem. Autrey nie planował zostać bohaterem i nie
szukał nagrody za swoją odwagę. Zadziałał instynktownie i w dobrej
wierze, więc gdy objawił się światu, ani Ameryka, ani sam Wesley nie
bardzo wiedzieli, co dalej. Wobec braku innych pomysłów stanęło na tym,
co Stany Zjednoczone mają niejako w ustawieniach fabrycznych -
spróbowano zrobić z Wesleya celebrytę.
Na początek bez zaskoczeń - Montel, Oprah, Ellen i wszyscy znani
gospodarze talk-show w Ameryce zaprosili go do swoich programów i obsypali prezentami. Ellen dała mu kartę podarunkową do Gapa o wartości
5 tysięcy dolarów i obiecała Jeepa. Hugh Hefner sprezentował mu czapkę z logo "Playboya" (w zamian za tę ubrudzoną smarem) i dożywotnią
subskrypcję swojego magazynu dla dorosłych. Nowojorska Akademia Filmowa
dorzuciła czek na 5 tysięcy dolarów, a magnat rynku nieruchomości Donald
Trump - na 10 tysięcy. Chyba nikogo nie zdziwi, gdy napiszę, że
przyszłym, 45. prezydentem Stanów Zjednoczonych raczej nie kierowała
wyłącznie hojność. Nie mógł zaliczyć poprzedniego półrocza do udanych.
Spadła oglądalność jego reality show The Apprentice, a do tego w czasie, gdy jego żona Melania zajmowała się malutkim Barronem, ośmieszył
się w programie The View, ogłaszając: "Gdyby Ivanka nie była moją
córką, może bym się z nią umówił". W tym samym roku, tuż przed wybuchem
kryzysu na rynku kredytów hipotecznych, który przyczynił się do
załamania amerykańskiej gospodarki, samozwańczy geniusz biznesu wypuścił
"kredyty hipoteczne Trumpa". Jak tłumaczył stacji CNBC: "Uważam, że to
świetny moment na założenie firmy udzielającej kredytów hipotecznych;
rynek nieruchomości jeszcze długo będzie się dobrze trzymał".
W styczniu 2007 roku ten właśnie rynek przeżywał załamanie, a akcje
Trumpa spadały. Dzięki przyjacielskim relacjom z Supermanem z metra
przyszły prezydent chciał przykleić się do bohatera dnia - licząc, że w ten sposób uszczknie trochę chwały.
Ale nie on jeden. Wszyscy chcieli ogrzać się w blasku Wesleya. Znane
marki ustawiały się w kolejce, by ofiarować mu futrzane płaszcze,
tenisówki i wodę kolońską. Beyoncé zaprosiła go na swój koncert i dała
mu przepustkę za kulisy, a legenda bluesa B.B. King padł przed nim na
kolana ze słowami: "Nawet nie wiesz, co zrobiłeś w Ameryce i dla
Ameryki".
Poproszono go, by otworzył Nowojorską Giełdę Papierów Wartościowych. Ani
się obejrzał, a już odbierał telefon od prezydenta George'a W. Busha,
który zapraszał go "na pogawędkę" do Białego Domu. Bush - podobnie jak
Trump - chciał poprawić swoje notowania. W styczniu 2007 roku był
najmniej popularnym prezydentem Stanów Zjednoczonych od czasów Richarda
Nixona, z poparciem wynoszącym zaledwie 28%. Heroizm Wesleya Autreya
mógł przynieść mu kilka punktów procentowych, dlatego po spotkaniu w Białym Domu Bush zaprosił go jako gościa honorowego na orędzie o stanie
państwa, które miał wygłosić 23 stycznia. Pod koniec przemowy prezydent
oddał hołd swojemu nowemu przyjacielowi: "Nie uważa się za bohatera.
Mówi: "Mamy za granicą chłopców i dziewczęta, którzy oddają życie za
naszą wolność. Musimy okazywać sobie nawzajem trochę miłości". Doprawdy
jest coś wspaniałego w kraju, gdzie rodzą się tak odważni i skromni
ludzie, jak właśnie Wesley Autrey".
Jeszcze nie wybrzmiały słowa prezydenta, gdy cud przy 137 ulicy zaczął
się zmieniać w swego rodzaju klątwę, bo sława ściągnęła na Autreya
również inny rodzaj uwagi. Na początku ludzie podchodzili i dawali mu
pieniądze, a teraz zaczęli o nie prosić, bo zakładali, że się wzbogacił.
Ojciec Wesleya, który nie kontaktował się z nim od trzech dekad, ni
stąd, ni zowąd zadzwonił do syna. Autrey relacjonował później
dziennikarzowi Robertowi Kolkerowi z "New Yorkera":
Od razu zaczął mówić jak wszyscy: potrzebuję, chcę, daj mi. Ani razu nie
spytał: czy wszystko w porządku? Co u twoich córek? Powiedział tylko:
zbliża się zjazd rodzinny, więc jeśli planujesz przyjechać, przywieź mi
trochę tej forsy.
W walentynki zadzwoniła do niego kobieta, która zostawiła go 15 lat
wcześniej. Gdy Wesley ją spytał, dlaczego kontaktuje się z nim w ten
sposób, obraziła się i rzuciła słuchawką. Autrey zaczął popadać w paranoję na punkcie bezpieczeństwa córek, martwiąc się, że ktoś mógłby
je porwać - a wreszcie, co być może nieuniknione, te wszystkie
pochlebstwa uderzyły mu do głowy.
Kiedy Oprah zaprosiła Wesleya do swojego studia w Chicago tego samego
dnia, w którym twórcy programu Deal or No Deal1 chcieli go
widzieć w Los Angeles, ten zadzwonił do swojego nowego najlepszego
przyjaciela, prezydenta Stanów Zjednoczonych, z pytaniem, czy nie
użyczyłby mu odrzutowca typu stealth. Gdzieś po drodze Autrey poznał
"partnerów biznesowych" z wielkimi planami. Mówiło się o filmie, w którym Wesley - w tej roli Eddie Murphy, a może Brad Pitt - udaremniłby
atak terrorystyczny w metrze. Planowano zrobić z niego markę. Gdy
zorientował się, że dysponowałby prawem tylko do 50% zysków, a jego
"partnerzy biznesowi" w tajemnicy pobierają od dziennikarzy niebotyczne
opłaty za dostęp do bohatera, postanowił złożyć pozew.
Według Arystotelesa, mędrca z IV wieku przed naszą erą, każdy bohater
tragiczny musi upaść, ponieważ tylko taka kolej rzeczy pozwala ukazać
lęk i tragizm wpisane w doczesne losy człowieka - a taka jest przecież
rola bohatera tragicznego.
Greccy bogowie nienawidzili chwalipiętów i zawsze zwalczali herosów,
których ambicja wykraczała poza ich pozycję. Gdy Odyseusz wyruszył w drogę do domu po wojnie trojańskiej, pycha doprowadziła go do upadku:
podróż, która powinna mu zająć jakiś tydzień, trwała 10 lat, a załogi
wszystkich dwunastu okrętów albo się potopiły, albo zginęły - albo
zostały zjedzone.
W odysei popularności Wesleya, jak przystało na XXI wiek, jego los
przypieczętowały syreni śpiew programów telewizyjnych z pasma dziennego
i cyklopowa bestia pustej sławy.
Upadek nastąpił 21 maja 2007 roku, gdy Autrey wystąpił w teleturnieju
Deal or No Deal2 prowadzonym przez Howiego Mandela. Formułę
programu można streścić słowami: "zaryzykuj wszystko dla wielkiej
nagrody", co Wesley niestety zrobił - odrzucił ofertę "bankiera" w wysokości 305 tysięcy dolarów i wygrał zaledwie 25. Publiczność
oczekiwała krzepiącego spielbergowskiego finału, w którym bogaty i szczęśliwy Wesley odjeżdża w stronę zachodzącego słońca, a w zamian
otrzymała niezwykle ponure zakończenie w stylu Larsa von Triera. Na
pocieszenie Autrey dostał od Mandela Jeepa Patriota - drugiego już Jeepa
Patriota. Miny widzów mówiły wszystko: piętnaście minut sławy Wesleya
właśnie dobiegło końca.
Niewątpliwie w ten styczniowy dzień 2007 roku Autrey zrobił coś
wyjątkowego. Uratował życie drugiemu człowiekowi, nie zważając na własne
bezpieczeństwo i nie oczekując nagrody. Na zawsze pozostanie bohaterem
najwyższej próby. Ta chwila została jednak splamiona. Wesley został
wykorzystany przez wpływowych ludzi, a następnie pożarty i wypluty przez
amerykańskie media. Machina wiadomości porzuciła wyczerpany temat i ruszyła naprzód.
W listopadzie 1872 roku pracownik Biblioteki Muzeum Brytyjskiego w Bloomsbury, 32-letni asyriolog samouk George Smith, dokonał niezwykłego
odkrycia.
Smith zdecydowanie wyróżniał się na tle ówczesnych asyriologów.
Przyszedł na świat w rodzinie robotniczej w slumsach Chelsea. W wieku 14
lat został uczniem drukarza i grawerem banknotów w pobliskiej dzielnicy
Clerkenwell, ale w porze lunchu odwiedzał Muzeum Brytyjskie - i tak
narodziła się jego fascynacja starożytnym światem. Pasja George'a i samodzielnie zdobyta specjalistyczna wiedza były tak ogromne, że
ostatecznie zaproponowano mu pracę "naprawiacza" w Dziale Zabytków
Wschodu, gdzie zajął się dopasowywaniem fragmentów asyryjskich
tabliczek. George szybko udowodnił, że jego talenty wykraczają poza
układanie skomplikowanych puzzli. Wkrótce stał się niezastąpionym
pracownikiem muzeum i jednym z głównych pomocników sir Henry'ego
Creswicke'a Rawlinsona w odczytywaniu asyryjskich hieroglifów.
Większość tabliczek została znaleziona w Niniwie i Nimrudzie w latach
1849-1854 przez asyriologa sir Austena Layarda, a później także przez
jego asystenta, urodzonego w Mosulu Hormuzda Rassama, który porzucił
księgowość dla archeologii. Znalezisko należało kiedyś do zbiorów
Biblioteki Aszurbanipala w Niniwie, gdzie na polecenie samego króla
Aszurbanipala, ostatniego z wielkich władców asyryjskich, zgromadzono
około 30 tysięcy tabliczek. W 612 roku przed naszą erą stolica Asyrii
Niniwa została złupiona. Biblioteka doszczętnie spłonęła, ale gliniane
tabliczki wypaliły się w ogniu i przetrwały dla potomnych pod gruzami
miasta.
Tabliczki zawierały tekst w języku akadyjskim, którym posługiwano się
mniej więcej od 2600 roku przed naszą erą do I wieku. Był on zapisywany
pismem klinowym - jedną z najstarszych na świecie odmian pisma. Pismo
klinowe powstało około 3500 lat przed naszą erą, u progu epoki brązu. Z biegiem czasu zaczęto go używać do zapisu kilkunastu języków, w tym
sumeryjskiego i akadyjskiego. Wyszło z użycia w II wieku przed naszą
erą.
Pismo klinowe odkodowano niewiele wcześniej, bo w 1857 roku, więc Smith
czytał teksty z tabliczek jako jeden z pierwszych ludzi po upływie
tysiącleci. Dużo było w nich treści o charakterze prawniczym,
dyplomatycznym i finansowym, ale Smithowi udało się też odczytać wiele
fascynujących tekstów, jak na przykład opisy zaćmienia słońca z 763 roku
przed naszą erą czy najazdu na Babilonię w 2280 roku przed naszą erą.
Tego jesiennego dnia w 1872 roku miał jednak dokonać najdonioślejszego i najsłynniejszego przekładu.
Tabliczka zawierała historię "wielkiej powodzi" i mściwego boga Enlila,
który postanowił unicestwić wszelkie stworzenie. Przed zesłaniem
nawałnicy ostrzegł jednak pewnego człowieka, Utnapisztima, nakazując mu:
"Rozbierz swój dom i zbuduj łódź!", a następnie: "Porzuć bogactwa i szukaj ocalenia! Wzgardź mieniem, a ratuj życie! Zabierz na łódź
nasienie wszystkich żywych stworzeń!".
Utnapisztim wraz z małżonką zbudowali statek i załadowali na niego
zapasy jedzenia, nasiona roślin i młode zwierzęta, by stawić czoła
podnoszącemu się poziomowi wód.
"Kiedy spojrzałem na trzecią kolumnę - pisał później Smith - moją uwagę
przykuło stwierdzenie, że statek osiadł na górze Nizir. Dalej następował
opis wypuszczenia gołębia, który nie znalazł miejsca, by usiąść, i wrócił. Natychmiast spostrzegłem, że właśnie odnalazłem [...] opis
Potopu".
Zainteresowanie Smitha pismem klinowym wykraczało poza wartość
archeologiczną tabliczek. Jak wielu wiktoriańskich uczonych wierzył, że
te odkrycia będą miały kluczowe znaczenie dla udowodnienia
historyczności Biblii. Oto miał przed oczami opis tych samych wydarzeń,
co we fragmencie Księgi Rodzaju dotyczącym arki Noego (rozdziały 6-9),
lecz - co istotne - opis o tysiąc lat starszy. Smith był tak uradowany
tym, co udało mu się odcyfrować, że zerwał się z krzesła i krzyknął:
"Przeczytałem to jako pierwszy człowiek od ponad dwóch tysięcy lat!", po
czym zrzucił ubranie i biegał nago po całej Bibliotece Muzeum
Brytyjskiego, budząc niepokój bardziej ułożonych kolegów. Miesiąc
później, gdy (na całe szczęście) na nowo zaprzyjaźnił się ze spodniami,
przedstawił swoje odkrycie na posiedzeniu Towarzystwa Archeologii
Biblijnej. Słuchali go między innymi arcybiskup Canterbury Campbell Tait
i ówczesny premier William Gladstone. To była wielka chwila. Smith
został pierwszym i ostatnim światowym celebrytą od pisma klinowego.
Brak kluczowego fragmentu historii budził jednak powszechne
niezadowolenie. Dziennik "Daily Telegraph" pod sterami redaktora
naczelnego Edwina Arnolda wyłożył tysiąc gwinei na wyprawę do ruin
Niniwy, żeby Smith mógł odnaleźć brakujący element.
Rok później, spełniając życiowe marzenie o prowadzeniu wykopalisk, Smith
udał się do Mosulu. Tak się niezwykle złożyło, że 7 maja 1873 roku
rzeczywiście odkrył poszukiwany fragment. W obliczu sukcesu zaczęto snuć
plany kolejnej wyprawy. Smith powrócił jeszcze na Bliski Wschód, ale
zachorował na febrę i czerwonkę. Zmarł 19 sierpnia 1876 roku w Aleppo w dzisiejszej Syrii.
W kolejnych latach, mimo że legenda George'a Smitha powoli odchodziła w zapomnienie, jego niezwykłe odkrycie zyskało o wiele większą wagę, niż
miało pierwotnie jako wątpliwy "dowód" na historyczność arki Noego.
Okazało się bowiem, że przetłumaczona przez Smitha tabliczka to Księga
Jedenasta Eposu o Gilgameszu - najstarszej opowieści utrwalonej na
piśmie.
Poemat został spisany pismem klinowym około 2700 roku przed naszą erą.
Opowiada historię tytułowego bohatera, króla miasta Uruk (obecnie Warka
w Iraku). Gilgamesz zaczyna jako czarny charakter - przestępca
seksualny, który, powołując się na prawo pierwszej nocy (przysługujące
mu jako królowi), wykorzystuje seksualnie kobiety w ich noc poślubną.
Ten okrutny ciemiężca zmusza mężczyzn nie tylko do oddawania mu żon,
lecz także do wznoszenia budowli zaspokajających jego próżność. Jak
łatwo się domyślić, bogowie postanawiają dać mu nauczkę i zsyłają na
ziemię Enkidu, postawnego dzikusa, który ma rzucić Gilgameszowi
wyzwanie. Aby stać się człowiekiem, Enkidu musi uprawiać seks z kobietą
o imieniu Szamhat przez 14 dni i nocy (co, szczerze mówiąc, brzmi
absolutnie wyczerpująco) i dopiero wówczas jest gotowy na starcie z Gilgameszem. W tym miejscu następuje potężny zwrot akcji: panowie od
razu przypadają sobie do gustu, więc Gilgamesz proponuje, żeby zwarli
szyki, zamiast ze sobą walczyć, i razem zabili potwora Humbabę i Byka
Niebiańskiego.
Enkidu wyraża zgodę, ale tym samym wzbudza gniew wiecznie
niezadowolonych bogów, którzy uważają, że zniweczył ich plany. Jakby
zapowiadając przyszłe losy George'a Smitha, dzikus zapada na febrę i umiera, tak samo jak asyriolog trzy tysiące lat później.
Pod wpływem rozpaczy po utracie przyjaciela Gilgamesz wyrusza w podróż,
żeby odkryć tajemnicę nieśmiertelności. Utnapisztim (znany także jako
asyryjski Noe) zdradza mu - zachęcony nieco przez własną żonę - że
istnieje święte ziele, która zapewnia wieczną młodość. Niestety jako
pierwszy odnajduje je wąż i kradnie roślinę (to kolejny motyw, którym
mogli posłużyć się autorzy Księgi Rodzaju), więc król wraca do domu z pustymi rękami, ale później pomaga staremu przyjacielowi uciec z zaświatów, żeby mogli sobie uciąć pogawędkę.
W Eposie o Gilgameszu jest wszystko: bromance, ludzka głupota i odkupienie, ból istnienia i strach przed tym, co czeka nas po śmierci.
Jest seks, wielka woda i zaświaty. Wszystko zasadza się na najczęściej
opowiadanej historii: bohater wyrusza na wyprawę, pokonuje przeciwności
i odmieniony powraca do domu. To właśnie ta opowieść kształtowała nasze
pojęcie "bohaterstwa" na przestrzeni dziejów, już od okresu
przedhellenistycznego, i wciąż jest obecna w naszej kulturze,
przewijając się w książkach, filmach i serialach.
Amerykański pisarz Joseph Campbell ukuł pojęcie monomitu (podroży
bohatera), by opisać ten archetyp w swoim fundamentalnym dziele Bohater
o tysiącu twarzy, które po raz pierwszy ukazało się w druku w 1949
roku. Ponieważ na kartach tej książki spotkamy się z niejednym
monomitem, poświęćmy chwilę na przyjrzenie się temu pojęciu.
Według Campbella monomit składa się z trzech zasadniczych elementów:
odejścia, inicjacji i powrotu. W fazie odejścia bohater wyrusza ze
znanego do nieznanego świata, gdzie doświadcza jakiegoś przełomu
(inicjacji), po czym wraca z nową mocą lub wiedzą. Na tym schemacie
opierają się dzieła Homera, Ramajana, cztery ewangelie, legenda o świętym Jerzym i smoku, Bardzo głodna gąsienica, Superman, Głupi i głupszy, a nawet historia Wesleya Autreya, którą wykorzystam jako
przykład.
Monomit ma charakter cykliczny, dlatego wyobraźmy sobie jego elementy na
tarczy zegara: Wesley stoi na górze i przemieszcza się zgodnie z ruchem
wskazówek. Opuszcza dom z jego status quo (południe) i otrzymuje wezwanie do przygody (13.00), gdy widzi, że Cameron ma atak
padaczki. Prosi o pomoc (14.00) innego pasażera,
przekracza próg (15.00)
i - skacząc na tory - opuszcza bezpieczny znany świat (16.00). Rozwiązuje zagadkę (17.00) ocalenia Camerona, zabija potwora (tj. wciska się
w kanał odpływowy) (18.00) i pokonuje śmierć, po czym następuje odrodzenie (19.00). Odrodzeniem jest sława, która
prowadzi do nagród i skarbu, w tym czapki z logo "Playboya" i Jeepa (20.00). Potem
jednak dostaje nauczkę (21.00) w Deal or No
Deal i od chciwych partnerów biznesowych, dlatego ostatecznie wraca (22.00), choć odmieniony
(23.00), do swojego świata, którego status quo zostało zachwiane
(północ).
Campbell pasjonował się folklorem. Dużo podróżował, zbierając mity
założycielskie różnych ludów i plemion. Doszedł wówczas do przekonania,
że powszechność monomitu wynika z naszej łowiecko-zbierackiej
przeszłości. W 1994 roku w dolinie rzeki Ard?che w południowo-zachodniej
Francji, w tzw. Komorze Końcowej (Salle du Fond) Jaskini Chauveta
odkryto malowidła naskalne z okresu paleolitu, które nawiązują do tej
samej historii, tylko w wersji sprzed 35 tysięcy lat. Być może nie
powinno to nikogo dziwić. Napotykanie przeszkód, rozwiązywanie
problemów, pokonywanie potworów i tryumfalne powroty do domu to
nieodłączne elementy ludzkiego istnienia - i pewnie zawsze tak było.
Chodzenie po sklepach to rodzaj monomitu. Podobnie odwożenie dzieci do
szkoły, dojazdy do pracy, a nawet wstanie z łóżka w ponury poranek pod
koniec grudnia, gdy przez święta zjadłeś jakąś tonę sera.
Bohater o tysiącu twarzy wywarł wielki wpływ na hollywoodzkich
filmowców. George Lucas oparł trzy pierwsze filmy z sagi Gwiezdne
wojny na schemacie znanym z książki, choć wcale nie potrzebował
wskazówek Campbella, bo równie dobrze mógł czerpać inspirację z rozlicznych opowieści o bohaterach tworzonych od X wieku przed naszą erą
w starożytnej Grecji po czasy obecne.
Grecy wierzyli, że ich herosi byli potomkami bogów i dlatego mieli
"boskie" cechy, które zacierały granicę między człowieczeństwem a boskością. Przede wszystkim, w przeciwieństwie do bogów, herosi byli
śmiertelni - czekała ich śmierć, zwykle okropna i przedwczesna, z powodu
hybris, nieposkromionej pychy, lub innego występku przeciw woli bogów.
Dzięki tej ofierze i w trakcie wędrówki ku jej spełnieniu herosi
zdobywali kleos, co można tłumaczyć jako "chwałę". Nie chodziło
wyłącznie o sławę za życia, lecz także o pamięć po śmierci. Tak
narodziły się poematy epickie i ballady, w tym Iliada i Odyseja
Homera.
Kleos, jak nie przymierzając papieru toaletowego w czasie pandemii,
nie można było dostać - trzeba było się o nie starać, aktywnie i świadomie go szukać. Każdy miał wybór: wieść długie, nudne życie i szybko zostać zapomnianym albo żyć szybko i umrzeć młodo. Ostatecznym
celem była kleos aphthiton, czyli "nieśmiertelna chwała". Jak się nad
tym zastanowić, trzy tysiące lat później wszystkim naszym bohaterom
wciąż chodzi o to samo.
Większość z nas kojarzy "pierwszoligowych" bohaterów greckich, takich
jak Ajaks, Achilles i Tezeusz, pogromca Minotaura, którzy dążyli do
kleos, ale Grecy mieli też spore grono "drugoligowców": czczono
tysiące lokalnych bohaterów. Był to kluczowy element kultury Hellady.
Wierni wierzyli - jak do dzisiaj się wierzy w kulturach z silnie
rozwiniętym kultem przodków - że po śmierci wielkie postacie bronią
najbliższej okolicy. Wznoszono im grobowce, tzw. tumulusy, które stawały
się miejscami kultu. Chrześcijańska tradycja świętości wykazuje wiele
podobieństw z greckimi, a później także rzymskimi praktykami tego
rodzaju. Od samego początku w całym chrześcijańskim świecie obok
"oficjalnych świętych" szerzył się kult "świętych ludowych".
Anglosasi mieli około 100 swoich "angielskich" świętych poza oficjalnym
kalendarzem. Czczono ich jeszcze długo po inwazji Normanów w 1066 roku,
bo aż do XVI wieku. Niektóre postacie, jak Edeltruda z Ely, założycielka
klasztoru w hrabstwie Cambridgeshire, są otaczane kultem do dzisiaj.
W świecie katolickim liczba lokalnych świętych stale rośnie. W stanie
Sinaloa na północno-zachodnim wybrzeżu Meksyku zachował się zwyczaj
składania ofiar przed wizerunkiem Jesúsa Malverde, lokalnego Robin
Hooda, który podobno żył pod koniec XIX wieku. Malverde jest też uważany
za "patrona" przemytników narkotyków. Biorąc pod uwagę te powiązania,
nie spodziewałbym się rychłej kanonizacji.
W ostatnich latach świecki kult celebrytów wyparł liturgiczny kult
świętych. I w tym przypadku wiele współczesnych ikon osiąga po śmierci
coś w rodzaju kleos - fani nadal ich ubóstwiają, a ich historie są
tematem coraz to nowszych książek i filmów biograficznych.
W trakcie naszej wędrówki po kartach tej książki napotkamy różne
świątynie i miejsca pielgrzymek poświęcone niedawno zmarłym osobom oraz
poznamy wiele legend na podstawie ich historii. Księżna Diana, John F.
Kennedy, Dr Martin Luther King Junior, a nawet Winston Churchill - takie
postacie zawsze mają swoje tumulusy i kleos aphthiton, a przedwcześnie
zmarłe gwiazdy popu szybko urastają do rangi popularnych "ludowych
świętych". Szacuje się, że co roku 500 tysięcy osób pielgrzymuje do
grobu Elvisa Presleya w Graceland. Na obrzeżach nowojorskiego Central
Parku można odwiedzić Strawberry Fields, czyli miejsce poświęcone
pamięci zmarłego Beatlesa Johna Lennona, a nawet usłyszeć, jak jacyś
gitarzyści masakrują wczesne utwory swojego idola. Ponad 10 lat po
śmierci Amy Winehouse ludzie wciąż przypinają karteczki i kwiaty do
drzewa pod jej domem, a przy drodze B306 w okolicy Barnes wzniesiono
istną świątynię ku czci dawnego lidera zespołu T. Rex, Marca Bolana,
który zginął tam w 1977 roku.
Współczesne zainteresowanie celebrytami oraz bohaterami świata polityki
i kultury to po prostu kontynuacja historii, która toczy się od 36
tysięcy lat. Monomitów nie trzeba daleko szukać. Wystarczy, że weźmiesz
do ręki telefon i przewiniesz ekran, a zaraz wyskoczą reklamodawcy
wciskający ci jakiś monomit. Zajrzyj na Instagram, TikTok czy X, a znajdziesz mnóstwo influencerów i polityków, którzy dla lajków dzielą
się swoją "podróżą bohatera".
Gdy Rishi Sunak chciał zostać premierem Wielkiej Brytanii w 2022 roku,
opublikował wideo, w którym nie było ani słowa o jego działalności
politycznej, za to bardzo dużo o monomicie jego rodziny. Na początku
nagrania Sunak mówi: "Opowiem wam pewną historię", po czym snuje
opowieść o tym, jak jego ciężko pracująca babcia porzuciła status quo i przekroczyła prór, wsiadając do samolotu lecącego do Anglii "z nadzieją na lepsze życie".
Jeszcze inną podróż bohatera obserwowaliśmy w związku z wojną w Ukrainie. Prezydent Wołodymyr Zełenski był wcześniej zawodowym
scenarzystą i aktorem, więc trudno się dziwić, że tak świetnie
wykorzystał swoje zdolności narracyjne w walce z Putinem, ukazując w głównej roli swój bohaterski kraj (a nie siebie) ścierający się z potworem, który przybrał postać rosyjskiego niedźwiedzia.
W czasie pandemii COVID-19, gdy naukowcy prześcigali się w staraniach,
by opracować szczepionkę, a publiczna opieka zdrowotna walczyła z niewidzialną bestią, powstały jeszcze inne legendy. Brytyjczycy,
podobnie jak inne narody, zaczęli kampanię publicznego bicia braw
pracownikom opieki medycznej, żeby okazać im wdzięczność. Nie wszyscy
jednak cieszyli się z takiej formy uznania. Pewien lekarz pisał
anonimowo w "Guardianie":
Naprawdę nie potrzebuję [...] oklasków. Nie potrzebuję tęczy. Mogą
klaskać, aż im ręce odpadną, a tęczę wytatuować sobie na czole - nic
mnie to nie obchodzi. [...] Narodowa Służba Zdrowia (NHS) nie jest
instytucją charytatywną i nie pracują w niej bohaterowie.
Lekarze i pielęgniarki, podobnie jak Zełenski i Wesley Autrey, nie
szukali sławy, kleos; heroizm wymusiły na nich okoliczności. To
rozróżnienie ma kluczowe znaczenie dla dalszej części książki. "Gen
Autreya" dotyczy "wrodzonego bohaterstwa" i nie ma nic wspólnego z bohaterami społeczeństwa3, takimi jak Achilles, Nelson,
Washington, Che Guevara, kapitan Scott, a nawet Mao Zedong, bo oni sami
świadomie wybrali ścieżkę chwały.
Podważanie statusu bohaterów społeczeństwa to ryzykowne zajęcie i coś w rodzaju herezji. Wszyscy, niezależnie od szerokości geograficznej,
jesteśmy wychowywani w przekonaniu o wielkości postaci z historii
naszego narodu. Odkrycie drugiej strony medalu - niezbyt wspaniałych, a nawet całkiem okropnych czynów tej wielkiej postaci - wzbudza niepokój i dyskomfort. Heroizm od nikczemności dzieli naprawdę cienka linia, a stare powiedzenie: "dla jednych terrorysta, dla innych bojownik o wolność" jak ulał pasuje do sytuacji wielu postaci historycznych i fikcyjnych. Dla licznych mieszkańców Zachodu Michaił Gorbaczow odegrał
chlubną rolę w zakończeniu zimnej wojny, a Rosjanie gremialnie go
nienawidzą, bo przyczynił się do rozpadu Związku Radzieckiego i brał
udział w wywołaniu późniejszego chaosu.
Tak samo ma się sprawa z sir Francisem Drakiem, żeglarzem i "odkrywcą"
epoki elżbietańskiej, znanym Hiszpanom jako el Draque (smok). Według
angielskiej wersji legendy Drake odkrył ziemniaki i opłynął kulę
ziemską, a przy tym w 1588 roku rozgromił Wielką Armadę. Miliony
mieszkańców Wielkiej Brytanii i "starej" Wspólnoty Narodów dorastały w cieniu kleos Drake'a, a jego reputacja obrońcy narodu jest tak silna,
że powstała w związku z tym osobliwa miejscowa legenda o nadnaturalnym
zjawisku: w Buckland Abbey znajduje się jego werbel, który podobno się
odzywa, ilekroć Anglii grozi niebezpieczeństwo. Odgłos werbla ma
przypominać, że Drake nawet po śmierci pozostał obrońcą narodu. Rzekomo
ostatni raz wydarzyło się to w maju 1940 roku podczas ewakuacji
Dunkierki.
Mit korsarza Drake'a to prawdziwa perełka, ale gdy przyjrzymy się
rzeczywistym szczegółom jego życia, wyłania się z nich bardziej złożony
i mniej pochlebny obraz. Drake faktycznie okrążył Ziemię między 1577 a 1580 rokiem, ale wcale nie powodowała nim pasja odkrywcy. Chciał zdobyć
sławę i bogactwo, dlatego okradał niemal wszystkich, których spotkał po
drodze. Nie był też bynajmniej pierwszym żeglarzem, który opłynął kulę
ziemską, ponieważ Magellan ukończył swoją podróż w 1519 roku, czyli 21
lat przed narodzinami Drake'a. I choć to prawda, że Drake pomógł
rozgromić Wielką Armadę, właściwie było to zwycięstwo lorda Howarda,
admirała, który tego dnia dowodził całą flotą. Owszem, Drake przywiózł
do Europy tytoń i ziemniaki, ale Hiszpanie mogliby na to powiedzieć:
"Byliśmy tam, widzieliśmy i robiliśmy patatas bravas dobrą dekadę
wcześniej".
Tak na marginesie, "korsarz" to po prostu łagodniejsze określenie na
pirata.
W jednym z odcinków serialu telewizyjnego BBC Britain at Sea z 2013
roku prezenter David Dimbleby opowiadał, że brał kiedyś udział w próbie
wyłowienia ołowianej trumny sir Francisa Drake'a z miejsca jego
wiecznego spoczynku u wybrzeży Panamy i sprowadzenia jej "w glorii i chwale" do Londynu na okręcie Królewskiej Marynarki Wojennej, by
następnie dokonać uroczystego pochówku w Katedrze św. Pawła. Pojawił się
jednak pewien problem:
Kategoryczny sprzeciw wyraziła grupa, która wedle wszelkiego
prawdopodobieństwa powinna tryskać entuzjazmem, czyli Królewska
Marynarka Wojenna - a dlaczego? [...] Pewnie dlatego, że nasz bohater
narodowy był jednak piratem.
Jak na rozbójnika przystało, Drake nie stronił od okrucieństwa i mordu,
nie tylko wobec okradanych osób, lecz nawet własnych towarzyszy. Gdy
okrążał kulę ziemską na okręcie "Pelican", jego brat Thomas został
przyłapany przez swojego arystokratycznego rywala, Doughty'ego, na
kradzieży zdobytego ładunku. Obawiając się buntu, sir Francis fałszywie
oskarżył Doughty'ego o zdradę i czary; ścięto go 2 lipca 1578 roku.
Następnie Drake zmienił nazwę swojego flagowego okrętu z "Pelican" na
"Golden Hind" (Złota Łania), głównie po to, by udobruchać sponsora
wyprawy i zarazem bliskiego przyjaciela Doughty'ego, Christophera
Hattona, który w herbie rodowym miał złotego jelenia (lub łanię).
Miałem w dzieciństwie książeczkę o Drake'u, ale nie było w niej żadnej
wzmianki o losie Doughty'ego. Z kolei w moim egzemplarzu czasopisma
historycznego dla dzieci "Look and Learn" z 1978 roku próżno szukać
informacji o masakrze na wyspie Rathlin u wybrzeża Irlandii, która miała
miejsce 26 lipca 1575 roku. Wówczas Drake, hrabia Essex i sir John
Norreys wdarli się do zamku, który służył za schronienie MacDonnellom z Antrim, sprzeciwiającym się dążeniom królowej Elżbiety do
podporządkowania sobie lokalnych władców, a następnie wymordowali
sześćset osób, w tym kobiety i dzieci. To ci bohater!
Drake, kiedy akurat nie zajmował się piractwem i dzieciobójstwem,
przyczynił się do zniewolenia tysiąca Afrykanów i zabicia kolejnych 3
tysięcy. U progu swojej kariery, w latach 1562-1569, uczestniczył w ekspedycjach swojego kuzyna Johna Hawkinsa, kładąc podwaliny pod rozwój
tzw. handlu trójkątnego (transatlantyckiego handlu niewolnikami w trójkącie między Afryką, Europą i Amerykami). Wielu Afrykanów straciło
wolność i życie w wyniku tej brutalnej i odczłowieczającej zbrodni
przeciwko ludzkości, ale Drake zbił na tym majątek. Za życia Drake'a jego działalność była dobrze znana. W Anglii budził kontrowersje, co w dużej mierze wynikało z jego politycznych ambicji - był burmistrzem
Plymouth i trzykrotnie posłem do parlamentu. Jego legenda przetrwała
głównie dzięki epoce wiktoriańskiej, w której uznano go za wzór
angielskiej brawury i patrona imperium. W XIX-wiecznych bestsellerach,
takich jak History of England (Historia Anglii) Froudego czy powieść
Charlesa Kingsleya z 1855 roku Na podbój świata, Drake'a obsadzono w roli głównego męskiego bohatera epoki elżbietańskiej i dlatego tak wielu
z nas dorastało w przekonaniu, że był wielką postacią.
Szczególnie duża wina za wykreowanie mitu Drake'a spoczywa na powieści
Na podbój świata. Autor, dawniejszy radykał, wykorzystał fikcyjną
opowieść o Drake'u, by wyrazić swoje przekonanie, że wartości
anglikańskiej Anglii przewyższają wartości Hiszpanów i że imperium było
przeznaczeniem narodu, a to wszystko zawdzięczamy zwycięstwu Drake'a nad
katolicką Wielką Armadą.
Bohaterowie społeczeństwa pokroju Drake'a nie biorą się z przypadku. Nie
pojawiają się znikąd jak Wesley Autrey. Zazwyczaj są to starannie
wybrane osoby, które zdobywają swoje miejsce w narodowej świadomości
dzięki licznym intrygom, autopromocji i mitologizacji. Prawdziwy Drake
był chciwym, podstępnym i krwiożerczym piratem oraz handlarzem
niewolników, ale jego kleos tak bardzo zrosła się z szerszym narodowym
mitem, że nazwanie rzeczy po imieniu równałoby się dokonaniu zamachu na
naszą wyspiarską historię.
Gdy w styczniu 2023 roku Szkole Podstawowej im. sir Francisa Drake'a w Lewisham, dzielnicy południowo-wschodniego Londynu, postanowiono zmienić
nazwę na "Twin Oaks", samozwańczy strażnicy brytyjskiej przeszłości nie
posiadali się z oburzenia.
Poseł Partii Konserwatywnej, Alexander Stafford, napisał na Twitterze:
Istne szaleństwo. Drake dosłownie wybawił Anglię od Hiszpańskiej Armady.
Jeden z naszych najwspanialszych bohaterów. To jemu zawdzięczamy, że
dzisiaj mówimy po angielsku, a nie po hiszpańsku. Czy są jakieś granice
tego kulturowego wandalizmu?
Lord Frost, torysowski członek Izby Lordów, dodał: "To zły znak upadku
naszej kultury i braku szacunku dla naszej historii".
Profesor David Abulafia, historyk należący do wpływowej grupy nacisku o nazwie "History Reclaimed" (Historia odzyskana), powiązanej z Partią
Konserwatywną, powiedział "Daily Mail": "Usuwanie nazwisk to usuwanie
przeszłości w jej różnych odcieniach".
To wszystko bzdura. Władze szkoły nie zajmowały się "wymazywaniem
historii", lecz jej badaniem i oceną. W tym celu ponownie przyjrzały się
wydarzeniom z życia Drake'a, przeprowadziły gruntowne konsultacje z lokalną społecznością i przedyskutowały proponowaną zmianę nazwy i jej
powody. W głosowaniu 88% spośród 450 pracowników, uczniów i mieszkańców,
których dotyczyła zmiana, opowiedziało się za jej wprowadzeniem, a przy
okazji wszyscy dowiedzieli się o Drake'u znacznie więcej niż w czasach,
gdy mijali przed budynkiem tabliczkę z jego nazwiskiem. Zmieniając nazwę
szkoły podstawowej, nauczyciele i dyrekcja nie "scancelowali" Drake'a,
tylko dali lekcję historii.
Badanie i docenianie przeszłości nigdy nie powinno sprowadzać się do
poziomu wyrafinowanego fanklubu "wielkich nazwisk" historii, ale
niestety często tak to właśnie wygląda. W ten sposób niezbyt bohaterskie
postacie zyskują status ikon, wręcz bogów. Takie osoby nazywam
"fałszywymi bohaterami". Nie oznacza to bynajmniej, że każdy, kto
pojawia się na kartach tej książki, był okropnym człowiekiem. Jedni
pragnęli zdobyć kleos, drudzy zdobyli je niemal przypadkiem, a jeszcze
inni zostali pośmiertnie wyniesieni na piedestał przez ludzi, którzy
sami chcieli zrobić karierę, tyle że na cudzych plecach.
W trakcie tej podróży przekonamy się, że w wielu przypadkach "wielcy
ludzie, którzy dokonali wielkich rzeczy", wcale nic takiego nie zrobili.
Po drodze poznamy też osoby, które zostały wymazane lub pominięte, a być
może bardziej zasłużyły na miano bohaterów niż ci, którzy zajmują ich
miejsce.
A Wesley Autrey?
Zamknął 2007 rok - rok swojej chwały - szansą na tytuł Człowieka Roku
tygodnika "Time". Na listę 100 najbardziej wpływowych ludzi świata (48.
pozycja) zgłosił go sam Donald Trump. Wesley stracił pierwsze miejsce na
rzecz pewnego polityka, który uplasował się na szczycie rankingu dzięki
"wspaniałemu pokazowi przywództwa", co pozwoliło mu wydobyć kraj z chaosu i ponownie wprowadzić go do "grona światowych mocarstw".
Tym człowiekiem był Władimir Putin.
Rozdział 1. Bohaterowie wojenni - Douglas Bader
Rozdział 1
Bohaterowie wojenni
Douglas Bader
Propaganda i bohater
W dniu 22 marca 1895 roku dwaj bracia, August i Louis Lumi?re,
zaprezentowali swój wynalazek - kinematograf - na niewielkim zebraniu
Société d'Encouragement pour l'Industrie Nationale4 w Paryżu,
nieświadomie uruchamiając ciąg wydarzeń, który miał zmienić dzieje
świata.
Rok wcześniej ich ojciec, Antoine, obejrzał pokaz kinetoskopu Thomasa
Edisona. Obracając korbką, widz mógł oglądać ruchome obrazy przez
mechaniczny wizjer. Antoine uzmysłowił sobie, że gdyby jeden film mogła
oglądać za opłatą większa publiczność, przynosiłoby to większe zyski.
Wrócił do domu w Lyonie i zachęcił synów, by poszukali rozwiązania
problemu. Efektem ich pracy był kinematograf, lekkie urządzenie, które
służyło jednoczenie do rejestracji i projekcji ruchomych obrazów.
Tak powstał film Wyjście robotników z fabryki Lumi?re - z ogromnym
spojlerem w tytule, jak późniejsze Węże w samolocie (2006) -
wyświetlony na wspomnianym pokazie w Paryżu w 1895 roku. W grudniu tego
samego roku można go było obejrzeć razem z dziewięcioma innymi
50-sekundowymi nagraniami podczas pierwszej publicznej projekcji filmów
w Grand Café du Paris. Nie pokazywano jeszcze wówczas najsłynniejszego
filmu braci Lumi?re Wjazd pociągu na stację. Miał on premierę dopiero
w styczniu następnego roku. W krótkometrażowym filmie można zobaczyć
dokładnie to, co zapisano na puszce. Pociąg wjeżdża na stację, jedni
wysiadają, drudzy wsiadają - koniec. A jednak to nie wszystko: w tej
50-sekundowej sekwencji widać artyzm, którego brakowało we
wcześniejszych filmach. Gdy pociąg się zatrzymuje i zaczyna się ruch
pasażerów, nie oglądamy po prostu "ruchomych obrazów", lecz coś wyraźnie
"filmowego".
Legenda głosi, że pierwsi widzowie uciekli w popłochu na widok
nadjeżdżającego pociągu. W ten sposób przedstawiono to w Draculi
(1992) i Hugo (2011), tak samo opisuje się to wydarzenie w wielu
sztandarowych opracowaniach na temat kina, między innymi w książce Marka
Cousinsa z 2004 roku The Story of Film (Historia filmu).
W biografii reżysera Friedricha W. Murnaua z 1973 roku teoretyczka filmu
Lotte Eisner wyjaśnia: "Widzowie w Grand Café mimowolnie skurczyli się
ze strachu na swoich siedzeniach, bo wjeżdżająca na stację ogromna
lokomotywa braci Lumi?re zdawała się pędzić wprost na nich".
W 2004 roku niemiecki uczony Martin Loiperdinger całkowicie zdemaskował
te opowieści i dzisiaj wszyscy są zgodni, że to po prostu mit
założycielski kina.
Historia brzmiała wiarygodnie, stąd jej niezwykła żywotność. Miliony
ludzi doświadczyły w kinie podobnych wrażeń: zasłaniamy oczy i podskakujemy ze strachu na horrorach. Łatwo nam uwierzyć, że gdy
ówcześni widzowie po raz pierwszy w życiu zobaczyli na wielkim ekranie
pędzący na nich pociąg, poczuli pokusę szybkiej ewakuacji z kina.
Trwający 50 sekund materiał często uchodzi za pierwszy film
dokumentalny, choć tak naprawdę była to mistyfikacja. Bracia Lumi?re
nakręcili wcześniej dwie inne wersje i dopiero za trzecim podejściem
osiągnęli pożądany efekt, ale nie był on dziełem przypadku. Można
odnieść wrażenie, że film został nakręcony bez przygotowania, choć w rzeczywistości wielu "pasażerów" na stacji w La Ciotat to nie niczego
nieświadomi przechodnie, a znajomi filmowców wypełniający polecenia
Louisa Lumi?re'a. Kręcąc swój jedenasty film, bracia mieli już opanowany
ważny aspekt sztuki filmowej: żeby dana scena wyglądała wystarczająco
realistycznie, trzeba ją zaaranżować.
Pierwszy film dokumentalny w historii tak naprawdę powstał na podstawie
uprzednio opracowanego scenariusza (scripted reality).
Przekleństwem innowatorów jest nieuchronne pojawienie się lepszych
następców. Wkrótce inni filmowcy zaczęli kręcić znacznie bardziej
nowatorskie i interesujące dzieła. Bracia Lumi?re uważali swój wynalazek
za kolejną nowinkę, lecz inni dostrzegli w nim ogromny potencjał.
Francuski reżyser teatralny i iluzjonista Georges Méli?s wziął udział w pokazie w Grand Café w grudniu 1895 roku i wkrótce chciał odkupić od
braci jedno z ich urządzeń. Gdy odmówili, Méli?s zamówił podróbkę u pewnego angielskiego wynalazcy i zaczął kręcić własne filmy. Wśród nich
znalazł się pierwszy film science fiction Podróż na Księżyc (1902) -
sprawna mieszanka efektów specjalnych i politycznej satyry, która
podbiła publiczność na całym świecie.
Bracia Lumi?re wycofali się z branży filmowej w 1905 roku, by skupić się
na opracowywaniu technologii filmu kolorowego. Obaj dożyli sędziwego
wieku i w późniejszych latach cieszyli się sławą pionierów kina. Tak
naprawdę zrobili jednak znacznie więcej.
Jednym z efektów ubocznych rozwoju przemysłu filmowego było wynalezienie
współczesnej odmiany popularności. W początkach kina w Hollywood
nazwiska aktorów nie figurowały w czołówce. Byli znani z wyglądu: Mary
Pickford nazywano "dziewczyną ze złotymi lokami", a Florence Lawrence -
"dziewczyną z wytwórni Biograph". Powód był prosty. Niejeden poważny
aktor uważał twórczość filmową za dziedzinę sztuki poniżej swojej
godności i nie chciał firmować jej swoim nazwiskiem, a jednocześnie
szefowie studiów obawiali się, że gdy gwiazdy zdobędą rozpoznawalność,
zażądają więcej pieniędzy.
Widzowie domagali się jednak nazwisk swoich ulubieńców, więc filmowcy w końcu odpuścili. Szacuje się, że w połowie lat 20. XX wieku 50 milionów
Amerykanów co tydzień chodziło do kina. Narodziło się wiele gwiazd.
Niektóre urosły do rangi bogów.
Gdy w 1926 roku bożyszcze tłumów Rudolph Valentino nagle zachorował i zmarł w wieku zaledwie 31 lat, można było odnieść wrażenie, że odszedł
sam Herkules. Natychmiast doszło do przesadnych aktów publicznej żałoby.
Dziesiątki tysięcy ludzi tłoczyły się w zakładzie pogrzebowym Franka E.
Campbella przy Madison Avenue w Nowym Jorku, żeby zobaczyć zwłoki, aż
wreszcie policja konna musiała rozpędzić zgromadzony tłum. Sensacyjne
doniesienia prasowe podsycały histerię. Podobno co najmniej jedna
kobieta, 27-letnia brytyjska aktorka Peggy Scott, odebrała sobie życie
na wieść o śmierci aktora. Scott twierdziła, że miała romans z Valentino, ale prawdopodobnie nigdy się nie spotkali. Z relacji
przyjaciół kobiety wynikało, że w chwili śmierci zmagała się z poważnymi
problemami psychicznymi. W każdym razie opowieści o jej samobójstwie
dolały oliwy do ognia. Podczas pogrzebu Valentino 30 sierpnia 1926 roku
rozpętało się istne szaleństwo.
Kronika filmowa brytyjskiego oddziału firmy Pathé zarejestrowała ogromne
tłumy i jeszcze większy melodramat. W centrum wydarzeń znajduje się
pogrążona w smutku narzeczona Valentino, aktorka Pola Negri5. W żałobnej czerni, ściskając w dłoni chusteczkę, niepewnym krokiem zmierza
do czekającego samochodu, który następnie wiezie ją przez morze tłumów
do Kościoła św. Malachiasza, zwanego Kaplicą Aktorów.
Kamer nie wpuszczono do kościoła, więc niestety nie możemy dziś
zobaczyć, jak Negri, której niegdyś świetlana kariera znalazła się w impasie, trzykrotnie dramatycznie "mdleje" na oczach tłumu producentów
filmowych i kierowników obsady. Szczęśliwie dla przyszłych pokoleń
zachowało się zdjęcie, jak obłąkańczo rzuca się na trumnę na tle
ogromnego wieńca, na którym dwumetrowymi literami wypisano słowo "POLA".
Jej teatralne zachowanie sprowokowało żałobników czekających na
zewnątrz, którzy wtargnęli do kościoła, gdy Pola zawodziła: "Valentino
był największą miłością mojego życia. Kochałam go nie jak artystka kocha
artystę, lecz jak kobieta kocha mężczyznę".
Nie minął rok, nim wyszła za innego.
Miejsce wiecznego spoczynku Valentino na Cmentarzu Hollywood Forever
szybko zmieniło się w obiekt kultu. W pierwszą rocznicę śmierci
gwiazdora tajemnicza kobieta z twarzą zasłoniętą grubym czarnym welonem
złożyła na jego grobie pojedynczą czerwoną różę. Później się okazało, że
wysłało ją tam studio filmowe, żeby wypromować wznowienia filmów z udziałem Valentino. W kolejnych latach inna kobieta, Ditra Flame,
przejęła pałeczkę i kontynuowała tradycję aż do lat 50., kiedy wyparła
ją istna armia naśladowczyń "kobiety w czerni".
Gdy odstawiano cały ten teatrzyk, niewiele osób opłakiwało Rudolfa
Pietra di Valentina d'Antonguolla, urodzonego we Włoszech ucznia szkoły
rolniczej i żigolaka, który imał się wielu dorywczych prac, zanim niemal
przypadkiem został aktorem. Tłumy na ulicach, Pola Negri, Ditra Flame i jej naśladowczynie robiły to wszystko dla Szejka6 -
"latynoskiego kochanka", na którego przeniosły wszystkie swoje tęsknoty
i pragnienia - mężczyzny, który właściwie nie istniał, ale dzięki
potędze kina wyrósł na współczesnego boga.
Wyjątkowa właściwość kina, dzięki której "wierzymy", że to, co oglądamy
na ekranie, dzieje się naprawdę, od dawna stanowi przedmiot badań
naukowych. W wydanej w 1916 roku pracy Dramat kinowy. Studium
psychologiczne amerykański psycholog Hugo Münsterberg pisze, że gdy
oglądamy filmy, stajemy się kimś więcej niż biernymi obserwatorami.
Bohaterowie (filmu) w większym stopniu od postaci dramatu są dla nas
obiektem emocjonalnych doznań. Ich radości i cierpienia, nadzieje i obawy, miłość i nienawiść, wdzięczność i zazdrość, współczucie i podłość
nadają sztuce sens i wartość.
Sto lat później, w 2016 roku, meksykański reżyser Alejandro González
I?árritu ujął to zwięźlej:
Kino jest lustrem, w którym często widzimy samych siebie. Taka jest rola
twórców filmowych. Jeśli nie widać tego na ekranie, coś poszło nie tak.
Dzięki wykorzystaniu zbliżeń, montażu i różnych punktów widzenia spośród
wszystkich środków wizualnych tylko film może uchodzić za niemal wierną
replikę ludzkich przeżyć, a nawet pozwolić nam zobaczyć, co się dzieje w głowie innych ludzi. Film naśladuje życie i nasze życiowe doświadczenia.
Każdy z nas zaznał strachu, straty, chciwości, zdrady i zazdrości.
Dzięki swojej intymności film pozwala nam na nowo poczuć te emocje
poprzez ukazanie cudzego życia. Gdy oglądamy filmy i widzimy te same
wątki, w pewnym sensie dostajemy namiastkę własnych doświadczeń.
A być może chodzi jeszcze o coś innego.
W 2008 roku profesor psychologii na Uniwersytecie Yale Tamar Gendler
ukuła termin alief na określenie dysonansu poznawczego, którego
doświadczamy, kiedy wiemy, że coś jest nieprawdziwe, ale jednocześnie
wierzymy, że jest prawdziwe. Gendler podała tutaj przykład osób, które
odstręcza plastikowa kupa, choć wiedzą, że jest sztuczna, a także ludzi,
którzy się obawiają, że wypadną przez szklaną podłogę, choć doskonale
zdają sobie sprawę z istnienia umocnień. Alief to zachowanie
automatyczne, wrodzone i zbliżone do przekonań (ang. beliefs), a tym
samym wymykające się logice. Nawet jeśli powtarzamy sobie, że spacer po
szklanej platformie widokowej zawieszonej tysiące metrów nad dnem
Wielkiego Kanionu niczym nam nie grozi, możemy poczuć, że zaczynają nam
się pocić dłonie, które coraz bardziej kurczowo zaciskamy na poręczy.
Teoria aliefu pozwala wyjaśnić, dlaczego płaczemy na smutnych filmach i dlaczego miliony ludzi po seansie Szczęk (1975) bały się wchodzić do
morza, nawet w sennym Margate, z obawy przed paszczą żarłacza ludojada.
Oglądając Szczęki, wiemy, że "to tylko film". Zdajemy sobie sprawę, że
potwór jest rekwizytem, ale z powodu aliefu dajemy się przekonać.
Praca Gendler budzi kontrowersje. Część krytyków zastanawia się, po co
nam nowe słowo na opisanie utrwalonych ludzkich reakcji. W 2010 roku
publicysta "Guardiana" Oliver Burkeman napisał w obronie Gendler:
Przyczyny jej nie interesują [...], chodzi o uchwycenie stanu umysłu.
Alief ukazuje inną możliwość: można być o czymś absolutnie i racjonalnie
przekonanym, a jednocześnie poddać się aliefowi i postąpić zupełnie
odwrotnie.
Alief mógł być kolejnym czynnikiem przyczyniającym się do powszechnego
dysonansu poznawczego po śmierci Rudolfa Valentino w 1926 roku.
Żałobnicy wiedzieli, że był "tylko aktorem", ale pod wpływem aliefu
widzieli w nim Szejka. Teoria aliefu pozwala także wyjaśnić, dlaczego
film może być tak skutecznym narzędziem propagandy.
Na początku XX wieku brytyjscy filmowcy Sagar Mitchell i James Kenyon,
działający w Blackburn w hrabstwie Lancashire, nakręcili serię wczesnych
"filmów wojennych". Jednym z nich był The Despatch Bearer (Posłaniec)
(1901). Jak twierdzili, obraz powstał na podstawie prawdziwego
zdarzenia, które miało miejsce podczas trwającego wówczas konfliktu
między południowoafrykańskimi Burami a Imperium Brytyjskim. W filmie
zdradziecki, wręcz karykaturalny Bur zabija brytyjskiego żołnierza, za
co spotyka go zasłużona kara. Ten i podobne filmy z tamtego okresu
wywołały niemałą sensację. Mitchell i Kenyon podkręcali akcję
dodatkowymi "efektami" w postaci między innymi prawdziwych wystrzałów i dymu.
Oglądając te produkcje dzisiaj, trudno uwierzyć, że ktokolwiek mógł dać
się nabrać na tak absurdalną, slapstickową propagandę, jednak w 1901
roku Burowie wciąż dawali potężnemu imperium lekcję hybris, więc
emocje sięgały zenitu i być może ludzie potrzebowali nieco otuchy. W wojnie, która miała potrwać najwyżej kilka miesięcy, Armia Brytyjska
straciła co najmniej 22 tysiące żołnierzy, i to głównie z powodu chorób.
Gdy w prasie pojawiły się pierwsze wzmianki o brytyjskich zbrodniach na
ludności cywilnej, Brytyjczycy w kraju potrzebowali filmowej dawki
przypominającej, że stoją po właściwej stronie, a The Despatch Bearer
doskonale spełnił to zadanie.
Gdy Niemcy naruszyły neutralność Belgii 4 sierpnia 1914 roku, a następnie zignorowały brytyjskie ultimatum w kwestii wycofania wojsk,
Zjednoczone Królestwo wraz z całym imperium wypowiedziało wojnę
Cesarstwu Niemieckiemu. W czasach tej krwawej rzezi propaganda filmowa
osiągnęła pełnię dojrzałości. Za pierwsze arcydzieło gatunku uchodzi
brytyjski "film dokumentalny" z 1916 roku Bitwa nad Sommą, który
wywarł kolosalny wpływ na poglądy odbiorców. W prawdziwej bitwie nad
Sommą, toczonej od 1 lipca tamtego roku, nie udało się osiągnąć w zasadzie żadnego z założonych celów. Już pierwszego dnia Brytyjczycy
ponieśli 57 470 ofiar, wśród których było 19 240 zabitych. "Wielka
ofensywa" okazała się "wielkim niewypałem". W filmie pokazano mocno
zmienioną wersję wydarzeń, nadając całej historii bardziej optymistyczny
wydźwięk. Szacuje się, że tylko w ciągu pierwszych sześciu tygodni ten
"film dokumentalny" obejrzało 20 milionów Brytyjczyków.
Wydawało się, że film pokazuje widzom "prawdę". Twórcy nie stronili od
krwi, trudu, błota, śmierci i przemocy, ale przede wszystkim zakończyli
produkcję optymistycznym akcentem, który dawał silne przekonanie, że
wojna jest już właściwie wygrana. Tak jak w przypadku Wjazdu pociągu na
stację, mieliśmy do czynienia z przekształconą rzeczywistością, bo
twórcy filmu dopuścili się manipulacji.
Widzowie nie oglądali prawdziwej wojny, lecz zręcznie zmontowaną i tendencyjną wersję wydarzeń przygotowaną przez twórców filmowych z Ministerstwa Wojny. Surowy materiał zarejestrowali Geoffrey Malins i John McDowell, którzy towarzyszyli, odpowiednio, 29 i 7 Dywizji, ale do
ostatecznej wersji filmu wpleciono inscenizowane rekonstrukcje
przedstawiane jako prawdziwe wydarzenia. Niektóre sceny, takie jak
słynne ujęcie żołnierzy biegnących przez ziemię niczyją, nagrano na
poligonie szkoleniowym z dala od brytyjskich pozycji.
Widzowie wierzyli w to, co widzieli, i wierzą do dzisiaj. Materiał nie
odszedł w zapomnienie po 1918 roku; sceny z Bitwy nad Sommą - w tym
wspomniane "natarcie" - regularnie pojawiają się w coraz to nowych
filmach dokumentalnych. Produkcja pozostaje jednym z najskuteczniejszych
i najtrwalszych dzieł propagandowych w historii kina, ponieważ jeszcze
ponad 100 lat po zakończeniu I wojny światowej kształtuje nasze o niej
wyobrażenie.
Wielka Brytania nie była jedynym krajem, który zaprzągł do swojej służby
potęgę kinowej propagandy.
W czasie rosyjskiej wojny domowej (1917-1923) Lenin wysyłał w kraj
specjalne pociągi agitacyjne, by rozpowszechniać stronnicze kroniki
filmowe i krótkie probolszewickie filmy, a tym samym wpływać na umysły
setek tysięcy rosyjskich chłopów. W Związku Radzieckim kino stało się
potężnym narzędziem komunistycznego państwa. Od połowy lat 20. XX wieku
reżyserzy pokroju Siergieja Eisensteina tworzyli olśniewające wizualnie
i budzące emocje dzieła, jak na przykład Pancernik Potiomkin (1925).
Jeszcze inni, na przykład montażystka i reżyserka Esfir Szub, kręcili
"filmy dokumentalne", między innymi Upadek dynastii Romanowów (1927),
które kreowały wygodną dla partii wersję najnowszej historii Rosji.
W Niemczech dwaj wielbiciele brytyjskiej propagandy, Adolf Hitler i Joseph Goebbels, po dojściu do władzy w 1933 roku wykorzystywali medium
filmowe do propagowania swojej faszystowskiej ideologii. Niektóre
obrazy, a zwłaszcza osławione "filmy dokumentalne" w reżyserii Leni
Riefenstahl, w tym Triumf woli (1935) i Olimpiada (1938), skutecznie
budowały przekonanie o nieposkromionej sile nazistów. Co dość
przygnębiające, cieszyły się też uznaniem za granicą. Triumf woli, w którym Hitler występuje jako główny bohater faszystowskiego widowiska -
w swego rodzaju mokrym śnie nazistów - wzbudził sensację także daleko
poza granicami Niemiec, zdobywając złoty medal na Biennale w Wenecji w faszystowskich Włoszech w 1935 roku i zbierając pochwały w odległej
Ameryce. Amerykański reżyser Frank Capra, który sam kręcił filmy
propagandowe, oceniał później, że choć w Triumfie woli "nie pada żaden
strzał i nie wybucha żadna bomba [...] [film] jako psychologiczna broń
mająca zmiażdżyć wolę oporu okazał się równie zabójczy".
Tworzono też mniej wyrafinowane produkcje, wyłącznie na rynek krajowy,
jak na przykład udający film dokumentalny Wieczny Żyd (1940), który
przygotował grunt pod dehumanizację milionów ludzi w okresie Holocaustu.
Goebbels zdawał sobie sprawę, że za pomocą filmu nie da się tak po
prostu wbić ludziom do głowy poparcia dla sprawy, i trzeba zapewnić
państwowe finansowanie także dla filmów, które dostarczają emocji i rozrywki. W okresie rządów terroru Trzeciej Rzeszy naziści taśmowo
produkowali setki filmów we wszystkich gatunkach. Środki budżetu państwa
szły na wystawne musicale, komedie omyłek, operetki, dramaty
historyczne, eskapistyczne romanse i dziesiątki filmów wojennych o bohaterskich niemieckich żołnierzach i ich walce z wrogiem. Wśród tych
ostatnich filmów można wymienić Kampfgeschwader Lützow (Szwadron
bojowy Lützow) z 1941 roku, który opowiada historię dzielnej eskadry
bombowców w czasie najazdu na Polskę, czy wyprodukowany w tym samym roku
wielowątkowy Stukas, ukazujący między innymi losy pilota myśliwca,
który po wypadku cierpi na zespół stresu pourazowego (PTSD), ale
pokonuje swoje lęki i rany, żeby znowu latać.
Wszystkie te filmy wykazują więcej niż subtelne podobieństwo do swoich
alianckich odpowiedników, z tą różnicą, że brytyjskie produkcje z tego
okresu wciąż regularnie pojawiają się w telewizji. Szczególnie wymowny
przykład to Dzień dobrze minął? z 1942 roku: do typowej angielskiej
wioski przybywają niemieccy żołnierze w mundurach brytyjskiego wojska,
lecz mieszkańcom udaje się ich zdemaskować i pokonać.
Najlepsze propagandowe produkcje schlebiają nam, odwołują się do naszych
uprzedzeń i udowadniają, że druga strona to zwykłe strachy na lachy.
Dzień dobrze minął? spełnia wszystkie te kryteria i zostawia widza z przekonaniem, że flegmatyczni, lecz obdarzeni ciętym dowcipem mieszkańcy
angielskiej prowincji to godny przeciwnik dla niemieckich
spadochroniarzy, a stateczne gospodynie domowe stają się bohaterkami,
jeśli tylko dać im szansę.
Taki był właśnie główny motyw wielu ówczesnych produkcji, chociażby
filmów Nieuchwytny Smith (1941), Jeden z naszych samolotów zaginął
(1942) czy filmu szpiegowskiego Bulldog Sees It Through (Bulldoga nie
oszukasz) (1940) - rezolutni, obrotni brytyjscy amatorzy zawsze
znajdowali sposób, by przechytrzyć podłych i ponurych Niemców. Niektóre
obrazy były finansowane lub współfinansowane przez Ministerstwo
Informacji, czyli resort odpowiedzialny za sprawy propagandy. Inne
stanowiły wytwory nieoficjalnego, niezależnego agitpropu7,
wpisujące się w panujące wówczas populistyczne i patriotyczne nastroje.
W czasie wojny jednoczące mity mają ogromne znaczenie. Jeśli weźmiemy
pod uwagę, że nazistowski reżim systematycznie mordował własnych
obywateli, to faktycznie kraj i władze zachowywały się na tyle
potwornie, że Brytyjczykom zrozumiale i słusznie przypadła rola
przyczajonego św. Jerzego.
Odejście od opowieści o tym, jak to pogodni, dowcipni i nieustraszeni
Brytyjczycy walczą ze złymi nazistami, oznaczało proszenie się o kłopoty. Kiedy w 1943 roku premiera Winstona Churchilla doszły słuchy,
że reżysersko-scenopisarski tandem Michaela Powella i Emerica
Pressburgera przygotowuje film Życie i śmierć pułkownika Blimpa na
podstawie wojennych karykatur Davida Lowa, które wyśmiewały nadętą
brytyjskość starej daty, a do tego austriacki imigrant Anton Walbrook ma
zagrać w filmie "dobrego Niemca", postanowił zatrzymać produkcję.
Napisał do Ministra Informacji Brendana Brackena z prośbą o "propozycję
działań, które należy podjąć, żeby ukrócić to nieodpowiedzialne
przedsięwzięcie".
Powell i Pressburger ustąpili pod naciskiem i pokazali próbny montaż
cenzorom. Produkcja dostała jednak zielone światło. Kiedy obraz wchodził
na ekrany kin w 1943 roku, reklamowano go słowami: "chodźcie obejrzeć
zakazany film", co udowadnia, że spece od PR-u nie przepuszczą żadnej
okazji, nawet w czasie wojny.
Choć II wojna światowa oficjalnie zakończyła się 2 września 1945 roku,
to brytyjscy i amerykańscy twórcy filmów wojennych dopiero się
rozgrzewali. Na przestrzeni ostatnich czterech lat czwartego
dziesięciolecia XX wieku studia filmowe w Stanach Zjednoczonych i Zjednoczonym Królestwie wyprodukowały około 30 filmów, których akcja
rozgrywa się podczas wojny, a w następnym dziesięcioleciu gatunek ten
okazał się jeszcze większym sukcesem kasowym. W latach 50., gdy
bezpośrednie cierpienie z powodu konfliktu ustąpiło miejsca
nostalgicznemu triumfalizmowi, same tylko brytyjskie studia wypuściły
ponad 50 filmów wojennych. Niektóre fabuły były wymyślone, lecz wiele
opierało się na wydarzeniach, które widzowie poznali już wcześniej
dzięki działaniom propagandowym Ministerstwa Informacji w okresie wojny.
Praca tego resortu przez wiele lat stanowiła pożywkę dla przemysłu
filmowego, a ciągłe powtórki w powojennej telewizji uczyniły z niej
główny punkt odniesienia w późniejszej narracji na temat II wojny
światowej.
Istniały duże rozbieżności między prawdą a fikcją. Wojsko dobrze
przyjmowało kolejne produkcje, bo zwykle było przedstawiane w korzystnym
świetle, a orkiestry pułkowe przyswoiły sobie muzykę z poszczególnych
filmów. Motywy z Mostu na rzece Kwai (Marsz pułkownika Bogeya) i Wielkiej ucieczki na stałe weszły do repertuaru orkiestry Gwardii
Coldstream. Na każdej paradzie z udziałem Centralnej Orkiestry Sił
Powietrznych można usłyszeć motyw muzyczny z Bitwy o Anglię, Nocnego
nalotu, Eskadry 633 lub Dosięgnąć nieba.
Większość powojennych filmów miała pokazywać "prawdziwe" wydarzenia,
lecz tak naprawdę pozwalano sobie na dużą swobodę artystyczną, często
pomijając ważne szczegóły lub postacie.
W 1950 roku reżyser Jack Lee kompletował obsadę do ekranizacji
bestsellera Drewniany koń. Scenariusz opowiadał prawdziwą historię
ucieczki brytyjskich jeńców wojennych ze Stalagu Luft III w 1943 roku -
tego samego obozu, z którego w kolejnym roku dokonano tej słynniejszej
"wielkiej ucieczki". W tym pierwszym przypadku jeńcy wykorzystali
wydrążonego konia gimnastycznego jako przykrywkę dla kopania tunelu.
Pozorując ćwiczenia, udało im się uwolnić trzech żołnierzy i wysłać ich
z powrotem do Zjednoczonego Królestwa.
Kompletując obsadę, Lee przesłuchał między innymi aktora Petera
Butterwortha, znanego później z występów w serii filmów komediowych
Cała naprzód, z myślą o roli brytyjskiego jeńca. Butterworth wspominał
później - co znajduje potwierdzenie w dokumentach z Archiwów Narodowych
- że nie dostał tej roli, ponieważ był "za gruby" i "nie nadawał się na
bohatera", mimo że faktycznie był osadzony w Stalagu Luft III w 1943
roku, brał udział w planowaniu przedsięwzięcia, a w dniu ucieczki
pomagał odwrócić uwagę strażników.
Inny film, Nocny nalot (1955), jest dzisiaj niemal równie znany z rasistowskiego imienia psa dowódcy misji8, co z bohaterskich
czynów podpułkownika Guya Gibsona i jego ludzi. Film opowiada prawdziwą
historię brytyjskiego nalotu bombowego w ramach operacji "Chastise",
którego dokonano w nocy z 16 na 17 maja 1943 roku. Dziewiętnaście
bombowców Lancaster zrzuciło "skaczące bomby" projektu wynalazcy Barnesa
Wallisa, przerywając dwie tamy i niszcząc elektrownię w niemieckim
Zagłębiu Ruhry. W trakcie produkcji filmu mnóstwo niewygodnych faktów
wylądowało jednak na śmietniku montażowni. Zacznijmy od tego, że
brawurowa misja nie była nawet w połowie tak skuteczna, jak pokazano to
w filmie.
Filmowa wersja zdecydowanie nie przekonała historyków Charlesa Webstera
i Noble'a Franklanda, autorów oficjalnego czterotomowego opracowania
Strategiczna ofensywa powietrzna przeciwko Niemcom, które ukazało się
w druku w 1961 roku. Ich zdaniem RAF (Królewskie Siły Powietrzne)
wyolbrzymiły sukces ataku, bo jego skutki okazały się krótkotrwałe.
Wykorzystując niewolniczą siłę roboczą i angażując wszystkich dostępnych
pracowników, Niemcy potrzebowali zaledwie pięciu miesięcy, by naprawić i ponownie uruchomić tamy. Hydroelektrownia w Herdecke działała już po
kilku tygodniach.
W 1972 roku, gdy odtajniono dokumenty dotyczące omawianych zdarzeń,
dziennikarz Bruce Page napisał: "Nalot na tamy okazał się iluzją, nie
miał praktycznie żadnego znaczenia militarnego [...]. Historia nalotu to
opowieść o niechlujnym planowaniu, entuzjazmie bez wyobraźni i źle
ukierunkowanej odwadze [...]".
Atak niewątpliwie przyprawił Niemców o ból głowy, lecz ostatecznie
okazał się kosztownym chwytem propagandowym, w wyniku którego życie
straciło 53 członków załogi RAF-u. Były też inne ofiary: gdy 330
milionów ton wody zalało niżej położone doliny, utopiło się około 1600
osób, w tym tysiąc przymusowych robotników.
Tego rodzaju niewygodne detale oczywiście nie trafiały do
tryumfalistycznych filmów epoki lat 50. - choćby dlatego, że Brytyjczycy
mieli wówczas inne zmartwienia. System kartkowy zniesiono dopiero w 1954
roku, czyli rok przed premierą Nocnego nalotu, a wiele brytyjskich
miast nadal nosiło brzydkie blizny po bombach. Wprawdzie bezrobocie było
na rekordowo niskim poziomie i pojawiły się nowe możliwości związane z edukacją, zatrudnieniem i mieszkalnictwem - w postaci nowych miast,
które wyrastały w południowo-wschodniej Anglii jak grzyby po deszczu -
ale Wielka Brytania nie była już supermocarstwem z 1939 roku. W 1947
roku Indie i Pakistan uzyskały niepodległość, a inne dawne kolonie
planowały podążyć ich śladem. Straciwszy swoje imperium, naród przestał
uchodzić za globalnego gracza i zaczął się zastanawiać, kim jest i dokąd
zmierza. Filmy koncentrujące się na Wielkiej Brytanii i jej niedawnym
zwycięstwie nad nazistami poprawiały obywatelom samopoczucie. Nocny
nalot doskonale ukazywał wojenną fikcję "brytyjskiego ducha", do której
nikogo nie trzeba było długo przekonywać.
