Rozdział 1
Nadchodzili.
Potykając się, krążył po ciemnym domu, gorączkowo rozglądając się na
boki i łkając ze strachu. Ile czasu mu zostało? Godzina? Może mniej.
Wiedział, co mu zrobią, kiedy tutaj dotrą. Starał się o tym nie myśleć,
lecz wiedział. Wysłuchał dostatecznie wielu zeznań, widział aż nadto
zdjęć. Boże, błagam, nie pozwól, żeby mnie też to spotkało.
W garażu na górnej półce dostrzegł skrzynkę z narzędziami. Stanął na
palcach, szarpnął ją gwałtownie, a wtedy wieko odskoczyło, wypadł
śrubokręt i uderzył go w głowę. Syknął z bólu, postawił skrzynkę na
podłodze i zaczął w niej grzebać. W zakurzonym pomieszczeniu odbijał się
echem szczęk metalowych przedmiotów. No już, szybciej! Odwrócił skrzynkę
do góry dnem. Głośne stuknięcie sprawiło, że się skrzywił. Czy ktoś to
usłyszał? Sąsiedzi? Przypadkowy przechodzień, który właśnie dzwoni na
policję? Albo oni?
Są! Chwycił kombinerki i czując, jak serce łomocze mu w piersi, wybiegł
z garażu.
Przede wszystkim pozbyć się nadajnika GPS! Klęcząc na podłodze, próbował
sobie przypomnieć schematy, których się nauczył na pamięć. Nie mógł się
jednak skupić, oddech miał nierówny, w głowie kotłowały mu się wizje
męczarni, jakim go poddadzą, kiedy już tu dotrą. Oparzenia. Rany.
Odetchnął głęboko, zmusił się do koncentracji. Nadeszła chwila, żeby się
sprawdzić. Pokazać, ile jest wart. Godziny treningów, wkuwania na
pamięć, szykowania się na tę chwilę.
Tak, wreszcie sobie przypomniał.
Złapał kombinerkami ukryty nadajnik i wyrwał go z zębodołu. Wstał
roztrzęsiony, przeszedł do łazienki. Chciał wyrzucić nadajnik do
toalety, ale do muszli wpadły też szczypce. Ożeż jasna cholera! Wyłowił
je z sedesu, spuścił wodę.
Teraz mikrofon. Ten był schowany bardziej z tyłu, trudniej było się do
niego dobrać.
Kiedy próbował wetknąć szczypce, by wyrwać mikrofon, w ciemności coś
błysnęło. Zamigotało białe światło - telefon komórkowy. Podniósł go i spojrzał na ekran. Dostał nową wiadomość.
Czerwona_Królowa: Gąsienico, jesteś tam?
Rzecz jasna, nie nazywał się Gąsienica. Ale w sieci każdy krył się za
nickiem, chował w mętnej wodzie, by nie dało się go wyśledzić. Musiał
odpowiedzieć, żeby zmylić każdego, kto podsłuchiwał, obserwował, robił
notatki.
Jestem.
Wystukał to drżącym palcem. Na ekranie została smuga krwi, czerwona
lepka plama. Jego DNA oraz odcisk palca.
Czerwona_Królowa: Widziałeś ich wcześniejszy post? Na temat tych
dzieci?
Najchętniej roztrzaskałby ekran i wydarł się na Czerwoną Królową, że to
nie jest dobry moment, że może już po niego jadą, że może jest spalony.
Zmusił się jednak do wystukania odpowiedzi - spokojnej, krótkiej i bez
literówek.
Gąsienica: Zajęty. Przeczytam później.
Zgasił ekran, znowu wziął kombinerki.
Gdzie jest mikrofon?
Pierwszy dolny ząb trzonowy po prawej. Zadarł brodę, wsunął szczypce do
ust, złapał ząb. Wyrwał go jednym silnym szarpnięciem, zatoczył się i wylądował na tyłku. Czuł, jak krew z podłogi wsiąka w jego dżinsy.
Powrót do łazienki, pewniejszym krokiem. Tym razem do sedesu wpadł ząb,
nie kombinerki. Stuknął o dno, zostawiając po drodze czerwony ślad krwi.
Spuścił wodę i pozwolił sobie na uśmiech. Zrobił to! Załatwił jednego z ich agentów. Był pierwszym, któremu to się udało. Ponad trzy lata
walczyli z tą szemraną grupą i czasami odnosił wrażenie, że ich walka
jest beznadziejna. Że potężna sitwa tych porąbanych sukinsynów jest
absolutnie nietykalna. Krąg sterował przecież rządem, wojskiem, policją,
mediami. Czy komuś takiemu mogła się przeciwstawić śmiesznie mała grupka
zwyczajnych ludzi?
Może jednak nie bez powodu wybrano go wraz z innymi? Oto dowód - zrobił
to!
Zabił jednego z wrogów. A skoro dokonał tego w pojedynkę, to działając
razem, mogą wykończyć resztę.
Odwrócił się, spojrzał na swoją twarz w lustrze. Rozczochrany, umazany
krwią. Ale zwycięski.
Umył ręce w umywalce, zostawiając na białej porcelanie czerwone plamy, i myślał o tamtych. Usiłował przewidzieć ich ruchy. Prawdopodobnie wkrótce
spróbują nawiązać kontakt ze swoim agentem. Przekonają się, że nie
odbiera. A namierzając nadajnik GPS, będą szukali wiatru w polu, wzdłuż
całej miejskiej kanalizacji. To mu dawało trochę czasu. Niewiele, wroga
nie wolno lekceważyć. Ale dostatecznie dużo, by zdążył zatrzeć za sobą
ślady.
Wrócił do salonu, zapalił światło i stanął bez ruchu. Po raz pierwszy
mógł w pełni ocenić swoje dzieło. Na całej podłodze plamy krwi. I leżące
ciało - martwe, szklany wzrok, szeroko otwarte usta, brak dwóch zębów, a do tego ślady krwi oraz kawałki chrząstki.
Zakręciło mu się w głowie, oparł się o ścianę. Zrobił, co należało. To
jest wojna, a jego wybrano, żeby chronił niewinnych i bezbronnych.
A na wojnie leje się krew.
I nagła, kłopotliwa myśl. A jeśli się pomylił?
Jeżeli w zębach, które wyrwał, nie było nadajnika ani mikrofonu? Jeśli
schemat zawierał błąd, zmyłkę wprowadzoną umyślnie w ramach działań
kontrwywiadowczych wroga?
Nie wierz nikomu. Zawsze myśl z wyprzedzeniem.
Nadajnik i mikrofon mogły się znajdować w nieusuniętych zębach. Czekało
go jeszcze mnóstwo roboty. Po raz trzeci ukląkł przy zwłokach i chwycił
szczypcami kolejny ząb.
Zawahał się. To jakiś obłęd. W skrzynce z narzędziami był przecież
młotek.
Rozdział 2
Zapachy niemiłych wspomnień wdzierają nam się w nozdrza i potrafią
zagnieździć się w naszym mózgu na wiele godzin, dni, a nawet tygodni.
Abby Mullen patrzyła przez przednią szybę auta z wypożyczalni i oddychała głęboko, próbując wypełnić nos zapachem odświeżacza powietrza
w samochodzie. Chyba sosnowego, w każdym razie była to jakaś nędzna
imitacja roślinnej woni. Nic to nie dało. Nie udało jej się pobyć
smrodu, który czuła od tygodnia, który śnił jej się po nocach i nawiedzał ją za dnia.
Ludzie często zachwycają się tym, jak zapachy potrafią przywoływać
wspomnienia. Jak aromat cynamonu przywodzi na myśl niedzielne poranki u babci i wypiekane przez nią babeczki. Albo jak czując woń świeżo
ściętych kwiatów, mają przed oczami wiosenny piknik.
Mało kto jednak mówi o tym, że odór środka dezynfekującego kojarzy im
się z chwilą, kiedy w szpitalu trzymali za rękę umierającego ojca. Albo
jak fetor gnijącego mięsa przenosi ich w czasy dzieciństwa, kiedy
znaleźli w lesie martwego psa i po raz pierwszy zetknęli się ze
śmiercią.
Nikt nigdy nie mówił o dymie. Duszącym, wszechobecnym dymie i o wspomnieniach, które mu towarzyszyły.
Siedząc za kierownicą, Abby zaciskała zęby. Z jednej strony była dorosłą
kobietą, matką dwojga dzieci, porucznikiem nowojorskiej policji. Z drugiej - siedmioletnią dziewczynką potykającą się w drewnianym
korytarzu, bo przez gęsty dym niewiele widziała.
Zaniosła się kaszlem, do półprzymkniętych oczu napłynęły łzy. Zza
zaryglowanych drzwi dobiegały stłumione krzyki, jakaś kobieta błagała,
żeby ją wypuścić. Mamusia? Czy ktoś inny? Musiała ich uwolnić.
Ze ścian buchał żar, po drugiej stronie rozszalało się piekło. Były tam
dziesiątki uwięzionych ludzi. To ona ich tam zamknęła. Popełniła błąd,
może coś źle zrozumiała. Ale otworzy zasuwę, a wtedy...
"Abihail, uciekaj stamtąd!" - krzyknęła za jej plecami Eden; także
kaszlała, w jej głosie brzmiały rozpacz i strach. Ale ona nic nie
rozumiała... to była pomyłka, a mamusia i tatuś wołają teraz o pomoc.
Abihail miała do drzwi już tylko kilka kroków, wyciągnęła rękę do
rygla, żeby ich wypuścić.
Czyjaś dłoń chwyciła ją za ramię, odciągnęła, próbowała ją odwrócić.
Krzyknęła ze złości i strachu, usiłując się wyrwać.
I wtedy nastąpił wybuch, jego siła odrzuciła ją do tyłu, nagle poczuła
w karku palący ból, pochłonęły ich płomienie...
Abby zadrżała, odetchnęła głęboko i jej ręka mimowolnie powędrowała do
blizny na karku. Dotknęła zgrubienia na skórze, przypominając sobie, że
nie jest już dzieckiem. Że pożar, nazwany przez prasę masakrą Wilcoxa,
to przeszłość sprzed kilku dekad.
A teraz, po raz pierwszy od ponad trzydziestu lat, znów była w Karolinie
Północnej, na terenie należącym kiedyś do Rodziny Wilcoxa.
Rzecz jasna, olbrzymi drewniany budynek, w którym mieściła się ich
kaplica, a także jadania, biura oraz sypialnia Mosesa Wilcoxa, zniknął.
Spalił się doszczętnie, a to, co z niego zostało, już dawno usunięto.
Nie było też trzech wielkich chat służących za sypialnie.
Na ich miejscu obok drogi stanął wielki prostokątny pomnik z granitu. Za
nim rosło kilka całkowicie teraz bezlistnych drzew. Były to klony
zasadzone ku pamięci tych, którzy zginęli w pożarze. Abby widziała
zdjęcia tego pomnika zrobione jesienią, jaskrawa czerwień listowia drzew
kontrastowała z posępnym charakterem monumentu. Teraz ten efekt zanikł -
drzewa pasowały szarością do nieba oraz granitowej płyty. Były szare jak
dym.
Wysiadła z wypożyczonego samochodu i podeszła do wielkiego kamienia.
Przesuwając palcem po szorstkiej powierzchni granitu, przeczytała
dedykację:
DLA UCZCZENIA PAMIĘCI
PIĘĆDZIESIĘCIU DZIEWIĘCIU NIEWINNYCH OSÓB,
KTÓRYCH ŻYCIE PRZERWANO
23 KWIETNIA 1987 ROKU.
DZIEWIĘĆ Z NICH MIAŁO NIE WIĘCEJ NIŻ OSIEM LAT.
Pod inskrypcją widniały nazwiska, w czterech kolumnach.
Szybko przebiegła wzrokiem listę. Pośrodku trzeciej kolumny znalazła
Marthę Richardson i Davida Richardsona. Swoich rodziców.
Sięgnęła pamięcią wstecz, próbując ich sobie przypomnieć. Bez trudu
wyobraziła sobie matkę zbierającą kwiaty na polu albo układającą bukiety
dla kwiaciarni, ponieważ spędzała z nią dużo czasu. Tak jak Abby, była
blondynką, a jej bujne włosy sięgały aż do pasa. Zbierała je w koński
ogon, nie próbując maskować tej skazy urody, która prześladowała Abby do
dziś - wielkich uszu.
Co innego z ojcem. Pamiętała, jak podczas modlitwy dziękczynnej trzymała
go za rękę - wielką i zawsze niezwykle ciepłą. Miał podrapaną skórę -
rezultat codziennej pracy z kolczastymi roślinami. Ale oprócz jego dłoni
nie pamiętała nic więcej.
Na dole kolumny kolejne nazwisko. Moses Wilcox. Wpatrywała się w nie
przez chwilę, zaciskając zęby. Nagle zmarszczyła czoło i przyjrzała się
bliżej. Sądziła, że nazwiska wypisano w kolejności alfabetycznej,
wówczas jednak Moses znalazłby się w czwartej kolumnie, przy końcu
listy. Szybko uświadomiła sobie, że tak nie jest - z niewiadomego powodu
ostatnie osiem ofiar wymieniono tylko z imienia, bez nazwisk.
Znalazłszy rodziców, jeszcze raz przejrzała nazwiska i znalazła więcej
takich, które zapamiętała. Rodziców Eden. Matki Isaaca - jego ojciec
nigdy nie wstąpił do sekty. Hanny, która pracowała w kuchni i często
piekła dzieciom ciasteczka. Erica, który łaził po całej farmie i gapił
się na nią tak dziwnie, że aż się bała.
Zdziwiła się, że przypomniała sobie tyle nazwisk, i to ludzi, o których
nie myślała od ponad trzydziestu lat. A jednak... gdzieś tu tkwił jakiś
błąd.
Kierowca ciężarówki, który zawoził bukiety jej matki do kwiaciarni, miał
na imię George. Ale choć przejrzała listę czterokrotnie, nie znalazła
jego nazwiska. Figurował tam inny George - Fletcher - on jednak był
ojcem Eden i Abby wiedziała z całą pewnością, że chodzi o dwie różne
osoby.
Wyjęła telefon i zadzwoniła do Eden.
- Cześć, Abby! - rzuciła Eden wesoło; w niczym nie przypominała
przerażonej, zrozpaczonej kobiety, której Abby pomogła przed dwoma
miesiącami.
- Hej. - Rozmawiając, Abby odruchowo rzuciła wzrokiem na nazwiska
rodziców Eden. - Słuchaj, właśnie stoję przed pomnikiem.
Rozmawiały o tym, zanim przyleciała do Karoliny Północnej. Niedawne
spotkanie po latach trojga ocalałych z masakry sekty Wilcoxa - Abby,
Eden i Isaaca - wskrzesiło pozostające bez odpowiedzi pytania i przywołało mroczne, pogrzebane wspomnienia. Abby chciała do tego wrócić
i dociekać prawdy, ale Eden i Isaac nie byli zachwyceni jej pomysłem.
Woleli zostawić przeszłość za sobą. Mimo to Eden poprosiła Abby, żeby
informowała ją, jeśli coś odkryje.
- I jak wygląda? - spytała Eden.
- Bo ja wiem? Jak kamień pamiątkowy. Jest na nim lista nazwisk.
Krótkie milczenie.
- Uhm.
- Mam do ciebie pytanie... czy pamiętasz George'a? Nie twojego tatę...
tego drugiego.
- Mówisz o kierowcy ciężarówki? Jasne. Czasami zabierał mnie ze sobą.
- On tam był aż do... - Abby odchrząknęła. - Aż do końca, tak?
- Tak... Jestem tego prawie pewna. Dlaczego pytasz?
- Bo wygląda na to, że zapomnieli go tutaj umieścić. Pamiętasz może, jak
miał na nazwisko?
- Nie mam pojęcia. Byłam małym dzieckiem. - W głosie Eden pojawiła się
obronna nuta.
- Jasne. Jak my wszyscy. No nic, dzięki.
- A widziałaś się już z tamtym facetem?
- Nie, to mój następny przystanek.
- No to powodzenia.
- Dzięki. Odezwę się potem. - Abby rozłączyła się i rozejrzała.
Podniosła nieduży kamień z pobocza drogi, położyła go na pomniku i przesunęła palcem po konturze litery "M" w imieniu matki.
A potem wróciła do samochodu, zapaliła silnik i nastawiła się na
spotkanie z człowiekiem, który był świadkiem jednego z najgorszych
wydarzeń w jej życiu.
Rozdział 3
Dom stał przy ulicy, gdzie drzew było dwadzieścia razy więcej niż
budynków. Usiana maleńkimi puszystymi kwiatkami trawa w ogrodzie
tworzyła nieco baśniowy nastrój. Na werandzie w fotelu z wikliny
siedział siwowłosy mężczyzna i palił papierosa. U jego boku leżał wielki
golden retriever, z głową spoczywającą na przednich łapach i zamkniętymi
oczami.
Abby wysiadła z samochodu i podeszła bliżej.
- Przepraszam pana...
- Wszystkie są za domem. - Mężczyzna machnął ręką, w której niedbale
trzymał papierosa. - Zajrzyj za róg, może znajdziesz swój.
- Może co...? Ja szukam Normana Lewisa.
- To ja. Mówiłem ci, zajrzyj za... zresztą nieważne, sam ci pokażę.
Wstał, postękując i trzymając się za krzyż. Golden retriever zerwał się
żwawo i poszedł za Normanem Lewisem, który wolno poczłapał za dom. Abby,
nic z tego nie rozumiejąc, ruszyła za nimi. Norman skręcił za róg,
zatrzymał się przy wielkiej stercie butów i wlepił w nią wzrok. Abby
dołączyła do niego i też zapatrzyła się na obuwie. Pies spoglądał na nią
wyczekująco, merdając ogonem.
Zniszczone, zabłocone buty wyglądały dość żałośnie. Były wszelkich
rodzajów i rozmiarów - kilka tenisówek, dziecięcy botek i kobieca
czerwona szpilka.
- Chodzi o ten? - Norman wskazał czerwoną szpilkę. - Tak na oko to chyba
twój rozmiar.
- Nie, ja...
- Nie widzisz go tu? A nie masz przypadkiem ze sobą drugiego, co?
Poszukam go. Ale to może potrwać kilka dni, bo zanim je tu przyniesie,
czasem je zakopuje.
- Panie Lewis, nie przyjechałam szukać zaginionego buta. Nazywam się
Abby Mullen. Mówił pan, że mogę wpaść w tym tygodniu o dowolnej porze.
- A! - Raptownie uniósł brwi. - Jesteś tą policjantką z Nowego Jorku.
Tak naprawdę nie sądziłem, że się zjawisz.
Abby uniosła ręce, jakby z zażenowaniem chciała powiedzieć "ale jestem".
Norman znowu spojrzał na buty.
- Od kilku dni jest coraz gorzej. W sobotę lało jak z cebra, po ulicach
płynęło błoto. Wszyscy zostawiają brudne buty przed drzwiami domów, więc
Cooper ma używanie. - Wzruszył ramionami. - No nic. Wejdźmy do środka.
Zaprowadził ją do przytulnego małego salonu i usiadł na kanapie, która
pewnie była starsza od Abby. Ona zajęła jedyne pozostałe miejsce do
siedzenia - fotel bujany. Cooper położył się na dywanie między nimi i westchnął głęboko.
- Napijesz się czegoś? Kawy? Herbaty? - zapytał Norman.
- Nie, dziękuję.
- Może soku jabłkowego? Piwa? Albo zwykłej wody?
- Nie, naprawdę niczego mi nie trzeba.
Rozparł się na kanapie.
- Po śmierci mojej żony, przed dwoma laty, Cooper zaczął kraść buty. Nie
wiem, czy to jakiś dziwaczny mechanizm radzenia sobie ze stresem, czy
uważa, że znosząc mi tu cudze buty, sprawi, że poczuję się lepiej.
Na dźwięk swojego imienia Cooper uniósł łeb. Kiedy Abby nachyliła się,
by go podrapać po głowie, zamerdał ogonem i postukał nim w podłogę. Abby
nigdy nie widziała równie uroczego fetyszysty butów.
- Z początku przynosił tylko lewe buty. Dziewięć lewych butów. Nic tylko
geniusz, pomyślałem. Słyszałaś, żeby jakiś pies potrafił odróżniać lewe
buty od prawych?
- Nie. - Uśmiechnęła się do niego szeroko. Najwyraźniej był spragniony
towarzystwa, więc nie miała ochoty odgrzebywać przeszłości i psuć
nastroju. Postanowiła odczekać kilka minut.
- Ale potem przyniósł też kilka prawych, więc uznałem, że to tylko zbieg
okoliczności. Kiedyś przyniósł mi but klauna. Miał trzy czwarte metra
długości i był fioletowy. Na pewno nie chcesz czegoś do picia?
- Nie, dzięki.
- Jak sobie życzysz. A więc co sprowadza policjantkę z Nowego Jorku do
Ayden?
Westchnęła.
- Chciałam pana zapytać o coś, co się wydarzyło dawno temu. O pożar na
terenie sekty Wilcoxa.
- Aha. - Jego twarz spochmurniała.
Przez chwilę Abby miała ochotę skłamać, że rzeczywiście zgubiła but i właśnie w związku z tym przyjechała. Spytała jednak:
- Był pan przy tym, prawda?
- Byłem tam - przyznał ponuro. - Dlaczego cię to interesuje?
- Miałam wtedy na imię Abihail - powiedziała po chwili wahania.
Wytrzeszczył na nią oczy, ale zaraz otworzył usta i krew odpłynęła mu z twarzy.
- Dobry Boże - wyszeptał.
- Pamięta mnie pan?
- Dziewczyno, pamięć mi szwankuje. Trzy razy z rzędu zapomniałem o rocznicy ślubu. Ale tamtego dnia nigdy nie zapomnę. A wierz mi,
próbowałem.
Uśmiechnęła się do niego smutno.
- Cieszę się. Bo liczyłam, że uzyskam odpowiedzi na kilka pytań.
Zacisnął usta i siedział tak przez dłuższą chwilę.
- Wiesz co? Chyba muszę się napić. Zaczekaj tu.
Cooper wstał i w ślad za Normanem opuścił pokój, ale przed wyjściem
przystanął, jakby nie wiedział, czy może zostawić gościa bez nadzoru.
Zawrócił, podszedł do Abby i położył łeb na jej kolanie. Podrapała go, a on z rozkoszy zamknął oczy. Kiedy przestała, szturchnął ją nosem w rękę
i powtarzał to tak długo, aż w końcu się poddała i znowu zaczęła go
czochrać po łbie.
Norman wrócił kilka minut później, w jednej ręce niosąc butelkę piwa, a w drugiej parujący kubek.
- Dopóki go będziesz drapać, za nic się od ciebie nie odczepi. - Podał
jej kubek. - Herbata cynamonowa. Na dworze jest ziąb.
- Dzięki - odparła uprzejmie i upiła łyk. Zdziwiła się, bo napój był
naprawdę pyszny. Cooper trącił ją w rękę, domagając się dalszych
pieszczot, i w rezultacie oblała się herbatą.
- Cooper, wynocha - polecił mu Norman, otwierając drzwi frontowe.
Pies popatrzył na niego wyraźnie urażony.
- Jazda, już cię tu nie ma.
Pies westchnął i powlókł się na dwór. Norman zamknął drzwi, usiadł i wypił łyk piwa.
- Czyli nie przyjechałaś w związku ze śledztwem?
- Raczej nie.
Skinął głową.
- A wiesz, że często myślałem o waszej trójce. Gdzie wylądowaliście. Bo
wtedy wydawałaś się taka... zagubiona. Raz nawet próbowałem cię
odszukać, ale nie chcieli mi zdradzić, gdzie jesteś.
- Trafiłam do rodziny zastępczej, która z czasem mnie adoptowała.
Jego twarz nieco się rozpromieniła.
- Miło słyszeć. A nie wiesz czasem, co się stało z tamtą dwójką? Z Eden
i Isaakiem?
- Eden założyła rodzinę. A Isaac jest księgowym. - Ogólnikowe fakty,
niedotykające mrocznej prawdy. Ale Norman zmrużył oczy i spojrzał na nią
przebiegle; nie dał się wyprowadzić w pole.
- No dobrze - powiedział. - To o co mnie chciałaś zapytać?
- No... Tak sobie myślałam o naszej rozmowie. Tej przez telefon. Wiem,
że istnieją transkrypty. Czytałam je. Ale mam pytanie... czy jest coś,
czego w tych transkryptach nie ma?
- Na przykład?
- Na przykład, jakie wrażenie na panu zrobiłam.
- Słychać było, że jesteś przerażona. Przystawił ci pistolet do głowy.
- Czy płakałam?
Zawahał się.
- Chyba tak.
- Chyba? Mówił pan, że pamięta wszystko z tamtego wieczoru.
- Tak, ale cię nie widziałem - zauważył. - Połączenie było kiepskie, nic
tylko trzaski. Jak mówiłem, trzymał cię na muszce. Która siedmiolatka by
się nie rozpłakała?
Siedmiolatka, której wcale nie grożono pistoletem. Siedmiolatka, która
powtarzała tylko to, co Moses Wilcox kazał jej powiedzieć.
- Powiedziałam wam, że jesteśmy zebrani w sali jadalnej, wszyscy
członkowie wspólnoty - rzekła Abby. - Słyszał ich pan?
Norman zmarszczył czoło.
- Przypominam sobie, że w tle słyszałem czyjś płacz.
- Sześćdziesiąt dwie osoby w zatłoczonym pomieszczeniu. Musieli jakoś
hałasować.
- Nie sądzę. Ten cały Moses Wilcox miał pistolet. Myślę, że bali się
odezwać.
- Czyli pamięta pan tylko czyjś płacz? - naciskała Abby.
- Tak.
- No trudno - mruknęła. Przez chwilę popijała herbatę.
Liczyła na coś innego. Że usłyszy, że szlochała do telefonu. Że Norman
słyszał w tle wołanie o pomoc. Sama pamiętała ten wieczór jak przez
mgłę, wszystko jej się mieszało. Jeszcze do niedawna wierzyła, że byli w sali jadalnej wszyscy razem. I że Moses przystawił jej pistolet do głowy
i mówił, co ma przekazywać policji.
Ale dwa miesiące temu, gdy znowu spotkała się z Eden, zaczęła inaczej
postrzegać te wydarzenia. Eden, Isaac i ona znajdowali się w innym
pokoju niż reszta wspólnoty. Moses kazał jej rozmawiać z policjantami i powiedzieć im, żeby się trzymali z daleka, bo ma ją na muszce.
"Powiedz im o broni". Jego palec przyciśnięty do jej skroni, zupełnie
jak lufa. "Powiedz im, że jesteśmy tu razem, sześćdziesiąt dwie osoby".
A potem wyszedł z pokoju. I kiedy rozmawiała z policją - z Normanem,
który siedział teraz przed nią z butelką piwa w ręku - powtórzyła
wszystko to, co Moses kazał jej powiedzieć. Mimo że wcale nie przyciskał
jej lufy do głowy. Jego nawet nie było w tym pomieszczeniu. A potem,
kiedy skończyła rozmowę, podeszła do drzwi sali jadalnej i je
zaryglowała, zgodnie z rozkazem Mosesa. Zamykając w środku wszystkich
członków wspólnoty.
Nie mogła tego sprawdzić na pewno, ale wszystko, co powiedział teraz
Norman, najwyraźniej potwierdzało jej wspomnienia. Przyłożyła rękę do
śmierci w płomieniach pięćdziesięciu dziewięciu osób, w tym swoich
rodziców.
Zamrugała i odchrząknęła.
- Po drodze do pana obejrzałam pomnik. Niektóre osoby wymienione są
tylko z imienia, bez nazwiska.
- Tak. Nie mieliśmy wykazu wszystkich członków sekty... to znaczy
wspólnoty.
- Może pan mówić "sekta".
- Myślę, że niektórzy wyznawcy przywędrowali z innych stanów. Jedni
przychodzili, inni odchodzili. A zwłoki były... wyobraź sobie, jak
wyglądały. Były w strasznym stanie, prawie niemożliwe do
zidentyfikowania. Zasięgnęliśmy języka, większość ofiar ludzie znali.
Wy, dzieciaki, też podaliście nam trochę nazwisk. Z czasem zgłosiło się
kilka rodzin i zidentyfikowały swoich bliskich. Ale tożsamości ośmiu
osób nigdy nie udało się ustalić.
- Właśnie. Brakuje nazwiska jakiegoś George'a.
Uniósł brew.
- Nie brakuje. George Fletcher.
Pokręciła głową.
- W sekcie było dwóch George'ów. George Fletcher i jeszcze jeden.
- Według nas nikogo takiego nie było. Może wcześniej opuścił sektę?
- Nie. Czy to możliwe, że przeżył pożar?
- Nie przeżył nikt oprócz was trojga.
- Na pewno panował chaos. Było ciemno, olbrzymi pożar i wszędzie pełno
dymu. Może przegapiliście...
- Zwłok był pięćdziesiąt dziewięć. Plus troje ocalałych. Sześćdziesiąt
dwie osoby. Rachunek się zgadza. - Pochylił się. - Dlaczego sądzisz, że
ktoś jeszcze przeżył?
- Mówiłam panu, że był tam jeszcze jeden mężczyzna imieniem George. Nie
jest wymieniony na pomniku.
Przyglądał jej się uważnie.
- Dlaczego chciałaś ze mną rozmawiać? Nie przyjechałaś tu z powodu
pomnika. Zadzwoniłaś do mnie ponad tydzień temu. Więc o co chodzi?
Zastanowiła się nad odpowiedzią. W końcu zdecydowała, że skoczy na
głęboką wodę.
- Po tym pożarze utrzymywałam kontakt z Isaakiem. Napisał do mnie kilka
listów, a ja w końcu zaczęłam odpisywać. Potem wysyłał mi mejle. A od
kilku lat prawie codziennie rozmawiamy na czacie.
Norman się nie odzywał, patrzył jej tylko w oczy. Zobaczyła przed sobą
takiego policjanta, jakim był kiedyś. Glinę, który wiedział, że kiedy
ktoś mówi, to się słucha.
- Przysyłał mi nawet zdjęcia. Wie pan, "Ja z rodzicami zastępczymi". "To
ja na rowerze, który dostałem na urodziny". "A tutaj idę z dziewczyną na
studniówkę", takie tam głupoty. W każdym razie kilka tygodni temu Eden i ja postanowiłyśmy zrobić mu niespodziankę i go odwiedzić. Znalazłam
adres i pojechałyśmy. A na miejscu okazało się, że to nie on się ze mną
kontaktował.
Norman uniósł brwi.
- To znaczy, że pomyliłaś adres?
- Adres był dobry. Isaac, z którym się spotkałyśmy, był dzieciakiem, z którym się wychowałam, trzecim ocalałym z masakry. Ale nie z nim
korespondowałam, to był ktoś inny. Na zdjęciach wyglądał inaczej. A Isaac, ten prawdziwy Isaac, nie miał z nami kontaktu od trzydziestu lat.
- Uważasz, że ktoś się pod niego podszywał? - Zmrużył oczy, w jego
głosie brzmiało niedowierzanie.
- Tak.
- Po co?
- Właśnie tego chcę się dowiedzieć.
- I sądzisz, że ten ktoś musiał należeć do sekty Wilcoxa?
- Znał sprawy, o których mógł wiedzieć tylko ktoś wychowany w sekcie.
Sprawy, o których wiedzieli wyłącznie ludzie, którzy mnie znali w tamtych czasach.
- Niektórzy odeszli z sekty przed pożarem. Na przykład ten gość, który
napisał książkę.
- Leonard Holt - podpowiedziała Abby. Leonard napisał autobiografię o latach spędzonych w Rodzinie Wilcoxa. Odszedł na rok przed pożarem. - Z biegiem lat odeszło też kilka innych osób. Więc pewnie to możliwe.
- W każdym razie nie był to ten twój George, masz na to moje słowo. -
Wstał. - Poczekaj chwilkę. Mam coś, co cię może zainteresować.
Wyszedł z pokoju. Abby wypiła łyk herbaty, która tymczasem wystygła.
Odstawiła kubek na podręczny stolik. Z głębi domu doleciał ją jakiś
łomot, a po nim stek przekleństw.
- Wszystko w porządku? - Wstała.
- Tak, daj mi jeszcze chwilkę. - W głosie Normana brzmiało napięcie.
Od drzwi frontowych dobiegało nieustające drapanie; towarzyszył mu
piskliwy skowyt.
- Bądź tak dobra i otwórz Cooperowi! - zawołał Norman.
Podeszła do drzwi wyjściowych i je otworzyła. Cooper stał w progu,
trzymając w pysku błyszczący czarny kozak za kolano, na szpilce. Upuścił
go u jej stóp i spojrzał na nią wyczekująco, machając ogonem.
- Dziękuję, chociaż raczej nie jest w moim stylu. - Podniosła but. - Ale
rozmiar się zgadza.
Pies dyszał radośnie, z wywieszonym językiem.
- O matko, jeszcze jeden? - rzucił za jej plecami Norman i jęknął.
Odwróciła się. Trzymał zakurzony karton. Postawił go na podłodze i wyciągnął rękę. Abby podała mu but.
- Chyba był drogi - zauważył. - Cały zaśliniony. Mam nadzieję, że nie
należy do tej pani, która tu była w zeszłym tygodniu. Jak mam jej
odkupić coś, co nabyła w Paryżu?
Cooper wszedł do domu, wyraźnie zadowolony z dobrze wykonanego zadania.
Abby zamknęła drzwi.
- W tym pudle jest pewnie wszystko, co udało mi się zebrać na temat
pożaru w sekcie Wilcoxa - oznajmił Norman, podsuwając jej karton. -
Raporty, transkrypty przesłuchań, zdjęcia. Jest tu nawet przesłuchanie
ciebie. Inna sprawa, że powiedziałaś tyle co nic.
Abby uklękła obok pudła i je otworzyła. Sterty pożółkłych papierów.
Przekartkowała je. Zeznania świadków. Notatka służbowa z FBI. Wyniki
sekcji zwłok. Uciekła spojrzeniem, gdy natrafiła na zdjęcie zwęglonego
ciała. Plik artykułów prasowych. A także egzemplarz książki Leonarda
Holta.
- Zbierałem to nawet po przejściu na emeryturę - mruknął Norman, drapiąc
Coopera po łbie. - W sumie sam nie wiem po co.
- Od niektórych spraw nie sposób się uwolnić - stwierdziła Abby z roztargnieniem, przerzucając wycinki prasowe. "Wstrząsająca masakra w sekcie Wilcoxa", "Troje ocalałych z koszmarnego pożaru". I nagle...
- Och - bąknęła.
- Co jest? - zapytał Norman.
Artykuł wydrukowano miesiąc przed pożarem. Był to wywiad w lokalnej
gazecie z tamtejszym kwiaciarzem, który zdobył nagrodę. Przedstawiono go
jako członka pobliskiej wspólnoty chrześcijańskiej.
Tekst ilustrowało zdjęcie.
Abby podniosła wzrok na Normana.
- To mój tata.
Rozdział 4
Kiedy Gąsienica był zestresowany, przez sen zaciskał szczęki. Mało tego,
zgrzytał zębami, które bez przerwy tarły o siebie. Była dziewczyna
narzekała, że to upiorny dźwięk, że słyszy, jak jego zęby ścierają się
na proch. Zażądała, żeby poszedł do dentysty, ale odmówił.
Już wtedy nie ufał dentystom. Jeszcze zanim poznał prawdę. Intuicja go
nie zawodziła.
Ostatnio jednak każdy dzień był niezwykle stresujący i co rano budził
się z koszmarnym bólem głowy i obolałą szczęką. Nie był wypoczęty, tak
jak zwykle po przespanej nocy. Mięśnie miał napięte, a ciało
zesztywniałe.
Wstał z jękiem i poczłapał do kuchni. Zaparzył sobie dzbanek kawy.
Codziennie rano parzył świeżą kawę, bardzo mocną, i popijał ją przez
cały dzień, choć nierzadko po południu musiał robić drugi dzbanek.
Dzięki kawie miał wyostrzony umysł i dostrzegał prawidłowości.
Prawidłowości to podstawa.
Popijając z kubka, wyglądał przez okno na podwórko za domem. Część
kwiatów w ogrodzie zwiędła. Zmarszczył czoło, jego mina odbiła się w szybie. Siedział tak, że na tle roślin jego odbita w szkle głowa
wyglądała jak w koronie. Wieniec usychających kwiatów. Prychnął,
uświadomiwszy sobie, że sam też jest śmiertelny, i przeczesał ręką
rzadkie kasztanowe włosy. Miał wprawdzie blisko czterdzieści pięć lat,
ale uważał, że wygląda o wiele młodziej. Niestety codzienny stres dawał
mu się we znaki. Był blady i zmęczony. No i powinien się ogolić.
Wyszedł z kuchni i stanął przy biurku. Położył na nim kartkę papieru, a na niej postawił kubek, żeby nie poplamić blatu. Włączył laptop i zabrał
się do pracy. Tak to ostatnio nazywał, nie "przeglądaniem internetu" ani
"czytaniem prasy". Te nijakie określenia brzmiały tak, jakby chodziło o czczą rozrywkę. Tymczasem jego czekała gorączkowa harówka, codziennie
przybierająca inne formy. Kto tylko "czyta prasę", nie ma pojęcia o tym,
co się dzieje naprawdę. Jest elementem bezmyślnej masy, owcą, tym, co on
i pozostali Obserwatorzy z upodobaniem nazywali "śpiącą Alicją".
Nie, żeby wiedzieć, co się dzieje naprawdę, trzeba solidnie popracować.
Zaangażować w to całe ciało, cały umysł. Przedzierać się przez bezmiar
informacji w sieci. Oddzielać prawdę od kłamstw, rzeczywistość od
iluzji.
Jednym kliknięciem otworzył wiele okienek przeglądarki. Twittera,
Facebooka, "New York Timesa", CNN, Fox News, TMZ, "People"... To tak na
początek. A dalej trzeba było brnąć przez to bagno po omacku.
Ale po kolei: najpierw zalogował się na forum Obserwatorów i przebiegł
wzrokiem nowe posty, które pojawiły się od jego ostatniej wizyty.
Wylogował się o trzeciej w nocy, a teraz była dziewiąta rano. Minęło
bite sześć godzin. Wieczność.
Na forum panował duży ruch.
Gąsienica uwielbiał logować się co rano. Nie on jeden toczył tę wojnę.
Stanowili zespół. A właściwie armię, z setkami żołnierzy przeglądających
sieć dwadzieścia cztery godziny na dobę, dzień w dzień, szukających
informacji wywiadowczych, wszystkiego, co się rzucało w oczy.
Prawidłowości.
Pojawił się nowy wątek, trzęsienie ziemi w Portoryko, które spowodowało
wyłączenie prądu. Część żyjących złudzeniami Obserwatorów uważała, że to
trzęsienie ziemi wywołała tajemna technologia sitwy. Gąsienica wzniósł
oczy do nieba. Jak gdyby katastrofy naturalne pojawiły się dopiero z nastaniem cywilizacji! Natomiast przerwa w dostawie prądu... a, to już
inna bajka. Czy mieli uwierzyć, że tak łatwo można wyłączyć
elektryczność na całej wyspie? Ktoś z forumowiczów zauważył, że dostawcą
prądu na Portoryko jest Puerto Rico Electric Power Authority - firma,
która w 2018 roku została sprywatyzowana! Kto jest jej właścicielem? Kto
zyskał na odcięciu prądu? Czasami pytania są ważniejsze niż odpowiedzi.
O, jest coś ciekawego. Nowy komentarz w wątku na temat ujawnionych
agentów.
Nikt nie wiedział, kim są członkowie Kręgu, tej szemranej grupy, która
kontrolowała wszystko. Zachowywali całkowitą anonimowość, działając za
pośrednictwem firm krzaków oraz setek agentów. Ale Obserwatorzy mieli
listę domniemanych agentów pracujących dla sitwy; co do jednych mieli
większą pewność, co do innych - mniejszą. Agentem był gubernator stanu
Utah, tak samo zastępca prokuratora generalnego Stanów Zjednoczonych.
Niemal na pewno agentami byli dwaj sędziowie Sądu Najwyższego, a być
może jeszcze trzech innych, co gwarantowało, że nie zapadną tam żadne
decyzje, których sitwa sobie nie życzy. Często trudno było dociec, kto
był agentem, a kogo Krąg zdołał nakłonić do działania dzięki PS -
przekupstwu i szantażowi.
A Gąsienicę mało co aż tak wkurzało. Ludzie codziennie wyzbywali się
człowieczeństwa, bo byli chciwi bądź słabi. Wiedział, że gdyby ci z Kręgu kiedykolwiek zwrócili się do niego, roześmiałby im się w twarz,
bez względu na to, ile by mu zaproponowali.
Obserwatorzy bynajmniej nie byli bezradni. Umieli zastraszać agentów i ich wspólników, bombardując ich mejlami, esemesami i telefonami.
Potrafili dać im do zrozumienia, że ktoś ich przejrzał na wylot i wie,
kim są naprawdę.
Nowy post dotyczył Sofii Lopez.
Sofia Lopez rzekomo była matką jedenastolatka zastrzelonego przez
farmera, któremu się przywidziało, że chłopiec trzyma pistolet.
Wstrząsające, potworne. Dopóki nie zweryfikowało się faktów.
W mediach krążyło zdjęcie portretowe chłopca. Jeden z Obserwatorów
zauważył jego podobieństwo do dziecka z reklamy owsianki sprzed dwóch
lat. Podobieństwo? Przy bliższym spojrzeniu było widać, że bez wątpienia
jest to ten sam chłopiec. Czy ten dziecięcy aktor nazywał się Lopez?
Ależ skąd. Kiedy już to ustalili, kolejne elementy układanki wskoczyły
na swoje miejsce. Zdjęcie rancza w "Timesie" zostało w oczywisty sposób
przerobione - ucięto część cienia drzewa. A wspomniany farmer od dawna
toczył spór prawny z nikim innym jak z rządem federalnym, który po raz
kolejny ograniczył mu dostęp do pobliskiego źródła wody.
A odpowiedź na pytanie numer jeden - kto zyskuje? - była widoczna gołym
okiem.
Z Sofii Lopez była taka pogrążona w żałobie matka, jak z Gąsienicy
baletnica. To jedna z agentek Kręgu. A teraz ktoś właśnie odkrył jej
adres, mejl i numer telefonu. I zamieścił je w wątku dotyczącym
ujawnionych agentów.
Gąsienica wstał i krążył po domu, czując, jak wzbiera w nim gniew. To
było jeszcze gorsze niż zwykle. Krąg i jego agenci cynicznie
wykorzystywali to jedyne coś, co łączy wszystkich. Empatię. Kto nie
współczuje matce pogrążonej w bólu po stracie syna? Kto nie zapłacze na
samą myśl o tym uroczym, uśmiechniętym chłopcu? Ile ta dziwka wzięła za
wylewanie krokodylich łez? Więcej, niż Gąsienica zarobi przez całe
życie. Przeszedł do garażu i rzucił okiem na kolekcję broni palnej na
półce. Miał ją zaledwie od tygodnia i już sam jej widok sprawiał, że
czuł się lepiej.
Wrócił do laptopa i zalogował się na stronę umożliwiającą wysyłanie
mejli z adresów tymczasowych. Założył sobie nową skrzynkę, adres złożony
z szeregu liter i cyfr i korzystający z pośrednictwa dark webu, dzięki
czemu nie da się go namierzyć.
Przez chwilę się zastanawiał, co chce napisać. Nie ma powodu bawić się w subtelność. Wyłącznie wielkie litery. WIEMY, GDZIE MIESZKASZ. Już ona
zrozumie. Wszedł w Google Street View, znalazł adres Sofii i zrobił
zrzut ekranu. Ładne zbliżenie domu tej larwy. Dołączył je do mejla,
którego wysłał także na adres forum. Inni Obserwatorzy pójdą w jego
ślady. Będą do niej wydzwaniać z groźbami, aż zrozumie, że nie powinna
była brać pieniędzy od sitwy.
Uśmiechnął się z zadowoleniem. Niegdyś czuł się bezsilny, jego życiem
sterowały siły, na które nie miał wpływu. Odkąd jednak został
Obserwatorem, wywalczył sobie władzę.
Przeniósł się na YouTube i obejrzał trzydziestopięciominutowy film
popularnego Obserwatora, który szczegółowo pokazał, jak na Florydzie
używa się usuniętych płodów do produkcji paszy dla bydła. Stale
powtarzał oglądającym, żeby mu nie wierzyli na słowo. Niech zbadają to
sami.
To właśnie Gąsienica uwielbiał u Obserwatorów. W przeciwieństwie do
mediów i polityków żaden z nich nie upierał się, że ma monopol na wiedzę
i prawdę. Wiedza była wszędzie. Wystarczyło tylko się rozejrzeć i przeprowadzić własne badania. Bo przede wszystkim należy ufać samemu
sobie. Właśnie tak Obserwatorzy chronili swoją tożsamość. Wiedzieli z całą pewnością, że Krąg ma na ich forach i czatach swoich ludzi, którzy
jedynie udają Obserwatorów. Tyle że te dranie i tak nic nie mogły
zrobić, bo Obserwatorzy byli szkoleni, żeby wszystko sprawdzać samemu i nikomu nie wierzyć na słowo.
Jego uwagę przykuł tytuł z Fox News. Na ostatniej konferencji prasowej
komendant nowojorskiej policji wychwalał funkcjonariuszy, którzy
aresztowali jedenastu podejrzanych podczas nalotu na siatkę handlarzy
narkotyków w Queens. Panie i panowie, błyskawiczny quiz. O ilu
aresztowanych donoszono dzień wcześniej?
Zgadza się. O dziewięciu.
Czyżby ze strony komendanta nowojorskiej policji była to jedynie
niewinna pomyłka? A może freudowskie przejęzyczenie, potwierdzenie tego,
o czym Gąsienica pisał na forum już poprzedniego dnia? Że aresztowali
więcej niż dziewięć osób i że część z zatrzymanych "zniknęła"?
Gdy coś zaczyna się kleić, następuje ruch w interesie. A to się nie
zdarza codziennie. Bywają dni, gdy mnożą się pytania bez odpowiedzi i elementy niepasujące do układanki z miliarda części, którą mamy przed
oczami. Aż nagle jakiś fakt pasuje do teorii, dwa niepowiązane ze sobą
wydarzenia łączą się z trzecim i tworzy się całość. W takiej chwili
można zrozumieć, jak to wszystko działa. Przejrzeć strategie zgniłej
cywilizacji.
I widać wtedy, jak małej grupce ludzi udało się wszystko zmanipulować,
podporządkować sobie życie każdego obywatela tego kraju i wpływać na
losy świata.
Przecież to jasne jak słońce.
Rozdział 5
Lot powrotny Abby do Nowego Jorku trwał niecałe dwie godziny - nie do
wiary, ilu niewygód i jakiego niepokoju można doświadczyć w tak krótkim
czasie. Siedzący obok pasażer był spocony, a ponadto gadatliwy, uznała
więc, że tego już za dużo. Jawna niesprawiedliwość. Poza tym jak można
się aż tak spocić w styczniu, na lodowatym i klimatyzowanym lotnisku?
Tajemnicza sprawa.
Przez cały lot występowały turbulencje, zdawało się, że co kilka minut
samolot nurkuje o trzysta metrów, więc żołądek podchodził Abby do
gardła. A Spocony za każdym razem tylko chichotał i mówił: "To było
dobre!". W połowie lotu poprosił stewardesę o sok pomidorowy. Gdy mu go
podawała, trafiła się kolejna turbulencja i połowa soku chlusnęła na
kolana Abby.
Kiedy w końcu wylądowali, Spocony pożegnał się z nią w taki sposób,
jakby od teraz byli serdecznymi przyjaciółmi, i przez jedną koszmarną
chwilę Abby pomyślała, że chce ją uściskać. A gdy już opuściła ten
piekielny samolot, przez ponad trzydzieści minut nie mogła sobie
przypomnieć, gdzie zostawiła samochód.
Była na skraju płaczu.
Kiedy wyjeżdżała z lotniska, zadzwonił Steve, jej były mąż. Powiedział,
że odwiezie dzieci do domu i zrobi im kolację, więc niech przyjeżdża i o nic się nie martwi. Ten troskliwy gest był tak zaskakujący, że w nadwątlonym obecnie stanie ducha Abby zaczęła wspominać najmilsze
chwile, jakie przeżyli razem.
Gdy wreszcie dotarła do domu, wytaszczyła z bagażnika samochodu walizkę.
Ważyła teraz z pięć kilogramów więcej niż wcześniej, bo upchała do niej
wszystkie papiery, które dostała od Normana; zamierzała przejrzeć je
dokładnie wieczorem.
Otworzyła drzwi i przez chwilę stała w progu, mrugając. Samantha i Ben
siedzieli na kanapie po bokach Steve'a, który coś im pokazywał. Scena
jak żywcem wyjęta z innego życia, w którym się nie rozwiedli, a ich
rodzina wciąż była pełna. Kiedy weszła do środka, wszyscy podnieśli
głowy, a Ben zerwał się z kanapy i podbiegł do niej, żeby się przytulić.
- Mamusia!
Z uśmiechem przyklęknęła, by go objąć; w jednej chwili ostatnie kilka
godzin poszło w niepamięć. Przytulanie syna nadal sprawiało jej
największą frajdę, choć miała świadomość, że ta przyjemność z roku na
rok będzie malała. Miał osiem lat, ani się obejrzy, a będzie
nastolatkiem. Ile jeszcze lat zechce się przytulać? Rok, góra dwa?
Trzeba korzystać z chwili, dopóki trwa.
W końcu ją puścił i podekscytowany zaczął opowiadać. Miał taki nawyk,
robił to zawsze, gdy wracał do domu po kilku dniach spędzonych u ojca.
Palił się, żeby wprowadzić ją we wszystkie szczegóły tego, co straciła.
Niestety z przejęcia zawsze zapominał o gramatyce i dzieleniu zdań, więc
niełatwo było zrozumieć, co mówi. W dodatku opowiadając, krążył dookoła
Abby, przez co zawsze kręciło jej się w głowie.
- ...a potem tata zabrał nas na lody, ja wziąłem czekoladowe, a w parku
było pełno kaczek i chleb im dałem, a potem przyszedł łabędź i nic dla
niego nie miałem, więc myślałem, że będzie płakał, ale tata powiedział,
że one mają ptasie móżdżki, ale on był taki duży i podskakiwał, a potem
znalazłem kamień, mam go i ci pokażę, jest fajowski, i...
- Widzę, że miałeś wrażeń co niemiara - powiedziała Abby i ruszyła do
Sam, która też w końcu wstała. - Cześć, skarbie. - Objęła ją. Tulenie
przez matkę czternastoletniej córki wypadło niezręcznie, sztywno i wcale
nie było miłe.
- Cześć, mamo - odparła Sam. - Jak ci minął lot?
Pytanie przywołało Abby wizję Spoconego.
- Koszmarnie, ciągłe turbulencje. Miło wrócić do domu. A jak wam było u taty?
- Świetnie. - Wypowiedzi Sam, w przeciwieństwie do jej brata, były
zwięzłe. I gramatycznie bez zarzutu.
- W szkole działo się coś ciekawego?
- Raczej nie. Aha, dzisiaj wpadł jakiś ważniak z policji i dał nam
wykład o narkotykach. Może go znasz - zamilkła. - Nie pamiętam, jak się
nazywa.
- O, jak widzę, zrobił na tobie niemałe wrażenie. Dobry był ten wykład?
Sam wzruszyła ramionami.
Abby westchnęła i zerknęła na Steve'a.
- Dzięki, że je odwiozłeś.
- Drobiazg. - Spoglądał na nią dziwnie, kolejna powtórka z przeszłości.
Już od dawna tak na nią nie patrzył. Na kolanach miał album ze
zdjęciami... z ich ślubu. Właśnie to pokazywał dzieciom, kiedy wróciła
do domu.
- Oglądasz stare zdjęcia? - spytała.
Zerknął na album i zamknął go z trzaskiem.
- Eee, tak. Sam chciała zobaczyć stare fotografie. A pamiętam, gdzie
trzymałaś albumy. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu?
Owszem, miała. Nie podobało jej się, że Steve grzebie w jej rzeczach.
Ale była zmęczona, skołowana, a on naprawdę pomógł jej z dziećmi, więc
tylko się uśmiechnęła.
- Nie ma sprawy.
Odwróciła się w stronę kuchni.
- Muszę się napić herbaty. Tobie też zrobić, Steve? - Końcówka zdania,
"zanim wyjdziesz", została niedopowiedziana.
- Nie, dzięki - powiedział za jej plecami.
Jej ulubiony kubek stał na blacie, a nie na swoim miejscu. Wzięła go.
Nagle zza pleców doleciał ją dziwnie naglący głos Steve'a.
- Abby, zaczekaj...
Coś było w kubku! Coś włochatego. Mysz, z szeroko otwartymi oczami i rozwartym pyszczkiem, w takiej pozycji, jakby się szykowała do skoku.
Abby krzyknęła, kubek wypadł jej z ręki na blat. Odskoczyła do tyłu, w głowie miała pustkę, ale choć kubek leżał na boku, o dziwo mysz nie
uciekła.
Steve i Ben wpadli do kuchni.
- Przepraszam, mamo - bąknął syn ze skruszoną miną. - Rozmrażałem
jedzenie dla Precla i nie mogłem znaleźć zwykłego plastikowego
pojemnika.
- Fuj! - skwitowała Abby. Precel był ulubionym wężem Bena. Żywił się
myszami, które Ben trzymał zamrożone w lodówce, obok normalnej żywności
dla ludzi. No cóż, jej życie składało się z szeregu koszmarnych
kompromisów.
- Chciał ją włożyć do swojej miski na owsiankę - wyjaśnił Steve. - Dasz
wiarę? Ale potem znalazłem w szafce ten wyszczerbiony kubek, więc
kazałem mu go użyć zamiast miski.
Jej ulubiony kubek. Dostała go od mamy. Doskonały kształt, idealna
wielkość, krawędź nie za gruba i nie za wąska. Fakt, był wyszczerbiony,
ale tak to jest, jeśli używa się kubka codziennie od wielu lat. Jej.
Ulubiony. Kubek.
- Nie gniewasz się, mamo, prawda?
- Nie, nie gniewam się - odparła tonem na tyle szorstkim, żeby nie uszło
to jego uwadze.
On jednak niczego nie zauważył. Dziecięca niewinność.
- A wiesz, jak na nie mówi tata? Myszaki. Dobre, co? To tak jak lizaki,
tylko...
- Ben, myślę, że mamie przyda się chwila spokoju - przerwał mu Steve. -
Idź nakarmić węża.
- Umyję potem ten kubek, mamusiu. Słowo.
- Nie ma potrzeby - odparła słabym głosem. - Od tej pory możesz go sobie
używać. - I tak oto jej ulubiony kubek stał się naczyniem do rozmrażania
myszy.
- Przepraszam - powiedział Steve po wyjściu Bena. - Właśnie miałem cię
ostrzec. Ale i tak chyba lepiej, że nie pozwoliłem mu jej włożyć do
miski na owsiankę?
- Zjedli kolację, co? - Cierpliwość Abby się wyczerpała.
- Tak, zrobiłem spaghetti. Zaproponowałem, żeby rozmroził mysz w kuchence mikrofalowej, ale powiedział, że mu nie pozwalasz.
Nie wychodził. I nie wiedzieć czemu, gadał jak najęty. Czy on...
Nagle uświadomiła sobie, co oznacza jego mina i dlaczego wydaje jej się
tak znajoma. Tego wyrazu twarzy nie widziała od lat. Od czasu, gdy
odkryła jego romans. Tak wyglądał, kiedy był skruszony. Gdzieś dał
ciała. I wcale nie chodziło o mysz.
Splotła ręce pod biustem i spojrzała na niego.
Skurczył się pod jej spojrzeniem, zwiesił ramiona.
- Powinienem ci o czymś powiedzieć.
- Uhm.
Obejrzał się szybko przez ramię, jakby chciał się upewnić, że w pobliżu
nie kręcą się dzieci, i zniżył głos.
- Sam spytała mnie, po co poleciałaś do Karoliny Północnej.
Żołądek podszedł Abby do gardła.
