Rozdział 1
Świat oszustw i fałszerstw
Za każdym razem, kiedy rozpoczynam wykład o fałszerstwach, wracam myślą do mojego pierwszego zetknięcia z tą kwestią dawno temu na Rutgers University. Chociaż to może zabrzmieć dziwnie, wszyscy wówczas zajmowali się fałszerstwami, bo zaledwie kilka miesięcy wcześniej temat ten pojawił się na pierwszych stronach najważniejszych gazet na całym świecie. Odkryto wówczas pamiętniki Adolfa Hitlera, których autentyczność potwierdził jeden z wiodących ekspertów w tym zakresie, brytyjski historyk Hugh Trevor-Roper. Tekst został zakupiony za miliony dolarów najpierw przez niemieckiego "Sterna", a następnie przez Ruperta Murdocha na rynek angielski. Kiedy jednak światło dzienne ujrzały pierwsze fragmenty, udowodniono, że to bezwartościowe fałszywki1.
Fałszerzem tych dzienników był obywatel RFN Konrad Kujau. Ironia losu polegała na tym, że jeszcze zanim dokonał on największego oszustwa ostatnich lat, przyjaciele nazywali go pieszczotliwie "Connie"2. Kujau wychował się w ubogiej rodzinie robotniczej. Już w dzieciństwie odkrył u siebie zdolności artystyczne, które pozwoliły mu rozpocząć karierę fałszerza. W młodości spędził pewien okres w więzieniu po tym, jak przyłapano go na podrabianiu bloczków na stołówkę. Potrafił jednak przybierać fałszywe tożsamości, a ci, którym sprzedał pamiętniki Hitlera, nie sprawdzili go dość sumiennie.
Na wspomniane "pamiętniki" składało się około sześćdziesięciu pudeł ręcznych notatek, które rzekomo sporządził sam Hitler w okresie, kiedy sprawował władzę - czyli od czerwca 1932 do samego końca w roku 1945. Dla kolekcjonerów nazistowskich pamiątek takie odkrycie byłoby bezcenne. Zachowała się pewna liczba dokumentów i malowideł autorstwa Hitlera, ale nie było wśród nich niczego zbliżonego: relacji na temat jego codziennych zajęć, spotkań, sukcesów, ekscesów, towarzystwa, miłości, nienawiści i chaotycznych myśli. Kiedy redakcja "Sterna" w 1984 weszła w ich posiadanie i zdecydowała się na publikację, wydawcy skonsultowali się z Trevorem-Roperem, który mimo początkowych podejrzeń o szwindel po szybkim przejrzeniu części kartek uznał autentyczność tych zapisków. Wydawały się stare i zawierały liczne fragmenty danych zgodnych z innymi źródłami, a poza tym mnóstwo uwag i nieistotnych dopisków, których można by się spodziewać w osobistych dziennikach. W dodatku było ich tak dużo! Jaki fałszerz zadałby sobie tyle trudu?
Co więcej, istniało także dość prawdopodobne wyjaśnienie zagadki, jakim cudem przetrwały wojnę. Dobrze wiedziano, że kiedy klęska była już nieuchronna, Hitler kazał zapakować swoje osobiste rzeczy do kilku metalowych pudeł, a pudła do samolotu, który wyleciał z Berlina. Maszyna została następnie zestrzelona, a jej pilot zabity. Ludzie zamieszkali w pobliżu miejsca katastrofy splądrowali wrak, a pudła znalazły się ostatecznie w rękach prywatnych. Odkupili je następnie kolekcjonerzy takich pamiątek, a jeden z nich, niejaki Konrad Fischer (alter ego Konrada Kujau) odkrył w nich dzienniki. Następnie pudła rzekomo zostały przemycone na Zachód przez jego brata, generała armii NRD.
Tymczasem w rzeczywistości wszystko to było oszustwem zaaranżowanym przez samego Kujaua, który nauczył się podrabiać charakter pisma Hitlera, przeczytał rzetelne biografie Führera, by poznać z grubsza fakty dotyczące jego życiorysu, a potem w ciągu trzech lat skrupulatnie spisał "dzienniki". Żeby strony wyglądały na odpowiednio stare i zniszczone, poplamił je herbatą, po czym wielokrotnie uderzał nimi o stół. Wszystko to pozwoliło mu oszukać ekspertów, przynajmniej na tyle, by zdążyć zainkasować 4,8 miliona dolarów.
Jednak na dzień przed publikacją Trevor-Roper zaczął nabierać wątpliwości. Przez kilka następnych dni, po tym, jak "Stern" ogłosił publikację najbardziej znaczącego znaleziska historycznego od wielu dekad, do badań zaproszono innych specjalistów. Ostatecznie dzienniki ponad wszelką wątpliwość uznano za fałszywe. Biegli sądowi ustalili, że papier, klej i atrament zostały wyprodukowane po 1945 roku, a historycy dowiedli, że w zapiskach pełno jest błędów.
Kujau został oskarżony o fałszerstwo, czyn będący przestępstwem w myśl współczesnych standardów prawnych - jak się przekonamy, w starożytności było inaczej - po czym spędził kilka lat w więzieniu. Wyszedł z niego zupełnie nieskruszony i spędził pozostałą część życia między innymi na malowaniu podróbek znanych obrazów, dzieł Moneta, Rembrandta czy van Gogha, które sprzedawał, co trzeba mu oddać, jako kopie. W ten sposób otworzył się rynek dla innych fałszerzy, którzy podrabiali i sprzedawali imitacje kopii Kujaua. Pod koniec jego życia nastąpił punkt kulminacyjny tej historii: słynny fałszerz napisał autobiografię, która nigdy nie została opublikowana. Zamiast niej na rynku pojawiła się inna książka, sygnowana nazwiskiem Kujaua, a zatytułowana Die Originalität der Fälschung [Oryginalność fałszerstwa], choć sam Kujau utrzymywał, najwyraźniej zgodnie z prawdą, że nie jest jej autorem.
Fałszerstwa w świecie starożytnym
Kiedy wygłaszam publiczne odczyty na temat fałszerstw, z widowni często pada pytanie: "Kto mógłby zrobić coś takiego?". Odpowiedź brzmi: "Mnóstwo osób!". Z mnóstwa rozmaitych powodów. Najpowszechniejszym jest oczywiście chęć wzbogacenia się. Konrad Kujau był może najbardziej osławionym i bezczelnym przypadkiem, ale miał wieluset mniej znanych kolegów i uczniów. Branża fałszerstw kwitnie: współczesna literatura na ten temat zaświadcza3, że rynek ciągle zalewają falsyfikaty sygnowane nazwiskami George'a Washingtona, Abrahama Lincolna, Lorda Byrona, Roberta Frosta i wielu, wielu innych. Te imitacje niemal zawsze tworzone są z myślą o sprzedaży jako dzieła autentyczne. W świecie starożytnym takie sytuacje również zdarzały się często (ale nie było wtedy tylu ekspertów od fałszerstw, którzy mogliby je wykrywać), chociaż chęć wzbogacenia się nie była decydującą motywacją we wczesnym okresie chrześcijaństwa. Działo się tak z prostego powodu: chrześcijańskie księgi w zasadzie nie były wystawiane na sprzedaż.
Inni dranie czasami potrafią sfałszować dokument po to, by sprawdzić, czy zostanie potraktowany jak autentyk. To także zdarzało się czasami w świecie starożytnym. Najsłynniejszy opis takiego przypadku dotyczy Dionizjosa Odstępcy.
Dionizjos był badaczem literatury i filozofem z trzeciego stulecia przed naszą erą. Dorobił się przydomka "Odstępca", ponieważ posprzeczał się z innymi stoikami, kiedy zdał sobie sprawę, że jego poglądy filozoficzne nie pasują do prawdziwego życia. Stoicy nauczali, że ludzie powinni odciąć się mentalnie i emocjonalnie od życiowego bólu i cierpienia, by odnaleźć wewnętrzny spokój. Dionizjos przez dłuższy czas wyznawał ten pogląd, potem jednak poważnie zachorował, doświadczył potężnych boleści i uznał, że jego wcześniejsze filozofowanie na temat cierpienia w obliczu samego bólu jest nieprawdziwe. W związku z tym opuścił szeregi stoików i został przez nich przezwany odstępcą.
Zapisał się jednak w annałach czym innym: podstępem, który zastosował wobec uczonego kolegi, byłego nauczyciela, a potem przeciwnika, Heraklidesa z Pontu. Podstęp ten polegał właśnie na fałszerstwie i był przemyślną pułapką, która miała skompromitować Heraklidesa4.
Dionizjos napisał i puścił w obieg tragedię zatytułowaną Parthenopaeus, utrzymując wszakże, że jest to dzieło słynnego greckiego dramaturga Sofoklesa. Dramat ten trafił również w ręce Heraklidesa, który nie miał powodu, by wątpić w autentyczność jego autorstwa. Pewnego razu Heraklides zacytował jego fragment jako argument w dyskusji na temat Sofoklesa. Na to właśnie liczył Dionizjos, który w ten sposób zyskał szansę, by zawstydzić oponenta. Wystąpił i triumfalnie oznajmił Heraklidesowi, że to on sam napisał ten dramat, fałszywie podpisując go imieniem Sofoklesa. Heraklides nie uwierzył w to i nazwał Dionizjosa kłamcą, ten jednak miał w rękawie asa albo dwa: pokazał przeciwnikowi, że pozostawił w tekście akrostych - z pierwszych liter każdego wersu w pewnym fragmencie dramatu można było ułożyć imię Pankalosa, kochanka Dionizjosa.
Heraklidesa to nie przekonało, więc Dionizjos pokazał mu dwa inne akrostychy wkomponowane w tragedię. Pierwszy z nich był dwuwierszem:
Stara małpa nie da się złapać w sidła;
Złapie się może, ale po pewnym czasie.
Drugi natomiast okazał się rozstrzygający. Głosił on:
Heraklides nie zna się na literach i tego się nie wstydzi.
W pismach pierwszych chrześcijan nie znajdziemy nic równie zabawnego ani oburzającego. W gruncie rzeczy nie istnieje zbyt wiele dowodów sugerujących, że jakikolwiek chrześcijański autor sfałszował dokument tylko po to, żeby sprawdzić, czy zostanie on uznany za autentyk. Mimo to znalazło się w tym wczesnym okresie wielu fałszerzy, którzy podrabiali sporo pism, zapewne z mnóstwa powodów. Jak już nadmieniłem we wstępie, znamy liczne sfałszowane dokumenty, które powstały w pierwszych dekadach czy wiekach Kościoła, wiele ewangelii, dziejów apostolskich, listów i apokalips (czyli czterech gatunków literackich obecnych w Nowym Testamencie), których autorstwo przypisywane jest bez wyjątku apostołom.
