II. Cassimir
Z nieba prószył śnieg, starając się przysłonić mroczną, spaloną ziemię, lecz jego wysiłki spełzały na niczym. Płatki nie były w stanie zbyt długo utrzymać się w swej stałej formie, przekształcając się w parę jeszcze w trakcie lotu, co tworzyło wiszącą nad ziemią chmurę, która niczym mgła wylewała się na horyzont, połykając wszystko na swej drodze jak potwór chcący ukryć świat swą paszczą. Mimo to nad tą ścianą mgły wciąż dominowała inna, znacznie potężniejsza ściana, wyłaniająca się spośród chmury niczym złowrogi cień, chcący zablokować drogę temu oddechowi zimy.
Był to Wielki Mur zwany Barierą Zapomnianych, największa struktura na świecie. Niektórzy twierdzili, że zbudowali go Shaelorianie, inni, że elfy, a jeszcze inni uważali, iż to dzieło samego Stwórcy, który w ten sposób przygotował światu plan awaryjny. Niewątpliwie jednak to Wielki Mur sprawiał, że świat wciąż istniał, oddzielając zrujnowane przez demony ziemie upadłego Shaeloru od krain ludzi.
Bariera Zapomnianych była szeroka na kilkadziesiąt kilometrów i długa na setki, ciągnąc się od zaczynających się daleko na południu Gór Iraada aż do północnych Gór Niebios.
Do znajdującego się za murem tak zwanego Międzygórza prowadziły tylko dwie inne drogi - przez zrujnowane krasnoludzkie podziemia oraz przez Larush, ogromną, surową krainę skutą lodem, gdzie niepodzielnie rządziły dzikie plemiona orków, ludzkich barbarzyńców i wielu innych przerażających bestii.
Przez pierwsze lata po tym, jak Zbawca powstrzymał pochód demonów, te, które nie schowały się w głębi Upadłych Krain, ruszyły właśnie na Larush, tocząc niekończącą się wojnę aż po dziś dzień.
Czarnoskóry człowiek w ciszy przyglądał się ogromowi struktury daleko przed nim. Za każdym razem, gdy w trakcie swych wędrówek miał przyjemność ujrzeć barierę, nie dowierzał, że wewnątrz tego muru, nie pod nim czy za nim, lecz dosłownie wewnątrz niego znajdowało się jedno z ludzkich państw wraz ze swoimi odciętymi od światła miastami i skomplikowaną strukturą społeczną, tak inną od reszty świata.
Czego jednak oczekiwać po ludziach, którzy całe swe życie spędzają wewnątrz zimnych ścian pokrytych świecącymi grzybami? Państwo to nazwali Enod i szybko stali się jednym z najpotężniejszych graczy na scenie politycznej. Nic nie było w stanie zatrzymać ich podboju królestw Międzygórza...
A jednak się zatrzymali, czego dowodem były zamarznięte ściany murów. Wysokie baszty wyłaniające się nad parującymi chmurami przykrywał biały puch, upodabniając tę boską budowlę do łańcuchów górskich, między którymi się znajdowała.
Czarnoskóry mężczyzna wystawił dłoń przed siebie, ale żaden płatek śniegu nie był w stanie do niej dolecieć. Wszystkie ulegały wysokim temperaturom panującym w tej zniszczonej krainie.
Shaelor był martwy od dawna, pokryty ruinami, po których pozostały jedynie wystające z ponad gór popiołu i ciemnego piachu wierzchołki, a jednak paradoksalnie, to właśnie to przerażające miejsce, gdzie nawet powietrze zdawało się zatrute, jako jedno z nielicznych stawiało jeszcze opór.
Opór przed mroźną śmiercią.
Świat ludzi umierał. Trwająca zima przybyła bez ostrzeżenia, zaskakując wszystkich. Początkowo twierdzono, że to gwałtowne ochłodzenie potrwa kilka tygodni, potem, że kilka miesięcy. Teraz pozostało już tylko błagać Stwórcę, by po ośmiu latach mroźnego piekła okazał miłosierdzie swym dzieciom. By uchronił je przed końcem.
Chyba że to właśnie miał być koniec. Może właśnie tak Stwórca postanowił zakończyć pisaną przez siebie księgę, przykrywając świat bezkresem bieli.
Bezkresem nicości. W ten sposób wszystko wróciłoby do stanu, którym było na początku. Do białej kartki, jaką Stwórca zapisze na nowo.
Mężczyzna poprawił siwe włosy splątane w krótkie warkoczyki i założył stary hełm na głowę. Raz jeszcze rzucił spojrzenie na zniszczone, mroczne pustkowie przed nim i znajdujący się w oddali mur, a następnie obrócił się ku drewnianym drzwiom. Przepchnął się między ich skrzydłami i tak znalazł się we wnętrzu pradawnej, pokrytej kurzem katedry.