- I co jej powiedziałeś?
- To, co mi kazałaś, że w związku z prowadzonym śledztwem.
- Dobrze.
- Ale ona... Znasz te jej zagrania? Odpowiada, jak trzeba, ale robi tę
swoją dziwną minę i cię... Nie wiem, jak to nazwać. Skłania do mówienia? I zmusza, żebyś się wygadał... Moim zdaniem nasza córka ma moc Jedi.
- Ona nie ma żadnej mocy Jedi - wycedziła Abby przez zęby. - Co jej
powiedziałeś, Steve?
- Chyba wspomniałem, że urodziłaś się w Karolinie Północnej - bąknął
żałośnie.
- No i?
- I że w dzieciństwie przydarzyło ci się coś strasznego. Zrozumiałem, że
właśnie dlatego tam poleciałaś, dobrze mówię? Ten pomnik Wilcoxa...
Abby walnęła dłonią w blat.
- Powiedziałeś Sam, że urodziłam się w sekcie Wilcoxa? - syknęła.
- Nie! Kiedy tylko uświadomiłem sobie, że ona nic nie wie, zamknąłem
się, przysięgam. Ale potem zrobiła się jakaś dziwna i bez przerwy
prosiła, żeby jej pokazać stare zdjęcia. - Bezradnie rozłożył ręce. -
Zawsze zakładałem, że powiedziałaś o tym dzieciom. Mówiłaś, że powiesz
im, jak podrosną.
Abby się odwróciła, łzy, które o mały włos nie pojawiły się wcześniej, w końcu się polały.
- Jeszcze nic im nie powiedziałam.
- A powinnaś była to zrobić. - Nagła zmiana strategii i tonu. Koniec
skruszonego Steve'a. Oto był Steve protekcjonalny i karcący. Boże, tylko
nie teraz. I nie w kuchni, obok wszystkich tych ostrych noży.
- Powiem im, kiedy sama uznam to za stosowne - wycedziła przez zęby.
- Nie podoba mi się, że masz tajemnice przed moimi...
Odwróciła się do niego gwałtownie i zmierzyła go takim wzrokiem, że od
razu się zamknął. Jak widać, w razie potrzeby nadal potrafiła go
uciszyć.
- Naprawdę bardzo mi przykro, Abby - mruknął w końcu.
To jej przypomniało, jak bardzo nie znosiła jego pustych przeprosin.
- Nie ma sprawy - rzuciła. - Załatwię to.
- Dobrze. - A po chwili dodał: - Daję głowę, że ona jest rycerzem Jedi.
Była jak w tej scenie z "To nie są droidy, których szukacie", a ja...
- Dziękuję, że odwiozłeś dzieci, Steve - wpadła mu w słowo.
- Drobiazg. Dobranoc, Abby.
Słuchała, jak żegnał się z dziećmi, ale dopiero na dźwięk otwieranych i zamykanych drzwi odetchnęła głęboko. Teraz naprawdę musiała się napić
herbaty.
Najpierw jednak trzeba będzie wybrać inny ulubiony kubek.
Rozdział 6
Tweet komendanta nowojorskiej policji pojawił się dokładnie o wpół do
ósmej wieczorem. Gąsienica zobaczył go trzy minuty później.
Treść była pozornie niewinna, ot, tweet jakich wiele, i śpiąca Alicja
nie poświęciłaby mu uwagi.
Podczas pościgu za dziewięcioma podejrzanymi o udział w siatce handlarzy
narkotyków policjanci dahowali w swoich Autah.
Rzecz jasna, chodziło o te aresztowania, które już wcześniej zwróciły
uwagę Gąsienicy. A kiedy bliżej przyjrzał się wiadomości, zauważył w niej trzy błędy. Literówki w "dahowali" oraz "Autah", poza tym "Autah"
napisane było wielką literą. Trzy błędy w jednym tweecie.
Jasne, wszyscy robią literówki i Gąsienica nie był tu wyjątkiem. Ale czy
miał uwierzyć, że komendant nowojorskiej policji popełnił trzy błędy w oficjalnej wypowiedzi? Przecież ten człowiek miał ludzi, których jedynym
obowiązkiem była korekta jego publicznych komunikatów.
Te błędy muszą być celowe. To sygnał.
Przejęty, kliknął zakładkę przeglądarki forum i już miał zamieścić post,
ale się zawahał.
Jak powszechnie wiadomo, forum było zinfiltrowane przez agentów.
Omawiano to na niektórych wątkach, czasami wręcz jawnie oskarżając tego
czy innego forumowicza. Gdyby więc zbyt szybko doniósł o swoim odkryciu,
wyłożył karty przed sitwą, zmieniliby kurs i tyle by ich widziano.
Nie, to może być zbyt ważna sprawa.
Otworzył więc prywatny czat z kilkoma Obserwatorami - utworzoną parę
miesięcy wcześniej grupą, do której miał bezwzględne zaufanie. Zwrócił
im uwagę na tweet i dziwne błędy i zapytał, co to ich zdaniem oznacza.
Była 19.38
W pokoju Dennisa śmierdziało stopami, pleśnią i zepsutym jedzeniem.
Chętnie otworzyłby okno, ale uniemożliwiały to liczne pełne papierów
kartony. Tata obiecał, że je gdzieś przeniesie, ale choć minęły trzy
dni, nic w tym kierunku nie zrobił. Dennis wiedział, że w najbliższej
przyszłości nic się w tej sprawie nie zmieni. Cokolwiek jego ojciec
gdzieś położył, zostawało tam na dobre. Tak jak sterta gazet w nogach
jego łóżka. Albo plątanina kabli na jego biurku. Torby ze starymi
ubraniami na podłodze. I puste plastikowe pojemniki za jego plecami.
Dennis siedział zgarbiony przy biurku, wpatrzony w ekran laptopa. Po
prawej ręce miał piramidę pudeł ze swoimi starymi zabawkami, których
ojciec nie pozwalał mu wyrzucić. Po lewej stos ulotek, który niechcący
przewrócił, więc stopniowo zakrywały całą podłogę. Ocenił, że ma dla
siebie dwadzieścia osiem centymetrów.
Garbienie się, kiedy siedział, weszło mu w nawyk.
Jeden z dawnych kumpli zamieścił na Instagramie zdjęcie, na którym jest
w Wendy's, razem z grupką chłopaków z klasy. Gdy Dennis był młodszy, z większością z nich się przyjaźnił. Teraz miał czternaście lat, ale oni
już z nim nie esemesowali, w ogóle nie odzywali się do niego. Właściwie
kiedy zaczęli go unikać? I zerkać na siebie porozumiewawczo, gdy ich
zapraszał do siebie?
Na pewno minął już rok. A może i dwa.
Zaniósł się kaszlem, suchym kaszlem - od zalegającego w pokoju kurzu
drapało go w gardle. Co to za smród? Doprowadzał go do szału. Zapewne
tak śmierdziało kilka rzeczy naraz.
Na jednym z czatów wyskoczyła nowa wiadomość. Jego drugie życie. Życie w sieci, gdzie nikt go nie znał ani nie wiedział o jego ojcu. Nikt nigdy
nie widział jego domu - stert śmieci walających się na podwórku ani
pokoju, w którym z dnia na dzień miał coraz mniej miejsca. Nikt nawet
nie wiedział, ile ma lat. Dla nich był tylko kolejnym Obserwatorem o nicku Suseł.
Tę ekscytującą wiadomość zobaczył na ich prywatnej grupie, pochodziła od
Gąsienicy, jeszcze jednego Obserwatora, który coś zauważył. Trzy błędy w jednym tweecie. Dennis od razu się zainteresował. Całkowicie podzielał
zdanie Gąsienicy. To nie mógł być przypadek.
Nie umiał wprawdzie zaprowadzić porządku w swoim pokoju, ale tym
potrafił się zająć. Znaleźć prawidłowości. Był w tym dobry. Z tego, co
wiedział, lepszego Obserwatorzy nie mieli.
W tweecie została zakodowana wiadomość. Wiadomość przeznaczona dla
pewnych ludzi, niewidoczna dla innych. Tylko jaka?
Przepuścił tweet przez kilka programów deszyfrujących, sprawdzając, czy
nie jest to jakiś prosty kod, ale niczego nie znalazł. Skupił się więc
na tych dwóch słowach z błędami. To je szef wydziału
dochodzeniowo-śledczego jakoś wyróżnił.
"Dahowali". "Autah". Co takiego jest zawarte w tych słowach?
Musiał się wysikać. Łazienka była w korytarzu, niedaleko pokoju, czyli w normalnym świecie raptem kilka kroków. Ale w swoim domu, żeby wyjść zza
biurka, musiałby ostrożnie odjechać fotelem obrotowym. Potem zaś
lawirować między pełnymi ciuchów torbami i uważać, żeby się nie
pośliznąć na ulotkach rozsypanych po całej podłodze. Otworzyć drzwi -
nie otwierały się na oścież, bo blokowało je pudło - a w każdym razie
uchylić je na tyle, by można się przecisnąć. Następnie przejść
korytarzem, przyciskając się do ściany po lewej, bo wzdłuż tej po prawej
piętrzyły się kartony mleka i jajek. Gdyby przewrócił któryś stos,
ojciec dostałby szału, więc Dennis musiałby się zatrzymać i przed
ruszeniem w dalszą drogę na nowo ustawić kartony. A potem już tylko
odsunąć stertę gazet sprzed drzwi do łazienki; zablokowałby wprawdzie
korytarz, ale za to mógłby skorzystać z toalety.
Jeszcze przez chwilę wytrzyma.
"Dahowali". "Autah".
W tych słowach zakodowano jakieś inne. Rozszyfrował je, zaprowadził ład
w chaosie.
Idaho i Utah. Dwa stany.
Na czacie grupy zamieścił informację, że odcyfrował wiadomość. Była
19.43.
Alma nie wierzyła w teorie spiskowe. Uważała, że są kretyńskie.
Płaskoziemcy? Wariaci, którzy dali się przekonać do bredni Davida Icke'a o zmiennokształtnych reptilianach? Wszystko to jedna wielka ściema i kto
jak kto, ale ona nigdy w to nie uwierzy.
Obserwatorzy też jej nie interesowali. Przynajmniej z początku. Dopóki
nie dowiedziała się o dzieciach.
Zaczęło się od tego, że obejrzała film dokumentalny o handlu dziećmi w celach seksualnych. Przez cały tydzień płakała i myślała o tym. A potem
od jednej z matek z komitetu rodzicielskiego dowiedziała się o istnieniu
sitwy. Kobieta wyjaśniła jej, że to właśnie ta sitwa stoi za większością
przypadków handlu ludźmi w celach seksualnych i że "to się dzieje pod
naszym nosem". Alma wzniosła oczy do nieba, ale jej znajoma tylko się
uśmiechnęła i powiedziała: "Nie wierz mi na słowo. Sprawdź sama".
To wzbudziło zainteresowanie Almy. Kto w dzisiejszych czasach mówi
jeszcze ludziom, żeby sami podejmowali decyzje? Każdy chciał narzucić
innym swoje poglądy, swój sposób myślenia.
Tak więc Alma poszperała na własną rękę. Na temat sitwy nazywającej się
Kręgiem oraz Obserwatorów. Poszukała filmów na YouTubie, artykułów,
wykresów i wykładów. Na lekturę i własne badania tygodniami poświęcała
po pięć, sześć godzin dziennie. I ku swojemu przerażeniu stwierdziła, że
to jest prawda.
Dostrzegła jednak iskierkę nadziei. Mogła z tym walczyć. Wraz z innymi
ludźmi, którzy odkryli prawdę.
Sprzątnęła po kolacji, próbując nie zwracać uwagi na kłótnię syna z jej
mężem o to, czy wieczorem zagrają na Xboksie. Jej telefon pisnął... jeden
raz, a potem drugi. Wzięła go i przeczytała esemesy od Gąsienicy i Susła.
Utah i Idaho? Brzmiało znajomo.
Przeszła do komputera. Córka akurat oglądała film o tym, jak zrobić
slime. Doprawdy, szczytowe osiągnięcie ludzkości - coraz lepsze
komputery, fotografia oraz internet powstały po to, żeby jej córka mogła
poświęcać czas na naukę produkcji glutów w warunkach domowych. Jakby ta
kleista masa miała w sobie coś atrakcyjnego, a nie była czymś, czego
lepiej unikać.
- Skarbie, muszę skorzystać z komputera.
- Film zaraz się kończy.
Wcale nie, zostało jeszcze siedem minut glutów.
- Potrzebuję go w ważnej sprawie.
- To jest ważne.
Alma wciągnęła powietrze przez nos.
- Marsz od komputera! Ale już!
Córka wstała i wściekła wymaszerowała z pokoju. Alma usiadła przy
komputerze i otworzyła plik. Był zabezpieczony hasłem. Krąg miał
hakerów, którzy potrafili wykradać dane, więc nie zamierzała ryzykować.
Wpisała hasło i przejrzała listę. Utah i Idaho. Przed dwoma tygodniami w Utah zaginęła dziewczyna. A ponad sześć tygodni temu w Idaho chłopiec
nie wrócił ze szkoły.
Zaginione dzieci. A teraz agent Kręgu robił aluzję do tamtych spraw.
Wiadomość była przeznaczona dla klientów Kręgu. Ludzi kupujących dzieci
do seksu. Wyjaśniało to, dlaczego skorzystali z ogólnie dostępnej sieci
społecznościowej, jaką jest Twitter.
Z mocno bijącym sercem skopiowała linki do artykułów prasowych i wkleiła
je na czat grupy pod swoim nickiem - Czerwona Królowa. Była 19.48.
Zachary siedział w szlafroku przed laptopem. Już od trzech dni nie
wkładał normalnych ubrań. Ot, zalety bycia na bezrobociu. Oglądał swój
najnowszy film, zajadając się chipsami; tłuste okruszki spadały mu z ust
i palców na odsłonięty brzuch.
Na ekranie mężczyzna posuwał od tyłu jęczącą kobietę. Był to aktor
porno. Zacharego nie interesowało, kim jest ten człowiek. Kobietą była
Natalie, która cztery lata temu siedziała naprzeciwko niego na lekcjach
angielskiego.
Natalie nie miała pojęcia o istnieniu tego filmu. Ba, gdyby ktoś ją
spytał, w ogóle nie pamiętałaby, że przespała się z tym człowiekiem. Bo
wcale z nim nie spała.
Ten film to był tak zwany deepfake. Zachary stworzył go, korzystając z pierwszego lepszego pornola oraz kilku zdjęć Natalie z kroniki szkolnej
i jej konta na Instagramie.
Było to, jak dotąd, jego najlepsze dzieło.
Zrobił takie filmiki z większością dziewcząt, z którymi chodził do
szkoły. Niektóre zasłużyły nawet na kilka.
Pewnego dnia, kiedy ukończy całą kolekcję, wyśle te filmy wszystkim
chłopakom ze szkoły. A może także dziewczynom. Oraz ich rodzicom. Będzie
to jego ostateczna zemsta za to, jak te dziwki traktowały go przed laty.
Odkąd wyleciał z roboty, cały czas poświęcał na tworzenie tych filmów, a także na badania dotyczące Kręgu, tych skurwieli, którzy kręcili
wszystkim. Wiedział, że to Krąg kazał go wywalić. Kilku Obserwatorów
podzielało jego zdanie. Ludzi stale wyrzucano z pracy na polecenie
sitwy. Te dranie miały swoje powody, żeby wskaźnik bezrobocia wciąż
rósł. On był dla nich tylko statystyką. Liczbą w cholernym arkuszu
kalkulacyjnym.
Ale on ich ujawni. Jeszcze się na nich zemści.
Z drugiej strony, może i powinien podziękować tym gnojkom. Siedzenie w domu zmobilizowało go do podjęcia własnej działalności. Powiedzmy, że
jakaś dziewczyna rzuciła faceta. Jeśli gość był wkurzony, musiał jedynie
wysłać Zachary'emu kilka zdjęć, a Zachary tworzył dla niego śliczny
film. Była panna z dwoma facetami. Z sześcioma. Z kobietami. Wedle
życzenia. Dopóki gość płacił, Zachary dostarczał towar. A za niewielką
dodatkową opłatą wrzucał też filmiki na rozmaite strony z pornolami.
Zemsta była bardziej dochodowa niż praca w Walmarcie.
Jego telefon wciąż popiskiwał. Zachary zebrał palcem z brzucha kilka
okruszków i zlizał je po kolei. Potem, wciąż oblizując palce, sprawdził
esemesy. Zdaniem jego przyjaciół z grupy Obserwatorów, Krąg dał znać
swoim klientom pedofilom, że ma dwoje dzieci na sprzedaż. Psychole!
Pytanie, gdzie i kiedy. To drugie było proste. Na forum rozprawiano o tym, że na dziewiątego stycznia o jedenastej rano, czyli na jutro,
szykuje się jakiś grubszy numer. To musiało być to.
Ale gdzie?
Sprawdził konto na Twitterze tamtego gliniarza. Publiczne, więc każdy w sieci mógł sobie poczytać, ale nikt nawet nie kiwnął palcem.
Nagle w oko wpadł mu tweet tego samego faceta sprzed dwóch godzin:
Miałem dziś pogadankę w liceum Krzysztofa Kolomba o zagrożeniach
związanych z narkotykami. Nasza przyszłość to nasze dzieci.
Kolejna literówka. Powinno być "Kolumba", nie "Kolomba". A tweet
zamieszczono dokładnie przed dwiema godzinami. Dwie godziny. Dwoje
dzieci. W dodatku kończył się słowem "dzieci". Kilka miesięcy temu
Zachary nie zwróciłby na to uwagi, ale teraz już wiedział, jak tamci się
komunikują. Poznał ich szyfry.
Czym prędzej wystukał wiadomość do pozostałych członków grupy. Było ich
pięciu - Gąsienica, Czerwona Królowa, Suseł, Jabberwocky i, ma się
rozumieć, on. Wybrał sobie najlepszy możliwy nick - Kapelusznik. Taki
jak zagrany przez Johnny'ego Deppa - kawał odrażającego skurczysyna - a nie ten laluś z durnej, odjechanej kreskówki Disneya.
Już znają lokalizację. Liceum Krzysztofa Kolumba.
Liceum. W dodatku w mieście. Zachary się zamyślił. Dumał o swojej
szkole. O dziewczynach i o tym, jak go traktowały. Ciekawe, jak to
wygląda w liceum Krzysztofa Kolumba. Czy jest takie samo? Pełne
zadzierających nosa nastolatek?
Wyobraził sobie, jak tam wparowuje. Wyważa kopniakiem drzwi, mając
wsparcie przyjaciół. O tak! Jego usta wykrzywił uśmiech. Napisał:
Powinniśmy to sprawdzić.
Ostatni jęk i na ekranie pojawiła się wykrzywiona w spazmie rozkoszy
twarz Natalie. Zegar w rogu ekranu wskazywał 19.56.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki