Falochrony - Caroline Grimwalker

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Linn

"Jesz­cze dwa pie­przone dni".

Buty do bie­ga­nia na­dają kro­kom Linn sprę­ży­stość, gdy wy­myka się z domu. Jest wpół do dwu­na­stej w nocy. Nie może za­snąć, musi roz­ła­do­wać stres, który wę­druje po jej ciele, szczy­pie i ła­sko­cze tuż pod skórą. Czas bez­li­to­śnie bie­gnie na­przód w rytm ty­ka­ją­cego ze­gara. Naj­pierw zo­stał ty­dzień, po­tem kilka dni. Te­raz zo­stały tylko dwa. Po­ju­trze o dzie­wią­tej rano jej oj­ciec po­stawi pierw­sze od dwu­dzie­stu lat kroki na wol­no­ści. Linn nie chce my­śleć o tym, do­kąd je skie­ruje.

Za­pina bluzę z kap­tu­rem. Je­śli przy­pad­kiem ko­goś spo­tka, bę­dzie wy­glą­dać jak każda inna dziew­czyna, która wy­szła po­bie­gać. Kilka razy się zda­rzyło, że nocni spa­ce­ro­wi­cze za­uwa­żyli ją, jak się przy­gląda, sto­jąc nie­ru­chomo, ale wtedy wy­star­czy po pro­stu za­cząć ciężko od­dy­chać i wy­glą­dać, jakby się roz­cią­gało mię­śnie ud.

A już na pewno nie chcia­łaby, żeby ktoś ro­bił wielką aferę z tego, że stoi w czy­imś ogro­dzie.

Je­śli wy­glą­dasz na ko­goś, komu wolno prze­by­wać w da­nym miej­scu, to lu­dzie za­zwy­czaj nie za­sta­na­wiają się nad tym głę­biej. Te­raz jed­nak, gdy parę osób zgło­siło na po­li­cję, że po oko­licy gra­suje ja­kiś pod­glą­dacz, le­piej za­cho­wać szcze­gólną ostroż­ność. Żwir chrzę­ści pod po­de­szwami. Linn wdy­cha chłodne nocne po­wie­trze. Wie, że nie­długo emo­cje się­gną ze­nitu.

Linn po­trafi do­kład­nie okre­ślić, kiedy za­częło się to uza­leż­nie­nie.

Miała sie­dem lat. W środku ko­la­cji tata na­gle przy­parł mamę do ściany w kuchni. Mocno ści­skał swoją szorstką, owło­sioną dło­nią jej de­li­katną, białą szyję, tak że le­dwo mo­gła od­dy­chać. I coś w Linn po pro­stu pę­kło. Nie mo­gła dłu­żej sie­dzieć przy stole, jeść spa­ghetti, za­no­sząc się pła­czem, i pa­trzeć, jak ją bije. Sły­szeć od­głosy krztu­sze­nia się i pa­nikę mamy, z tru­dem ła­pią­cej od­dech.

Nie mo­gła być świad­kiem tego ko­lejny raz.

Linn pa­mięta spoj­rze­nie matki, które po­dą­żało za nią, gdy zsu­nęła się z krze­sła i wy­mknęła się z kuchni w kie­runku drzwi.

"Ucie­kaj jak naj­da­lej stąd" - mó­wiły oczy mamy, wy­ra­ża­jące za­równo prze­ra­że­nie, jak i smu­tek. Może na­wet mó­wiły: "Nie wra­caj".

Gdy Linn w po­śpie­chu wkła­dała kurtkę i ka­lo­sze, groźby i prze­kleń­stwa, które wy­krzy­ki­wał oj­ciec, dźwię­czały jej w uszach. Wy­bie­gła na ze­wnątrz, żeby się ukryć. Nie mo­gła iść po po­moc, bo by je za­bił. Ni­gdy nie wolno ni­komu nic mó­wić, na­uczyła się tego już dawno temu. Ale przy­naj­mniej mo­gła od­da­lić się na tyle, by nie sły­szeć tych okrop­nych wrza­sków.

Bie­gła, a łzy za­le­wały jej oczy. Na pod­nie­bie­niu na­dal czuła smak sosu bo­lo­gnese i ket­chupu. Kiedy nie miała już sił biec i czuła, że coś roz­rywa jej płuca, za­trzy­mała się zdy­szana tuż przed otyn­ko­wa­nym na biało do­mem z ogrom­nymi pa­no­ra­micz­nymi oknami. W środku pa­liło się świa­tło i Linn wi­działa ko­bietę nio­sącą na­czy­nie z pa­ru­ją­cym da­niem. Wy­glą­dała na spo­kojną i szczę­śliwą. Jakby ni­gdy nie zo­stała przy­parta do ku­chen­nej ściany w środku ko­la­cji i jakby ni­gdy nie miała na szyi wiel­kich si­nia­ków. Ni­gdy nie stała z boku i ni­gdy cien­kim gło­sem nie pro­siła, by ktoś prze­stał bić jej dziecko.

Linn chciała da­lej na nią pa­trzeć.

Jej de­cy­zja nie była wła­ści­wie żadną de­cy­zją. Była to po­trzeba, którą od­czu­wała tak mocno całą sobą, że nie wa­hała się ani chwili, by zro­bić coś, czego nie wolno ro­bić.

Przy stole, który zo­ba­czyła przez okno, sie­działa szczę­śliwa ro­dzina. Linn nie mo­gła ode­rwać od nich wzroku, do­póki nie skoń­czyli jeść ko­la­cji i do­póki nie od­kryła, że ma gę­sią skórkę na ca­łym ciele i szczęka zę­bami.

Kłót­nia u niej w domu po­winna się już skoń­czyć. Pew­nie mama zmy­wała na­czy­nia, ma­jąc na ciele nowe obrzęki i si­niaki, a tata sie­dział z pi­wem przed te­le­wi­zo­rem. Po­winna móc już bez­piecz­nie wró­cić do domu.

Co­dzienne ży­cie in­nych lu­dzi szybko stało się se­kret­nym schro­nie­niem dla Linn. Za­częła wy­cho­dzić z domu tak czę­sto, jak tylko mo­gła. Przy­pa­try­wała się. Ma­rzyła o tym, by znik­nąć. Lub wnik­nąć. W ich ży­cie.

Te­raz ma dwa­dzie­ścia osiem lat i na­dal nie może się po­wstrzy­mać. Wie, że to, co robi, jest prze­stęp­stwem. Że lu­dzi to nie­po­koi, a na­wet się tego boją. Za­biera im coś, czego nie zgo­dzili się od­dać. Ale siła przy­cią­ga­nia jest ogromna.

Linn pod­gląda te same osoby za każ­dym ra­zem, gdy wy­cho­dzi z domu. Przy­po­mina to śle­dze­nie lu­dzi na Fa­ce­bo­oku, tyle że działa w re­al­nym świe­cie i z tą róż­nicą, że tu­taj nikt nie może ukryć rze­czy, któ­rych nie chce po­ka­zy­wać. Nie ist­nieją żadne fil­try. Linn stała nie­ru­chomo wśród drzew i ob­ser­wo­wała młodą parę upra­wia­jącą seks z pod­du­sza­niem. Kłót­nię eme­ry­tów, która za­koń­czyła się tym, że sta­ruszka rzu­ciła po­piel­niczką, a sta­ru­szek po­szedł spać do po­koju go­ścin­nego. Męż­czy­znę w śred­nim wieku, który wa­lił ko­nia, przy­glą­da­jąc się ma­łym dziew­czyn­kom na swoim lap­to­pie.

W pew­nym sen­sie miło jest wi­dzieć cały ten syf. Tkwi w tym coś w ro­dzaju po­cie­sze­nia - nie jest sama. Wszę­dzie kryje się zło, wy­star­czy do­brze się przyj­rzeć.

Skręca ze żwi­ro­wej drogi i w tym mo­men­cie sowa prze­la­tuje bli­sko nad jej głową, ma­je­sta­tycz­nie trze­po­cząc skrzy­dłami. Tu, w le­sie, nie ma la­tarni, poza kil­koma przy nieco więk­szych ścież­kach. Nie ma też za dużo as­faltu. Miej­sco­wość Sa­xtorps­sko­gen po­cząt­kowo była te­re­nem dom­ków let­ni­sko­wych, w któ­rych lu­dzie za­częli spę­dzać zimę, a na ko­niec prze­nie­śli się tu na stałe i roz­bu­do­wali. Jest tu pięk­nie i róż­no­rod­nie. Linn pod­cho­dzi do ma­leń­kiego, brą­zo­wego domku. To jedno z jej "sta­łych miejsc", czy jak to na­zwać.

Traw­nik jest za­nie­dbany. Linn ner­wowo roz­gląda się wo­kół sie­bie, po czym prze­cho­dzi przez ni­ski, brą­zowy, drew­niany płot. Tętno przy­spie­sza. Nikt jej nie wi­dział. Po ci­chu skrada się w stronę domu. Ostat­nim ra­zem świa­tło pa­liło się w kuchni i sy­pialni. Dziś jest do­kład­nie tak samo. Linn roz­ko­szuje się strza­łem ad­re­na­liny, który roz­lewa się po jej ciele, bu­zuje w niej i spra­wia, że czuje mo­tyle w brzu­chu.

W ogro­dzie sta­ruszka, który tu mieszka, nie ma zbyt wiele ro­ślin­no­ści, więc Linn musi ni­sko ku­cać, zbli­ża­jąc się do jego domu.

Opiera dło­nie o chłodny pa­ra­pet okna w sa­lo­nie. Za­gląda do środka, ale jest tam ciemno i pu­sto. W rogu przy oknie tłu­sty pa­jąk krzy­żak czai się na ćmę, która prze­la­tuje nie­bez­piecz­nie bli­sko pa­ję­czyny, lśnią­cej w świe­tle księ­życa. Linn prze­cho­dzą ciarki na wi­dok snopu świa­tła pa­da­ją­cego od strony drzwi ku­chen­nych. Po­ru­sza się po ci­chu wo­kół domu, uwa­ża­jąc, by nie na­dep­nąć na żadną ga­łązkę. Gdy ostat­nio tu była, miała złe prze­czu­cie, które te­raz się na­sila. Wszystko wy­gląda do­kład­nie tak samo. W kuchni przy zle­wie stoi otwarta puszka po zu­pie gro­cho­wej. Musi już być sple­śniała. Na stole leży po­pla­miona ścierka do na­czyń. Sta­ruszka ni­g­dzie nie wi­dać, więc na­suwa jej się od razu myśl: "Na­dal leży w łóżku".

Ści­ska ją w gar­dle. Czuje su­chość w ustach, gdy za­krada się z tyłu domu, zbli­ża­jąc się do okna sy­pialni.

Linn przy­suwa się do okna jak naj­bli­żej, nie do­ty­ka­jąc go, a wy­dy­chane przez nią po­wie­trze two­rzy na szy­bie małe, wil­gotne kręgi. Zer­k­nąw­szy w prawo, do­strzega drzwi. Za­pa­lona lampa pod­ło­gowa rzuca świa­tło na kosz na śmieci i łóżko. Kon­tur syl­we­tki pod wy­tar­tym ko­cem.

Jej wzrok wę­druje wy­żej. Już w głębi du­szy wie, co to ozna­cza.

Męż­czy­zna leży w łóżku. Tak samo jak trzy dni temu. Przy­kryty ko­cem. Z rę­kami po bo­kach i pół­otwar­tymi ustami. Siwe włosy two­rzą de­li­katną mgiełkę wo­kół jego czaszki. Nie ru­sza się.

Sta­ru­szek nie żyje.

Od trzech dni. Linn my­śli, że by­łoby miło, gdyby obok łóżka sie­dział cho­ciaż pie­sek, ku­dłaty i uja­da­jący, z wil­got­nymi oczami. Mały, to­wa­rzy­ski, wło­chaty kun­de­lek, który wier­nie czeka, aż jego pan wsta­nie. Albo gdyby taka sta­ro­modna au­to­ma­tyczna se­kre­tarka stała w przed­po­koju i mru­gała na czer­wono, pełna nie­od­słu­cha­nych wia­do­mo­ści. Ale nie ma ani psa, ani wia­do­mo­ści. Je­dy­nie stary czło­wiek, który umarł we wła­snym łóżku, a nikt nie ma o tym po­ję­cia.

Roz­gląda się do­okoła. W le­sie jest ci­cho, a domy w po­bliżu są jak małe świetlne wy­spy. Są­sie­dzi z ulicy na pewno będą o tym mó­wić la­tami.

"Le­żał tam, mar­twy, przez wiele dni. Czy to nie straszne? Mam na­dzieję, że ni­gdy nie będę tak sa­motna".

Wzbiera w niej roz­go­ry­cze­nie. Bo tak to wła­śnie wy­gląda na osie­dlach dom­ków jed­no­ro­dzin­nych po­dob­nych do tego. Nikt nie zwraca uwagi na dru­giego czło­wieka. Do czasu, kiedy jest już za późno.

"Niech to szlag".

Czy po­winna do ko­goś za­dzwo­nić? Ale co po­wie - ja­kie ma wy­tłu­ma­cze­nie? Skąd niby wie, że on tam leży? Linn stoi w miej­scu przez chwilę i przy­gląda się ciału. Bije od niego spo­kój. Jakby męż­czy­zna uwa­żał, że to nic złego tak le­żeć. Lecz je­śli nikt się nie do­wie, bę­dzie to wy­glą­dało zu­peł­nie ina­czej. Kiedy za­cznie się roz­kła­dać. Są­sie­dzi pew­nie go znajdą do­piero wtedy, gdy po­czują smród. I będą mieli ra­cję, mó­wiąc: "Czy to nie straszne?".

Linn bije się z my­ślami. Po­tem po­dej­muje de­cy­zję. To nie jej sprawa. Nie jej walka. To na­wet nikt z jej bli­skich. W za­sa­dzie nie ma ni­kogo bli­skiego, może z wy­jąt­kiem An­tona i mamy.

Za­wraca przez ra­batkę, za­mia­ta­jąc sto­pami przed sobą po każ­dym kroku, by nie zo­sta­wić śla­dów w mięk­kiej ziemi. Roz­gląda się uważ­nie w prawo i lewo, nim ru­szy da­lej, po czym bie­gnie z po­wro­tem przez ogród, prze­ska­ku­jąc po­now­nie przez płot na żwi­rową drogę.

Wsłu­chuje się w chrzęst pod po­de­szwami, to przy­jemny dźwięk. Pró­buje otrzą­snąć się z po­nu­rych my­śli o sa­mot­no­ści tego sta­rego czło­wieka. O tym, ja­kie to po­tworne, że on tam leży i gnije. Czy na dwo­rze zro­biło się zim­niej, czy tylko jej się tak wy­daje?

Kie­ruje się w stronę jed­nego z now­szych do­mów. Kre­do­wo­biały, dwu­pię­trowy bu­dy­nek na po­kaz. Domy par­te­rowe są lep­sze, ale ta para - ci od seksu z przy­du­sza­niem - ma sa­lon na dole. Zwy­kle nie śpią do późna. Albo się nie przej­mują i nie za­cią­gają za­słon, albo po­doba im się myśl, że ktoś może ich przy­pad­kowo zo­ba­czyć. Nie­raz wi­działa ich na ka­na­pie przed te­le­wi­zo­rem, oglą­da­ją­cych porno. Za­zwy­czaj oglą­dają je ra­zem i upra­wiają seks. Oczy­wi­ście Linn nie może się oprzeć i się im przy­gląda.

Po­py­cha furtkę naj­ci­szej, jak po­trafi, i skrada się po ka­mien­nych pły­tach w stronę drzwi wej­ścio­wych. Po­tem skręca i prze­cho­dzi przez traw­nik, by do­stać się na drugą stronę domu. Jest tu drew­niany ta­ras, ale wie z do­świad­cze­nia, że nie po­winna na niego wcho­dzić, bo bę­dzie skrzy­pieć. Za­miast tego ob­cho­dzi go do­okoła i staje przy oknie w sa­lo­nie.

Leżą wtu­leni w sie­bie na ka­na­pie i oglą­dają ja­kiś se­rial kry­mi­na­lny. Ko­bieta z przodu, męż­czy­zna tuż za nią. Wy­daje się, że za­snął. Ko­bieta opiera głowę o jego ra­mię i tępo wpa­truje się w te­le­wi­zor. Na stole stoi wy­peł­niona w po­ło­wie bu­telka czer­wo­nego wina i dwa kie­liszki. Mała mi­seczka zie­lo­nych orzesz­ków o smaku wa­sabi. Kiedy sięga po je­den z nich, męż­czy­zna się bu­dzi, ca­łuje ją w głowę i na­tych­miast znowu za­sy­pia. Ko­bieta gła­dzi go po przed­ra­mie­niu i mru­czy coś pod no­sem. Ładny wi­dok. Gdyby jedno z nich umarło, dru­gie czu­łoby, że stra­ciło po­łowę sie­bie. Moż­liwe, że przez resztę ży­cia by tak czuli.

Linn się za­sta­na­wia, czy sta­ru­szek, z tego po­przed­niego domu, miał kie­dyś ko­goś. Czy był ktoś, kto wie­czo­rami kładł głowę na jego ra­mie­niu. Czy do­świad­czył mi­ło­ści? Czy też jego ży­cie było długą i sa­motną wę­drówką ku śmierci?

"Czy to nie by­łoby naj­gor­sze?" - my­śli Linn. - Ni­gdy nie zna­leźć ni­kogo?"

Wtedy przed jej oczami prze­bie­gają ob­razy, wy­wo­łane ze wspo­mnień, które roz­dra­pują stare rany. Nie. To na pewno nie jest naj­gor­sze. Naj­gor­sze to zna­leźć ko­goś. Za­ko­chać się. Opie­rać głowę na ra­mie­niu tej osoby - a po­tem od­kryć, że to ra­mię może zro­bić ci krzywdę.

"Fak!"

Pa­trzy w niebo, by po­wstrzy­mać łzy i uspo­koić bi­cie serca.

Linn uzmy­sła­wia so­bie, że to ona kie­ruje swoim ży­ciem i okre­śla jego ramy. Robi to w spo­sób, który bez wąt­pie­nia spo­wo­duje, że zgnije i umrze w łóżku w sa­mot­no­ści i że nikt się o tym nie do­wie. Mama umrze, a brat znaj­dzie so­bie słodką żonę, z którą bę­dzie miał gro­madkę dzieci, i prze­pro­wa­dzi się gdzieś, gdzie są ta­nie domy. A ona zo­sta­nie sama w swoim domku w le­sie i bę­dzie pi­sać gniewne tek­sty trak­tu­jące o pa­triar­cha­li­zmie. Czy taki bę­dzie jej los? Czy do­piero wów­czas, gdy za­cznie śmier­dzieć, ktoś za­uważy, że jej nie ma?

Ko­bieta na ka­na­pie cia­śniej owija się ko­cem. Znów ociera się po­licz­kiem o ra­mię męża, wdy­cha jego za­pach, co wy­raź­nie spra­wia jej przy­jem­ność.

Linn może pró­bo­wać się oszu­ki­wać, ile wle­zie. Za­ci­skać zęby tak mocno, że pękną. Nic na to nie po­ra­dzi. Cho­ciaż do­brze wie, jak nie­bez­pieczna może być mi­łość, fak­tem jest, że chce tego, co oni mają.

Roz­dział 2

Moa

Pierw­sze, co Moa wi­dzi, gdy otwiera oczy, to pro­mień słońca, który prze­dziera się przez szparę przy ro­le­cie ni­czym wielki pa­lec wska­zu­jący i świeci te­raz pro­sto w twarz mi­sia Miśka. Mi­siek wy­padł jej z rąk i wy­gląda na nie­szczę­śli­wego, le­żąc na tej brzyd­kiej na­rzu­cie w ko­nie. Mimo że Moa jest już za duża, by przej­mo­wać się wy­świech­ta­nym plu­sza­kiem, któ­rego ma od uro­dze­nia, sięga po niego i za­biera. Mi­nęły lata, od­kąd spała z Miś­kiem co noc. Lecz gdy wczo­raj kła­dła się spać, mu­siała go zdjąć z ho­no­ro­wego miej­sca na re­gale, wziąć w ra­miona i mocno przy­tu­lić. Plan był prze­cież taki, że już ni­gdy się nie obu­dzi.

"Cho­lera. Ja żyję".

Ale czy na pewno? Pro­myk słońca i Mi­siek. Jej wła­sny po­kój. Ci­cho i spo­koj­nie. Czy jej się udało? Czy tra­fiła do nieba? Prze­ciera dło­nią oko, ma w nim śpio­chy. Za­schnięte łzy. Ja­kieś pa­skudz­two na po­liczku i w ką­ciku ust. Wy­mio­ciny?

Jej mózg po­woli ożywa, a wspo­mnie­nia nie­śmiało ukła­dają się w ca­łość: sie­działa na brzegu łóżka i pła­kała, trzy­ma­jąc w ręku jedną z bu­te­le­czek z ta­blet­kami swo­jej matki, tę ze zna­kiem ostrze­gaw­czym. Wła­śnie dla­tego wy­brała ten lek spo­śród nie­zli­czo­nych opa­ko­wań w ła­zien­ko­wej szafce. Już wtedy czuła się mar­twa i po­grze­bana. Nie mo­gła tego dłu­żej zno­sić. Ani chwili dłu­żej. Pa­mięta, jak ta­bletki grze­cho­tały w jej dłoni, za­nim wło­żyła je do ust.

"To nie za­dzia­łało. Wy­bra­łam złe pi­gułki".

Kiedy łzy za­czy­nają na­pły­wać jej do oczu, uświa­da­mia so­bie, że na pewno nie jest mar­twa. W nie­bie się nie pła­cze.

Silne uczu­cie pra­gnie­nia roz­dziera jej gar­dło. Moa wy­daje z sie­bie jęk. Czuje, że jej gar­dło pło­nie, gdy pró­buje prze­łknąć. Chce jej się siku. I to bar­dzo. W tym mo­men­cie wspo­mnie­nia wra­cają. Film, który zna­la­zła na kom­pu­te­rze ojca. Ciało od­ru­chowo zwija się w kłę­bek.

Tata i jesz­cze je­den męż­czy­zna, który trzy­mał ka­merę. Ja­kość na­gra­nia była słaba, ob­raz ziar­ni­sty, a film krę­cony w ciem­no­ści. Ich głosy, mó­wiące te wszyst­kie straszne rze­czy. Męż­czy­zna za ka­merą:

- No, da­lej, do cho­lery, użyj tro­chę wię­cej siły. To tylko mały gno­jek. Tacy jak on nie czują tak jak my.

Mroczny, zło­wrogi śmiech. I ten chło­piec. Ka­łuża mo­czu pod jego chu­dziut­kim cia­łem. Szkli­sty wzrok dziecka, który po­woli ga­śnie. Spoj­rze­nie pełne bólu i zre­zy­gno­wane. Skie­ro­wane pro­sto w ka­merę. "Dla­czego mi to ro­bi­cie?"

Moa tłumi krzyk, który chce się z niej wy­do­stać. Od­wraca głowę i wyje w po­duszkę. Szuka te­le­fonu po omacku i znaj­duje go obok sie­bie na na­rzu­cie. Po­zo­stało dwa pro­cent ba­te­rii. Otwiera apli­ka­cję ka­len­da­rza. Jest nie­dziela. Ta­bletki nie ode­brały jej ży­cia, ale spała pra­wie dwa dni. Ro­lety są za­cią­gnięte, a w po­koju jest tak duszno i cie­pło, jak w sa­mo­cho­dzie, który stał cały dzień na słońcu. Wi­dzi za­schnięte wy­mio­ciny na brzu­chu Miśka.

