Fale i echa - Agata Czykierda-Grabowska

Kup ebooka

19.99 zł
16.59 zł (16,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

8.

Przebrałem się i od razu po powrocie do domu wziąłem prysznic. Ten dzień był w miarę spokojny. Mieliśmy tylko trzy wyjazdy: jeden do domu prywatnego, dwa do szpitala. W pracy byłem skupiony jak zawsze, ale moją głowę wypełniała... Nina.

Przyczyną mojego zmęczenia była nasza nocna rozmowa, ale nie żałowałem. Nie żałowałem ani jednej minuty. Byłem nawet gotów do niej jechać, ale rozumiałem i podziwiałem jej rozsądne podejście do sytuacji. Gdyby się zgodziła, bałbym się o nią jeszcze bardziej.

Słyszałem, że jest zmęczona, ale mówiłem i mówiłem, bo chciałem, aby przeminęła pora, w której co noc budzi się z przerażeniem. Gdy mi o tym powiedziała, zabolało mnie serce. Wiedziałem, jak to jest, i chciałem przy niej być. Najchętniej wziąłbym ją w ramiona i został z nią do rana, ale nie mogłem, bo Nina była rozsądna. Jedyne, co mogłem zrobić, to mówić. No więc mówiłem i mówiłem, aż zachrypłem. Kleiły mi się oczy i czułem, że jeszcze minuta, a stracę kontakt z bazą, ale dałem radę. Gdy wybiła trzecia, pozwoliłem jej zasnąć.

Po prysznicu założyłem spodnie dresowe i T-shirt, a potem zjadłem kolację. Właściwie był to wczorajszy obiad. Ryż, kawałek kurczaka i pomidory. Wziąłem ze sobą talerz i usiadłem przed telewizorem. Nie mogłem się powstrzymać i sięgnąłem po telefon. Nie znałem nazwiska Niny, więc nie mogłem wejść na jej Facebooka czy Instagrama. Nie uważałem, że byłoby w tym coś złego, gdybym natrafił na jej profil i chciał się o niej czegoś więcej dowiedzieć.

Nie byłem jednak w stanie jej w ten sposób odnaleźć. Za mało informacji.

Chwilę bawiłem się telefonem i wreszcie zdecydowałem się wysłać wiadomość.

Jak Ci minął dzień?

Trzymałem komórkę na kolanach, żeby nie przegapić jej odpowiedzi. Minęło dziesięć minut i nic. Skończyłem jeść, włożyłem talerz do zmywarki, cały czas trzymając telefon w kieszeni.

Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłem tak bardzo zaangażowany w kontakt z jakąkolwiek inną dziewczyną... albo innym człowiekiem. Dlaczego Nina? Bo wszystko w niej było muzyką, a muzyka do mnie przemawiała. Bez niej bym sobie nie poradził. Przy Ninie słyszałem dźwięki. Jej głos, jej ruchy, nawet jej imię były harmonią i przekładały się na melodię. Spotkaliśmy się przy muzyce i to też był ewidentny znak, że powinniśmy się lepiej poznać.

Była piękna i zagubiona. Gdy tamtego wieczoru powiedziała, żebym nie zdradzał jej swojego imienia, poczułem między nami nić porozumienia. Poszedłem do tego klubu, bo chciałem być częścią jakiejś grupy. Chciałem też kogoś poznać i spędzić z tą osobą noc. Wtedy zobaczyłem Ninę i miałem nadzieję, że wyjdziemy stamtąd razem, ale ona zniknęła, jakby rozpłynęła się w kolorowych światłach. Po tym straciłem zainteresowanie dyskoteką i wróciłem do domu.

Telefon wciąż milczał, a ja czułem coraz większe rozczarowanie. Miałem ochotę do niej zadzwonić, ale nie chciałem się narzucać, więc czekałem.

Powinienem położyć się wcześniej i choć trochę odespać zeszłą noc, ale wątpiłem, czy uda mi się zamknąć oczy, jeśli niczego od niej nie usłyszę. Wziąłem gitarę i zacząłem grać coś, co pasowałoby do Niny.

Gdy wczoraj rozłączyła się bez słowa po mojej piosence, przestraszyłem się, że było tego za dużo. Że ją sobą przytłoczyłem. Czasami tak się działo, bo od... bo od kilku lat nie wiedziałem, jak żyć wśród ludzi.

Przygryzłem wnętrze policzka, aż poczułem smak krwi. To przywróciło mnie do rzeczywistości. To i dźwięk przychodzącej wiadomości.

Minął mi dobrze. A Tobie?

Uśmiechnąłem się, a krew zawrzała mi w żyłach.

Cały dzień myślałem o Tobie.

Wysłałem wiadomość, zapominając o tym, że może powinienem przystopować. Ale słyszałem muzykę i nie mogłem się powstrzymać.

Na kolejną odpowiedź czekałem kilka dobrych minut, podczas których brzdąkałem bez sensu. Nie mogłem się skupić.

Nareszcie telefon zawibrował.

Ja o Tobie też :)

Uśmiechnąłem się szeroko, aż zabolał mnie policzek, który wcześniej przygryzłem. Nie zwróciłem na to uwagi. Myślałem kilka sekund, wreszcie postanowiłem zaryzykować.

Chciałabyś się dzisiaj ze mną spotkać? Wśród ludzi. Może w centrum?

Było dwadzieścia po siódmej wieczorem, według niektórych środek dnia. Miałem nadzieję, że Nina jest jedną z tych osób. Trzymałem komórkę w dłoniach, czekając na odpowiedź. Czułem się dziwnie. Odkąd ponownie zobaczyłem ją w metrze, znajdowałem się w stanie permanentnego pobudzenia.

- Zgódź się - szepnąłem do telefonu.

Chętnie. Za ok. godzinę w miejscu, w którym się spotkaliśmy w podziemiach?

Kąciki moich ust omal się nie zerwały, bo tak szeroko się uśmiechnąłem. Od razu odpisałem.

Tak. Będę tam za czterdzieści pięć minut. Do zobaczenia.

Odłożyłem gitarę i dopadłem do szafy. Włożyłem dżinsy i koszulkę z długim rękawem. Skropiłem się perfumami i przyjrzałem się sobie w lustrze. Dotknąłem nadgarstka, na którym miałem ciasno zaciśnięty pasek zegarka.

Zabrałem z wieszaka kurtkę i wyszedłem z mieszkania.

9.

Wysiadłam z autobusu i ruszyłam w stronę przejścia podziemnego obok Rotundy. Był przyjemny ciepły wieczór i w centrum roiło się od ludzi. Byłam zdenerwowana. Gdy przeczytałam SMS-a od Filipa, nie mogłam odmówić. Nie tym razem.

Byłam mu to winna za zeszłą noc. Zrobił to specjalnie. Rozmawiał ze mną, żeby przeczekać ten najgorszy dla mnie czas. Udało mu się. Pierwszy raz od dawna nie obudziłam się z uczuciem panicznego strachu.

Zbiegłam po schodach i od razu go zobaczyłam. Stał odwrócony do mnie tyłem. Zwolniłam, żeby go poobserwować, nim mnie spostrzeże. Był wysoki i smukły. Miał szerokie ramiona i ciemne, lekko falujące włosy, które wymagały już interwencji fryzjera. Zapragnęłam przeczesać je palcami, a potem dotknąć jego twarzy i tej niewielkiej blizny na prawym policzku, która nie dawała mi spokoju. Takie rzeczy były częścią ludzkiej historii. Tatuaże, ługie, kolorowe spódnice, kolczyki w języku, grzechoczące na nadgarstkach bransoletki, maleńkie blizny na policzkach... Za tym wszystkim coś się kryło. Coś, o czym zadecydowaliśmy sami albo co nas spotkało i zmieniło. Coś, co nas ukształtowało.

Filip odwrócił się i uśmiechnął szeroko na mój widok. Zrobił w moją stronę kilka kroków, a ja pokonałam dwa stopnie.

- Cześć - powiedział, nie przestając się uśmiechać.

Gdy tak na mnie patrzył, miałam wrażenie, że jesteśmy jedynymi ludźmi na świecie.

- Cześć - przywitałam się i rozejrzałam dookoła. - To dokąd idziemy?

- Nie wiem. Najlepiej tam, gdzie nas nogi poniosą. - Wszedł na stopień, na którym stałam.

Uniosłam sceptycznie jedną brew.

- To jest twój plan? - zapytałam.

- Brak planu jest moim planem - odparł i opuszkami palców dotknął mojej dłoni.

Musnął je tak delikatnie, że przez chwilę wydawało mi się, że sobie to wyobraziłam. Omal nie zamknęłam oczu. Chciałam, żeby zrobił tak jeszcze raz. Chciałam to poczuć całą sobą.

Filip patrzył na mnie, jakby pytał o zgodę. Był niecierpliwy, widziałam to. Pragnął mnie dotknąć.

- W takim razie chodźmy - powiedziałam.

Skinął głową i poczekał, aż zrobię pierwszy krok. Poprowadziłam nas tunelem na drugą stronę ulicy. Wyszliśmy przy Patelni, a potem schodami ruszyliśmy w stronę placu Defilad. W powietrzu pachniało forsycją, która była w pełni rozkwitu. Gdzieniegdzie na drzewach owocowych pojawiły się już kwiaty.

Gdy znaleźliśmy się na wysokości Pałacu Kultury, Filip wreszcie chwycił mnie za rękę i poprowadził w stronę schodów. Jego ciepła dłoń była delikatna i jednocześnie silna.

- Usiądziemy? - zaproponował, wskazując schodki.

- Okej - odpowiedziałam, cały czas znajdując się w przyjemnym oszołomieniu.

Przez chwilę milczeliśmy, trzymając się za ręce. Nie wiem, czy kiedykolwiek czułam coś podobnego, będąc z drugim człowiekiem. Nie byłam w stanie opisać tego słowami. Nawet nie próbowałam. Po prostu czułam.

Filip kciukiem zataczał delikatne koła na moim nadgarstku. Walczyłam z odruchem zamknięcia oczu.

- W porządku? - zapytał, zwracając się w moją stronę i podnosząc nasze splecione dłonie.

Skinęłam głową, na co on się uśmiechnął. Chciałam przerwać milczenie i zaczęłam przeszukiwać pamięć w poszukiwaniu neutralnego tematu. Już tak dawno nie byłam na randce, że zapomniałam, jak to się robi.

- Wtedy w klubie... - zaczęłam. - Byłeś tam sam czy z przyjaciółmi?

Kiepskie, ale przynajmniej coś znalazłam.

- Sam. - Odwrócił wzrok.

To mnie zaciekawiło. Ja pojawiłam się tam z powodów, które trudno było wytłumaczyć. Zastanawiałam się, co sprowadziło do klubu Dead or Alive Filipa. Wyjście do takich miejsc miało zazwyczaj charakter towarzyski. Zbierało się kilku chętnych znajomych i razem uderzali na miasto.

- Czego tam szukałeś? - zapytałam, spoglądając w jego stronę.

Jego palce zacisnęły się na moich. Spojrzał mi prosto w oczy. Dlaczego mężczyźni wybierali się samotnie do klubów?

- Ach tak - powiedziałam i wysunęłam rękę z jego dłoni.

- Ja... - zaczął, zwracając się w moją stronę - chciałem pójść z kimś do łóżka - powiedział szczerze.

Wiedziałam już, że nie potrafił kłamać i zmyślać. Ceniłam tę cechę ponad wszystko, ale w tej chwili poczułam się nieswojo. Miał prawo chcieć niezobowiązującego seksu. Miał prawo szukać chętnej dziewczyny. Miał prawo... ale w klubie wybrał mnie i myśl, że zależało mu tylko na seksie, trochę mnie ostudziła. Czy tylko to we mnie zobaczył?

Nagle Filip wstał i zaraz przykucnął naprzeciwko mnie.

- To nie tak, jak myślisz - powiedział i delikatnie dotknął mojego podbródka.

Uśmiechnęłam się, słysząc ten wyświechtany zwrot.

- Skąd wiesz, co myślę?

- Widzę. - Westchnął zrezygnowany. - Tak - przyznał. - Gdy cię zobaczyłem, to chciałem, żebyś to była ty. - Zacisnął mocno szczęki. - Od chwili, w której cię dostrzegłem, chciałem, żebyś to była ty. Czy to taka zbrodnia?

Czy to była zbrodnia? Nie, absolutnie nie.

Spojrzałam mu prosto w oczy i niesiona dziwnym pragnieniem, dotknęłam palcami jego podłużnej blizny na policzku. Wyczułam delikatną nierówność, która tak mnie fascynowała. Filip przymknął oczy i westchnął głośno.

- Wszystko okej - powiedziałam. - Nie będę cię oceniać. Każdy czasami potrzebuje... spełnienia. - Wzruszyłam ramionami.

- Tak - przyznał. - I tak nie wyszłabyś wtedy ze mną, prawda? - Uśmiechnął się.

- Raczej nie - przyznałam i odsunęłam dłoń od jego policzka.

Wyglądał na zawiedzionego. Wrócił na miejsce obok mnie. Przez chwilę siedzieliśmy w zupełnej ciszy, obserwując przemykających ludzi. Warszawa tętniła życiem. Jej puls czułam we krwi. Już dawno nie spędziłam wieczoru poza bezpiecznym mieszkaniem, w którym większość czasu poświęcałam na oglądanie telewizji, czytanie, naukę i rysowanie. Czasami dawałam się namówić Anieli na wyjście na kawę, ale nigdy nie imprezowałyśmy razem i nie robiłyśmy spontanicznych wypadów do modnych miejsc.

Zapomniałam, jak miło tak po prostu stać się częścią miasta i ludzi. Nikt nie widział we mnie choroby i strachów, tylko dziewczynę, która mogłaby być każdym i nikim jednocześnie.

- Co planujesz w weekend? - Głos Filipa wyrwał mnie z przyjemnego transu.

- Odwiedza mnie tata - powiedziałam. - Przyjeżdża w sprawach zawodowych, ale pewnie będzie chciał spędzić ze mną trochę czasu. Będzie również próbował zeswatać mnie ze swoim stażystą, Kostkiem - dodałam z uśmiechem, przypominając sobie naszą ostatnią rozmowę.

- Czym zajmuje się twój tata? - zapytał po kilkusekundowej ciszy.

- Jest prawnikiem.

- Dlaczego chce cię zeswatać ze swoim stażystą?

- To taki żart. - Ponownie się zaśmiałam i zaznajomiłam go z poglądami mojego ojca na temat studiów, które wybrałam, i potrzeby znalezienia bogatego męża.

Filip uśmiechnął się krzywo.

- A ten Kostek, to niby dobry materiał na męża? - zapytał. - Lubisz go? - dodał zaraz.

- W ogóle go nie znam - przyznałam. - Widziałam go raz w życiu.

- On na pewno nie napisałby dla ciebie piosenki - skwitował, siląc się na niby urażony ton.

A może nie udawał?

- Pewnie nie - zgodziłam się. - I na pewno nie siedziałby ze mną na telefonie do trzeciej nad ranem, żeby zagadać moje koszmary - dodałam cicho.

Filip uśmiechnął się lekko i zwrócił w moją stronę.

- Gdyby cię naprawdę poznał, zrobiłby to. Zrobiłby dla ciebie wszystko.

Z zaskoczenia otworzyłam usta.

- Dlaczego mówisz takie rzeczy? - Odwróciłam się do niego przodem, żeby móc mu się przyglądać. - Przecież nic o mnie nie wiesz.

Ktoś przemknął obok nas na elektrycznej hulajnodze. Powiodłam wzrokiem za... chulajnogistą? Czy nie tak powinno się o nich mówić?, pomyślałam.

- Próbowałaś kiedyś tym jeździć? - zapytał Flip, ignorując moje wcześniejsze pytanie.

- Nie, a ty?

- Jasne. Mam ściągniętą aplikację. Chcesz spróbować? - Zapalił się do tego pomysłu i skoczył na równe nogi.

- Pewnie - rzuciłam.

Chwycił mnie ponownie za rękę i pociągnął w stronę metra.

- Tam widziałem kilka hulajnóg - wyjaśnił. - Musimy się pospieszyć, zanim ktoś je nam zwinie.

Miał rację. Elektryczne hulajnogi, w przeciwieństwie do rowerów miejskich, można było zostawiać wszędzie. Według mnie był to jeden z głupszych pomysłów władz stolicy. Hulajnogi walały się w najmniej odpowiednich miejscach - na środku chodnika, na trawnikach, przy stacji metra. Były zawadą dla wszystkich.

Zatrzymaliśmy się przy zejściu do podziemi i wybraliśmy jeden ze sprzętów. Filip zalogował się do aplikacji i uruchomił naszego rumaka. Szczerze mówiąc, czułam się podekscytowana tym pomysłem, bo nigdy nie próbowałam na nich jeździć.

- Wskakujesz? - Wskazał miejsce przed sobą.

- Ale jak? Uniesie nas dwoje? - zapytałam.

Chociaż widziałam już taką konfigurację, to jednak sądziłam, że jest to niedozwolone ze względu na konstrukcję pojazdu i obciążenie.

- Uniesie, jesteś drobna. - Uśmiechnął się szeroko i podał mi dłoń1.

- Ci współcześni rycerze - prychnęłam. - Myślałam, że teraz podrywacie na białe mercedesy.

Postawiłam stopę na podnóżku, a Filip zza moich pleców chwycił kierownicę i przysunął się do mnie tak blisko, że stykaliśmy się ciałami. Czułam jego oddech na szyi i zrobiło mi się gorąco.

- Białe mercedesy to chyba raczej Kostek stażysta. Ja jestem typem chłopaka, który podrywa dziewczyny na zielone hulajnogi - powiedział z ustami przy mojej szyi.

W tym momencie nie miałam wątpliwości, który typ chłopaka wolałam.

- Gotowa?

- Jak nigdy wcześniej - wychrypiałam.

Uruchomił manetką silnik i ruszyliśmy. Oderwałam drugą stopę od podłoża i ułożyłam ją na podnóżku. Filip pokierował nas w stronę parkingu na placu Defilad, gdzie rozpędził naszego zielonego rumaka. Gdy natrafiliśmy na nierówność i omal się nie wywróciliśmy, oboje wybuchnęliśmy śmiechem. W pewnym momencie musieliśmy się zatrzymać, żeby wnieść sprzęt po schodach, aby kontynuować podróż. Postanowiliśmy okrążyć Pałac Kultury. Zrobiliśmy tak raz, a potem drugi, trzeci i czwarty. Cały ten czas miałam na ustach szeroki uśmiech. Nie byłam pewna, ale chyba połknęłam muchę. Nie przejęłam się tym.

Gdy się zatrzymaliśmy, byłam rozbawiona, zdyszana i zaczerwieniona od wiatru.

Filip przyglądał mi się uważnie. Też był rozbawiony, ale w jego spojrzeniu było coś więcej. Wyglądał, jakby nie mógł się mną nasycić. Podobało mi się to i jednocześnie przerażało.

- Jesteś głodna? - zapytał zdyszany.

Skinęłam głową.

Odstawiliśmy hulajnogę obok stacji rowerów Veturilo i przeszliśmy tunelem na drugą stronę Marszałkowskiej. Filip nie próbował mnie już chwytać za rękę, co przyjęłam z lekkim rozczarowaniem, ale też ulgą. Było w nim coś intensywnego, coś, czym można się było zarazić albo w tym utonąć.

Wybraliśmy restaurację przy pasażu Wiecha o nazwie Granat. Kelner przyjął zamówienie i przyniósł dla Filipa lemoniadę, a dla mnie zieloną herbatę. Przez moment wpatrywaliśmy się w siebie. W oczach chłopaka zobaczyłam iskierkę rozbawienia i zaciekawienia. W zasadzie ta iskierka nie znikała z jego spojrzenia, odkąd go poznałam. Miałam wrażenie, że była ze mną nawet wtedy, gdy rozmawialiśmy przez telefon.

- Powiesz mi coś więcej o sobie? - zapytał i wziął łyk lemoniady.

- O mnie wiesz już sporo. Ja o tobie prawie nic - zauważyłam. - Masz w Warszawie rodzinę?

Filip na moment się zawahał, trzymając szklankę przy ustach, ale zaraz uśmiechnął się szeroko.

- Nie. Jestem słoikiem. - Wzruszył ramionami. - A ty?

- I tak, i nie. Przyjechałam z Krakowa, ale urodziłam się w Warszawie.

Wyglądał na zainteresowanego.

- Dlaczego się wyprowadziłaś? - zapytał.

Nie chciałam o tym mówić, ale zauważyłam też, że Filip bardzo szybko zmieniał temat, gdy próbowałam wyciągnąć od niego jakieś prywatne informacje. Trochę mnie to niepokoiło.

- To było dawno temu. Chodziło o pracę taty - skłamałam.

- Dlaczego wróciłaś? - kontynuował z tym swoim specyficznym uśmiechem i widocznym zainteresowaniem.

- Po prostu wróciłam. - Spojrzałam mu w oczy z wyzwaniem.

Chciałam, żeby zrozumiał, że ja wiem, iż robi uniki. Mimo to ufałam mu. Ufałam, bo miał w sobie coś, czego nie spotkałam u nikogo innego. Transparentność. Pomimo tajemniczości, widziałam go na wylot. Ale musiał zrozumieć, że nie zdradzę mu więcej, jeśli i on nie zechce się ze mną podzielić informacjami.

- Po prostu wróciłaś - powtórzył z powagą.

- Tak.

Nie odwracał ode mnie spojrzenia. Jego ciemne oczy wciąż się skrzyły, mimo że twarz była pełna powagi. Miałam ochotę zapytać: jak ty to robisz? Jak sprawiasz, że czuję się przy tobie bezpiecznie, jednocześnie się ciebie boję i chcę więcej.

- Dlaczego trzecia w nocy? - zapytał wreszcie.

W pierwszej chwili nie zrozumiałam, ale zaraz oprzytomniałam. Uśmiechnęłam się pod nosem.

- Jestem... jestem bardzo wrażliwa na pewne... informacje. - Zaczęłam, podniosłam do ust filiżankę z herbatą i upiłam mały łyk. - Kiedyś przeczytałam artykuł o tym, że ludzie najczęściej budzą się o trzeciej w nocy. To taki odruch obronny organizmu, bo właśnie nad ranem ludzie najczęściej umierają. Wysiadają im serca i mózgi - powiedziałam i spojrzałam mu w oczy.

- Od tego czasu budzisz się o trzeciej i masz wrażenie, że umierasz? - zapytał normalnym tonem, chociaż do tej pory już dawno powinien uznać mnie za wariatkę.

A może tak dobrze udawał.

- Nie. To pojawiło się kilka lat później - wyjaśniłam. - Ta informacja zakotwiczyła się w mojej głowie... - wskazałam nerwowym gestem na swoje czoło - i któregoś pięknego dnia po prostu zaatakowała - zakończyłam.

- Nie musisz się tego wstydzić - powiedział łagodnie i trącił butem mój trampek.

Podniosłam wzrok i uśmiechnęłam się blado. Na nasz stół wjechały polędwiczki w sosie kurkowym i sałatka z buraka.

- Jesteś pewna, że się tym najesz? - zapytał, rzucając sceptyczne spojrzenie na stojącą przede mną miskę warzyw.

- Na pewno - zapewniłam. - Chcę mieć jeszcze miejsce na deser. Zauważyłam w karcie tartę cytrynową. Uwielbiam tartę cytrynową - wyjaśniłam, zabierając się do jedzenia.

Filip sięgnął przez stół do mojego talerza, nadział na widelec kawałek buraka oblany sosem vinegret, włożył go sobie do ust i zamruczał z uznaniem.

- Naprawdę dobre - przyznał. - Następnym razem wezmę sałatkę z buraka. Chcesz dziaba? - Podsunął mi swój talerz.

Sięgnęłam widelcem i nałożyłam sobie sporą porcję mięsa. Ugryzłam kawałek i pokiwałam głową z zadowoleniem.

- Smaczne. Następnym razem wezmę polędwiczki w sosie kurkowym - powiedziałam, a Filip znowu przekrzywił głowę, jakby chciał mi się przyjrzeć pod innym kątem.

Zjedliśmy w ciszy. W tle leciała jakaś hipnotyzująca instrumentalna muzyka, do której mój towarzysz zupełnie nieświadomie wybijał rytm prawym kciukiem. Był muzykiem, a tacy ludzie prędzej czy później stawali się samą muzyką i rytmem. Był leworęczny, na co dopiero teraz zwróciłam uwagę.

Filip zauważył, że przyglądam się jego dłoni, która zaczęła żyć własnym życiem.

- Sorry. - Zawstydził się. - Czasami to nie zależy ode mnie.

- Nie ma sprawy. Wiem, jak to jest - powiedziałam, niechcący zdradzając, że też mam pasję, która potrafi przejąć nade mną kontrolę.

- Grasz na instrumencie? - zapytał zdumiony.

- Nie. Kocham muzykę, ale nie potrafię na niczym grać ani śpiewać. - Pokręciłam głową.

- Co więc robisz, że mnie rozumiesz? - Nachylił się nad stołem i wyciągnął do mnie dłoń. - Daj mi rękę. Wyczytam to z niej - powiedział, przybierając tajemniczy ton.

- I jeszcze potrafisz wróżyć? Moje serce, uważaj na siebie - zakpiłam, poklepując się po klatce piersiowej, i wyciągnęłam w jego stronę dłoń.

Wszystko to w towarzystwie huku wydobywającego się z mojego wnętrza. Moje serce naprawdę zaczynało dostawać palpitacji.

Filip ujął delikatnie moją rękę i opuszkami palców przejechał po linii serca, a potem po linii głowy. Przez moje ciało przebiegł silny dreszcz, który zamaskowałam, poruszając się nerwowo.

- Będziesz żyła długo i szczęśliwie - powiedział, rzucając mi powłóczyste spojrzenie. - Będziesz miała bogatego męża, ale nie będzie nazywał się Kostek. I dwójkę dzieci. Chłopca i dziewczynkę - kontynuował. - Będziesz mieszkała w małym domku pod lasem i będziesz miała dwa labradory - mówił i wodził palcem po wnętrzu mojej dłoni, a ja miałam wrażenie, jakby mnie sobą naznaczał.

Ledwie mogłam skupić się na słowach, tak byłam pochłonięta jego dotykiem.

- Tekst z podręcznika małego wróżbity? - zapytałam prawie szeptem, bo głos odmówił mi posłuszeństwa.

Filip uśmiechnął się, nie odrywając wzroku od mojej dłoni.

- Nie jesteś muzykiem hmm - zamruczał. - Nie jesteś rzeźbiarką ani tancerką.

- Skąd wiesz, że nie jestem tancerką? - zapytałam lekko oburzona.

Wyglądał na rozbawionego.

- Nie mogłaś złapać równowagi na ruchomych schodach ani na hulajnodze. Z taką kiepską koordynacją nie mogłabyś być tancerką - wyjaśnił, a jego oczy wciąż lśniły.

Westchnęłam. Miał rację.

- No więc, kim jestem? - zapytałam wyzywająco.

- Jesteś wrażliwa, ale nie piszesz książek ani opowiadań, a już na pewno nie napisałabyś wiersza - kontynuował z niezachwianą pewnością i gdy już miałam zaprotestować, dodał: - Jesteś trochę cyniczna i mało w tobie poezji. - Wyszczerzył się, a ja przewróciłam oczami.

Filip rozpostarł palce i położył swoją dłoń na mojej. Przesunął po niej aż do nadgarstka. W tym momencie miałam ochotę zamknąć oczy i jęknąć z rozkoszy, a to był tylko dotyk dwóch rąk. Jak to możliwe? Czułam się tak, jakbyśmy uprawiali petting na oczach tych wszystkich siedzących wokół ludzi.

- Rysujesz - powiedział cicho, ale jego słowa odbiły się echem od mojego wnętrza. - Ołówkiem - dodał i delikatnie odsunął rękę, zostawiając mnie w totalnej rozsypce.

Próbowałam się otrząsnąć, ale było mi za gorąco i brakowało tchu. Mogłam tylko skinąć głową.

- Jesteś detektywem? - Udało mi się zapanować nad drżeniem głosu. - I dlatego nie możesz o tym mówić?

Był zbyt młody na policjanta i nie miał w sobie ani krzty aury człowieka rozwiązującego zagadki, ale musiałam coś powiedzieć, żeby nie dać po sobie poznać tego, jak działa na mnie jego bliskość, ani tego, że zaskoczył mnie jego zmysł obserwacji.

- Nie. - Opadł ciężko na krzesło. - Widziałem zabrudzenie od ołówka na twojej dłoni. - Wskazał smugę na moim przedramieniu.

Pokręciłam głową, a potem się roześmiałam. Mimo wszystko był spostrzegawczy. Musiałam mu to przyznać.

- Cwaniaczek - skwitowałam, zakładając ręce na piersi.

Przyszedł kelner, żeby zapytać, czy wszystko w porządku i zabrał nasze talerze. Zamówiliśmy dwie tarty cytrynowe i dwa kieliszki czerwonego wina.

Nie powinnam pić alkoholu przy lekach, ale taka ilość nie powinna zaszkodzić. Tego wieczora chciałam być trochę na rauszu.

- Bardzo rzadko piję alkohol - przyznałam.

- Ja też - powiedział, zaczesując do tyłu swoje ciemne włosy.

Miałam nieodpartą ochotę zanurzyć w nich palce. Wydawały się miękkie i gładkie. Przełknęłam ciężko ślinę i oblizałam bezwolnie usta.

- Co najchętniej rysujesz? - zapytał. - Mnie już narysowałaś? - Na jego twarzy wykwitł ten charakterystyczny grymas, coś pomiędzy szczerym uśmiechem a odrobiną arogancji.

- Chciałbyś - prychnęłam, wydymając usta.

Gdyby tylko wiedział... Na policzkach poczułam gorąco.

- Oczywiście, że bym chciał. Mógłbym ci nawet zapozować, mając na sobie tylko naszyjnik. - Podniósł jedną brew.

Parsknęłam, widząc oczami wyobraźni tę scenę. Chichotałam nawet wtedy, gdy kelner postawił dwa kieliszki wina i nasze desery.

- Jezu, jesteś okropna. Cały czas się ze mnie wyśmiewasz. - Założył ręce na piersi jak nadąsany dzieciak.

Pokręciłam głową i spróbowałam tarty. Była obłędna. Zamknęłam oczy, żeby skupić się na smaku.

- Dlaczego, gdy próbujesz jedzenia albo gdy słuchasz muzyki, zamykasz oczy? - zapytał nagle.

Natychmiast podniosłam powieki. Poczułam się trochę zawstydzona, że nie potrafię zapanować nad odruchami, a on najwyraźniej obserwuje mnie z uwagą jastrzębia.

- Tak robię? Nie zwróciłam na to uwagi. - Wzięłam kieliszek i upiłam łyk wina.

Było słodkie i smaczne. Idealne do ciasta.

- Tak. Jesteś wtedy taka rozanielona. - Podniósł jeden kącik ust. - I bezbronna - dodał.

Znowu to robił. Zawstydzał mnie i nieświadomie uwodził. Mówił, co myśli, nie zważając na konsekwencje.

Nie odpowiedziałam na to, tylko zabrałam się do ciasta. Już dawno nie jadłam niczego tak dobrego.

- Lubię gotować - odezwał się znienacka. - Ale rzadko się w to bawię, bo gotowanie tylko dla siebie to żadna frajda.

To była moja szansa, żeby wypytać o jego życie.

- Mieszkasz sam?

- Tak - odparł. - I nie mam dziewczyny - dodał jakby nigdy nic.

- Nie pytałam o dziewczynę. - Uśmiechnęłam się tryumfująco, ale ta wiadomość mnie bardzo ucieszyła, chociaż już się domyślałam, że jest sam, bo przecież szukał dziewczyny na noc.

Filip wzruszył ramionami, nie komentując tego.

- Masz rodzeństwo? - Kontynuowałam moje małe przesłuchanie, zanim chłopak znów odwróci uwagę od siebie.

Na jego twarzy pojawił się dziwny grymas, jakby musiał się nad tym pytaniem zastanowić, aż wreszcie pokręcił głową. Nie patrzył na mnie, tylko grzebał w tarcie.

Nie chciałam na niego naciskać, więc zmieniłam temat, wybierając coś neutralnego.

- W której części Warszawy mieszkasz? - I po tym od razu zastrzegłam: - Nie pytam o dokładny adres.

Wyraz jego twarzy zmienił się niemal natychmiast. Pustka zniknęła. Ta zmiana była błyskawiczna i trochę dziwna. Filip był dziwny i chyba dlatego tak mnie do niego ciągnęło, bo ja też byłam dziwna.

- Na Targówku. Mam mieszkanie na ósmym piętrze. Uwielbiam wysokość. Chyba w poprzednim życiu byłem kotem, bo tylko wysoko czuję się bezpiecznie - powiedział z krzywym uśmiechem. - Ale to mieszkanie wybrałem przede wszystkim ze względu na widok. - W jego głosie pojawił się entuzjazm. - Musisz sama zobaczyć. Widać stamtąd prawie całą Warszawę. - Gestykulował, trzymając widelec.

Z wrażenia otworzyłam usta. Zobaczył wyraz mojej twarzy i nagle zamilkł.

- Powiedziałem coś nie tak? - zaniepokoił się.

Zaprzeczyłam.

- Nie. - Tym razem to ja przechyliłam delikatnie głowę, bo musiałam spojrzeć na niego pod innym kątem.

Musiałam zobaczyć go całego. Byliśmy do siebie tak bardzo podobni, że to aż przerażało. Ja też chciałam mieszkanie na jak najwyższym piętrze, bo kochałam wysokość. I kochałam widok miasta.

- Najchętniej rysuję twarze - powiedziałam, odchrząkując delikatnie. - Ale nie tylko. Rysuję naturę, interesujące budynki i wszystko, co mi akurat wpadnie w oko.

- Jesteś w tym dobra? - zapytał.

- Nie wiem, ale chyba idzie mi nieźle. Robię to, odkąd tylko nauczyłam się trzymać ołówek.

Filip uśmiechnął się ciepło. Wyciągnęłam telefon i zerknęłam na zegar. Dochodziła jedenasta. Nawet nie zauważyłam, kiedy minęły nam trzy godziny.

- Chcesz już wracać? - zapytał.

- Chyba powinnam - odparłam, chociaż wcale nie miałam ochoty.

Było mi w jego towarzystwie dobrze. I cudownie było być częścią miasta.

- Gdzie mieszkasz? Nie pytam o adres, tylko o dzielnicę. - Od razu zastrzegł i się wyszczerzył.

- Na Gocławiu.

- Jak chcesz wrócić do domu? Autobusem? A może taksówką? - zapytał, jednocześnie dając znać kelnerowi, że chcielibyśmy rachunek.

- Autobusem.

Wyszliśmy na zewnątrz. Zrobiło się trochę chłodniej. Osłoniłam się ramionami, gdy owionął mnie zimny wiatr. Filip zauważył to i mnie objął. Na chwilę stężałam, ale trwało to tylko kilka sekund, bo zaraz się rozluźniłam.

- Mogę dać ci moją kurtkę - zaproponował, gdy ruszyliśmy w stronę przystanku, z którego odjeżdżał mój autobus.

- Nie. Nie jest mi aż tak zimno - zapewniłam, wtulając się w jego ciepłe ramię.

- Jeśli chcesz, mogę cię odwieźć i odprowadzić do drzwi - powiedział, prawie dotykając ustami mojego ucha. - Ale tylko jeśli chcesz - dodał zaraz, wyczuwając moją niepewność.

Ufałam mu, ale na razie chciałam, żebyśmy się lepiej poznali. Wciąż nic o nim nie wiedziałam.

- Poradzę sobie - odparłam i delikatnie wysunęłam się z jego ramion.

Moja ręka przesunęła się po jego ręce, a dłoń znalazła się w jego dłoni. Naturalnie. Filip uścisnął ją i spojrzał mi w oczy. Gdy przechodziliśmy przez tunel, zatrzymał się przy schodach, na których zobaczyliśmy się po raz drugi.

- To będzie nasze miejsce - powiedział. - Gdy po latach będziemy opowiadać wnukom, gdzie się poznaliśmy, wspomnimy im o tym tunelu - wyjaśnił z uśmiechem, od którego zmiękły mi kolana.

Był słodki, uroczy i niesamowity. Takich ludzi nie było. Nie istnieli. Filip coś ukrywał. Bałam się tej tajemnicy, ale nie potrafiłam się mu oprzeć. Chciałam go.

Pokręciłam z politowaniem głową na tę kwestię, ale w środku wszystko we mnie śpiewało. Bałam się jedynie, że gdy Filip pozna mnie w najczarniejszych chwilach mojego życia, odejdzie. Nie winiłabym go.

Przystanęliśmy za wiatą przystanku, na którym wciąż było sporo ludzi.

- Filip - zaczęłam. - Nie wiem, dokąd to wszystko zmierza - podniosłam głowę - ale są rzeczy, których o mnie nie wiesz - westchnęłam. - Ja... ja nie jestem do końca normalna. - Skrzywiłam się, przełykając ciężko ślinę.

Filip dotknął mojej twarzy i przejechał kciukiem od skroni aż po linię szczęki. Jego oczy podążały śladem tej pieszczoty. Nachylił się nade mną i szepnął do ucha:

- A kto z nas jest normalny?

- Nie rozumiesz. - Pokręciłam głową. - Nie chodzi o dziwactwa czy bycie ekscentrycznym... ja leczę się... - Zatrzymałam się, bo nienawidziłam mówić tego na głos, ale nie chciałam go oszukiwać. Zacisnęłam mocno powieki i powiedziałam: - Ja leczę się psychiatrycznie. Od dziecka. Nie jestem... nie jestem zdrowa. - Oblizałam suche usta.

- To nie jest ważne. - Pokręcił głową i chwycił moją twarz w dłonie. - Ważne jest to, że przynosisz wiosnę. - Uśmiechnął się. - Przynosisz mi wiosnę - powtórzył, poważniejąc. - To chyba twój autobus. - Wskazał na coś za moimi plecami. - Biegnij. - Pociągnął mnie za rękę.

Chciałam coś jeszcze powiedzieć, podziękować mu za wieczór, za jego słowa, za wszystko, ale tylko wsiadłam do autobusu i usiadłam przy oknie. Filip stał w miejscu, w którym go zostawiłam, i patrzył na mnie ze smutkiem. Pożałowałam, że nie pozwoliłam mu ze sobą pojechać. Już za nim tęskniłam.

Przynosisz wiosnę.

Autobus odjechał, a we mnie rozkwitł maleńki kwiat forsycji.

*

Obudził mnie sygnał telefonu. Krótki. Nie zdążyłam odebrać. A potem odgłos przychodzącej wiadomości. Przetarłam oczy i sięgnęłam po komórkę, którą zostawiłam na krześle obok łóżka. Na wyświetlaczu pojawiło się "Filip z podziemia".

Tej nocy też nie umrzesz.

Zerknęłam na zegar. Trzecia zero zero.

Ze względu na konstrukcję nie wolno używać miejskich hulajnóg przez dwie osoby naraz. Bohaterom udało się pokonać wybraną trasę bez wypadku, ale tego typu zabiegi mogą skończyć się poważnymi urazami (przyp. aut.). [wróć]

10.

- Hej, Filip! - Do sali weszła Malwina i jak zwykle posłała mi promienny uśmiech.

- Hej. - Odsunąłem się, żeby przepuścić ją do stacji z kroplówką.

Spojrzałem na kobietę leżącą na łóżku. Jej skóra była blada i sucha. Dla wygody w szpitalu obcięto jej włosy. Wcześniej miały barwę słomianego blondu, teraz ten kolor wypłowiał i zmieszał się z ciemniejszymi, siwymi odrostami. Poczułem dyskomfort z powodu tego widoku. Postanowiłem dopilnować, żeby ktoś pofarbował jej włosy.

Dotknąłem jej dłoni. Była ciepła i bezwładna.

- To już jutro? - zagadnęła Malwina.

- Tak. Jutro ją przenoszą - potwierdziłem.

Bałem się tego, ale jednocześnie miałem nadzieję, że to w jakiś sposób pomoże. Chciałem, żeby się obudziła. Wiedziałem, że ją stracę, ale chyba nadeszła już pora.

- To najlepsza klinika w Polsce - poinformowała. - Dużo zabiegów, rehabilitacji i nowych technik wybudzania - powiedziała, siadając obok mnie. - Myślę, że wszystko będzie dobrze.

- Na pewno - odpowiedziałem i zerknąłem na nią pospiesznie.

