Fałszywe intencje - Mike Omer

Kup ebooka

35.90 zł
29.80 zł (25,13 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Nad­cho­dzili.

Poty­ka­jąc się, krą­żył po ciem­nym domu, gorącz­kowo roz­glą­da­jąc się na boki i łka­jąc ze stra­chu. Ile czasu mu zostało? Godzina? Może mniej. Wie­dział, co mu zro­bią, kiedy tutaj dotrą. Sta­rał się o tym nie myśleć, lecz wie­dział. Wysłu­chał dosta­tecz­nie wielu zeznań, widział aż nadto zdjęć. Boże, bła­gam, nie pozwól, żeby mnie też to spo­tkało.

W garażu na gór­nej półce dostrzegł skrzynkę z narzę­dziami. Sta­nął na pal­cach, szarp­nął ją gwał­tow­nie, a wtedy wieko odsko­czyło, wypadł śru­bo­kręt i ude­rzył go w głowę. Syk­nął z bólu, posta­wił skrzynkę na pod­ło­dze i zaczął w niej grze­bać. W zaku­rzo­nym pomiesz­cze­niu odbi­jał się echem szczęk meta­lo­wych przed­mio­tów. No już, szyb­ciej! Odwró­cił skrzynkę do góry dnem. Gło­śne stuk­nię­cie spra­wiło, że się skrzy­wił. Czy ktoś to usły­szał? Sąsie­dzi? Przy­pad­kowy prze­cho­dzień, który wła­śnie dzwoni na poli­cję? Albo oni?

Są! Chwy­cił kom­bi­nerki i czu­jąc, jak serce łomo­cze mu w piersi, wybiegł z garażu.

Przede wszyst­kim pozbyć się nadaj­nika GPS! Klę­cząc na pod­ło­dze, pró­bo­wał sobie przy­po­mnieć sche­maty, któ­rych się nauczył na pamięć. Nie mógł się jed­nak sku­pić, oddech miał nie­równy, w gło­wie kotło­wały mu się wizje męczarni, jakim go pod­da­dzą, kiedy już tu dotrą. Opa­rze­nia. Rany.

Ode­tchnął głę­boko, zmu­sił się do kon­cen­tra­cji. Nade­szła chwila, żeby się spraw­dzić. Poka­zać, ile jest wart. Godziny tre­nin­gów, wku­wa­nia na pamięć, szy­ko­wa­nia się na tę chwilę.

Tak, wresz­cie sobie przy­po­mniał.

Zła­pał kom­bi­ner­kami ukryty nadaj­nik i wyrwał go z zębo­dołu. Wstał roz­trzę­siony, prze­szedł do łazienki. Chciał wyrzu­cić nadaj­nik do toa­lety, ale do muszli wpa­dły też szczypce. Ożeż jasna cho­lera! Wyło­wił je z sedesu, spu­ścił wodę.

Teraz mikro­fon. Ten był scho­wany bar­dziej z tyłu, trud­niej było się do niego dobrać.

Kiedy pró­bo­wał wetknąć szczypce, by wyrwać mikro­fon, w ciem­no­ści coś bły­snęło. Zami­go­tało białe świa­tło - tele­fon komór­kowy. Pod­niósł go i spoj­rzał na ekran. Dostał nową wia­do­mość.

Czerwona_Królowa: Gąsie­nico, jesteś tam?

Rzecz jasna, nie nazy­wał się Gąsie­nica. Ale w sieci każdy krył się za nic­kiem, cho­wał w męt­nej wodzie, by nie dało się go wyśle­dzić. Musiał odpo­wie­dzieć, żeby zmy­lić każ­dego, kto pod­słu­chi­wał, obser­wo­wał, robił notatki.

Jestem.

Wystu­kał to drżą­cym pal­cem. Na ekra­nie została smuga krwi, czer­wona lepka plama. Jego DNA oraz odcisk palca.

Czerwona_Królowa: Widzia­łeś ich wcze­śniej­szy post? Na temat tych dzieci?

Naj­chęt­niej roz­trza­skałby ekran i wydarł się na Czer­woną Kró­lową, że to nie jest dobry moment, że może już po niego jadą, że może jest spa­lony. Zmu­sił się jed­nak do wystu­ka­nia odpo­wie­dzi - spo­koj­nej, krót­kiej i bez lite­ró­wek.

Gąsie­nica: Zajęty. Prze­czy­tam póź­niej.

Zga­sił ekran, znowu wziął kom­bi­nerki.

Gdzie jest mikro­fon?

Pierw­szy dolny ząb trzo­nowy po pra­wej. Zadarł brodę, wsu­nął szczypce do ust, zła­pał ząb. Wyrwał go jed­nym sil­nym szarp­nię­ciem, zato­czył się i wylą­do­wał na tyłku. Czuł, jak krew z pod­łogi wsiąka w jego dżinsy.

Powrót do łazienki, pew­niej­szym kro­kiem. Tym razem do sedesu wpadł ząb, nie kom­bi­nerki. Stuk­nął o dno, zosta­wia­jąc po dro­dze czer­wony ślad krwi.

Spu­ścił wodę i pozwo­lił sobie na uśmiech. Zro­bił to! Zała­twił jed­nego z ich agen­tów. Był pierw­szym, któ­remu to się udało. Ponad trzy lata wal­czyli z tą szem­raną grupą i cza­sami odno­sił wra­że­nie, że ich walka jest bez­na­dziejna. Że potężna sitwa tych porą­ba­nych sukin­sy­nów jest abso­lut­nie nie­ty­kalna. Krąg ste­ro­wał prze­cież rzą­dem, woj­skiem, poli­cją, mediami. Czy komuś takiemu mogła się prze­ciw­sta­wić śmiesz­nie mała grupka zwy­czaj­nych ludzi?

Może jed­nak nie bez powodu wybrano go wraz z innymi? Oto dowód - zro­bił to!

Zabił jed­nego z wro­gów. A skoro doko­nał tego w poje­dynkę, to dzia­ła­jąc razem, mogą wykoń­czyć resztę.

Odwró­cił się, spoj­rzał na swoją twarz w lustrze. Roz­czo­chrany, uma­zany krwią. Ale zwy­cię­ski.

Umył ręce w umy­walce, zosta­wia­jąc na bia­łej por­ce­la­nie czer­wone plamy, i myślał o tam­tych. Usi­ło­wał prze­wi­dzieć ich ruchy. Praw­do­po­dob­nie wkrótce spró­bują nawią­zać kon­takt ze swoim agen­tem. Prze­ko­nają się, że nie odbiera. A namie­rza­jąc nadaj­nik GPS, będą szu­kali wia­tru w polu, wzdłuż całej miej­skiej kana­li­za­cji. To mu dawało tro­chę czasu. Nie­wiele, wroga nie wolno lek­ce­wa­żyć. Ale dosta­tecz­nie dużo, by zdą­żył zatrzeć za sobą ślady.

Wró­cił do salonu, zapa­lił świa­tło i sta­nął bez ruchu. Po raz pierw­szy mógł w pełni oce­nić swoje dzieło. Na całej pod­ło­dze plamy krwi. I leżące ciało - mar­twe, szklany wzrok, sze­roko otwarte usta, brak dwóch zębów, a do tego ślady krwi oraz kawałki chrząstki.

Zakrę­ciło mu się w gło­wie, oparł się o ścianę. Zro­bił, co nale­żało. To jest wojna, a jego wybrano, żeby chro­nił nie­win­nych i bez­bron­nych.

A na woj­nie leje się krew.

I nagła, kło­po­tliwa myśl. A jeśli się pomy­lił?

Jeżeli w zębach, które wyrwał, nie było nadaj­nika ani mikro­fonu? Jeśli sche­mat zawie­rał błąd, zmyłkę wpro­wa­dzoną umyśl­nie w ramach dzia­łań kontr­wy­wia­dow­czych wroga?

Nie wierz nikomu. Zawsze myśl z wyprze­dze­niem.

Nadaj­nik i mikro­fon mogły się znaj­do­wać w nie­usu­nię­tych zębach. Cze­kało go jesz­cze mnó­stwo roboty. Po raz trzeci ukląkł przy zwło­kach i chwy­cił szczyp­cami kolejny ząb.

Zawa­hał się. To jakiś obłęd. W skrzynce z narzę­dziami był prze­cież mło­tek.

Rozdział 2

Zapa­chy nie­mi­łych wspo­mnień wdzie­rają nam się w noz­drza i potra­fią zagnieź­dzić się w naszym mózgu na wiele godzin, dni, a nawet tygo­dni.

Abby Mul­len patrzyła przez przed­nią szybę auta z wypo­ży­czalni i oddy­chała głę­boko, pró­bu­jąc wypeł­nić nos zapa­chem odświe­ża­cza powie­trza w samo­cho­dzie. Chyba sosno­wego, w każ­dym razie była to jakaś nędzna imi­ta­cja roślin­nej woni. Nic to nie dało. Nie udało jej się pobyć smrodu, który czuła od tygo­dnia, który śnił jej się po nocach i nawie­dzał ją za dnia.

Ludzie czę­sto zachwy­cają się tym, jak zapa­chy potra­fią przy­wo­ły­wać wspo­mnie­nia. Jak aro­mat cyna­monu przy­wo­dzi na myśl nie­dzielne poranki u babci i wypie­kane przez nią babeczki. Albo jak czu­jąc woń świeżo ścię­tych kwia­tów, mają przed oczami wio­senny pik­nik.

Mało kto jed­nak mówi o tym, że odór środka dezyn­fe­ku­ją­cego koja­rzy im się z chwilą, kiedy w szpi­talu trzy­mali za rękę umie­ra­ją­cego ojca. Albo jak fetor gni­ją­cego mięsa prze­nosi ich w czasy dzie­ciń­stwa, kiedy zna­leźli w lesie mar­twego psa i po raz pierw­szy zetknęli się ze śmier­cią.

Nikt ni­gdy nie mówił o dymie. Duszą­cym, wszech­obec­nym dymie i o wspo­mnie­niach, które mu towa­rzy­szyły.

Sie­dząc za kie­row­nicą, Abby zaci­skała zęby. Z jed­nej strony była doro­słą kobietą, matką dwojga dzieci, porucz­ni­kiem nowo­jor­skiej poli­cji. Z dru­giej - sied­mio­let­nią dziew­czynką poty­ka­jącą się w drew­nia­nym kory­ta­rzu, bo przez gęsty dym nie­wiele widziała.

Zanio­sła się kasz­lem, do pół­przy­mknię­tych oczu napły­nęły łzy. Zza zary­glo­wa­nych drzwi dobie­gały stłu­mione krzyki, jakaś kobieta bła­gała, żeby ją wypu­ścić. Mamu­sia? Czy ktoś inny? Musiała ich uwol­nić.

Ze ścian buchał żar, po dru­giej stro­nie roz­sza­lało się pie­kło. Były tam dzie­siątki uwię­zio­nych ludzi. To ona ich tam zamknęła. Popeł­niła błąd, może coś źle zro­zu­miała. Ale otwo­rzy zasuwę, a wtedy...

"Abi­hail, ucie­kaj stam­tąd!" - krzyk­nęła za jej ple­cami Eden; także kasz­lała, w jej gło­sie brzmiały roz­pacz i strach. Ale ona nic nie rozu­miała... to była pomyłka, a mamu­sia i tatuś wołają teraz o pomoc.

Abi­hail miała do drzwi już tylko kilka kro­ków, wycią­gnęła rękę do rygla, żeby ich wypu­ścić.

Czy­jaś dłoń chwy­ciła ją za ramię, odcią­gnęła, pró­bo­wała ją odwró­cić.

Krzyk­nęła ze zło­ści i stra­chu, usi­łu­jąc się wyrwać.

I wtedy nastą­pił wybuch, jego siła odrzu­ciła ją do tyłu, nagle poczuła w karku palący ból, pochło­nęły ich pło­mie­nie...

Abby zadrżała, ode­tchnęła głę­boko i jej ręka mimo­wol­nie powę­dro­wała do bli­zny na karku. Dotknęła zgru­bie­nia na skó­rze, przy­po­mi­na­jąc sobie, że nie jest już dziec­kiem. Że pożar, nazwany przez prasę masa­krą Wil­coxa, to prze­szłość sprzed kilku dekad.

A teraz, po raz pierw­szy od ponad trzy­dzie­stu lat, znów była w Karo­li­nie Pół­noc­nej, na tere­nie nale­żą­cym kie­dyś do Rodziny Wil­coxa.

Rzecz jasna, olbrzymi drew­niany budy­nek, w któ­rym mie­ściła się ich kaplica, a także jada­nia, biura oraz sypial­nia Mosesa Wil­coxa, znik­nął. Spa­lił się doszczęt­nie, a to, co z niego zostało, już dawno usu­nięto. Nie było też trzech wiel­kich chat słu­żą­cych za sypial­nie.

Na ich miej­scu obok drogi sta­nął wielki pro­sto­kątny pomnik z gra­nitu. Za nim rosło kilka cał­ko­wi­cie teraz bez­list­nych drzew. Były to klony zasa­dzone ku pamięci tych, któ­rzy zgi­nęli w poża­rze. Abby widziała zdję­cia tego pomnika zro­bione jesie­nią, jaskrawa czer­wień listo­wia drzew kon­tra­sto­wała z posęp­nym cha­rak­te­rem monu­mentu. Teraz ten efekt zanikł - drzewa paso­wały sza­ro­ścią do nieba oraz gra­ni­to­wej płyty. Były szare jak dym.

Wysia­dła z wypo­ży­czo­nego samo­chodu i pode­szła do wiel­kiego kamie­nia. Prze­su­wa­jąc pal­cem po szorst­kiej powierzchni gra­nitu, prze­czy­tała dedy­ka­cję:

DLA UCZCZE­NIA PAMIĘCI

PIĘĆ­DZIE­SIĘ­CIU DZIE­WIĘ­CIU NIE­WIN­NYCH OSÓB,

KTÓ­RYCH ŻYCIE PRZE­RWANO

23 KWIET­NIA 1987 ROKU.

DZIE­WIĘĆ Z NICH MIAŁO NIE WIĘ­CEJ NIŻ OSIEM LAT.

Pod inskryp­cją wid­niały nazwi­ska, w czte­rech kolum­nach.

Szybko prze­bie­gła wzro­kiem listę. Pośrodku trze­ciej kolumny zna­la­zła Mar­thę Richard­son i Davida Richard­sona. Swo­ich rodzi­ców.

Się­gnęła pamię­cią wstecz, pró­bu­jąc ich sobie przy­po­mnieć. Bez trudu wyobra­ziła sobie matkę zbie­ra­jącą kwiaty na polu albo ukła­da­jącą bukiety dla kwia­ciarni, ponie­waż spę­dzała z nią dużo czasu. Tak jak Abby, była blon­dynką, a jej bujne włosy się­gały aż do pasa. Zbie­rała je w koń­ski ogon, nie pró­bu­jąc masko­wać tej skazy urody, która prze­śla­do­wała Abby do dziś - wiel­kich uszu.

Co innego z ojcem. Pamię­tała, jak pod­czas modli­twy dzięk­czyn­nej trzy­mała go za rękę - wielką i zawsze nie­zwy­kle cie­płą. Miał podra­paną skórę - rezul­tat codzien­nej pracy z kol­cza­stymi rośli­nami. Ale oprócz jego dłoni nie pamię­tała nic wię­cej.

Na dole kolumny kolejne nazwi­sko. Moses Wil­cox. Wpa­try­wała się w nie przez chwilę, zaci­ska­jąc zęby. Nagle zmarsz­czyła czoło i przyj­rzała się bli­żej. Sądziła, że nazwi­ska wypi­sano w kolej­no­ści alfa­be­tycz­nej, wów­czas jed­nak Moses zna­la­złby się w czwar­tej kolum­nie, przy końcu listy. Szybko uświa­do­miła sobie, że tak nie jest - z nie­wia­do­mego powodu ostat­nie osiem ofiar wymie­niono tylko z imie­nia, bez nazwisk.

Zna­la­zł­szy rodzi­ców, jesz­cze raz przej­rzała nazwi­ska i zna­la­zła wię­cej takich, które zapa­mię­tała. Rodzi­ców Eden. Matki Isa­aca - jego ojciec ni­gdy nie wstą­pił do sekty. Hanny, która pra­co­wała w kuchni i czę­sto pie­kła dzie­ciom cia­steczka. Erica, który łaził po całej far­mie i gapił się na nią tak dziw­nie, że aż się bała.

Zdzi­wiła się, że przy­po­mniała sobie tyle nazwisk, i to ludzi, o któ­rych nie myślała od ponad trzy­dzie­stu lat. A jed­nak... gdzieś tu tkwił jakiś błąd.

Kie­rowca cię­ża­rówki, który zawo­ził bukiety jej matki do kwia­ciarni, miał na imię Geo­rge. Ale choć przej­rzała listę czte­ro­krot­nie, nie zna­la­zła jego nazwi­ska. Figu­ro­wał tam inny Geo­rge - Flet­cher - on jed­nak był ojcem Eden i Abby wie­działa z całą pew­no­ścią, że cho­dzi o dwie różne osoby.

Wyjęła tele­fon i zadzwo­niła do Eden.

- Cześć, Abby! - rzu­ciła Eden wesoło; w niczym nie przy­po­mi­nała prze­ra­żo­nej, zroz­pa­czo­nej kobiety, któ­rej Abby pomo­gła przed dwoma mie­sią­cami.

- Hej. - Roz­ma­wia­jąc, Abby odru­chowo rzu­ciła wzro­kiem na nazwi­ska rodzi­ców Eden. - Słu­chaj, wła­śnie stoję przed pomni­kiem.

Roz­ma­wiały o tym, zanim przy­le­ciała do Karo­liny Pół­noc­nej. Nie­dawne spo­tka­nie po latach trojga oca­la­łych z masa­kry sekty Wil­coxa - Abby, Eden i Isa­aca - wskrze­siło pozo­sta­jące bez odpo­wie­dzi pyta­nia i przy­wo­łało mroczne, pogrze­bane wspo­mnie­nia. Abby chciała do tego wró­cić i docie­kać prawdy, ale Eden i Isaac nie byli zachwy­ceni jej pomy­słem. Woleli zosta­wić prze­szłość za sobą. Mimo to Eden popro­siła Abby, żeby infor­mo­wała ją, jeśli coś odkryje.

- I jak wygląda? - spy­tała Eden.

- Bo ja wiem? Jak kamień pamiąt­kowy. Jest na nim lista nazwisk.

Krót­kie mil­cze­nie.

- Uhm.

- Mam do cie­bie pyta­nie... czy pamię­tasz Geo­rge'a? Nie two­jego tatę... tego dru­giego.

- Mówisz o kie­rowcy cię­ża­rówki? Jasne. Cza­sami zabie­rał mnie ze sobą.

- On tam był aż do... - Abby odchrząk­nęła. - Aż do końca, tak?

- Tak... Jestem tego pra­wie pewna. Dla­czego pytasz?

- Bo wygląda na to, że zapo­mnieli go tutaj umie­ścić. Pamię­tasz może, jak miał na nazwi­sko?

- Nie mam poję­cia. Byłam małym dziec­kiem. - W gło­sie Eden poja­wiła się obronna nuta.

- Jasne. Jak my wszy­scy. No nic, dzięki.

- A widzia­łaś się już z tam­tym face­tem?

- Nie, to mój następny przy­sta­nek.

- No to powo­dze­nia.

- Dzięki. Ode­zwę się potem. - Abby roz­łą­czyła się i rozej­rzała. Pod­nio­sła nie­duży kamień z pobo­cza drogi, poło­żyła go na pomniku i prze­su­nęła pal­cem po kon­tu­rze litery "M" w imie­niu matki.

A potem wró­ciła do samo­chodu, zapa­liła sil­nik i nasta­wiła się na spo­tka­nie z czło­wie­kiem, który był świad­kiem jed­nego z naj­gor­szych wyda­rzeń w jej życiu.

Rozdział 3

Dom stał przy ulicy, gdzie drzew było dwa­dzie­ścia razy wię­cej niż budyn­ków. Usiana maleń­kimi puszy­stymi kwiat­kami trawa w ogro­dzie two­rzyła nieco baśniowy nastrój. Na weran­dzie w fotelu z wikliny sie­dział siwo­włosy męż­czy­zna i palił papie­rosa. U jego boku leżał wielki gol­den retrie­ver, z głową spo­czy­wa­jącą na przed­nich łapach i zamknię­tymi oczami.

Abby wysia­dła z samo­chodu i pode­szła bli­żej.

- Prze­pra­szam pana...

- Wszyst­kie są za domem. - Męż­czy­zna mach­nął ręką, w któ­rej nie­dbale trzy­mał papie­rosa. - Zaj­rzyj za róg, może znaj­dziesz swój.

- Może co...? Ja szu­kam Nor­mana Lewisa.

- To ja. Mówi­łem ci, zaj­rzyj za... zresztą nie­ważne, sam ci pokażę.

Wstał, postę­ku­jąc i trzy­ma­jąc się za krzyż. Gol­den retrie­ver zerwał się żwawo i poszedł za Nor­ma­nem Lewi­sem, który wolno poczła­pał za dom. Abby, nic z tego nie rozu­mie­jąc, ruszyła za nimi. Nor­man skrę­cił za róg, zatrzy­mał się przy wiel­kiej ster­cie butów i wle­pił w nią wzrok. Abby dołą­czyła do niego i też zapa­trzyła się na obu­wie. Pies spo­glą­dał na nią wycze­ku­jąco, mer­da­jąc ogo­nem.

Znisz­czone, zabło­cone buty wyglą­dały dość żało­śnie. Były wszel­kich rodza­jów i roz­mia­rów - kilka teni­só­wek, dzie­cięcy botek i kobieca czer­wona szpilka.

- Cho­dzi o ten? - Nor­man wska­zał czer­woną szpilkę. - Tak na oko to chyba twój roz­miar.

- Nie, ja...

- Nie widzisz go tu? A nie masz przy­pad­kiem ze sobą dru­giego, co? Poszu­kam go. Ale to może potrwać kilka dni, bo zanim je tu przy­nie­sie, cza­sem je zako­puje.

- Panie Lewis, nie przy­je­cha­łam szu­kać zagi­nio­nego buta. Nazy­wam się Abby Mul­len. Mówił pan, że mogę wpaść w tym tygo­dniu o dowol­nej porze.

- A! - Rap­tow­nie uniósł brwi. - Jesteś tą poli­cjantką z Nowego Jorku. Tak naprawdę nie sądzi­łem, że się zja­wisz.

Abby unio­sła ręce, jakby z zaże­no­wa­niem chciała powie­dzieć "ale jestem".

Nor­man znowu spoj­rzał na buty.

