Pensjonat pamięci
Tak więc zmarli powracają.
W.G. Sebald, Wyjechali
Jest go coraz mniej. Oddaje światu cząstkę tego, co zabrał mu swoją materialną obecnością przez blisko dziewięćdziesiąt lat. Płaszcze stają się za luźne. W pokoju jakby więcej miejsca. Niechętnie wychodzi. Znika. Jak oni wszyscy.
Chciałabym złapać go za rękaw i nigdy nie puścić.
Czym są miejsca, które straciły pamięć? Które ludzka pamięć omija, których przestaje dotykać? I co to za pamięć marnotrawna, która buja w obłokach, zamiast opowiadać, przywoływać historie?
Miejsca, których pamięć nie otacza troską, umierają. Dziwaczeją i dziczeją, porośnięte zielskiem zapomnienia. Jak ten zalesiony opuszczony kawałek ziemi pomiędzy domami w podwarszawskim Miedzeszynie.
W rozmowie z Barbarą Engelking tłumaczyłeś: "Po prostu musiałem zarzucić zasłonę na to, co było, żeby móc jakoś zaadaptować się do tego, co nastąpiło później. Te dwa światy były zupełnie niemożliwe do pogodzenia. A potem nie mogłem już do tego "wcześniej" wrócić. [...] Chyba po prostu zamknąłem, może podświadomie, drzwi do przeszłości. To był trochę taki mechanizm obronny. Potem już nie potrafiłem ich otworzyć".
Jak się czujesz teraz, gdy wracają: twarze, zdarzenia i miejsca? Gdy po z górą siedemdziesięciu latach przychodzą nocą jak złodzieje, by kraść twój spokój i sen? Do tej pory czekały spokojnie, upchnięte w poczekalni pamięci, a teraz panoszą się bez pardonu.
Zaczęło się trzy lata temu od listu z sądu. "Sąd Rejonowy dla Warszawy Pragi-Południe zawiadamia pana Marka Sznajdermana o rozprawie o zasiedzenie. Sprawa dotyczy działki o powierzchni półtora hektara nr... Warszawa-Wawer". I zdjęcia. Na zdjęciach las. I kawał ziemi między podwarszawskimi willami. Połamane gałęzie, mała polana wśród sosen i brzóz. Jedyne ślady ludzkiej działalności to wydeptana ścieżka prowadząca na skróty do torów kolejowych i poskładany w kupki chrust.
Nie wiedziałeś, o co chodzi. Nie, nie ma tam żadnej twojej ziemi. Wszystko zostało po wojnie sprzedane, poszło w obce ręce. Więc nic już nie ma. Najchętniej powiedziałbyś: nic nie było.
Ale na przedwojennych fotografiach to miejsce żyje. Stoi tam dom, duży, drewniany, piętrowy. To willa Zacisze zwana także willą Rozenberga. 19 kwietnia 1927 roku w "Naszym Przeglądzie" opublikowano reklamę: "W pensjonacie G. Rozenbergowej w Miedzeszynie (willa własna, elektryczność) gabinet leczniczy pod kier. D-ra. med. I. Sznajdermana. Lampa kwarcowa, sollux, djatermja, elektryzacja, świetlne kąpiele. Telefon w pensjon.: Podmiejski Radość 2". Od tej pory podobna reklama pojawia się regularnie, dopóki pensjonatu nie przejmie twoja matka Amelia i nie zacznie reklamować go jako "Pensjonat Dr-owej Sznajderman, dawniej G. Rosenbergowej w Miedzeszynie, willa Rosenberga. Wiadomość na miejscu lub telefon podmiejski Radość 2".
G. Rozenbergowa - nazwisko zapisywano raz przez "s", raz przez "z" - to twoja babka, a moja prababka Chana Gitla z domu Weissbaum, zwana w domu Gucią, a z polska Gustawą. Dr. med. I. Sznajderman to twój ojciec Ignacy, lekarz neurolog. Oprócz opłaty za pokój, wynoszącej od czterech do sześciu złotych za noc, letnicy płacili podatek gminny i hotelowy w wysokości dwudziestu, trzydziestu groszy dziennie od osoby.
Willa Rozenberga to zatem dom wygodny, z elektrycznością, świadczący nowoczesne usługi lecznicze. Pyszni się oszklonym tarasem i werandą przeznaczonymi do letniego wypoczynku, tak zwanego latowania. Weranda jest przestronna, stoi na niej donica z wielką palmą. Taras też jest duży, na fotografiach mieści całą wielką rodzinę. Dom ma typowe dla podwarszawskich świdermajerów bogate ażurowe zdobienia balkonów i lekką konstrukcję. Jak większość podobnych budynków wzniesiono go prawdopodobnie na konstrukcji szkieletowej i zbudowano z drewna sosnowego. Stoi na zalesionej polanie, przez sosny prześwieca słońce. I tak już zostanie, tak będzie mi się zawsze wydawało: pamiętam tylko dni słoneczne i tak dalej, chociaż wiem przecież, że to dlatego, że Henryk, twój wuj, a zarazem rodzinny fotograf, tylko w takie dni wyciągał aparat.
"Rzeźbione ganki ukryte pośród jaśminowych krzewów i okiennice z wyciętą gwiazdką, spowite dzikim winem, równo przystrzyżonym wzdłuż framug, by dać dostęp światłu. Drabiniaste galeryjki, wieżyczki, spiczaste igliczki na łuskowatym dachu, z kurkiem lub bez. A jak nie z kurkiem, to z chorągiewką. I oszklone werandy, leżalnie, krzyk ówczesnej mody. Wysokie, suche pokoje z dużymi oknami, nasłonecznione, dla piersiowo chorych chrześcijan i izraelitów. Lokale letnie i zimowe, na parterze i na piętrze, ceny przystępne. Na piętrze taniej, bo trzeba się wspinać po schodach, za to przytulniej. Wszystko podług życzenia, dla kuracjuszy i letników wszelkie wygody, elektryczność, wanny, natryski, woda gorąca i zimna" - rekonstruuje tamten świat Piotr Paziński.
Nie wiem i ty też nie wiesz, kto postawił ten dom. Powstał prawdopodobnie tuż po wojnie, może na początku lat dwudziestych, zbudowany przez jednego z licznych cieśli specjalizujących się w stylu wynalezionym przez Michała Elwira Andriollego. Zamożna i w dużej mierze zasymilowana rodzina Rozenbergów pochodziła z Warszawy. Nie wiem dokładnie, kiedy i dlaczego Gustawa z domu Weissbaum i Selim Rozenberg postanowili przeprowadzić się do Miedzeszyna. Podobnie jak nie wiem, dlaczego ich domu nie ma w prospekcie Letniska falenickie z 1938 roku. A przecież dom istniał, podobnie jak istnieli twoi dziadkowie i dalsza liczna rodzina (dziadek Selim miał starszego brata Józefa i siostrę Salomeę, babka Gustawa - braci Jerzego i Maurycego oraz siostrę Rózię), a twój introwertyczny, nieśmiały ojciec był nawet członkiem komisji rewizyjnej powstałego w 1925 roku Towarzystwa Przyjaciół Miedzeszyna z siedzibą przy ulicy 11 Listopada 5. Dom istniał i twoja matka Amelia lubiła się fotografować na jego tle. To zdjęcie z 1925 roku podpisane jest jej ręką: "Za mną dalej jest nasz dom. Nie poznałabyś, bo parkan sąsiada niedawno postawiony. Miedzeszyn, lipiec 1925". Ta fotografia i te reklamy to jedyny namacalny ślad. Inaczej można by w to wszystko nie uwierzyć.
Bo dzisiaj nie ma parkanu, nie ma Amelii, zwanej w domu Matą, urodzonej w Warszawie 15 stycznia 1904 roku. Amelii pełnej życia, na fotografiach zawsze w fantazyjnych pozach, w białych lub kolorowych sukniach, czasami wręcz przebraniach, z tobą i twoim młodszym bratem Albertem, zwanym Alusiem. Nie ma twojego dziadka Selima Rozenberga, jego żony Chany Gitli z domu Weissbaum (pisane czasem jako Wajsbaum) ani ich synów, a twoich wujków: fotografa Henryka i Natana, zdrobniale zwanego Natkiem.
Przetrwali tylko na tych fotografiach. Fotografiach cudem ocalonych, pieczołowicie przechowanych i przysłanych ci z Ameryki ledwie kilka lat temu. Razem z listami i tą szarą, płócienną, haftowaną serwetką, którą dla ulubionej kuzynki zrobiła przed wojną Amelia. Opowieść o losie tych zdjęć, które przetrwały Zagładę za oceanem - bo Amelia lubiła pisać i lubiła swoją kuzynkę, i chciała dzielić się z nią historią swojego życia, więc które przetrwały, i to w nienaruszonym stanie, a potem dzięki zaskakującej i cudownej sprawności poczty amerykańskiej i polskiej odnalazły nas i wróciły do ciebie po z górą siedemdziesięciu latach - to symboliczna opowieść o życiu w świecie przedholokaustowym. Na przeciwległym biegunie ich nienaruszalności, ich nietkniętego stanu sytuują się bowiem te nieliczne zdjęcia z Zagłady, które w ogóle przetrwały - zdjęcia, jak pisze Jacek Leociak, "uszkodzone, naderwane, pociemniałe, przełamane", które doświadczyły czegoś granicznego i niewyrażalnego, i samym swoim wyglądem zaświadczają o Zagładzie. Oglądane dzisiaj, z perspektywy czasu, stają się jej śladem, "czymś odbitym bezpośrednio ze świata, niczym odcisk stopy na piasku czy maska pośmiertna". Głos tych uszkodzonych zdjęć jest głosem, cytując raz jeszcze Leociaka, "ściszonym, zatartym i udręczonym, często słabo słyszalnym i rozpoznawalnym", mówiącym do nas "w sposób przerywany, fragmentaryczny", bo też zdjęcia te w swym rozbiciu i okaleczeniu manifestują niemożność przedstawienia tamtej rzeczywistości. "Nic nie jest podobne do tego, co było tam i wtedy, więc deformacja okazuje się jedyną możliwą formą reprezentacji. [...] Deformacja, która sama w sobie ujawnia dotknięcie tamtej rzeczywistości".
Fotografie z Miedzeszyna mówią innym głosem: mocnym i radosnym. Ich fizycznej materii nie naruszyły Zagłada ani czas. Na tych fotografiach twój dziecięcy świat jest jasny, słoneczny, pogodny. Otacza cię duża, szczęśliwa, wielopokoleniowa rodzina. Przytulacie się, wygłupiacie, śmiejecie. Jest w was tyle ciepła i miłości. Czy byłoby mi łatwiej, gdyby nie było? Tu siedzisz na barana u dziadka Selima, a w tle zielenią się jakieś krzewy, chyba octowce (jest sierpień 1930 roku, masz trzy lata), tu zaś - 3 stycznia 1928 roku - w wielkiej białej czapie pozujesz do fotografii na werandzie w objęciach Amelii. W lecie 1936 roku siedzicie na ławce w Śródborowie - Amelia w środku, wy dwaj, ty i Aluś, przytuleni do niej po bokach. Amelia ma sukienkę w kwiaty, ty trzymasz hulajnogę, a Aluś głaszcze kotka. Pod ławką leży porzucona dziecięca łopatka. Macie identyczne koszulki w paski i identyczne ślady po sandałkach na opalonych bosych stopach. Od tych śladów nie mogę oderwać wzroku. Są jakby kwintesencją ulotności i jeszcze bardziej podkreślają ulotność minionej, utraconej dawno temu chwili. Utraconej, a zarazem przecież zatrzymanej na zawsze w czułym kadrze. Bo na tym właśnie polega cud fotografii.
Widzę was też siedzących tak razem, ty z jednej, Aluś z drugiej strony matki, przytulonych mocno, na twardych siedzeniach kolejki Drogi Żelaznej Nadwiślańskiej (""Linia nadwiślańska". Tak zawsze mówiono w domu - wspomina Piotr Paziński. - Nie "otwocka", lecz "nadwiślańska". Albo po prostu "linia""). Wsiadacie na stacji Warszawa Główna, "trakcja elektryczna, pociągi co 15-20 minut w lecie, cena biletu 3 kl. - 0,80 zł", albo na Dworcu Gdańskim - blisko miejsca, z którego kilka lat później twój ojciec i brat pojadą na śmierć. Ale o tym potem. Bo na razie Aluś, przytulony do matki, jedzie w letni słoneczny dzień nie do Treblinki, lecz do Miedzeszyna, a ojciec czeka na was na peronie. Pewnie czasem jeździliście też "ciuchcią" - koleją wąskotorową ze stacji Warszawa-Most Kierbedzia, "w lecie co pół godziny, cena biletu 3 klasy - 0,80 zł". Być może tak naprawdę rozsiadaliście się wygodnie na miękkich poduszkach pierwszej albo drugiej klasy, trzymając w rękach nie byle jakie kartonikowe bilety, lecz te zielone lub niebieskie, ale w mojej wyobraźni i nie wiadomo gdzie, z jakich obrazów zrodzonej pamięci jedziecie właśnie trzecią, mocno przytuleni do siebie na drewnianej ławce. W pociągu jedliście drożdżówki. Ze stacji braliście dorożkę.
Czasami, zgaduję, Natan zabierał was z Warszawy swoim nowym samochodem. Przejeżdżaliście Wisłę mostem Poniatowskiego i potem kamiennym wąwozem Grochowskiej jechaliście do Wawra i Zastowa - od Wawra końcówka drogi była polna. Albo Miedzeszyńską, brzegiem Wisły i przez Zbytki. Ta droga była asfaltowa.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.