Fale - Justyna Spandel

Kup ebooka

49.90 zł
38.42 zł (35,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 3

Wtedy

Sie­dzia­ły­śmy na ró­żo­wym ko­cyku w na­szej sy­pialni i po raz ko­lejny oglą­da­ły­śmy Małą Sy­renkę. Wi­dzia­ły­śmy ten film już tyle razy, że do­sko­nale zna­ły­śmy go od pod­szewki, ale mimo to nie pro­te­sto­wa­ły­śmy, kiedy mama py­tała, czy chcemy znowu go obej­rzeć. Może to dla­tego, że w pe­wien spo­sób przy­po­mi­nała nam o tych licz­nych ra­zach, kiedy oglą­da­ły­śmy ją we trójkę sku­lone na ka­na­pie w na­szym sta­rym sa­lo­nie.

- Nu­dzę się - wy­znała Laura, od­kła­da­jąc lalkę, którą wła­śnie się ba­wiła.

- Ja też - mruk­nę­łam.

- Może po­ba­wimy się w od­kryw­ców?

- Nie mo­żemy stąd wy­cho­dzić.

Mama ostat­nio miała bar­dzo dużo pracy, przez co za­my­kała się w swoim ga­bi­ne­cie na dole i wy­cho­dziła z niego tylko co ja­kiś czas, żeby sko­rzy­stać z to­a­lety, przy­go­to­wać po­siłki lub spraw­dzić, czy wszystko z nami w po­rządku. W tym cza­sie mu­sia­ły­śmy grzecz­nie sie­dzieć w moim po­koju i pod żad­nym po­zo­rem nie mo­gły­śmy go opusz­czać.

- Mo­żemy stąd wyjść, ale mu­simy być bar­dzo ci­cho - po­wie­działa, pod­no­sząc się z ko­lan i wy­cią­ga­jąc do mnie rękę, żeby po­móc mi zro­bić to samo. - Chodź.

Zła­pa­ły­śmy się za ręce i po­szły­śmy do drzwi. Bi­cie serca dud­niło mi w uszach, kiedy na­ci­snę­łam na klamkę, a na­stęp­nie wy­śli­zgnę­łam się z po­koju przez wą­ską szcze­linę.

Sta­nę­ły­śmy przy ścia­nie, na­słu­chu­jąc od­gło­sów z dołu, jed­nak w ca­łym domu pa­no­wała ci­sza. Czu­łam, jak nogi za­czy­nają mi drżeć, a dło­nie pocą się ze stra­chu. Mia­łam ochotę za­wró­cić, ale Laura mocno mnie trzy­mała, przez co nie by­łam w sta­nie się ru­szyć.

Cze­ka­ły­śmy jesz­cze chwilkę, ale nic się nie wy­da­rzyło. Z dołu nie do­cho­dziły żadne od­głosy, więc mama na­dal mu­siała pra­co­wać w swoim ga­bi­ne­cie. To spra­wiło, że nieco się roz­luź­ni­łam.

Nie wiem, dla­czego się spo­dzie­wa­łam, że mama wy­czuje, że opu­ści­ły­śmy nasz po­kój, i na­gle do nas przy­bie­gnie, żeby na nas na­krzy­czeć, ale naj­wy­raź­niej się my­li­łam. W ogóle nie była świa­doma tego, co ro­bi­ły­śmy, więc rze­czy­wi­ście mo­gło nam się udać.

- Gdzie pój­dziemy? - za­py­ta­łam szep­tem, roz­glą­da­jąc się po ko­ry­ta­rzu.

- Tam. - Laura wska­zała ręką białe drzwi, które znaj­do­wały się na sa­mym końcu.

- To sy­pial­nia mamy - wy­sa­pa­łam, a serce znowu za­częło mi szyb­ciej bić. - Nie mo­żemy tam wejść.

- Mu­simy - za­ko­men­de­ro­wała, ści­ska­jąc moją dłoń. - Nie chcesz wie­dzieć, co tam jest?

Wzię­łam głę­boki wdech, pró­bu­jąc odro­binę się uspo­koić.

- To zły po­mysł - mruk­nę­łam, ale Laura i tak za­częła cią­gnąć mnie w tamtą stronę.

By­łam za­sko­czona jej na­głym przy­pły­wem od­wagi. To ja za­wsze by­łam mniej stra­chliwa niż ona. Na­kła­nia­łam ją do ro­bie­nia wielu rze­czy, a ona po­słusz­nie za mną po­dą­żała. Te­raz naj­wy­raź­niej role się od­wró­ciły. Po­słusz­nie po­drep­ta­łam za sio­strą, kiedy ta na­ci­snęła na klamkę, otwo­rzyła drzwi i wcią­gnęła mnie za sobą do środka.

Jesz­cze nie by­łam w tym po­koju, więc wy­da­wał mi się dziwny. W ogóle nie przy­po­mi­nał przy­tul­nej sy­pialni ro­dzi­ców w na­szym sta­rym domu. Ściany po­ma­lo­wane były na gra­na­towo, a wszyst­kie me­ble oraz pod­łoga były z ciem­nego drewna. Nie miały żad­nych rys czy prze­tarć, tak jakby nikt ich nie uży­wał. Na ko­mo­dzie nie znaj­do­wały się ramki ze zdję­ciami, kremy czy per­fumy, a łóżko było ide­al­nie po­ście­lone.

To nie mo­gła być sy­pial­nia mamy, po­my­śla­łam, ale wtedy przy­po­mnia­łam so­bie, że mama też była inna, więc nic dziw­nego, że jej po­kój tak wy­glą­dał.

Laura po­de­szła do ol­brzy­miej drew­nia­nej skrzyni, która stała u pod­nóża łóżka, a na­stęp­nie zdjęła z niej uło­żony w kostkę pled.

- Nie do­ty­kaj tego! - za­pisz­cza­łam, pod­bie­ga­jąc do niej i wy­szar­pu­jąc z jej dłoni koc. - Mama za­uważy, że tu­taj by­ły­śmy.

- Nie za­uważy - wy­szep­tała spo­koj­nie, otwie­ra­jąc mo­siężne wieko skrzyni. - Odło­żymy wszystko na miej­sce.

Obej­rza­łam się przez ra­mię, bo­jąc się, że mama na­gle sta­nie w drzwiach i przy­ła­pie nas na mysz­ko­wa­niu w jej po­koju, jed­nak wo­kół na­dal pa­no­wała ci­sza, prze­ry­wana brzę­cze­niem elek­trycz­nego grzej­nika oraz wska­zów­kami ze­gara, który wi­siał na ścia­nie. Żad­nych kro­ków na scho­dach ani skrzy­pie­nia pod­łogi.

Wzię­łam głę­boki od­dech, po czym od­wró­ci­łam się z po­wro­tem w stronę skrzyni. Czu­łam, że po­nad mój strach prze­bija się cie­ka­wość.

- No da­lej - po­na­gli­łam sio­strę, a moja cała ostroż­ność wy­pa­ro­wała w jed­nej se­kun­dzie. Mu­sia­łam do­wie­dzieć się, ja­kie skarby skry­wały się na dnie tego ku­fra. - Po­każ, co tam jest.

- Ty to zrób - po­wie­działa, ro­biąc krok w tył.

Zmie­rzy­łam ją wzro­kiem. Ostat­nio to była jej ty­powa za­grywka. Na­kła­niała mnie do złego, a kiedy mama za­czy­nała się zło­ścić, to zni­kała, zo­sta­wia­jąc mnie samą z kon­se­kwen­cjami, które mu­sia­łam po­nieść. By­łam pewna, że ro­biła to, chcąc unik­nąć kary.

To było sprytne i jak do­tąd się jej uda­wało, ale róż­niło się od tego, co za­wsze ro­bi­ły­śmy, czyli obie przy­zna­wa­ły­śmy się do winy, nie chcąc, żeby tylko jedna z nas po­no­siła od­po­wie­dzial­ność za na­sze za­cho­wa­nie.

Nic nie po­wie­dzia­łam, po­woli za­nu­rza­jąc rękę w skrzyni. By­łam zbyt cie­kawa, żeby wy­kłó­cać się o to, kto po­wi­nien to zro­bić. Chwy­ci­łam śli­ski ma­te­riał, który ucie­kał mi po­mię­dzy pal­cami. Wzmoc­ni­łam swój uścisk, nie po­zwa­la­jąc, żeby cał­kiem wy­mknął się z mo­jej dłoni, a na­stęp­nie wy­cią­gnę­łam go na ze­wnątrz.

Na­szym oczom uka­zała się de­li­katna, fio­le­towa su­kienka, którą mama no­siła tam­tego dnia na plaży. Miała sze­ro­kie rę­kawy, które przy­po­mi­nały skrzy­dła mo­tyla, głę­boki de­kolt i luźny dół. Wią­zana była w pa­sie sznu­recz­kiem.

Po­czu­łam, jak trzęsą mi się ręce. Nie po­tra­fi­łam nad nimi za­pa­no­wać, więc ma­te­riał wy­śli­zgnął się z mo­ich dłoni i upadł miękko z po­wro­tem na dno skrzyni.

- Nie po­win­ny­śmy tego do­ty­kać - wy­szep­ta­łam. - Mama bę­dzie zła.

- Nie bądź tchó­rzem - zga­niła mnie sio­stra, po­chy­la­jąc się nad skrzy­nią. - O, po­patrz. Tam jest ja­kieś zdję­cie.

Laura do­sko­nale wie­działa, jak mnie po­dejść, bo mo­men­tal­nie do niej do­łą­czy­łam, pa­trząc w tym sa­mym kie­runku. Skrzy­nia była głę­boka, więc nie by­łam w sta­nie jed­no­cze­śnie spo­glą­dać na zdję­cie i się­gnąć po nie. Mu­sia­łam mak­sy­mal­nie się po­chy­lić i za­nu­rzyć w niej całą rękę, aż po ra­mię.

Pod­nio­słam je na wy­so­kość oczu, by le­piej się przyj­rzeć. Na pierw­szym pla­nie mama sie­działa na ma­łym kocu w swo­jej su­kience. Uśmie­chała się, ma­jąc na gło­wie słom­kowy ka­pe­lusz, i wy­glą­dała na szczę­śliwą, sku­pioną na oso­bie za obiek­ty­wem. Tym­cza­sem ka­wa­łek da­lej, za jej ple­cami po le­wej, sie­dzia­ły­śmy z Laurą oraz mamą na pia­sku i bu­do­wa­ły­śmy zamki.

To zdję­cie spra­wiło, że zro­biło mi się nie­do­brze. Ostroż­nie odło­ży­łam je do skrzyni, kiedy na­gle usły­sza­łam skrzy­pie­nie otwie­ra­nych drzwi. Za­mar­łam, a serce po­de­szło mi do gar­dła. Mia­łam ochotę scho­wać się po­śród skar­bów, które ukry­wała mama, ale wie­dzia­łam, że to nic nie da. Mu­sia­łam zmie­rzyć się z kon­se­kwen­cjami swo­ich czy­nów.

Po­woli od­wró­ci­łam się na pię­cie. Tak jak my­śla­łam, stała w progu, opie­ra­jąc się o fra­mugę. Miała ręce skrzy­żo­wane na piersi i usta za­ci­śnięte w wą­ską li­nię. Była wście­kła, a ja mia­łam po­ważne kło­poty.

- Co to ma zna­czyć? - za­py­tała.

Nie od­po­wie­dzia­łam, po­nie­waż się na­uczy­łam, że to było jedno z tych py­tań, na które nie po­win­nam udzie­lać od­po­wie­dzi. To mo­gło po­gor­szyć sprawę, a mama i tak wi­działa, co ro­bi­łam.

- Z kim roz­ma­wia­łaś? - do­py­ty­wała.

Spu­ści­łam wzrok na swoje stopy, po­nie­waż mia­łam wra­że­nie, że jej spoj­rze­nie wy­pala we mnie dziurę na wy­lot. Ni­gdy wcze­śniej nie wi­dzia­łam mamy aż tak wście­kłej i za­czę­łam się jej bać.

- Wiesz, że nie wolno ci wcho­dzić do mo­jego po­koju bez po­zwo­le­nia - po­wie­działa, prze­ci­na­jąc po­miesz­cze­nie i za­my­ka­jąc wieko skrzyni z gło­śnym trza­skiem. - Dla­czego to zro­bi­łaś?

- Nu­dziło nam się - wy­bą­ka­łam, a w mo­ich oczach sta­nęły łzy.

- Nam? - po­wtó­rzyła z na­ci­skiem, a kiedy nie­znacz­nie kiw­nę­łam głową, do­dała: - Spójrz na mnie, jak do cie­bie mó­wię.

Po­słusz­nie wy­ko­na­łam jej po­le­ce­nie, a po moim po­liczku mi­mo­wol­nie spły­nęła łza. Na ten wi­dok rysy twa­rzy mamy zła­god­niały. W jej oczach do­strze­głam na­wet cień współ­czu­cia.

- Po­wiedz mi, Polu, z kim roz­ma­wia­łaś? - po­wtó­rzyła ła­god­nie.

- Li­wia - po­pra­wi­łam ją ma­chi­nal­nie i od razu tego po­ża­ło­wa­łam.

Mama przy­mknęła na chwilę oczy, a kiedy je otwo­rzyła, jej twarz przy­brała wy­raz, któ­rego naj­bar­dziej nie lu­bi­łam. Przy­po­mi­nał nie­prze­nik­nioną ma­skę.

- Roz­ma­wia­łaś z Laurą, prawda? - do­my­śliła się.

Wie­dzia­łam, że nie było sensu da­lej się opie­rać, więc przy­tak­nę­łam.

- Ro­zej­rzyj się - po­le­ciła. - Czy wi­dzisz gdzieś ja­kąś Laurę?

- Ukrywa się.

Głę­boko wes­tchnęła, po­cie­ra­jąc dło­nią skro­nie. Przez dłuż­szą chwilę mil­czała, ku­ca­jąc przede mną i sku­pia­jąc swój wzrok na czymś, co znaj­do­wało się po­nad moim ra­mie­niem. By­łam zbyt prze­ra­żona, żeby się po­ru­szyć i zo­ba­czyć, na co pa­trzyła, więc sta­łam da­lej na swoim miej­scu i ga­pi­łam się na swoje stopy.

- No do­brze - ode­zwała się w końcu. - Idź do swo­jego po­koju, a ja znajdę Laurę i z nią po­roz­ma­wiam.

- Nie - wy­pa­li­łam, za­nim zdą­ży­łam ugryźć się w ję­zyk.

Spoj­rzała na mnie py­ta­jąco, więc od­wró­ci­łam wzrok. Nie mo­głam jej po­wie­dzieć, że Laura jej nie lu­biła, bo z pew­no­ścią za­bro­ni­łaby mi się z nią ba­wić. Dla­tego po­słusz­nie przy­tak­nę­łam i ru­szy­łam w stronę swo­jego po­koju, ma­jąc na­dzieję, że jesz­cze kie­dyś zo­ba­czę wła­sną sio­strę.

ROZ­DZIAŁ 1

Wtedy

Spie­nione ję­zory wody mu­skały moje stopy, kiedy wy­trwale sta­wia­łam ko­lejne kroki na osu­wa­ją­cym się pia­sku. Ści­ska­łam za dłoń Laurę, pró­bu­jąc do­dać so­bie od­wagi. Obie by­ły­śmy po­twor­nie prze­ra­żone, ale zde­cy­do­wa­ły­śmy, że spró­bu­jemy pod­pły­nąć do mamy, która była da­leko od brzegu.

Nie po­tra­fi­ły­śmy jesz­cze sa­mo­dziel­nie pły­wać, więc na ra­mio­nach mia­ły­śmy dmu­chane rę­kawki, a w wol­nej ręce każda z nas trzy­mała swoje dmu­chane kółko. Tak uzbro­jone ru­szy­ły­śmy po na­grza­nym od słońca pia­sku pro­sto do wody.

Nie wy­róż­nia­ły­śmy się ni­czym od po­zo­sta­łych dzieci, które także ta­plały się w je­zio­rze, więc nikt nie zwró­cił na nas uwagi. Pro­ble­mem mógł być brak opie­kuna, ale to także ła­two można wy­tłu­ma­czyć. W końcu mama mo­gła le­żeć na po­bli­skim kocu albo być jedną z wielu ko­biet, które stały w po­bliżu swo­ich po­ciech. Tylko my wie­dzia­ły­śmy, gdzie tak na­prawdę była.

Uno­siła się na wo­dzie, jakby le­żała na swoim łóżku i od­po­czy­wała, a kiedy za­uwa­żyła, że idziemy w jej stronę, od­wró­ciła się na brzuch i za­częła do nas ma­chać. W jej ciem­nych wło­sach od­bi­jały się pro­mie­nie słońca, a blada skóra kon­tra­sto­wała z ciemną ta­flą je­ziora.

- Mama! - za­wo­ła­łam, uśmie­cha­jąc się do niej.

Wy­glą­dała, jakby była sy­reną, która wła­śnie wy­nu­rzyła się z głę­bin, aby po­pa­trzeć na ba­wią­cych się wzdłuż brzegu lu­dzi. Zu­peł­nie jak Arielka, którą ra­zem z Laurą ostat­nio bar­dzo po­lu­bi­ły­śmy.

Też chcia­łam być Arielką, więc po­cią­gnę­łam sio­strę, która za­trzy­mała się obok mnie, i zro­bi­łam ko­lejny krok w wo­dzie, aż za­częła się­gać mi ko­lan. Za­pa­da­jący się pia­sek po­wo­do­wał, że nie wi­dzia­łam swo­ich stóp, które za­częły spra­wiać wra­że­nie, jakby za­ta­piały się w mrocz­nej ot­chłani.

Wy­stra­szona spoj­rza­łam na Laurę. Bar­dzo chcia­łam pójść da­lej, ale na­gle prze­sta­łam czuć się pew­nie. W jej oczach, które przy­po­mi­nały moje, także do­strze­głam wa­ha­nie.

Mo­gły­śmy jesz­cze za­wró­cić. Wyjść z wody i wró­cić na ko­cyk, gdzie po­cze­ka­ły­by­śmy na mamę. W końcu do­łą­czy­łaby do nas, mó­wiąc, że tego było jej trzeba. Za­wsze to po­wta­rzała, kiedy wra­cała z ką­pieli w je­zio­rze. Na­stęp­nie ku­pi­łaby nam lody i po­mo­głaby nam zbu­do­wać ko­lejne zamki z pia­sku. Tak, jak ro­bi­ły­śmy to każ­dego dnia.

Bar­dzo lu­bi­łam ten nasz co­dzienny zwy­czaj. Tata rano wy­cho­dził do pracy, a my wy­jeż­dża­ły­śmy nad wodę, gdzie spę­dza­ły­śmy cały dzień. Do domu wra­ca­ły­śmy do­piero wie­czo­rem, gdzie cze­kała na nas przy­go­to­wana przez niego ko­la­cja, którą ja­dły­śmy z wil­czym ape­ty­tem, po czym od razu szły­śmy spać. Mimo to chęć do­łą­cze­nia do mamy była sil­niej­sza ode mnie.

Pa­trzy­łam na nią, kiedy tak swo­bod­nie uno­siła się na po­wierzchni, ma­rząc o tym, żeby zro­bić to samo. Po­ło­żyć się na ple­cach i wpa­try­wać się w błę­kitne niebo. Tak jakby wcale się przy tym nie mę­czyła, a na­wet od­po­czy­wała, ba­lan­su­jąc po­mię­dzy dwoma świa­tami - tym pod­wod­nym oraz na­szym. Jak praw­dziwa sy­rena.

Bra­ko­wało tak nie­wiele, że­by­śmy rów­nież mo­gły się nimi stać. Wy­star­czyło pod­pły­nąć do mamy, a ona z pew­no­ścią po­ka­za­łaby nam, jak po­win­ny­śmy to zro­bić. Wpro­wa­dzi­łaby nas w pod­wodny świat i we trójkę mo­gły­by­śmy być sy­re­nami.

Po­ło­ży­łam kółko, które za­częło uno­sić się na po­wierzchni. Pu­ści­łam dłoń Laury, a na­stęp­nie ostroż­nie we­szłam do środka. Pod­cią­gnę­łam je do pasa, przy­trzy­mu­jąc obu­rącz, po czym spoj­rza­łam na sio­strę, żeby się upew­nić, że zro­biła to samo. Kiedy obie by­ły­śmy już go­towe na dal­szą drogę, spoj­rza­ły­śmy w stronę mamy. Nie było jej tam.

Przez kilka dłu­gich se­kund ga­pi­ły­śmy się w miej­sce, gdzie chwilę wcze­śniej znaj­do­wała się jej głowa, li­cząc na to, że za mo­ment wy­nu­rzy się na po­wierzch­nię i po­ma­cha do nas, ale nic ta­kiego się nie wy­da­rzyło.

Laura za­częła pła­kać, a ja nie mo­głam się po­wstrzy­mać, więc do­łą­czy­łam do niej, wo­ła­jąc przez łzy mamę. Na­gle ktoś za­czął prze­raź­li­wie krzy­czeć i wo­łać po­mocy. Kilka se­kund póź­niej do wody wbie­gło mnó­stwo lu­dzi.

Nikt nie przej­mo­wał się nami, więc obie prze­wró­ci­ły­śmy się pod wpły­wem wzbu­rzo­nych fal. Do­brze, że mia­ły­śmy na so­bie kółka oraz dmu­chane rę­kawy. Dzięki temu nie zna­la­zły­śmy się pod po­wierzch­nią, kiedy za­pa­no­wał chaos.

Za­uwa­ży­łam, jak ko­biety w po­śpie­chu wy­no­szą swoje dzieci z wody. Jedna z nich po­de­szła do nas i wzięła Laurę na ręce.

- Chodź, ko­cha­nie - po­wie­działa. - Tu­taj nie jest bez­piecz­nie.

Wy­cią­gnęła do mnie dłoń, ale nie chcia­łam z nią pójść, więc ucie­kłam od niej, ma­rząc tylko o tym, żeby wró­cić do mamy.

- Mama! - łka­łam. - Mama!

- Tu­taj je­stem. - Usły­sza­łam.

Mia­łam za­mglone od łez oczy, ale do­strze­głam ciemne włosy mamy, jej bladą skórę oraz uśmiech. Wy­cią­gnęła do mnie ręce, więc od razu wpa­dłam w jej bez­pieczne ra­miona.

- Mama już jest - wy­szep­tała.

Miała dziwny głos, ale nie zwra­ca­łam na to uwagi. By­łam zbyt prze­ra­żona jej na­głym znik­nię­ciem i jed­no­cze­śnie szczę­śliwa, że wró­ciła. Chcia­łam tylko, żeby za­brała mnie do domu.

I tak zro­biła.

ROZ­DZIAŁ 2

Te­raz

Ze­szłam na dół, czu­jąc jak mój żo­łą­dek zwią­zuje się co­raz cia­śniej w su­peł. By­łam tak prze­jęta, że nie po­tra­fi­łam ustać na no­gach, więc prze­szłam do kuchni i usia­dłam na krze­śle przy wy­spie.

- Pięk­nie wy­glą­dasz - po­wie­działa mama, sta­wia­jąc przede mną ku­bek z pa­ru­jącą kawą. - Na pewno świet­nie wy­pad­niesz.

Spoj­rza­łam na swoją ołów­kową szarą spód­nicę i czarną bluzkę z ko­ron­ko­wym wy­koń­cze­niem.

- Nie idę tam po­ka­zać sie­bie, tylko moje prace - za­uwa­ży­łam, bio­rąc łyk go­rą­cego na­poju.

- Wiem, wiem - przy­tak­nęła, po­da­jąc mi ta­lerz z to­stami. - Je­stem pewna, że przy­padną im do gu­stu.

Spoj­rza­łam na je­dze­nie. Wy­glą­dało ape­tycz­nie, ale by­łam pewna, że nic mi nie przej­dzie przez za­ci­śnięte z ner­wów gar­dło, więc od­su­nę­łam od sie­bie ta­lerz i po­now­nie przy­sta­wi­łam do ust ku­bek z kawą.

- Za mie­siąc mam uro­dziny - wy­pa­li­łam, chcąc zmie­nić te­mat, aby cho­ciaż na chwilę za­po­mnieć o dzi­siej­szej roz­mo­wie kwa­li­fi­ka­cyj­nej. - Pa­mię­tasz, że obie­ca­łaś mi, że tym ra­zem spę­dzimy je nad wodą?

Mama znie­ru­cho­miała. Stała od­wró­cona do mnie ty­łem, przez co nie wi­dzia­łam jej wy­razu twa­rzy, jed­nak mo­głam się do­my­ślić, co się na niej znaj­do­wało, po­nie­waż wi­dzia­łam to wiele razy wcze­śniej. Wes­tchnęła, po czym od­sta­wiła dzba­nek z kawą na miej­sce. Po­woli od­wró­ciła się w moją stronę, trzy­ma­jąc w dło­niach ku­bek z na­po­jem, i przy­brała zna­jomą ma­skę.

- Oczy­wi­ście, że pa­mię­tam - od­parła, opie­ra­jąc się ple­cami o blat ku­chenny. - Po­my­śla­łam tylko, że mo­gły­by­śmy po­je­chać w góry.

Po­krę­ci­łam z nie­do­wie­rze­niem głową.

- Znowu?

Wzru­szyła ra­mio­nami, bio­rąc łyk kawy.

- Na pewno le­piej spę­dzimy tam czas - wy­znała. - Mo­żemy zdo­być nowy szczyt, a wie­czo­rem pój­dziemy na ko­la­cję do ja­kiejś do­brej re­stau­ra­cji.

Skrzy­żo­wa­łam dło­nie na piersi, po czym spoj­rza­łam hardo na mamę.

- My­śla­łam, że lu­bisz góry - za­uwa­żyła nie­win­nie.

- Uwiel­biam, ale cho­ciaż raz chcia­ła­bym po­je­chać nad wodę - przy­zna­łam, po­chy­la­jąc się nad bla­tem. Wi­dzia­łam po mi­nie mamy, że na­dal nie była prze­ko­nana, więc do­da­łam: - Nie musi to być mo­rze, wy­star­czy mi po­bli­skie je­zioro z plażą.

- Po­roz­ma­wiamy o tym kiedy in­dziej. - Od­sta­wiła ku­bek do zlewu. - Spóź­nię się do pracy.

- Ja­sne - mruk­nę­łam, po­nie­waż wie­dzia­łam, że to nie na­stąpi zbyt szybko.

Po­de­szła do mnie i po­ca­ło­wała mnie w po­li­czek.

- Po­wo­dze­nia na roz­mo­wie - po­wie­działa, głasz­cząc mnie po gło­wie. - Na­pisz do mnie, jak bę­dziesz wra­cać do domu.

- Okej.

Wy­szła, zo­sta­wia­jąc mnie z ro­sną­cym roz­cza­ro­wa­niem. Nie po­win­nam po­ru­szać tego te­matu te­raz, kiedy za chwilę mia­łam od­być naj­waż­niej­szą roz­mowę w swoim ży­ciu, po­nie­waż czu­łam się przez to jesz­cze go­rzej i oba­wia­łam się, że to wpły­nie na moją pre­zen­ta­cję. Nie­stety po­my­śla­łam o tym za późno i je­dyne, co mi zo­stało, to wziąć się w garść.

Wsta­łam, za­bie­ra­jąc ze sobą na­czy­nia do zlewu. Umy­łam je, po­ło­ży­łam na su­szarce, a po­tem wy­tar­łam ręce w ręcz­nik. Ru­szy­łam do wyj­ścia, cho­ciaż mia­łam jesz­cze tro­chę czasu w za­pa­sie, ale wo­la­łam do­trzeć na miej­sce szyb­ciej, a nie na ostatni mo­ment.

Wy­szłam z domu i za­mknę­łam drzwi na klucz. Scho­wa­łam go do kie­szeni, a na­stęp­nie wy­cią­gnę­łam z to­rebki klu­czyki od sa­mo­chodu. Od­wró­ci­łam się w stronę pod­jazdu i zer­k­nę­łam na skrzynkę na li­sty.

Dawno do niej nie za­glą­da­łam, więc po­sta­no­wi­łam spraw­dzić jej za­war­tość. By­łam pewna, że je­śli nie zro­bię tego od razu, to znowu wy­leci mi to z głowy, dla­tego po­now­nie wy­cią­gnę­łam klu­cze z kie­szeni i otwo­rzy­łam ją. Wśród ol­brzy­miej ilo­ści re­klam za­uwa­ży­łam pocz­tówkę.

Wy­dało mi się to dziwne, więc odło­ży­łam re­klamy z po­wro­tem do środka i chwy­ci­łam nie­wielki kar­to­nik obu­rącz. Nie pa­mię­tam, kiedy ktoś ostat­nio wy­słał nam pocz­tówkę, ale na pewno było to do­brych kilka lat temu. W dzi­siej­szych cza­sach wszy­scy zna­jomi prze­sy­łali zdję­cia z wa­ka­cji przez Mes­sen­gera, do­da­jąc do nich po­zdro­wie­nia. Nikt już nie wy­si­lał się na ku­po­wa­nie ład­nych pocz­tó­wek i szu­ka­nie poczty, aby je wy­słać do bli­skich osób.

Unio­słam kar­to­nik na wy­so­kość oczu, przy­glą­da­jąc się ob­ra­zowi, jaki przed­sta­wiał. Piasz­czy­sta plaża, ciemna woda i drew­niany po­most nie tylko były piękne, ale także wy­da­wały mi się zna­jome.

Po­czu­łam ucisk w żo­łądku. Mia­łam wra­że­nie, że już kie­dyś tam by­łam, ale wie­dzia­łam, że to nie mo­gła być prawda. Mama ni­gdy nie za­bie­rała mnie nad wodę, więc pew­nie mu­sia­łam wi­dzieć te je­zioro na zdję­ciach zna­jo­mych albo w te­le­wi­zji.

Od­wró­ci­łam pocz­tówkę na drugą stronę, chcąc się do­wie­dzieć, kto ją przy­słał, jed­nak nie za­wie­rała żad­nej wska­zówki, oprócz znaczka, mo­jego ad­resu oraz krót­kiej tre­ści: "Czas wró­cić do domu".

Nie wie­dzia­łam, co to miało ozna­czać, ale by­łam pewna, że nie po­win­nam za­wra­cać so­bie tym głowy. Rów­nie do­brze to mógł być głupi żart albo słaba re­klama dom­ków let­ni­sko­wych, które znaj­do­wały się w po­bliżu tego uro­kli­wego je­ziora.

Scho­wa­łam pocz­tówkę do to­rebki, za­mknę­łam skrzynkę na li­sty i ru­szy­łam w stronę sa­mo­chodu, sku­pia­jąc swoje my­śli na roz­mo­wie kwa­li­fi­ka­cyj­nej, która miała się od­być za pół go­dziny.

ROZ­DZIAŁ 4

Te­raz

Prze­kro­czy­łam próg wy­daw­nic­twa aku­rat wtedy, kiedy wy­biła go­dzina dzie­siąta. Nie spo­dzie­wa­łam się, że na dro­dze będą ta­kie korki, a na mie­ście tłumy, przez które nie po­tra­fi­łam zna­leźć miej­sca par­kin­go­wego. Mu­sia­łam za­par­ko­wać kilka ulic da­lej, co przy­czy­niło się do mo­jej za­dyszki i do­tar­cia na miej­sce z lek­kim opóź­nie­niem.

Ro­zej­rza­łam się do­okoła. Wo­kół nie było żad­nej ży­wej du­szy. Nie wie­dzia­łam, gdzie po­win­nam pójść. Wła­ści­wie to umó­wi­li­śmy się tylko na kon­kretną go­dzinę. Nic wię­cej.

Sta­łam tak może z pięć mi­nut, plu­jąc so­bie w brodę, że nie po­my­śla­łam o tym wcze­śniej, żeby za­py­tać, gdzie po­win­nam się kie­ro­wać po wej­ściu do bu­dynku. Po pro­stu za­ło­ży­łam, że ktoś bę­dzie sie­dział przy re­cep­cji lub wo­kół bę­dzie się krę­ciło mnó­stwo lu­dzi. W końcu była do­piero dzie­siąta rano. Ocze­ki­wa­łam, że o tej go­dzi­nie praca bę­dzie wrzeć na każ­dym rogu. Zza za­mknię­tych drzwi do­bie­gać będą od­głosy ży­wej de­baty, a po ko­ry­ta­rzach prze­my­kać będą za­bie­gani pra­cow­nicy.

Moje wy­obra­że­nie bar­dzo od­bie­gało od rze­czy­wi­sto­ści, przez co po­czu­łam, jak ro­śnie we mnie roz­cza­ro­wa­nie, po­głę­bia­jące się z każdą ko­lejną mi­nutą, którą spę­dza­łam na opu­sto­sza­łym holu. Na­gle moim oczom uka­zała się ko­bieta.

Po­czu­łam, jak wy­peł­nia mnie ulga, a w moim sercu po­ja­wiła się iskierka na­dziei.

- Prze­pra­szam - zwró­ci­łam się do niej.

Znaj­do­wała się kilka me­trów ode mnie i nie by­łam pewna, czy mnie usły­szała, po­nie­waż nie od­wra­cała wzroku od swo­jego te­le­fonu, jed­nak po chwili na mnie po­pa­trzyła, co ośmie­liło mnie do tego, żeby zro­bić kilka kro­ków w jej stronę.

- Słu­cham? - za­py­tała, naj­wy­raź­niej za­sko­czona moją obec­no­ścią.

- By­łam umó­wiona na roz­mowę kwa­li­fi­ka­cyjną - wy­ja­śni­łam, a kiedy jej mina po­zo­stała taka sama, to do­da­łam: - Je­stem ilu­stra­torką.

Li­czy­łam, że te słowa coś zmie­nią, ale bruzda po­mię­dzy brwiami ko­biety co­raz bar­dziej się po­głę­biała. Za­czę­łam się za­sta­na­wiać, czy przy­pad­kiem cze­goś nie po­my­li­łam. Może umó­wiona by­łam na inną go­dzinę. Inny dzień nie wcho­dził w grę, bo do­sko­nale za­pa­mię­ta­łam, że mam roz­mowę czwar­tego lipca. Tego sa­mego dnia obro­ni­łam pracę li­cen­cjacką oraz zda­łam prawo jazdy. Mia­łam na­dzieję, że ta data po raz ko­lejny przy­nie­sie mi suk­ces.

- Dzi­siaj miała od­być się tylko jedna roz­mowa kwa­li­fi­ka­cyjna - za­uwa­żyła ko­bieta, a ja uśmiech­nę­łam się sze­roko, da­jąc jej nie­wer­balny znak, że cho­dziło o mnie. - Za­koń­czyła się ja­kieś pięt­na­ście mi­nut temu.

Po­czu­łam, jak krew od­pływa mi z twa­rzy. Zro­biło mi się słabo, a przed oczami za­czę­łam wi­dzieć mroczki. Wzię­łam głę­boki wdech, a póź­niej po­woli wy­pu­ści­łam po­wie­trze z płuc. Pró­bo­wa­łam się uspo­koić, ale cała trzę­słam się jak ga­la­reta.

- To nie­moż­liwe - wy­szep­ta­łam. - By­łam umó­wiona na dzie­siątą.

- Go­dzina spo­tka­nia zo­stała prze­su­nięta, o czym po­in­for­mo­wa­li­śmy kan­dy­datkę drogą ma­ilową. - Wes­tchnęła, a na­stęp­nie spoj­rzała na mnie współ­czu­jąco. - Może po­my­liła pani dzień. Pro­szę spraw­dzić jesz­cze raz e-mail. A te­raz prze­pra­szam, ale się spie­szę.

Prze­szła obok i znik­nęła w ko­ry­ta­rzu, zo­sta­wia­jąc mnie samą z bi­ją­cymi się my­ślami. Nie po­tra­fi­łam uwie­rzyć w to, co po­wie­działa. By­łam pewna, że do­brze za­pa­mię­ta­łam ter­min, ale na­gle za­czę­łam w to wąt­pić.

Trzę­są­cymi się dłońmi wy­cią­gnę­łam te­le­fon z to­rebki i od­blo­ko­wa­łam ekran. We­szłam na pocztę, a na­stęp­nie przej­rza­łam przy­cho­dzące ma­ile, szu­ka­jąc tych od wy­daw­nic­twa. Zdzi­wi­łam się, kiedy do­strze­głam od­czy­taną wia­do­mość sprzed ty­go­dnia, która tra­fiła do Nie­chcia­nych. Nie za­uwa­ży­łam jej wcze­śniej, cho­ciaż prze­glą­da­łam pocztę co naj­mniej kilka razy dzien­nie.

Klik­nę­łam na ma­ila, cho­ciaż pod­świa­do­mie wie­dzia­łam już, co zo­ba­czę. Kilka se­kund póź­niej moim oczom uka­zała się in­for­ma­cja o zmia­nie go­dziny spo­tka­nia.

- Pani Da­mer? - Usły­sza­łam za swo­imi ple­cami.

Pod­sko­czy­łam za­sko­czona. By­łam tak za­my­ślona, że nie za­uwa­ży­łam, kiedy prze­sta­łam być sama. Po­ło­ży­łam dłoń na sercu, które omal nie wy­sko­czyło mi z klatki pier­sio­wej, a na­stęp­nie od­wró­ci­łam się w stronę głosu.

- Za­po­mniała pani cze­goś? - za­py­tał męż­czy­zna w śred­nim wieku.

- Nie, ja... - od­par­łam, ale szybko za­mil­kłam, po­nie­waż nie wie­dzia­łam, co wła­ści­wie po­win­nam po­wie­dzieć. W gło­wie mia­łam pustkę. - Chcia­łam sko­rzy­stać jesz­cze z ła­zienki.

Tak wła­ści­wie to chcia­łam wie­dzieć, co, do cho­lery, się stało? Ja­kim cu­dem od­była się roz­mowa kwa­li­fi­ka­cyjna, na którą tylko ja by­łam za­pro­szona, skoro mnie na niej nie było? I skąd ten fa­cet znał moje na­zwi­sko?

- Mu­szę przy­znać, że pani prace były świetne - po­wie­dział, uśmie­cha­jąc się do mnie sze­roko. - Ide­al­nie wpa­so­wuje się pani w na­sze wy­obra­że­nia co do ilu­stra­cji no­wej książki dla dzieci, więc chyba jesz­cze dzi­siaj po­dej­miemy de­cy­zję o współ­pracy z pa­nią.

Przez głowę prze­szła mi nie­po­ko­jąca myśl, która wraz z jego ko­lej­nymi sło­wami sta­wała się co­raz bar­dziej re­alna.

O Boże.

Zmu­si­łam się do uśmie­chu, cho­ciaż by­łam pewna, że wy­szedł z tego tylko gry­mas. Wcale nie cie­szy­łam się z tego, że chcieli mnie przy­jąć. By­łam zbyt prze­ra­żona tym, że ktoś praw­do­po­dob­nie pod­szył się pode mnie, przy­szedł na moją roz­mowę kwa­li­fi­ka­cyjną i za­pre­zen­to­wał Bóg wie co, dzięki czemu mia­łam do­stać swoją wy­ma­rzoną pracę.

Nie wie­dzia­łam, dla­czego ja­kaś osoba za­dała so­bie tyle trudu, co to miało na celu i ja­kim cu­dem się udało, skoro te­raz ten męż­czy­zna był prze­ko­nany, że tylko wró­ci­łam po swoją zgubę. To mo­gło je­dy­nie ozna­czać, że ten ktoś był bar­dzo do mnie po­dobny, a to z ko­lei było nie­praw­do­po­dobne, nie­moż­liwe i cho­ler­nie prze­ra­ża­jące.

Co, do cho­lery, się dzieje?

- Do­brze się pani czuje? - za­py­tał. - Jest pani bar­dzo blada.

Spoj­rza­łam na niego, cho­ciaż w ogóle go nie wi­dzia­łam.

- Gdzie jest ła­zienka?

Wska­zał dło­nią kie­ru­nek, a ja rzu­ci­łam się w tamtą stronę. Wbie­głam do środka i za­mknę­łam za sobą drzwi, opie­ra­jąc się o nie ple­cami. Serce wa­liło mi jak osza­lałe, a nogi mi­mo­wol­nie ugięły się pode mną. Opa­dłam na ty­łek, za­le­wa­jąc się łzami.

Mia­łam wra­że­nie, że tkwi­łam w swoim naj­gor­szym kosz­ma­rze, i ma­rzy­łam tylko o tym, żeby w końcu się z niego obu­dzić. Za­mknę­łam oczy, cho­wa­jąc głowę w ra­mio­nach. Chcia­łam otwo­rzyć je do­piero wtedy, kiedy będę pewna, że znaj­duję się w swoim łóżku, a to wszystko było tylko złym snem.

Po chwili po­czu­łam, jak ktoś na­piera na drzwi, pró­bu­jąc do­stać się do środka.

- Halo? - Usły­sza­łam, a na­stęp­nie roz­le­gło się pu­ka­nie. - Jest tam kto?

Otwo­rzy­łam oczy i wy­tar­łam łzy z po­licz­ków. Pod­nio­słam się, po czym od­su­nę­łam się od drzwi. Nie­spiesz­nie na­ci­snę­łam na klamkę, a kiedy sta­nę­łam twa­rzą w twarz z ko­bietą, która pró­bo­wała wejść do środka, wy­mi­nę­łam ją i jakby ni­gdy nic ru­szy­łam przed sie­bie.

Wo­kół za­uwa­ży­łam prze­my­ka­ją­cych lu­dzi. Nie­któ­rzy szli na spo­tka­nia, nie zwra­ca­jąc na mnie uwagi, a inni tło­czyli się w nie­wiel­kich grup­kach na ko­ry­ta­rzach oraz w holu. Nie wie­dzia­łam, skąd na­gle się tam wzięli, ale nie ob­cho­dziło mnie to za bar­dzo. Czu­łam na so­bie ich spoj­rze­nia, kiedy prze­ci­ska­łam się po­mię­dzy nimi, mimo to nie na­wią­za­łam z ni­kim kon­taktu wzro­ko­wego ani nie za­trzy­ma­łam się cho­ciaż na se­kundę. Szłam da­lej, aż do­tar­łam do wyj­ścia.

My­śla­łam, że kiedy prze­kro­czę próg i znajdę się na ru­chli­wej ulicy, to coś się zmieni. Olśni mnie i zro­zu­miem, co wła­śnie się wy­da­rzyło. Pojmę ten dziwny żart, a wtedy wszystko wróci do normy.

My­li­łam się. Nic się nie zmie­niło. Świat mknął do przodu, ale już nie za­brał mnie ze sobą. Wszy­scy żyli da­lej, jakby nic się nie stało, a ja się za­trzy­ma­łam na tym jed­nym mo­men­cie, który od­mie­nił moje ży­cie, cho­ciaż wtedy jesz­cze nie wie­dzia­łam jak bar­dzo.

Sta­łam na za­tło­czo­nym chod­niku, nie bę­dąc świa­doma tego, że ten kosz­mar w ogóle nie zbli­żał się do końca. On do­piero się za­czy­nał, a naj­gor­sze było przede mną.

Re­dak­cja: Alek­san­dra Wroń­skaKo­rekta: Ola Ju­rysz­czakPro­jekt okładki: To­masz Bier­natSkład: To­masz Bier­nat

Co­py­ri­ght by Ju­styna Span­del 2025Co­py­ri­ght for the Po­lish Edi­tion by Wy­daw­nic­two Nocą,War­szawa 2025

Druk i oprawa:Abe­dik S.A.

ISBN: 978-83-68037-68-5

WYDAW­NIC­TWO NOCĄul. Fi­li­piny Pła­sko­wic­kiej 46/8902-778 War­szawaNIP: 9512496374www.wy­daw­nic­two­noca.ple-mail: kon­takt@wy­daw­nictwonoca.pl