- Od kilku dni jest coraz gorzej. W sobotę lało jak z cebra, po uli­cach pły­nęło błoto. Wszy­scy zosta­wiają brudne buty przed drzwiami domów, więc Cooper ma uży­wa­nie. - Wzru­szył ramio­nami. - No nic. Wejdźmy do środka.

Zapro­wa­dził ją do przy­tul­nego małego salonu i usiadł na kana­pie, która pew­nie była star­sza od Abby. Ona zajęła jedyne pozo­stałe miej­sce do sie­dze­nia - fotel bujany. Cooper poło­żył się na dywa­nie mię­dzy nimi i wes­tchnął głę­boko.

- Napi­jesz się cze­goś? Kawy? Her­baty? - zapy­tał Nor­man.

- Nie, dzię­kuję.

- Może soku jabł­ko­wego? Piwa? Albo zwy­kłej wody?

- Nie, naprawdę niczego mi nie trzeba.

Roz­parł się na kana­pie.

- Po śmierci mojej żony, przed dwoma laty, Cooper zaczął kraść buty. Nie wiem, czy to jakiś dzi­waczny mecha­nizm radze­nia sobie ze stre­sem, czy uważa, że zno­sząc mi tu cudze buty, sprawi, że poczuję się lepiej.

Na dźwięk swo­jego imie­nia Cooper uniósł łeb. Kiedy Abby nachy­liła się, by go podra­pać po gło­wie, zamer­dał ogo­nem i postu­kał nim w pod­łogę. Abby ni­gdy nie widziała rów­nie uro­czego fety­szy­sty butów.

- Z początku przy­no­sił tylko lewe buty. Dzie­więć lewych butów. Nic tylko geniusz, pomy­śla­łem. Sły­sza­łaś, żeby jakiś pies potra­fił odróż­niać lewe buty od pra­wych?

- Nie. - Uśmiech­nęła się do niego sze­roko. Naj­wy­raź­niej był spra­gniony towa­rzy­stwa, więc nie miała ochoty odgrze­by­wać prze­szło­ści i psuć nastroju. Posta­no­wiła odcze­kać kilka minut.

- Ale potem przy­niósł też kilka pra­wych, więc uzna­łem, że to tylko zbieg oko­licz­no­ści. Kie­dyś przy­niósł mi but klauna. Miał trzy czwarte metra dłu­go­ści i był fio­le­towy. Na pewno nie chcesz cze­goś do picia?

- Nie, dzięki.

- Jak sobie życzysz. A więc co spro­wa­dza poli­cjantkę z Nowego Jorku do Ayden?

Wes­tchnęła.

- Chcia­łam pana zapy­tać o coś, co się wyda­rzyło dawno temu. O pożar na tere­nie sekty Wil­coxa.

- Aha. - Jego twarz spo­chmur­niała.

Przez chwilę Abby miała ochotę skła­mać, że rze­czy­wi­ście zgu­biła but i wła­śnie w związku z tym przy­je­chała. Spy­tała jed­nak:

- Był pan przy tym, prawda?

- Byłem tam - przy­znał ponuro. - Dla­czego cię to inte­re­suje?

- Mia­łam wtedy na imię Abi­hail - powie­działa po chwili waha­nia.

Wytrzesz­czył na nią oczy, ale zaraz otwo­rzył usta i krew odpły­nęła mu z twa­rzy.

- Dobry Boże - wyszep­tał.

- Pamięta mnie pan?

- Dziew­czyno, pamięć mi szwan­kuje. Trzy razy z rzędu zapo­mnia­łem o rocz­nicy ślubu. Ale tam­tego dnia ni­gdy nie zapo­mnę. A wierz mi, pró­bo­wa­łem.

Uśmiech­nęła się do niego smutno.

- Cie­szę się. Bo liczy­łam, że uzy­skam odpo­wie­dzi na kilka pytań.

Zaci­snął usta i sie­dział tak przez dłuż­szą chwilę.

- Wiesz co? Chyba muszę się napić. Zacze­kaj tu.

Cooper wstał i w ślad za Nor­ma­nem opu­ścił pokój, ale przed wyj­ściem przy­sta­nął, jakby nie wie­dział, czy może zosta­wić gościa bez nad­zoru. Zawró­cił, pod­szedł do Abby i poło­żył łeb na jej kola­nie. Podra­pała go, a on z roz­ko­szy zamknął oczy. Kiedy prze­stała, szturch­nął ją nosem w rękę i powta­rzał to tak długo, aż w końcu się pod­dała i znowu zaczęła go czo­chrać po łbie.

Nor­man wró­cił kilka minut póź­niej, w jed­nej ręce nio­sąc butelkę piwa, a w dru­giej paru­jący kubek.

- Dopóki go będziesz dra­pać, za nic się od cie­bie nie odczepi. - Podał jej kubek. - Her­bata cyna­mo­nowa. Na dwo­rze jest ziąb.

- Dzięki - odparła uprzej­mie i upiła łyk. Zdzi­wiła się, bo napój był naprawdę pyszny. Cooper trą­cił ją w rękę, doma­ga­jąc się dal­szych piesz­czot, i w rezul­ta­cie oblała się her­batą.

- Cooper, wyno­cha - pole­cił mu Nor­man, otwie­ra­jąc drzwi fron­towe.

Pies popa­trzył na niego wyraź­nie ura­żony.

- Jazda, już cię tu nie ma.

Pies wes­tchnął i powlókł się na dwór. Nor­man zamknął drzwi, usiadł i wypił łyk piwa.

- Czyli nie przy­je­cha­łaś w związku ze śledz­twem?

- Raczej nie.

Ski­nął głową.

- A wiesz, że czę­sto myśla­łem o waszej trójce. Gdzie wylą­do­wa­li­ście. Bo wtedy wyda­wa­łaś się taka... zagu­biona. Raz nawet pró­bo­wa­łem cię odszu­kać, ale nie chcieli mi zdra­dzić, gdzie jesteś.

- Tra­fi­łam do rodziny zastęp­czej, która z cza­sem mnie adop­to­wała.

Jego twarz nieco się roz­pro­mie­niła.

- Miło sły­szeć. A nie wiesz cza­sem, co się stało z tamtą dwójką? Z Eden i Isa­akiem?

- Eden zało­żyła rodzinę. A Isaac jest księ­go­wym. - Ogól­ni­kowe fakty, nie­do­ty­ka­jące mrocz­nej prawdy. Ale Nor­man zmru­żył oczy i spoj­rzał na nią prze­bie­gle; nie dał się wypro­wa­dzić w pole.

- No dobrze - powie­dział. - To o co mnie chcia­łaś zapy­tać?

- No... Tak sobie myśla­łam o naszej roz­mo­wie. Tej przez tele­fon. Wiem, że ist­nieją trans­krypty. Czy­ta­łam je. Ale mam pyta­nie... czy jest coś, czego w tych trans­kryp­tach nie ma?

- Na przy­kład?

- Na przy­kład, jakie wra­że­nie na panu zro­bi­łam.

- Sły­chać było, że jesteś prze­ra­żona. Przy­sta­wił ci pisto­let do głowy.

- Czy pła­ka­łam?

Zawa­hał się.

- Chyba tak.

- Chyba? Mówił pan, że pamięta wszystko z tam­tego wie­czoru.

- Tak, ale cię nie widzia­łem - zauwa­żył. - Połą­cze­nie było kiep­skie, nic tylko trza­ski. Jak mówi­łem, trzy­mał cię na muszce. Która sied­mio­latka by się nie roz­pła­kała?

Sied­mio­latka, któ­rej wcale nie gro­żono pisto­le­tem. Sied­mio­latka, która powta­rzała tylko to, co Moses Wil­cox kazał jej powie­dzieć.

- Powie­dzia­łam wam, że jeste­śmy zebrani w sali jadal­nej, wszy­scy człon­ko­wie wspól­noty - rze­kła Abby. - Sły­szał ich pan?

Nor­man zmarsz­czył czoło.

- Przy­po­mi­nam sobie, że w tle sły­sza­łem czyjś płacz.

- Sześć­dzie­siąt dwie osoby w zatło­czo­nym pomiesz­cze­niu. Musieli jakoś hała­so­wać.

- Nie sądzę. Ten cały Moses Wil­cox miał pisto­let. Myślę, że bali się ode­zwać.

- Czyli pamięta pan tylko czyjś płacz? - naci­skała Abby.

- Tak.

- No trudno - mruk­nęła. Przez chwilę popi­jała her­batę.

Liczyła na coś innego. Że usły­szy, że szlo­chała do tele­fonu. Że Nor­man sły­szał w tle woła­nie o pomoc. Sama pamię­tała ten wie­czór jak przez mgłę, wszystko jej się mie­szało. Jesz­cze do nie­dawna wie­rzyła, że byli w sali jadal­nej wszy­scy razem. I że Moses przy­sta­wił jej pisto­let do głowy i mówił, co ma prze­ka­zy­wać poli­cji.

Ale dwa mie­siące temu, gdy znowu spo­tkała się z Eden, zaczęła ina­czej postrze­gać te wyda­rze­nia. Eden, Isaac i ona znaj­do­wali się w innym pokoju niż reszta wspól­noty. Moses kazał jej roz­ma­wiać z poli­cjan­tami i powie­dzieć im, żeby się trzy­mali z daleka, bo ma ją na muszce.

"Powiedz im o broni". Jego palec przy­ci­śnięty do jej skroni, zupeł­nie jak lufa. "Powiedz im, że jeste­śmy tu razem, sześć­dzie­siąt dwie osoby".

A potem wyszedł z pokoju. I kiedy roz­ma­wiała z poli­cją - z Nor­ma­nem, który sie­dział teraz przed nią z butelką piwa w ręku - powtó­rzyła wszystko to, co Moses kazał jej powie­dzieć. Mimo że wcale nie przy­ci­skał jej lufy do głowy. Jego nawet nie było w tym pomiesz­cze­niu. A potem, kiedy skoń­czyła roz­mowę, pode­szła do drzwi sali jadal­nej i je zary­glo­wała, zgod­nie z roz­ka­zem Mosesa. Zamy­ka­jąc w środku wszyst­kich człon­ków wspól­noty.

Nie mogła tego spraw­dzić na pewno, ale wszystko, co powie­dział teraz Nor­man, naj­wy­raź­niej potwier­dzało jej wspo­mnie­nia. Przy­ło­żyła rękę do śmierci w pło­mie­niach pięć­dzie­się­ciu dzie­wię­ciu osób, w tym swo­ich rodzi­ców.

Zamru­gała i odchrząk­nęła.

- Po dro­dze do pana obej­rza­łam pomnik. Nie­które osoby wymie­nione są tylko z imie­nia, bez nazwi­ska.

- Tak. Nie mie­li­śmy wykazu wszyst­kich człon­ków sekty... to zna­czy wspól­noty.

- Może pan mówić "sekta".

- Myślę, że nie­któ­rzy wyznawcy przy­wę­dro­wali z innych sta­nów. Jedni przy­cho­dzili, inni odcho­dzili. A zwłoki były... wyobraź sobie, jak wyglą­dały. Były w strasz­nym sta­nie, pra­wie nie­moż­liwe do ziden­ty­fi­ko­wa­nia. Zasię­gnę­li­śmy języka, więk­szość ofiar ludzie znali. Wy, dzie­ciaki, też poda­li­ście nam tro­chę nazwisk. Z cza­sem zgło­siło się kilka rodzin i ziden­ty­fi­ko­wały swo­ich bli­skich. Ale toż­sa­mo­ści ośmiu osób ni­gdy nie udało się usta­lić.

- Wła­śnie. Bra­kuje nazwi­ska jakie­goś Geo­rge'a.

Uniósł brew.

- Nie bra­kuje. Geo­rge Flet­cher.

Pokrę­ciła głową.

- W sek­cie było dwóch Geo­rge'ów. Geo­rge Flet­cher i jesz­cze jeden.

- Według nas nikogo takiego nie było. Może wcze­śniej opu­ścił sektę?

- Nie. Czy to moż­liwe, że prze­żył pożar?

- Nie prze­żył nikt oprócz was trojga.

- Na pewno pano­wał chaos. Było ciemno, olbrzymi pożar i wszę­dzie pełno dymu. Może prze­ga­pi­li­ście...

- Zwłok był pięć­dzie­siąt dzie­więć. Plus troje oca­la­łych. Sześć­dzie­siąt dwie osoby. Rachu­nek się zga­dza. - Pochy­lił się. - Dla­czego sądzisz, że ktoś jesz­cze prze­żył?

- Mówi­łam panu, że był tam jesz­cze jeden męż­czy­zna imie­niem Geo­rge. Nie jest wymie­niony na pomniku.

Przy­glą­dał jej się uważ­nie.

- Dla­czego chcia­łaś ze mną roz­ma­wiać? Nie przy­je­cha­łaś tu z powodu pomnika. Zadzwo­ni­łaś do mnie ponad tydzień temu. Więc o co cho­dzi?

Zasta­no­wiła się nad odpo­wie­dzią. W końcu zde­cy­do­wała, że sko­czy na głę­boką wodę.

- Po tym poża­rze utrzy­my­wa­łam kon­takt z Isa­akiem. Napi­sał do mnie kilka listów, a ja w końcu zaczę­łam odpi­sy­wać. Potem wysy­łał mi mejle. A od kilku lat pra­wie codzien­nie roz­ma­wiamy na cza­cie.

Nor­man się nie odzy­wał, patrzył jej tylko w oczy. Zoba­czyła przed sobą takiego poli­cjanta, jakim był kie­dyś. Glinę, który wie­dział, że kiedy ktoś mówi, to się słu­cha.

- Przy­sy­łał mi nawet zdję­cia. Wie pan, "Ja z rodzi­cami zastęp­czymi". "To ja na rowe­rze, który dosta­łem na uro­dziny". "A tutaj idę z dziew­czyną na stud­niówkę", takie tam głu­poty. W każ­dym razie kilka tygo­dni temu Eden i ja posta­no­wi­ły­śmy zro­bić mu nie­spo­dziankę i go odwie­dzić. Zna­la­złam adres i poje­cha­ły­śmy. A na miej­scu oka­zało się, że to nie on się ze mną kon­tak­to­wał.

Nor­man uniósł brwi.

- To zna­czy, że pomy­li­łaś adres?

- Adres był dobry. Isaac, z któ­rym się spo­tka­ły­śmy, był dzie­cia­kiem, z któ­rym się wycho­wa­łam, trze­cim oca­la­łym z masa­kry. Ale nie z nim kore­spon­do­wa­łam, to był ktoś inny. Na zdję­ciach wyglą­dał ina­czej. A Isaac, ten praw­dziwy Isaac, nie miał z nami kon­taktu od trzy­dzie­stu lat.

- Uwa­żasz, że ktoś się pod niego pod­szy­wał? - Zmru­żył oczy, w jego gło­sie brzmiało nie­do­wie­rza­nie.

- Tak.

- Po co?

- Wła­śnie tego chcę się dowie­dzieć.

- I sądzisz, że ten ktoś musiał nale­żeć do sekty Wil­coxa?

- Znał sprawy, o któ­rych mógł wie­dzieć tylko ktoś wycho­wany w sek­cie. Sprawy, o któ­rych wie­dzieli wyłącz­nie ludzie, któ­rzy mnie znali w tam­tych cza­sach.

- Nie­któ­rzy ode­szli z sekty przed poża­rem. Na przy­kład ten gość, który napi­sał książkę.

- Leonard Holt - pod­po­wie­działa Abby. Leonard napi­sał auto­bio­gra­fię o latach spę­dzo­nych w Rodzi­nie Wil­coxa. Odszedł na rok przed poża­rem. - Z bie­giem lat ode­szło też kilka innych osób. Więc pew­nie to moż­liwe.

- W każ­dym razie nie był to ten twój Geo­rge, masz na to moje słowo. - Wstał. - Pocze­kaj chwilkę. Mam coś, co cię może zain­te­re­so­wać.

Wyszedł z pokoju. Abby wypiła łyk her­baty, która tym­cza­sem wysty­gła. Odsta­wiła kubek na pod­ręczny sto­lik. Z głębi domu dole­ciał ją jakiś łomot, a po nim stek prze­kleństw.

- Wszystko w porządku? - Wstała.

- Tak, daj mi jesz­cze chwilkę. - W gło­sie Nor­mana brzmiało napię­cie.

Od drzwi fron­to­wych dobie­gało nie­usta­jące dra­pa­nie; towa­rzy­szył mu piskliwy sko­wyt.

- Bądź tak dobra i otwórz Coope­rowi! - zawo­łał Nor­man.

Pode­szła do drzwi wyj­ścio­wych i je otwo­rzyła. Cooper stał w progu, trzy­ma­jąc w pysku błysz­czący czarny kozak za kolano, na szpilce. Upu­ścił go u jej stóp i spoj­rzał na nią wycze­ku­jąco, macha­jąc ogo­nem.

- Dzię­kuję, cho­ciaż raczej nie jest w moim stylu. - Pod­nio­sła but. - Ale roz­miar się zga­dza.

Pies dyszał rado­śnie, z wywie­szo­nym języ­kiem.

- O matko, jesz­cze jeden? - rzu­cił za jej ple­cami Nor­man i jęk­nął.

Odwró­ciła się. Trzy­mał zaku­rzony kar­ton. Posta­wił go na pod­ło­dze i wycią­gnął rękę. Abby podała mu but.

- Chyba był drogi - zauwa­żył. - Cały zaśli­niony. Mam nadzieję, że nie należy do tej pani, która tu była w zeszłym tygo­dniu. Jak mam jej odku­pić coś, co nabyła w Paryżu?

Cooper wszedł do domu, wyraź­nie zado­wo­lony z dobrze wyko­na­nego zada­nia. Abby zamknęła drzwi.

- W tym pudle jest pew­nie wszystko, co udało mi się zebrać na temat pożaru w sek­cie Wil­coxa - oznaj­mił Nor­man, pod­su­wa­jąc jej kar­ton. - Raporty, trans­krypty prze­słu­chań, zdję­cia. Jest tu nawet prze­słu­cha­nie cie­bie. Inna sprawa, że powie­dzia­łaś tyle co nic.

Abby uklę­kła obok pudła i je otwo­rzyła. Sterty pożół­kłych papie­rów. Prze­kart­ko­wała je. Zezna­nia świad­ków. Notatka służ­bowa z FBI. Wyniki sek­cji zwłok. Ucie­kła spoj­rze­niem, gdy natra­fiła na zdję­cie zwę­glo­nego ciała. Plik arty­ku­łów pra­so­wych. A także egzem­plarz książki Leonarda Holta.

- Zbie­ra­łem to nawet po przej­ściu na eme­ry­turę - mruk­nął Nor­man, dra­piąc Coopera po łbie. - W sumie sam nie wiem po co.

- Od nie­któ­rych spraw nie spo­sób się uwol­nić - stwier­dziła Abby z roz­tar­gnie­niem, prze­rzu­ca­jąc wycinki pra­sowe. "Wstrzą­sa­jąca masa­kra w sek­cie Wil­coxa", "Troje oca­la­łych z kosz­mar­nego pożaru". I nagle...

- Och - bąk­nęła.

- Co jest? - zapy­tał Nor­man.

Arty­kuł wydru­ko­wano mie­siąc przed poża­rem. Był to wywiad w lokal­nej gaze­cie z tam­tej­szym kwia­cia­rzem, który zdo­był nagrodę. Przed­sta­wiono go jako członka pobli­skiej wspól­noty chrze­ści­jań­skiej.

Tekst ilu­stro­wało zdję­cie.

Abby pod­nio­sła wzrok na Nor­mana.

- To mój tata.

Rozdział 4

Kiedy Gąsie­nica był zestre­so­wany, przez sen zaci­skał szczęki. Mało tego, zgrzy­tał zębami, które bez prze­rwy tarły o sie­bie. Była dziew­czyna narze­kała, że to upiorny dźwięk, że sły­szy, jak jego zęby ście­rają się na proch. Zażą­dała, żeby poszedł do den­ty­sty, ale odmó­wił.

Już wtedy nie ufał den­ty­stom. Jesz­cze zanim poznał prawdę. Intu­icja go nie zawo­dziła.

Ostat­nio jed­nak każdy dzień był nie­zwy­kle stre­su­jący i co rano budził się z kosz­mar­nym bólem głowy i obo­lałą szczęką. Nie był wypo­częty, tak jak zwy­kle po prze­spa­nej nocy. Mię­śnie miał napięte, a ciało zesztyw­niałe.

Wstał z jękiem i poczła­pał do kuchni. Zapa­rzył sobie dzba­nek kawy. Codzien­nie rano parzył świeżą kawę, bar­dzo mocną, i popi­jał ją przez cały dzień, choć nie­rzadko po połu­dniu musiał robić drugi dzba­nek. Dzięki kawie miał wyostrzony umysł i dostrze­gał pra­wi­dło­wo­ści.

Pra­wi­dło­wo­ści to pod­stawa.

Popi­ja­jąc z kubka, wyglą­dał przez okno na podwórko za domem. Część kwia­tów w ogro­dzie zwię­dła. Zmarsz­czył czoło, jego mina odbiła się w szy­bie. Sie­dział tak, że na tle roślin jego odbita w szkle głowa wyglą­dała jak w koro­nie. Wie­niec usy­cha­ją­cych kwia­tów. Prych­nął, uświa­do­miw­szy sobie, że sam też jest śmier­telny, i prze­cze­sał ręką rzad­kie kasz­ta­nowe włosy. Miał wpraw­dzie bli­sko czter­dzie­ści pięć lat, ale uwa­żał, że wygląda o wiele mło­dziej. Nie­stety codzienny stres dawał mu się we znaki. Był blady i zmę­czony. No i powi­nien się ogo­lić.

Wyszedł z kuchni i sta­nął przy biurku. Poło­żył na nim kartkę papieru, a na niej posta­wił kubek, żeby nie popla­mić blatu. Włą­czył lap­top i zabrał się do pracy. Tak to ostat­nio nazy­wał, nie "prze­glą­da­niem inter­netu" ani "czy­ta­niem prasy". Te nija­kie okre­śle­nia brzmiały tak, jakby cho­dziło o czczą roz­rywkę. Tym­cza­sem jego cze­kała gorącz­kowa harówka, codzien­nie przy­bie­ra­jąca inne formy. Kto tylko "czyta prasę", nie ma poję­cia o tym, co się dzieje naprawdę. Jest ele­men­tem bez­myśl­nej masy, owcą, tym, co on i pozo­stali Obser­wa­to­rzy z upodo­ba­niem nazy­wali "śpiącą Ali­cją".

Nie, żeby wie­dzieć, co się dzieje naprawdę, trzeba solid­nie popra­co­wać. Zaan­ga­żo­wać w to całe ciało, cały umysł. Prze­dzie­rać się przez bez­miar infor­ma­cji w sieci. Oddzie­lać prawdę od kłamstw, rze­czy­wi­stość od ilu­zji.

Jed­nym klik­nię­ciem otwo­rzył wiele okie­nek prze­glą­darki. Twit­tera, Face­bo­oka, "New York Timesa", CNN, Fox News, TMZ, "People"... To tak na począ­tek. A dalej trzeba było brnąć przez to bagno po omacku.

Ale po kolei: naj­pierw zalo­go­wał się na forum Obser­wa­to­rów i prze­biegł wzro­kiem nowe posty, które poja­wiły się od jego ostat­niej wizyty. Wylo­go­wał się o trze­ciej w nocy, a teraz była dzie­wiąta rano. Minęło bite sześć godzin. Wiecz­ność.

Na forum pano­wał duży ruch.

Gąsie­nica uwiel­biał logo­wać się co rano. Nie on jeden toczył tę wojnę. Sta­no­wili zespół. A wła­ści­wie armię, z set­kami żoł­nie­rzy prze­glą­da­ją­cych sieć dwa­dzie­ścia cztery godziny na dobę, dzień w dzień, szu­ka­ją­cych infor­ma­cji wywia­dow­czych, wszyst­kiego, co się rzu­cało w oczy. Pra­wi­dło­wo­ści.

Poja­wił się nowy wątek, trzę­sie­nie ziemi w Por­to­ryko, które spo­wo­do­wało wyłą­cze­nie prądu. Część żyją­cych złu­dze­niami Obser­wa­to­rów uwa­żała, że to trzę­sie­nie ziemi wywo­łała tajemna tech­no­lo­gia sitwy. Gąsie­nica wzniósł oczy do nieba. Jak gdyby kata­strofy natu­ralne poja­wiły się dopiero z nasta­niem cywi­li­za­cji! Nato­miast prze­rwa w dosta­wie prądu... a, to już inna bajka. Czy mieli uwie­rzyć, że tak łatwo można wyłą­czyć elek­trycz­ność na całej wyspie? Ktoś z foru­mo­wi­czów zauwa­żył, że dostawcą prądu na Por­to­ryko jest Puerto Rico Elec­tric Power Autho­rity - firma, która w 2018 roku została spry­wa­ty­zo­wana! Kto jest jej wła­ści­cie­lem? Kto zyskał na odcię­ciu prądu? Cza­sami pyta­nia są waż­niej­sze niż odpo­wie­dzi.

O, jest coś cie­ka­wego. Nowy komen­tarz w wątku na temat ujaw­nio­nych agen­tów.

Nikt nie wie­dział, kim są człon­ko­wie Kręgu, tej szem­ra­nej grupy, która kon­tro­lo­wała wszystko. Zacho­wy­wali cał­ko­witą ano­ni­mo­wość, dzia­ła­jąc za pośred­nic­twem firm krza­ków oraz setek agen­tów. Ale Obser­wa­to­rzy mieli listę domnie­ma­nych agen­tów pra­cu­ją­cych dla sitwy; co do jed­nych mieli więk­szą pew­ność, co do innych - mniej­szą. Agen­tem był guber­na­tor stanu Utah, tak samo zastępca pro­ku­ra­tora gene­ral­nego Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Nie­mal na pewno agen­tami byli dwaj sędzio­wie Sądu Naj­wyż­szego, a być może jesz­cze trzech innych, co gwa­ran­to­wało, że nie zapadną tam żadne decy­zje, któ­rych sitwa sobie nie życzy. Czę­sto trudno było dociec, kto był agen­tem, a kogo Krąg zdo­łał nakło­nić do dzia­ła­nia dzięki PS - prze­kup­stwu i szan­ta­żowi.

A Gąsie­nicę mało co aż tak wku­rzało. Ludzie codzien­nie wyzby­wali się czło­wie­czeń­stwa, bo byli chciwi bądź słabi. Wie­dział, że gdyby ci z Kręgu kie­dy­kol­wiek zwró­cili się do niego, roze­śmiałby im się w twarz, bez względu na to, ile by mu zapro­po­no­wali.

Obser­wa­to­rzy by­naj­mniej nie byli bez­radni. Umieli zastra­szać agen­tów i ich wspól­ni­ków, bom­bar­du­jąc ich mej­lami, ese­me­sami i tele­fo­nami. Potra­fili dać im do zro­zu­mie­nia, że ktoś ich przej­rzał na wylot i wie, kim są naprawdę.

Nowy post doty­czył Sofii Lopez.

Sofia Lopez rze­komo była matką jede­na­sto­latka zastrze­lo­nego przez far­mera, któ­remu się przy­wi­działo, że chło­piec trzyma pisto­let. Wstrzą­sa­jące, potworne. Dopóki nie zwe­ry­fi­ko­wało się fak­tów.

W mediach krą­żyło zdję­cie por­tre­towe chłopca. Jeden z Obser­wa­to­rów zauwa­żył jego podo­bień­stwo do dziecka z reklamy owsianki sprzed dwóch lat. Podo­bień­stwo? Przy bliż­szym spoj­rze­niu było widać, że bez wąt­pie­nia jest to ten sam chło­piec. Czy ten dzie­cięcy aktor nazy­wał się Lopez? Ależ skąd. Kiedy już to usta­lili, kolejne ele­menty ukła­danki wsko­czyły na swoje miej­sce. Zdję­cie ran­cza w "Time­sie" zostało w oczy­wi­sty spo­sób prze­ro­bione - ucięto część cie­nia drzewa. A wspo­mniany far­mer od dawna toczył spór prawny z nikim innym jak z rzą­dem fede­ral­nym, który po raz kolejny ogra­ni­czył mu dostęp do pobli­skiego źró­dła wody.

A odpo­wiedź na pyta­nie numer jeden - kto zyskuje? - była widoczna gołym okiem.

Z Sofii Lopez była taka pogrą­żona w żało­bie matka, jak z Gąsie­nicy balet­nica. To jedna z agen­tek Kręgu. A teraz ktoś wła­śnie odkrył jej adres, mejl i numer tele­fonu. I zamie­ścił je w wątku doty­czą­cym ujaw­nio­nych agen­tów.

Gąsie­nica wstał i krą­żył po domu, czu­jąc, jak wzbiera w nim gniew. To było jesz­cze gor­sze niż zwy­kle. Krąg i jego agenci cynicz­nie wyko­rzy­sty­wali to jedyne coś, co łączy wszyst­kich. Empa­tię. Kto nie współ­czuje matce pogrą­żo­nej w bólu po stra­cie syna? Kto nie zapła­cze na samą myśl o tym uro­czym, uśmiech­nię­tym chłopcu? Ile ta dziwka wzięła za wyle­wa­nie kro­ko­dy­lich łez? Wię­cej, niż Gąsie­nica zarobi przez całe życie. Prze­szedł do garażu i rzu­cił okiem na kolek­cję broni pal­nej na półce. Miał ją zale­d­wie od tygo­dnia i już sam jej widok spra­wiał, że czuł się lepiej.

Wró­cił do lap­topa i zalo­go­wał się na stronę umoż­li­wia­jącą wysy­ła­nie mejli z adre­sów tym­cza­so­wych. Zało­żył sobie nową skrzynkę, adres zło­żony z sze­regu liter i cyfr i korzy­sta­jący z pośred­nic­twa dark webu, dzięki czemu nie da się go namie­rzyć.

Przez chwilę się zasta­na­wiał, co chce napi­sać. Nie ma powodu bawić się w sub­tel­ność. Wyłącz­nie wiel­kie litery. WIEMY, GDZIE MIESZ­KASZ. Już ona zro­zu­mie. Wszedł w Google Street View, zna­lazł adres Sofii i zro­bił zrzut ekranu. Ładne zbli­że­nie domu tej larwy. Dołą­czył je do mejla, któ­rego wysłał także na adres forum. Inni Obser­wa­to­rzy pójdą w jego ślady. Będą do niej wydzwa­niać z groź­bami, aż zro­zu­mie, że nie powinna była brać pie­nię­dzy od sitwy.

Uśmiech­nął się z zado­wo­le­niem. Nie­gdyś czuł się bez­silny, jego życiem ste­ro­wały siły, na które nie miał wpływu. Odkąd jed­nak został Obser­wa­to­rem, wywal­czył sobie wła­dzę.

Prze­niósł się na YouTube i obej­rzał trzy­dzie­sto­pię­cio­mi­nu­towy film popu­lar­nego Obser­wa­tora, który szcze­gó­łowo poka­zał, jak na Flo­ry­dzie używa się usu­nię­tych pło­dów do pro­duk­cji paszy dla bydła. Stale powta­rzał oglą­da­ją­cym, żeby mu nie wie­rzyli na słowo. Niech zba­dają to sami.

To wła­śnie Gąsie­nica uwiel­biał u Obser­wa­to­rów. W prze­ci­wień­stwie do mediów i poli­ty­ków żaden z nich nie upie­rał się, że ma mono­pol na wie­dzę i prawdę. Wie­dza była wszę­dzie. Wystar­czyło tylko się rozej­rzeć i prze­pro­wa­dzić wła­sne bada­nia. Bo przede wszyst­kim należy ufać samemu sobie. Wła­śnie tak Obser­wa­to­rzy chro­nili swoją toż­sa­mość. Wie­dzieli z całą pew­no­ścią, że Krąg ma na ich forach i cza­tach swo­ich ludzi, któ­rzy jedy­nie udają Obser­wa­to­rów. Tyle że te dra­nie i tak nic nie mogły zro­bić, bo Obser­wa­to­rzy byli szko­leni, żeby wszystko spraw­dzać samemu i nikomu nie wie­rzyć na słowo.

Jego uwagę przy­kuł tytuł z Fox News. Na ostat­niej kon­fe­ren­cji pra­so­wej komen­dant nowo­jor­skiej poli­cji wychwa­lał funk­cjo­na­riu­szy, któ­rzy aresz­to­wali jede­na­stu podej­rza­nych pod­czas nalotu na siatkę han­dla­rzy nar­ko­ty­ków w Queens. Panie i pano­wie, bły­ska­wiczny quiz. O ilu aresz­to­wa­nych dono­szono dzień wcze­śniej?

Zga­dza się. O dzie­wię­ciu.

Czyżby ze strony komen­danta nowo­jor­skiej poli­cji była to jedy­nie nie­winna pomyłka? A może freu­dow­skie prze­ję­zy­cze­nie, potwier­dze­nie tego, o czym Gąsie­nica pisał na forum już poprzed­niego dnia? Że aresz­to­wali wię­cej niż dzie­więć osób i że część z zatrzy­ma­nych "znik­nęła"?

Gdy coś zaczyna się kleić, nastę­puje ruch w inte­re­sie. A to się nie zda­rza codzien­nie. Bywają dni, gdy mnożą się pyta­nia bez odpo­wie­dzi i ele­menty nie­pa­su­jące do ukła­danki z miliarda czę­ści, którą mamy przed oczami. Aż nagle jakiś fakt pasuje do teo­rii, dwa nie­po­wią­zane ze sobą wyda­rze­nia łączą się z trze­cim i two­rzy się całość. W takiej chwili można zro­zu­mieć, jak to wszystko działa. Przej­rzeć stra­te­gie zgni­łej cywi­li­za­cji.

I widać wtedy, jak małej grupce ludzi udało się wszystko zma­ni­pu­lo­wać, pod­po­rząd­ko­wać sobie życie każ­dego oby­wa­tela tego kraju i wpły­wać na losy świata.

Prze­cież to jasne jak słońce.

Rozdział 5

Lot powrotny Abby do Nowego Jorku trwał nie­całe dwie godziny - nie do wiary, ilu nie­wy­gód i jakiego nie­po­koju można doświad­czyć w tak krót­kim cza­sie. Sie­dzący obok pasa­żer był spo­cony, a ponadto gada­tliwy, uznała więc, że tego już za dużo. Jawna nie­spra­wie­dli­wość. Poza tym jak można się aż tak spo­cić w stycz­niu, na lodo­wa­tym i kli­ma­ty­zo­wa­nym lot­ni­sku? Tajem­ni­cza sprawa.

Przez cały lot wystę­po­wały tur­bu­len­cje, zda­wało się, że co kilka minut samo­lot nur­kuje o trzy­sta metrów, więc żołą­dek pod­cho­dził Abby do gar­dła. A Spo­cony za każ­dym razem tylko chi­cho­tał i mówił: "To było dobre!". W poło­wie lotu popro­sił ste­war­desę o sok pomi­do­rowy. Gdy mu go poda­wała, tra­fiła się kolejna tur­bu­len­cja i połowa soku chlu­snęła na kolana Abby.

Kiedy w końcu wylą­do­wali, Spo­cony poże­gnał się z nią w taki spo­sób, jakby od teraz byli ser­decz­nymi przy­ja­ciółmi, i przez jedną kosz­marną chwilę Abby pomy­ślała, że chce ją uści­skać. A gdy już opu­ściła ten pie­kielny samo­lot, przez ponad trzy­dzie­ści minut nie mogła sobie przy­po­mnieć, gdzie zosta­wiła samo­chód.

Była na skraju pła­czu.

Kiedy wyjeż­dżała z lot­ni­ska, zadzwo­nił Steve, jej były mąż. Powie­dział, że odwie­zie dzieci do domu i zrobi im kola­cję, więc niech przy­jeż­dża i o nic się nie mar­twi. Ten tro­skliwy gest był tak zaska­ku­jący, że w nad­wą­tlo­nym obec­nie sta­nie ducha Abby zaczęła wspo­mi­nać naj­mil­sze chwile, jakie prze­żyli razem.

Gdy wresz­cie dotarła do domu, wytasz­czyła z bagaż­nika samo­chodu walizkę. Ważyła teraz z pięć kilo­gra­mów wię­cej niż wcze­śniej, bo upchała do niej wszyst­kie papiery, które dostała od Nor­mana; zamie­rzała przej­rzeć je dokład­nie wie­czo­rem.

Otwo­rzyła drzwi i przez chwilę stała w progu, mru­ga­jąc. Saman­tha i Ben sie­dzieli na kana­pie po bokach Steve'a, który coś im poka­zy­wał. Scena jak żyw­cem wyjęta z innego życia, w któ­rym się nie roz­wie­dli, a ich rodzina wciąż była pełna. Kiedy weszła do środka, wszy­scy pod­nie­śli głowy, a Ben zerwał się z kanapy i pod­biegł do niej, żeby się przy­tu­lić.

- Mamu­sia!

Z uśmie­chem przy­klęk­nęła, by go objąć; w jed­nej chwili ostat­nie kilka godzin poszło w nie­pa­mięć. Przy­tu­la­nie syna na­dal spra­wiało jej naj­więk­szą frajdę, choć miała świa­do­mość, że ta przy­jem­ność z roku na rok będzie malała. Miał osiem lat, ani się obej­rzy, a będzie nasto­lat­kiem. Ile jesz­cze lat zechce się przy­tu­lać? Rok, góra dwa? Trzeba korzy­stać z chwili, dopóki trwa.

W końcu ją puścił i pod­eks­cy­to­wany zaczął opo­wia­dać. Miał taki nawyk, robił to zawsze, gdy wra­cał do domu po kilku dniach spę­dzo­nych u ojca. Palił się, żeby wpro­wa­dzić ją we wszyst­kie szcze­góły tego, co stra­ciła. Nie­stety z prze­ję­cia zawsze zapo­mi­nał o gra­ma­tyce i dzie­le­niu zdań, więc nie­ła­two było zro­zu­mieć, co mówi. W dodatku opo­wia­da­jąc, krą­żył dookoła Abby, przez co zawsze krę­ciło jej się w gło­wie.

- ...a potem tata zabrał nas na lody, ja wzią­łem cze­ko­la­dowe, a w parku było pełno kaczek i chleb im dałem, a potem przy­szedł łabędź i nic dla niego nie mia­łem, więc myśla­łem, że będzie pła­kał, ale tata powie­dział, że one mają pta­sie móżdżki, ale on był taki duży i pod­ska­ki­wał, a potem zna­la­złem kamień, mam go i ci pokażę, jest fajow­ski, i...

- Widzę, że mia­łeś wra­żeń co nie­miara - powie­działa Abby i ruszyła do Sam, która też w końcu wstała. - Cześć, skar­bie. - Objęła ją. Tule­nie przez matkę czter­na­sto­let­niej córki wypa­dło nie­zręcz­nie, sztywno i wcale nie było miłe.

- Cześć, mamo - odparła Sam. - Jak ci minął lot?

Pyta­nie przy­wo­łało Abby wizję Spo­co­nego.

- Kosz­mar­nie, cią­głe tur­bu­len­cje. Miło wró­cić do domu. A jak wam było u taty?

- Świet­nie. - Wypo­wie­dzi Sam, w prze­ci­wień­stwie do jej brata, były zwię­złe. I gra­ma­tycz­nie bez zarzutu.

- W szkole działo się coś cie­ka­wego?

- Raczej nie. Aha, dzi­siaj wpadł jakiś waż­niak z poli­cji i dał nam wykład o nar­ko­ty­kach. Może go znasz - zamil­kła. - Nie pamię­tam, jak się nazywa.

- O, jak widzę, zro­bił na tobie nie­małe wra­że­nie. Dobry był ten wykład?

Sam wzru­szyła ramio­nami.

Abby wes­tchnęła i zer­k­nęła na Steve'a.

- Dzięki, że je odwio­złeś.

- Dro­biazg. - Spo­glą­dał na nią dziw­nie, kolejna powtórka z prze­szło­ści. Już od dawna tak na nią nie patrzył. Na kola­nach miał album ze zdję­ciami... z ich ślubu. Wła­śnie to poka­zy­wał dzie­ciom, kiedy wró­ciła do domu.

- Oglą­dasz stare zdję­cia? - spy­tała.

Zer­k­nął na album i zamknął go z trza­skiem.

- Eee, tak. Sam chciała zoba­czyć stare foto­gra­fie. A pamię­tam, gdzie trzy­ma­łaś albumy. Mam nadzieję, że nie masz nic prze­ciwko temu?

Ow­szem, miała. Nie podo­bało jej się, że Steve grze­bie w jej rze­czach. Ale była zmę­czona, sko­ło­wana, a on naprawdę pomógł jej z dziećmi, więc tylko się uśmiech­nęła.

- Nie ma sprawy.

Odwró­ciła się w stronę kuchni.

- Muszę się napić her­baty. Tobie też zro­bić, Steve? - Koń­cówka zda­nia, "zanim wyj­dziesz", została nie­do­po­wie­dziana.

- Nie, dzięki - powie­dział za jej ple­cami.

Jej ulu­biony kubek stał na bla­cie, a nie na swoim miej­scu. Wzięła go.

Nagle zza ple­ców dole­ciał ją dziw­nie naglący głos Steve'a.

- Abby, zacze­kaj...

Coś było w kubku! Coś wło­cha­tego. Mysz, z sze­roko otwar­tymi oczami i roz­war­tym pyszcz­kiem, w takiej pozy­cji, jakby się szy­ko­wała do skoku. Abby krzyk­nęła, kubek wypadł jej z ręki na blat. Odsko­czyła do tyłu, w gło­wie miała pustkę, ale choć kubek leżał na boku, o dziwo mysz nie ucie­kła.

Steve i Ben wpa­dli do kuchni.

- Prze­pra­szam, mamo - bąk­nął syn ze skru­szoną miną. - Roz­mra­ża­łem jedze­nie dla Precla i nie mogłem zna­leźć zwy­kłego pla­sti­ko­wego pojem­nika.

- Fuj! - skwi­to­wała Abby. Pre­cel był ulu­bio­nym wężem Bena. Żywił się myszami, które Ben trzy­mał zamro­żone w lodówce, obok nor­mal­nej żyw­no­ści dla ludzi. No cóż, jej życie skła­dało się z sze­regu kosz­mar­nych kom­pro­mi­sów.

- Chciał ją wło­żyć do swo­jej miski na owsiankę - wyja­śnił Steve. - Dasz wiarę? Ale potem zna­la­złem w szafce ten wyszczer­biony kubek, więc kaza­łem mu go użyć zamiast miski.

Jej ulu­biony kubek. Dostała go od mamy. Dosko­nały kształt, ide­alna wiel­kość, kra­wędź nie za gruba i nie za wąska. Fakt, był wyszczer­biony, ale tak to jest, jeśli używa się kubka codzien­nie od wielu lat. Jej. Ulu­biony. Kubek.

- Nie gnie­wasz się, mamo, prawda?

- Nie, nie gnie­wam się - odparła tonem na tyle szorst­kim, żeby nie uszło to jego uwa­dze.

On jed­nak niczego nie zauwa­żył. Dzie­cięca nie­win­ność.

- A wiesz, jak na nie mówi tata? Myszaki. Dobre, co? To tak jak lizaki, tylko...

- Ben, myślę, że mamie przyda się chwila spo­koju - prze­rwał mu Steve. - Idź nakar­mić węża.

- Umyję potem ten kubek, mamu­siu. Słowo.

- Nie ma potrzeby - odparła sła­bym gło­sem. - Od tej pory możesz go sobie uży­wać. - I tak oto jej ulu­biony kubek stał się naczy­niem do roz­mra­ża­nia myszy.

- Prze­pra­szam - powie­dział Steve po wyj­ściu Bena. - Wła­śnie mia­łem cię ostrzec. Ale i tak chyba lepiej, że nie pozwo­li­łem mu jej wło­żyć do miski na owsiankę?

- Zje­dli kola­cję, co? - Cier­pli­wość Abby się wyczer­pała.

- Tak, zro­bi­łem spa­ghetti. Zapro­po­no­wa­łem, żeby roz­mro­ził mysz w kuchence mikro­fa­lo­wej, ale powie­dział, że mu nie pozwa­lasz.

Nie wycho­dził. I nie wie­dzieć czemu, gadał jak najęty. Czy on...

Nagle uświa­do­miła sobie, co ozna­cza jego mina i dla­czego wydaje jej się tak zna­joma. Tego wyrazu twa­rzy nie widziała od lat. Od czasu, gdy odkryła jego romans. Tak wyglą­dał, kiedy był skru­szony. Gdzieś dał ciała. I wcale nie cho­dziło o mysz.

Splo­tła ręce pod biu­stem i spoj­rzała na niego.

Skur­czył się pod jej spoj­rze­niem, zwie­sił ramiona.

- Powi­nie­nem ci o czymś powie­dzieć.

- Uhm.

Obej­rzał się szybko przez ramię, jakby chciał się upew­nić, że w pobliżu nie kręcą się dzieci, i zni­żył głos.

- Sam spy­tała mnie, po co pole­cia­łaś do Karo­liny Pół­noc­nej.

Żołą­dek pod­szedł Abby do gar­dła.

- I co jej powie­dzia­łeś?

- To, co mi kaza­łaś, że w związku z pro­wa­dzo­nym śledz­twem.

- Dobrze.

- Ale ona... Znasz te jej zagra­nia? Odpo­wiada, jak trzeba, ale robi tę swoją dziwną minę i cię... Nie wiem, jak to nazwać. Skła­nia do mówie­nia? I zmu­sza, żebyś się wyga­dał... Moim zda­niem nasza córka ma moc Jedi.

- Ona nie ma żad­nej mocy Jedi - wyce­dziła Abby przez zęby. - Co jej powie­dzia­łeś, Steve?

- Chyba wspo­mnia­łem, że uro­dzi­łaś się w Karo­li­nie Pół­noc­nej - bąk­nął żało­śnie.

- No i?

- I że w dzie­ciń­stwie przy­da­rzyło ci się coś strasz­nego. Zro­zu­mia­łem, że wła­śnie dla­tego tam pole­cia­łaś, dobrze mówię? Ten pomnik Wil­coxa...

Abby wal­nęła dło­nią w blat.

- Powie­dzia­łeś Sam, że uro­dzi­łam się w sek­cie Wil­coxa? - syk­nęła.

- Nie! Kiedy tylko uświa­do­mi­łem sobie, że ona nic nie wie, zamkną­łem się, przy­się­gam. Ale potem zro­biła się jakaś dziwna i bez prze­rwy pro­siła, żeby jej poka­zać stare zdję­cia. - Bez­rad­nie roz­ło­żył ręce. - Zawsze zakła­da­łem, że powie­dzia­łaś o tym dzie­ciom. Mówi­łaś, że powiesz im, jak pod­ro­sną.

Abby się odwró­ciła, łzy, które o mały włos nie poja­wiły się wcze­śniej, w końcu się polały.

- Jesz­cze nic im nie powie­dzia­łam.

- A powin­naś była to zro­bić. - Nagła zmiana stra­te­gii i tonu. Koniec skru­szo­nego Steve'a. Oto był Steve pro­tek­cjo­nalny i kar­cący. Boże, tylko nie teraz. I nie w kuchni, obok wszyst­kich tych ostrych noży.

- Powiem im, kiedy sama uznam to za sto­sowne - wyce­dziła przez zęby.

- Nie podoba mi się, że masz tajem­nice przed moimi...

Odwró­ciła się do niego gwał­tow­nie i zmie­rzyła go takim wzro­kiem, że od razu się zamknął. Jak widać, w razie potrzeby na­dal potra­fiła go uci­szyć.

- Naprawdę bar­dzo mi przy­kro, Abby - mruk­nął w końcu.

To jej przy­po­mniało, jak bar­dzo nie zno­siła jego pustych prze­pro­sin.

- Nie ma sprawy - rzu­ciła. - Zała­twię to.

- Dobrze. - A po chwili dodał: - Daję głowę, że ona jest ryce­rzem Jedi. Była jak w tej sce­nie z "To nie są dro­idy, któ­rych szu­ka­cie", a ja...

- Dzię­kuję, że odwio­złeś dzieci, Steve - wpa­dła mu w słowo.

- Dro­biazg. Dobra­noc, Abby.

Słu­chała, jak żegnał się z dziećmi, ale dopiero na dźwięk otwie­ra­nych i zamy­ka­nych drzwi ode­tchnęła głę­boko. Teraz naprawdę musiała się napić her­baty.

Naj­pierw jed­nak trzeba będzie wybrać inny ulu­biony kubek.

Rozdział 6

Tweet komen­danta nowo­jor­skiej poli­cji poja­wił się dokład­nie o wpół do ósmej wie­czo­rem. Gąsie­nica zoba­czył go trzy minuty póź­niej.

Treść była pozor­nie nie­winna, ot, tweet jakich wiele, i śpiąca Ali­cja nie poświę­ci­łaby mu uwagi.

Pod­czas pościgu za dzie­wię­cioma podej­rza­nymi o udział w siatce han­dla­rzy nar­ko­ty­ków poli­cjanci daho­wali w swo­ich Autah.

Rzecz jasna, cho­dziło o te aresz­to­wa­nia, które już wcze­śniej zwró­ciły uwagę Gąsie­nicy. A kiedy bli­żej przyj­rzał się wia­do­mo­ści, zauwa­żył w niej trzy błędy. Lite­rówki w "daho­wali" oraz "Autah", poza tym "Autah" napi­sane było wielką literą. Trzy błędy w jed­nym twe­ecie.

Jasne, wszy­scy robią lite­rówki i Gąsie­nica nie był tu wyjąt­kiem. Ale czy miał uwie­rzyć, że komen­dant nowo­jor­skiej poli­cji popeł­nił trzy błędy w ofi­cjal­nej wypo­wie­dzi? Prze­cież ten czło­wiek miał ludzi, któ­rych jedy­nym obo­wiąz­kiem była korekta jego publicz­nych komu­ni­ka­tów.

Te błędy muszą być celowe. To sygnał.

Prze­jęty, klik­nął zakładkę prze­glą­darki forum i już miał zamie­ścić post, ale się zawa­hał.

Jak powszech­nie wia­domo, forum było zin­fil­tro­wane przez agen­tów. Oma­wiano to na nie­któ­rych wąt­kach, cza­sami wręcz jaw­nie oskar­ża­jąc tego czy innego foru­mo­wi­cza. Gdyby więc zbyt szybko doniósł o swoim odkry­ciu, wyło­żył karty przed sitwą, zmie­ni­liby kurs i tyle by ich widziano.

Nie, to może być zbyt ważna sprawa.

Otwo­rzył więc pry­watny czat z kil­koma Obser­wa­to­rami - utwo­rzoną parę mie­sięcy wcze­śniej grupą, do któ­rej miał bez­względne zaufa­nie. Zwró­cił im uwagę na tweet i dziwne błędy i zapy­tał, co to ich zda­niem ozna­cza.

Była 19.38

W pokoju Den­nisa śmier­działo sto­pami, ple­śnią i zepsu­tym jedze­niem. Chęt­nie otwo­rzyłby okno, ale unie­moż­li­wiały to liczne pełne papie­rów kar­tony. Tata obie­cał, że je gdzieś prze­nie­sie, ale choć minęły trzy dni, nic w tym kie­runku nie zro­bił. Den­nis wie­dział, że w naj­bliż­szej przy­szło­ści nic się w tej spra­wie nie zmieni. Cokol­wiek jego ojciec gdzieś poło­żył, zosta­wało tam na dobre. Tak jak sterta gazet w nogach jego łóżka. Albo plą­ta­nina kabli na jego biurku. Torby ze sta­rymi ubra­niami na pod­ło­dze. I puste pla­sti­kowe pojem­niki za jego ple­cami.

Den­nis sie­dział zgar­biony przy biurku, wpa­trzony w ekran lap­topa. Po pra­wej ręce miał pira­midę pudeł ze swo­imi sta­rymi zabaw­kami, któ­rych ojciec nie pozwa­lał mu wyrzu­cić. Po lewej stos ulo­tek, który nie­chcący prze­wró­cił, więc stop­niowo zakry­wały całą pod­łogę. Oce­nił, że ma dla sie­bie dwa­dzie­ścia osiem cen­ty­me­trów.

Gar­bie­nie się, kiedy sie­dział, weszło mu w nawyk.

Jeden z daw­nych kum­pli zamie­ścił na Insta­gra­mie zdję­cie, na któ­rym jest w Wendy's, razem z grupką chło­pa­ków z klasy. Gdy Den­nis był młod­szy, z więk­szo­ścią z nich się przy­jaź­nił. Teraz miał czter­na­ście lat, ale oni już z nim nie ese­me­so­wali, w ogóle nie odzy­wali się do niego. Wła­ści­wie kiedy zaczęli go uni­kać? I zer­kać na sie­bie poro­zu­mie­waw­czo, gdy ich zapra­szał do sie­bie?

Na pewno minął już rok. A może i dwa.

Zaniósł się kasz­lem, suchym kasz­lem - od zale­ga­ją­cego w pokoju kurzu dra­pało go w gar­dle. Co to za smród? Dopro­wa­dzał go do szału. Zapewne tak śmier­działo kilka rze­czy naraz.

Na jed­nym z cza­tów wysko­czyła nowa wia­do­mość. Jego dru­gie życie. Życie w sieci, gdzie nikt go nie znał ani nie wie­dział o jego ojcu. Nikt ni­gdy nie widział jego domu - stert śmieci wala­ją­cych się na podwórku ani pokoju, w któ­rym z dnia na dzień miał coraz mniej miej­sca. Nikt nawet nie wie­dział, ile ma lat. Dla nich był tylko kolej­nym Obser­wa­to­rem o nicku Suseł.

Tę eks­cy­tu­jącą wia­do­mość zoba­czył na ich pry­wat­nej gru­pie, pocho­dziła od Gąsie­nicy, jesz­cze jed­nego Obser­wa­tora, który coś zauwa­żył. Trzy błędy w jed­nym twe­ecie. Den­nis od razu się zain­te­re­so­wał. Cał­ko­wi­cie podzie­lał zda­nie Gąsie­nicy. To nie mógł być przy­pa­dek.

Nie umiał wpraw­dzie zapro­wa­dzić porządku w swoim pokoju, ale tym potra­fił się zająć. Zna­leźć pra­wi­dło­wo­ści. Był w tym dobry. Z tego, co wie­dział, lep­szego Obser­wa­to­rzy nie mieli.

W twe­ecie została zako­do­wana wia­do­mość. Wia­do­mość prze­zna­czona dla pew­nych ludzi, nie­wi­doczna dla innych. Tylko jaka?

Prze­pu­ścił tweet przez kilka pro­gra­mów deszy­fru­ją­cych, spraw­dza­jąc, czy nie jest to jakiś pro­sty kod, ale niczego nie zna­lazł. Sku­pił się więc na tych dwóch sło­wach z błę­dami. To je szef wydziału docho­dze­niowo-śled­czego jakoś wyróż­nił.

"Daho­wali". "Autah". Co takiego jest zawarte w tych sło­wach?

Musiał się wysi­kać. Łazienka była w kory­ta­rzu, nie­da­leko pokoju, czyli w nor­mal­nym świe­cie rap­tem kilka kro­ków. Ale w swoim domu, żeby wyjść zza biurka, musiałby ostroż­nie odje­chać fote­lem obro­to­wym. Potem zaś lawi­ro­wać mię­dzy peł­nymi ciu­chów tor­bami i uwa­żać, żeby się nie pośli­znąć na ulot­kach roz­sy­pa­nych po całej pod­ło­dze. Otwo­rzyć drzwi - nie otwie­rały się na oścież, bo blo­ko­wało je pudło - a w każ­dym razie uchy­lić je na tyle, by można się prze­ci­snąć. Następ­nie przejść kory­ta­rzem, przy­ci­ska­jąc się do ściany po lewej, bo wzdłuż tej po pra­wej pię­trzyły się kar­tony mleka i jajek. Gdyby prze­wró­cił któ­ryś stos, ojciec dostałby szału, więc Den­nis musiałby się zatrzy­mać i przed rusze­niem w dal­szą drogę na nowo usta­wić kar­tony. A potem już tylko odsu­nąć stertę gazet sprzed drzwi do łazienki; zablo­ko­wałby wpraw­dzie kory­tarz, ale za to mógłby sko­rzy­stać z toa­lety.

Jesz­cze przez chwilę wytrzyma.

"Daho­wali". "Autah".

W tych sło­wach zako­do­wano jakieś inne. Roz­szy­fro­wał je, zapro­wa­dził ład w cha­osie.

Idaho i Utah. Dwa stany.

Na cza­cie grupy zamie­ścił infor­ma­cję, że odcy­fro­wał wia­do­mość. Była 19.43.

Alma nie wie­rzyła w teo­rie spi­skowe. Uwa­żała, że są kre­tyń­skie. Pła­sko­ziemcy? Wariaci, któ­rzy dali się prze­ko­nać do bredni Davida Icke'a o zmien­no­kształt­nych rep­ti­lia­nach? Wszystko to jedna wielka ściema i kto jak kto, ale ona ni­gdy w to nie uwie­rzy.

Obser­wa­to­rzy też jej nie inte­re­so­wali. Przy­naj­mniej z początku. Dopóki nie dowie­działa się o dzie­ciach.

Zaczęło się od tego, że obej­rzała film doku­men­talny o han­dlu dziećmi w celach sek­su­al­nych. Przez cały tydzień pła­kała i myślała o tym. A potem od jed­nej z matek z komi­tetu rodzi­ciel­skiego dowie­działa się o ist­nie­niu sitwy. Kobieta wyja­śniła jej, że to wła­śnie ta sitwa stoi za więk­szo­ścią przy­pad­ków han­dlu ludźmi w celach sek­su­al­nych i że "to się dzieje pod naszym nosem". Alma wznio­sła oczy do nieba, ale jej zna­joma tylko się uśmiech­nęła i powie­działa: "Nie wierz mi na słowo. Sprawdź sama".

To wzbu­dziło zain­te­re­so­wa­nie Almy. Kto w dzi­siej­szych cza­sach mówi jesz­cze ludziom, żeby sami podej­mo­wali decy­zje? Każdy chciał narzu­cić innym swoje poglądy, swój spo­sób myśle­nia.

Tak więc Alma poszpe­rała na wła­sną rękę. Na temat sitwy nazy­wa­ją­cej się Krę­giem oraz Obser­wa­to­rów. Poszu­kała fil­mów na YouTu­bie, arty­ku­łów, wykre­sów i wykła­dów. Na lek­turę i wła­sne bada­nia tygo­dniami poświę­cała po pięć, sześć godzin dzien­nie. I ku swo­jemu prze­ra­że­niu stwier­dziła, że to jest prawda.

Dostrze­gła jed­nak iskierkę nadziei. Mogła z tym wal­czyć. Wraz z innymi ludźmi, któ­rzy odkryli prawdę.

Sprząt­nęła po kola­cji, pró­bu­jąc nie zwra­cać uwagi na kłót­nię syna z jej mężem o to, czy wie­czo­rem zagrają na Xbok­sie. Jej tele­fon pisnął... jeden raz, a potem drugi. Wzięła go i prze­czy­tała ese­mesy od Gąsie­nicy i Susła.

Utah i Idaho? Brzmiało zna­jomo.

Prze­szła do kom­pu­tera. Córka aku­rat oglą­dała film o tym, jak zro­bić slime. Doprawdy, szczy­towe osią­gnię­cie ludz­ko­ści - coraz lep­sze kom­pu­tery, foto­gra­fia oraz inter­net powstały po to, żeby jej córka mogła poświę­cać czas na naukę pro­duk­cji glu­tów w warun­kach domo­wych. Jakby ta kle­ista masa miała w sobie coś atrak­cyj­nego, a nie była czymś, czego lepiej uni­kać.

- Skar­bie, muszę sko­rzy­stać z kom­pu­tera.

- Film zaraz się koń­czy.

Wcale nie, zostało jesz­cze sie­dem minut glu­tów.

- Potrze­buję go w waż­nej spra­wie.

- To jest ważne.

Alma wcią­gnęła powie­trze przez nos.

- Marsz od kom­pu­tera! Ale już!

Córka wstała i wście­kła wyma­sze­ro­wała z pokoju. Alma usia­dła przy kom­pu­te­rze i otwo­rzyła plik. Był zabez­pie­czony hasłem. Krąg miał hake­rów, któ­rzy potra­fili wykra­dać dane, więc nie zamie­rzała ryzy­ko­wać.

Wpi­sała hasło i przej­rzała listę. Utah i Idaho. Przed dwoma tygo­dniami w Utah zagi­nęła dziew­czyna. A ponad sześć tygo­dni temu w Idaho chło­piec nie wró­cił ze szkoły.

Zagi­nione dzieci. A teraz agent Kręgu robił alu­zję do tam­tych spraw.

Wia­do­mość była prze­zna­czona dla klien­tów Kręgu. Ludzi kupu­ją­cych dzieci do seksu. Wyja­śniało to, dla­czego sko­rzy­stali z ogól­nie dostęp­nej sieci spo­łecz­no­ścio­wej, jaką jest Twit­ter.

Z mocno biją­cym ser­cem sko­pio­wała linki do arty­ku­łów pra­so­wych i wkle­iła je na czat grupy pod swoim nic­kiem - Czer­wona Kró­lowa. Była 19.48.

Zachary sie­dział w szla­froku przed lap­to­pem. Już od trzech dni nie wkła­dał nor­mal­nych ubrań. Ot, zalety bycia na bez­ro­bo­ciu. Oglą­dał swój naj­now­szy film, zaja­da­jąc się chip­sami; tłu­ste okruszki spa­dały mu z ust i pal­ców na odsło­nięty brzuch.

Na ekra­nie męż­czy­zna posu­wał od tyłu jęczącą kobietę. Był to aktor porno. Zacha­rego nie inte­re­so­wało, kim jest ten czło­wiek. Kobietą była Nata­lie, która cztery lata temu sie­działa naprze­ciwko niego na lek­cjach angiel­skiego.

Nata­lie nie miała poję­cia o ist­nie­niu tego filmu. Ba, gdyby ktoś ją spy­tał, w ogóle nie pamię­ta­łaby, że prze­spała się z tym czło­wie­kiem. Bo wcale z nim nie spała.

Ten film to był tak zwany deep­fake. Zachary stwo­rzył go, korzy­sta­jąc z pierw­szego lep­szego por­nola oraz kilku zdjęć Nata­lie z kro­niki szkol­nej i jej konta na Insta­gra­mie.

Było to, jak dotąd, jego naj­lep­sze dzieło.

Zro­bił takie fil­miki z więk­szo­ścią dziew­cząt, z któ­rymi cho­dził do szkoły. Nie­które zasłu­żyły nawet na kilka.

Pew­nego dnia, kiedy ukoń­czy całą kolek­cję, wyśle te filmy wszyst­kim chło­pa­kom ze szkoły. A może także dziew­czy­nom. Oraz ich rodzi­com. Będzie to jego osta­teczna zemsta za to, jak te dziwki trak­to­wały go przed laty.

Odkąd wyle­ciał z roboty, cały czas poświę­cał na two­rze­nie tych fil­mów, a także na bada­nia doty­czące Kręgu, tych skur­wieli, któ­rzy krę­cili wszyst­kim. Wie­dział, że to Krąg kazał go wywa­lić. Kilku Obser­wa­to­rów podzie­lało jego zda­nie. Ludzi stale wyrzu­cano z pracy na pole­ce­nie sitwy. Te dra­nie miały swoje powody, żeby wskaź­nik bez­ro­bo­cia wciąż rósł. On był dla nich tylko sta­ty­styką. Liczbą w cho­ler­nym arku­szu kal­ku­la­cyj­nym.

Ale on ich ujawni. Jesz­cze się na nich zemści.

Z dru­giej strony, może i powi­nien podzię­ko­wać tym gnoj­kom. Sie­dze­nie w domu zmo­bi­li­zo­wało go do pod­ję­cia wła­snej dzia­łal­no­ści. Powiedzmy, że jakaś dziew­czyna rzu­ciła faceta. Jeśli gość był wku­rzony, musiał jedy­nie wysłać Zachary'emu kilka zdjęć, a Zachary two­rzył dla niego śliczny film. Była panna z dwoma face­tami. Z sze­ścioma. Z kobie­tami. Wedle życze­nia. Dopóki gość pła­cił, Zachary dostar­czał towar. A za nie­wielką dodat­kową opłatą wrzu­cał też fil­miki na roz­ma­ite strony z por­no­lami.

Zemsta była bar­dziej docho­dowa niż praca w Wal­mar­cie.

Jego tele­fon wciąż popi­ski­wał. Zachary zebrał pal­cem z brzu­cha kilka okrusz­ków i zli­zał je po kolei. Potem, wciąż obli­zu­jąc palce, spraw­dził ese­mesy. Zda­niem jego przy­ja­ciół z grupy Obser­wa­to­rów, Krąg dał znać swoim klien­tom pedo­fi­lom, że ma dwoje dzieci na sprze­daż. Psy­chole! Pyta­nie, gdzie i kiedy. To dru­gie było pro­ste. Na forum roz­pra­wiano o tym, że na dzie­wią­tego stycz­nia o jede­na­stej rano, czyli na jutro, szy­kuje się jakiś grub­szy numer. To musiało być to.

Ale gdzie?

Spraw­dził konto na Twit­te­rze tam­tego gli­nia­rza. Publiczne, więc każdy w sieci mógł sobie poczy­tać, ale nikt nawet nie kiw­nął pal­cem.

Nagle w oko wpadł mu tweet tego samego faceta sprzed dwóch godzin:

Mia­łem dziś poga­dankę w liceum Krzysz­tofa Kolomba o zagro­że­niach zwią­za­nych z nar­ko­ty­kami. Nasza przy­szłość to nasze dzieci.

Kolejna lite­rówka. Powinno być "Kolumba", nie "Kolomba". A tweet zamiesz­czono dokład­nie przed dwiema godzi­nami. Dwie godziny. Dwoje dzieci. W dodatku koń­czył się sło­wem "dzieci". Kilka mie­sięcy temu Zachary nie zwró­ciłby na to uwagi, ale teraz już wie­dział, jak tamci się komu­ni­kują. Poznał ich szy­fry.

Czym prę­dzej wystu­kał wia­do­mość do pozo­sta­łych człon­ków grupy. Było ich pię­ciu - Gąsie­nica, Czer­wona Kró­lowa, Suseł, Jab­ber­wocky i, ma się rozu­mieć, on. Wybrał sobie naj­lep­szy moż­liwy nick - Kape­lusz­nik. Taki jak zagrany przez Johnny'ego Deppa - kawał odra­ża­ją­cego skur­czy­syna - a nie ten laluś z dur­nej, odje­cha­nej kre­skówki Disneya.

Już znają loka­li­za­cję. Liceum Krzysz­tofa Kolumba.

Liceum. W dodatku w mie­ście. Zachary się zamy­ślił. Dumał o swo­jej szkole. O dziew­czy­nach i o tym, jak go trak­to­wały. Cie­kawe, jak to wygląda w liceum Krzysz­tofa Kolumba. Czy jest takie samo? Pełne zadzie­ra­ją­cych nosa nasto­la­tek?

Wyobra­ził sobie, jak tam wpa­ro­wuje. Wyważa kop­nia­kiem drzwi, mając wspar­cie przy­ja­ciół. O tak! Jego usta wykrzy­wił uśmiech. Napi­sał:

Powin­ni­śmy to spraw­dzić.

Ostatni jęk i na ekra­nie poja­wiła się wykrzy­wiona w spa­zmie roz­ko­szy twarz Nata­lie. Zegar w rogu ekranu wska­zy­wał 19.56.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki