Kilku z nas siedziało przy obiedzie w małej nadrzecznej
gospodzie, nie dalej niż trzydzieści mil od Londynu i mniej niż
dwadzieścia od tej płytkiej i niebezpiecznej kałuży, której ludzie
z naszej nadbrzeżnej żeglugi nadają wspaniałe miano "oceanu
Niemieckiego". Wszyscy byliśmy mniej lub więcej związani z morzem.
Za szerokiemi oknami roztaczał się widok na Tamizę, rozległy widok
wzdłuż Lower Hope Reach. Ale obiad był ohydny i tylko oczy brały
udział w rozkosznej uczcie.
Rozmowę naszą zaprawiał smak słonej wody, która dla tak wielu z
nas była prawdziwą wodą żywota. Ten kto zaznał goryczy Oceanu,
zachowa jej smak w ustach nazawsze. Lecz paru ludzi z naszej
kompanji, rozpieszczonych przez życie na lądzie, uskarżało się na
głód. Nie dało się nic przełknąć z tego jedzenia. I naprawdę,
wszystko tu miało cechę dziwnej zmurszałości. Drewniana jadalnia
sterczała nad błotnistym brzegiem jak nadwodne mieszkanie; deski w
podłodze wydawały się zbutwiałe; zgrzybiały kelner dreptał
rozczulająco tam i z powrotem przed stoczonym przez robaki,
przedpotopowym bufetem; poszczerbione talerze wyglądały, jakby je
wygrzebano z jakiegoś przedhistorycznego kopca w pobliżu jeziora z
nadwodnemi mieszkaniami, a kotlety przypominały przeszłość bardziej
jeszcze zamierzchłą. Przywodziły nieodparcie na myśl mroki
pradawnych wieków, gdy pierwotny człowiek, wyłaniając ze swej
mętnej świadomości podstawy sztuki kucharskiej, przypalał kawałki
mięsa na ogniu z chróstu, w towarzystwie swych zacnych kompanów;
potem zaś, nasycony i szczęśliwy, zasiadał wśród obgryzionych
kości, aby snuć niewyszukane opowieści o różnych przeżyciach - o
głodzie, o polowaniu - a może i o kobietach!
Ale na szczęście wino okazało się równie stare jak kelner. Tedy
rozsiedliśmy się wygodnie - nieco głodni lecz wcale zadowoleni - i
rozpoczęliśmy niefrasobliwą gawędę. Mówiliśmy o morzu i wszelkich
jego sprawach. Morze nie zmienia się nigdy, a jego sprawy - wbrew
ludzkim opowiadaniom - spowite są w tajemniczość. Ale zgadzaliśmy
się wszyscy, że czasy się zmieniły. I mówiliśmy o dawnych okrętach,
o wypadkach na morzu, o zatonięciach statków, o pokładach
ogołoconych z masztów, a także i o człowieku, który przeprowadził
cało swój okręt z River Platte do Liwerpoolu pod prowizorycznym
takielunkiem. Mówiliśmy o wrakach, o zmniejszonych racjach
marynarskich i o bohaterstwie - a przynajmniej o tem co dzienniki
nazwałyby bohaterstwem na morzu - o przejawach cnót różniących się
zupełnie od bohaterstwa czasów pierwotnych. A niekiedy zapadało
wśród nas milczenie i wszyscy razem wpatrywaliśmy się w rzekę.
Przejechał statek z linji Śródziemnomorsko-Wschodniej, kierując
się wdół ku morzu. "Pyszne obiady jada się na tych okrętach",
zauważył któryś z naszej kompanji. Ktoś inny o bystrym wzroku
wyczytał nazwę na rufie: Arcadia. "Cóż to za piękny okaz statku!"
szepnęło kilku z nas. Za okrętem jechał mały parowiec towarowy, zaś
flaga, którą właśnie podniesiono, wskazywała że jest to statek
norweski. Parowiec wypuścił mnóstwo dymu, a nim wiatr zwiał go
zupełnie, pojawił się przed oknami krótki, drewniany bark o
wysokich bokach, pod balastem, ciągnięty przez holownik. Wszyscy
majtkowie byli zajęci na dziobie przy podnoszeniu przednich żagli,
na tylnym zaś pokładzie kobieta w czerwonym kapturze, sam na sam z
człowiekiem u steru, przechadzała się miarowo wzdłuż rufy tam i z
powrotem, robiąc na drutach coś z popielatej wełny.
Któryś z naszej gromadki mruknął: - To pewnie Niemcy. - Szyper ma
żonę na pokładzie - zauważył ktoś inny; a blask szkarłatnego
zachodu, rozgorzały za dymem londyńskim, rzucił żar bengalskich
ogni na maszty barku i zniknął z nad Hope Reach.
Wówczas jeden z nas, dotychczas milczący, człowiek po
pięćdziesiątce, który dowodził statkami przez ćwierć wieku, rzekł,
patrząc na bark sunący teraz wdal, cały czarny wśród blasku rzeki:
- To przypomina mi pewien idjotyczny epizod, który przytrafił mi
się przed wielu laty, kiedy zostałem pierwszy raz dowódcą żelaznego
barku, przyjmującego ładunek w pewnym wschodnim porcie morskim. Ów
port był zarazem stolicą wschodniego królestwa, leżącego nieco w
górę od ujścia rzeki, tak jak nieprzymierzając Londyn leży nad tą
naszą starą Tamizą. Niema co się nad ową miejscowością rozwodzić;
tego rodzaju przygoda mogła wydarzyć się wszędzie, gdzie się
znajdują okręty, szyprowie, holowniki i bratanice sieroty o
nieopisanej krasie. Idjotyczny ów epizod dotyczy tylko mnie, mego
wroga Falka i mego przyjaciela Hermanna.
Słowa "mego przyjaciela Hermanna" były wypowiedziane jakby ze
specjalnym naciskiem, który skłonił któregoś z nas (mówiliśmy
właśnie o bohaterstwie) do leniwego i niedbałego pytania:
- A czy ten Hermann był bohaterem?
- Wcale nie, odparł nasz siwy przyjaciel. Bynajmniej. Był to
Schiff-Führer: konduktor okrętu. Tak nazywają w Niemczech kapitana
statku. Wolę naszą nomenklaturę. Brzmi dobrze i jest w niej coś, co
daje nam, jako całości, poczucie wspólnoty - uczeń, pomocnik,
kapitan - w dawnym i zaszczytnym morskim zawodzie. Co się tyczy
mego przyjaciela Hermanna, może i był skończonym mistrzem w tym
zaszczytnym kunszcie, lecz zwano go oficjalnie Schiff-Führerem, a
wygląd jego prosty i ociężały - jak u zamożnego farmera - był
zarazem nacechowany dobrodusznym sprytem drobnego sklepikarza. Jego
wygolony podbródek, okrągłe członki i ociężałe powieki nie
przypominały bynajmniej pracownika morza, jeszcze zaś mniej
miłośnika morskich przygód. Jednakże po swojemu pracował znojnie na
morzu, jak sklepikarz za ladą. A okręt był źródłem utrzymania dla
jego wzrastającej ciągle rodziny.
Statek Hermanna, była to ciężka, silna, tępodzioba machina,
przywodząca na myśl prymitywną solidność, podobnie jak drewniany
pług naszych praojców. Z wielu względów machina ta sprawiała
swojskie i sielskie wrażenie. Wystające w dziwaczny sposób
drewniane historyjki u steru - których nie widziałem nigdy na
żadnym innym statku - sprawiały, że ten czworokątny ster był
podobny do tylnej części młynarskiego wozu. Ale cztery rufowe
iluminatory kajuty - każdy zaopatrzony w sześć zielonawych szybek i
ujęty w drewniane okienne ramy pomalowane na bronzowo - mogły być
równie dobrze okienkami wiejskiej chaty. Malutkie białe firaneczki
i zieleń doniczek z kwiatami dopełniały podobieństwa. Raz czy dwa,
gdy wypadło mi przepłynąć pod rufą statku, dostrzegłem z łódki
okrągłe ramię nachylające polewaczkę i zgiętą, gładką głowę
dziewczyny, którą będę zawsze nazywał bratanicą Hermanna, ponieważ
naprawdę nie słyszałem nigdy jej imienia, pomimo mej zażyłości z
całą rodziną.
Ale zażyłość ta rozwinęła się później. Tymczasem zaś, na równi z
całą bracią żeglarską tego wschodniego portu, nie mogłem żywić
żadnych wątpliwości co do wyobrażeń Hermanna o hygjenie w zakresie
odzieży. Był najwidoczniej zwolennikiem noszenia na skórze
porządnej, grubej flaneli. Prawie co dnia oglądało się małe
sukienki i fartuszki schnące na olinowaniu środkowego masztu, lub
rząd drobnych skarpeteczek powiewający na sygnałowych linkach; ale
raz na dwa tygodnie cała rodzinna bielizna była obowiązkowo
wystawiona na pokaz. Zapełniała caluteńką rufę. Przedwieczorny
powiew pobudzał do dziwacznej, flakowatej ruchliwości tę stłoczoną
ciżbę bielizny, mającą jakąś niejasną analogję z utopioną,
okaleczałą i spłaszczoną ludzkością. Bezgłowe ciała kiwały na
człowieka ramionami pozbawionemi rąk; nogi bez stóp kopały
fantastycznie powietrze z oklapłym rozmachem; były tam również
długie, białe szaty, które chłonęły wiatr przez obszyty koronką
otwór u szyi, wydymając się przez chwilę gwałtownie, jakby wskutek
przesuwania się jakichś otyłych, niewidzialnych kadłubów. W owe dni
można było dostrzec statek na wielką odległość z powodu
różnobarwnego, dziwacznego rozruchu panującego na rufie, za
środkowym masztem.
Statek Hermanna miał swoje miejsce postoju tuż przedemną, nazywał
się zaś Djana - ale nie z Efezu tylko z Bremy. Oznajmiały to białe
litery długie na stopę, rozmieszczone w wielkich odstępach wpoprzek
rufy (coś w rodzaju napisu na szyldzie) pod sielskiemi okienkami.
Ta śmiesznie nieodpowiednia nazwa uderzała swą impertynencją dla
pamięci najczarowniejszej z bogiń; gdyż pomijając fakt, że stary
statek był fizycznie niezdolny do wzięcia udziału w jakichkolwiek
łowach, mieszkała na nim gromadka czworga dzieci. Wyglądały z nad
burty, przypatrując się przepływającym łodziom i niekiedy
upuszczały w nie różne przedmioty. I tak, w czasach, kiedy jeszcze
nie znaliśmy się z Hermannem na tyle aby z sobą rozmawiać, dostałem
kiedyś w kapelusz ohydną lalką z gałganów, należącą do najstarszej
córeczki Hermanna. Ale naogół dzieciaki zachowywały się grzecznie.
Miały jasne główki, okrągłe oczy, małe okrągłe noski jak kartofelki
i bardzo były podobne do ojca.
CIĄG DALSZY TEKSTU W PEŁNEJ WERSJI