- Pie­przony skur­wiel - sy­czy przez zęby do sie­bie, ude­rza­jąc w plu­szaka tak, że spada na dy­wan.

We­wnętrzny głos pod­po­wiada jej, że nie może umrzeć, bo jest je­dyną osobą, która o tym wie. Że tylko ona może coś z tym zro­bić. Że by­łaby tchó­rzem, gdyby po pro­stu to wszystko zo­sta­wiła. Chce krzy­czeć, że to nie­spra­wie­dliwe. Wcale nie jest tchó­rzem! Moa chwyta na­rzutę i zgniata ją tak, że je­den z koni wy­gląda gro­te­skowo. Te in­ten­sywne, dra­ma­tyczne, pa­ra­li­żu­jące emo­cje. Wła­śnie ich chciała unik­nąć.

Głowa jej spu­chła od nad­miaru wra­żeń. Czuje się tak, jakby czaszka miała pęk­nąć ni­czym przej­rzały po­mi­dor, gdy się go za mocno ści­śnie.

Szumi jej w gło­wie. Co ona może z tym zro­bić? Kogo pró­buje oszu­kać? Jest je­dy­nie bez­war­to­ściową, nędzną na­miastką czło­wieka. Ża­ło­sną ma­ło­latą. Sły­szy to każ­dego dnia i czyż on nie ma ra­cji? Na­wet nie po­tra­fiła się za­bić.

Oczy przy­zwy­cza­jają się do ciem­no­ści. Te­raz wi­dzi nieco więk­szą plamę rzy­go­win na po­duszce i kap­sułki, które za­schły na niej wraz z reszt­kami je­dze­nia i so­kiem. To dla­tego nie za­dzia­łały. Za­snęła, a po­tem, nie obu­dziw­szy się, wszystko zwró­ciła.

Moa bie­rze trzy głę­bo­kie wde­chy i siada. Za­ci­ska po­wieki tak mocno, że przed oczami po­ja­wiają się biało-czer­wone mroczki. Może mo­głaby stąd znik­nąć? Uciec i pójść do pracy w stajni. Mo­głaby na­wet spać w stogu siana. Naj­waż­niej­sze, żeby miała co jeść, mo­gła zaj­mo­wać się końmi i... nie mu­siała tu miesz­kać.

Ale je­śli tak zrobi, uj­dzie mu to na su­cho. Uj­dzie im to na su­cho. Przez lata tyle razy jej ojcu się upie­kło, a ona i wszy­scy wo­kół niego pła­cili za to wy­soką cenę. Ona jed­nak na­dal żyje, a to chyba ozna­cza, że Moa musi coś zro­bić. Je­śli nie po­wie­dzia­łaby ni­komu o tym, co zna­la­zła, rze­czy­wi­ście mo­głaby się uwa­żać za bez­war­to­ściową, nędzną na­miastkę czło­wieka. Bi­cie żony i dziecka czy znę­ca­nie się nad in­nymi i spra­wia­nie, że wszy­scy wo­kół niego czują się mali i prze­ra­żeni, to jedna rzecz. Ale to, co zo­ba­czyła na fil­mie...

Czuje na­gły skurcz żo­łądka. Już wie, co musi zro­bić. Musi ko­muś o tym po­wie­dzieć. So­lveig, na­uczy­cielka wu­efu. Ona jest miła. Raz za­py­tała Moę o si­niaki. Po­wie­działa, że śmiało może jej mó­wić, je­śli w domu coś się dzieje, na­wet jak w domu po­wie­dzieli, że nie wolno tego ro­bić. Oczy­wi­ście Moa nic nie po­wie­działa, ale i tak zro­biło jej się le­piej.

Oj­ciec za­pewne się do­my­śla, że grze­bała mu w kom­pu­te­rze. Że ona wie. Ostat­nio dziw­nie się na nią pa­trzy. To dla­tego po­łknęła ta­bletki mamy. Nie mo­gła so­bie po­ra­dzić z na­pię­ciem, które nie­sie ze sobą ci­chą groźbę: "Te­raz się za­cznie, żarty się skoń­czyły".

To cud, że tak od­wod­niony or­ga­nizm może pro­du­ko­wać tyle łez, ale Moa znów za­nosi się pła­czem. Ma za­tkany nos, twarz opuch­niętą i obo­lałą. Lecz gdzieś z tyłu głowy za­pala się ma­leńka iskra i wę­druje przez ciało. Do­daje sił i utwier­dza ją w prze­ko­na­niu: "MU­SZĘ po­wie­dzieć So­lveig".

Kroki na ko­ry­ta­rzu.

Moa roz­po­znaje zna­jomy od­głos. To on. Tylko tyle wy­star­czy, by na­tych­miast po­czuła, jak się kur­czy.

Czy za­mknęła drzwi na za­mek, za­nim...?

Moa wstrzy­muje od­dech, kiedy oj­ciec staje tuż za drzwiami. W tej sa­mej chwili ude­rza ją myśl:

"Czy ja tu prze­le­ża­łam całe dwa dni? Pie­przone dupki. Oboje".

Strach, to­wa­rzy­szący jej przez całe jej krót­kie ży­cie, pró­buje swo­ich ty­po­wych sztu­czek. Chce ją obez­wład­nić i ode­brać siły. Czuje mro­wie­nie rąk, jakby mię­śnie i ścię­gna od­ry­wały się i opa­dały na zie­mię. Su­chość w gar­dle po­wo­duje blo­kadę, przez którą nie jest w sta­nie prze­łknąć śliny. Jest spa­ra­li­żo­wana.

Pod­łoga skrzypi. Oj­ciec stoi tuż za drzwiami. Moa prze­staje od­dy­chać.

"Bła­gam, niech się okaże, że za­mknę­łam na klucz".

Oj­ciec mru­czy coś pod no­sem, po czym idzie da­lej. Kroki od­da­lają się w głąb ko­ry­ta­rza, a chwilę póź­niej sły­szy, jak scho­dzi po scho­dach. Blo­kada w gar­dle od­pusz­cza. Moa wciąga po­wie­trze i czer­pie siłę z gniewu. Nie wolno jej re­ago­wać w ten spo­sób. Pa­ra­liż jest naj­gor­szym wro­giem. Strach. Musi się od niego uwol­nić, skoro już pod­jęła de­cy­zję.

Za­sta­na­wia się, czy on to wy­czuje. To, że się zmie­niła. Czy i tak bę­dzie to po niej wi­dać, mimo że i ona, i mama na­dal będą się przed nim płasz­czyć? Po­nie­waż w środku nie czuje już tego sa­mego.

Moa wy­daje z sie­bie ci­chy jęk, pod­no­sząc Miśka z pod­łogi. Wpa­truje się w ciem­no­brą­zowe ka­wałki szkła, które mają imi­to­wać oczy.

- Mu­szę po­wie­dzieć So­lveig - mówi szep­tem. I coś się dzieje, gdy wy­po­wiada te słowa na głos. Nowa siła zdaje się wy­ra­stać z plu­szaka, wdzie­ra­jąc się pod skórę jej dłoni, po­wo­du­jąc przy­jemne mro­wie­nie. Prze­cho­dzi przez ra­mię i tra­fia do serca. Moa wy­ob­raża so­bie, że Mi­siek kiwa do niej głową.

Każdy nerw w jej ciele śpiewa. Wła­dza. Ona ni­gdy nie miała wła­dzy. Nie nad nim. Ale to się wkrótce zmieni. To może być dla niej i jej mamy bi­let, który po­zwoli im się uwol­nić od po­twora. Moż­liwe, że Moa oca­lała tylko z jed­nego po­wodu.

- Miśku - od­zywa się znowu, tym ra­zem nieco pew­niej, nie­mal uro­czy­stym to­nem. - Mu­szę o tym po­wie­dzieć.

Roz­dział 3

Linn

Chwilę po tym, jak na­szła ją ta myśl, ciało Linn przej­muje kon­trolę i za­czyna nią ste­ro­wać. Tak jakby do­kład­nie wie­działo, który dom po­winna od­wie­dzić w na­stęp­nej ko­lej­no­ści.

"Chcę tego, co oni mają".

Robi jej się go­rąco. Nie ma te­raz ni­kogo. Ni­gdy tak na­prawdę nie była w dłuż­szym, po­waż­niej­szym związku. Po pro­stu sze­reg krót­kich, nie­uda­nych prób i pach­ną­cych po­tem, mało sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cych ran­dek za­koń­czo­nych sek­sem. Czy ona w ogóle kie­dy­kol­wiek była za­ko­chana?

Coś w niej drga, po­mię­dzy brzu­chem a klatką pier­siową. Jakby we­wnątrz żyło ja­kieś małe zwie­rzątko, któ­remu na­gle za­chciało się tań­czyć.

Linn skręca w ścieżkę, by prze­do­stać się na drugą stronę lasu. To około pół­to­ra­ki­lo­me­trowy spa­cer. Na­wierzch­nia pod jej sto­pami jest miękka i przy­czepna. De­li­kat­nie się pod nimi ugina. Unosi się z niej wy­ra­zi­sty za­pach uśpio­nego lasu. Mchu, ziemi i su­chych li­ści. Coś sze­le­ści. Gdzieś w gę­stwi­nie z pra­wej strony coś się pod­rywa i znika w ciem­no­ści. Linn za­czyna iść szyb­ciej. Po­do­bno w le­sie jest mnó­stwo dzi­ków, ale ona ni­gdy żad­nego nie wi­działa. Za­sta­na­wia się, czy się przed nią ukry­wają. Może wstrzy­mują od­dech sku­lone, aż ona przej­dzie? So­sna ko­ły­sze się na wie­trze i skrzypi. Jest zu­peł­nie ciemno. Ale wy­daje jej się, że w od­dali wi­dzi świa­tło, więc po­dąża za nim, jakby to była la­tar­nia mor­ska.

Do­cho­dzi do celu po pięt­na­stu mi­nu­tach. Le­śna ścieżka się roz­sze­rza i pro­wa­dzi do drogi żwi­ro­wej. Znaj­duje się tu tylko je­den je­dyny dom, pięk­nie usy­tu­owany wśród drzew. Dom naj­bliż­szych są­sia­dów, z trzech stron oto­czony la­sem, od­da­lony jest o kil­ka­set me­trów. Świa­tło, za któ­rym Linn po­dą­żała, po­cho­dzi z ogro­do­wej la­tarni w ko­lo­rze pa­tyny, która za­wsze się świeci w nocy. Kiedy wi­dzi, że rów­nież w sa­lo­nie jest za­pa­lone świa­tło, jej serce za­czyna bić dwa razy szyb­ciej.

"Ona nie śpi".

Ma na imię Elena. Linn wy­szu­kała jej ad­res w in­ter­ne­cie. Elena Co­vaci. Oczy­wi­ście, że ją wy­go­oglo­wała. W tej ko­bie­cie jest coś, co nie daje Linn spo­koju. Gdy zo­ba­czyła ją po raz pierw­szy, bi­jący od niej blask utkwił jej w pa­mięci.

Linn ma na­dzieję, że Elena sie­dzi przy pia­ni­nie. Cza­sami tak robi, gdy nie może spać. Siada z kie­lisz­kiem wina i gra dłu­gie, me­lan­cho­lijne, piękne utwory. Ni­gdy nie śpiewa. Wsłu­chuje się je­dy­nie we wła­sne gra­nie z przy­mknię­tymi oczami.

Linn nie ma po­ję­cia, dla­czego Elena tak na nią działa. Jest od niej dużo star­sza. Ma pięć­dzie­siąt osiem lat. Jest tylko dwa lata młod­sza od matki Linn. Ła­two można było to spraw­dzić. Ale wy­gląda na sprawną i pełną ener­gii. I sty­lową, z braku lep­szego słowa. Kilka razy Linn wi­działa, jak Elena prze­biera się po pracy. Jest pre­ze­ską ja­kiejś firmy i nosi biu­rowe stroje. Gar­ni­tury wła­dzy. Czó­łenka. Dro­gie bluzki. Ołów­kowe spód­nice, cia­sno przy­le­ga­jące do bio­der. Przy­po­mina szwedzką ak­torkę Lenę Olin. Dłu­gie, brą­zowe włosy opa­da­jące na ra­miona w po­staci gę­stych, mięk­kich pu­kli, które się­gają do ło­pa­tek. Siwe pa­semka nad oczami i przy skro­niach. Oczy o in­ten­syw­nym, nie­bie­sko­zie­lo­nym ko­lo­rze. In­te­li­gentne spoj­rze­nie. I usta - sze­ro­kie i piękne.

Cza­sami Elena uśmie­cha się do sie­bie, gdy sie­dzi przy pia­ni­nie, za­to­piona w mu­zyce. Wi­dok ten za każ­dym ra­zem za­piera Linn dech w pier­siach. Po­ja­wia się nie­równy, mi­mo­wolny od­dech. Chcia­łaby sie­dzieć tam, obok Eleny na stołku przy pia­ni­nie, słu­chać, jak gra, i są­czyć to samo dro­gie wino. Pra­gnie, by Elena wzięła ją za rękę i za­pro­wa­dziła do sy­pialni. By Linn, piesz­czo­tli­wie ją do­ty­ka­jąc, mo­gła zdjąć z niej te dro­gie ubra­nia, rzecz po rze­czy, pod­czas gdy wzrok Linn wę­dro­wałby po jej ciele.

Linn ma ści­śnięte gar­dło. Od­chrzą­kuje naj­ci­szej, jak po­trafi, i pod­cho­dzi do okna. Ale na wi­dok Eleny za­styga w bez­ru­chu. Miała wra­że­nie, że krew, która do­tąd krą­żyła w jej ciele i spra­wiła, że zro­biło jej się cie­pło mię­dzy no­gami, na­gle za­krze­pła jej w ży­łach. Tak wła­śnie się czuje. I tak, jakby spa­dała.

Elena sie­dzi na ka­na­pie w sa­lo­nie, w spodniach dre­so­wych i T-shir­cie, z wło­sami zwią­za­nymi w luźny kok na karku. Jest piękna jak za­wsze, ale sie­dzi nie­ru­chomo z krysz­ta­łową szklanką w ręku. Na stole przed nią stoi otwarta bu­telka ciem­nego rumu. Brodę pod­piera o szklankę, a jej po­liczki są mo­kre. Duże, cięż­kie łzy po­woli spły­wają po twa­rzy, za­trzy­mują się na chwilę na li­nii szczęki i spa­dają na ko­lana.

"Dla­czego jest taka smutna?"

Linn wi­działa ją w ta­kim sta­nie już kilka razy. Do­pro­wa­dza ją do szału to, że nie wie, co po­wo­duje jej przy­gnę­bie­nie. Bo choć Elena za­cho­wuje spo­kój, bez wąt­pie­nia jest zroz­pa­czona. Wy­pija spory łyk, więc Linn spo­dziewa się, że się skrzywi, gdy al­ko­hol bę­dzie pa­lił ją w gar­dle, ale tak się nie dzieje. Wciąż za­lewa się ci­chymi, cięż­kimi łzami.

Gdy Linn prze­nosi cię­żar ciała na drugą nogę, sły­chać trzask su­chego pa­tyka ła­ma­nego pod stopą. Elena się wzdryga i od­wraca wzrok w stronę okna, więc Linn robi dwa kroki do tyłu i się chowa.

"Czy mnie wi­działa?"

Ostroż­nie wy­ciąga szyję. Elena wstała i kie­ruje się w stronę okna. Pro­sto ku niej. Linn pę­dzi przez ogród, naj­ci­szej, jak po­trafi, trzy­ma­jąc się z dala od bla­sku ogro­do­wej la­tarni i z mocno bi­ją­cym ser­cem chroni się w sa­mot­no­ści.

Roz­dział 4

Moa

Moa nie może się na­dzi­wić, że nie jest ani tro­chę głodna, mimo że od po­nad dwóch dni nic nie ja­dła. Na­kłuwa wi­del­cem kilka grosz­ków i robi nimi małe dziurki w pu­rée ziem­nia­cza­nym. Skoro już sie­dzi przy stole, musi przy­naj­mniej uda­wać, że jest za­in­te­re­so­wana je­dze­niem, bo ina­czej może mieć kło­poty.

Mama sie­dzi po dru­giej stro­nie stołu, jak zwy­kle otę­piona pro­chami. Je­śli na­wet za­uwa­żyła, że bra­kuje jej ja­kichś ta­ble­tek, to i tak nic nie po­wie. Co mia­łaby po­wie­dzieć? Bio­rąc pod uwagę, ile ta­ble­tek w sie­bie ła­duje każ­dego dnia, ra­czej nie po­winna nic mó­wić.

"Mo­głaby za­py­tać, jak się czuję".

Cał­ko­wi­cie ab­sur­dalna myśl. Mama na­wet nie wie, jak się czuje. W Moi wzbiera głę­boka po­garda.

"Dla­czego na to wszystko po­zwa­lasz?"

Jakby Moa nie ist­niała.

Do­ciera do niej, że w za­sa­dzie to prawda. Jej już pra­wie nie ma. Mamy też nie. Je­dy­nie jej oj­ciec ist­nieje, on ode­brał im wszystko, co czyni je ludźmi. Sie­dzą te­raz tu­taj jak bez­oso­bowe, pod­po­rząd­ko­wane ku­kiełki.

- Nie baw się je­dze­niem. Albo jesz jak nor­malny czło­wiek, albo mo­żesz odejść od stołu. - Pa­trzy na nią sze­roko otwar­tymi i prze­krwio­nymi oczami. Dwie wście­kłe kule. Szyb­kim ru­chem wska­zuje brodą w stronę matki, która choć jest da­leko, za­uważa to, chrząka i mówi prze­cią­głym gło­sem:

- Rób, co tata mówi, Moa. Ty... mu­sisz jeść, na­praw...

Słowa, i tak już nie­przy­tomne i słabe, grzę­zną jej w gar­dle. Błą­dzi spoj­rze­niem, lecz na ni­czym nie za­wie­sza wzroku. Po czym wpa­truje się w swój ta­lerz, jakby do­piero te­raz od­kryła, że przed nią leży.

Moa chce wstać od stołu tak szybko, by krze­sło się za nią prze­wró­ciło, krzyk­nąć coś do nich, po­tem, ciężko tu­piąc, po­biec do swo­jego po­koju i za­mknąć drzwi na klucz. Ale prze­cież musi jeść i do­brze o tym wie. Nie tylko po to, by oj­ciec się uspo­koił, ale też dla­tego, że nic nie ja­dła od dłu­giego czasu. Musi jeść, je­śli chce mieć ener­gię, by zre­ali­zo­wać swój plan, ode­brać mu wła­dzę i po­wie­dzieć ko­muś, ja­kim jest dra­niem. Na­biera na wi­de­lec pu­rée i na­bija gro­szek, po czym wkłada wszystko do ust i zmu­sza się do prze­żu­wa­nia.

Na­tych­miast ła­go­dzi to gniew ojca. Mię­śnie wo­kół jego oczu się roz­luź­niają, a brwi opa­dają.

Je­dze­nie ro­śnie jej w ustach, ale Moa je prze­łyka, po­pija wodą i me­cha­nicz­nie wkłada do ust ko­lejny wi­de­lec z pu­rée. W kuchni jest go­rąco, po­wie­trze stoi nie­ru­chome. Poci się i swę­dzi ją w pa­sie przy spodniach. Moa na­po­tyka wzrok matki, która spo­gląda na nią ze zmie­sza­nym uśmie­chem. Mama nic nie je, ale tata się tym nie przej­muje. W ciągu ostat­niego roku bar­dzo ze­szczu­plała. Nie je pra­wie nic poza ta­blet­kami i jo­gur­tem.

- Ty też zjedz tro­chę, mamo - mówi Moa naj­de­li­kat­niej, jak po­trafi. To nie jest wina mamy. Nie do końca. Na­gle Moę ude­rza to, jak bar­dzo mama schu­dła, i ogar­nia ją głę­boki, ata­wi­styczny lęk.

"A co, je­śli umrze?"

Wtedy zo­staną tylko we dwójkę, Moa i on. Sami w domu. Po­dej­rzewa, że matka robi to samo, co ona pró­bo­wała zro­bić, tylko wol­niej.

Moa czuje, że ma pełny żo­łą­dek, a mimo to wmu­sza w sie­bie kęs za kę­sem. Nie ma czasu do stra­ce­nia. Ma­mie za­częły opa­dać po­wieki, sie­dzi z otwar­tymi ustami. Czy za­snęła przy stole, w środku ko­la­cji?

Moa spo­gląda na ojca, który je w ele­gancki spo­sób. Nie­na­ganne ma­niery przy stole, jak za­wsze. Wy­maga tego sa­mego od nich, a nie­chluj­stwo pro­wa­dzi do kary.

"No już, mamo. Usiądź pro­sto".

Ale tego wie­czoru oj­ciec nie wy­daje się zbyt za­in­te­re­so­wany swoją żoną. Ani Moą. Sku­pia się na ta­le­rzu. Kroi ka­wa­łek sznycla, na­kłada na niego pu­rée i wpy­cha wszystko do ust. Wy­pro­sto­wany, jakby po­łknął sta­lową belkę. Jak król igno­ru­jący pod­da­nych. Ła­god­nie po­bła­ża­jący błę­dom matki i grze­ba­niu w ta­le­rzu przez Moę. To nie­ty­powe i po­winna to do­ce­nić. Ale zu­peł­nie co in­nego za­prząta jej my­śli i wi­ruje w gło­wie jak nisz­czy­ciel­skie tor­nado, od­kąd zna­la­zła na­gra­nie.

"Użyj tro­chę wię­cej siły, do cho­lery! To tylko mały gno­jek".

Je­dze­nie po­cho­dzi jej do gar­dła. Moa pró­buje się uwol­nić od ob­ra­zów wy­ry­tych w pa­mięci. Prze­łyka ślinę i znów pa­trzy na matkę. Za chwilę się obu­dzi. Za­żyje jesz­cze wię­cej ta­ble­tek, a na­stęp­nie od­pły­nie na ka­na­pie przed te­le­wi­zo­rem. Moa ob­ser­wuje ojca. Wy­daje się nie­wzru­szony. Prze­żuwa je­dze­nie. Pod­nosi szklankę i spo­ziera na mamę. Przy­biera po­gar­dliwy wy­raz twa­rzy.

Jak ona nie­na­wi­dzi tej twa­rzy.

"Tacy jak on nie czują tak jak my ".

- Bę­dziesz się ga­pić tak na mnie jesz­cze choć przez se­kundę, a po­ża­łu­jesz - mówi de­li­kat­nym i przy­jem­nym to­nem, nie pa­trząc na nią. Moa bły­ska­wicz­nie kur­czy się w środku. Na­tych­miast od­wraca wzrok i spo­gląda z po­wro­tem na ta­lerz. Gro­szek. Pu­rée ziem­nia­czane. Szny­cel. Pod­nieś, włóż, po­łknij.

Roz­dział 5

Linn

"Zo­stał je­den dzień".

- Gdyby Land­skrona była czło­wie­kiem, by­łaby ładną dziew­czyną, któ­rej twarz zo­stała zma­sa­kro­wana w wy­padku sa­mo­cho­do­wym.

Dziew­czyna w słu­chawce się śmieje, a Linn tra­dy­cyj­nie robi prze­rwę, żeby zdą­żyła za­pi­sać. Po­ciąga łyk piwa i roz­gląda się po opu­sto­sza­łym pu­bie, gnio­tąc pa­ra­gon. Pot spływa jej mię­dzy pier­siami.

- W wy­padku sa­mo­cho­do­wym... - mówi dzien­ni­karka. Linn już za­po­mniała, z ja­kiej ga­zety dzwoni. - Co masz na my­śli?

- Otóż nie jedną z tych, które pi­szą książkę i wy­stę­pują w te­le­wi­zji, ale taką, która za­myka się w domu i cierpi, po­nie­waż za­równo ona, jak i wszy­scy inni zo­rien­to­wali się, że nie ma oso­bo­wo­ści. Że to wszystko były tylko po­zory.

Wstaje od sto­lika, pod­cho­dzi do baru w Spe­akers Cor­ner i ma­cha na kel­nera, by po­dał jej ko­lejne piwo. Pot ciek­nie pod ko­szulką.

- A wy­pa­dek sa­mo­cho­dowy? - po ja­kimś cza­sie od­zywa się dziew­czyna po dru­giej stro­nie słu­chawki.

"Wa­ka­cyjna sta­żystka, zde­cy­do­wa­nie".

- Kry­zys w prze­my­śle stocz­nio­wym - od­po­wiada cier­pli­wie Linn. - Stocz­nia była twa­rzą mia­sta.

Lu­dzie uwiel­biają roz­pa­mię­ty­wać kry­zys stocz­niowy w tym mie­ście. Wcze­sne lata osiem­dzie­siąte. Naj­więk­szy za­kład prze­my­słowy w Szwe­cji. Land­skrona już ni­gdy się z tego nie pod­nio­sła.

Chło­pak za ladą sta­wia piwo przed nią. Wy­gląda tak, jakby do­piero co wziął prysz­nic w ubra­niu, ale ten upał mu służy. Wła­śnie wtedy Linn do­strzega błysk w jego oczach, coś w stylu "chwi­leczkę, czy to nie ty je­steś tą, która...". Rzuca po­miętą od wil­goci stówę i po­spiesz­nie wraca do stołu. W mie­ście, które nie ma twa­rzy, trudno się ukryć. To tak, jakby tylko lu­dzie byli in­te­re­su­jący. Wci­ska te­le­fon mię­dzy ucho a ra­mię, bie­rze dłu­go­pis i no­tuje to, co przed chwilą po­wie­działa:

"Land­skrona - twarz zma­sa­kro­wana w wy­padku sa­mo­cho­do­wym".

Par­ska śmie­chem i bie­rze łyk piwa.

Dzie­sięć lat temu Linn na­pi­sała książkę. W związku z tym lu­dzie z róż­nych re­dak­cji ga­zet nie­ustan­nie pro­szą ją o po­rów­ny­wa­nie miast z ludźmi. Główny bo­ha­ter wła­śnie tak ro­bił.

"Gdyby MOJE mia­sto było czło­wie­kiem, kto by to był?" Py­tano ją o to tak wiele razy, że nie może się już po­wstrzy­mać. Stało się to czę­ścią jej we­wnętrz­nego mo­no­logu.

- Czy pi­szesz coś no­wego? Wiele osób li­czy na to, że nie spo­czniesz na lau­rach. Ile to już czasu mi­nęło?

Linn gry­zie się w ję­zyk, żeby nie zwy­zy­wać dzien­ni­karki z... "Afton­bla­det"? "Lo­kal­tid­nin­gen"?

- Dzie­sięć. Mi­nęło dzie­sięć lat. - Udaje jej się to po­wie­dzieć bez cie­nia uszczy­pli­wo­ści. Być może. Po­tem zmy­śla kilka zdań o tek­ście, nad któ­rym tak na­prawdę w ogóle nie pra­cuje.

- Czy tym ra­zem też bę­dzie wą­tek fe­mi­ni­styczny?

- Tak - na­tych­miast od­po­wiada.

- Czy to dla cie­bie trudne? Czy czu­jesz pre­sję?

- Nie - mówi Linn. Choć oczy­wi­ście jest wszystko na od­wrót.

Trzy sto­liki da­lej czte­rech ko­lesi gra w war­caby, wle­wa­jąc w sie­bie piwo i jäger­me­istera. Dwóch z nich kil­ka­krot­nie pró­bo­wało zwró­cić na sie­bie jej uwagę. To oczy­wi­ste, że wie­dzą, kim jest. Na oko koło pięć­dzie­siątki. Każdy z nich jest tro­chę zbyt otyły, tro­chę zbyt czer­wony na twa­rzy... tro­chę zbyt nie­mrawy i nie jest to tylko wina upału. Świat im uciekł. Są jak cztery mi­nia­tu­rowe kry­zysy stocz­niowe.

- Na co się, kurwa, ga­pisz, ty pie­przona fe­mi­ni­styczna cipo? - sy­czy na nią ten w czapce z na­pi­sem "Pimp". Do­piero wtedy Linn uświa­da­mia so­bie, że mu­siała się im przy­glą­dać.

Uśmie­cha się, bie­rze dłu­go­pis i pi­sze coś, nie spusz­cza­jąc z niego wzroku, co przy­nosi za­mie­rzony efekt. Fa­cet na­tych­miast kie­ruje wzrok na swoje piwo, zu­peł­nie jakby ten dłu­go­pis miał ma­giczną moc. Jego kum­ple mó­wią coś po­krze­pia­ją­cego. Do niego oczy­wi­ście, nie do Linn. Gru­bas się szcze­rzy i jego twarz się roz­ch­mu­rza, ale już nie pio­ru­nuje jej wzro­kiem.

Ogól­nie rzecz bio­rąc, lu­dzie w tym mie­ście za­częli się bacz­niej ob­ser­wo­wać, ale są to złe spoj­rze­nia. Linn wie do­kład­nie, kiedy to się za­częło - ze­szłej wio­sny, kiedy zna­leźli tego ma­łego chłopca przy cy­ta­deli.

Osiem lat. Bru­tal­nie po­bity na śmierć. Chu­dziut­kie rączki i nóżki, mały, miękki brzu­szek, ale jed­nak już za duży na ro­bie­nie mu "pier­dziosz­ków" ustami. Stałe zęby, które do­piero co wy­szły i któ­rymi nie zdą­żył się po­chwa­lić, za­nim ktoś mu je wy­bił.

Zi­den­ty­fi­ko­wa­nie ciała za­jęło tro­chę czasu i to nie tylko dla­tego, że było zma­sa­kro­wane. Chło­piec miał na imię Eli. Był ma­ło­let­nim uchodźcą bez opieki. Uciekł z ośrodka na pół­nocy kraju, gdy miał sie­dem lat, i udało mu się ja­koś prze­trwać pra­wie cały rok. Zdany je­dy­nie na sie­bie. Nikt go nie szu­kał. Wszy­scy my­śleli, że po­je­chał do Ko­pen­hagi, a po­tem da­lej do in­nych eu­ro­pej­skich kra­jów.

"Biedny chło­pak".

Od zna­le­zie­nia go w fo­sie mi­nęły już trzy mie­siące, a po­li­cja na­dal szuka po­dej­rza­nych. Linn śle­dzi sprawę jak wszy­scy inni: za­równo z za­cie­ka­wie­niem, jak i ze znie­sma­cze­niem. Przed śmier­cią Eli do­świad­czył prze­mocy sek­su­al­nej, ale też sa­dy­zmu. Land­skrona wciąż uwa­żana jest za dość małe mia­sto i dla­tego lu­dzie pa­trzą na sie­bie w ten spo­sób, bo wszy­scy się za­sta­na­wiają, kto to zro­bił. To je­den z "nas".

Jakby kry­zys w stoczni nie wy­star­czył.

- No do­brze, mam chyba wszystko, czego mi trzeba - mówi dzien­ni­karka. - Bar­dzo dzię­kuję za po­świę­cony czas.

- Nie ma za co - od­po­wiada Linn i chrząka. - Czy mo­żesz wy­słać mi ar­ty­kuł ma­ilem, za­nim trafi do druku? Że­bym mo­gła spraw­dzić, czy wszystko jest w po­rządku?

Sta­ży­stce wy­rywa się bar­dzo krót­kie wes­tchnie­nie. "Tak, wiem, je­stem upier­dliwa" - my­śli Linn.

Roz­łą­czają się.

Piwo jest tak chłodne i smaczne, jak za­wsze i roz­luź­nia jej ciało. Linn ry­suje kwa­draty z kol­cza­stymi kra­wę­dziami i ma­łymi oczami. Zdąży wy­pić jesz­cze jedno piwo, po­tem nie ma już wyj­ścia. Po­tem musi wró­cić do Sa­xtorps­sko­gen. Do domu, do mamy. I do swo­jego młod­szego brata. Do­brze bę­dzie go zo­ba­czyć i uści­skać wszyst­kich, za­nim at­mos­fera się za­gę­ści i zrobi się dziw­nie. Kiedy będą mu­sieli o nim mó­wić. O Carlu Wal­te­rze. O ojcu. Wtedy wszy­scy po­czują się jak gówno. A przede wszyst­kim pew­nie jej brat. Był tak mały, kiedy to wszystko się stało, że nie pa­mięta.

Prze­moc wo­bec ko­biet.

Usi­ło­wa­nie za­bój­stwa.

My­śli wę­drują nie w tym kie­runku, w ja­kim Linn by chciała, więc bie­rze trzy duże łyki, je­den po dru­gim, i sku­pia się na kartce pa­pieru przed sobą. Skąd, do cho­lery, dzwo­niła ta dziew­czyna? Na pewno nie z "Lo­kal­tid­nin­gen". Czy był to dzien­nik "Syd­sven­skan", czy może "Expres­sen"? A może "Afton­bla­det"?

Linn zdaje so­bie sprawę, że to jej wła­sna hi­sto­ria przy­czy­niła się do szumu wo­kół jej de­biu­tanc­kiej po­wie­ści. Zu­peł­nie tak, jakby była bar­dziej wia­ry­godną fe­mi­nistką, po­nie­waż miała ojca, któ­rego za­mknięto w szpi­talu psy­chia­trycz­nym.

Za dwa lata będą jej trzy­dzie­ste uro­dziny.

Trzy lata temu pró­bo­wała wy­brać swoją drogę ży­ciową i po­sta­no­wiła stu­dio­wać prawo. Po tych wa­ka­cjach roz­pocz­nie siódmy se­mestr - hi­sto­ria prawa i fi­lo­zo­fia prawa. Cał­kiem nie­źle jej idzie.

"Jesz­cze jedno piwo. Tylko jedno" - obie­cuje so­bie. Za­miast iść do baru, ma­cha pu­stą szklanką do bar­mana, gdy pa­trzy w jej stronę. Kiwa głową i pod­cho­dzi do jej sto­lika.

- Sły­sza­łem, co po­wie­dział - mówi, sta­wia­jąc przed nią szklankę, i ru­chem głowy wska­zuje na tro­glo­dy­tów.

Linn wzru­sza ra­mio­nami i uśmie­cha się do niego.

- To przez ten upał. Przez niego lu­dzie tro­chę wa­riują.

- Chcę tylko po­wie­dzieć, że uwa­żam, że je­steś na­prawdę świetna. Ja sta­wiam. - Pod­suwa szklankę bli­żej niej.

- To bar­dzo miłe. Dzięki - mówi Linn i wi­dzi, jak chło­pak się ru­mieni, po czym szybko od­cho­dzi od sto­lika i wy­ciera ladę śmier­dzącą szmatką. Nie mówi nic wię­cej.

Po dzie­się­ciu la­tach by­cia swego ro­dzaju oso­bi­sto­ścią Linn jest po pro­stu zmę­czona i chce mieć nor­malną pracę. Chce być pro­ku­ra­to­rem. Żeby po­sa­dzić tych wszyst­kich drani.

Chce też, by czas sta­nął w miej­scu. By ten wie­czór w ja­kiś ma­giczny spo­sób roz­cią­gnął się tak, że ni­gdy się nie skoń­czy.

Coś wy­do­staje się z jej oczu i spływa wzdłuż dol­nych rzęs. Linn ociera łzy i wy­pija po­łowę piwa za jed­nym za­ma­chem. Szczy­pie ją w no­sie i za­to­kach od gazu w pi­wie. Le­piej tak, niż kiedy dzieje się to w ob­li­czu stra­chu.

On ju­tro wy­cho­dzi na wol­ność.

Roz­dział 6

Elena

Elena wła­śnie we­szła do środka i po­ło­żyła teczkę na sto­liku w ko­ry­ta­rzu. Sły­szy pod­jeż­dża­jący sa­mo­chód, który par­kuje przed do­mem. Nie musi wy­glą­dać przez okno, by zo­ba­czyć, kto to jest. Roz­po­znaje ten dźwięk. Dźwięk sil­nika. Jej ciało słab­nie, wy­ra­ża­jąc re­zy­gna­cję, która bu­dzi w niej wstręt. Przy­gryza we­wnętrzną stronę po­licz­ków.

"Kiedy to się skoń­czy?"

Zdej­muje czó­łenka i usta­wia je sta­ran­nie na półce na buty. Jej stopy śmier­dzą po dłu­gim dniu w biu­rze. Do­brze. To jest coś, co może mu dać. Wie, że lubi pie­przyć ko­biety w biz­ne­so­wych gar­ni­tu­rach, więc gdy sły­szy jego kroki na chod­niku przed do­mem, bie­gnie do ła­zienki. Szyb­kim ru­chem roz­pina za­mek z boku spód­nicy, wy­ska­kuje z niej, zsuwa raj­stopy i zrzuca z sie­bie prze­po­coną na ple­cach bluzkę.

"Za­raz bę­dzie bu­rza". Myśl, która w tej chwili wy­daje się nad­zwy­czajna w swo­jej zwy­czaj­no­ści.

Roz­lega się pu­ka­nie do drzwi. Igno­ruje to i mu nie otwiera. W końcu i tak wej­dzie. Jest pa­so­ży­tem, wrzo­dem, który wciąż po­wraca, bez­względ­nym i prze­żar­tym złem, a ona nie może nic zro­bić. Bez­sil­ność roz­rywa ją od środka.

Na se­de­sie leży para spra­nych spodni od dresu. Wciąga je na sie­bie i krzywi się, czu­jąc smród stóp.

- Elena... Wiem, że je­steś w domu.

Nie­mal wy­śpie­wuje te słowa. Już sam jego głos spra­wia, że wiel­kie, wy­ima­gi­no­wane ro­baki peł­zają po jej ciele, a włosy na przed­ra­mio­nach stają dęba.

Pod spodniami leży ko­szulka, którą miała na so­bie pod­czas wczo­raj­szego jog­gingu. Czuć ją stę­chli­zną i za­schnię­tym po­tem. Ją też za­kłada.

Męż­czy­zna na­ci­ska klamkę w drzwiach wej­ścio­wych i staje w ko­ry­ta­rzu. U niej w domu.

- Elena?

Tłumi krzyk, który chce się z niej wy­do­stać, i wi­dzi sie­bie w lu­strze w ła­zience. Po je­de­na­stu go­dzi­nach spę­dzo­nych w biu­rze ma uli­zane włosy z pu­szą­cymi się koń­ców­kami. Ma­ki­jaż, który jesz­cze rano wy­glą­dał ide­al­nie, tro­chę się roz­ma­zał, a szminka zu­peł­nie się zmyła. Wy­krzy­wia twarz, a ku­rze łapki wo­kół jej oczu się po­głę­biają. Pięć­dzie­się­cio­ośmio­let­nia pre­ze­ska firmy za­trud­nia­ją­cej trzy ty­siące pra­cow­ni­ków, w tej sy­tu­acji zu­peł­nie bez­silna.

- Tu je­steś, kotku. - Staje w drzwiach ła­zienki. Nie prze­brał się po za­koń­czo­nej pracy. Mu­siał ją ob­ser­wo­wać i cze­kać, aż wyj­dzie, a po­tem od razu za nią ru­szył. Je­chał tuż za nią przez całą drogę z Malmö. Elena nie może się po­wstrzy­mać i kie­ruje wzrok na jego kro­cze i wzwód, ry­su­jący się pod spodniami. Przez chwilę wy­daje jej się, że zwy­mio­tuje na pod­łogę.

Od­po­wiada przez za­ci­śnięte zęby.

- Czego chcesz?

Ką­ciki jego ust uno­szą się w szy­der­czym gry­ma­sie, gdy bawi się za­pię­ciem ze­garka na ręku.

- Czy na­prawdę mu­sisz o to py­tać, ki­ciu? To był długi dzień.

Prze­staje maj­stro­wać przy ze­garku, ta­niej ko­pii dro­giego mo­delu, i do­tyka kro­cze przez spodnie.

Elena od­ru­chowo się od­suwa, kiedy robi krok w jej stronę. Jest dwa­dzie­ścia lat od niej młod­szy i spę­dził na si­łowni wię­cej czasu niż prze­ciętny męż­czy­zna. Ma silne i do­sko­nale wy­rzeź­bione ciało. Gdyby nie to, że na­leży do ta­kiego skur­wiela, by­łoby na­prawdę atrak­cyjne. Może jej zro­bić krzywdę, je­śli tylko bę­dzie chciał. Przez mo­ment my­śli, że po­winna wy­biec na ko­ry­tarz, chwy­cić za te­le­fon i za­dzwo­nić pod 112. Mieć gdzieś kon­se­kwen­cje.

- No już. Bez wy­głu­pów. - Roz­pina roz­po­rek i wyj­muje sztywny czło­nek. - Wkła­daj mo­jego ku­tasa do buzi jak grzeczna dziew­czynka. - Za­czyna się ma­stur­bo­wać i ję­czeć. Wbija w nią mroczne spoj­rze­nie. - Na ko­lana.

Elena pró­buje po­ko­nać ścisk w gar­dle, ale nie może, choćby nie wia­domo jak się sta­rała. Nu­mer 112 nie jest żad­nym roz­wią­za­niem - wie o tym rów­nie do­brze jak on.

Ściany ła­zienki po­chy­lają się nad nią, za­raz za­leją ją emo­cje wy­peł­nia­jące ciało. Nie­na­wiść, po­garda, wście­kłość. Ale także brak na­dziei. Bez­sil­ność.

- To jest gwałt. - Chciała, by za­brzmiało to jak su­che stwier­dze­nie faktu, wy­po­wie­dziane gło­sem, któ­rego używa przez cały dzień w biu­rze. Gło­sem pre­ze­ski. Ale wy­cho­dzi z tego ra­czej li­chy szept.

Męż­czy­zna drży.

- Uwiel­biam, kiedy mó­wisz spro­śne rze­czy. A te­raz na ko­lana.

Czuje się tak, jakby coś na­gle za­lało wnę­trze jej klatki pier­sio­wej. Jakby cała górna część ciała była wy­peł­niona łzami, pod­czas gdy oczy po­zo­stają su­che. Nie da mu, kurwa, tej sa­tys­fak­cji.

Z po­czątku pła­kała, gdy ro­bił z nią, co chciał, ale to tylko bar­dziej go pod­nie­cało. Pod­cho­dzi do niej, staje na­prze­ciwko i prze­ciąga swoim człon­kiem po jej brzu­chu, po ko­szulce. Do­ciera do niej jego za­pach, więc od­wraca głowę.

- Gwałt, po­wia­dasz. Ale co z de­frau­da­cją? - mówi, pusz­cza­jąc do niej oko. - Co z oszu­stwem? Zdradą wo­bec wła­ści­cieli? To nie jest w po­rządku, kotku. Ak­cjo­na­riu­szy krew za­leje. Nie mó­wiąc już o po­li­cji. Jak są­dzisz? - Po­tem wyj­muje te­le­fon z kie­szeni ma­ry­narki, wciąż prze­su­wa­jąc ręką po swoim pe­ni­sie w tę i z po­wro­tem i ciężko od­dy­cha­jąc. - No i mamy jesz­cze to. - Kilka stuk­nięć w ekran, a po­tem od­wraca te­le­fon w jej stronę, by mo­gła zo­ba­czyć sie­bie na na­gra­niu. Fil­mo­wał ją z góry. Nie wi­dać, że to on. Ją na­to­miast wi­dać wy­raź­nie. Z jego obrzy­dliwą sztywną pałą w jej ustach.

- Czy po­wi­nie­nem za­mie­ścić go w sieci we­wnętrz­nej? A może na Fa­ce­bo­oku? Albo na fo­rum in­ter­ne­to­wym? - Kła­dzie jej rękę na swoim fiu­cie. - Albo wszystko na­raz oczy­wi­ście.

Elena go ści­ska.

- O tak, wła­śnie tak... te­raz za­czy­nasz ro­zu­mieć. Do­bra dziew­czynka.

Elena po­ru­sza ręką tam i z po­wro­tem. Pa­trzy na to, co robi, bo lep­sze to niż tra­fić na jego spoj­rze­nie. Męż­czy­zna wy­daje z sie­bie dłu­gie wes­tchnie­nie, które lekko za­la­tuje kawą. Na­stęp­nie kła­dzie ręce na jej ra­mio­nach i po­py­cha ją na ko­lana. Nie ma sensu się opie­rać. Je­śli wy­jawi to, co wie, bę­dzie skoń­czona. Nie tylko w pracy. Wy­lą­do­wa­łaby w wię­zie­niu. Naj­le­piej bę­dzie, je­śli uda jej się do­pro­wa­dzić go do wy­try­sku jak naj­szyb­ciej, wtedy so­bie pój­dzie.

Roz­chyla wargi, a męż­czy­zna wsuwa jej go do ust. Ogar­nia ją nie­mal nie­prze­zwy­cię­żone pra­gnie­nie, by mocno za­ci­snąć zęby. W cza­sie, gdy on od­chyla głowę do tyłu i gło­śno ję­czy, Elena wi­dzi oczami wy­ob­raźni, jak sła­nia się w ła­zience i krzy­czy, a z ki­kuta, który po­zo­stał po jego fiu­cie, try­ska krew. Zrywa za­słonę prysz­ni­cową i zrzuca fla­ko­niki z per­fu­mami, po czym sika z bólu pod sie­bie.

"Czy to jest moż­liwe, je­śli ma się od­gry­zio­nego pe­nisa?"

Chwyta ją mocno za włosy i przy­ci­ska bli­żej sie­bie, spra­wia­jąc, że Elena się krztusi i nie może od­dy­chać. Wszyst­kie jej my­śli ula­tują, a ślina w ustach gęst­nieje i staje się lepka.

- O tak, po­łknij go w ca­ło­ści. Na­prawdę głę­boko. - Ma za­chryp­nięty i drżący głos. Wbija się w nią, raz za ra­zem. - Patrz na mnie, kotku.

Nie udaje jej się już po­wstrzy­mać łez. Spły­wają po skro­niach i po skó­rze głowy, gdy od­chyla ją do tyłu i pa­trzy mu w oczy z peł­nymi ustami.

- O tak, do­brze. To tak... ku­rew­sko... pod­nie­ca­jące.

Za­myka oczy i znów przy­suwa ją bli­żej sie­bie. Czło­nek na­po­tyka opór, ale męż­czy­zna mocno na­ci­ska i po kilku se­kun­dach wpy­cha go głę­biej. Pali ją w gar­dle jak lawa, a od­ruch wy­miotny spra­wia, że wy­daje z sie­bie zdła­wione, prze­raź­liwe łka­nie. Wie, że go to pod­nieca.

- Wła­śnie tak.

Czło­nek w jej ustach na­brzmiewa jesz­cze bar­dziej, a ją­dra się kur­czą. Za­raz bę­dzie po wszyst­kim i pój­dzie so­bie. Trud­no­ści z od­dy­cha­niem prze­ra­dzają się w pa­nikę. Po­ję­kuje, żeby przy­spie­szyć całą ak­cję. Za­czyna stę­kać i po­now­nie na­po­tyka jego spoj­rze­nie. Pa­trzy na niego bła­gal­nym wzro­kiem.

Gdy szczy­tuje, Elena za­myka oczy i po­łyka spermę.

Roz­dział 7

Linn

Linn nie po­winna była pro­wa­dzić po czte­rech pi­wach, ale prze­ko­nuje samą sie­bie, że nic się nie stało, bo je­chała na mo­to­ro­we­rze. Ma swoją czarno-fio­le­tową jawę od pięt­na­stych uro­dzin, a dzięki re­gu­lar­nym prze­glą­dom i mi­ło­ści, jaką ją da­rzy, na­dal wszystko w niej cho­dzi jak w ze­garku. Wpro­wa­dza mo­to­ro­wer na pod­jazd i pa­trzy w stronę domu matki. Przed ga­ra­żem stoi sa­mo­chód jej brata. Pew­nie cze­kają na nią już od ja­kie­goś czasu.

Zbliża się let­nie prze­si­le­nie, więc świa­tło na dwo­rze jest te­raz ma­giczne. Drzewa ską­pane w od­cie­niach ogni­stej żółci, czer­wieni i nie­ziem­skiej zie­leni, bez­wietrzna po­goda. Linn bie­rze głę­boki wdech. Ko­cha to miej­sce. Czło­wiek z lasu wyj­dzie, ale las z czło­wieka ni­gdy.

Dom Linn jest ma­lutki, dwa po­koje i kuch­nia. Sześć­dzie­siąt osiem me­trów kwa­dra­to­wych. Ku­piła go w tym sa­mym roku, w któ­rym uka­zała się jej książka. Dla wielu lu­dzi mo­głoby być nie do po­my­śle­nia, by miesz­kać dwa domy od wła­snej matki, ale mama Linn sza­nuje jej pry­wat­ność, poza tym Linn tak na­prawdę nie mo­gła jej tu sa­mej zo­sta­wić. Oczy­wi­ście do­brze so­bie ra­dzi z ży­ciem na wózku in­wa­lidz­kim, ale na­dal po­trze­buje po­mocy. Sześć­dzie­siąt lat to jesz­cze nie sta­rość, jed­nak to słuszny wiek. Po­nadto bli­skość Linn to chyba je­dyne, co po­wstrzy­muje jej mamę przed za­mknię­ciem się w twar­dej sko­ru­pie.

Nóżka w ja­wie się psuje, gdy pró­buje ją zło­żyć. Krót­kie szar­pa­nie się z nią spra­wia, że pot znów za­czyna się lać z Linn, mimo że zbliża się dzie­wiąta wie­czo­rem. Za ty­dzień bę­dzie noc świę­to­jań­ska, a upał wisi nad Ska­nią od po­czątku czerwca jak ja­kaś pie­przona ciężka kur­tyna. Zdej­muje kask, mo­kry od potu na szyi, i wie­sza go na kie­row­nicy. Dżinn przy­cup­nął na pło­cie i wpa­truje się w nią ja­skra­wo­żół­tymi ko­cimi oczami. Przy­wo­łuje go do sie­bie, puka do drzwi, otwiera i wpusz­cza go do środka. Kot gna pro­sto do kuchni - to na pewno naj­szyb­szy na świe­cie kot z trzema ła­pami. Linn sły­szy ich głosy:

- No cześć, sło­dziaku, i ty też dzi­siaj mnie od­wie­dzasz! - Za­raz po­tem sły­chać, jak ktoś od­zywa się z wy­mu­szoną uprzej­mo­ścią. To głos młod­szego brata:

- Pójdę po puszkę dla kota, mamo.

- Dzię­kuję ci, ko­cha­nie. Cześć, Linn! Je­ste­śmy tu­taj!

Linn się uśmie­cha i kiedy prze­cho­dzi przez próg kuchni, jej brat za­trzy­muje się z karmą dla kota w ręku. Dżinn ociera się swoim czar­nym jak smoła cia­łem o jego nogi, chwieje się i miau­czy. Koci głos jest przy­tłu­miony. Pra­wie jak ludzki. Na wi­dok Linn ką­ciki ust An­tona się uno­szą, a wargi zwę­żają, po czym chło­pak wy­bu­cha śmie­chem.

- O, cho­lera, jak ty wy­glą­dasz!

Chwyta za mopa do pod­łogi opar­tego o szafę. Jest mo­kry, więc Linn się do­my­śla, że mama tasz­czyła go za sobą na wózku, by zmyć pod­łogę, tylko dla­tego, że mieli dziś przyjść. A ona zja­wia się spóź­niona o po­nad go­dzinę.

An­ton od­wraca mopa ki­jem do dołu i robi z nim parę sko­ków po ku­chen­nej pod­ło­dze.

- Siema, Linn, co tam sły­chać?

Od­wraca mopa do sie­bie. Za­ci­ska wargi i sam so­bie od­po­wiada, mó­wiąc ochry­płym gło­sem przez otwór w ką­ciku ust, jed­no­cze­śnie po­trzą­sa­jąc mo­pem:

- Wszystko w po­rządku. Tylko tro­chę go­rąco.

Mama się śmieje przy stole, a Dżinn miau­czy. Na twa­rzy Linn rów­nież po­ja­wia się uśmiech, choć wcale jej to nie bawi. An­ton pew­nie my­śli, że po pro­stu jest z niego taki za­bawny ko­leś - ale ona wie le­piej.

To ich go­rycz, ból jej i jej matki, któ­rego on ni­gdy nie bę­dzie w sta­nie współ­od­czu­wać, spra­wiły, że jest taki, jaki jest. To one spra­wiły, że jest taki, jaki jest. Uczy­nił ze swo­jego po­czu­cia hu­moru broń, by z nimi wy­trzy­mać - lub z sa­mym sobą i tym, co one w nim wi­dzą - i to jest cho­ler­nie smutne.

Pod­cho­dzi do niego i go przy­tula.

- O fuj! - woła, de­mon­stra­cyj­nie strze­pu­jąc rękę, którą gła­dził ją po ple­cach, choć wi­dać, że i tak po­doba mu się, że go ob­jęła. Wi­dzi mamę ką­tem oka: ona też się uśmie­cha. Linn wie, o czym my­śli.

"Co­kol­wiek się sta­nie, za­wsze będą mieli sie­bie".

- Trudno tu było tra­fić czy co? - mówi An­ton, mru­ga­jąc do Linn, która od­suwa krze­sło i siada przy stole.

Choć wie, która jest go­dzina, zerka na ze­ga­rek wi­szący nad drzwiami kuchni. Żółty, pla­sti­kowy re­likt prze­szło­ści, który ma przy­po­mi­nać słońce. W domu wisi jesz­cze osiem in­nych ze­ga­rów. Upodo­ba­nia mamy co do wy­stroju wnętrz za­wsze były zdo­mi­no­wane przez skłon­ność do zbie­rac­twa.

- By­łam w mie­ście i pra­co­wa­łam. Stra­ci­łam po­czu­cie czasu. Prze­pra­szam.

Mama po­chyla się nad sto­łem i od­gar­nia brą­zowy lok z po­liczka Linn.

- Nic nie szko­dzi, skar­bie. Mamy cie­płe la­sa­gne w pie­kar­niku, a An­ton zro­bił sa­łatkę. Je­steś głodna?

- Umie­ram z głodu - od­po­wiada Linn, wie­dząc, że to uszczę­śli­wia mamę.

Je­dzą.

Mama wy­py­tuje, jak An­ton ra­dzi so­bie w pracy. Zaj­muje się opty­ma­li­za­cją wy­szu­ki­wa­rek in­ter­ne­to­wych. W prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści swo­ich ró­wie­śni­ków i ró­wie­śni­czek mama do­kład­nie wie, co to zna­czy i co on wła­ści­wie robi w pracy ca­łymi dniami. Jest na wcze­śniej­szej eme­ry­tu­rze, gdyż oj­ciec za­dbał o to, by wy­lą­do­wała na wózku in­wa­lidz­kim, ale raz w ty­go­dniu pro­wa­dzi kursy kom­pu­te­rowe dla osób star­szych w klu­bie osie­dlo­wym w Häl­jarp. Ma dwie po­sta­cie w World of War­craft i trzy w Dia­blo III. Wszyst­kimi do­szła po­wy­żej sie­dem­dzie­sią­tego po­ziomu. Linn i An­ton zga­dzają się, że to, co robi mama, grozi uza­leż­nie­niem. Że sie­dzi i gra w gry ca­łymi no­cami, co­raz bar­dziej za­my­ka­jąc się w so­bie. Wy­daje się, że to rów­nież po­głę­bia na­wyk zbie­rac­twa, ale nikt jej nic o tym nie po­wie­dział. Jesz­cze.

An­ton opo­wiada, że w pracy wszystko w po­rządku i że cho­dzą słu­chy, że zo­sta­nie sze­fem ze­społu.

- Ale ja już wiem, że do­sta­niesz to sta­no­wi­sko, o ile bę­dziesz chciał. Po­roz­ma­wiajmy w ta­kim ra­zie o czymś istot­nym. Jak ci idzie z tą dziew­czyną?

- A więc tak. Mam już wszyst­kie czę­ści ciała. To była pie­kiel­nie ciężka ha­rówa no­cami na cmen­ta­rzu, ale wkrótce będę go­towy, żeby pod­łą­czyć ją do prądu. Bę­dzie ide­alna. Ide­alna, mó­wię ci! - An­ton wali pię­ścią w stół i z ustami peł­nymi ru­koli śmieje się "bu-ha-ha" jak sza­lony na­uko­wiec. Linn ude­rza go w ra­mię, a mama wzdy­cha:

- Och, Boże!

An­ton ma błysk w oczach, gdy ją na­śla­duje. "Och, Boże!"

I wtedy to robi. Ten ruch.

Jest coś w ką­cie na­chy­le­nia jego szyi i tym bły­sku w oku, kiedy splata dło­nie i opiera na nich pod­bró­dek. Kropka w kropkę po­do­bny. To aż prze­ra­ża­jące. Tak wy­glą­dał oj­ciec, gdy wia­domo było, że ktoś za­raz obe­rwie.

W jed­nej chwili Linn prze­nosi się w cza­sie. Wielki, drogi dom i mali, prze­stra­szeni lu­dzie. Za każ­dym ra­zem jest rów­nie zdu­miona, jak ła­two strach, złość i smu­tek mogą wy­buch­nąć i prze­jąć kon­trolę nad cia­łem. Nie­kiedy ła­pie się na my­śli, że może rany już się za­go­iły. Że upły­nęło wy­star­cza­jąco dużo czasu, by mo­gła uchy­lić wieko swo­jej du­szy i zna­leźć w niej spo­kój. I wtedy dzieje się wła­śnie coś ta­kiego, co spra­wia, że czuje się cał­ko­wi­cie po­ko­nana.

W jej gło­wie roz­lega się krzyk mamy i straszne, głu­che od­głosy, gdy upa­dała. Ma przed oczami ślady krwi na ścia­nie, w które nie­chcący we­tknęła rękę, gdy wbie­gała po scho­dach, wi­dzi ramkę ze zdję­ciem, która spa­dła na pod­łogę i się stłu­kła, sły­szy groźny, gniewny od­dech ojca za swo­imi ple­cami. A po­tem to uczu­cie. Wła­śnie to uczu­cie.

"Jak mnie te­raz zła­pie, to po mnie".

Linn wraca my­ślami do chwili obec­nej, wi­dząc An­tona, który dłu­bie wi­del­cem w swo­ich la­za­niach ze wzro­kiem wbi­tym w ta­lerz. On nie ro­zu­mie, co się dzieje, gdy one wpa­dają w taki stan. Linn spo­gląda na mamę. Ona rów­nież znik­nęła na tro­chę. To wi­dać. To jest jak błona, którą mu­szą ro­ze­rwać, jak bańka, z któ­rej mu­szą się wy­do­stać, i za każ­dym ra­zem wy­maga to tyle samo wy­siłku.

Mama ze stra­pioną miną bębni pal­cem po udzie i sięga po mleko, ale nie­chcący prze­wraca kar­ton. Mała, biała fala za­lewa stół, pły­nąc w kie­runku An­tona, a on, jak za­wsze, wy­ko­rzy­stuje oka­zję. Wstaje i wczuwa się w rolę:

- Tsu­nami! Ko­biety i dzieci naj­pierw!

Mama uśmie­cha się smutno i chwyta za koła swo­jego wózka, ale Linn wstaje i mówi:

- Nic się nie stało, mamo. Przy­niosę pa­pier.

Gdy Linn prze­cho­dzi obok wózka, mama jakby mi­mo­cho­dem chwyta ją za rękę. Ści­ska ją i na­tych­miast pusz­cza.

"Nic ci nie jest? Ze mną wszystko okej. Bę­dzie do­brze. Damy radę".

To wszystko w jed­nym lek­kim uści­sku dłoni.

Uczu­cie cię­żaru w żo­łądku ła­god­nieje. Lecz Linn wie, że mu­szą wró­cić do bańki. Mama na pewno uzna, że rów­nie do­brze można pod­jąć ten te­mat te­raz. Mieć to już za sobą. I ma ra­cję.

- Czy Mats do was dzwo­nił?

Linn prze­ciąga dwa me­try ręcz­nika ku­chen­nego tam i z po­wro­tem po bla­cie stołu. Dżinn mru­czy u jej stóp i zli­zuje mleko, które spły­nęło na pod­łogę. Jego wy­pro­sto­wany ogon drży. Linn się dra­pie. Ma uczu­cie, jakby małe ro­baczki peł­zały jej po szyi.

- Tak. We wto­rek.

An­ton wy­tarł ser­we­tką tyle mleka, ile zdo­łał, i pę­dzi z nią do śmiet­nika, trzy­ma­jąc jedną rękę pod spodem, by nic wię­cej nie skap­nęło na pod­łogę. Wy­rzuca ją i zo­staje przy zle­wie. Opiera się o niego pupą i głasz­cze się po przed­ra­mie­niu.

- Taa - mówi. - Do mnie też.

- Czy jest coś, o co chce­cie za­py­tać?

"Mnó­stwo rze­czy" - my­śli Linn, ale nic nie mówi. Mats jest ich praw­ni­kiem i jak zwy­kle, kiedy za­dzwo­nił, od razu prze­szedł do sedna sprawy. Po­nie­waż prze­stęp­stwa, któ­rych oj­ciec Linn do­pu­ścił się wo­bec nich, były tak po­ważne, a na po­czątku re­gu­lar­nie do­sta­wali od niego li­sty pełne gróźb i nie­na­wi­ści, zo­stał na­ło­żony na niego za­kaz zbli­ża­nia się. Nie wolno mu się zbli­żać do ni­kogo z nich, a je­śli to zrobi, wraca do psy­chia­tryka.

To wcale nie spra­wia, że Linn czuje się choć tro­chę bez­pieczna. Wi­dzi po matce, że ona czuje się po­dob­nie. Ale Mats jest do­brym czło­wie­kiem. Wspiera ich i wal­czy o nich od dzie­się­ciu lat.

- O, cho­lera! Moja torba na lap­topa! - wy­bu­cha An­ton i rzuca się przed sie­bie.

Mleko spły­wało z kra­wę­dzi stołu w wielu miej­scach. Chwyta torbę i wy­biega z nią z kuchni. Z kranu w ła­zience za­czyna le­cieć woda. O ile Linn go zna, An­ton nie wróci, do­póki nie usły­szy, że zmie­niły te­mat roz­mowy.

Mama wy­daje się te­raz jesz­cze mniej­sza w swoim wózku. I zmę­czona. Prze­suwa swoje wiel­kie oku­lary do na­sady nosa.

- Wszystko w po­rządku? - pyta, kła­dąc dłoń na dłoni Linn.

"Ni­gdy już nie bę­dzie w po­rządku" - chce od­po­wie­dzieć Linn, ale za­miast tego stara się wy­rwać z bańki, więc się uśmie­cha i kła­mie, że wszystko jest okej.

Pro­log

1994 rok

- Cen­trum Po­wia­da­mia­nia Ra­tun­ko­wego. Co się stało?

Szum sta­tyczny. Mari po­pra­wia ze­staw słu­chaw­kowy i prze­suwa wzro­kiem po czte­rech ekra­nach, które dzia­łają jed­no­cze­śnie. We­zwa­nie zo­stało zgło­szone w Höl­lvi­ken. Z pew­no­ścią z ele­ganc­kiej willi z wi­do­kiem na plażę. Jest go­dzina 21:50, za dzie­sięć mi­nut koń­czy zmianę. Wzdy­cha.

- Cen­trum Po­wia­da­mia­nia Ra­tun­ko­wego. Halo? Co się stało?

Wciąż tylko szum.

Czter­dzie­ści pro­cent wszyst­kich po­łą­czeń z nu­me­rem 112 wy­ko­ny­wa­nych jest dla żartu lub przez osoby, któ­rym nie chce się cze­kać w ko­lejce, by do­dzwo­nić się do ca­ło­do­bo­wej po­mocy me­dycz­nej. Wiele z nich jest tylko wy­ra­zem obez­wład­nia­ją­cej sa­mot­no­ści. Dzi­siej­szej nocy Mari otrzy­mała już sie­dem za­mó­wień na pizzę, trzy żarty i kilka te­le­fo­nów od dy­szą­cych do słu­chawki zbo­czeń­ców, więc te­raz ma na końcu ję­zyka: "Cen­trum Po­wia­da­mia­nia Ra­tun­ko­wego nie działa". Ale prze­szywa ją dreszcz nie­po­koju. Nim się roz­łą­czy, musi się upew­nić, że to nie jest żart. Ru­tyna grozi prze­ocze­niem. Nie­dawno zwy­kłe za­mó­wie­nie pizzy oka­zało się wo­ła­niem o po­moc.

Mari pro­stuje się na krze­śle, przy­suwa mi­kro­fon do ust i już ma za­py­tać, czy ktoś tam jest, kiedy sły­szy krótki, świsz­czący od­dech.

Jest stłu­miony i płytki. Mari do­piero po chwili za­czyna ro­zu­mieć, co wła­ści­wie sły­szy. Ci­chy, słaby dźwięk. Wy­da­wany przez ko­goś ma­łego.

Prze­wraca jej się w żo­łądku. Kłu­jący ból brzu­cha, który zna każdy, kto pra­cuje pod nu­me­rem 112. Tym ra­zem to nie żart.

- Sły­szę cię - mówi Mari, kli­ka­jąc po ekra­nie, przy­go­to­wana na to, by po­łą­czyć się z po­li­cją i wy­słać ka­retkę.

- Czy coś ci się stało? Je­śli po­trze­bu­jesz po­mocy, spró­buj wy­dać ja­kiś dźwięk.

Mari do sa­mego końca ma na­dzieję, że się prze­sły­szała. Na­pina ciało, jakby to miało po­móc jej le­piej usły­szeć. Coś trzesz­czy i brzmi jak spa­da­jąca na pod­łogę słu­chawka. Mari sły­szy ko­lejne dźwięki: od­głos ma­te­riału ocie­ra­ją­cego się o mi­kro­fon, mocne po­cią­ga­nie no­sem, które prak­tycz­nie unie­moż­li­wia od­dy­cha­nie, a po­tem za­chryp­nięty szept:

- Mama.

Mari czuje co­raz sil­niej­szy skurcz żo­łądka. Ból pro­mie­niuje do ud i spra­wia, że sztyw­nieją. Po­mimo jej do­świad­cze­nia i wszyst­kich szko­leń, ja­kie prze­szła, Mari musi dwu­krot­nie prze­łknąć ślinę, aby od­zy­skać kon­trolę nad gło­sem.

- Do­brze. Świet­nie so­bie ra­dzisz, ko­cha­nie - mówi, sta­ra­jąc się brzmieć pew­nie i cie­pło, mimo że po­czu­cie bez­sil­no­ści roz­dziera jej ciało jak po­twór. - Mam na imię Mari. Co się stało z twoją ma­mu­sią? Czy jest ranna?

Dziecko za­czyna szybko od­dy­chać, gdy w tle sły­chać trzy mocne ude­rze­nia. Przy­spie­szony od­dech to dźwięk zdła­wio­nej pa­niki - stłu­mio­nej tak, by nikt jej nie sły­szał. To, co Mari wła­śnie so­bie uświa­da­mia, po­wo­duje ko­lejny skurcz w żo­łądku. Tu nie cho­dzi o mamę, która upa­dła i ude­rzyła głową w wy­spę ku­chenną, gdy pró­bo­wała wy­mie­nić ża­rówkę. To coś o wiele gor­szego. I w chwili, kiedy Mari zdaje so­bie sprawę, że cho­dzi o tatę, dziecko to po­twier­dza, słowo w słowo.

- To tata.

"O, nie".

- Czy tata skrzyw­dził mamę?

Gło­śniej­szy szum.

Po­tem sły­chać "mhm", a na­stęp­nie nie­równy od­dech.

Mari nie czeka dłu­żej, tylko od razu wy­syła ka­retkę, na­da­jąc zgło­sze­niu naj­wyż­szy prio­ry­tet oraz udo­stęp­nia roz­mowę po­li­cji. Dziew­czynka za­dzwo­niła z te­le­fonu sta­cjo­nar­nego, więc Mari nie musi jej py­tać, gdzie się znaj­duje. Od­chrzą­kuje i od­zywa się jak naj­ła­god­niej­szym to­nem:

- Po­moc jest w dro­dze. Je­steś bar­dzo, bar­dzo dzielna. Do­brze, że za­dzwo­ni­łaś. Po­mo­żemy to­bie i two­jej ma­musi. Czy tata jest tam z tobą?

"Po­wiedz, że nie, po­wiedz, że nie, po­wiedz, że nie".

- Jest na dole. - Jej głos jest zga­szony jak spo­pie­lała bi­buła.

- Do­brze. A ty je­steś na gó­rze, na pię­trze?

- Mhm.

- Wi­dzisz ma­mu­się?

Dziew­czynka po­ję­kuje, ale stara się, żeby nie było jej sły­chać. Dźwięk jest stłu­miony. Zdła­wiony.

"Co za skur­wiel".

- Weź głę­boki od­dech. Świet­nie ci idzie, na­prawdę. Jak masz na imię, skar­bie?

Dziew­czynka po­ciąga no­sem i prze­łyka ślinę. - Linn Wal­ter.

- Ile masz lat, Linn?

- O-osiem. Boję się.

- Nie bój się. Mam na imię Mari i wy­sła­łam po­moc. Nie­długo będą u cie­bie. Sło­neczko, po­sta­raj się od­po­wie­dzieć. Czy wi­dzisz ma­mu­się?

Znowu ma­te­riał na­cią­gnięty na mi­kro­fon. A po­tem de­li­katny szept:

- Nie. Boję się wyj­rzeć.

- Scho­wa­łaś się?

- Mhm.

- To do­brze. Wiesz, czy mama od­dy­cha? Albo czy leci jej krew? Czy tata... - Jej głos się ła­mie i musi za­cząć od po­czątku. - Czy tata ją te­raz bije?

Każde py­ta­nie jest jak ude­rze­nie pię­ścią w tę prze­ra­żoną dziew­czynkę, ale Mari pró­buje stwo­rzyć so­bie ob­raz za­równo ob­ra­żeń, jak i za­gro­że­nia. Czy jej oj­ciec na­dal jest w domu i czy na­dal sto­suje prze­moc?

Na­gle dziew­czynka się od­zywa:

- Oni się kłó­cili. Czę­sto się kłócą - szlo­cha. - Tata nie jest dla nas miły. Wcze­śniej mama od­dy­chała, ale... te­raz to nie wiem.

- Czy ona jest z tatą na dole?

Ci­sza w słu­chawce po­wo­duje, że Mari wbija so­bie pa­znok­cie w udo.

- Linn?

- Ze­pchnął ją - mówi dziew­czynka. - Ze scho­dów. Od tam­tej pory mama się nie ru­sza.