Zmieszanie filmów z rzeczywistością w umysłach widzów - klasyczny
przypadek aliefu - doprowadziło do zatarcia granicy między fikcyjną a prawdziwą wersją wydarzeń. Richard Todd9 zrósł się z postacią Guya
Gibsona, którego grał w Nocnym nalocie, choć bardziej znany jest
przypadek aktora Kennetha More'a, który stał się kimś w rodzaju
sobowtóra legendarnego asa myśliwskiego pułkownika Douglasa Badera.
Właściwie każdy, kto dorastał w powojennej Wielkiej Brytanii, zna
historię Douglasa Badera. Film Dosięgnąć nieba z 1956 roku w reżyserii
Lewisa Gilberta i na podstawie książki pod tym samym tytułem od premiery
telewizyjnej we wrześniu 1965 roku regularnie gościł na ekranach
telewizorów i znacząco przyczynił się do umocnienia legendy Badera.
Dosięgnąć nieba wyróżnia się na tle pozostałych filmów wojennych z okresu po 1945 roku, ponieważ opowiada historię jednego człowieka - gdy
More wcielił się w Badera na ekranie, w świadomości narodu zlał się z nim w jedną postać.
Ludzie urodzeni po 1980 roku lub poza Wielką Brytanią mogą nie znać tej
historii, więc podaję niżej krótkie streszczenie fabuły Dosięgnąć
nieba:
Po raz pierwszy spotykamy Badera, gdy mknie przez angielską prowincję na
swoim motocyklu, by dołączyć do RAF-u. Jest koniec lat 20. XX wieku. Gdy
nad głową przelatuje mu samolot, Bader rozbija swoją maszynę, ale
wstaje, otrzepuje się z kurzu i dociera do koszar w rozdartym meloniku.
Ku uciesze pozostałych kursantów i wściekłości starszego chorążego
czubek uszkodzonego kapelusza podskakuje mu podczas musztry.
Bader uwielbia życie w siłach powietrznych i koleżeńską atmosferę.
Kawałom nie ma końca: pewnego dnia razem z kumplami poluzowują koła
roweru policjantowi, który miał czelność ich upomnieć. W 1931 roku
dochodzi do katastrofy. Podczas popisów akrobatycznych kilka metrów nad
pasem startowym, Bader rozbija samolot na lądowisku w Woodley nieopodal
Reading. Udaje mu się przeżyć, ale traci obie nogi - jedną tuż poniżej,
a drugą tuż powyżej kolana. Słyszy, że już nigdy więcej nie będzie
chodził, ale z czystej przekory udowadnia specjalistom, że nie mieli
racji. Zaczyna grać w golfa i nawiązuje romans z Thelmą.
Królewskie Siły Powietrzne nie potrzebują beznogiego pilota, więc Bader
podejmuje pracę w firmie naftowej Shell. Sześć lat później wybucha
wojna, więc chce ponownie wstąpić do wojska. Oficer rekrutacyjny wita go
słowami: "Obawiam się, że traci pan czas. Nigdy nie pozwolą panu latać".
Bader nie przyjmuje odmowy i udowadnia, że potrafi latać. Ostatecznie
zostaje dowódcą grupy zaprawionych w bojach Kanadyjczyków i podbija ich
serca pokazem swoich umiejętności.
Pewnego dnia - ni z tego, ni z owego - Bader wymyśla nową taktykę
(teorię "wielkiego skrzydła") i przedstawia ją swojemu dowódcy,
generałowi brygady Traffordowi Leigh-Mallory'emu. Taktyka ta polega na
jednoczesnym poderwaniu trzech eskadr zamiast jednej. Skrzydło Duxford,
którym dowodzi sam Bader, natychmiast wciela pomysł w życie. Po drodze,
jak w każdym dobrym monomicie, bohater spotyka mentorów i nauczycieli,
przekracza niejeden próg, a nawet doświadcza cudów. Następuje także
moment odrodzenia, gdy próbuje zabić potwora Luftwaffe, a potwór niemal
zabija jego.
Rok po bitwie o Anglię, 9 sierpnia 1941 roku, Spitfire Badera zostaje
zestrzelony nad Saint-Omer w północno-zachodniej Francji. Samolot
pikuje, a jedna proteza blokuje się w kokpicie, więc Bader odczepia ją i wyskakuje ze spadochronem. Trafia do niewoli.
Odzyskawszy obie nogi, Bader kuruje się w Saint-Omer, ale wkrótce
nawiązuje kontakt z ruchem oporu i ucieka. Szybko zostaje złapany, a jego francuscy pomocnicy trafiają na przesłuchanie, zawzięty lotnik
jednak nie odpuszcza. W końcu gospodarze tracą cierpliwość i informują
go o przeniesieniu do "wygodniejszego" obozu. Bader odmawia, ale gdy
przyjaciel, Harry Day, mówi mu: "Narobiłeś im kłopotów i wszyscy
jesteśmy po twojej stronie [...], ale wystarczy iskra, żeby wywołać
incydent [...]", odpuszcza i odjeżdża do Oflagu IV-C utworzonego w zamku
w Colditz, żegnany przez wiwatujących towarzyszy. Wiosna 1945 roku
przynosi mu wyzwolenie, lecz Bader nie ma czasu świętować, bo od razu
zaczyna szukać jakiegoś Spitfire'a. Wraca do domu do Thelmy i snuje
plany wyruszenia na Wschód, żeby walczyć z Japończykami, ale - ku
wielkiej uldze żony - nastaje VJ Day, dzień zwycięstwa nad Japonią, i wojna dobiega końca.
I tak się kończy film.
Oczywiście prawdziwe życie Badera toczyło się dalej. W momencie premiery
Dosięgnąć nieba w 1956 roku był już powszechnie znany, lecz dzięki
filmowi stał się jednym z najsłynniejszych bohaterów wojennych kraju.
Choć Bader podszedł do produkcji z rezerwą i minęły lata, zanim
zdecydował się ją obejrzeć, cieszyła się ona uznaniem krytyków i odniosła komercyjny sukces, a nawet zdobyła w 1956 roku Nagrodę
Brytyjskiej Akademii Filmowej (BAFT) dla najlepszego filmu. Dystrybutor
Rank wypuścił Dosięgnąć nieba także na rynek amerykański, ale w starciu z takimi kolorowymi filmami kinowymi jak Król i ja, Człowiek,
który wiedział za dużo czy Dziesięcioro przykazań dwugodzinny
czarno-biały obraz o beznogim brytyjskim asie myśliwskim nie miał szansy
się przebić.
W latach 60. i 70. XX wieku Bader nadal cieszył się uznaniem w Zjednoczonym Królestwie i krajach Wspólnoty Narodów, takich jak
Australia, Republika Południowej Afryki czy Nowa Zelandia. Korzystając
ze statusu bodaj najsłynniejszej osoby niepełnosprawnej w całej Wielkiej
Brytanii, dużo działał na rzecz innych. Kilka miesięcy przed śmiercią
Badera w 1982 roku prezenter telewizyjny Eamonn Andrews zaskoczył go
podczas imprezy charytatywnej na Haymarket w Londynie, i tak oto Bader
pojawił się w biograficznym programie telewizyjnym This Is Your Life,
służącym głównie do łechtania ego prezentowanych bohaterów. W tamtych
czasach program ten był stałym punktem ramówki. Zaskoczony gość
wysłuchiwał pochlebnej wersji historii swojego życia, a następnie
otrzymywał wielką czerwoną księgę, która tak naprawdę zawierała
scenariusz odcinka. Tego wieczoru wśród gości specjalnych byli między
innymi dawni towarzysze broni Badera z jego jednostki bojowej, tzw.
"Dogsbody Section", były przeciwnik z Luftwaffe - generał Adolf Galland,
a nawet Madame Hiecque i Lucille Debacker, dwie Francuzki, które
próbowały pomóc mu w ucieczce w 1941 roku.
We wstępie do programu Andrews opisuje Badera jako "żywą legendę,
jednego z największych bohaterów romantycznych naszych czasów, a raczej
wszech czasów".
Od śmierci Badera jego mit przygasł, lecz nadal jest on chyba
najbardziej znanym bohaterem otaczanej coraz większą czcią "bitwy o Anglię". Niewątpliwie Bader w dużej mierze zawdzięcza niegasnącą sławę
filmowi, który utrwalił jego legendę, oraz przejmującej kreacji
aktorskiej Kennetha More'a.
Autor książki Bader's War (Wojna Badera) z 2008 roku S.P. Mackenzie
przytacza historię o dowcipnym przewodniczącym Brytyjskiego
Stowarzyszenia Byłych Żołnierzy Pozbawionych Kończyn, który zapowiedział
kiedyś Badera słowami: "Niektórzy z was mogą go pamiętać z roli Kennetha
More'a w filmie Dosięgnąć nieba10.
Bader nie czuł się komfortowo z tymi porównaniami i często powtarzał w wywiadach coś w rodzaju: "Wszyscy myślą, że jestem tym miłym gościem,
Kennym More'em, ale to nieprawda".
Bez wątpienia zrośnięcie się Badera z jego filmowym wizerunkiem tylko
pomogło ugruntować legendę. Czterdzieści lat po śmierci Badera wciąż
regularnie wspomina się go w podkastach i na łamach "Daily Mail". W lipcu 2016 roku w wywiadzie dla "BBC History Magazine" ówczesny premier
David Cameron wymienił Badera jako swojego "największego bohatera wszech
czasów". Mit rozprzestrzenia się też dzięki różnym formom upamiętnienia.
Niektóre ulice nazwano imieniem Badera. Są też pomniki, w tym statua z brązu, którą jego druga żona Joan Bader odsłoniła na lądowisku w Goodwood w 2001 roku. Pamięć o bohaterze pielęgnuje Szkoła Chodzenia im.
Douglasa Badera, Bader's Bus Company11 (powietrzny zespół
akrobacyjny złożony z osób niepełnosprawnych) czy Bader Academy - szkoła
specjalna w Doncasterze. Istnieją nawet knajpy nazwane na jego cześć.
Na terenie dawnej bazy lotniczej Królewskich Sił Powietrznych Martlesham
Heath, tuż przy drodze A12 w hrabstwie Suffolk, znajduje się pub
"Douglas Bader", którego otwarcie w 1979 roku uświetnił sam patron.
Podobny przybytek, "The Bader Arms", był kiedyś w Tangmere w hrabstwie
West Sussex - Bader przeciął tam wstęgę w 1982 roku. Miejscowa legenda
głosi, że gdy pewien reporter spytał Badera, co sądzi o nazwie lokalu,
ten miał mu odpowiedzieć: "No chyba, do cholery, nie mogli go nazwać
"The Bader Legs""12.
Powyższa historia dobrze obrazuje skłonność Badera do przeklinania.
Według innej, dość wątpliwej dykteryjki pewnego razu Bader tak opowiadał
o walkach powietrznych w szkole dla dziewcząt: "Jedne cholery13
mieliśmy z lewej, drugie cholery mieliśmy z prawej, a jeszcze inne
cholery leciały na nas wprost ze słońca!" - aż wreszcie dyrektorka
uznała za konieczne wtrącić tonem wyjaśnienia: "Moje drogie, Fokkery to
takie niemieckie samoloty z okresu drugiej wojny światowej".
"Być może - odpowiedział niezmieszany Bader - ale te cholery to były
Messerschmitty".
To jeden z wielu paradoksów tej historii, że aż dwa puby nosiły imię
abstynenta. Dziedzictwo Badera to jednak bardzo złożony temat.
Propaganda wojenna i późniejsze opowieści o jego losach sprawiły, że
prawda o Douglasie Baderze stanęła w szranki z jego fikcyjnym alter ego.
Niewygodne fakty są takie, że mężczyzna fetowany jako największy bohater
wojenny Wielkiej Brytanii wcale nie był bohaterem - a przynajmniej nie
takim, jakim go wspominamy.
Jest 2022 rok, upalny lipcowy dzień. Właśnie jadę z moim nastoletnim
synem do Królewskiego Muzeum Wojny w Duxfordzie.
Wyruszałem z obrazoburczym nastawieniem, lecz w zasadzie tuż za progiem
przechodzę dziwną przemianę i niczym Alan Partridge14 z ekscytacją wskazuję palcem na kolejne wojskowe sprzęty. Dla wielu
chłopców, którzy tak jak ja dorastali w latach 70., II wojna światowa
miała ogromne znaczenie. Wojna była wszędzie - w naszych zabawkach,
grach i programach, które oglądaliśmy w weekendy w telewizji. Wszyscy
znaliśmy Badera. To może tłumaczyć, dlaczego jestem jednym z wielu
facetów mniej więcej w moim wieku, którzy ciągają po Duxfordzie swoje
pociechy.
Nieustanny turkot kołujących zabytkowych samolotów przydaje miejscu
atmosfery.
Za 2950 funtów można przelecieć się Spitfire'em, ale takie atrakcje
wykraczają poza nasz dzisiejszy budżet, więc decydujemy się na symulator
lotu w znacznie przystępniejszej cenie czterech funtów.
Wsiada razem z nami mama z trójką małych dzieci i wkrótce kołyszemy się
w lewo i w prawo na wąskim plastikowym siedzeniu, "przeżywając" bitwę o Anglię z perspektywy pilota Messerschmitta lecącego nad białymi klifami
Dover w 1940 roku. Trzeba przyznać, że w symulatorze nie czuć tego
napięcia, jakie musiało towarzyszyć zmaganiom tysiące stóp nad ziemią -
ale czego można oczekiwać za cztery funty? Jeden z młodych pilotów i tak
ma już dosyć i maszyna zatrzymuje się z łoskotem, gdy chłopczyk wciska
przycisk zatrzymania awaryjnego i żąda, by zaprowadzono go do toalety.
Miła osoba z obsługi mówi nam, że możemy spróbować jeszcze raz. Dołącza
do nas inny ojciec, który zagania synów do środka, żeby "zestrzelić paru
Niemców". Jako zaprawiony w bojach weteran informuję go, że jesteśmy
pilotami Luftwaffe. Na jego twarzy pojawia się szeroki uśmiech. Woła do
synów:
- Słyszycie, mein Kinder? Jesteśmy Szkopami!
Cztery minuty później wychodzimy na rozgrzane powietrze. W komentarzu
słyszymy, że w tej bitwie piloci "zapobiegli najazdowi na Wielką
Brytanię".
- Niezła zabawa! - podsumowuje drugi ojciec i trudno się z nim nie
zgodzić.
Gdy wracamy do samochodu, mijając maszynerię śmierci i sklepik z pamiątkami, w którym można kupić gin o nazwie "Nocny nalot", robi mi się
nieswojo. Miło spędziliśmy czas, ale czego się dowiedzieliśmy?
W Duxfordzie są tysiące eksponatów i odpowiednia atmosfera, ale wśród
lśniących samolotów i gablotek trudno sobie uzmysłowić, że otaczają nas
maszyny, które zaprojektowano po to, żeby niosły śmierć. Te wszystkie
przejażdżki i interaktywne elementy tworzą nastrój rozrywki, a nie
muzeum - odnoszę wrażenie, że spędziliśmy dzień w Disneylandzie Wojny.
Bader dobrze znał Duxford. W lutym 1940 roku został przydzielony do
stacjonującego tam 19 Dywizjonu i po raz pierwszy leciał myśliwcem
Supermarine Spitfire.
Przed wojną Dowództwo Lotnictwa Myśliwskiego (Fighter Command)
podzieliło Zjednoczone Królestwo na kilka stref. Baza lotnicza w Duxford
była najbardziej wysuniętą na południe bazą 12 Grupy Myśliwskiej, która
odpowiadała za obronę rozległej przestrzeni powietrznej od północnej
Walii, przez hrabstwo Lincolnshire, po krainę The Fens na południu. Aż
do upadku Francji w 1940 roku wierzono, że główne zagrożenie ze strony
Luftwaffe przyjdzie od wschodu, znad Morza Północnego, przede wszystkim
w postaci bombowców. Gdyby tak się stało, Duxford znalazłoby się w ogniu
walk. Po ewakuacji Dunkierki większość ataków nadciągała jednak od
strony kanału La Manche, dając zajęcie 11 Grupie Myśliwskiej, ulokowanej
bardziej na południe. W rezultacie zadania 12 Grupy sprowadzały się do
obrony własnych baz.
Taki obrót sprawy złościł Badera, który rwał się do boju, i szalenie
ambitnego dowódcę 12 Grupy, generała brygady Trafforda
Leigh-Mallory'ego. Przekonani, że okazja do walki umknęła im sprzed
nosa, spędzili znaczną część bitwy o Anglię, zabiegając o uznanie i uwagę. Bader w pewnym sensie wszedł na tę drogę już wcześniej.
Douglas Bader urodził się 21 lutego 1910 roku w londyńskiej dzielnicy
St. John's Wood jako drugi syn Jessie i Fredericka Baderów. Jego ojciec
był inżynierem budownictwa. Douglas spędził nieszczęśliwe dzieciństwo w cieniu uwielbianego przez rodziców brata. Podczas I wojny światowej
Frederick Bader służył w Korpusie Inżynierów Królewskich, gdzie osiągnął
stopień majora. W 1917 roku został ciężko ranny i zmarł w 1922
roku15, gdy Douglas miał zaledwie 12 lat, częściowo z powodu
odniesionych ran. Jessie szybko ponownie wyszła za mąż, tym razem za
pastora. Małżonkowie nie potrafili okiełznać niespożytej energii
Douglasa, więc wysłali go do szkoły z internatem, gdzie zajęcia sportowe
okazały się dla niego wybawieniem.
Bader nie był typem naukowca, lecz zarówno w Temple Grove, jak i w oksfordzkiej Szkole Świętego Edwarda, do której uczęszczał od 13. roku
życia, wybił się dzięki umiejętnościom sportowym. Był doskonałym
bokserem, wybitnym krykiecistą i - przede wszystkim - wirtuozem rugby.
Po śmierci ojca często spędzał wakacje u ciotki Hazel i jej męża Cyrila,
który służył w Królewskich Siłach Powietrznych. W 1923 roku to właśnie
Cyril wprowadził młodego Badera w arkany lotnictwa, co od razu przypadło
chłopakowi do gustu, lecz jego największą miłością pozostała rywalizacja
sportowa.
Wbrew woli matki w 1928 roku Bader wstąpił do RAF-u, a następnie do
klubu rugby Harlequin F.C. Tuż przed wypadkiem spodziewał się powołania
do reprezentacji Anglii na sezon 1932 roku. Utrata nóg byłaby tragedią
dla każdego, lecz dla Badera, który miał bzika na punkcie sportu, było
to podwójne nieszczęście. Gdy tylko znów mógł chodzić, zaczął rozglądać
się za innymi formami rozrywki. Najpierw próbował sił w golfie, a od
1939 roku - w wojnie. Wojenne wyczyny Badera najłatwiej zrozumieć przez
pryzmat sportu. Wszystkie relacje na temat jego działań pokazują, że
walkę zbrojną traktował jak mecz rugby, w którym stawką jest niebo.
Denerwował się, że nie należy do najlepszej drużyny - 11 Grupy
Myśliwskiej - i zachowywał się jak kapitan, nawet jeśli nim nie był.
Zazdrościł kolegom i wciąż nie mógł się doczekać, żeby złapać piłkę i pobiec.
Bader brał udział w walkach nad Francją podczas ewakuacji Dunkierki -
swój pierwszy samolot, Messerschmitta 109, strącił 1 czerwca 1940 roku.
Potem dołożył kolejne do listy osiągnięć, na przykład 9 lipca u wybrzeży
hrabstwa Norfolk strącił bombowiec Dornier. Sukcesy przeplatały się z pokazami brawury: pewnego razu Baderowi skończyła się amunicja, więc
rozważał staranowanie samolotu wroga. Mimo to przez większość bitwy o Anglię, w której jego oddziałowi przypadła drugoplanowa rola, frustrował
się brakiem akcji.
Sytuacja uległa zmianie jeszcze w 1940 roku, kiedy Bader stał się
celebrytą. Nie był zresztą jedynym pilotem, któremu przyznano ten
status. Piloci RAF-u to ówczesny odpowiednik dzisiejszych boysbandów.
Podpułkownik Paddy Barthropp, odznaczony Krzyżem Wybitnej Służby
Lotniczej (Distinguished Flying Cross, DFC) i Krzyżem Sił Powietrznych
(Air Force Cross, AFC), w 2009 roku powiedział stacji Channel 4:
"Byliśmy jak [...] David Beckham [...]. Pilot myśliwca [...] to było
chyba najbardziej prestiżowe zajęcie [...] spośród wszystkich trzech
rodzajów sił zbrojnych".
A jednak Bader się wyróżniał. Jak ujęła to jego szwagierka Jill Lucas:
"Nie było wcześniej człowieka bez nóg, który by latał, dowodził eskadrą
i zestrzeliwał niemieckie samoloty".
Alexander Austin, starszy specjalista ds. PR-u w Dowództwie Lotnictwa
Myśliwskiego, po raz pierwszy usłyszał o charyzmatycznym i beznogim asie
myśliwskim na początku lata 1940 roku. Po briefingu z 14 lipca 1940 roku
dziennikarze rzucili się przeprowadzić wywiady z Baderem i jego matką.
"Daily Mail" dotarł do pani Bader, która wychwalała "pogodne
usposobienie" syna mimo wypadku, który zmienił jego życie, a wkrótce
potem "Daily Mirror" okrzyknęło go "największym spośród wszystkich
bohaterów". Określenie się przyjęło, a "Guardian", "Times" i "Daily
Telegraph" opublikowały peany na cześć beznogiego supermana.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Format znany w Polsce pod nazwą Grasz czy nie grasz (przyp. tłum.). [wróć]
Przez większość drugiego sezonu walizkę numer 24 trzymała niejaka Meghan Markle, ale odeszła po trzydziestym czwartym odcinku. Autrey wystąpił w sześćdziesiątym siódmym odcinku tej samej serii. [wróć]
Bohaterowie społeczeństwa to osoby namaszczone do roli naszych wspólnych ikon przez historyków, polityków, społeczeństwo i tradycję. [wróć]
Towarzystwo Popierania Przemysłu Narodowego. [wróć]
Nie jest jasne, czy Negri i Valentino naprawdę byli zaręczeni; jedyny dowód stanowią (niezbyt przekonujące) słowa samej Negri. [wróć]
Najsłynniejsza rola Valentino. [wróć]
Połączenie rosyjskich słów "agitacja" i "propaganda", pochodzące od nazwy wydziału Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego. [wróć]
Pies wabił się Nigger (obraźl. "czarnuch") (przyp. tłum.). [wróć]
Podczas II wojny światowej Richard Todd służył w Pułku Spadochronowym i 6 czerwca 1944 roku został zrzucony we Francji. W czasie walk o Most Pegaza w pobliżu Caen, gdzie Brytyjczycy starli się z jednostkami Wehrmachtu, poznał majora Johna Howarda. W 1962 roku Todd wcielił się w rolę Howarda w filmie o lądowaniu w Normandii Najdłuższy dzień. [wróć]
S.P. Mackenzie, Bader's War, 2008, s. 165. [wróć]
Nawiązanie do żartobliwego ogłoszenia Badera: "Przedsiębiorstwo autobusowe Badera - codzienne kursy na kontynent - tylko bilety powrotne" (przyp. tłum.). [wróć]
Gra słów: arms i legs to dosłownie "ręce" i "nogi", lecz w nazwach pubów arms odnosi się do znaków herbowych (ang. coat of arms) (przyp. tłum.). [wróć]
W oryginale fuckers, co pozwala na grę słów: fucker - Fokker (przyp. tłum.). [wróć]
Fikcyjna postać komediowa, parodia brytyjskich osobowości telewizyjnych (przyp. tłum.). [wróć]
W wielu biografiach i encyklopediach podaje się, że Bader senior zmarł w szpitalu w Saint-Omer, z którego później uciekł Douglas. Niektórzy twierdzą, że tam też został pochowany. Taką wersję wydarzeń przedstawiono także w poświęconym Baderowi odcinku This Is Your Life, ale to nieprawda. Major Bader zmarł w Brukseli w 1922 roku, a jego grób znajduje się w cywilnej części brukselskiego cmentarza komunalnego w pobliżu pomnika ku czci poległych w bitwie pod Waterloo. [wróć]