Spora część tych niekanonicznych ksiąg jest fascynująca i absolutnie warta przeczytania5. Na przykład wśród ewangelii mamy spisane rzekomo przez Piotra świadectwo, w którym znajdujemy szczegółowy opis zmartwychwstania. To uderzające, ponieważ - czego nie zauważa większość czytelników - Ewangelie wchodzące w skład Nowego Testamentu nie opowiadają o zmartwychwstaniu. Mówią tylko, że Jezus został pogrzebany, i wskazują, że trzeciego dnia jego grób był pusty, ale nie relacjonują samego wyjścia z niego. W Ewangelii Piotra znajdziemy taki opis, wedle którego Jezus wychodzi z grobu podtrzymywany przez dwóch aniołów wysokich jak góry, a on sam jest od nich wyższy; za nimi wyłania się z grobu krzyż, który przemawia do Boga w niebie. Pozostałe "apostolskie" ewangelie opowiadają jeszcze więcej innych zadziwiających historii o Jezusie albo notują wygłaszane rzekomo przezeń przedziwne kazania. Istnieją więc ewangelie napisane ponoć przez Tomasza, brata Jezusa, jego ucznia Filipa i Marię Magdalenę, towarzyszkę Jezusa. Wszystkie te księgi roszczą sobie prawa do autentyczności, mimo to każda została uznana za "fałszerstwo" przez innych ówczesnych chrześcijan, który nie wierzyli, że faktycznie napisali je apostołowie.
Istnieją także niekanoniczne dzieje apostolskie, księgi opowiadające o życiu apostołów Jezusa po jego wniebowstąpieniu, takie jak Dzieje Pawła, w których Paweł naucza, że w celu osiągnięcia życia wiecznego uczniowie Jezusa muszą powstrzymać się od seksu nawet po ślubie, a jeśli są singlami, w ogóle unikać zaślubin. Ta księga została podrobiona przez któregoś z przywódców kościelnych z Azji Mniejszej (współczesnej Turcji) w II wieku naszej ery. Wiemy o tym, ponieważ Tertulian, jeden z ojców Kościoła, wskazuje, że osoba ta została schwytana i postawiona przed sądem kościelnym za fałszerstwo tej właśnie księgi, po czym bezceremonialnie pozbawiona przywództwa6. Większość chrześcijańskich liderów nie ceniła podrabianych dokumentów, mimo to rozprzestrzeniało się ich wiele. Do naszych czasów dotrwały obszerne kopie Dziejów Jana, Piotra, Andrzeja i Tomasza, a także fragmenty wcześniejszych dzieł, które nie zachowały się w całości.
Fałszowano również listy, w tym cały zestaw korespondencji pomiędzy Pawłem i najsłynniejszym filozofem tamtych czasów Seneką. Listy te miały dowodzić, że Paweł nie tylko pozostawał w zażyłych stosunkach z największymi umysłami imperium, ale także był przez tych wybitnych ludzi szanowany, a nawet podziwiany. Część późniejszych przywódców kościelnych utrzymywała, że listy te były autentyczne, choć inni sądzili, że podrobiono je, by poprawić wizerunek Pawła. Toczono także dyskusje nad autentycznością innych listów Pawła, Piotra i nawet Jezusa. Niektóre z owych innych pism przetrwały do dzisiaj.
W literackim pejzażu chrześcijaństwa pojawiły się również podrabiane apokalipsy, w tym fascynujący zapis odkryty w 1886 roku w pewnym egipskim grobowcu. Była to relacja naocznego świadka rzekomo spisana przez Piotra, w której Jezus oprowadza go osobiście po niebie i piekle, ukazując dobrodziejstwa przypadające w udziale zbawionym i tortury potępionych. Jak się okazuje, niewiele brakowało, by ta księga znalazła się w Nowym Testamencie, ponieważ jeszcze w IV wieku pewni przywódcy kościelni twierdzili, że przynależy ona do Pisma Świętego. Inni jednak upierali się, że została sfałszowana.
Powyżej omawiane teksty to zaledwie kilka z wielu dokumentów, o których dyskutowano w świecie starożytnym. Niektórzy wcześni chrześcijanie utrzymywali, że naprawdę były one napisane przez apostołów i powinny należeć do Nowego Testamentu. Pozostali uważali, że tak nie jest, że to podróbki. Ile takich dokumentów pojawiło się w historii? Tego nigdy się nie dowiemy. Obecnie znamy ponad setkę pism z pierwszych czterech wieków naszej ery, które pewni chrześcijańscy autorzy uznawali za sfałszowane przez swoich towarzyszy7.
Fałszerstwa wczesnochrześcijańskie
W większości wymienionych wyżej przypadków mamy do czynienia z fałszowaniem pism w czasach po śmierci apostołów - a więc w II, III i IV wieku po Chrystusie. Trzeba dodać, że większość ksiąg Nowego Testamentu została spisana w pierwszym stuleciu naszej ery. Czy istnieją jakiekolwiek dowody, że fałszerstwa zdarzały się także w tym wcześniejszym okresie? Otóż tak, istnieją takie dowody, bardzo mocne, i to na kartach samego Nowego Testamentu.
W Nowym Testamencie znajduje się trzynaście listów (w tym dwa do Tesaloniczan), których autorstwo przypisuje się Pawłowi. W Drugim Liście do Tesaloniczan odnajdujemy najbardziej intrygujący wers, w którym autor ostrzega czytelników, by nie dali się zwieść przez list "rzekomo od nas pochodzący", wskazujący, "jakoby już nastawał dzień Pański" (2 Tes 2, 2). Innymi słowy, autor ów wie o tym, że w obiegu znajduje się inna epistoła, rzekomo autorstwa Pawła, która w rzeczywistości nie została przez niego napisana. Ten inny list najwyraźniej przekazuje nauczanie, któremu Paweł się sprzeciwia. Któż mógłby sporządzić takie sfałszowane pismo? Oczywiście ktoś, kto chciał promować własne poglądy na temat nadejścia końca świata i zdecydował się podeprzeć autorytetem Pawła, nawet jeżeli sam nie był Pawłem.
W przytoczonym fragmencie kryje się jednak niesamowicie interesująca ironia. Cały Drugi List do Tesaloniczan, z którego pochodzi ten ustęp, jest uważany przez wielu uczonych za napisany nie przez Pawła, mimo że w samej treści tej księgi znajdują się fragmenty wskazujące na autorstwo tego apostoła (dowodami na to zajmiemy się w rozdziale 3). Czy więc Drugi List do Tesaloniczan sam nie jest dziełem oszusta wykorzystującego imię Pawła? A jeżeli tak, to dlaczego miałby ostrzegać przed takim fałszerstwem? Odpowiedź nie pozostawia wątpliwości: jedną ze "sztuczek" wykorzystywanych przez starożytnych fałszerzy, by zapewnić czytelników o autentyczności swoich dzieł, było ostrzeganie przed innymi nieautentycznymi pismami. Czytelnicy naturalnie zakładali, że autor nie robi tego, co właśnie potępił8.
W literaturze wczesnochrześcijańskiej mamy inne interesujące przykłady tego fenomenu. Trzysta lat później, pod koniec IV wieku, pojawiło się dzieło, nazwane przez uczonych Konstytucjami apostolskimi. Ta obszerna ośmiotomowa praca zawiera instrukcje dotyczące organizacji Kościoła. Wedle zawartych w niej zapisów jej autorem miał być Klemens, rzekomo czwarty biskup Rzymu (ktoś w rodzaju "papieża"), wyznaczony przez samego apostoła Piotra na przewodnika wielkiego Kościoła. Tymczasem w rzeczywistości dzieło to zostało napisane około trzech wieków po tym, jak sam Klemens spoczął w grobie. To oznaczałoby, że mamy do czynienia z fałszerstwem. Co więcej, pozycja ta została nazwana konstytucjami "apostolskimi", ponieważ przekazuje rady i instrukcje samych apostołów Jezusa, często w pierwszej osobie: "ja, Piotr", mówię do ciebie to; "ja, Jan", mówię do ciebie tamto; "ja, Jakub", przekazuję ci jeszcze coś, i tak dalej. Jedno z najbardziej fascynujących poleceń prawdziwego autora tych ksiąg (nie wiemy, kto nim był), pojawia się pod koniec: ostrzega on tam czytelników, by nie brali do ręki książek, które tylko pozornie zostały spisane przez apostołów, ale w rzeczywistości wcale takimi nie są. Innymi słowy, zakazuje im on lektury ksiąg takich jak ta, którą właśnie czytają. Po co miałby pozostawiać taką instrukcję? Po raz kolejny, podobnie jak w przypadku Drugiego Listu do Tesaloniczan, po to, by oddalić podejrzenia od siebie.
Wspomniany Drugi List do Tesaloniczan jest doprawdy interesujący. Bez względu na to, jak rozumieć jego treść, dowodzi on, że niemal na pewno w okresie powstawania Nowego Testamentu w obiegu pojawiały się fałszerstwa przypisywane Pawłowi. Jeśli uczeni uważający, że list ten nie został napisany przez Pawła, się mylą (czyli że Paweł naprawdę go napisał), to oznacza, że apostoł Paweł wiedział o fałszerstwach popełnianych w jego imieniu, które dotarły do wspólnoty chrześcijańskiej w Tesalonikach. Jeśli jednak mają oni rację, a Paweł w rzeczywistości nie napisał epistoły, o której mowa, to księga ta sama jest podróbką pism Pawła, przekazywaną przez Kościół. Jakkolwiek rozstrzygniemy, oznacza to, że już w I wieku naszej ery pojawiały się fałszywki przypisywane Pawłowi.
Czy w najwcześniejszym okresie chrześcijaństwa znajdziemy inne takie przypadki? Więcej informacji na ten temat zawarłem w dalszej części tej książki, gdzie przyjrzałem się dowodom na to, że część ksiąg Nowego Testamentu nie została napisana przez tych, którzy mienią się ich autorami. Na razie interesuje mnie tylko spostrzeżenie, że nie odkryła tego współczesna nauka. Wczesnochrześcijańscy uczeni dyskutowali o autorstwie ksiąg Nowego Testamentu już pomiędzy II a IV wiekiem, rozważając, które z nich powinny znaleźć się w Piśmie Świętym.
