Profesor fałszerstw
Doktor Wilhelm Höttl był wysportowanym młodym człowiekiem, szczególnie
dbającym o swój wygląd zewnętrzny i zachowanie nienagannych manier.
Dzięki temu także teraz, w przedziale pierwszej klasy przepełnionego
pociągu pośpiesznego relacji Wiedeń-Berlin, zyskał sympatię otoczenia.
Jakaś starsza dama o arystokratycznym wyglądzie kilkakrotnie powiedziała
do swego towarzysza:
- Sieh mai, sieh mai1... co za przyjemny mężczyzna...
Również jeśli chodzi o zalety natury moralnej dr Höttl był wyjątkowo
dobrze przystosowany do życia w państwie hitlerowskim. Po prostu nie
posiadał zasad moralnych. Podobnie jak Führer Wielkiej Rzeszy
Niemieckiej, uznawał i cenił jedynie siłę, a ulubionym jego filozofem
był Fryderyk Nietsche2.
Poza tym Höttl miał jeszcze inne walory. Jako obiecujący pracownik
naukowy uniwersytetu wiedeńskiego, studiujący historię państw środkowo-
i wschodnioeuropejskich, napisał małą rozprawkę na temat fałszerstw
banknotów rumuńskich, czeskich i francuskich, dokonywanych przez
nacjonalistów węgierskich w latach 1919-1925. Nie przysporzyła mu ona
laurów, przeczytał ją jednak z zainteresowaniem Reinhardt Heydrich,
twórca SD - Sicherheitsdienst i całego hitlerowskiego systemu
policyjnego, wszechwładny szef Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy.
Nie należy więc upatrywać nic nadzwyczajnego w fakcie, że w kilka
miesięcy po aneksji Austrii przez Niemcy Höttl został wezwany do dowódcy
policji bezpieczeństwa i SD w Wiedniu, Naumanna.
Naumann przyjął go w gabinecie barona Rotschilda, którego pałac został
po zajęciu miasta zarekwirowany przez SS, i zaproponował przystąpienie
do pracy w służbie bezpieczeństwa. Roztoczył przed nim miraże znacznych
zarobków, uprzywilejowanego stanowiska społecznego oraz władzy.
Höttl, jak setki innych naukowców niemieckich, przyjął propozycję.
Zapewne decyzję swoją oparł w tym przypadku również na uprzedniej
naukowej analizie sytuacji.
W pierwszym okresie swego istnienia SS, pełniąca rolę "sztafet
ochronnych" partii hitlerowskiej, składała się głównie z prostych,
brutalnych i niedouczonych, ale za to dobrze rozwiniętych fizycznie
młodych chłopaków. Dowódcami byli przeważnie dawni oficerowie różnych
Freikorpsów3 oraz osobnicy o podejrzanej, kryminalnej
nieraz przeszłości, których Himmler i Heydrich wyciągnęli z opałów, aby
tym łatwiej trzymać ich później w ręku.
Pokonawszy w roku 1934 przy użyciu czysto fizycznej przemocy "górę"
konkurencyjnej SA4, dla dalszego swego rozwoju SS zaczęło
potrzebować wiedzy. Wypływało to z dwóch zasadniczych przyczyn.
Kierownicy SS znali skonkretyzowane już w tym czasie plany podboju
Europy projektowane przez Hitlera. SS - nie chcąc utracić w brunatnej
Rzeszy swej dominującej roli i owoców przyszłego zwycięstwa - musiało w tej sytuacji wyciągnąć wszystkie wnioski. Himmler, a szczególnie
Heydrich, mieli poza tym swoje własne zamierzenia. SS powinno - jak
chcieli - z biegiem czasu przejmować coraz więcej agend państwowych w swoje ręce, aby w końcu objąć je wszystkie i stać się państwem:
wymarzonym "SS-Staat". Pierwszy krok w tym kierunku został zrobiony, gdy
SS całkowicie przejęło władzę policyjną na terenie Rzeszy. Dalszy, gdy
utworzone zostały specjalne oddziały wojskowe tzw. Waffen SS,
RSHA5, VOMI6, Lebensborn7 i szereg innych
organizacji.
Dla realizacji tych zamierzeń stali się więc niezbędni ludzie
wykształceni, specjaliści z różnych dziedzin, w które SS coraz silniej
ingerowało.
Himmler i Heydrich rozpoczęli mobilizację inteligencji i naukowców
niemieckich, która umożliwiła całą diabelską przemyślność ludobójczej
działalności SS.
Oczywiście aparat policyjny, jako podstawa potęgi SS, stanowił nadal
oczko w głowie jego wodzów. Kierowano do niego najzdolniejszych, a zarazem najbardziej wyzutych z zasad moralnych ludzi.
Szczególne miejsce zajmowała w tym aparacie SD - służba bezpieczeństwa,
pełniąca funkcje własnego wywiadu i kontrwywiadu SS, działającego nie
tylko za granicą, ale i na terytorium Rzeszy.
Propozycja złożona dr. Höttlowi była więc niewątpliwie wyrazem wysokiej
oceny zarówno jego umiejętności fachowych, jak i wspomnianych "zalet"
moralnych.
Najlepiej zresztą świadczył o tym rozwój jego dalszej kariery.
W roku 1939 był on szefem placówki VI Oddziału Głównego Urzędu
Bezpieczeństwa w Wiedniu, której teren działania obejmował oprócz
Austrii także kraje bałkańskie.
Oczywiście dr Höttl, a obecnie już Sturmbannführer Höttl, nie rozwijał
dalej historycznych prac badawczych, lecz wiedzę swą stosował w działalności praktycznej.
Wydatnie przyczynił się do zorganizowania "5 kolumny" w Czechosłowacji,
za co po jej zajęciu mianowany został Obersturmbannführerem.
Zorganizował sieć wywiadu SS na Węgrzech i w Jugosławii oraz przygotował
plany wykorzystania terrorystycznej organizacji chorwackiej "Ustasza",
kierowanej przez dr. Ante Pavelica, do masowego mordowania Serbów. Przez
cały czas nadal zajmował się przy tym swoim ulubionym hobby, studiami
nad różnymi, znanymi w historii fałszerstwami banknotów. Jego "konik"
zbiegł się z tajnymi zamierzeniami Reinhardta Heydricha i spowodował
dalsze zmiany w życiu Obersturmbannführera Höttla.
Pewnego wrześniowego dnia został on wezwany do SS-Brigadeführera dr.
Rascha, następcy Naumanna w Wiedniu. Ów nakazał mu złożenie specjalnej
przysięgi, zobowiązującej do bezwzględnego zachowania tajemnicy.
Po tej małej ceremonii Rasch przekazał Höttlowi osobiste polecenie
Heydricha. Miał on przygotować szybko specjalny raport o węgierskich
fałszerstwach franków francuskich, uwzględniający wszystkie szczegóły
produkcyjne, system organizacji rozprowadzania itp.
Takich praktycznych drobiazgów uprzednia praca naukowa dr. Höttla nie
zawierała.
Po powtórnym przestudiowaniu wszystkich materiałów dotyczących tego
zagadnienia, które znajdowały się w Bibliotece Narodowej i Uniwersyteckiej w Wiedniu, Höttl wyjechał do Budapesztu, by osobiście
przeprowadzić badania na miejscu.
Początkowo szczęście zupełnie mu nie dopisywało. Ludzie z tajnej,
nacjonalistycznej organizacji "Eksz"8, będącej motorem fałszerstw,
znajdowali się teraz na najwyższych stanowiskach państwowych, tak jak
Horthy - głowa państwa, czy hrabia Teleki, były premier Węgier. Nic
dziwnego, że nie chcieli Höttlowi udzielić żadnych informacji o tej
niemiłej aferze.
Dopiero pod koniec pobytu udało mu się zetknąć z księciem
Windischgratzem, ziemianinem, czołowym przywódcą "Eksz".
Windischgratz był jednym z głównych organizatorów fałszerstw i po
sensacyjnym procesie w Budapeszcie w roku 1936 został skazany na 4 lata
więzienia oraz częściową konfiskatę swych wielkich majątków.
Proces, którego protokoły Höttl znał dokładnie, nie wyjaśnił jednak
wielu tajemnic. Czuwali nad tym wpływowi ludzie z "Eksz", którzy
wiedzieli dobrze, że zyski z fałszerstw były głównym źródłem finansowym
tej organizacji.
Sam Windischgratz, po odbyciu kary w luksusowych warunkach (w celi
przyjmował np. odwiedziny arystokratów węgierskich i oficerów pułków
kawaleryjskich; biesiady umilała słynna kapela cygańska Tolla Janczi),
został przez rząd premiera Gömbösa całkowicie zrehabilitowany i mianowany majorem Honvédów. Obecnie obracał się wśród najwyższych sfer
arystokratycznych i urzędniczych Węgier. Na temat fałszerstw zachowywał
jednak całkowite milczenie.
Nie wiadomo, jakich argumentów użył wiedeńczyk Obersturmbannführer
Höttl w stosunku do austriacko-węgierskiego księcia. Czy przypomniał mu
wielkie czasy imperium Franciszka Józefa, czy powołał się na groźbę
bolszewizmu? Dość, że uzyskał od niego wszystkie potrzebne, szczegółowe
i dokładne informacje. Raport Höttla został więc dzięki temu
przygotowany w wyznaczonym przez Heydricha, czterotygodniowym terminie.
Obersturmbannführer wiózł go teraz w pieczołowicie zamkniętej teczce
do Berlina, czarując jednocześnie starszą arystokratyczną damę świetnymi
manierami (niektóre przyswoił sobie przestając z księciem-fałszerzem w Budapeszcie).
W tym czasie, gdy Höttl przeprowadzał swe badania w Budapeszcie, adresat
przesyłki, Reinhardt Heydrich, zanim zdecydował się zrealizować swój
plan, polecił uprzednio wykonać jeszcze jedno doświadczenie...
Pierwsza próba
Jako wykonawcę wstępnego, a zarazem bardzo pożytecznego dla Głównego
Urzędu Bezpieczeństwa doświadczenia wybrał Heydrich
Obersturmbannführera Alfreda Naujocksa. Aczkolwiek nie znosił go
osobiście i nieraz już zamierzał przydzielić do jakiegoś
"Himmelfahrtskommando"9, musiał sam przyznać, że
był to wybór najlepszy, jaki mógł zrobić. Na to drugie czas i okazja
później - myślał.
Alfred Naujocks miał poza sobą rzeczywiście piękną i godną najlepszego
SS-mana przeszłość.
W chwili gdy otrzymał polecenie Heydricha, skończył lat 28. Pochodzący z Kilonii, z zawodu inżynier, wstąpił do SS bardzo wcześnie. W okresie
walki Hitlera o władzę wsławił się w ulicznych bójkach. Podczas jednej z nich złamano mu i spłaszczono zupełnie nos ciosem żelaznego drąga.
W listopadzie 1939 roku brał udział - wraz z późniejszym szefem VI
Oddziału Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy, Walterem Schellenbergiem
- w znanej "Operacji Venlo". Uprowadzeni zostali wówczas z terenu
Holandii dwaj oficerowie angielscy: kapitan Payne-Best i major Stevens.
Byli oni dla Gestapo niezbędni, aby udowodnić, że zamach bombowy na
Hitlera w dniu 8 listopada 1939 roku w Bürgerbraukeller w Monachium,
zaaranżowany dla celów propagandowych przez tajną policję niemiecką, był
dziełem wywiadu brytyjskiego. Naujocks wyróżnił się także w poprzedzających napad na Polskę prowokacjach granicznych (kryptonim
"Operacja Himmler"), które miały zrzucić na nią odpowiedzialność za
wybuch wojny. Pod kierownictwem samego szefa Gestapo Heinricha Müllera,
przebywającego w tym czasie incognito w Opolu, wykonał on z pomocą kilku
agentów "zajęcie przez Polaków" radiostacji w Gliwicach. Z kolei nadano
z niej prowokacyjny "polski" komunikat nawołujący do ataku na Niemcy.
Jako "żołnierzy polskich" Naujocks użył więźniów obozów
koncentracyjnych, dostarczonych pod kryptonimem "konserwy". Po
przebraniu w mundury polskie zostali oni zastrzeleni; ich ciała
rozrzucono wokół terenu radiostacji.
Po tych osiągnięciach Naujocks objął stanowisko kierownika sekcji F w VI
Oddziale Głównego Urzędu Bezpieczeństwa. Zadaniem jej było wykonywanie
fałszywych dokumentów. Z początku działalność sekcji była niewielka. Po
rozpoczęciu przez Hitlera wojny poczęła jednak nieustannie się rozwijać.
Laboratoria mieszczące się w Berlinie, przy Delbrückstrasse, zaopatrzone
zostały w znakomite urządzenia techniczne i skupiały licznych fachowców.
Kierownikiem pracowni był zastępca Naujocksa, Hauptsturmführer Krüger.
W miarę rozwoju swej działalności sekcja F jęła produkować wszelkie
dokumenty osobiste - od prawa jazdy aż do dyplomu doktora włącznie,
zarówno niemieckie jak i zagraniczne. W tym celu konieczne było
zbieranie z prawdziwych dokumentów różnorodnych informacji personalnych,
jak na przykład nazwisk urzędników podpisujących danego rodzaju
dokumenty.
Pomocy w tym względzie udzielała policja porządkowa, która dostarczała
do sekcji F dokumenty osobiste różnych cudzoziemców w celu
obfotografowania, zbadania gatunków papieru itp. W podobny sposób
postępowano również z paszportami zagranicznymi.
Wkrótce udało się sekcji F wykonać sfałszowane paszporty nieomal
wszystkich krajów świata oprócz szwedzkich i szwajcarskich.
W związku z tym Heydrich wydał Naujocksowi odpowiednie polecenie i określił termin zakończenia ostatnich doświadczeń nad podrabianiem
dokumentów obydwu tych krajów. Dziwnym zbiegiem okoliczności podobny
termin wyznaczony został Höttlowi.
Naujocks jeszcze z okresu wspólnej służby z Heydrichem w hamburskim SS
wiedział, że nie ma z nim żartów. Sekcja F przystąpiła więc do
gorączkowej pracy.
Pierwszy sukces osiągnięto z paszportami szwedzkimi, jednocześnie
odkrywając przy okazji jedną z tajemnic wywiadu szwedzkiego.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki