2
Budzę się tuż przed budzikiem, więc wyłączam alarm i wstaję z łóżka. Dziś mam trening o szóstej, zatem szybko zakładam sportowe ciuchy i pędzę do pokoju gościnnego, w którym od kilku dni pomieszkuje pięćdziesięcioletnia Clarie, opiekunka Izzie. Może nie jest idealna, ale na pewno nie raz uratowała mi tyłek i choćby za to należą jej się owacje na stojąco. Pukam w jasnobrązowe drzwi, a gdy nie otrzymuję odpowiedzi, naciskam klamkę. Clarie zna mój grafik i zazwyczaj pamięta o wszystkim, ale przecież mogła zaspać. Wchodzę z uśmiechem do środka. Wszędzie panuje nieskazitelny porządek. Meble lśnią, wielkie panoramiczne okna także, co uwierzcie mi, nie jest wcale takie proste.
- Clarie?
Ruszam w stronę zaścielonego łóżka i zdziwiony dostrzegam na pościeli kawałek kartki.
Panie Green!
Bardzo mi przykro, ale niestety muszę zrezygnować z bycia opiekunką Izzie. Proszę mi wybaczyć taką formę wypowiedzenia. Gdybym zaczęła z panem rozmawiać, na pewno zdołałby mnie pan przekonać do zmiany zdania, a ja... ja już nie chcę. Nie mogę. Pańska córka jest zbyt wymagająca. Mam nadzieję, że zrozumie pan moją decyzję.
Clarie Jewells
- Kurwa.
Stoję jak sparaliżowany, moje mięśnie sztywnieją, a w głowie pojawia się chaos. Odeszła? Nie mogę w to uwierzyć. Gapię się na papier, na te równe litery zapisane niebieskim długopisem, i nadal nie mogę w to, kurwa, uwierzyć. Zostawiła mnie? Czy to, że moja córka jest wymagająca, jest wystarczającym powodem do zrezygnowania z pracy? Czy ona kompletnie oszalała? Przysięgam, że jeszcze wczoraj myślałem o podniesieniu jej wynagrodzenia. Zgniatam kartkę w kulkę i wyrzucam ją do kosza, który stoi obok biurka. Mam ochotę do niej zadzwonić i zwyzywać od najgorszych, ale nie mam na to czasu. Muszę znaleźć kogoś, kto przez dwie godziny zajmie się moim dzieckiem. Złość staje się jeszcze silniejsza, gdy wyobrażam sobie minę Alice. Na pewno patrzyłaby na mnie chłodnym wzrokiem, z rękoma skrzyżowanymi na piersi i powiedziała, że nie nadaję się na ojca. Chodziłaby nerwowo po pokoju i pytała, jak mogłem dopuścić do tej sytuacji. I w tym jednym miałaby rację. Powinienem był to przewidzieć. Wyjmuję telefon z kieszeni i przeglądam listę kontaktów w nadziei, że znajdę kogoś, kto mógłby się zająć Izzie. Niestety większość to rodzina i znajomi z Vancouver, a pozostali to chłopaki z drużyny. Niechętnie patrzę na imię Erin, mojej teściowej. Nie. Nie mogę tego zrobić. Jeśli skontaktuję się z matką Alice, rozpętam niepotrzebne piekło. Zostaje mi więc zabrać małą na trening. Aż skóra mi cierpnie na samą myśl, ale mimo wszystko wolę to niż pretensje byłej żony. Przeskakuję po trzy stopnie schodów naraz, wpadam na piętro i wchodzę do pokoju córki. Przez parę sekund przypatruję się lekko zaróżowionej, delikatnej twarzy i rozrzuconym włosom na żółtej poduszce i coś kłuje mnie w sercu. Nie mogę jej stracić. Wolno podchodzę do łóżka, siadam na skraju różowego materaca i czubkiem palców odgarniam brązowe kosmyki, które opadają jej na policzek.
- Izzie - szepczę. - Wstajemy, maleńka.
Nie powinienem jej tak wcześnie budzić i naprawdę tego nie chcę, ale w tej gównianej sytuacji nie mam żadnego innego wyjścia.
- Izzie, otwieramy oczka - mówię, cmokając ją w czoło.
- Tatuś? - Zaspany głosik wypełnia moją głowę. - Co się dzieje? Miałeś koszmary?
Rozczula mnie to ostatnie pytanie, bo to zawsze ona przybiegała do mnie, gdy się przebudzała.
- Nie, nie miałem. Musimy pojechać na lodowisko, wiesz?
- Ale ja chcę spać, tatusiu.
- Wyśpisz się na miejscu. Zobaczysz, będzie fajnie. - Próbuje ją (i siebie przy okazji też) przekonać do tego jakże rewelacyjnego pomysłu. - Przygotuję ci śniadanie, okej?
- A możemy pojechać za pięć minutek? Wtedy już nie będę śpiąca.
Boże, jestem potworem. Spoglądam na córkę, która walczy z opadającymi powiekami, i mimowolnie zaciskam zęby.
- Jasne. - Silę się na lekki ton. - Pięć minutek jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Wrócę, gdy zrobię śniadanie, dobrze?
Wstaję z miejsca. Mam wielką ochotę dać sobie w pysk, lecz ostatecznie udaje mi się zapanować nad nerwami. Zbiegam po schodach do kuchni i w pośpiechu wyciągam z szafki karton Froot Loops. Wsypując płatki do miseczki, nie mogę się oprzeć i podjadam kilka, po czym zalewam je mlekiem. Prawdą jest, że nie gotuję. Nigdy. Jeśli miałbym polegać wyłącznie na swoich umiejętnościach gastronomicznych, to najprawdopodobniej umarłbym z powodu przedawkowania tostów z serem. Dlatego oddałem swój żołądek w ręce naszego klubowego kucharza, a także cateringu. Niestety Izzie nie docenia świetnie zbilansowanych posiłków. Tak, sprawa diety jest dość skomplikowaną kwestią. Całe szczęście, że chociaż co do Froot Loops się zgadzamy. Wyjmuję z szuflady łyżkę, kładę ją na tacy obok miseczki i ruszam z powrotem na górę. Nie spodziewam się, że wstała z łóżka, ale z jakiegoś powodu na widok wciąż śpiącej córki w moim wnętrzu rozbrzmiewa histeryczny wrzask. Jestem poirytowany i potrzebuję rozładować nerwy.
Taśmy, martwy ciąg, podciąganie. Oczami wyobraźni już widzę, jak wchodzę na siłownię, i wówczas kolejny raz dociera do mnie, w jak trudnej jestem sytuacji. Dziś i jutro może uda mi się znaleźć opiekę dla córki, ale potem? Szczerze wątpię, żeby lodomistrzowie, trener czy pracownicy areny zgodzili się wcielać w rolę nianiek.
- Izzie - mówię zniecierpliwionym tonem.
- Oj, tatusiu! - odpowiada z jękiem.
Cóż, przynajmniej wiem, że już nie śpi.
- Raz-dwa - naglę. - Dalej.
- Nie chcę.
- Isabelle - zwracam się do niej pełnym imieniem. Bardzo rzadko to robię i chyba rozumie, że nie jestem w nastroju do kompromisów, bo w końcu wstaje z łóżka.
Patrzy na mnie, mrużąc gniewnie ciemne oczy. Mrucząc coś pod nosem, podchodzi do ogromnej dwudrzwiowej szafy, a następnie wzdycha głęboko.
- Nie wiem, co włożyć - informuje.
- Zjedz śniadanie. - Kładę miseczkę na niskim stoliku i odsuwam dla niej krzesełko. - Siadaj. - Klepię dłonią oparcie.
Córka podchodzi do mnie tip-topami. Tip-topami, na miłość boską.
- Czy mogłabyś ze mną współpracować? - pytam, kiedy już dosuwam ją do stolika.
- Obudziłeś mnie, tato.
- To żaden argument.
- Co to jest argument?
- Coś, na co teraz zdecydowanie nie mamy czasu.
Spoglądam na zegarek. Świetnie. Za dwadzieścia minut powinienem być na lodzie, a tymczasem utknąłem w mieszkaniu. Biorę głęboki wdech, a potem otwieram szafę i gapię się na kilka półek zapełnionych dziecięcymi ubrankami. Po krótkim namyśle wyjmuję jakąś zieloną koszulkę, różowe spodenki i żółtą bluzę, w razie gdyby było jej za chłodno. Całość oceniam na szóstkę z plusem. Jest funkcjonalnie, a przede wszystkim kolorowo. Kiedy Izzie odsuwa pustą miseczkę, pomagam jej założyć ciuchy i wreszcie możemy zejść na dół. Unikając patrzenia na uciekające minuty, biorę torbę sportową i przechodzimy do garażu. Pakuję córkę do fotelika, zapinam pasy bezpieczeństwa, a sam wskakuję za kierownicę i za pomocą przycisku podnoszę drzwi wjazdowe. Następnie odpalam silnik i wyjeżdżam na szeroką zatłoczoną ulicę. Rany, kto by się spodziewał tylu kierowców w czwartkowy poranek? Czy ci ludzie nie mają co robić? Jest piąta rano, do cholery. Cierpią na bezsenność? Samo myślenie o spaniu przypomina mi, jak mało ostatnio wypoczywam, ale są rzeczy ważne i ważniejsze, a relaks zalicza się do tych pierwszych.
- Tatusiu, nie powiedziałeś mi.
Łypię na Izzie, nie mając pojęcia, o co jej chodzi.
- O czym?
- Co to jest argument.
- To dowód, uzasadnienie czyjeś racji.
- Aha. - Marszczy brwi. - Strasznie to dziwne, wiesz? Chyba tego nie polubię.
- Nie musisz lubić. Wystarczy, że będziesz przekonująca.
- Myślę, że używasz dziś jakiegoś trudnego języka, tato.
Z trudem udaje mi się zachować powagę. Jadę przez Edgemere Road, która szybko zamienia się w Tibbs Street, a następnie dociskam gaz na Walnut Hill Lane i wjeżdżam na płatny odcinek drogi Dallas North Tollway. Wyprzedzam wlokące się pojazdy. Nie wiem, ile czasu mija ani jak bardzo jestem spóźniony, kiedy docieram na arenę, ale spojrzenie Halla, naszego trenera, gdy widzi mnie z małą w szatni, dobitnie uświadamia mi, że spieprzyłem.
- Tyler - mówi nerwowo drapiąc się w kark. - To nie jest dobry pomysł.
- Cześć, wujku! - Córka uśmiecha się promiennie do Halla, a ten natychmiast kuca przed małą i przybijają sobie piątki.
- Dwie godziny - mruczę pod nosem. - Potem odwiozę ją do przedszkola.
- A co z twoją żoną?
Unoszę brew.
- Byłą żoną - poprawia się. - Nie może się zająć Izzie?
- Nie - buczę. - Będziesz dobrym wujkiem, Hall, czy skopiesz potrzebującego?
Trener unosi na mnie swoje błękitne oczy, prostuje się i przygładza siwe włosy.
- Przebieraj się. Chłopcy już zaczęli rozgrzewkę - rzuca, podwijając rękawy koszuli.
Wiem, że Hall jest mile od bycia szczęśliwym. Postawiłem go w niezręcznej sytuacji i posłużyłem się szantażem, a wszystko to przez cholerną bezradność.
- Dzięki. - Wyciągam w jego kierunku dłoń, którą on szybko ściska. Zupełnie jakbyśmy przyklepywali jakiś deal.
- Chodź, Izzie. - Hall pochyla się nad dzieckiem, a następnie bierze je w ramiona. - Byłaś już kiedyś na naszej stołówce?
- Tak - odpowiada znudzonym tonem. - Co będziemy robić?
- Pokażę ci halę do gry w koszykówkę. Co ty na to?
Już nie słyszę, co moja córka ma do powiedzenia w sprawie kosza, bo znika za drzwiami z Hallem, a ja zostaję sam w szatni. Biorę łyk wody z bidonu, zakładam sportowe buty i biegnę na siłownię, która znajduje się na za kolejnymi trzema pomieszczeniami. Kiedy wpadam do środka, uderza mnie głośna muzyka i słyszę głupkowate stękania Jima.
- Tyler, ty spóźnialski draniu! - krzyczy Eric, odkładając hantle.
- Wszystko okej? - Felix podchodzi i kładzie dłoń na moim ramieniu.
- Clarie... - Wzdycham głęboko, a Jim rozdziawia usta ze zdziwienia. Matoł wyobraził sobie pewnie jakąś gorącą laskę zamiast dojrzałej kobiety. Chociaż w jego przypadku nawet i ta druga byłaby idealną kandydatką do seksu.
- Clarie! - wykrzykuje, celując we mnie palcem. - Cicha woda brzegi zalewa!
- Rwie.
- Co cię rwie?
- Brzegi rwie - wyjaśniam, gapiąc się na Jima. - Clarie jest... to znaczy była opiekunką Izzie.
- No właśnie o tym mówię! Teraz już się nie dziwię, że nie chciałeś pójść z nami do Puck&Pint.
- Ona ma pięćdziesiąt lat - rzucam, a Felix się krzywi, jakby zjadł cytrynę.
- Co się stało? Zachorowała? - pyta Eric.
Stoję otoczony chłopakami, którzy okazują mi wsparcie. Mogę się złościć na Jima erotomana, ale cholera, naprawdę możemy na sobie polegać. Mamy kawał solidnej wspólnej historii, która umacnia nasze braterstwo.
- Zwiała - wypowiadam to słowo tak szybko, że nie jestem do końca pewny, czy rzeczywiście opuściło ono moje gardło.
- Co? - Felix nie kryje zdziwienia. - Jak to?
- I co teraz z małą? - dopytuje Mitch.
- Jest tutaj - przyznaję niechętnie.
- Tutaj? - Eric patrzy na mnie jak na wariata. - Gdzie konkretnie?
- Hall się nią zajmuje. - Odsuwam się i siadam na ławce. - Ratuje mi dupę. Nie wiem, co bym bez niego zrobił.
- I co zamierzasz? - Mitch krzyżuje ramiona na piersi. - Bo gdyby to była moja opiekunka, to bym się z nią skonfrontował. Kto, do chuja, odwala taki cyrk?
- Popieram. - Jim szczerzy zęby. - Nawet ja bym czegoś takiego nie zrobił.
- Bez obrazy, ale tobie nie powierzyłbym nawet małego chomika, a co dopiero dziecka - odpowiada Eric, taksując kumpla wzrokiem.
- Fakt, mogłoby nie znieść mojej zajebistości.
Jakimś cudem udaje mi się nie przewrócić oczami.
- Znacie jakieś zaufane osoby? - pytam, podnosząc się z miejsca, i biorę w obie dłonie ciężary.
- Znajoma Cardi...
- Nie, Jim. Żadnych gorących panienek - przerywam mu. - To ma być ktoś, kto będzie ci przypominał twoją babcię.
- Moja babcia paliła kiedyś zielsko. - Eric rechocze. - Poważnie. Siadała na werandzie i jarała, ponoć takie dostała zalecenie od swojego lekarza.
- Dlaczego patrzysz na mnie? - oburza się Mitch, dostrzegając rozbawione spojrzenie Jima.
- Tylko się uśmiecham.
- Jarałeś? - pytam szczerze zdumiony.
- Kiedy? - Eric także łapie za hantle.
- Dawno temu. Miałem z szesnaście lat i wpadłem w nieodpowiednie towarzystwo. To znaczy wtedy myślałem, że są moimi przyjaciółmi, ale teraz wiem, że byli gnojami lubiącymi ostre imprezy. - Mitch przebiega wzrokiem po naszych twarzach, po czym unosi rękę i celuje we mnie palcem. - Dlatego lepiej uważaj na małą, Ty.
- Ona ma pięć lat - przypominam, wykonując drugą serię ćwiczeń.
- Dzisiaj. Jutro może mieć już dziesięć. Czas płynie nieubłaganie, tatuśku.
Aż mnie skręca, gdy wyobrażam sobie dorastającą córkę w towarzystwie jakichś lokalnych gangsterów.
- To prawda. - Jim idzie w kierunku bieżni. - Wczoraj znalazłem pierwszego siwego włosa!
- Ja wyrwałem ich całe stado. - Felix się szczerzy. - Żaden nie ocalał.
- A jeśli to były rodziny? Jesteś pierdolonym barbarzyńcą, Fex.
- Niczego nie żałuję.
Śmieję się pod nosem, a następnie zaczynam wykonywać wykroki z hantlami w dłoni. Ustawiam jedną nogę pod kątem dziewięćdziesięciu stopni, pamiętając, by drugą schować pod sobą. Powtarzam czynność, zmieniając nogę, i dodaję do tego przeskok, a potem splatam ramiona na piersi, by jak najbardziej spiąć mięśnie klatki piersiowej. Oddycham głęboko, staram się myśleć wyłącznie o treningu, lecz mimo wysiłku nie udaje mi się wyrzucić Izzie z głowy. Zastanawiam się, co robi, czy nadal jest śpiąca, a może głodna. Mam nadzieję, że Hall zabrał ją na stołówkę. Przechodzę do pompek, które świetnie angażują moje tricepsy.
- Gdzie jest Jaxson? - pyta lekko zdyszany Eric, robiąc przerwę po sprincie na bieżni.
- Właśnie - podchwytuje Jim. - Gdzie jest nasz młodzieniec?
- Kurwa, nie mów tak - wzdycha Mitch. - Przez to czuję się jak dinozaur.
Nie udzielam się w rozmowie i jedynie przewracam oczami, koncentrując się na planku.
- Zadzwońcie do niego - rzuca Felix między przysiadami. - Może coś się stało.
- Taa, fiut mu odpadł po nocnym maratonie - komentuje Eric, na co wybucham głośnym śmiechem.
- Jesteście podli - stwierdza Jim, z trudem utrzymując powagę. - Prawie tak samo podli jak Williams w trzeciej tercji.
Mrużę oczy. Porównanie do Williamsa to dość mocny kaliber. Koleś niedawno podpisał kontrakt z Avalanche, a w ostatnim meczu strzelił nam dwie bramki, które doprowadziły do kolejnej dogrywki. Zjeżdżaliśmy z tafli przegrani i zmęczeni jak psy.
- Odbijemy się - mówię, ustawiając się do bocznego planka. - Trzeba ich porządnie docisnąć, tak żeby nawet Williams nie miał okazji.
- To szybki skurwysyn - zauważa Jim. - Nie będzie łatwo go zatrzymać.
- Owszem, ale nie jest to niemożliwe. - Zerkam na chłopaków, którzy mają nietęgie miny. - Hej, co z wami? Damy radę.
- Widziałeś, co fani Avs wypisują pod naszymi postami na Facebooku?
- Nie. - Zmieniam pozycję i siadam na piętach. - Po chuj miałbym to czytać?
- Tyler ma rację. Nie dekoncentrujcie się. - Felix przerywa ćwiczenia. - Było kiepsko, przegraliśmy, ale każdy mecz to nowa szansa.
- Czasami myślę, że ten dupek Williams jest nie do pokonania.
- Wszyscy są do pokonania, Mitch - odzywam się, ignorując spływający z czoła pot. - Trzeba tylko użyć odpowiedniej broni. Jasne, ich drużyna jest świetna, mają szybkich, uzdolnionych graczy, ale my jesteśmy jeszcze lepsi. I pokażemy to w kolejnym spotkaniu.
- Rozwalimy ich! - krzyczy Fex, zaciskając pięść. - A teraz koniec z tym jęczeniem i do szatni. Za dziesięć minut chcę widzieć wszystkich na lodzie.
I to jest coś, za co naprawdę kocham naszą drużynę. Dostaliśmy niezły wpierdol od Avs, ale mimo wszystko zaciskamy zęby i realizujemy nasz plan. Jeden po drugim wpadamy do szatni i zaczynamy zakładać stroje do hokeja. Panuje przyjemny chaos, chłopaki rzucają między sobą taśmy, którymi owijają kije, a potem wzajemnie wyśmiewają swoje style. W powietrzu czuć ekscytację - choć jesteśmy zawodowcami, w głębi serca każdy z nas jest zwykłym chłopakiem zakochanym po uszy w hokeju. Chcemy zrobić porządną rozgrzewkę. Wcielić w życie nowe elementy gry, poczuć gładką taflę lodu pod łyżwami. Właśnie poprawiam kask na głowie, kiedy niespodziewanie do szatni wbiega Hall. Jest zadyszany, blady i nie ma z nim Izzie. Marszczę brwi, łudząc się, że zaraz ujrzę swoje dziecko, ale nic się nie zmienia. Naprawdę jej nie ma.
- Gdzie jest Izzie? - pytam spokojnie, bo przecież samo to, że przybiegł, nie oznacza jeszcze niczego złego.
- Mieliśmy mały incydent - mówi Hall, łapiąc oddech.
- Jaki incydent, do cholery? - W moim głosie na pewno słychać złość i niedowierzanie.
Kumple patrzą po sobie w milczeniu.
- Izzie poślizgnęła się na mokrej podłodze, upadła i na sekundę straciła przytomność, ale...
Nie mam pojęcia, co Hall chciał mi przekazać, bo w jednej chwili zrzucam kask i ruszam w stronę otwartych drzwi.
- Narzekała na ból głowy, więc wezwałem karetkę i przybiegłem do ciebie - kontynuuje trener.
- Zostawiłeś ją samą?!
- Z Lennym.
Lenny to pomocnik naszego szefa kuchni. Boże, robi mi się słabo. Sprintem pokonuję odległość dzielącą mnie od stołówki, gdzie, jak mniemam, wydarzył się ten cholerny wypadek. W moich żyłach płonie ogień, spinam się cały w oczekiwaniu na najgorsze, lecz gdy wpadam na stołówkę, nigdzie nie widzę plam krwi.
- Se?or Green! - Wysoki, chudy chłopak o ciemnej karnacji i czarnych kręconych włosach wymawia moje nazwisko z silnym meksykańskim akcentem.
Patrzę na Lenny'ego, a zaraz potem mój wzrok ucieka w stronę Carla, naszego szefa kuchni, który stoi obok swojego pomocnika i trzyma w objęciach moją córkę.
- Izzie! - wykrzykuję z ulgą, podchodząc do dziecka. - Kotku, jesteś cała? Wszystko w porządku?
Uważnie przyglądam się jej twarzy i z bólem zauważam sporego siniaka na prawej skroni. Obrażenia po upadku mogły być większe, ale wciąż martwi mnie utrata przytomności. Odbieram małą od Carla i mocno przytulam ją do piersi.
- Przepraszam - szepczę zjadany żywcem przez swoje sumienie. - Nie powinienem cię zostawiać.
- Tatusiu, boli mnie głowa - piszczy wystraszona.
- Gdzie jest to cholerne pogotowie?! - warczę, gapiąc się na Halla.
- Uspokój się, Ty. - Niespodziewanie Fex kładzie dłoń na moim ramieniu. Szlag, nawet go nie zauważyłem. - Z małąna pewno jest wszystko okej.
- Straciła przytomność! - Denerwuję się. - To może być objaw wstrząśnienia mózgu albo...
- Przestań panikować - mówi spokojnym tonem. - Karetka jest już w drodze.
- Miałeś jej pilnować! - wydzieram się na trenera.
- Pilnowałem, ostrzegałem ją. Prosiłem, by nie biegła w stronę kuchni, bo podłoga jest mokra. Tyler, wiem, jak bardzo kochasz córkę, i chwała ci za to, ale nie posłuchała mnie.
- Bo jest dzieckiem! Dzieci nie słuchają dorosłych!
- Jest też trochę insoportable - wtrąca się Lenny. - Se?or Green, taki wypadek mógł się przytrafić każdemu i to niczyja wina. Po prostu... tam, gdzie jest mokra podłoga, tam są incydenty.
Zaraz mnie coś strzeli, przysięgam. Trzymam Izzie w ramionach, czuję jej delikatne ciało tak blisko swojego i wkurzam się, że nie jestem w stanie cofnąć pierdolonego czasu, by jakimś cudem zmaterializować się wcześniej w stołówce i zatrzymać bieg zdarzeń. Być może Lenny ma rację, Hall również, ale w tej chwili nic do mnie nie dociera.
- Tatusiu, nie bądź zły. - Córka dotyka dłonią mojego policzka. - Nie będziesz zły? Proszę.
- Nie jestem zły - zapewniam, z całych sił tłumiąc nerwy. - Nadal boli cię głowa?
- Tak, ale już mniej. - Nagle w jej błyszczących od łez oczach dostrzegam niemą prośbę, lecz usta z jakiegoś powodu postanawiają milczeć.
- Chcesz mi coś powiedzieć? - zachęcam ją.
- Gdzie jest mamusia? - pyta cicho, a moje serce zaczyna się rozpadać.
Dlaczego o nią zapytała? Czy nie czuje się bezpiecznie? Zawiodłem ją? Na pewno. Rozczarowałem ją i kolejny raz dałem plamę jako ojciec, dlatego wolałaby być teraz przy matce.
- Chcesz, żebym zadzwonił po mamę?
Proszę, powiedz, że nie.
- Tak.
Izzie chowa twarz w zagłębieniu mojego ramienia. Stoję jak rażony piorunem, gdy dociera do mnie, że muszę zapewnić córce komfort, nawet jeśli to oznacza spotkanie z apodyktyczną byłą żoną.
- Tyler, pogotowie - oznajmia Eric, którego wcześniej nie widziałem.
Rany boskie, ile osób tutaj jest? Rozglądam się wokół i zauważam kumpli z drużyny, kilku chłopaków z serwisu sprzątającego i niemal cały personel stołówki. Wypadek Izzie postawił na nogi prawie pół areny. Z przejęciem patrzę na zespół ratownictwa medycznego, który taszczy ze sobą pojemne torby i składane nosze.
- To nie będzie konieczne - mamroczę, wskazując ruchem głowy na ich ekwipunek.
- Oddaj im Izzie. - Fex stoi tuż obok mnie.
- Tatusiu, ja nie chcę. - Dziecko zaczyna płakać. - Zabierz mnie do mamy!
Izzie boi się lekarzy. Od zawsze się ich bała, a teraz, w nagłej sytuacji, jest jeszcze gorzej. Zbieram się w sobie i mimo protestów córki pozwalam, żeby ratownicy posadzili ją na kozetce i przeprowadzili badanie fizykalne. Zadają jej pytania. Proste i lekkim tonem, ale ona nie odpowiada. Hall od nowa relacjonuje przebieg wypadku, a ja kolejny raz mam wielką ochotę coś rozjebać.
- Co z nią? - pytam, krążąc wokół ratowników jak wściekła osa. - Ma wstrząs mózgu?
- Daj im pracować. - Mitch chwyta mnie za ramiona i nieco odciąga od lekarzy, na co reaguję niskim warknięciem.
- Tam jest moja córka - syczę. - Puszczaj mnie.
- W tym stanie tylko jej zaszkodzisz - włącza się Jim. - Powinieneś odsapnąć. Chcesz wody?
- Czy ona ma wstrząs mózgu?! - krzyczę na Bogu ducha winnych ratowników.
- Z badania nic takiego nie wynika, ale musi mieć pan świadomość, że objawy wstrząśnienia mózgu mogą się pojawić nawet tydzień od wypadku - odpowiada mi jeden z lekarzy. - Dlatego chcielibyśmy zabrać małą do szpitala.
- Co?
- Na obserwację.
- To tylko obserwacja, wyluzuj.
- Fex, kurwa.
- Nie zachowuj się jak cipa - szepcze mi na ucho. - Znajdź swoje jaja, Green.
Gdyby nie to, że jesteśmy otoczeni przez ludzi, a ratownicy uspokajają moją córkę, to kapitan oberwałby z sierpowego w swoją ładną buźkę. Biorę głęboki wdech, a potem podchodzę do noszy, na których leży zapłakana Izzie.
- Hej, kotku. - Opuszkiem palców ścieram łzę spływająca z jej policzka. - Będziesz musiała pojechać do szpitala, wiesz? Ale nie martw się. Nie zostawię cię samej.
- Chcę do mamy!
- Kwiatuszku...
- Mama! Mamusia!
- Czy jest tutaj matka dziecka? - pyta lekarz, patrząc na mnie z wyraźnym wyczekiwaniem.
- Nie, zadzwonię do niej.
- Proszę się pospieszyć.
Kiwam głową, jakbym rozumiał wszystko, co do mnie mówi, ale prawda jest taka, że niewiele do mnie dociera. W uszach słyszę jedynie rozpaczliwe wołanie swojej córki. Całuję ją w czubek głowy i odsuwam się od noszy, a gdy lekarze znikają mi z pola widzenia, Jim wciska w moją dłoń jakiś przedmiot. Swój telefon. Żołądek podchodzi mi do gardła i mimo że nie wykonałem jeszcze połączenia, już słyszę pełen pretensji głos Alice.
- Jasne, dzięki - mamroczę, odchodząc z epicentrum zamieszania. Nie mogę znaleźć sobie miejsca, więc krążę po stołówce jak opętany, a następnie wychodzę i stojąc pod ścianą przed drzwiami naszej szatni, wybieram numer byłej żony. Może nie odbierze? Może...
- Słucham?
- Cześć, Alice, to ja. Tyler.
- Cześć. Co się dzieje?
"Co się dzieje?" Przełykam gorzką ślinę.
- Od razu zakładasz, że coś się stało? - Staram się nadać głosowi swobodny ton.
- To oczywiste. Z czym masz problem? Isa nie chce jeść? Buntuje się przy ubieraniu? Z czym sobie nie możesz poradzić, Tyler?
Opieram głowę o ścianę, przymykam powieki i liczę od zera do dziesięciu w nadziei, że nie postradam zmysłów. Wszystko we mnie aż kipi, żeby wygarnąć jej, jak bardzo olewała naszą córkę, gdy ta pojawiła się na świecie, lecz wówczas wyszedłbym na drania, który nie rozumie, czym jest depresja poporodowa.
- Halo? Jesteś tam?
Domaga się odpowiedzi. Czy mogę ją okłamać? Powiedzieć, że dzwonię z zupełnie innego powodu? Naprawdę to rozważam.
- Izzie się poślizgnęła - wypalam, zanim zmienię zdanie.
- Słucham? Jak to się poślizgnęła? Gdzie?
- Na arenie.
- Pojechałeś z nią na arenę? Przecież powinna być w przedszkolu. Jak to się stało? Dlaczego dopuściłeś do tego, żeby się poślizgnęła?
- Miałem trening, ale...
- Trening!? To kto zajmował się moją córką!?
- Naszą, Alice - cedzę przez zaciśnięte zęby. - Hall miał na nią oko.
- Twój trener? Nie wierzę. - Wzdycha głośno. - Zostawiłeś ją obcemu człowiekowi?! I ty mnie pytasz, dlaczego zakładam, że coś się stało? Kiedy wreszcie dorośniesz?! Dziecko to nie zabawka!
- Wiem! - Podnoszę głos. - Nie miałem wyjścia, rozumiesz? Clarie złożyła wypowiedzenie i zostałem bez opiekunki. Musiałem coś wymyślić, żeby...
- Żeby pograć w hokeja? - warczy.
- Nie przypominam sobie, żeby moja gra w hokeja ci przeszkadzała podczas wszystkich uroczystych gal, gdy jeszcze byliśmy małżeństwem.
- Być może źle mnie zrozumiałeś. Jesteś sportowcem, to w porządku. Spróbuję to przekazać raz jeszcze.
- Nie rób ze mnie matoła!
- Nie robię. Chcę tylko, żebyś przyswoił sobie wiedzę na temat tego, co grozi Isabeli, gdy zabierasz ją na arenę, kiedy sam nie możesz się nią zająć. To było totalnie bezmyślne, Tyler.
Ma rację.
- Uderzyła się w głowę i zabierają ją na obserwację.
- Jak to zabierają ją na obserwację? Mówiłeś, że się poślizgnęła!
- Poślizgnęła się i upadła.
- Boże, brak mi słów. Czy ty wiesz, co zrobiłeś?! Jak mogłeś? Do jakiego szpitala ją zabrano? Moja biedna mała córeczka!
- Biedna była, kiedy nie chciałaś się nią opiekować. - Nie mogę się powstrzymać. - Nie masz prawa robić ze mnie potwora, Alice. To był cholerny wypadek!
- Dobrze wiesz, że cierpiałam na depresję po porodzie! Przechodziłam przez piekło, Tyler!
Wiem, a mimo to postanowiłem użyć tej wiedzy jako tarczy ochronnej. Dupek ze mnie, prawda?
- Przepraszam.
- Było mi trudno się nią zajmować, ale nigdy się nie poddałam. I nie poddam. Twoje słowa są bardzo krzywdzące, wiesz? Nie spodziewałam się, że wypomnisz mi najgorszy okres w moim życiu tylko po to, żeby zatuszować swoją nieudolność.
Unoszę dłoń i wpycham ją sobie do ust, żeby przypadkiem znów nie palnąć czegoś, co tylko podsyci ogień nienawiści. Pozwalam Alice na wyrzucanie słów, które uderzają mnie w sam środek serca, i czekam. Czekam, aż wreszcie zamilknie.
- Forest Lane - odzywam się po dłuższej chwili ciszy. - To tam ją zabierają.
- Będę najwcześniej za dwie godziny. - W jej głosie wyczuwam żal.
- Jadę z nią.
Nie powinno mnie cieszyć, że będę pierwszy, ale... cieszy. I to bardzo.
- Pozwolą ci jechać?
- Jasne.
- Jesteś pewny?
- Tak, do diabła. Przecież jestem jej ojcem!
Alice nie odpowiada, co jest zaskakujące. Moja była żona ma nieograniczony zasób słownictwa, którym lubi podkreślać swoją wartość. Nie jestem przyzwyczajony do ciszy po drugiej stronie, dlatego zaczynam chrząkać.
- Urwało nam połączenie czy...?
- Wracaj do niej. Nie trać czasu.
Alice kończy rozmowę. Jeszcze przez parę sekund ściskam telefon w palcach. Normuję pędzący oddech i dopiero gdy serce przestaje dudnić w piersi, odrywam się od ściany i ruszam na stołówkę.
- Rozmawiałeś z żoną?
- Co mówiła?
Grad pytań spada na mnie, gdy tylko pojawiam się w pomieszczeniu. Myślałem, że każdy pójdzie w swoją stronę, a oni nadal stoją w kręgu i analizują wypadek. Lenny sprawdza nawet skład płynu do mycia podłóg, bo serwis skorzystał z nowej marki środków czyszczących. Szaleństwo.
- Rozmawiałem. Jest okej. - Patrzę na chłopaków z drużyny. - Dzięki, panowie.
- Tyler... - Hall podchodzi do mnie z niepewną miną.
- W porządku - zapewniam. - To nie twoja wina.
- Daj znać, co z małą.
Pewnie, że dam. Izzie jest lubiana na arenie i wiem, że wszyscy będą się martwili jej stanem.