Mimo zaniedbania i wieków zapomnienia dalej robiła wrażenie swymi nieskończonymi kolumnami o metalowych zdobieniach. Rzeźby przedstawiające anioły o spiczastych uszach, tak bardzo przypominające elfy, czuwały na szczycie każdej z kolumn, przyglądając się mężczyźnie, gdy podążał czerwonym dywanem ku ołtarzowi. Tuż przed nim uklęknął i przeżegnał się, nie odrywając wzroku od wiszącego nad nim falującego krzyża wpisanego w okrąg. Po zakończeniu krótkiej modlitwy poszedł za ołtarz, gdzie czekały na niego kręte schody ku nieprzeniknionej ciemności.
Ruszył ku niej. Wiedział dobrze, co znajdzie na samym końcu tej mrocznej ścieżki i chociaż nie miał ochoty tam wracać, to nie mógł pozostawić tam swego przyjaciela. Stawiając kroki na kolejnych stopniach, zastanawiał się nad tym, czego się dowiedział, co widział i przede wszystkim... co powie swemu towarzyszowi.
Po pokonaniu schodów stanął przed uchylonymi kamiennymi drzwiami. Wziął głęboki wdech, uśmiechnął się pod hełmem i wkroczył do komnaty. W środku zastał swego towarzysza wymachującego bronią w powietrzu. Każdy normalny człowiek wziąłby go za szaleńca, ale czarnoskóry mężczyzna wiedział aż za dobrze, czego jest świadkiem. W końcu on także posiadał szkarłatne oko.
On też był przeklętym zwiastunem.
Czym prędzej sięgnął po pistolet skałkowy przy swoim pasie i wycelował w walczącego z powietrzem towarzysza.
Huk wystrzału był tak głośny, że stare ściany pomieszczenia zadrżały, a z sufitu uleciał kurz, opadając na kaptury obu templariuszy. Kula trafiła walczącego w ramię, przez co zaprzestał on swojego starcia z niewidzialną istotą i jakby wyrwany z głębokiego snu, rozejrzał się wokół, szukając czegoś przerażonym wzrokiem. Czarnoskóry schował pistolet i po raz kolejny wciągnął powietrze. Chciał jak najbardziej się uspokoić, rozluźnić i wrócić do swego naturalnego, radosnego "ja".
- Jakbym cię nie znał, Joseph, to bym pomyślał, że próbujesz się zabić i to w dość nieudolny sposób - zaczął sarkastycznie czarnoskóry, po czym od razu skarcił się w myślach. Ostatnie, czego teraz potrzebował jego towarzysz, to zabawnego tylko dla jednej strony sarkazmu.
- Myślałem, że uciekłeś - odparł templariusz nazwany Josephem. Jego oddech był nierówny, a dłonie drżały, dlatego czarnoskóry zwiastun podniósł jego hełm i założył mu go powoli na głowę. Potem sięgnął do torby, wyciągnął z niej tabakierę, a z tej wysypał błękitny proszek.
Nienawidził tej substancji, ale tylko tak mógł pomóc Josephowi.
- Nie chcę - powiedział Joseph, odtrącając dłoń.
- Potrzebujesz tego - odpowiedział czarnoskóry, kucając przy siedzącym przyjacielu.
- Co za różnica, to... i tak już koniec.
- Koniec? Niby dlaczego? - Czarnoskóry oczywiście wiedział, co Joseph ma na myśli. W końcu on też widział zawartość sarkofagu. On także musiał się z nią skonfrontować i przez to uciekł na zewnątrz, zostawiając towarzysza samego z nowo poznaną prawdą.
- Cassimir... - wyszeptał z wyczuwalnym gniewem w głosie Joseph. - Chociaż raz przestań zgrywać idiotę i...
- I co? Usiądź na ziemi, załam się i uznaj, że wszystko nie ma sensu? - przerwał mu czarnoskóry Cassimir. - Mogę też spróbować się zabić, korzystając z pomocy bezkształtnego, ale co to zmieni?
Cassimir wyciągnął z torby niewielkie szczypce i podał je Josephowi, ale gdy ten ich nie odebrał, czarnoskóry zwiastun sam podjął próbę wyciągnięcia kuli z jego ramienia. Nie była to przyjemna operacja, ale Joseph ani razu się nie odezwał, tak jakby nie był w stanie odczuwać już nawet bólu.
- Krzyknij sobie - powiedział w końcu Cassimir. - Tam, skąd pochodzę, mawiamy, że gdy ciało już nie może, to zaczyna krzyczeć dusza. I to właśnie ten krzyk duszy jest najbardziej szczerą emocją, jaką możemy wyrazić. To on nas oczyszcza.
- A ty... krzyknąłeś sobie? - spytał zgryźliwie - Pomogło? Poczułeś się lepiej, czy tylko odstraszyłeś ptaki?
- Dobrze wiesz, że w Shaelorze nie ma ptaków. Ale odpowiadając: tak, krzyknąłem sobie. I to jak! Myślę, że słyszeli mnie nawet w Enodzie. Pewno jakaś rodzina...
- Dość bogata, skoro jeszcze nie zamarzła - wtrącił Joseph, pozwalając, by Cassimir opatrzył jego ranę.
- W Enod to bez różnicy, oni tam nie mają pieniędzy - tłumaczył czarnoskóry zwiastun. - No ale wracając, myślę, że jakaś rodzina przy obiedzie mogła usłyszeć moje soczyste przekleństwo i zaczęli się zastanawiać, czy przypadkiem Zbawca nie przyszedł skopać ich niewiernych tyłków.
- Wątpię, by miał przyjść kiedykolwiek, Cass...
- Ano tak, sarkofag! Wiedziałem, że o czymś zapomniałem! - zaśmiał się starszy templariusz. Robił, co mógł, by stworzyć luźną atmosferę, ale chociaż jego schowane pod hełmem wargi wyginały się w uśmiechu, to był on równie sztuczny i wymuszony, co cała ta rozmowa. Mimo to czarnoskóry kontynuował ją dalej, wierząc, że tylko uśmiechem Joseph będzie w stanie przetrwać prawdę. - Myślę, że jak Enod naprawdę go zdenerwuje, to wstanie z tego sarkofagu. Spójrz, jaką ma bojową minę! To ktoś, kto umarł, wiedząc, że będzie mu dane skopać jeszcze niejeden tyłek - mówił dalej Cassimir.
- Przestań, Cass, wystarczy, już wystarczy - wydusił z siebie Joseph. - Żaden żart nie odmieni prawdy. To wszystko kłamstwo, bracie. Wszystko jest kłamstwem.
- Ja nie jestem kłamstwem, a ty? - spytał starszy zwiastun, przysiadając się obok towarzysza. - Przynajmniej ja nie czuję się kłamstwem.
- Stworzyło nas kłamstwo, Cass.
- Stworzyły nas więzi, Joseph - odpowiedział zwiastun, ściągając swój hełm. Nigdy nie podchodził do zakazu jego ściągania zbyt poważnie. - To prawda, że powstały one dzięki Najwyższemu Kościołowi, ale... nie czyni ich to mniej prawdziwymi. Jesteśmy braćmi w zakonie, inni bracia czekają na nasz powrót. Razem trenowaliśmy i walczyliśmy za tę samą sprawę.
- Za bujdę - dodał z wyrzutem Joseph.
- Za wiarę w świat, którego nas nauczono. - Cassimir obrócił hełm w dłoniach i odłożył go na moment na podłogę. - Nie jestem kretynem, ale i nie będę udawał, że znam wszystkie odpowiedzi. Nie wiem, dlaczego Zbawca tu jest. Może nie zrozumieliśmy czegoś z jego słów, a może ktoś zafałszował jego przekaz na przestrzeni lat, ale... jakie ma to znaczenie?
- Ogromne! Jeśli wierzyliśmy w kłamstwo... Jeśli to wszystko nie było prawdą...
- To nagle mniej prawdziwa staje się radość, którą czujesz, gdy uda ci się uratować przed demonem małe dziecko? Ile razy zostaliśmy przydzieleni przez Najwyższy Kościół do tego typu zadań? Ile razy czułeś cel, do którego mogłeś dążyć? Czy robiłeś to wszystko z przymusu, czy może dlatego, że wierzyłeś, że to dobra droga?
- Robiliśmy też... wiele innych rzeczy, Cass. Zabijaliśmy nie tylko demony. - Joseph również ściągnął hełm i przyjrzał się swojemu odbiciu w nim. - Robiłem... robiliśmy to, co nam kazano. Nie kwestionowaliśmy nigdy rozkazów. Nigdy się nie wahałem, nie zadawałem pytań, bo nauczono mnie, że to dobra droga, że to inni są źli. Ale to był wymysł, Cass. Oszustwo.
- A kłamstwo jest złe, tak?
- Oczywiście.
- I wiesz to, dzięki... naukom kłamstw Najwyższego Kościoła?
- Ja... po prostu... sam już nie wiem, co o tym myśleć! - krzyknął Joseph, rzucając swym hełmem o podłogę. - Kroczę w ciemnościach... pozbawiony wzroku. Pełen lęku i niepewności...
- ...ale wiem, że Zbawca jest przy mnie i prowadzi mnie za rękę, dlatego się nie boję - dokończył cicho Cassimir.
- Skoro to był fałsz... to jaki w tym wszystkim sens, Cass? Kto prowadzi nas za rękę? - Joseph nie był w stanie dłużej powstrzymywać łez, a gdy spłynęły po jego policzku, Cassimir uśmiechnął się najserdeczniej, jak tylko potrafił, i położył dłoń na jego ramieniu.
Czarnoskóry zwiastun nie znał wszystkich odpowiedzi, jak sam oznajmił Josephowi, ale był gotów skoczyć na głęboką wodę niewiedzy, niepewności, bo właśnie za to uważał wiarę.
W obliczu trudności lub komplikacji nie zarzuca się jej, a po prostu... dalej wierzy. Niektórzy nazwaliby to fanatyzmem, ale Cassimir nie czuł się szaleńcem. Po prostu nie wierzył, że on, zwykły zwiastun o szkarłatnym oku, może uczciwie i w pełni pojąć to wszystko. W tej sytuacji to wcale nie obecność ciała Zbawcy bolała go najbardziej, a fakt, że Najwyższy Kościół ukrył tę wiedzę.
Autorytety, w jakie wierzył, okazały się równie szare, co on, podczas gdy on wolał patrzeć na świat jak na czarno-biały obraz. Nienawidził odcieni szarości, bo to właśnie wtedy pojawiały się rozterki, pytania, a te prowadziły do dalszych pytań. Przecież świat nie może być tylko szary, prawda? Musi istnieć jakaś fundamentalna prawda, ostateczne dobro, najbielsza biel i... najczarniejsza czerń.
Cassimir nie był uczonym filozofem, obce były mu tego typu przemyślenia i nie zamierzał udawać, że jest inaczej, szukać na siłę powodu, by załamywać się coraz bardziej, a już na pewno nie widział sensu w podtrzymywaniu Josepha w jego smutku.
- Zapytałem kiedyś Wielkiego Mistrza o moją rodzinę - zaczął Cassimir, wyciągając z torby dziecięcą zabawkę, niewielki bączek, którym zakręcił na podłodze przed Josephem. - Spytałem, czy wie, kim byli i czy... mógłbym ją odwiedzić. Wielki Mistrz nie chciał mi zdradzić tego sekretu.
Joseph podniósł głowę i spojrzał na uśmiechniętego towarzysza.
- Dlatego... zrobiłem to, co robię najlepiej i oczarowałem siostrę zakonną, aby pomogła mi dostać się do biura Wielkiego Mistrza, gdzie znalazłem dokładne dane na temat mojej rodziny z Karatui.
- Nigdy mi o tym nie mówiłeś - odezwał się młodszy templariusz.
- Mógłbym powiedzieć, że nigdy nie pytałeś, ale spójrzmy prawdzie w oczy, raczej nikt nie wpadłby na spytanie: "Hej, czy przypadkiem nie zdradziłeś dzisiaj idei naszego zakonu i nie włamałeś się do komnat mistrza?".
- W zasadzie... jednego dnia miałem to na końcu języka - zażartował Joseph, ocierając mokry policzek.
- Jakbyś wtedy spytał, i tak bym zaprzeczył. Byłeś zbyt wzorowym nowicjuszem. Do dziś pamiętam, jak zgłaszałeś się na ochotnika, by zamiatać wielką salę tylko po to, by zyskać te kilka dodatkowych pochwał.
- Po prostu nie lubiłem brudu.
- Albo bardzo lubiłeś zamiatać. - Cassimir spojrzał na kręcącego się bączka i wrócił myślami do swej opowieści. - Znalazłem moją rodzinę i wierz lub nie, ale okazało się, że to dość znaczący kupcy z Raszmaranu. Nawet przez chwilę się nie wahałem i jeszcze tej samej nocy uciekłem z klasztoru.
- Dziwię się, że jeszcze żyjesz. - Joseph, jak każdy templariusz, wiedział, że zwiastuni w klasztorze byli traktowani jak uwięzione demony. Jedno złe skinięcie, jedno zbyt duże przewinienie i żegnali się z głowami.
- Nie żyję. Umarłem, ale spokojnie, moje ciało nie zostało zabrane do Stwórcy, dlatego po pewnym czasie się obudziłem. Może dlatego Zbawca też tu zostawił ciało. Wiesz, by mieć do czego wrócić.
Joseph westchnął.
- Ja... prosty chłopak w największym mieście na świecie, złotym, cudownym Raszmaranie - kontynuował Cassimir. - Nic nie mogło równać się z tym, co tam ujrzałem, i żadne słowa nie opiszą ogromu tego miejsca, i dlatego nie opiszę ci tego, Joseph, bo po prostu się nie da, a wielokrotnie próbowałem. Powiem tylko, że to naprawdę kawał pięknego miasta.
- Spotkałeś się z rodziną?
- Tak i nie ukrywam, że byli niezbyt zadowoleni z mojej wizyty. Wiesz... w Karatui na zwiastunów poluje się dla narządów. Niektórzy wierzą, że jak zjedzą naszą wątrobę, to będą mogli chlać jak zwiastun. Nie rozumieją, że pić trzeba też umieć. - Cassimir sięgnął po bukłak z winem i wziął solidny łyk, nim powrócił do opowieści. - Ojciec nie chciał mnie wpuścić do domu, ale matka go przekonała i tak poznałem resztę rodziny: małego Hawę, siostrzyczkę Dalię i jakieś piętnaścioro innych dzieciaków, których imion nawet nie pamiętam. Pamiętam za to, że wszyscy byli zupełnie oddani czczeniu Raszmy. Na początku mnie to ujęło. Wiesz... niby to nic dziwnego, że ktoś w Karatui czci Raszmę...
- Nie wiedziałem, że w ogóle modlą się do kogoś innego - wtrącił Joseph.
- No wiem, ale chodzi o to, że co innego mówić o tym, jak ważny dla Karatui jest Raszma, a co innego to zobaczyć - odparł Cassimir. - I z początku byłem naprawdę zafascynowany, czułem, że wróciłem do korzeni, do swojego domu, że to jest to, ale... wieczorem cała rodzina udała się na modły i zostałem zaproszony. Chcieli mnie złożyć w ofierze.
- Aua - wydusił młodszy zwiastun.
- Aua to mógłbym powiedzieć, jakbym uderzył się młotkiem w palec, to zaś... było ciosem tak potężnym, że czułem, jakby ktoś walnął mnie w potylicę młotem. Może dlatego, że ojciec uderzył mnie w potylicę wielką pałką. Ślad mam po dziś dzień.
- Więc jednak nie kłamałeś i umarłeś w tym Raszmaranie.
- A jakże. Umarłem, ale przeżyłem. Okazało się, że Wielki Mistrz jeszcze tej samej nocy, której uciekłem, wysłał za mną pogoń. Dotarli w ostatnim momencie i uratowali mnie przed poświęceniem na ołtarzu Raszmy. Niestety, jeden z naszych nie przeżył starcia. Któryś z moich braci wbił mu miecz w plecy z zaskoczenia.
Joseph opuścił głowę.
- Nie wiem, czy wybili moją rodzinę, czy nie i... może zabrzmię oschle, ale nie obchodzi mnie to. - Cassimir powoli założył swój hełm na głowę. - Bo co to była za rodzina? Składać w ofierze własnego syna?!
- Najwyższy Kościół też ma nas za potwory.
- Ale Stwórca nigdy nie kazał nas składać w ofierze. Stwórca nie chce ofiar z ludzi. To prawda, że czasem wyznawcy bywają zepsuci, ale gdy czytam Świętą Księgę, nie widzę w niej, by Zbawca nakazywał kogoś składać w ofierze. Nie widzę, by zachęcał do rozlewu krwi. Raszma natomiast... robi to na każdym kroku. Może i wierzę w kłamstwo. Może wszystko to, czego mnie nauczono, jest jedynie fałszem, ale... wolę fałsz, który nikogo nie krzywdzi, niż ten, który ujrzałem w Raszmaranie. Może właśnie na tym polega życie... by wybrać, w jaki fałsz się wierzy? Cóż, ja wierzę, że wybrałem ten najlepszy i zamierzam się tego trzymać. Mój fałsz mówi mi, że muszę wstać, otrzeć łzy i iść przed siebie, niezależnie od trudów i to właśnie zamierzam zrobić.
- Nie wiem, czy potrafię spojrzeć na to w ten sam sposób, Cass - odparł Joseph, zakładając swój hełm.
- To przynajmniej nie siedź na podłodze, bo ci tyłek zmarznie. Mamy misję, pamiętasz? Niezależnie od wszystkiego i tego, co teraz czujesz, tylko my możemy zatrzymać zimę.
Cassimir pomógł Josephowi wstać i chociaż wiedział, że młody templariusz wciąż pozostawał zdruzgotany, a w głowie jego nadal zalegało wiele pytań, to wyglądało na to, że przynajmniej na razie jest gotów skupić się na tym, co istotne, na zadaniu, które przydzielono każdemu istniejącemu zwiastunowi: przywrócić wiosnę na świecie.
Najwyższy Kościół oficjalnie głosił, że za tajemniczym ochłodzeniem stoi gniew Stwórcy i tylko modlitwą można go było przebłagać. Chociaż Cassimir po części wierzył, że jest to prawda, to jego przełożeni uważali nieoficjalnie coś zgoła innego. Twierdzili, że za tą katastrofalną w skutkach zimą mogą stać złe siły, demony lub inne istoty mroku. Zadaniem templariuszy było ich zwalczanie, dlatego rozesłano ich na cztery strony świata w poszukiwaniu śladów, wskazówek na temat prawdy o wiecznej zimie. Nawet Cassimir ruszył na wyprawę, pomimo że od wielu lat piastował pozycję Wielkiego Mistrza. Nie mógł siedzieć z założonymi rękami, nawet jeśli istniał tylko cień szansy na zatrzymanie zimy. Niestety, mimo już prawie dwuletniej wędrówki, wciąż nie znalazł żadnego konkretnego śladu tłumaczącego to gwałtowne ochłodzenie.
Poszlaki przybyły z niespodziewanej strony. Pewnego dnia do Cassimira i jego protegowanego - Josepha, przybył starszy czarodziej. Czarodzieje z definicji uznawani byli za kłamców, wrogów Najwyższego Kościoła, a ten na dodatek zdawał się pochodzić z Enodu - krainy, którą Cassimir równie gardził, co podziwiał.
Kochał wszystko, co piękne, a państwo w murze niewątpliwie takie było, przynajmniej na swój dziwny, ekscentryczny sposób, ale z drugiej strony, trudno było znaleźć miejsce o tak odmiennych od reszty świata poglądach, które obejmowały między innymi - najbardziej dla Wielkiego Mistrza kontrowersyjny - ateizm.
Enodianie otwarcie śmiali się z wszelkiej wiary, opierając swe społeczeństwo na sile rozumu, który dążył do stworzenia świata doskonałego, wspólnego i sprawiedliwego, gdzie Stwórca jest ideą niepotrzebną i staroświecką.
Być może wszyscy Enodianie wiedzieli o zrujnowanej katedrze, gdzie ukryto ciało Zbawcy? Być może stąd wziął się ich ateizm? Tego typu pytania krążyły w głowie Cassimira, gdy razem z Josephem opuszczali powoli podziemia, o których opowiedział im tajemniczy czarodziej. "Za murem, tam, gdzie nieliczni są w stanie dotrzeć. Tam znajdziecie swego Zbawcę, w starej katedrze, w zakurzonym sarkofagu" - tak brzmiały słowa czarodzieja.
Początkowo zwiastuni, a zwłaszcza Joseph, uznawali to za żart, wymysł, ale czarodziej na tym nie skończył. Powiedział także, że to w katedrze znajdą odpowiedź dotyczącą wiecznej zimy, a tego nie mogli zignorować. Nawet jeśli ten mag zamierzał zabawić się ich kosztem, nim dopadłby go mróz, to nie mieli innych poszlak. Mogli to zignorować i stać w miejscu lub ruszyć do Upadłych Krain, do przeklętego Shaeloru, gdzie nic nie miało sensu.
- Śnieg zamienia się w parę... zupełnie, jakby było tu ciepło - wyszeptał Cassimir, gdy wraz z Josephem przechodzili przez jeden z balkonów katedry. - A wcale nie jest tu ciepło. Wręcz powiedziałbym, że jest lodowato.
- Tak... tak jest... ale... co z tego? - spytał zbity z tropu Joseph wyraźnie wyciągnięty ze swych myśli.
- Ta kraina to chaos. Czysty chaos. Całkowity brak porządku. Tak właśnie to wygląda, Joseph.
Cassimir zatrzymał się na chwilę, by po raz kolejny rzucić spojrzenie ku potężnej Barierze Zapomnianych. Przykrywający jej baszty śnieg przypominał mu o skali zniszczeń za murem. O całkowicie zamarzniętych miastach, skutych lodem wioskach i wszechobecnej śmierci. Z każdym rokiem było coraz gorzej. Większość zapasów zdążyła się skończyć w ciągu pierwszych sześciu miesięcy wiecznej zimy i gdyby nie czarodzieje i ich magia oraz uczeni to kolejne pół roku byłoby ostatnimi w dziejach ludzkiego gatunku.
Ale nawet magia i upór ludzi nie mogły wiecznie odwlekać nieuniknionego. Królestwa z dnia na dzień stawały się polami bitew między szukającymi pożywienia wygłodzonymi tłumami, które w ostateczności musiały postawić na kanibalizm.
Wpierw na ruszt rzucano dawną szlachtę, królów i innych rządzących, co w wielu przypadkach jedynie pogłębiło kryzys. Rządy królestw próbowały na różne sposoby zdobywać pożywienie i racjonować je między poddanymi w celu przetrwania swej kultury. Niestety, nie uważali za jej część najbiedniejszych, którzy ostatecznie ich pożarli, tworząc krainy bezprawia i anarchii. Po szlachcie przyszedł czas na mieszczan, którzy jako pierwsi zaczęli nawoływać do zjedzenia bogatych. A gdy pozostali tylko najbiedniejsi, brat zaczął pożerać brata, uśmiercając przy tym ostatnie z nauk Najwyższego Kościoła.
I świat upadł, zamienił się w dzicz, gdzie silny dominował nad słabym, a najważniejszym narzędziem stało się ostrze, którym można było zabrać komuś życie.
Cassimir wierzył, że to wszystko dałoby się jeszcze cofnąć. Wieczna zima postępowała nierównomiernie, wciąż pozostawały cieplejsze miejsca, dokąd wielu starało się uciekać, wywołując największy w dziejach kryzys migracyjny. Gdyby tylko templariuszom udało się przywrócić wiosnę... ludzkość mogłaby zacząć się odbudowywać. Może nawet stałaby się lepsza niż wcześniej.
Dlatego templariusze nie mogli zawieść.
Cassimir ruszył za Josephem do kolejnej części katedry. Kto ją zbudował? Dlaczego? Nie wyglądała na dzieło Shaelorczyków, zatem jakim cudem tu stała? - myśli Cassimira wędrowały od pytania do pytania, ale na żadne nie potrafił odpowiedzieć.
W końcu dotarli do pomieszczenia, które kontrastowało ze wszystkim, co do tej pory mieli okazję ujrzeć. Wypełniały je lodowe sople tak wielkie, że sięgały podłogi. Zdawały się połyskiwać delikatnym błękitem, rozświetlającym leżący gdzieniegdzie śnieg. Na ścianie przed nimi znajdowała się pokryta mniejszymi soplami płaskorzeźba, przedstawiająca ogromnego smoka w towarzystwie grającego na harfie anioła.
- Jakim cudem tu jest śnieg? Powinien wyparować! - skomentował Joseph.
- Naprawdę? A te sople wcale cię nie zmartwiły? - odpowiedział Cassimir. Coś bardzo nie podobało mu się w tej scenerii, dlatego dobył swojego wielkiego miecza, który podobnie jak ten Josepha, miał płomienistą klingę o kolorze śniegu. Joseph poszedł za swym mistrzem i nie tylko chwycił za ostrze, ale także wyciągnął swój pistolet skałkowy zza pasa.
Intuicja okazała się słuszna, gdyż nagle jeden z sopli pękł na tysiące fragmentów, a te w nienaturalny sposób poszybowały przed siebie, celując wprost w Josepha. Cassimir odepchnął go, chroniąc przed śmiercią, ale sam przez to oberwał jednym odłamkiem, który zanurzył się w jego przedramieniu.
Mimo bólu nie pozwolił sobie na pozostanie w miejscu i ruszył do przodu, szukając odpowiedzialnego za ten tajemniczy atak. To jednak Joseph okazał się skuteczniejszy i odkrył chowającą się za jednym z lodowych sopli młodą kobietę o błękitnych włosach. Gdy na niego spojrzała, znieruchomiał. Jej uroda była zniewalająca, a oczy niewinne i przeszklone.
Najwyższy Kościół nauczał, że każdy, kto używa magii, tak naprawdę służy demonom, gdyż od nich pochodziły wszelkie czary, dlatego w trakcie swej służby jako templariusz, Joseph niejednokrotnie stawał przeciwko czarodziejom. Nigdy nie zastanawiał się nad prawdziwością nauk swej wiary, nie miał ku temu powodu, gdyż sami magowie także nie sprawiali wrażenia niewiniątek. Magia zawsze miała swoją cenę, która często objawiała się zniekształceniem ciała, upodabniając grzesznych czarodziejów do przeklętych demonów, którym według Najwyższego Kościoła służyli.
A jednak dziewczyna przed nim skinieniem dłoni potrafiła rozkazywać lodowym soplom, jakby były przedłużeniem jej ramienia, częścią jej samej, a mimo to nie miała na sobie żadnych demonicznych śladów, niczego, co upodabniałoby ją do potworów, które templariusze mieli zwalczać.
- Joseph! - krzyknął Cassimir, widząc, że dziewczyna ukrywa za plecami spory lodowy sopel, którym zamierzała przebić Josepha na wylot. Młody templariusz odskoczył, unikając śmiertelnego ataku.
Dziewczyna wrzasnęła tak głośno, że każdy z sopli wewnątrz pomieszczenia rozpadł się, a ich odłamki równocześnie powędrowały na zwiastunów niczym grad strzał wypełniających pomieszczenie. Wtedy Joseph wymamrotał szybko jakieś słowa pod nosem, a jego ostrze zapaliło się prawdziwym ogniem. Następnie uderzył ognistą klingą o podłogę i wokół niego wybuchły płomienie, tworzące coś na kształt idealnej gorącej kopuły, niedopuszczającej do niego żadnego lodowego odłamka. Cassimir na szczęście schował się za swym protegowanym.
- Dobra robota! Świetnie ci idzie, Joseph! - skomentował Wielki Mistrz. Cassimir nie krył dumy, w końcu sam uczył Josepha tego ruchu, który do najprostszych nie należał. W zasadzie był to pierwszy raz, gdy młodemu zwiastunowi udało się go wykonać poprawnie.
- A tobie za to niezbyt! Jeśli czegoś nie zrobimy, to... - Joseph nie dokończył, gdyż nagle przez jego ognistą barierę przeskoczył... ork. Wielki, szary, z kłami na wierzchu oraz oczami wypełnionymi gniewem i chęcią mordu zamachnął się na Josepha wielgachnym toporem. Gdyby nie szybka reakcja Cassimira i jego blok ostrzem, to młody templariusz straciłby głowę.
- Czy to ork?! - spytał z niedowierzaniem Joseph, chcąc zamachnąć się na szaroskórego wojownika swoim zgaszonym już ostrzem. Ten jednak okazał się niezwykle zwinny i uniknął natarcia. Gdy zaś Cassimir próbował go dosięgnąć, w jego kierunku powędrowały lodowe sople, o mały włos nie przebijając mu głowy. Na szczęście zdołały tylko zadrapać pordzewiały hełm.
- Nie możemy być pewni! Znałem kapłana, co wyglądał podobnie paskudnie, gdy musiał wstać rano. Może po prostu go obudziliśmy przed czasem?! - zażartował Cassimir. Nawet podczas walki, a może zwłaszcza podczas walki, nie chciał tracić dobrego humoru. Z jednej strony nie przepadał za zbędnym rozlewem krwi, ale z drugiej... kochał szermierkę. Ekscytacja związana z tym, że jeden zły ruch może doprowadzić do jego śmierci, wypełniała go radością równie wielką, co zjedzenie ukochanego naleśnika.
- Ta dziewczyna nie jest zwykłym magiem! - skomentował Cassimir, widząc jak błękitnowłosa, używając magicznych gestów, tworzy z powietrza kolejne lodowe pociski, lecz tym razem nie w formie sopli, a mniejszych kul, podobnych do tych opuszczających pistolety zwiastunów.
- No co ty nie powiesz! - odpowiedział Joseph, unikając kilku kul i blokując kolejne natarcie orka.
W tym momencie Cassimir wystrzelił z pistoletu w stronę dziewczyny, ale kula jej nie dosięgnęła, gdyż tuż przed nią nagle zerwało się powietrze tak zimne, że pocisk zamarzł, a potem rozpadł się na drobne fragmenty jak zbita porcelanowa waza.
Wielki Mistrz spojrzał na swoją broń. Miał trzy lufy, a to oznaczało trzy wystrzały przed przeładowaniem. Pozostał mu tylko jeden. Jeśli miał zamiar zakończyć tę walkę, to ostatni pocisk musiał być celnym. I wtedy... zauważył coś, co wcześniej mu umykało. Błękitnowłosa nasilała swoje magiczne ataki, ilekroć jej orkowy towarzysz był zagrożony. Postanowił sprawdzić swoje domysły i ponowie spróbował zaatakować orka, podczas gdy Joseph ruszył ku dziewczynie. Ork od razu otrzymał wsparcie od swej towarzyszki, która z gniewem obrzuciła zwiastuna lodowymi soplami. Ataki te były mniej subtelne niż pozostałe, bardziej odruchowe, nieprzemyślane i chociaż Josephowi nie udało się dosięgnąć błękitnowłosej czarodziejki, gdyż odepchnęła go pod ścianę potężnym, zimnym podmuchem, to w głowie Cassimira pojawił się plan.
- Joseph! Tak jak w Rodmarchii! Na dwa! - krzyknął do podopiecznego, po czym ruszył ku dziewczynie, rozpalając swój miecz tak, jak wcześniej zrobił to Joseph.
W tym czasie młodszy templariusz zaatakował orka. Dziewczyna zgodnie z oczekiwaniami wsparła szaroskórego towarzysza swymi zaklęciami i wtedy Cassimir zamachnął się na nią mieczem.
Ogień z ostrza przegrał z potężną, lodową ścianą i zgasł. Pewna siebie dziewczyna już chciała zaatakować zwiastuna, gdy nastąpił huk, a ona poczuła ból z boku. Joseph tylko udawał, że skupił się na orku. W rzeczywistości przez cały ten czas czekał z pistoletem w ręku, by wystrzelić na ślepo w stronę dziewczyny. Miał na tyle wprawy, że trafił bez problemu, a gdy dziewczyna upadła, ork zaryczał wściekle, rzucił się swym szarym cielskiem na Josepha i przygniótł go do ziemi. Jednak nim zdołał zmiażdżyć mu czaszkę, Cassimir wystrzelił, trafiając go prosto w głowę.
Brutal zginął na miejscu, a młody templariusz zrzucił z siebie jego zwłoki, czemu przyglądała się bezradnie błękitnowłosa.
- Kim jesteś? - spytał krwawiącą dziewczynę Cassimir, ale w odpowiedzi dostał jedynie krzyk, a wraz z nim w pomieszczeniu narastała coraz większa burza śnieżna, jakby nagle ta jedna komnata stała się epicentrum zamieci wszech czasów.
Z podłogi wyrastały kolejne lodowe kolce, przebijając całą katedrę na wskroś. Fragmenty starego sufitu opadały jeden po drugim. Dziewczyna skierowała ku Cassimirowi lodowy podmuch tak silny, że zwiastun uderzył o przeciwległą ścianę. Joseph był tym, który pierwszy zdołał dobiec do błękitnowłosej. Mógł ją w każdej chwili zabić, ale... zwątpił. W jego oczach była jedynie zapłakaną dziewczyną, a nie potworem.
Ona nie miała takich skrupułów i nagle przez brzuch Josepha przeszedł lodowy sopel.
- Joseph! - wrzasnął Cassimir, rozpalając swój miecz po raz kolejny.
Za każdym razem, gdy to robił, czuł, jak jego głowa pęka z bólu, a myśli wypełniają obce głosy, ale mimo to nie miał więcej asów w rękawie. Musiał wykorzystać magię przeciwko magii.
Dłonią zgarnął płomień z ostrza, jakby była to po prostu jakaś warstwa nalotu i cisnął ognistą kulą przed siebie. Nie miała szans dotrzeć do dziewczyny, ale utorowała nieco drogę przez zamieć. Potem poleciała następna kula i następna, a każda pozwalała Cassimirowi na kolejny krok, aż w końcu znalazł się tuż przy niej. Widział wyraźnie jej zapłakaną twarz pokrytą bólem, jakiego nie dało się pomylić z niczym innym - złamanego serca. Widział też jej oczy, piękne, zielone, niewinne. Ich spojrzenia spotkały się. To było dziecko. Zwyczajne dziecko. Miała może siedemnaście lat. Cokolwiek tu robiła, zapewne miała ku temu powód. Gdyby tylko nie zaatakowała... gdyby tylko spróbowała porozmawiać...
Cassimir wiedział, że jeśli nie skończy tego teraz, to podzieli los Josepha, dlatego zamknął oczy i zgaszonym ostrzem przebił pierś dziewczyny.
Burza gwałtownie ustała i chociaż pozostawiła po sobie ślady w postaci zniszczeń i tysięcy sopli, to gdyby nie to, mogłoby się wydawać, że nigdy jej nie było. Dziewczyna upadła na podłogę i zaczęła czołgać się ku martwemu orkowi.
- Trukk... - wyszeptała cała zapłakana. Chciała chwycić go za dłoń, ale nie sięgała.
Cassimir przyglądał się tej scenie, nie mogąc wymyślić żadnego śmiesznego komentarza, który mógłby poprawić mu nastrój.
Minęła chwila, nim rzucił miecz w bok i podbiegł do czołgającej się dziewczyny. Chciał ją opatrzyć, pomóc, ale gdy dotknął jej pleców...
Dziewczyna zamknęła oczy.