Najsłynniejszym przykładem jest Apokalipsa Jana. Dionizy, chrześcijański uczony z egipskiej Aleksandrii, żyjący w III wieku naszej ery, twierdził, że księga ta nie została napisana przez Jana, syna Zebedeusza. Argumenty Dionizego były przekonujące wówczas i pozostają przekonujące obecnie. Utrzymywał on, że styl Apokalipsy jest tak odmienny od Ewangelii Jana, że nie mogły być napisane przez tę samą osobę (współcześni naukowcy różnią się od Dionizego tylko poglądem, że Ewangelia prawdopodobnie również nie została napisana przez Jana). Aleksandryjski uczony uważał, że musiało istnieć dwóch autorów o tym samym imieniu, którzy później zostali błędnie uznani za tę samą osobę. Interesujące jest jednak to, że Dionizy, podążając za innym ojcem Kościoła Euzebiuszem, miał licznych poprzedników, którzy utrzymywali, że Apokalipsa została napisana nie przez innego autora imieniem Jan, ale przez heretyka imieniem Cerynt, który sfałszował tę opowieść, by promować swoje nieprawdziwe twierdzenia, że na ziemi dosłownie zapanuje tysiącletni raj9.
Krótki List Judy, rzekomo napisany przez brata Jezusa, również był we wczesnym chrześcijaństwie przedmiotem debaty: niektórzy przyznawali rację Hieronimowi, słynnemu chrześcijańskiemu uczonemu z IV stulecia, według którego list ten częściowo nie jest autentyczny, ponieważ cytuje apokryficzną Księgę Enocha, tak jakby miała autorytet Pisma Świętego10. Drugi List Piotra był odrzucany przez wielu wczesnych ojców Kościoła, zarówno przez Hieronima, jak i Euzebiusza, ale najbardziej kategorycznie przez chrześcijańskiego nauczyciela z Aleksandrii Dydyma Ślepego, który utrzymywał, że "List jest fałszywy i nie powinien należeć do kanonu"11, innymi słowy: według Dydyma nie napisał go Piotr, chociaż autor twierdził, że nim jest.
Inni chrześcijańscy nauczyciele powątpiewali, czy oba listy do Tymoteusza zostały rzeczywiście napisane przez Pawła. Według niektórych ich treść dowodzi, że tak nie było12. Szczególnie wnikliwie omawiano List do Hebrajczyków. Księga ta nie zawiera bezpośrednich wskazówek, by napisał ją Paweł, lecz pod koniec znajdują się w niej sugestie, że autor chciałby przekonać czytelników do autorstwa apostoła (zob. Hbr 13, 22-25). Na ten temat dyskutowano przez wieki, a księga została ostatecznie włączona do kanonu, jednak dopiero wówczas, gdy niemal wszyscy uznali, że musiał ją napisać Paweł.
Krótko mówiąc, we wczesnym okresie istnienia Kościoła toczono długie, często gorące dyskusje nad autentycznością pism. Ówcześni chrześcijanie zdawali sobie sprawę z tego, że w obiegu były liczne podróbki, i chcieli się dowiedzieć, które księgi zostały podpisane przez prawdziwych autorów, a które sfałszowano. Jak zobaczymy nieco później, właściwie nikt nie aprobował praktyki podrabiania tekstów, wręcz przeciwnie - było to powszechnie potępiane, nawet w tych księgach, które same zostały sfałszowane (takich jak Drugi List do Tesaloniczan i Konstytucje apostolskie).
Większość tej książki skoncentruje się na przykładach fałszerstw właśnie we wczesnym chrześcijaństwie, jednak by je lepiej zrozumieć, będziemy musieli cofnąć się o krok i szerzej rozważyć fenomen fałszerstwa w starożytnym świecie. Na tym skupię się przez resztę tego rozdziału. Zaczniemy od omówienia pojęć, których będę używał.
Określenia używane w tych rozważaniach
Pierwsze dwa terminy są specjalistyczne. Nie będę korzystał z nich zbyt często, ale warto wiedzieć, co oznaczają. Dzieło "ortonimiczne" (dosłownie "właściwie nazwane") to takie, które naprawdę zostało napisane przez osobę podającą się za jego autora. Siedem listów Pawła z trzynastu w Nowym Testamencie sygnowanych jego imieniem jest uznawanych praktycznie przez wszystkich zajmujących się tym tematem za ortonimiczne, czyli naprawdę stworzone przez Pawła.
Dzieło "homonimiczne" (dosłownie "o tym samym imieniu") zostało napisane przez kogoś o tym samym imieniu co inny autor. W starożytnym świecie olbrzymia większość ludzi nie nosiła nazwisk, a wielu z nich nadawano te same imiona - było tak zarówno wśród chrześcijan, jak i w innych społecznościach. Mnóstwo mężczyzn używało takich imion jak na przykład Jan, Jakub i Juda. Jeżeli jeden z nich imieniem Jan napisał Apokalipsę i przedstawił się w niej po prostu jako Jan, niekoniecznie podszywał się pod kogoś innego. Kiedy w późniejszych wiekach wyznawcy chrześcijaństwa zakładali, że ten Jan musiał być apostołem Janem, synem Zebedeusza, to nie była wina autora, który przypadkiem nazywał się tak samo jak słynniejszy imiennik, a więc jego dzieło nie było fałszerstwem. Mamy tu do czynienia po prostu z homonimem, a założenie, że Jan, syn Zebedeusza, nie napisał Apokalipsy, wydaje się większości krytycznych naukowców dość bezpieczne. Została ona włączona do kanonu w związku z błędnie przypisaną tożsamością.
Jeszcze inne pisma są "anonimowe", czyli dosłownie "bez imienia". Autorzy tych dzieł nigdzie się nie przedstawili. Dotyczy to właściwie jednej trzeciej ksiąg Nowego Testamentu. Żadna z Ewangelii nie podpowiada nam imienia autora, dopiero później chrześcijanie przypisali je Mateuszowi, Markowi, Łukaszowi i Janowi, a późniejsi skrybowie dodali te imiona do tytułów ksiąg. Anonimowe są również Dzieje Apostolskie i wszystkie trzy części znane jako Listy Jana. To samo dotyczy Listu do Hebrajczyków, którego autor nigdzie nie wspomina swojego imienia, nawet jeśli chce zasugerować czytelnikom, że jest Pawłem13.
Termin "pseudonimiczny" (dosłownie "o fałszywym imieniu") jest nieco bardziej śliski, toteż muszę wyjaśnić, w jakim znaczeniu będę go używał. Odnosi się on do dowolnego dzieła ukazującego się pod imieniem osoby, która nie jest jego autorem, ale są dwa rodzaje pism pseudonimicznych. Czasami autorzy po prostu przybierają pseudonim literacki: kiedy Samuel Clemens napisał Przygody Hucka i podpisał je jako Mark Twain, nie próbował wmówić czytelnikom, że jest kimś sławnym. Był to tylko pseudonim mający zakamuflować jego tożsamość. Z podobnym przypadkiem mieliśmy do czynienia, gdy Mary Ann Evans napisała Silasa Marnera i wydała go jako George Eliot. Z takim wykorzystaniem pseudonimu literackiego nie mamy w świecie starożytnym do czynienia zbyt często, ale czasem tak się zdarzało: na przykład grecki historyk Ksenofont napisał swoją słynną Wyprawę Cyrusa (czyli Anabazę) pod pseudonimem, jako Temistogenes, a grecki filozof Jamblich stworzył traktat O tajemnicach Egipcjan pod zmyślonym imieniem Abammona. Autorzy tych wszystkich dzieł raczej nie próbowali wmówić czytelnikom, że napisał je ktoś sławny14.
Drugi przypadek dzieła pseudonimicznego dotyczy księgi funkcjonującej w obiegu pod nazwiskiem kogoś innego niż autor, zwykle autorytetu, który powinien być dobrze znany czytelnikom. Dla takich szczególnych sytuacji zarezerwuję termin "pseudoepigraf" (dosłownie "napisany pod fałszywym imieniem"). Tekst pseudoepigraficzny więc to taki, który przypisywany jest znanej, sławnej i będącej autorytetem osobie, która w rzeczywistości go nie napisała.
Okazuje się jednak, że w tej kategorii również mieszczą się dwa rodzaje. Czasami dzieło zostało opublikowane anonimowo, bez zamieszczania imienia autora, tak jak na przykład Ewangelia Mateusza, ale późniejsi czytelnicy i kopiści utrzymywali, że wiedzą, kto je napisał, i że była to dobrze znana osoba, w tym przypadku apostoł Mateusz. W przypadku takich dzieł, błędnie przypisanych słynnemu autorowi, prawdziwy autor nie próbuje nikogo zwieść15. On lub ona pozostają anonimowi, dopiero późniejsi czytelnicy upierają się, że autorem był ktoś inny. Ten rodzaj pseudoepigrafów zakłada więc "błędne przypisanie": dzieło przypisano komuś, kto go nie stworzył.
Drugi rodzaj pseudoepigrafu polega na próbie świadomego oszustwa ze strony autora, który podpisuje utwór cudzym imieniem lub nazwiskiem. To właśnie będę nazywał fałszerstwem. Moja definicja tego terminu obejmuje zatem tekst, zawierający deklarację, że został napisany przez kogoś (znaną postać), kto w rzeczywistości go nie napisał.
Przez wiele lat zetknąłem się z kilkoma osobami sprzeciwiającymi się mojemu rozumieniu terminu "fałszerstwo" i świetnie rozumiem opory innych naukowców przed używaniem tego określenia. Współcześnie przez fałszerstwo rozumiemy nielegalną działalność (fałszowanie klejnotów, pieniędzy lub książek dla zysku), która może zaprowadzić osobę tym się zajmującą do więzienia. Starożytni fałszerze zwykle nie byli zamykani, ponieważ nie istniały prawa dotyczące tworzenia i rozpowszechniania literatury, nie było na przykład prawa autorskiego. Starożytni twórcy postrzegali jednak taką działalność jako oszukańczą, podstępną i kłamliwą (używali zresztą również mniej grzecznych określeń) i często karali przyłapane na niej osoby. Kiedy więc używam terminu "fałszerstwo", to z premedytacją wykorzystuję jego negatywne skojarzenia, częściowo dlatego, że - jak zobaczymy - sformułowania używane przez starożytnych autorów również były negatywne, żeby nie powiedzieć gorzej.
Używanie przeze mnie określenia "fałszerstwo" nie sugeruje jednak w najmniejszym stopniu statusu prawnego omawianych dzieł ani też nie służy uznaniu działalności ich autorów za przestępczą. Będzie to techniczny termin odnoszący się do jednego z rodzajów pseudoepigraficznego pisma, którego autor świadomie utrzymuje, że jest kimś innym. Jedna z naczelnych tez mojej książki głosi, że te osoby ze świata starożytnego, które angażowały się w taką działalność, były otwarcie potępiane za kłamstwo i próbę oszukania czytelników.
Motywacje do popełnienia fałszerstwa
Jeśli, jak wykażę nieco później, fałszerstwo było powszechnie potępiane, dlaczego ludzie się go dopuszczali? I jak usprawiedliwiali to, co robią, sami przed sobą? Resztę tego rozdziału zajmą próby odpowiedzi na te dwa pytania. Kwestia "dlaczego" jest nieco skomplikowana, toteż muszę tu rozróżnić dwa pojęcia, które ludzie czasami mylą: jednym z nich jest "intencja", a drugim "motywacja". Mam nadzieję, że potrafię przejrzyście wyjaśnić różnicę pomiędzy nimi.
Jeśli żona zapyta mnie: "Dlaczego idziesz do sklepu?", mogę jej udzielić całej gamy odpowiedzi, na przykład: "Żeby kupić coś na kolację" albo "Ponieważ lodówka zieje pustką". Są to dwa różne rodzaje odpowiedzi. Pierwsza wskazuje intencję, to, co mam zamiar robić po przybyciu do sklepu: chcę kupić jakieś jedzenie na wieczór. Druga zaś mówi przede wszystkim o mojej motywacji: motywuje mnie fakt, że w domu nie ma jedzenia. Intencja nie jest tym samym co motywacja. Intencją jest to, co chcemy osiągnąć, natomiast motywacją powód, dla którego chcemy to osiągnąć.
Sprawy się mają tak samo, jeśli chodzi o fałszerzy i ich dzieła. Jest różnica pomiędzy intencją fałszerza a jego motywacją: intencja to niemal w każdym przypadku chęć oszukania czytelników co do tożsamości autora, a więc skłonienia ich, by uwierzyli, że jest kimś innym niż w rzeczywistości. Fałszerz może to jednak robić z mnóstwa rozmaitych powodów (czyli posiadać wiele różnych motywacji).
Autorzy podróbek zawsze mieli liczne powody, by je tworzyć. Współcześnie, jak już się przekonaliśmy, głównie chodzi o zarabianie pieniędzy, tak jak w przypadku Konrada Kujaua i dzienników Hitlera. W starożytności wyglądało to jednak inaczej: rynek takich "oryginalnych dzieł" był ograniczony, ponieważ cała branża wydawnicza działała na znacznie mniejszą skalę. Książki nie były drukowane masowo i powszechnie dystrybuowane. Mimo to zdarzały się przypadki, w których fałszowano książki dla zysku, jak dowiadujemy się od Galena, słynnego lekarza żyjącego w Rzymie w II wieku naszej ery.
Galen był wyjątkowo wykształconym uczonym, a jednocześnie jednym z najbardziej płodnych autorów starożytności. W świecie tym właściwie nie było publicznych bibliotek dostępnych dla każdego. Czasem któryś lokalny władca zakładał księgozbiór, przeznaczony głównie dla uczonych, co pobudzało konkurencję między bibliotekarzami: kto z nich pozyska więcej zbiorów niż rywale? Liczba ksiąg była czymś w rodzaju wyznacznika statusu. Dwie najważniejsze biblioteki starożytności mieściły się w egipskiej Aleksandrii i leżącym w Azji Mniejszej Pergamonie. Według Galena królów, którzy je wybudowali, interesowało powiększanie zbiorów, toteż chcieli mieć jak najwięcej oryginalnych kopii ksiąg autorów takich jak Platon, Arystoteles, Hipokrates, Ajschylos, Sofokles i Eurypides. Posiadanie takich kopii było ważne w czasach, kiedy skrybowie mogli popełniać pomyłki podczas przepisywania tekstów (i często im się to zdarzało). Gdy biblioteka miała oryginał, mogła się pochwalić, że dysponuje prawdziwym dziełem autora, a nie najeżoną błędami kopią sknoconą przez lokalnego skrybę. Dlatego dwie wymienione wyżej biblioteki płaciły gotówką na miejscu za oryginalne kopie dzieł najbardziej pożądanych autorów.
To zadziwiające, ile "oryginalnych" ksiąg Platona, Arystotelesa czy Eurypidesa zaczęło się pojawiać, kiedy zaczęto za nie płacić złotem. Według Galena autorzy bez skrupułów wykorzystywali sytuację, by bogacić się na fałszerstwach16.
W przypadku Dionizjosa Odstępcy mieliśmy do czynienia z inną motywacją, albo też większą ich liczbą. Można by się uprzeć, że Dionizjos sfałszował dramat Parthenopaeus głównie po to, by sprawdzić, czy będzie mógł uchodzić za autentyk, a może po to, by wystrychnąć na dudka swojego przeciwnika Heraklidesa. W świecie starożytnym można znaleźć inne przykłady podobnych motywacji, by zamydlić komuś oczy (a może wszystkim) - i nie tylko w starożytnym. Mogą się one pojawiać również współcześnie; niektórzy uczeni uznali za fałszerstwo jedno z najsłynniejszych "odkryć" starożytnej ewangelii w XX wieku: słynną Tajemną Ewangelię Marka, odnalezioną rzekomo przez Mortona Smitha w 1958 roku17.
Inni autorzy fałszowali dokumenty dla celów politycznych lub militarnych. Na przykład żydowski historyk Józef Flawiusz opisuje, że wróg Aleksandra, syna króla Heroda, podrobił list napisany rzekomo przez Aleksandra, w którym ten ogłasza plany zamordowania ojca. Według Flawiusza fałszerzem był pisarz króla, "mąż zuchwały, który umiał znakomicie naśladować czyjekolwiek pismo". Plan jednak się nie udał. Po podrobieniu wielu pism fałszerz został schwytany i "w końcu [...] skazany na śmierć"18.
Polityczne fałszerstwa nie spotykały się zwykle z życzliwym odzewem, ale czasem działały. W III wieku naszej ery rzymski cesarz Aurelian miał osobistego sekretarza imieniem Eros, który wzbudził gniew swego pana i miał zostać ukarany. By zapobiec karze, sługa ten sfałszował listę imion przywódców politycznych, których cesarz rzekomo planował stracić za zdradę, po czym puścił listę w obieg. Osoby z listy zorganizowały zamach i zamordowały cesarza19.
Czasami motywacją dla fałszerstw była nie tyle polityka, ile religia. Dopuszczano się ich, by bronić instytucji bądź praktyk religijnych albo wesprzeć czyjeś twierdzenia w sporze religijnym. Jedną z zabawniejszych relacji znajdziemy w pismach Lukiana z Samosat, pogańskiego autora z II wieku naszej ery, człowieka inteligentnego i żarliwego krytyka wszelkiej hipokryzji. W humorystycznym traktacie Aleksandros, czyli Fałszywy Prorok kieruje on ostrze satyry przeciwko tytułowemu bohaterowi, który miał zamiar ustanowić wyrocznię, miejsce, gdzie bóstwo komunikowałoby się z ludźmi, w mieście Abonuteichos. Aleksander, przebiegły facet, zaplanował sobie, że przekona mieszkańców, iż bóg Apollo zdecydował się przemawiać do śmiertelników za jego pośrednictwem. Chciał w ten sposób znaleźć sobie źródło zarobku w wygłaszaniu pochodzących rzekomo od Apollina przepowiedni tym, którzy ich potrzebowali. Według Lukiana Aleksander podrobił zestaw tabliczek z brązu i zakopał je w jednej z najstarszych i najsłynniejszych świątyń greckiego boga w Chalcedonie. Gdy je odkryto, rozeszły się plotki na temat tego, co wypisano na tym "cudownym" znalezisku. Apollo deklarował rzekomo, że ma zamiar niedługo zamieszkać w nowym domu w Abonuteichos. Następnie Aleksander ustanowił tam wyrocznię i przyciągnął tłumy wyznawców, w dużej mierze dzięki sfałszowanemu przekazowi pochodzącemu od boga, którego ponoć reprezentował.
Przykład żydowskiego fałszerstwa powstałego w celu wsparcia judaizmu znajdziemy w słynnym Liście Arysteasza20. Jego tytułowy bohater miał być pogańskim dworzaninem egipskiego króla Ptolemeusza II Filadelfosa (285-246 p.n.e.). W liście tym "Arysteasz" opisuje, jak król zdecydował się włączyć kopię Biblii Hebrajskiej do swojej rosnącej biblioteki, a w tym celu nawiązał kontakt z żydowskim kapłanem w Izraelu, by ten przysłał do Egiptu uczonych, którzy przetłumaczyliby święte teksty z ojczystego hebrajskiego na grekę. Kapłan wysłał siedemdziesięciu dwóch uczonych, a ci dzięki cudownej boskiej interwencji zdołali stworzyć, każdy z osobna, takie same przekłady Biblii Hebrajskiej. Ponieważ List Arysteasza rzekomo został napisany przez osobę nienależącą do narodu żydowskiego, która zdała mniej lub bardziej "bezstronną" relację z tłumaczenia Biblii Hebrajskiej na grekę, nosił wszelkie znamiona sprawozdania z "autentycznych" wydarzeń. W rzeczywistości list ten był fałszerstwem, napisanym przez Żyda z Aleksandrii w II wieku przed naszą erą, częściowo po to, by dowieść, że święte żydowskie teksty powstały z boskiej inspiracji, nawet w greckim przekładzie.
Jak już wcześniej wspomniałem, czasami podrabiano dokumenty specjalnie po to, by postawić osobistego nieprzyjaciela w złym świetle (tak jak w przypadku Dionizjosa Odstępcy) lub wpędzić go w poważne kłopoty (tak jak w przypadku pisarza króla Heroda). Jak się okazuje, motywacja ta jest jedną z najlepiej zaświadczonych przyczyn fałszerstw w świecie starożytnym. Rzymski poeta Marcjalis, autor sporej liczby inteligentnej, dowcipnej poezji, skarży się w kilku tekstach, że inni podpisują jego imieniem wiersze kiepskie lub w złym smaku właśnie po to, by on sam wyszedł na złego poetę21. Jeszcze bardziej oszczerczy epizod opisał historyk filozofii Diogenes Laertios: oto wróg słynnego filozofa Epikura, niejaki Diotimos sfałszował pięćdziesiąt obscenicznych listów pochodzących rzekomo od Epikura i puścił je w obieg. Epikur już przedtem miał problem z (całkowicie niezasłużoną) reputacją człowieka uzależnionego od przyjemności, a te podrobione listy tylko dolały oliwy do ognia22.
Rozważmy również przypadek Anaksymenesa, opisany przez Pauzaniasza, greckiego geografa z II stulecia. Anaksymenes był sprytnym, ale złośliwym człowiekiem, który wdał się w spór ze słynnym mówcą Teopompem. By dołożyć nieprzyjacielowi - opowiada Pauzaniasz - Anaksymenes napisał, naśladując ściśle styl Teopompa i podpisując dzieło jego imieniem, paszkwil na obywateli trzech greckich miast: Aten, Sparty i Teb. Kiedy paszkwil ów trafił do tych miejsc, Teopomp stał się w nich osobą niemile widzianą, mimo że nie miał nic wspólnego z oszczerczym traktatem23.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.