Była naprawdę ładna. Nie było na oddziale pacjenta ani męskiego członka personelu, który by się za nią nie obejrzał. Wielu z nich także ją podrywało. Jeden stażysta nawet się w niej zakochał. Gdy się przebywa w szpitalu tak często jak ja, to zauważa się takie rzeczy. Nawet z nudów.

- Gdybyś potrzebował... dla niej pielęgniarki - zaczęła - to daj mi znać. Biorę czasami prywatne dyżury, bo wiesz, jak się zarabia w szpitalach. - Dotknęła niespodziewanie mojej ręki.

Miałem ochotę ją odsunąć, ale nie chciałem jej urazić.

- Wiem i na pewno będziesz moim pierwszym wyborem - zapewniłem, a potem wstałem. - Muszę lecieć.

Nachyliłem się nad kobietą na łóżku i ucałowałem ją w ciepły policzek.

- Zobaczymy się jutro w nowym domu. - Pogładziłem ją po włosach, pożegnałem się z Malwiną i wyszedłem na zewnątrz.

Musiałem zaczerpnąć świeżego powietrza. Ruszyłem w stronę parku Bródnowskiego. Usiadłem na jednej z ławek, odchyliłem do tyłu głowę i zamknąłem oczy. Zobaczyłem Ninę. Uśmiechnąłem się do siebie. Palcami zacząłem wystukiwać rytm jej piosenki.

Nie jestem normalna.

Gdybyś tylko wiedziała, jak bardzo ja jestem nienormalny, pomyślałem wtedy, ale nie odważyłem się powiedzieć tego na głos. Jeszcze nie teraz, a może nawet nigdy.

Chciałem ją zobaczyć. To było wręcz bolesne. Bolesne było niebycie z nią. Niesłyszenie jej głosu i niepatrzenie w jej zielone oczy.

Co się ze mną działo?

Zerknąłem na zegarek na prawym nadgarstku. Dochodziła dziesiąta. Musiałem wracać, bo za niecałą godzinę powinienem być w pracy. Znowu będę rozkojarzony, pomyślałem.

Wstałem i ruszyłem w stronę przystanku. Musiałem się przygotować.

11.

- Jesteś jakaś inna - zauważyła moja terapeutka.

Pani Ania miała około czterdziestu lat, jasnobrązowe włosy, które związywała w ciasny węzeł, i ciepłe brązowe spojrzenie. Od dwóch lat w piątkowe poranki odbywałam z nią rozmowy, jak nazywała sesje terapeutyczne. Już dwukrotnie kończyłam terapię i dwukrotnie do niej wracałam. Próbowałam sobie radzić na własną rękę, ale kończyło się to ostrymi atakami paniki, którym mogłam zaradzić tylko równie silnymi lekami uspokajającymi.

- Tak pani myśli? - odpowiedziałam pytaniem.

- Tak myślę. Wyglądasz na pobudzoną, ale w taki pozytywny sposób. - Przyglądała mi się z uwagą.

Pani Ania miała na sobie długą, kwiecistą spódnicę, piękną bluzkę z haftem u szyi i czarne botki. W uszach dyndały kolczyki w stylu folk. Lubiłam jej sposób ubierania się. Wszystko zawsze tworzyło idealną całość. Kiedyś ją zapytałam, czy długo się zastanawia nad doborem każdego fragmentu. Okazało się, że robi to zupełnie przypadkowo, a może bardziej instynktownie, i w ogóle o tym nie myśli. Zaskoczyło mnie to, bo ja sama nie miałam takiego zmysłu i zazwyczaj kończyłam w czymś, w czym było mi po prostu wygodnie.

- Poznałam chłopaka - wyznałam po chwili milczenia.

Mówiłam jej prawie o wszystkim, dlaczego nie o tym? Była jak mój spowiednik.

- Naprawdę? - zainteresowała się.

Odłożyła na stolik okulary korekcyjne i uśmiechnęła się nieznacznie.

- Chcesz mi o nim opowiedzieć? To ktoś, kogo poznałaś na uczelni?

- Na APS-ie? - zaśmiałam się. - Nie. Tam prawie nie ma chłopaków. - Zamyśliłam się na chwilę i wyznałam: - Jest dziwny.

- Dziwny? W jakim sensie?

- Trudno to wyjaśnić. - Zapatrzyłam się na widok za oknem. Młoda akacja obsypała się już małymi jasnozielonymi listkami. - Czasami jest szczery jak dziecko. Mówi, że gdy jest ze mną, to słyszy muzykę. - Spojrzałam terapeutce w oczy.

- Romantyk. Myślałam, że nie lubisz romantyków - zauważyła.

Rzeczywiście tak jej powiedziałam, bo taka była prawda.

- Kiedy to mówił, nie brzmiał jak romantyk ani ktoś, kto chce wywrzeć wrażenie. - Zastanowiłam się. - Po prostu mówi, co w danej chwili myśli.

- Sądzisz, że naprawdę słyszy muzykę, gdy cię widzi? - zapytała.

W jej głosie nie było kpiny czy pretensjonalności. Nigdy nie dawała mi odczuć, że coś jest ze mną nie tak. Czasami mnie prowokowała, ale nigdy nie atakowała oraz ani nie oceniała.

- Nie wiem. - Wzruszyłam ramionami i się uśmiechnęłam. - Ale napisał dla mnie piosenkę. - Nie mogłam powstrzymać moich ust przed rozciąganiem ich w szerokim uśmiechu.

Pani Ania spojrzała na mnie w sposób, którego w zasadzie nie lubiłam, ale teraz mi nie przeszkadzał. Obserwowała mnie. Szukała zmian.

- Wydajesz się szczęśliwa - powiedziała. - Zakochałaś się?

- Nie wiem - odparłam, zastanawiając się. - Myśli pani, że się zakochałam? - Spojrzałam jej w oczy, szczerze zainteresowana i lekko spłoszona tym pytaniem.

Skąd miałam wiedzieć, jak to jest, skoro nigdy tego nie czułam?

Pani Ania odrzuciła do tyłu głowę i się roześmiała. Głęboko i prosto z serca. Przez chwilę patrzyłam na nią dogłębnie zszokowana.

- Bardzo to nieprofesjonalne z pani strony - powiedziałam na pozór poważnym tonem. - Nabijać się z własnej pacjentki. - Pokręciłam głową, udając rozczarowanie jej postawą.

- Przepraszam. - Otarła dłonią oczy i ponownie mnie zlustrowała. - Naprawdę jesteś inna.

Wzruszyłam ramionami. Terapeutka przygryzła końcówkę długopisu, a potem zapytała:

- A co z nocnymi pobudkami? Zmieniło się coś? Leki zadziałały?

Pokręciłam głową.

- Ale podczas dwóch ostatnich nocy nie miałam koszmarów - powiedziałam jakby do siebie i mimowolnie się uśmiechnęłam.

- Czyli jednak jest jakaś poprawa?

- Nie. Tylko przez ostatnie dwie noce... zdarzyło się coś... - podniosłam na nią wzrok - Filip się zdarzył.

- Filip? Chłopak, którego poznałaś?

- Tak. Raz rozmawiał ze mną przez telefon do trzeciej w nocy, a nazajutrz wysłał mi SMS-a za dwie trzecia, że tej nocy nie umrę. Gdy ponownie zasnęłam, obudziłam się dopiero rano.

- Czy wiedział o twoich nocnych koszmarach?

Tak naprawdę nie były to koszmary, bo nie pamiętałam żadnych snów, ale przyjęłyśmy taką nomenklaturę.

- Tak. Chciał poznać jeden z moich sekretów i powiedziałam mu o godzinie trzeciej nad ranem. Myśli pani, że nie powinnam była tego robić? - zapytałam zdenerwowana.

- Tylko ty możesz decydować o tym, co chcesz o sobie opowiadać - stwierdziła.

Była to jej standardowa odpowiedź. Nigdy niczego nie narzucała, bo tak właśnie wyglądała praca terapeuty. Słuchanie i słuchanie, a potem jeszcze trochę słuchania i zadawanie pytań. I dopiero na szarym końcu wyciąganie wniosków.

- Powiedziałam mu, a on robi wszystko, żebym nie budziła się z uczuciem umierania - wyznałam.

Robi to, bo gdy mnie widzi, słyszy muzykę. Robi to, bo przynoszę mu wiosnę.

12.

- W poniedziałek kolokwium - powiedział profesor, a po auli rozszedł się jęk i szum protestów.

- Poniedziałek? Pięknie - jęknęła Aniela.

- Cudownie - westchnęłam.

To było za mało czasu, żeby przyswoić sobie tyle materiału, tym bardziej, że w ten weekend miał mnie odwiedzić tata. Zajęcia z surdopedagogiki były wymagające, ale nie zamierzałam poddawać się bez walki.

To był ostatni wykład dzisiaj, więc mimo tej informacji poczułam wewnętrzny luz.

- Chciałabyś coś zjeść na mieście? - zapytała niespodziewanie Aniela. - Nie wiem, sałatkę czy coś? - dodała, zmieszana tym, że odważyła się zaproponować.

- Jasne - powiedziałam szczerze z tego zadowolona.

Wiedziałam, że Anieli zależało na naszej znajomości i dostrzegłam również, że było jej trudno nawiązywać kontakty z innymi ludźmi. Dziwiłam się, dlaczego wybrała mnie. Byłam równie introwertyczna jak ona. Takie równania zazwyczaj dawały marny skutek, ale w przypadku moim i Anieli przyniosły wynik dodatni.

Usiadłyśmy na zewnątrz Geronimo, małej pizzerii na Ochocie. Zamówiłyśmy pizzę wegeteriańską, ponieważ Aniela nie jadała mięsa. Wybrałyśmy stolik na patio, bo zrobiło się naprawdę ciepło. Ściągnęłam kurtkę i powiesiłam ją na oparciu krzesła, a twarz wystawiłam do słońca. Aniela jak zwykle schowała się w cieniu parasola.

- I jak ten chłopak? - zagadnęła.

Natychmiast się wyszczerzyłam. Myślałam o nim bez przerwy. Zeszłej nocy, zanim nadeszły koszmary, znowu obudził mnie krótkim dzwonkiem i SMS-em. To była moja druga noc, w trakcie której nie doznałam ataku paniki. Minęły dwie noce i miałam wrażenie, że tak zostanie już na zawsze. Oczywiście tylko tak fantazjowałam, bo byłam realistką.

- Nie wiem - odpowiedziałam szczerze. - Jest inny. - Napiłam się coli.

Nie chciałam zdradzać Anieli szczegółów, bo sama jeszcze nie wiedziałam, dokąd to nas zaprowadzi. Poza tym nie byłyśmy aż tak blisko. Czy to się kiedyś zmieni? Tego nie wiedziałam. Przyjaźń między ludźmi powinna pojawić się natychmiast, ale czy to była reguła? W gimnazjum miałam przyjaciółkę, ale rodzice zabronili jej się ze mną zadawać. Dowiedzieli się, że leczę się psychiatrycznie i obawiali się o jej bezpieczeństwo. Nigdy nie stanowiłam zagrożenia dla innych ludzi, jedynie dla siebie.

- W jakim sensie? - kontynuowała przesłuchanie.

- Jest zabawny, sympatyczny i cholernie przystojny, ale ma w sobie jakąś tajemnicę - powiedziałam. - Mało o nim wiem, ale chyba chcę go poznać lepiej - dodałam.

- Jeju, ideał - skomentowała. - Na pewno jest z nim coś nie tak. Stawiam na to, że jest mordercą kotów - dodała rozbawiona.

Zaśmiałam się.

- Kto wie. - Wzruszyłam ramionami i postanowiłam zmienić temat, bo Filipa chciałam zatrzymać dla siebie. - A co do kolokwium, to myślisz, że wyrobimy się na poniedziałek? - zapytałam.

- Nie wiem. Miałam jechać do domu, ale chyba mi się nie opłaca. - Zmarszczyła nos.

Chwilę porozmawiałyśmy, zjadłyśmy pizzę, a potem wsiadłyśmy do autobusu jadącego w stronę Śródmieścia. Aniela miała wsiąść do metra, a ja przesiąść się do autobusu na Gocław. Gdy zeszłyśmy do przejścia podziemnego, usłyszałam go. Wszystko we mnie zaczęło żyć - serce, głowa, żołądek. Ruszyłam w kierunku jego głosu, a Aniela poszła za mną.

Gdy go zobaczyłam, krew w moich żyłach zaczęła przepływać z prędkością światła. Śpiewał moją piosenkę. Wszyscy ją słyszeli, ale nikt nie znał jej znaczenia.

- Kto to? Ale ma fajny głos. - Usłyszałam obok moją towarzyszkę.

- To jest właśnie... Filip - szepnęłam i wtedy on podniósł głowę.

Na mój widok uśmiechnął się tak szeroko, że nie był w stanie śpiewać. Ja też się zaśmiałam z jego prób ustabilizowania głosu. Oczy Filipa zmieniły się w szparki, a zmarszczki mimiczne dodatkowo podkreśliły rozbawienie.

Wreszcie się opanował i dokończył "mój" kawałek.

- Nic nie mówiłaś, że jest... taki... - odezwała się ponownie Aniela, nie precyzując, o co jej dokładnie chodzi, ale i tak ją zrozumiałam.

Filip wstał i, ignorując obserwujących go ludzi, podszedł do mnie. Palcami dotknął mojego nadgarstka. Szczerze mówiąc, bałam się tego spotkania. Bałam się, że po tym, co mu powiedziałam, przestraszy się i już go nigdy nie zobaczę. Bałam się, że na mój widok przestanie słyszeć muzykę. Ale teraz, gdy tak na mnie patrzył, wiedziałam, że nic się nie zmieniło. On też przynosił mi wiosnę.

- Cześć - powiedział. - Nie wiedziałem, że cię tu dziś zobaczę. - Objął moją dłoń, jakby chciał podkreślić, że jestem jego.

- Cześć. Wracałyśmy do domu z zajęć i cię usłyszałam - wyjaśniłam, powstrzymując się przed tym, żeby nie dodać: "że przecież mnie przywołałeś; przywołałeś mnie i jestem". - To moja koleżanka, Aniela. - Chwyciłam dziewczynę za ramię i przyciągnęłam do siebie.

Aniela zamieniła się w mały słup soli. Zawstydziła się tak bardzo, że nie mogła wydusić słowa.

- Hej. Jestem Filip. - Wyciągnął w jej stronę rękę. Aniela przyjęła ją niepewnie, a potem się przedstawiła.

- Spieszycie się? - zapytał.

Cieszyłam się, że nie ignorował mojej koleżanki tak, jak robili to wszyscy inni. Znikała na tle tych bardziej wygadanych, tych pewniejszych siebie, tych ładniejszych i tych wyjątkowo ekscentrycznych ludzi. Nie dla Filipa. Dostrzegał ją, tak jak dostrzegał mnie.

Spojrzałam na Anielę, a ona wzruszyła ramionami.

- Co prawda miałyśmy się już zacząć uczyć na poniedziałkowe kolokwium, ale jest piątek - zwróciłam się do niej. - Co nie?

- W końcu to piątek. - Uśmiechnęła się.

Filip spakował gitarę do pokrowca, z którego wysypało się kilka pięcio- i dwuzłotówek. Aniela szepnęła mi na ucho:

- Nie będę wam przeszkadzać? Jeśli chcesz, to się zmyję.

- No co ty? Zostań - powiedziałam szczerze.

Oczywiście, że miałam ochotę zostać sam na sam z Filipem, ale chciałam też spędzić czas z Anielą. Dlaczego nie mielibyśmy tego połączyć?

- Co powiecie na bulwary? - zaproponował, gdy spakował swoje rzeczy. - Dzisiaj jest tak ciepło, że fajnie byłoby sobie tam posiedzieć.

- Ja jestem na tak - powiedziałam i razem spojrzeliśmy na Anielę.

- Tak, ja też. - Skinęła głową.

Dwadzieścia minut później siedzieliśmy już na kamiennych schodach nad Wisłą. Dzień był naprawdę piękny. W sitowiu rozśpiewały się ptaki, a deptak zaczynał wypełniać się ludźmi. Niektórzy wracali z pracy, inni z zajęć na uczelni albo szkoły. Zaczynał się weekend, na świecie zapanowała wiosna, ludzie potrzebowali słońca.

Rozmawialiśmy o filmach i serialach, o muzyce i elektrycznych hulajnogach. Omijaliśmy wszystkie osobiste tematy. Robiliśmy to instynktownie, nawet Aniela wpadła w nasz rytm pytań o nieistotne, ale ciekawe rzeczy. Gdy zgłodnieliśmy, poszliśmy do niewielkiego baru mlecznego przy bulwarach. Ja oczywiście zamówiłam pierogi, Aniela zupę z soczewicy, a Filip kotleta schabowego, ziemniaki i surówkę. Był szczupły, ale potrafił zjeść. Objedzeni wróciliśmy na schody przy Wiśle. Poprosiłam chłopaka, żeby nam coś zagrał. Długo nie musiałam go namawiać, bo było widać, że to kocha. A ja kochałam jego głos. W pewnym momencie zamknęłam oczy i chłonęłam dźwięki oraz słowa. Gdy zaśpiewał kawałek Dermota Kennedy'ego Power over me, musiałam je otworzyć. Filip patrzył tylko na mnie. Ja patrzyłam tylko na niego.

Niedługo potem Aniela oświadczyła, że musi się już zbierać. Pożegnałyśmy się i obiecałyśmy sobie kontakt w weekend, żeby sprawdzić, jak nam idą postępy w nauce. Tego dnia zbliżyłyśmy się do siebie bardziej niż przez ostatnie dwa lata.

Gdy zostaliśmy z Filipem sami, a słońce zaczęło chować się za horyzontem, zadrżałam. Wzmógł się wiatr. Chłopak zdjął kurtkę i mnie nią otulił.

- Co porabiałaś cały dzień? - zapytał, przysuwając się blisko.

Dotykaliśmy się kolanami i spojrzeniami. Filip znowu patrzył na mnie z tym swoim dziecięcym zainteresowaniem i humorem w oczach.

- Uczelnia, sprzątanie, zakupy. - Wzruszyłam ramionami, czując zdenerwowanie, bo zostaliśmy nareszcie sami. Teraz wróciła do mnie nasza wczorajsza rozmowa i to, co mu o sobie powiedziałam. Wydawał się nie przejmować moimi słowami. A może jednak coś się zmieniło? Może dlatego nie napisał i nie poprosił o spotkanie? Dzisiaj spotkaliśmy się przecież przypadkiem. To mnie lekko zaniepokoiło.

- A ty? - zapytałam, delikatnie się od niego odsuwając.

Nie chciałam być tą, która się narzuca. Nie chciałam go osaczać. Filip zauważył ten gest i spojrzał na mnie pytająco, ale nie skomentował tego.

- Ja... ja miałem pewną sprawę do załatwienia. Cały dzień byłem poza domem - powiedział cicho i popatrzył na swoje ręce.

Znowu niczego mi nie powiedział. Mówił, ale nic nie przekazywał. Opanował tę umiejętność do perfekcji. Wciąż uważałam, że nie mam prawa go naciskać i zmuszać do wyjawiania tajemnic.

Wydawał mi się teraz wyjątkowo bezbronny, gdy nie trzymał gitary, nie wiedział, co ze sobą zrobić. Miał piękne smukłe dłonie. Zadbane, ale niewymuskane. Na opuszkach widniały stwardnienia od strun.

- Nina - powiedział po chwili i nachylił się w moją stronę. - Ja wiem, że... nie mówię ci wszystkiego, ale nie bój się, nie jestem kryminalistą. Nie robię niczego złego. Daj mi jeszcze czas. Powiem ci wszystko, ale potrzebuję więcej czasu - mówił cichym, zachrypniętym głosem, w którym pojawiła się desperacja.

Podniósł dłoń i stwardniałymi opuszkami musnął mój policzek.

- Ale przecież niczego ci nie zarzucam. Mów tyle, ile chcesz - zapewniłam i odważyłam się odwzajemnić dotyk.

Podniosłam rękę i odgarnęłam kosmyk z jego czoła. Filip wyglądał na zaskoczonego tym gestem, ale w jego oczach pojawiło się coś jeszcze. Zadowolenie. Zdecydowanie był z mojego dotyku zadowolony.

- Wiem, że mi tego nie zarzucasz, ale to tak nie działa - powiedział, znowu się do mnie przysuwając.

Poczułam ulgę, olbrzymią ulgę.

- Pewnie, że chciałabym wiedzieć o tobie... niektóre rzeczy, ale to nie znaczy, że musisz mi je zdradzać. - Uśmiechnęłam się. - Podejrzewam też, że niczym ciekawym się nie zajmujesz, a to twój sposób na podryw - dodałam, żeby rozluźnić atmosferę. - Powiem tylko, że to działa, ale pewnie sam już o tym wiesz.

Obok nas przemknęła para na hulajnogach elektrycznych. Uśmiechnęłam się na ten widok. Filip też.

- Podobało ci się, co nie? - Skinął głową w stronę oddalającej się dwójki.

- Bardzo - przyznałam szczerze.

Zatrzymałam wzrok na płynącej wolno rzece. Pomimo sporych tłumów wokół, tu panował spokój. A może spokój panował tam, gdzie był Filip? Nie wiem, ale przy nim czułam się dobrze. Nie myślałam o... nie myślałam o złych rzeczach. Nie bałam się.

- To, co ci powiedziałam... wtedy... - Skinęłam głową, jakbym w ten sposób mogła wskazać konkretną chwilę z wczoraj. - Nie jestem wariatką. - Przełknęłam ślinę, bo to źle zabrzmiało. - Choruję... chorowałam na depresję i zaburzenia lękowe. Żeby się nie bać, robię dziwne rzeczy. - Instynktownie okryłam się jego kurtką i zatopiłam twarz w jej kołnierzu. - Teraz czuję się dobrze, ale wiem, że to wróci. To zawsze wraca. Najpierw przychodzi lęk. Boję się wszystkiego. Mam dziwne przeczucia, oczywiście wszystkie zapowiadające tragedię i śmierć. - Pokręciłam z politowaniem głową, bo sama słyszałam, jak to brzmi. - Kiedyś kupiłam bilet na busa do Krakowa i dostałam ataku paniki, bo byłam przekonana, że właśnie ten jeden bus się rozbije i ja w nim zginę. - Zamknęłam oczy i zmięłam materiał jego kurtki. - Innym razem co miesiąc znajdowałam u siebie kolejne objawy śmiertelnej choroby i bardzo się... bałam. - Mój głos zadrżał. - Czasami obserwuję wschód słońca, żeby... wiedzieć, że nie umrę - dodałam cicho.

Chciałam, żeby wiedział, że nie jestem wariatką. Pragnęłam, by zrozumiał, że go nie skrzywdzę. Nie fizycznie. Nie świadomie.

Filip podniósł się i usiadł za mną. Znalazłam się pomiędzy jego nogami. Otoczył mnie ramionami i przytulił twarz do mojej szyi. Zrobił to tak szybko i niespodziewanie, że nie zdążyłam zareagować. Po prostu zastygłam w bezruchu i oddychałam.

Oddychałam Filipem.

Trwaliśmy tak dobre dziesięć minut. Nic nie mówiliśmy, nie poruszyliśmy się. Zapadł zmrok, a w moim sercu wstał nowy dzień.

Chłopak nachylił się i szepnął wprost do mojego ucha:

- Wszystko będzie dobrze. Wszystko będzie dobrze. Wszystko będzie dobrze.

13.

- Będziesz mógł wziąć przyszły weekend? - zapytała moja szefowa, gdy wychodziłem w sobotę z pracy. - Franek musi jechać do domu czy coś.

Spojrzała na mnie, zsuwając okulary na czubek nosa. Była szorstką, ale w gruncie rzeczy miłą osobą. Lubiłem to, że jest bezpośrednia i konkretna. Z takimi ludźmi potrafiłem rozmawiać.

Gdy pojawiała się jakaś luka w grafiku, byłem jej pierwszym wyborem. Wiedziała, że jestem sam, że prawie nie mam rodziny i jestem chętny na dodatkowe pieniądze.

- Jasne - zgodziłem się. - Jednak jutro potrzebowałbym wolnego. Byłbym wdzięczny.

- Chwila. - Zerknęła na grafik wiszący za nią na ścianie. - Dobra. Wcisnę Grigorija. Pytał o dodatkowe godziny - wymruczała.

- Dziękuję. - Skinąłem jej głową na do widzenia i wyszedłem z biura.

Padał drobny deszcz, w powietrzu czuć było świeży zapach wiosny. W moich myślach była Nina. Jej zapach i cichy głos, gdy mówiła o swoim strachu. Gdyby tylko wiedziała, jak bardzo ją rozumiałem. Gdyby miała świadomość, jak bardzo chciałbym to od niej zabrać. Gdyby tylko wiedziała...

Myślałem też o Marii. Zastanawiałem się, czy podoba jej się w nowym miejscu i czy kiedyś się wybudzi. Chciałem tego bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Chciałem ją uwolnić, chciałem uwolnić też siebie.

Gdy trzymałem w ramionach Ninę, pragnąłem nigdy jej z nich nie wypuszczać. W tamtym momencie byłem cały, bo byliśmy do siebie podobni. Zobaczyłem to w jej oczach wtedy w klubie.

Gdybym nie spotkał Niny, wiosna nigdy by nie nadeszła. Nie było jej od tak wielu lat.

Dochodziła siedemnasta i po raz pierwszy od dłuższego czasu nie wiedziałem, co mam ze sobą zrobić. Tęskniłem za nią. W domu zjadłem szybką kolację, spakowałem gitarę i potem wyszedłem z mieszkania

Po dwudziestu pięciu minutach byłem już w moim stałym miejscu. Na ścianie cały czas widniał mój numer telefonu z zamazanymi ostatnimi cyframi. Uśmiechnąłem się. W moich myślach wciąż była Nina. Czułem jej ból i strach. Dotykałem jej kruchości. Pragnąłem jej.

Chciałem, żeby była tu ze mną. Widziałem, jak zamyka oczy, żeby lepiej słyszeć dźwięki, a na jej twarzy pojawia się rozkosz. Była taka piękna. Tak bardzo piękna, że brakowało mi słów, żeby to opisać.

Spędziłem w podziemiach dwie godziny. Miałem nadzieję, że ją przywołam, ale jednocześnie czułem, że dziś jej nie zobaczę. Myliłem się. Gdy pakowałem do pokrowca gitarę, zauważyłem ją.

Nie była sama, towarzyszył jej młody facet. Chyba w moim wieku. Stażysta Kostek. Mówiła o nim wczoraj. Opowiadała, że późnym wieczorem ma ją odwiedzić tata. Gdy ją odprowadziłem do autobusu, zadzwonił, że jest już w Warszawie i będzie u niej za pół godziny. Wiedziałem też, że miał przywieźć stażystę. Wolałbym sobie oszczędzić tego widoku. Nie chciałem patrzeć na Ninę i innego faceta.

Zastanawiałem się, czy powinienem do nich podejść. Byli pogrążeni w rozmowie, wyglądali na rozbawionych. Stażysta wpatrywał się w Ninę z nabożeństwem.

Coś ścisnęło mnie w środku. Coś niedobrego i zdradzieckiego.

Już miałem zniknąć w tłumie, gdy Nina podniosła oczy i popatrzyła prosto na mnie. Wokół przetaczały się dziesiątki osób, ale my widzieliśmy tylko siebie. To nic, że stażysta spoglądał na nią, jakby była jedynym człowiekiem na świecie. To nie miało znaczenia, bo ona patrzyła w ten sposób właśnie na mnie... a ja na nią. Nikt inny się nie liczył.

Uśmiechnąłem się, bo wciąż na jej widok słyszałem muzykę. Delikatne dźwięki, jakby padał deszcz. Najpierw mżawka, która stopniowo przechodziła w ulewę, a następnie w burzę. Grzmoty i wiatr. To wszystko grało we mnie, gdy była blisko.

Odpowiedziała uśmiechem i ruszyła w moim kierunku, a ja do niej.

- Już skończyłeś swój koncert? - zapytała. - Miałam nadzieję cię posłuchać.

- Jeśli chcesz, zagram coś specjalnie dla ciebie. - Zsunąłem gitarę z ramienia, żeby spełnić jej życzenie, ale ona przytrzymała mnie za rękę i stanęła na palcach, żeby mi coś powiedzieć.

Nachyliłem się do niej.

- Jutro zagrasz coś specjalnie dla mnie. Gdy będziemy sami - powiedziała to tym samym głosem, którym poprosiła, żebym nie zdradzał jej swojego imienia.

To była obietnica, od której zrobiło mi się gorąco.

- Zagram ci wszystko, co zechcesz - odparłem i zerknąłem za jej plecy, gdzie stał stażysta.

Chłopak rozmawiał przez telefon, ale nie odrywał od nas wzroku.

- To Kostek - oświadczyła, starając się nie uśmiechnąć.

Kochałem te jej nieudolne wysiłki.

- Tak się domyśliłem. Nie tak go sobie wyobrażałem. - Podniosłem jedną brew, udając, że go uważnie lustruję. - Myślałem, że będzie paradował po mieście w garniaku z krawatem dyndającym u szyi. I teczką. Myślałem, że będzie miał teczkę - dodałem.

Nina pokręciła głową, dłonią tłumiąc parsknięcie.

- Fan stereotypów? - zarzuciła, ale zaraz dodała: - Tata chciał, żebym pokazała mu miasto, ale ja... ja musiałam, to znaczy chciałam zobaczyć ciebie. - Jej oczy stały się ogromne, przepastne, a jej muzyka omal nie rozerwała mi serca.

- A ja ciebie, dlatego tu przyszedłem. - Machnąłem za siebie ręką. - Tu mnie możesz zawsze znaleźć.

Ktoś potrącił mnie ramieniem, ktoś inny burknął pod nosem, że nie powinniśmy stać na środku przejścia, ale potrafiłem to wszystko zignorować, bo byłem skupiony tylko na niej.

Ledwie zauważyliśmy, że dołączył do nas Kostek stażysta.

Nina przerwała nasz trans, bo musiała mi go oficjalnie przedstawić. Wyciągnąłem do niego rękę, bo w tej chwili nie byłem już zazdrosny. No chyba że o czas, który z nią spędzał.

- Grasz na gitarze? - zagadał, wykazując się niesamowitą spostrzegawczością.

- Tak. I nie tylko. Jeszcze na fortepianie, saksofonie i trochę na wiolonczeli. - Wzruszyłem ramionami, ale zauważyłem, że Nina otworzyła ze zdziwienia usta.

Udało mi się zrobić na niej wrażenie, co bardzo połechtało moje ego. Pragnąłem być dla niej kimś, kto jest ją w stanie zaskoczyć. Nie chciałem być dobrym chłopcem, który nie ma w sobie krzty iskry.

- Fajnie - powiedział. - Zawsze chciałem nauczyć się na czymś grać, ale chyba nie mam słuchu. - Uśmiechnął się z politowaniem nad własnym brakiem talentu muzycznego, co sprawiło, że poczułem do niego trochę sympatii.

Nie wydawał się zarozumiały czy cwany. Normalny koleś. Jedyne, co mi w nim nie pasowało, to fakt, że wyglądał dobrze. Był przystojny. Rozwichrzone blond włosy, szerokie bary i wewnętrzny luz, którego mu zazdrościłem. Zupełnie nie pasował do mojej wizji stażysty w kancelarii prawniczej. Wolałbym, żeby okazał się sztywnym dupkiem, którego widziałem w wyobraźni. Nina nigdy nie zainteresowałaby się sztywnym dupkiem.

- Nie można mieć wszystkiego - odparłem. - Na przykład Nina jest zdolną rysowniczką, a ja nie potrafię narysować prostej kreski. - Uśmiechnąłem się do niej czule.

Nie widziałem ani jednej jej pracy, ale byłem pewien, że jest zdolna. Miała w sobie zbyt dużo pasji i mroku, żeby być byle jaką.

- Racja - rzucił i zwrócił się do niej: - Nie wiedziałem, że rysujesz - powiedział z autentycznym zainteresowaniem, które spowodowało nawrót mojej zazdrości.

- Jeszcze wielu rzeczy o mnie nie wiesz - powiedziała z nutką flirtu w głosie, która przyspieszyła bicie mojego serca, ale nie w ten ekscytujący sposób.

- Dlatego tu jestem. Chcę się dowiedzieć - odparł, a ja nie wytrzymałem.

- A nie dlatego, że jej ojciec ci kazał? - rzuciłem zjadliwym tonem, o który sam bym siebie nigdy nie podejrzewał.

Oboje popatrzyli na mnie z zaskoczeniem. To był pierwszy raz, gdy Nina spojrzała na mnie tak, jakby mnie nie poznawała. To było głupie, bo przecież w ogóle mnie nie znała. A to dlatego, że jej na to nie pozwalałem, a nie dlatego, że nie chciała mnie poznać, zarzuciłem sobie. Stażysta Kostek na pewno nie ukrywa przed nią tak wiele.

- Przepraszam - powiedziałem, nie patrząc żadnemu z nich w twarz. - Muszę już lecieć - dodałem i się odwróciłem.

Ruszyłem szybko schodami w górę, w stronę zupełnie przeciwną niż był mój przystanek. Nie zdążyłem wyjść z tunelu, gdy ktoś szarpnął mnie za rękę. Szarpnął, nie dotknął, nie musnął. To była Nina.

- Dlaczego tak się zachowałeś? - syknęła, ciskając we mnie gromy.

Zacisnąłem mocno szczęki, bo i ja byłem wściekły.

- Dobrze wiesz dlaczego - odparłem, siląc się na spokój i opanowanie. Wziąłem głęboki wdech i szepnąłem: - Przepraszam.

Jej twarz złagodniała, a moja wewnętrzna burza ucichła.

Wpatrywaliśmy się w siebie. Nie mogłem napatrzeć się na jej oczy, które podkreśliła ciemnymi liniami na powiekach, sprawiając, że wyglądały jak oczy kota. Podniosłem dłoń do jej policzka, bo chciałem poczuć gładkość skóry. Boże, jak ja jej pragnąłem.

- Dziękuję za nocną wiadomość - powiedziała wreszcie, nie odsuwając się.

Skinąłem nieznacznie głową. Nie mógłbym zasnąć, gdybym wiedział, że jest sama i umiera, a potem przygląda się wschodowi słońca, żeby żyć. Nie mógłbym zasnąć.

- Jesteśmy jutro umówieni? - Chciałem się upewnić.

- Tak - potwierdziła. - Oczywiście, że tak. - Musnęła palcami moją rękę.

Chwyciłem jej dłoń i uścisnąłem.

- Przeproś go ode mnie - poprosiłem.

- To tylko... - zaczęła, przygryzając wargę, jakby szukała odpowiedniego słowa. - Wolę chłopaków na zielonych hulajnogach - powiedziała na wydechu i szybko zniknęła w tłumie.

Nie zdążyłem jej zatrzymać ani zareagować, ale to nic. Byłem szczęśliwy.

14.

Siedzieliśmy z tatą przy kuchennym stole, stanowiącym umowną granicę pomiędzy małym salonem a kuchnią. Mieszkanie liczyło niecałe czterdzieści metrów i było mi w nim bardzo wygodnie. Lubiłam miękką kanapę w zielonym kolorze, którą sama wybrałam, i beżowe zasłony, które dodawały wnętrzu ciepła.

- Jak ci się spało? - zapytałam.

Gdy był blisko, czułam się bezpiecznie. Tej nocy też przyszedł SMS i byłam podwójnie chroniona. Gdybym jednak powiedziała tacie, że przy Filipie czuję się bezpieczniej, zrobiłby wszystko, żeby tu wrócić albo sprowadzić mnie do siebie. Za dobrze go znałam. Nie chciałam przysparzać mu dodatkowych zmartwień i problemów. Miał ich i tak sporo w swoim życiu. Nie chciałam się też stąd wyprowadzać. Coś trzymało mnie w tym mieście i nie pozwalało z niego wyjechać na stałe.

Podejrzewałam, że tata miał kogoś w Krakowie, ale nie chciał o niej mówić. Nie wiem tylko dlaczego. Przecież nie miałabym nic przeciwko. Był wolny, atrakcyjny i, tak jak każdy inny człowiek, potrzebował kogoś bliskiego. Ja nie mogłam mu dać oparcia, bo byłam jak połamane krzesło. Poza tym byłam tylko córką, a on powinien mieć partnerkę.

- Spotykasz się z kimś? - zapytałam, gdy zabrał się do jajecznicy, którą nam usmażył.

Ja zrobiłam kawę i pokroiłam warzywa. Uwielbiałam, gdy tata gotował. Był w tym naprawdę dobry, czego nie mogłam niestety powiedzieć o sobie.

Zastygł z widelcem uniesionym do ust. Wyglądał na szczerze zdziwionego moim pytaniem.

- W jakim sensie? - Ugryzł kromkę ciemnego chleba.

Zaśmiałam się z jego niemrawej próby grania na zwłokę.

- W związkowym sensie. Masz dziewczynę? - wyjaśniłam z politowaniem w głosie.

Mój ojciec był naprawdę przystojnym facetem. Miał ciemnoniebieskie oczy, modnie przystrzyżone ciemnobrązowe włosy, bez śladu siwizny. Był postawny i wysoki. Odnosił sukcesy zawodowe. Kobiety go uwielbiały, więc gdyby był cały czas sam, byłoby to dość dziwne. Wiem, że kochał moją matkę. Tak przynajmniej uważałam, bo słyszałam to w jego głosie, gdy przychodziły te rzadkie chwile i odważył się wymówić jej imię. Słyszałam, jak boli go ten dźwięk. Marietta. To imię naszpikowane było ostrymi kolcami, które raniły jego podniebienie, język i gardło.

To, że kochał moją matkę, nie oznaczało, że nie może pokochać nikogo innego.

- Dlaczego pytasz? - Przyglądał mi się uważnie.

- Bo nie chcę, żebyś był sam - odparłam, wzruszając ramionami.

Tata przestał jeść, a jego twarz zrobiła się kredowobiała. Widziałam to nawet pomimo dwudniowego zarostu. W jednej chwili pojęłam, co go tak przestraszyło, i w myślach walnęłam się za to po głowie.

- Tato, to nie tak. - Próbowałam się uśmiechnąć i złapałam go za rękę, która wypuściła widelec i bezwładnie opadła na stół.

Boże, byłam okropną córką i do tego idiotką.

- Tato, po prostu chciałam się dowiedzieć, czy masz życie osobiste. - Uśmiechnęłam się i tym razem wyszło mi to lepiej. - Bo ja sama... bo ja kogoś poznałam. - Nie chciałam mu jeszcze wspominać o Filipie, ale w tej sytuacji nie miałam wyjścia.

Musiał zrozumieć moje motywy.

Przestraszył się tego, że próbuję wybadać jego sytuację na wypadek, gdyby miał zostać sam.

Bał się, że chcę się zabić. Po naszej ostatniej rozmowie, gdy wydałam mu się nienaturalnie wesoła i beztroska, mógł połączyć kropki, które powinny utworzyć ładnego, małego kotka, zamiast tego ukazał mu się potwór.

Ojciec na powrót zaczął przejawiać oznaki życia. Przełknął jedzenie i popił herbatę. Zrobiło mi się głupio i przykro. Przysporzyłam mu tak wiele zmartwień, że nigdy mu się za nie nie wypłacę.

- Poznałaś kogoś? - odchrząknął, żeby pozbyć się z głosu chrypki.

- Tak - westchnęłam. - Ma na imię Filip - dodałam.

- I tyle? I to ma zaspokoić moją ciekawość? - Podniósł jedną brew.

- No a co chciałbyś wiedzieć? - Upiłam łyk kawy.

Tylko nie pytaj, czym się zajmuje. Nie pytaj, czym się zajmuje, recytowałam w myślach jak mantrę.

- Na przykład czym się zajmuje.

Super. Westchnęłam.

- No właśnie tego nie wiem. - Przygryzłam wnętrze policzka.

Już wiedziałam, co zaraz nastąpi.

- Jak to nie wiesz? - Skrzywił się. - Nie powiedział ci? Wiesz, co to może oznaczać? - Obudził się w nim prawnik.

- Tak, tak. Pewnie jest kryminalistą i takie tam. - Machnęłam widelcem w powietrzu. - Podejrzewam, że handluje narkotykami - dodałam lekko.

- Teraz sobie żartujesz? - Ni to stwierdził, ni zapytał, odkładając sztućce na bok.

Parsknęłam.

- Oczywiście, że żartuję. Wie, że jesteś prawnikiem i nie uciekł z krzykiem, a gdyby był handlarzem kokainy, to nie ryzykowałby swojego biznesu dla mnie - oświadczyłam, udając powagę, ale miałam świadomość, że zdradziły mnie oczy.

Ojciec zmierzył mnie podejrzliwym spojrzeniem i zapytał:

- Kim jesteś i co zrobiłaś z moją córką?

- Zjadłam ją - powiedziałam i się wyszczerzyłam.

- No więc, powiedz mi o nim coś więcej - kontynuował przesłuchanie, które sama sprowokowałam.

- Jest uzdolniony muzycznie - zaczęłam. - Gra na wielu instrumentach, śpiewa i pisze piosenki. Napisał jedną dla mnie. - Mimowolnie się uśmiechnęłam. - Jest przystojny, miły, boi się klaunów i gołębi.

Usta taty drgnęły.

- Lubisz go? - zapytał, ale było w tym coś więcej, jakby nadzieja.

- Tak - odparłam szybko i cicho dodałam: - Bardzo go lubię.

Tata się zamyślił, a potem oparł na krześle i dopił kawę.

- Cieszę się - przyznał. - Mam tylko nadzieję, że nie okaże się tym handlarzem. Bo go dorwę. - Wymierzył we mnie palec. - Możesz mu to powtórzyć.

- Na pewno to zrobię - zgodziłam się.

- A jak minął ci wieczór z Kostkiem? Fajny chłopak, nie?

- Fajny - powiedziałam po chwili zastanowienia. - Ale nie dla mnie.

Tata westchnął z udawanym rozczarowaniem.

Po śniadaniu poszliśmy na spacer do Łazienek, a potem do centrum handlowego, żeby pomóc mu wybrać jakieś koszule. Nie podjęłam już tematu potencjalnej dziewczyny. Może za jakiś czas do tego wrócę, gdy przekona się, że po prostu się o niego troszczę. Potem poszliśmy na obiad, na który został też zaproszony Kostek.

Był naprawdę sympatycznym facetem. Zabawnym, przystojnym i ciekawym świata. Opowiadał mi o swoich podróżach. Najbardziej zainteresowała mnie jego wyprawa na Wyspy Wielkanocne. Spędziłam z nim bardzo miło czas, ale w mojej głowie wciąż był Filip. Jego wybuch zazdrości zdenerwował mnie, ale też sprawił dziką przyjemność.

Pragnęłam go. Wiedziałam to już w chwili, gdy go ujrzałam w klubie. Nie mogłam się doczekać, kiedy go dziś zobaczę.

Tata i Kostek wyjechali o siedemnastej. Już tęskniłam za ojcem. Obiecałam mu, że przyjadę do Krakowa, jak tylko uporam się z wejściówkami do egzaminów. Zanim wsiadł do auta, objął dłońmi moją twarz i raz jeszcze spojrzał w oczy.

- Kocham cię - powiedział.

Uśmiechnęłam się i odpowiedziałam:

- Ja ciebie też. Jedźcie ostrożnie.

Pomachałam im na do widzenia i od razu na pobliskim przystanku wsiadłam do autobusu, którym chciałam dojechać do stacji metra Ratusz Arsenał, a potem do placu Wilsona. Umówiliśmy się tam przed zejściem do metra. Filip już na mnie czekał. Stał przy zadaszeniu oparty o barierkę. Zanim się ujawniłam, postanowiłam go chwilę poobserwować.

Ręce mnie świerzbiły, jak tamtego wieczoru nad Wisłą. Musiałam przeczesać jego włosy, chciałam dotknąć ust i tej małej blizny. Podeszłam do niego bliżej i zwalczyłam chęć objęcia go w pasie i przytulenia się do jego pleców. To wszystko było takie intensywne. Tak silne, że niemal bolesne. I zupełnie do mnie niepodobne.

- Wszystko będzie dobrze. Wszystko będzie dobrze. Wszystko będzie dobrze - szepnęłam pod nosem.

Pamiętam, że gdy wtedy usłyszałam to z jego ust, po moim ciele przebiegł dreszcz. Przy Filipie udawało mi się nie bać, bo mnie rozumiał, a to oznaczało, że zetknął się z tym samym, co z kolei mnie zasmuciło.

Podeszłam bliżej i delikatnie szturchnęłam go w łokieć.

- Jestem - zaanonsowałam się.

Filip się uśmiechnął. Moje serce wywinęło fikołka.

- Jesteś - powiedział tylko. - Prowadź.

Nad Wisłą opowiedziałam mu o rodzinnym domu, który chciałabym zobaczyć, chociażby z daleka. Przez dwa lata pobytu w stolicy nie odważyłam się tego zrobić, bo to było zakazane miejsce. Zaproponował, że jeśli jestem gotowa, to ze mną pojedzie. Nie pytał, dlaczego się tego bałam. Chyba postanowił przejść do porządku dziennego nad moimi strachami. I słusznie, bo w większości przypadków nie miały one racjonalnego wytłumaczenia.

Ruszyliśmy wzdłuż ulicy Mickiewicza, a potem Kniaźnina. Mijaliśmy domy jednorodzinne, niektóre zadbane, inne lata świetności mające już za sobą. Bardzo mgliście pamiętałam tę okolicę, bo starałam się tu nie zapuszczać. Ale dzisiaj nie byłam sama.

Zrobiło się chłodniej, a niebo wyglądało tak, jakby za chwilę miał lunąć deszcz. Owinęłam szyję szalikiem, a z torby wyciągnęłam czapkę.

- Serio? Czapka? Jest połowa kwietnia - zakpił Filip i żartobliwie zsunął mi ją na oczy.

- Spadaj. - Odepchnęłam go. - Wieje zimny wiatr, a ja często się przeziębiam - wyjaśniłam lekko urażona.

Złapał mnie za rękę i przyciągnął do siebie, a potem objął mocno.

- Co robisz? - zapytałam zaskoczona.

- Chcę cię rozgrzać - powiedział w moją szyję.

Chciałam odpowiedzieć jakimś przemądrzałym komentarzem, ale w tej chwili zabrakło mi słów. Objęłam go w pasie, a Filip rozchylił poły swojej kurtki i zamknął mnie w nich. Pomieściła nas oboje i rzeczywiście zrobiło mi się ciepło, wręcz gorąco. Serce Filipa uderzało milion razy na minutę. Dzięki temu wiedziałam, że dla niego to również była intymna i ekscytująca chwila.

- Już ci cieplej? - zapytał cicho.

- Tak, ale czapki nie ściągnę - ostrzegłam.

- Nie szkodzi - powiedział poważnie i uniósł mój podbródek.

Patrzyłam na niego, nie mogąc się poruszyć. Pocałuj mnie. Pocałuj mnie. Pocałuj mnie, krzyczałam w środku. Filip zwilżył wargi językiem i się nachylił. Miałam wrażenie, że jego droga do moich ust trwa całą wieczność. Jakby pokonywał Wszechświat. Nie byłam aż tak cierpliwa. Chwyciłam go za kark i przyciągnęłam do siebie.

To było jak uderzenie pioruna. Jak grzmot. Jak muzyka.

Filip ujął moją twarz w obie dłonie i przycisnął mnie do siebie. Zamknęłam oczy, bo chciałam czuć bardziej. Miękkość warg, ich smak i jego oddech, którym mnie karmił. To było jak życie. Stałam na palcach, nie mogąc zbliżyć się do niego wystarczająco. Oddawałam każde muśnięcie ust. Nie mogłam się powstrzymać i wsunęłam język między jego wargi. Filip mruknął coś niezrozumiale, a ja jęknęłam z rozkoszy. Nasze języki tańczyły w idealnej harmonii. Dawały i brały po równo.

Jego palce gładziły mnie po twarzy, a ja desperacko zaciskałam dłonie na połach jego kurtki. Nigdy nie czułam czegoś takiego.

W pewnym momencie zabrakło mi tchu i musiałam oderwać się od jego ust. Filip wyglądał na zamroczonego, czyli tak samo jak ja.

Oddychaliśmy tak szybko, jakbyśmy weszli na szczyt góry. Byłam podniecona, a to był jedynie pocałunek. Na pewno widział to w moich oczach, bo nie zamierzałam niczego ukrywać. Nawet bym nie potrafiła.

- Nina - powiedział zachrypniętym głosem. - Moja Nina - dodał, chwytając kosmyk krótkich włosów, który wystawał spod mojej czapki.

W jego głosie pojawiła się nuta człowieka zupełnie oderwanego od ziemi. Poczułam przyjemny dreszcz na całym ciele.

- Twoja? - zapytałam, delikatnie się odsuwając.

Nie było mi już zimno.

15.

Byłem totalnie rozwalony. Nie do końca wiedziałem, co mówię. Nie chciałem się z tego wycofywać, ale nie byłem pewien, jak odebrała tę spontaniczną deklarację.

- Tak. Jesteś moją muzą. - Postanowiłem obrócić wszystko w żart.

Nina przewróciła oczami i pokręciła głową. Czapka zsunęła się jej na oczy. Zaśmiałem się i, nie mogąc się powstrzymać, zrobiłem krok w jej stronę i znowu ją pocałowałem - szybko i delikatnie.

Nina oblizała usta, co jeszcze mocniej mnie podkręciło. Chryste, jak ja jej pragnąłem. Nie wiem, co we mnie wstąpiło. Jej uśmiech, jej szczupłe, delikatne, ale kształtne ciało i ten zapach. Pachniała jak kwiaty po deszczu.

Uśmiechnęła się do mnie. Szeroko, szczerze, prosto z serca. Za ten uśmiech zrobiłbym wszystko. Czy zdawała sobie z tego sprawę?

- Idziemy? - zapytała, obdarowując mnie przenikliwym spojrzeniem.

- Idziemy - odparłem, oblizując wargi, żeby raz jeszcze jej posmakować.

Jej twarz oblała się rumieńcem. Też mnie pragnęła. Czułem to.

Ruszyliśmy dalej. Niedzielne popołudnie na Żoliborzu było leniwe. Prawie nie było widać ludzi. Tylko od czasu do czasu pojawiali się na spacerze maruderzy z psami. Przez ostatnie dni zieleń zaatakowała miasto ze zdwojoną siłą.

Spojrzałem na dziewczynę idącą obok. Nina była milcząca i skupiona, a może nawet przestraszona?

Zatrzymaliśmy się przed niską kamienicą z frontem oplecionym przez bluszcz. Wokoło rosło mnóstwo krzewów, wysokich starych sosen i kasztanowców. Budynek robił wrażenie opuszczonego, ale przez lekko uchylone okna powiewały firanki. Cały teren otoczony był wysokim metalowym ogrodzeniem, do którego w niektórych miejscach dostawiono segmenty drewnianego parkanu.

- Mogę cię o coś zapytać? - Odważyłem się.

Nina skinęła głową.

- Dlaczego dopiero teraz zdecydowałaś się tu przyjechać?

Powiedziała mi tylko tyle, że chciałaby odwiedzić to miejsce i czy mógłbym się z nią tam wybrać. Musiało się tu wydarzyć coś niedobrego. Instynktownie zbliżyłem się do niej i chwyciłem ją za rękę. Nina splotła ciasno nasze palce. Jej dłoń była chłodna i sztywna.

- Moja mama tu umarła. - Nie patrzyła na mnie. - Boję się tego miejsca - szepnęła.

Czułem, że drży.

- Możemy stąd pójść - powiedziałem i objąłem ją mocno.

Wydała mi się taka krucha i delikatna. Chciałem ją chronić.

Nie odpowiedziała, tylko wyrwała dłoń z mojej ręki i podeszła do krat ogrodzenia. Chwyciła pręty i z szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w zarośnięty ogród. Oddychała szybko i spazmatycznie.

- Chodźmy stąd - powiedziałem zdecydowanie i położyłem ręce na jej ramionach. - Nina! - rzuciłem, ale ona jakby wpadła w trans.

Nie słyszała mnie i nie widziała. Bałem się o nią.

Nagle oderwała dłonie od ogrodzenia i puściła się biegiem w stronę, z której przyszliśmy. Pobiegłem za nią. Serce omal nie wypadło mi z piersi, gdy wbiegła na jezdnię tuż przed maskę jadącego samochodu. Przyspieszyłem i dogoniłem ją przy wejściu do parku Żeromskiego. Chwyciłem ją mocno w pasie i zatrzymałem. Szarpała się, ale była drobna, a ja o wiele od niej silniejszy, więc nie mogła mi się wyrwać. Oboje sapaliśmy, tak jak po naszym pocałunku.

- Nina - wydyszałem. - Nina. Nina - powtarzałem. - Jestem. Nic ci nie grozi. Oddychaj.

Jakiś przechodzień, starszy mężczyzna, zatrzymał się przy nas i zapytał:

- Proszę pani, wszystko w porządku? - Spojrzał na mnie krytycznym okiem i nachylił się nad Niną.

Byłem poirytowany, ale jednocześnie wdzięczny za to, że mężczyzna zareagował, gdy zauważył niejednoznaczną sytuację z udziałem słabszej dziewczyny.

Nina przestała się szarpać i skinęła głową, nie patrząc na niego. Odwróciła się i objęła mnie desperacko w pasie.

- Wszystko jest okej - powiedziałem jednocześnie do niej i do mężczyzny, który jeszcze przez kilkanaście sekund nam się przyglądał, ale zaraz ruszył w swoją stronę.

Poprowadziłem nas do najbliższej ławki i posadziłem na niej dziewczynę. Przykucnąłem tuż przed nią. Jej oddech przypominał spazmatyczny charkot. Już kiedyś coś takiego widziałem.

- Przyłóż ręce do twarzy i oddychaj powoli. Wdech nosem, wydech ustami - poinstruowałem, przyciągając chłodne dłonie Niny do jej policzków. - Powoli. Wdech nosem, wydech ustami.

Powtarzałem to, dopóki panika nie zaczęła ustępować z jej oczu. Spod czapki wystawały mokre od potu kosmyki, a na jej twarz wróciły kolory. Serce ścisnęło mi się z bólu na ten obraz pokruszonej Niny. Objąłem jej policzki i delikatnie gładziłem je kciukami.

- Już wszystko jest dobrze - zapewniłem.

Spuściła głowę i odsunęła ręce od twarzy. Wyglądała na zawstydzoną. Nie powinna się tak czuć. To było ludzkie, bać się i wpadać w panikę. Nie powinna się tego wstydzić.

- Przepraszam - powiedziała zachrypniętym głosem i chciała wstać.

Bałem się, że znowu chce uciec, dlatego przytrzymałem ją za kolana, wciąż przed nią kucając.

- Nie przepraszaj mnie za nic - powiedziałem poważnie. - Za nic nie przepraszaj. Nieważne, co zrobisz i co się wydarzy później, za nic mnie nie przepraszaj - dodałem stanowczo.

Patrzyła na mnie zaszczutymi, zranionymi oczami i pękało mi przez to serce.

- Chodźmy już - powiedziałem łagodnie. - Napijemy się gorącej czekolady albo kawy. Co zechcesz.

Nina pogładziła mnie po twarzy, nachyliła się i pocałowała delikatnie w usta. Nie było w tym gwałtowności, jak jeszcze chwilę wcześniej, gdy niecierpliwie przyciągnęła mnie do siebie, pragnąc pocałunku. Tym razem miałem wrażenie, że to skrzydła motyla dotknęły moich ust. Znowu musiałem oblizać wargi, żeby jej posmakować. To był odruch.

Wstaliśmy i powoli ruszyliśmy w stronę metra. Trzymałem ją za ramiona, bo takie ataki paniki były strzałem adrenaliny, która bardzo szybko odpływała, pozbawiając człowieka sił.

Weszliśmy do małej cukierni przy placu Wilsona. Zamówiłem sobie herbatę, a Ninie gorącą czekoladę i do tego kawałek ciasta marchewkowego, bo nie mieli tarty cytrynowej.

- Zapadnę po tym w śpiączkę - odezwała się wreszcie, spoglądając na zestaw, który przed nią postawiłem.

Przełknąłem ślinę, bo przed moimi oczami pojawiła się twarz Marii. Szybko jednak odgoniłem tę myśl. Teraz byłem potrzebny Ninie.

- Wtedy zaniosę cię do domu na rękach - oświadczyłem.

Sięgnęła po widelec i nabiła kawałek ciasta, które potem włożyła sobie do ust. Tym razem nie zamknęła oczu.

- Nie wiem, co jest z tym domem... - zaczęła, jedząc ostrożnie.

Chciałem, aby mówiła i wyrzuciła to z siebie. Najgorszą krzywdą, jaką można sobie zrobić, jest tłumienie emocji.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Prolog

Dudniące basy odbijały się od serca i myśli. Świat wirował, a w mojej głowie panowała idealna pustka. Feeria migoczących świateł zamieniała klub w odległą planetę gdzieś na końcu kosmosu. Duszne powietrze gęstniało w płucach. Czułam prawdziwą euforię. Rytm unosił mnie nad ziemią. Przemierzałam galaktyki i obserwowałam gwiazdy.

W pewnym momencie rozchyliłam powieki i napotkałam spojrzenie, od którego przebiegł mi po plecach dreszcz. Zgubiłam wewnętrzny rytm. Wciąż się poruszałam, ale już bez harmonii. Zatrzymałam się i gdy odważyłam się zamrugać, ciemne oczy zniknęły. Przez chwilę myślałam, że mam przywidzenia, co nie byłoby niczym nowym, ale po kilku sekundach znowu je odnalazłam i utonęłam w tych tęczówkach, które patrzyły tylko na mnie. Jakby wokół nie było nikogo innego.

Gdy zmieniła się muzyka, a przez moje ciało przepłynął nowy impuls, zaczęłam się powoli poruszać, ale tym razem nie zamknęłam oczu. Pozwoliłam mu wejść do mojego małego kosmosu. Wszystko przez to niesamowite spojrzenie.

Zobaczyłam, że przedziera się do mnie przez gęsty tłum. Czułam go całą sobą i pragnęłam, żeby znalazł się bliżej. Chciałam sprawdzić, czy wtedy będzie równie intrygujący. Nie musiałam długo czekać. Po kilku sekundach był przy mnie. I nie, to nie odległość sprawiała, że był atrakcyjny.

Chwycił mnie za rękę, a ja w odpowiedzi splotłam nasze palce. Drugą dłonią odgarnął moje włosy. Pozwoliłam mu na to, co mnie samą zaskoczyło, bo nie lubiłam dotyku obcych ludzi, ale jego ręce wydały się znajome. Może już go kiedyś spotkałam. Może w poprzednim życiu?

Gdy dotknął mojej szyi, muzyka ustała i zapanowała ciemność. Nie wiedziałam, czy wpadliśmy w czarną dziurę istniejącą tylko w mojej głowie, czy zawiniło nagłośnienie oraz oświetlenie. Czy to było ważne?

Dłoń chłopaka przesuwała się po moim karku, a jego usta znalazły się przy odsłoniętym ramieniu. Miałam tak niewiele czasu, żeby się tym nasycić. Byłam naćpanym Kopciuszkiem. Zaśmiałam się z powodu tego określenia, które było idealnym odzwierciedleniem tego, jak się w tej chwili czułam.

Podniosłam powieki, a wtedy ponownie rozbrzmiała muzyka i stroboskopowe światła uderzyły mnie po oczach. Cieszyłam się, że znowu widziałam, bo na tego faceta po prostu trzeba było patrzeć - ciemne, gęste, lekko falujące włosy, krople potu na czole i pełne usta rozchylone w półuśmiechu. I te oczy. Oczy, w których można było utonąć.

- Nie mów mi, jak masz na imię - krzyknęłam mu do ucha. - Nic o sobie nie mów - dodałam.

W jego spojrzeniu pojawiło się zdziwienie, ale zaraz skinął głową, jakby zrozumiał.

Nachylił się i musnął ustami moje ucho. Od tego delikatnego dotyku zagotowała się krew w moich żyłach. Nie powinno tak być. Nie przy tym, co zażyłam wcześniej. Ale tej reakcji nie mogłam pomylić z niczym innym. Musiałam zamknąć oczy, bo mogłabym się już nigdy nie odnaleźć. Jego usta przesunęły się na mój kark. Zadrżałam.

Dłonie zatrzymały się na moim brzuchu. Nie napastliwie i zaborczo, ale delikatnie, jakby pytały, czy mogą tam zostać. Moją odpowiedzią był brak reakcji. Pragnęłam, żeby mnie trzymał i by zostało tak już na zawsze.

Jeśli go sobie wymyśliłam, to nie chciałam tego wiedzieć. Chciałam tańczyć i czuć. Tak też zrobiliśmy. Powoli, zmysłowo i kompletnie poza rytmem szybkich bitów. Mieliśmy swój własny rytm, który nami sterował.

Wiedziałam, że wszystko, co się teraz dzieje, jest jedynym lekarstwem. Chwile zapomnienia. Drobinki emocji, które napędzały mnie do życia. Żyłam, bo tańczyłam z ciemnookim chłopakiem, którego dotyk mnie ukoił.

Zakręciłam się wokół własnej osi i gdy znowu się zatrzymałam, byłam sama.

1.

Obudziłam się gwałtownie. Przed sobą zobaczyłam zarys obcego, ciemnego miejsca. Serce szamotało się w piersi, jakby za chwilę miało wyrwać się na zewnątrz. W głowie pojawiła się przerażająca myśl. Umieram. Za chwilę umrę. Uczucie duszności wygoniło mnie z łóżka. Potknęłam się o coś i omal nie upadłam. Chwyciłam parapet i otworzyłam szeroko okno.

- Nie... nie umieram.

Musisz oddychać.

Jeszcze tylko kilka oddechów.

Raz. Dwa. Trzy.

Już dobrze.

- Wszystko będzie... dobrze. Wszystko... będzie dobrze. Wszystko będzie dobrze - wydyszałam.

Nieznajome kształty zaczęły przypominać mój pokój. Zapaliłam światło i spojrzałam na telefon, który wyświetlał godzinę trzecią zero zero. I tak prawie każdej nocy.

Przynajmniej tym razem nie krzyczałam, pomyślałam. Dzięki Bogu zdarzało się to coraz rzadziej.

Rozejrzałam się po pomieszczeniu i sięgnęłam po butelkę wody, którą trzymałam przy łóżku. Upiłam kilka sporych łyków i odstawiłam ją na stolik. Zwróciłam się twarzą do okna i podniosłam rolety. Miasto zaczynało przybierać jaśniejsze barwy. Gdy pojawiał się zaczątek kolejnego dnia, moje serce zaczynało bić spokojniej.

Obserwowałam niebo, które odsłaniało budzące się miasto. Obok mojego okna przeleciał gołąb i przysiadł na poręczy balkonu. Z dziesiątego piętra miałam idealną panoramę na centrum Warszawy. Wyrastające jak grzyby po deszczu wieżowce okalały Pałac Kultury i Nauki, tworząc wokół niego koronę. Lubiłam ten widok. Sprawiał, że czułam się częścią czegoś większego. Nie byłam już sama.

Wróciłam do łóżka i położyłam się spać, bo miałam jeszcze kilka godzin, nim zadzwoni budzik. Tym razem byłam pewna, że nie wybudzi mnie żaden koszmar.

*

Zjadłam szybkie śniadanie, wygrzebałam z szafy parę luźnych dżinsów i ulubiony turkusowy sweter. Od rana świeciło słońce, ale był to dopiero początek kwietnia i można było spodziewać się wszystkiego, dlatego założyłam też parkę, a do torby spakowałam czapkę. Jak co dzień wyszłam z domu dwadzieścia minut wcześniej, niż musiałam, żeby pokonać dwa przystanki pieszo. Wiosna budziła się do życia, a wiosną zawsze czułam się lepiej. Obserwowałam pierwsze jej oznaki z rosnącą ekscytacją. Na krzewach zaczynały się otwierać delikatne pąki kwiatów i pojawiać pierwsze liście. Każdy z takich małych elementów był dla mnie zastrzykiem energii, a Bóg mi świadkiem, że jej potrzebowałam.

Autobusem dotarłam do centrum. Przeszłam przez Patelnię, żeby dotrzeć do przystanku tramwajowego. O ósmej musiałam się prawie przedzierać przez pędzącą rzekę ludzi. Nie lubiłam tłumów, ale w tym mieście nie można było ich uniknąć. Były jego stałym elementem. Slalomem gigantem ominęłam dwie kwiaciarki, zespół trubadurów, kobietę handlującą stanikami olbrzymich rozmiarów i kilku ulotkarzy. Prawie udało mi się dotrzeć do schodów prowadzących na przystanek, z którego odjeżdżał tramwaj w kierunku Ochoty, ale wtedy usłyszałam głos, który poniósł się echem po całym przejściu podziemnym.

Nie wiem dlaczego, ale wydał mi się znajomy, chociaż to było tylko nucenie. Po chwili dotarły do mnie słowa:

Krok w krok podąża za tobą mrok.

Ciężkie sople lodu spływają z powiek.

Czy to już posąg, czy jeszcze człowiek?

Zatrzymałam się nagle z nogą na stopniu, a potem odwróciłam w stronę, z której dochodziły dźwięki. Zastygłam, zafascynowana nie tylko tym głębokim, hipnotyzującym głosem, ale też słowami. Zrobiłam kilka kroków, omijając garstkę osób, które, tak jak ja, przystanęły w przejściu, żeby go posłuchać. Wyjrzałam ponad ramieniem wysokiej dziewczyny, bo musiałam na niego spojrzeć.

Młody, na oko dwudziestoletni, mężczyzna pochylał się nad gitarą, skupiony wyłącznie na uderzaniu w struny. Nie patrzył na mnie, ale z jakiegoś powodu na jego widok serce zabiło mi mocniej. Miał na głowie bejsbolówkę, spod której wymykały się ciemne, kręcone pukle. Wiedziałam, że jego oczy mają barwę mlecznej czekolady i są otoczone długimi rzęsami. Wiedziałam to, chociaż z tej perspektywy nie mogłam ich zobaczyć.

Wszystko ginie w twym mroźnym cieniu.

Żeby żyć, musisz poddać się pragnieniu.

Zachrypnięty głos przenikał mnie całą. Po chwili chłopak zaintonował głośniej i szybciej:

Bum! Łup! Chrup! Bach! Bach!

Nie bój się. To tylko twój strach.

Powtórzył ten refren trzykrotnie, a ja słuchałam zafascynowana. Mój oddech przyspieszył, brzmiał tak, jakby ktoś nagle zanurzył mnie w wodzie i po chwili z niej wydobył, a ja próbowałam zaczerpnąć tchu.

Ciemnowłosy gitarzysta podniósł głowę i nasze spojrzenia się spotkały. Tłum ludzi przetaczał się gwałtownie, jak krew w głównych arteriach, ale my zatrzymaliśmy się w czasie.

Chłopak otworzył szeroko oczy, bo też mnie rozpoznał. Kolejne wersy zamarły na jego ustach, ale dłonie wciąż szarpały za struny gitary, improwizując. Po kilku dźwiękach ponownie rozchylił wargi i wydobył z nich słowa:

Krok w krok podąża za tobą mrok.

Rok w rok podąża za tobą zima.

Skuty lodem świat, wieczna zmarzlina.

Zwolnij oddech, wetknij we włosy kwiat.

Nim przyjdzie wiosna, zaśniesz na sto lat.

Bum! Łup! Chrup! Bach! Trach!

Nie bój się. To tylko twój strach.

Jak w transie patrzyłam na jego dłonie, usta, oczy... Śpiewał całym ciałem. Nie tylko ja zwróciłam na niego uwagę. Nieopodal przystawali ludzie i na kilkanaście sekund zamykali się z nim w jego szklanej bańce. Kilka nastolatek chichotało obok mnie. Nie dziwiłam się im, facet był bardzo atrakcyjny. To, co zapamiętałam z klubu, nie było tylko wizją naćpanego Kopciuszka, ale prawdą, rzeczywistością. Bo to był on. Chłopak z dyskoteki.

Skończył śpiewać i było tak, jakby ktoś znowu wcisnął "play", bo zaczął do mnie docierać szum za plecami. Podziemne przejście znowu żyło.

Gitarzysta przełknął ciężko ślinę, nie spuszczając ze mnie wzroku. Podniósł się z ziemi i zrobił gest, jakby chciał do mnie podejść, ale w tej chwili nie byłam gotowa na jakąkolwiek konfrontację. Nie mogłabym wydusić z siebie słowa, bo myślami wciąż byłam w klubie, gdzie połączyło nas coś intymnego. Nie chciałam, żeby uznał mnie za płochliwą łanię, ale nie mogłam z nim teraz porozmawiać.

Odwróciłam się i pobiegłam schodami w górę. Wypadłam na Marszałkowską, na której porwał mnie tłum. Przystanęłam na chwilę przy Domach Centrum i dopiero wtedy się zorientowałam, że muszę się cofnąć, żeby dojść do przystanku tramwajowego. Gdy już się upewniłam, że sobie poszedł, zniknęłam w tłumie ludzi w przejściu. Przynajmniej raz się do czegoś przydali.

Miałam niewiele czasu, żeby zdążyć na pierwsze ćwiczenia. Do sali, w której mieliśmy zajęcia z psychologii rozwojowej, dotarłam z lekkim poślizgiem, ale wykładowca nawet na mnie nie spojrzał.

Usiadłam obok Anieli, którą poznałam na pierwszym roku studiów. Studiowałyśmy pedagogikę wczesnoszkolną. Aniela miała długie, cienkie włosy w kolorze mysiego futra, szare oczy, okrągłą twarz i kilka piegów na nosie, które dodawały jej charakteru. Na pierwszy rzut oka wydawała się przeźroczysta, ale to było tylko wrażenie. Była cicha, spokojna i lekko flegmatyczna, ale mi to w ogóle nie przeszkadzało. Lubiłam ją, bo potrafiła mnie rozbawić, i to w najmniej oczekiwanym momencie.

Aniela uśmiechnęła się na powitanie i wróciła do notatek. Zajęcia z psychologii rozwoju były moimi ulubionymi. Uwielbiałam uczyć się na temat milowych kroków, które pokonuje niemowlak, aby stać się niezależnym, samodzielnym człowiekiem. Tym razem jednak nie mogłam się skupić na słowach profesora. Przez całe zajęcia w mojej głowie odbijały się echem słowa piosenki o zimie i mroku. I nie potrafiłam wyrzucić z pamięci tych ciemnych oczu, przekonanych o prawdziwości tekstu. Chciałam to namalować tak bardzo, że aż świerzbiły mnie palce. Nawet zaczęłam coś bazgrać w zeszycie, ale potrzebowałam mojego szkicownika. W wyobraźni widziałam kobietę w długiej zniszczonej sukni. Kobietę, która przemierza świat, nie dostrzegając umykającego czasu ani otaczających ją ludzi. Z jej sukni zwisają sople lodu, a nad głową błyszczą tysiące gwiazd. Nie mogłam się doczekać, kiedy dotrę do domu i zacznę szkicować tę scenę.

Po ćwiczeniach poszłyśmy z Anielą po kawę do baru na parterze. Był ciepły dzień, a do wykładów miałyśmy jeszcze pół godziny. Wyszłyśmy na niewielki dziedziniec, na którym zebrało się już sporo ludzi, w przeważającej większości były to dziewczyny. Studiowałyśmy na uczelni pedagogicznej i trafiało się tu bardzo niewielu chłopaków.

- Jak tam weekend? - zagadnęła Aniela, otulając dłońmi papierowy kubek.

- Zwyczajnie. Czytałam, trochę się uczyłam. - Wzruszyłam ramionami.

Nigdy nikomu nie mówiłam o sobotnich wypadach do klubu. Nie byłam wtedy sobą.

- A ty? Odwiedziłaś rodziców?

- Tak, wróciłam wczoraj wieczorem. Wolę spędzać weekendy na wsi. Zresztą robi się coraz cieplej, a ja źle znoszę upały - przyznała, upijając łyk kawy.

- Tak, pamiętam. - Uśmiechnęłam się na wspomnienie ostatniego lata.

Aniela zawsze chowała się w cieniu, żeby nie wystawiać się na słońce. Na początku myślałam, że po prostu nie lubi gorąca, ale gdy raz zasłabła na przystanku, na którym nie było wiaty, zrozumiałam, że nie tylko o to chodzi. Nieźle się wtedy wystraszyłam. Od tamtego czasu pilnuję, aby nie zabrakło jej w lecie cienia.

Po zajęciach pojechałam do domu i natychmiast złapałam za ołówek. Nie chciałam jeść ani pić. Nie potrzebowałam niczego, dopóki nie skończę.

Rok w rok podąża za tobą zima.

Skuty lodem świat, wieczna zmarzlina.

W szkicowniku pojawiła się twarz młodej kobiety. Zagubiona i zmęczona. Na jej głowie zaczęła się formować korona z płatków śniegu, a strzępkami jej sukni targał porywisty wiatr. Lód i mrok.

Nie mogłam przestać szkicować. Byłam w transie, a gdy skończyłam, ujrzałam... siebie.

2.

- Już po wizycie? - zapytała pielęgniarka.

Uśmiechnęła się przyjaźnie. Malwina była niewiele starsza ode mnie, ale miała w spojrzeniu coś matczynego. Coś, z czego chyba nie zdawała sobie sprawy. Za to w jej uśmiechu było bardzo dużo czegoś przeciwnego do matczynych uczuć. Podobałem się jej.

- Tak - odpowiedziałem.

Starałem się jak najmniej z nią spoufalać. Była atrakcyjna, ale mimo to zupełnie do mnie nie przemawiała, dlatego za każdym razem próbowałem dać jej do zrozumienia, że nie jestem zainteresowany.

Otworzyła usta, żeby coś dodać, ale w ostatniej chwili zrezygnowała i skinęła tylko głową. Chyba mi się udało.

Minąłem dyżurkę pielęgniarek i gabinet lekarzy, a potem zbiegłem na parter do głównego wyjścia. Znałem to miejsce jak własną kieszeń, bo bywałem tu przynajmniej raz w tygodniu, nie licząc wizyt służbowych.

Wyszedłem na zewnątrz. Poczułem na twarzy ciepło. Wiosenne słońce przyjemnie przygrzewało. Na drzewach zaczynały się pojawiać pierwsze pąki i zaczątki liści. Wiosna zbliżała się wielkimi krokami.

Poprawiłem na ramieniu pasek gitary i ruszyłem w stronę przystanku. Przez całą drogę autobusem myślałem o zdarzeniu z dzisiejszego poranka. To była ona. Dziewczyna z klubu. Pamiętałem ją dokładnie: krótkie, postrzępione ciemne włosy, zielone oczy, pełne usta, okrągłe policzki. Drobna, delikatna, z niewinnością wypisaną na twarzy. Na jej widok moje serce zabiło mocniej. Jakbym zobaczył ducha. Na moment zapomniałem słów własnej piosenki, co mi się nigdy nie zdarzyło.

Nie miała makijażu i przez to wyglądała jeszcze młodziej i bardziej intrygująco.

Chciałem się do niej odezwać, ale uciekła. Przez chwilę myślałem, że ją sobie wyobraziłem, tak jak w klubie, gdy tak nagle zniknęła mi z oczu. Szukałem jej, ale nigdzie jej nie było. Jakby rozpłynęła się w powietrzu, a dzisiaj zmaterializowała przed moimi oczami w momencie, w którym najmniej się tego spodziewałem.

Gdy wysiadłem na swoim przystanku, ruszyłem w stronę osiedlowego marketu, żeby zrobić jakieś zakupy. Mieszkałem sam i rzadko gotowałem. Nie miałem na to czasu ani ochoty. Gotowanie tylko dla siebie nie sprawiało żadnej frajdy. Ale dzisiaj byłem głodny, a z lodówki wiało pustką, dlatego musiałem sobie coś na szybko podgrzać.

Wszedłem na ósme piętro i lekko zdyszany pchnąłem drzwi do mieszkania. Rzuciłem kluczyki na komodę przy wejściu, gitarę odstawiłem na stojak w pokoju i podszedłem do okna, z którego rozpościerał się widok na centrum Warszawy. Lubiłem tę panoramę i to ona zadecydowała o tym, że wynająłem to mieszkanie.

- Mmm - zanuciłem, nie odrywając spojrzenia od lasu wieżowców. - Nie zdradzaj mi imienia... - W pamięci ujrzałem olbrzymie zielone oczy, które patrzyły na mnie z przestrachem.

Chwyciłem gitarę i uderzyłem w struny.

Chciałem zatrzymać tych kilka dźwięków, które nagle pojawiły się w mojej głowie. Zamknąłem oczy i zacząłem grać. Muzyka zaczęła przepływać przez moje ciało i wypełniać mnie od czubków palców po końce włosów.

Przestałem być głodny.

3.

Weszłam na oddział neonatologii. Założyłam fartuch i buty ochronne, a potem zajrzałam do dyżurki pielęgniarek.

- Hej, ciociu - przywitałam się z ciotką Aliną, która na mój widok przerwała wypełnianie jakichś dokumentów.

Zmrużyła oczy, a z jej nosa zsunęły się okulary. Gdy mnie rozpoznała, rozpromieniła się.

- Nina! Nie wiedziałam, że dzisiaj będziesz - powiedziała z lekkim wahaniem.

Była niska i kobieco zaokrąglona. Blond włosy związywała w kucyk, a ciemne oczy podkreślała kreską i tuszem. Była ładną trzydziestodziewięcioletnią kobietą, niepodobną do swojej siostry, czyli mojej mamy. Przynajmniej tak wnioskowałam ze zdjęć umieszczonych w starym albumie, który znajdował się na dnie szafy w mieszkaniu ciotki. Była to jedna z nielicznych pamiątek, które zostały po mojej matce.

- Tak jakoś mnie naszło po dzisiejszych wykładach. - Wzruszyłam ramionami.

Wyglądało na to, że ją przekonałam. Przynajmniej tak mi się wydawało, bo nie zadawała żadnych pytań.

- Chodź. - Odłożyła dokumenty, zamknęła dyżurkę i objęła mnie w pasie, prowadząc na oddział intensywnej terapii dla noworodków.

Szum i pikanie docierały nawet zza szyby. Ale poza tym... poza tym panował tu spokój. Bezkresny spokój. Przychodziłam tu w chwilach rozbicia, gdy potrzebowałam całkowitego wyciszenia. Spotkanie tego chłopaka w podziemnym przejściu lekko wytrąciło mnie z równowagi. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że tym razem potrzeba pojawienia się tutaj była spowodowana nie tyle strachem, co bardziej ekscytacją.

Takie uczucia także wymagały wyciszenia.

- Wczoraj w nocy przybył nam kolejny malec. Aleksander. Urodził się o trzy miesiące za wcześnie, ale jest silny i poradzi sobie. Zakwaterowaliśmy go tam. - Wskazała palcem inkubator stojący w rogu sali.

Spojrzałam w tamtym kierunku. Światło było przyciemnione i widziałam tylko zarys maleńkiej postaci.

- Podejdźmy bliżej. - Ciocia otworzyła drzwi i przywitała się z koleżanką, która podłączała kroplówkę maleńkiej Madzi, dziewczynce z zespołem Downa.

Alicja była niewiele ode mnie starsza i często przystawała, żeby ze mną pogawędzić i zapytać, jak idą mi studia. Wiedziała też, kiedy o nic nie pytać. Jak to wyczuwała? Nie wiem.

Przystanęłyśmy przy inkubatorze. Aleksander miał osłonięte oczy. Oddychał szybko, z zacięciem i walecznością. Jego malutka rączka otwierała się i zamykała. Na głowie miał niebieską czapeczkę, a na stópkach skarpetki w pszczółki. Uśmiechnęłam się do siebie - jak zawsze, gdy spływał na mnie błogi spokój. Westchnęłam, nie odrywając oczu od maleńkiego chłopca, który pojawił się na świecie trochę za wcześnie.

Tak ci się spieszyło?, pomyślałam z rozrzewnieniem.

Delikatnie pogładziłam szybę inkubatora i szepnęłam trzykrotnie:

- Wszystko będzie dobrze. Wszystko będzie dobrze. Wszystko będzie dobrze.

Rytuał trzykrotnych zaklęć był moją kolejną obsesją. Wierzyłam, że jeśli każdego dnia powtórzę to zdanie trzy razy, to nic złego się nie wydarzy.

Składałam się z samych obsesji, strachu i złych przeczuć. Dlatego potrzebowałam lekarstwa w postaci rytuałów. Trzymały mnie w ryzach, dawały poczucie bezpieczeństwa oraz moc sprawczą. Słowa mojej terapeutki.

Chciałam żyć normalnie i być szczęśliwa. Ale bywały takie dni... że życie wydawało się niemożliwym wyzwaniem. W takich chwilach, a zdarzały się ostatnio bardzo rzadko, wyłączałam się i... spałam - bardzo długo, niczym Śpiąca Królewna, jak kiedyś nazwał mnie ojciec.

Urodziłam się z genem, który uniemożliwiał funkcjonowanie w świecie i sprawiał, że nawet najprostsze czynności potrafiły mnie przerosnąć. Z genem, który został we mnie obudzony, gdy byłam dzieckiem. Jak rodzaj choroby nowotworowej, która pojawia się tylko w sprzyjających warunkach. Urodziłam się z wadą, przez którą pragnę rzeczy, których mieć nie mogę.

Chorowałam na nawracającą depresję i nerwicę lękową. Na choroby, które nie zabiją (nie bezpośrednio), ale nie pozwalają też żyć.

Czasami fantazjowałam o tym, że rodzę się po raz drugi. Wolna od wszystkich ograniczeń, od traum i strachu, od przeszłości. I ta myśl mnie pocieszała. Dlatego w gorszych chwilach przychodziłam tutaj. To miejsce kojarzyło mi się z początkiem. Trudnym, ale jednak początkiem.

Nakreśliłam na inkubatorze Aleksandra serce i uśmiechnęłam się do niego.

- Nie spiesz się tak - powiedziałam. - Bądź jak najdłużej nieświadomy i beztroski - dodałam i posłałam mu dłonią pocałunek.

Potem zrobiłam rundkę po sali, czyniąc to samo przy każdym inkubatorze. Każde z tych dzieci zasługiwało na całusa.

Pożegnałam się z ciocią i postanowiłam wrócić do domu, ale coś ciągnęło mnie w innym kierunku. Wsiadłam w pierwszy nadjeżdżający autobus, którym dotarłam do przystanku metra Plac Wilsona. Żoliborz w niektórych miejscach już się zazielenił. Początek kwietnia, a krzewy forsycji już w pełnym rozkwicie. Uwielbiałam te kolory. Miałam ochotę się przespacerować ulicami tej zielonej dzielnicy, ale to miejsce było dla mnie zakazane. Sama go sobie zakazałam, bo niedaleko stąd wydarzyło się coś złego.

Weszłam pospiesznie do metra. W wagonie panował względny luz. O tej porze dnia, czyli we wczesnych godzinach popołudniowych, można było przemieszczać się komunikacją miejską bez wąchania cudzych pach. Wysiadłam na stacji Centrum. Z bijącym sercem skierowałam się pasażem podziemnym w stronę przejścia pod Marszałkowską.

Byłam ciekawa, czy chłopak ma swoje stałe godziny występów. A może wczorajszy minikoncert to była jednorazowa sprawa? Dzisiaj rano go nie było i jeśli nie będzie go też teraz, to oznaczało, że to był tylko ten jeden raz, a to, że się spotkaliśmy...

Zatrzymałam się, nasłuchując. Serce zabiło mi mocniej, a nogi same poniosły w stronę dźwięków gitary, które odbijały się echem od ścian. Ruszyłam w tamtym kierunku, stawiając ostrożnie kroki, tak jakbym mogła szuraniem podeszw zakłócić muzykę, którą mnie do siebie przyciągała. Zupełnie jak w kreskówkach, gdy zapach i dźwięk przybierały formę materialnego wabika. Wyobraziłam sobie samą siebie, chowającą się za węgłem, a nade mną tańczące nutki, które wyciągają ręce, chwytają mnie za ubranie, a potem ciągną w stronę źródła dźwięku.

Uśmiechnęłam się na tę myśl i raźniej ruszyłam w stronę schodów. Był tam. Był. Wydawało mi się, że śpiewa, ale tak naprawdę to czarował. I sądząc po twarzach innych ludzi, nie tylko mnie. Wśród przechodniów, którzy się zatrzymali, żeby go posłuchać, byli również mężczyźni, więc nie można mu było zarzucić, że przyciągał jedynie swoim wyglądem.

Stanęłam z tyłu, oparłam się o zimną ścianę i zamknęłam oczy, chociaż widok gitarzysty sprawiał mi przyjemność. W ten sposób jednak bardziej czułam słowa i dźwięki. A chciałam je poczuć aż do szpiku kości. Pragnęłam w nich zamieszkać. Jego zachrypnięty głos unosił mnie i oddzielał od tłumu - jak drapieżnik ofiarę, żeby móc ją dopaść i skonsumować.

Uśmiechnęłam się do siebie, bo otoczył mnie upragniony spokój i jednocześnie poczułam ekscytację. Dokładnie tak jak po lekach, gdy tańczyłam i zapominałam o świecie. Dokładnie tak samo. Śpiewał o dziewczynie, która prosi o to, aby nie zdradzał jej swojego imienia.

Zaskoczona, otworzyłam oczy i przecisnęłam się na sam przód grupki słuchaczy. Przechyliłam głowę, przyglądając się chłopakowi, który sprawił, że moje serce zaczęło bić w rytm muzyki. Skupiłam uwagę na jego dłoniach - smukłych i delikatnych. Nawet teraz czułam ich dotyk na swojej szyi. Każde muśnięcie.

Musiał usłyszeć moje myśli, bo nagle podniósł głowę i spojrzał wprost na mnie. Jakby wiedział, że tam jestem. Tym razem mój widok go nie zdziwił. Przez moją głowę przebiegła absurdalna myśl, że wykonał tę piosenkę, aby mnie do siebie przywołać. Że to zaplanował. Gdy z jego ust padły ostatnie słowa: "Lataj. Lataj. Lataj" byłam niemal w stu procentach pewna, że tak właśnie było.

Stałam z bijącym sercem i patrzyłam na niego, jakbym została zaklęta. Ludzie się rozeszli, a ja wciąż tam byłam. On również wstał i wykonał w moją stronę delikatny ruch, ale zatrzymał się w pół kroku, jakby chciał sprawdzić, czy znowu nie ucieknę. Tym razem nie zamierzałam czmychać jak przestraszona mysz. Zbyt mocno mnie intrygował, żebym zaryzykowała utratę kolejnej szansy na poznanie go.

Widząc, że nie panikuję, podszedł bliżej, wciąż trzymając gitarę w dłoni.

- Pamiętasz mnie? - zapytał, a jego powieki zatrzepotały nerwowo, jak gdyby nie był do końca pewny, czy jestem prawdziwa.

Otworzyłam usta i chciałam go zapytać, co ma na myśli, aby zyskać na czasie i uspokoić serce, ale czułam, że będzie mi trudno coś wydukać, dlatego tylko skinęłam głową. Niezależnie od tego, czy mówił o sobotnim spotkaniu w klubie, czy o wczorajszym w tunelu, na oba te pytania była ta sama odpowiedź. Pamiętałam go. Jak mogłabym go nie pamiętać?

Odchrząknął nerwowo i się uśmiechnął.

- Chciałabyś skoczyć na kawę? - powiedział, ale po chwili się zreflektował i dodał: - Jestem Filip. - Wyciągnął rękę.

Filip. Tak. Tak mógłbyś się nazywać w mojej wyobraźni, pomyślałam.

Ujęłam jego dłoń i na moment zastygłam zauroczona jego niespodziewanym uśmiechem. Słodkim, delikatnym, ale nie do końca niewinnym. Jego ciemne oczy zaiskrzyły się, gdy uścisnęłam jego rękę. Serce zabiło mi mocniej.

- Nina - przedstawiłam się.

- Nina - powtórzył, jakby chciał posmakować imię. - Pięknie - dodał. - To jak z tą kawą?

Nie mogłam przestać patrzeć na ten uśmiech. I na te ciemne oczy. I na brązowe włosy, które kręciły się u nasady i opadały na czoło niesfornymi kosmykami.

Skinęłam głową, a Filip w rekordowym tempie spakował gitarę do pokrowca, który potem założył na ramię. Zauważyłam, że nie zbierał pieniędzy, co było nietypowe dla ulicznych artystów. Może liczył, że usłyszy go jakiś impresario albo producent muzyczny i zaproponuje mu nagranie płyty? Nie, pomyślałam nagle. Chciał, aby go posłuchano. Po prostu.

Wyszliśmy na Marszałkowską i skierowaliśmy się w stronę remontowanej Rotundy, za którą znajdował się Starbucks. Dotarliśmy tam w milczeniu, ale nie czułam z tego powodu skrępowania.

Usiedliśmy przy stoliku schowanym w ciemnym kącie, w najdalszej części pomieszczenia. Filip ostrożnie odłożył gitarę na wolny fotel i zapytał:

- Czego się napijesz?

Teraz to ja się uśmiechnęłam i odparłam:

- Nie wiem? Może kawy?

Zaśmiał się, jakbym opowiedziała najzabawniejszy żart. Ten śmiech był piękny. Wszystko w nim było piękne.

- Może być latte z cynamonem - powiedziałam i wyciągnęłam portfel, żeby mu wręczyć dwudziestozłotowy banknot, ale on pokręcił głową.

- Ja cię zapraszam - wyjaśnił pospiesznie. - Następnym razem ty zaprosisz mnie - dodał.

Wzruszyłam ramionami, ani nie zaprzeczając, ani nie potwierdzając, ale już teraz wiedziałam, że rzeczywiście następnym razem to ja zaproszę jego.

Po kilku minutach wrócił z dwoma dużymi kubkami, z których zachęcająco wychylała się pianka. Postawił je powoli na stoliku i usiadł, przysuwając sobie krzesło bliżej mnie. Przechylił głowę na lewą stronę i wpatrywał się we mnie z intensywnością ciekawskiego dziecka. Po raz pierwszy, odkąd spojrzeliśmy sobie w oczy, poczułam zdenerwowanie. Bałam się tego, co ten chłopak będzie w stanie ze mnie wyczytać i co sobie pomyśli.

Żeby zamaskować zdenerwowanie, podniosłam ciężki kubek i rozlałam trochę kawy na blat. Chciałam przynieść jakieś serwetki, ale Filip przytrzymał moją dłoń i powiedział:

- To nic.

Wstał i po chwili wrócił z garścią chusteczek i posprzątał bałagan. Ja wyciągnęłam z torebki paczkę chusteczek nawilżających i energicznie wytarłam w nie ręce. Przez to spotkanie zapomniałam to zrobić, gdy wyszłam z metra. Teraz obserwowałam jego spokojne ruchy i zaczynałam się uspokajać. Nasze spojrzenia się spotkały.

- Wtedy w klubie - zaczęłam - to nie byłam naprawdę ja - wyjaśniłam i odwróciłam wzrok.

Chciałam, żeby to wiedział. Wtedy byłam kimś, w kogo musiałam się czasami zamienić, żeby przestać się bać. Miałam nadzieję, że to zrozumie. Ludzie często zakładali maski, żeby przez chwilę poczuć się kimś innym.

Filip przygryzł wnętrze policzka i zmarszczył brwi. Wyglądał, jakby próbował sobie coś przypomnieć albo połączyć jakieś fakty.

- Ja wtedy też nie byłem sobą - powiedział.

- A kim byłeś?

Popatrzył na swoje dłonie, a potem znowu na mnie.

- Kimkolwiek zechcesz. - Uśmiechnął się zawadiacko.

Uczciwe, pomyślałam.

Niczego nie wyjaśnialiśmy i chyba o to chodziło. Nie znaliśmy się, ale nie chcieliśmy się okłamywać na samym początku, więc po prostu nic nie mówiliśmy.

- To było piękne. - Zmieniłam temat, wskazując na gitarę. - I ta piosenka z wczoraj i ta dzisiejsza - powiedziałam szczerze. - Piękne. Sam je napisałeś?

Ponownie się uśmiechnął i przez moment wyglądał na zawstydzonego. Ale tylko przez dwie sekundy, a potem skinął głową.

- Tę, którą usłyszałaś dzisiaj... - zawahał się na jedno uderzenie serca, ale po chwili kontynuował: - tę napisałem wczoraj. - Popatrzył mi raźnie w oczy. - Napisałem ją dla ciebie - oświadczył jakby nigdy nic.

- Jak to? - wydukałam.

Jak mógł napisać piosenkę o kimś, kogo nie znał i widział tylko przez kilka minut?

Wzruszył ramionami. Nie byłam pewna, co o tym myśleć. Żartował? Albo to jego numer na podryw. Czy przystojny gitarzysta miał się okazać tanim podrywaczem? To byłaby wielka szkoda, pomyślałam zawiedziona.

- Wiem, co sobie teraz pomyślałaś. - Uśmiechnął się. - Że jestem jakimś psychicznym gościem, który w wolnych chwilach pisze piosenki o nieznajomych, a nocami poluje na ludzi. - Jeden z kącików jego ust podniósł się nieznacznie.

To w jego wykonaniu też było idealne.

Nie mogłam się powstrzymać i parsknęłam.

- I do tego jeszcze czyta ludziom w myślach - dodałam rozbawiona i sięgnęłam po kubek z kawą, tym razem nie rozlewając ani kropelki.

Uśmiechnął się szeroko. Miał białe, idealne uzębienie, które pokazywało się w pełnej krasie przy szerokim uśmiechu. Na jego policzkach pojawił się delikatny rumieniec. Mimo że miał raczej śniadą cerę, dało się zauważyć tę subtelną zmianę. Ten rumieniec wyeksponował maleńką podłużną bliznę na prawym policzku, której wcześniej nie zauważyłam.

- No więc tak... - zaczął, splatając dłonie na kolanach. - Piszę piosenki pod wpływem impulsu. To jest jak - spojrzał w górę, a potem z powrotem na mnie - jak uderzenie pioruna. W mojej głowie pojawia się dźwięk, a potem słowa i wszystko układa się w całość. Nie zawsze nad tym panuję. To dzieje się samo. Gdy cię wczoraj zobaczyłem, uderzył we mnie piorun - zakończył, rozkładając bezradnie ręce.

Tym razem to na moich policzkach musiały zakwitnąć rumieńce, bo zrobiło mi się strasznie gorąco. Odchrząknęłam i ze zdenerwowania założyłam nieistniejący kosmyk za ucho. Przypomniałam sobie słowa piosenki i moje serce zatrzepotało.

Zobacz mnie. Będę tym, kim chcesz.

To było dziwne, że mówi mi o tym wprost. Musiał wiedzieć, że słyszałam każde słowo.

Dopiero teraz dotarło do mnie, że tekst zawiera cytat. Sparafrazował mnie. Pamiętał moją prośbę z klubu.

Nie zdradzaj mi imienia.

Nigdy nie pragnęłam nawiązywać tam bliższych znajomości. Chciałam tylko tańczyć. To także zdawał się wiedzieć, ale tego mu przecież nie zdradziłam.

To było takie intymne i jednocześnie naturalne. Zapragnęłam usłyszeć piosenkę raz jeszcze.

- Powinno mi to pochlebiać, chyba że nie jestem wyjątkiem i piorun uderza w ciebie kilka razy dziennie, a twoim natchnieniem stają się zupełnie przypadkowe rzeczy, na przykład rower albo kanapka z serem - powiedziałam, żeby rozładować napięcie, które we mnie pęczniało.

Znowu się roześmiał. Już zaczynałam uwielbiać ten dźwięk. To nie wróżyło niczego dobrego.

- Możesz czuć się podjarana. Nie zdarza mi się to często - wyjaśnił rozbawiony i po chwili dodał w zastanowieniu: - Nie miałaś nigdy uczucia, że patrzysz na kogoś... i po prostu wiesz, że coś się wydarzy? Że musi się coś wydarzyć? - zapytał, delikatnie wodząc palcem po krawędzi kubka.

Czy to był ten moment, w którym powinnam mu wyznać, że poczułam dokładnie to samo, gdy go zobaczyłam? Czy właśnie teraz powinnam mu powiedzieć, że słowa jego wczorajszej piosenki zainspirowały mnie do rysowania?

Wzruszyłam ramionami, tchórząc. Nie mogłam mu się zwierzać z tego, co się we mnie zbudziło, gdy go zobaczyłam. Musiałabym się przyznać, że mnie pociąga. Faceci stawali się wtedy zbyt pewni siebie i aroganccy. Nie byłam gotowa z tym walczyć, gdyby się okazało, że jest jednym z tych kolesi.

- Bo ja tak miewam - wyznał lekko zawiedziony moim brakiem odpowiedzi. - A to, co dziś usłyszałaś, pojawiło się w mojej głowie nagle. - Spojrzał mi prosto w oczy, jak dziecko, które nie wie, że nie powinno się odkrywać wszystkich kart. - Nie mogłem nad tym zapanować.

Otworzyłam usta, totalnie zbita z tropu. Jego niewinna szczerość była odświeżająca. Ludzie są jedną wielką skorupą społecznych konwenansów. Udają, kłamią, manipulują. Muszą to robić, żeby się nie odkrywać. Nie chcą być oceniani, bo to cholernie boli. Bezpiecznie jest być jednym z wielu. Filip był sobą. Kolorowym ptakiem. Nie na zewnątrz, bo jego jasne dżinsy, T-shirt z długim rękawem i lekka kurtka były zaprzeczeniem tego terminu. To jego dusza była kolorowa.

- Dziękuję - odpowiedziałam po prostu. - Nie sądziłam, że kiedykolwiek zainspiruję kogoś do napisania piosenki.

Filip ponownie się uśmiechnął tym swoim zaraźliwym uśmiechem.

- Dziwne - powiedział ze szczerym zdumieniem. - Tak łatwo napisać o tobie piosenkę i... - Zawahał się i spojrzał na mnie niepewnie. - Przepraszam. - Przełknął ciężko ślinę. - Nie chciałem, żeby to zabrzmiało dziwnie. Ja tylko... - Wziął jedną z serwetek i zaczął ją miętosić.

Miałam ochotę złapać go za ręce i je przytrzymać, pogładzić. Powiedzieć, że nie musi się obawiać mojej reakcji. Byłam oszołomiona, ale w najwyższym stopniu... podjarana jego wyznaniem.

- Dlaczego tak myślisz? - zapytałam, udając beztroskę, ale chyba nieudolnie, bo głos mi zadrżał.

Filip popatrzył na mnie tak, jakbym była nieświadomym niczego dzieckiem. Nachylił się w moją stronę i szepnął:

- Bo gdy cię zobaczyłem... to usłyszałem muzykę.

Oddychałam tak szybko, że omal nie wpadłam w hiperwentylację. Na szczęście ktoś przysiadł się nieopodal i na moment odwrócił naszą uwagę.

4.

Wyglądała na przestraszoną. Nie, nie na przestraszoną. Wydawała się poruszona. Czy znowu chlapnąłem coś, czego nie powinienem? Zdarzało mi się to bardzo często, bo przez większość czasu miałem gdzieś to, co kto o mnie pomyśli. Tylko w pracy zachowywałem pełne szacunku milczenie. Ale może w tym przypadku powinienem przystopować.

Nina. Nawet jej imię brzmiało jak muzyka.

Na jej policzkach od dobrych kilku minut kwitł dorodny rumieniec. Było jej z nim pięknie, ale rozumiałem, że to objaw zdenerwowania albo zawstydzenia. Z jednej strony uwielbiałem to, a z drugiej nie chciałem jej krępować.

Postanowiłem zmienić temat naszej dziwnej rozmowy. Nie chciałem, żeby się za szybko skończyła.

- Co porabiasz na co dzień? - zapytałem.

Postawiłem na coś zupełnie "normalnego". Nie żebym nie był tego ciekaw, ale takie informacje nie mówiły mi zbyt wiele o ludziach. Wybór pracy czy szkoły był często wynikiem przypadku lub braku pomysłu na siebie. Nie definiował nas.

- Jestem studentką pedagogiki - odparła. - Dorabiam sobie też w przedszkolu jako pomoc nauczyciela - dodała nieśmiało. - To znaczy będę sobie dorabiać od czerwca - sprecyzowała.

- Lubisz dzieci? - zapytałem z uśmiechem.

To do niej bardzo pasowało. Wyglądała na osobę, która jest cierpliwa i łagodna. To też mi się w niej podobało. Gdy ją dziś zobaczyłem, serce zaczęło mi pędzić w piersi jak szalony chomik. Chyba że to nie ona, a początek zawału, pomyślałem.

- Trudno zgadnąć, co nie? - Uśmiechnęła się.

- Ja czytam w myślach, pamiętasz? - odparłem, pukając się palcem w czoło.

Była sarkastyczna, inteligentna i zabawna. Byłem nią zauroczony.

- No tak. Co jeszcze potrafisz oprócz czytania w myślach i pisania piosenek o nieznajomych? - zapytała i upiła łyk cynamonowej kawy.

Nie lubiłem kawy, a już tym bardziej smakowej, ale w tej chwili chciałem być z nią maksymalnie zsynchronizowany, dlatego zamówiłem to, co ona. Nie chciałem zakłócać naszej harmonii.

- Chyba niezbyt wiele - powiedziałem szczerze i dotknąłem czarnej skórzanej bransoletki na prawym nadgarstku.

- A czym ty się zajmujesz? - zapytała.

Wyglądała na szczerze zaciekawioną, a ja w tej chwili zrozumiałem, że wpadłem we własne sidła. Nie chciałem się jeszcze przyznawać do tego, gdzie pracuję, bo ludzie różnie na to reagowali. Nie potrafiłem kłamać, nigdy się tego nie nauczyłem, dlatego przyznałem:

- Nie mogę tego zdradzać. Jeszcze nie teraz. To nic złego, przysięgam - zastrzegłem. - Po prostu jeszcze się za dobrze nie znamy i wolałbym to przemilczeć.

Czekałem z bijącym sercem na jej reakcję.

- Okej - powiedziała na pozór lekko, ale zauważyłem, że na jej twarzy pojawiła się konsternacja.

- Okej. - Uśmiechnąłem się.

Wyjrzałem przez okno, za którym ludzie pędzili w różne miejsca. Siadałem w przejściu i grałem, bo wiedziałem, że mało kto się zatrzyma i zwróci na mnie uwagę, ale jednocześnie chciałem, aby ktoś mnie usłyszał. Muzyka nie zaistnieje, jeśli nie usłyszy jej chociaż jeden człowiek. Nie spodziewałem się, że spotkam dziewczynę z klubu. Nie wierzyłem w przypadki.

- Wtedy w klubie... - zacząłem. - Dlaczego zniknęłaś? Byłem taki straszny? - zapytałem, tylko w połowie żartując.

Przestraszyła się mnie? Coś ją we mnie zaniepokoiło? Była jak inni?

Nina zastygła z kubkiem kawy przy ustach. Nad górną wargą miała wąsik z pianki.

- Nie uciekłam. To ty zniknąłeś. - Oblizała usta.

Zrobiłem niedowierzającą minę, ale jej szczera reakcja nie pozostawiała wątpliwości. Nie kłamała i nie próbowała mnie zbyć.

- W pewnym momencie ktoś nas rozdzielił i gdy chciałem do ciebie wrócić, już cię nie było - wyjaśniłem.

Nie przyznałem się jednak do tego, jak wielkiego zawodu doznałem. I że szukałem jej przez następną godzinę.

- To dziwne - przyznała. - Ja cię nie widziałam i byłam pewna, że zniknąłeś w tłumie. Po tym szybko wróciłam do domu. - Wzruszyła ramionami.

- Mogę cię o coś poprosić?

Nina delikatnie skinęła głową.

- Jeśli będziesz chciała potańczyć, nie wychodź sama. Zabierz mnie ze sobą.

Bałem się o nią. Gdy już wiedziałem, że istniała i że chodziła do klubu sama, bałem się. Tańczyła, zamykała oczy i nie widziała niebezpieczeństw. One jednak ją dostrzegały. Nie mogłem dopuścić, żeby stała się jej krzywda. Teraz, gdy wiedziałem, że istniała...

- Dlaczego? - spytała, ale tym razem na jej twarzy pojawił się lekki niepokój.

- Dla bezpieczeństwa.

Podniosła jeden kącik ust w uśmiechu.

- Dla bezpieczeństwa? W ogóle cię nie znam. Może to ty jesteś dla mnie niebezpieczeństwem? - rzuciła, ale nie wyglądała, jakby naprawdę w to wierzyła.

- Nie jestem, ale rozumiem, że możesz tak myśleć. Ja po prostu... się o ciebie boję - wyznałem szczerze.

- Ja się nie boję. - Zaczesała do tyłu włosy, które wracając na swoje miejsce, zatrzymały się w połowie drogi i teraz sterczały na boki. - Kiedy tam jestem, nic mnie nie obchodzi - dodała wyzywająco.

- Dlaczego?

Spuściła oczy i, rozejrzawszy się wokół, powiedziała cicho:

- Bo poza tamtym miejscem... boję się prawie cały czas.

5.

Raz.

Dwa.

Trzy.

- Oddychaj - powiedziałam do siebie, bo to zawsze pomagało opanować panikę.

Serce już zaczynało się uspokajać, ale wciąż kręciło mi się w głowie, bo gwałtownie zerwałam się z łóżka. Nie pamiętałam, co mi się śniło. Nie sprawdziłam godziny. Napiłam się wody, założyłam sweter, podeszłam do okna i trwałam przy nim, dopóki na horyzoncie nie pojawił się nowy dzień. Gdy zza zasłony budynków wyłoniła się różowa poświata, wróciłam do łóżka i szybko zasnęłam. Tym razem śnił mi się chłopak o ciemnych oczach i maleńkiej bliźnie na policzku. Powiedział mi we śnie, że wszystko będzie dobrze.

Powtórzył to trzy razy.

Gdy wstawałam, cały czas miałam go w głowie. Gdy wyznałam mu jedną z moich tajemnic, nie chciałam czekać na jego reakcję. Powiedziałam, że muszę już wracać do domu, chociaż tak naprawdę to nie miałam ochoty się z nim rozstawać.

Czułam, że coś z nim jest nie tak. Chociaż to złe słowo. Sugerowało, że jest nienormalny, a miałam na myśli coś zupełnie innego. Był kimś innym, niż sądziłam, nie mrukliwym przystojniakiem, który próbuje uwieść dziewczynę za pomocą gładkich słówek i uroku muzyka. Był dziecięco szczery. Rozbrajający. Świeży.

Myślałam o nim, gdy jadłam śniadanie oraz gdy myłam zęby, gdy się ubierałam i pakowałam do torby notatki. Był ze mną cały czas. Nie wymieniliśmy się numerami telefonów ani nie umówiliśmy na następne spotkanie, czego teraz żałowałam, ale wiedziałam, gdzie mogę go spotkać i on również to wiedział.

Ruch należał do mnie i zamierzałam go wykonać. Byłam zaintrygowana Filipem. Nie dlatego, że był przystojny (niewątpliwie był, i to w ten niewymuszony sposób), ale dlatego, że wydawał się rozumieć, co do niego mówię. Patrzył na mnie tak, jakby przejrzał mnie na wylot, a przecież prawie nic mu o sobie nie powiedziałam. I ta piosenka... Jak mógłby nie zaintrygować mnie człowiek, który napisał o mnie piosenkę?

Uśmiechnęłam się do siebie, wychodząc z bloku. Ruszyłam wzdłuż osiedlowego chodnika i wtedy rozdzwonił się mój telefon. Nie lubiłam, gdy się odzywał. Rzadko odbierałam, ale tym razem na wyświetlaczu pojawiło się "tata". Powinnam odebrać. Zrobiłam to.

- Halo.

- Nina?

- Tak, to ja - odparłam zdziwiona.

Kto inny miałby odebrać mój telefon?

- Ach tak. Jak się miewasz? Ciocia Alina mówiła, że byłaś u niej wczoraj - powiedział.

W tle słyszałam jakiś hałas i szum. Ojciec pewnie biegł z jednego spotkania na drugie, a w międzyczasie chciał się upewnić, że u mnie wszystko okej. Nie miał ze mną łatwego życia. Wiedział, że gdy odwiedzam oddział neonatologii, to znak, że czuję się gorzej. Tym razem się pomylił. Poszłam tam, bo nabrałam ochoty na spokój. Tym razem nie zaprowadził mnie lęk.

- Tak. Wpadłam tam na chwilę, ale czuję się dobrze - uspokoiłam go. - Byłam w okolicy i po prostu tam zajrzałam. - Starałam się, aby mój głos brzmiał maksymalnie beztrosko i chyba mi się udało, bo tata wypuścił głośno powietrze.

Było mi źle, że musiał się ze mną obchodzić jak z jajkiem, ale nie wiedziałam, co mogłabym zrobić, by zdjąć z niego ciężar w postaci córki z przewlekłą depresją i nerwicą lękową. Mogłam go tylko uspokajać i zapewniać o dobrym samopoczuciu. Nawet jeśli takie nie było.

To przychodziło fazami. Przez wiele tygodni świat wydawał mi się piękny, a ja przez ten czas mogłam sobie nawet wyobrazić, że tak już zostanie, ale wtedy nastawały dni, które wydzierały ze mnie tę nadzieję żywcem. Ciemna łapa sięgała do mojego wnętrza i zaciskała pięść. Wyżymała wszystko w środku, jakbym była owocem, z którego trzeba wycisnąć ostatnią kropelkę radości. Na moich barkach, na głowie, na rękach i nogach pojawiały się betonowe kajdany i obroże, a ja nie byłam w stanie się poruszyć. Mogłam tylko leżeć i spać. I wtedy tylko tego chciałam, bo nie musiałam myśleć. Myślenie było złe. Moja terapeutka uważała tak samo.

- U mnie wszystko gra. Od czerwca zaczynam dyżur wakacyjny w przedszkolu. Tylko na dwa tygodnie, ale to zawsze jakiś początek - opowiadałam, żeby wiedział, że działam i nie mam nawrotu.

- To dobrze. Zawsze to praktyka. Potem będzie ci łatwiej dostać pracę - przyznał.

- Tato, w tym kraju przybywa dzieci, a brakuje przedszkoli i przedszkolanek. Na pewno znajdę pracę - powiedziałam rozbawiona.

- To fakt. Ale jesteś świadoma, że kokosów na tym nie zarobisz? - zapytał już o wiele raźniej niż na początku rozmowy.

Właśnie minęłam parę z dwulatkiem, który się do mnie uśmiechnął.

- Tak, wiem. Znajdę sobie bogatego męża. Najlepiej prawnika - wytknęłam mu.

Tata był dobrze zarabiającym prawnikiem. Miał swoją kancelarię, zatrudniał kilku stażystów i sekretarkę. Byłabym hipokrytką, gdybym próbowała wmawiać ludziom, że nie jest mi dobrze w mieszkaniu, które dla mnie kupił i w którym mogę czuć się bezpiecznie oraz chować przed światem, gdy dopadają mnie najgorsze dni. Tata chciał, żebym poszła w jego ślady, ale gdy w wieku trzynastu lat przeżyłam pierwszy epizod depresyjny, zrozumiał, że zawody, w których stres i napięcie są nieodzownym elementem, nie są dla mnie. Nie byłabym też w stanie nadrobić zaległości, gdybym na jakiś czas musiała przerwać naukę.

Nie, prawo nie było mi pisane.

- Poznam cię z jednym z moich stażystów. Każę mu się z tobą ożenić i cię utrzymywać, dopóki śmierć was nie rozłączy - skwitował, czym mnie szczerze rozbawił.

Zaśmiałam się na cały głos, aż obejrzał się za mną jakiś starszy mężczyzna. Tata tylko w połowie żartował. Jego podwładni uważali go za swojego mentora. Pewnie gdyby im tak przykazał, to któryś z nich by się ze mną hajtnął. Wyobraziłam sobie zgrozę na twarzy człowieka, który poświęciłby się tak dla sprawy.

- Spadaj - rzuciłam. - Sama sobie znajdę bogatego męża.

- Ja tylko proponuję.

W tle zrobiło się ciszej, ojciec musiał wejść do jakiegoś budynku. Zapytałam go o to. Z tego, co pamiętałam, był teraz w Amsterdamie na jakimś sympozjum czy czymś takim.

- Nie. Usiadłem na ławce nad kanałem. Samochody nie mają tutaj wjazdu. Czasami muszę się na kilka minut wyłączyć - przyznał. - Dzięki temu nie mam ataków migreny. Jest tak, jak mówiłaś - słyszałam, że się uśmiecha.

To prawda. To ja mu poleciłam tę metodę.

- To dobrze.

- Za prę dni będę w Warszawie z Kostkiem. Kojarzysz go? Mamy sprawę do ogarnięcia z moim klientem. Mam nadzieję, że znajdziesz czas dla starego ojca.

- Starego - prychnęłam. Miał czterdzieści cztery lata. - Sprawdzę w kalendarzu i może cię gdzieś wcisnę - zażartowałam. - Przenocujesz u mnie?

- Jak nie masz nic przeciwko. Kostka umieszczę w jakiejś noclegowni, a sam się rozwalę na tej twojej wygodnej kanapie - dodał, a humor nie znikał z jego głosu.

Wiedziałam dlaczego. Usłyszał mój śmiech. A ten śmiech zawdzięczałam chłopakowi z maleńką blizną na twarzy.

- Tylko zapewnij Kostkowi przynajmniej jeden ciepły posiłek w tej noclegowni - zastrzegłam rozbawiona. - Tato, muszę kończyć, bo wsiadam do autobusu. Pa! - Rozłączyłam się i z lżejszym sercem stanęłam przy oknie.

Dzień był piękny i ciepły. Musiałam zrzucić kurtkę. Włączyłam audiobooka z jakimś krwawym kryminałem. Lubiłam mieć zajętą głowę. Czasami to była muzyka, czasami głos lektora. Nieważne co, bylebym nie poddawała się własnym myślom, niekiedy uporczywym i natrętnym.

Gdy autobus zbliżył się do ronda Dmowskiego, serce zabiło mi mocniej. Chciałam zobaczyć Filipa. Był pierwszą od dawna osobą, która wzbudziła we mnie uczucia inne niż lęk. I byłam tym faktem podniecona.

Wyskoczyłam z autobusu, omal nie potrącając jakiejś dziewczyny. W ostatniej chwili przytrzymałam się gumowej rączki pojazdu, żeby jej nie staranować. Ruszyłam wzdłuż Domów Centrum, a potem zbiegłam schodami do tunelu pod skrzyżowaniem Marszałkowskiej i Alei Jerozolimskich. Nasłuchiwałam jego niskiego głosu, ale ku mojemu rozczarowaniu nie usłyszałam go. Filipa nie było na schodach ani w ich pobliżu. Zawód był ogromny, wręcz obezwładniający. Tak silny, że na moment musiałam przystanąć i wziąć się w garść.

Westchnęłam i poprawiłam torbę na ramieniu. Chciałam odejść, ale wtedy mój wzrok padł na ścianę, przy której ostatnio przystanęłam, tuż obok pierwszego schodka. Schyliłam się i przeczytałam napis nabazgrany markerem.

Dla Niny, na widok której słyszę muzykę:)

A pod spodem numer telefonu. Zakryłam dłonią usta i rozejrzałam się dookoła. Zrobiłam zdjęcie tej wiadomości, a potem wyciągnęłam z torby czarny mazak i zamazałam dwie ostatnie cyfry, tak aby nikt nie był w stanie ich odczytać. Zrobiłam to szybko, żeby nie zauważył mnie jakiś ochroniarz, i pobiegłam w stronę przystanku po drugiej stronie tunelu. Uśmiech nie schodził z moich ust.

Zajęcia jeszcze nigdy tak się nie wlekły. Przez cały wykład z psychologii ogólnej chciałam wysłać mu wiadomość. Już nawet ją napisałam, ale po chwili skasowałam i schowałam telefon do torby, żeby po dziesięciu minutach w niej zanurkować i znowu go wyciągnąć.

- Co ty wyprawiasz? - zapytała Aniela, gdy w pewnym momencie komórka wyślizgnęła mi się z ręki i wpadła pod jedną z ławek.

Głośny stukot odbił się echem od ścian auli. Na kilka sekund zniknęłam pod blatem, żeby znaleźć uciekiniera.

- Nic - westchnęłam i zdmuchnęłam włosy z oczu. - To tylko telefon.

Aniela zmierzyła mnie pełnym rozbawienia spojrzeniem i bez słowa pokręciła głową. Przewróciłam oczami, chwyciłam telefon z taką siłą, że omal go nie zgniotłam, a potem zagryzłam zęby i napisałam:

Mam twój numer. Na wszelki wypadek zamazałam na ścianie dwie cyfry, żeby nie napisała do Ciebie inna Nina :D

Zastanawiałam się, czy zostawić w wiadomości szeroki uśmiech, czy tylko delikatny. Debatowałam nad tym całe dziesięć minut i wybrałam szeroki uśmiech, nim nacisnęłam "wyślij".

Zanim zdołałam ochłonąć, przyszła odpowiedź.

Byłabyś zazdrosna?

Wytrzeszczyłam oczy. Zmarszczyłam brwi i szybko odpisałam:

O co?

Serce omal nie przedarło się z mojej piersi na zewnątrz. Całe szczęście zatrzymały je żebra.

O tę drugą Ninę, gdyby się do mnie odezwała :D Ale nie bój się, żadna inna Nina nie sprawi, że napiszę o niej piosenkę ;)

On najwyraźniej nie zastanawiał się nad tym, czy i jakie buźki mi załączyć w wiadomości. Odpisywał dosłownie po dwudziestu sekundach.

Co do piosenki... mógłbyś mi przesłać jej tekst? Nie wierzę, że jest o mnie.

Nie wyślę. Zrobię coś lepszego. Zaśpiewam ci ją dzisiaj wieczorem. Co Ty na to? Teraz muszę uciekać, bo jestem w pracy:)

Nie potrafiłam powstrzymać szerokiego wyszczerzu, który zaatakował moją twarz. W pewnym momencie odwróciłam głowę i napotkałam spojrzenie zaszokowanej Anieli.

- Zaczynam się o ciebie bać - szepnęła.

- Ja o siebie też - odparłam zupełnie szczerze.

- Facet?

Wzruszyłam niewinnie ramionami.

- Facet - skwitowała i wróciła do notowania, ale widziałam, że kącik jej ust zadrgał.

W drodze powrotnej znowu zanurzyłam się w tunele przejścia podziemnego, ale Filipa nie było. Był w swojej tajemniczej pracy, o której nie mógł mi teraz powiedzieć. Zastanawiałam się, o co mogło mu chodzić. Dlaczego nie chciał mi tego wyznać? A może się jej wstydzi? Jaka praca mogłaby być powodem do wstydu?

Miałam nadzieję, że to nic nielegalnego, bo taka sytuacja sprawiłaby mi autentyczny zawód i zmusiła do odwrotu. Byłam córką prawnika, nie mogłam wikłać się w takie znajomości.

Na moim osiedlu zaczynało się robić zielono. Drobne listki pojawiły się na krzewach żywopłotu ciągnącego się wzdłuż chodnika. Słońce przyjemnie przygrzewało, a ja nie chciałam jeszcze wracać do domu. Usiadłam na jednej z drewnianych ławek i wyciągnęłam z torby szkicownik oraz ołówek. Przyjrzałam się Królowej Mroku, jak nazwałam kobietę, która pojawiła się pod wpływem piosenki Filipa.

Filip.

Kim jesteś?, zapytałam w myślach.

Odwróciłam stronę i na czystej chropowatej kartce stworzyłam zarys twarzy. Przygryzłam wargę i zaczęłam jej cieniować rysy, zaznaczając miejsce, w którym znajdowała się mała, podłużna blizna. Zamknęłam na kilka sekund oczy, żeby przywołać kolejne szczegóły. Nie było to trudne.

Znowu się zapomniałam. Rysowanie było moją osobistą terapią. Nie leczyło choroby, ale łagodziło jej skutki. Gdy rysowałam, nie myślałam. Nie było mnie dla świata. Nie czułam głodu, zimna czy senności. Musiałam przerzucić na kartkę to, co wwiercało mi się w głowę. Były to różne rzeczy. Portrety, martwa natura, drzewa... I gdy kończyłam, czułam ulgę. Tym razem rysowałam nie z potrzeby wyrzucenia z siebie niechcianych emocji czy wypisania się ze świata, ale z dziwnego, przeszywającego mnie na wskroś uczucia ekscytacji.

Ocknęłam się po godzinie, zupełnie oszołomiona. Ostatnie poprawki i oto był - już gotowy. Uśmiechnęłam się do portretu, bo i on się do mnie z niego uśmiechał. Tak go widziałam.

Wstałam, schowałam szkicownik i weszłam do bloku.

Zrobiłam sobie szybki obiad, czyli wrzuciłam do gotującej się wody kopiec pierogów ruskich. Kochałam pierogi. Usiadłam z miską na kolanach i włączyłam telewizor, udając, że wcale nie czekam.

Rozpoczął się jakiś film. Bardzo szybko się zorientowałam, że to przygnębiająca historia o kobiecie chorej na raka. Natychmiast zmieniłam kanał. Takie opowieści coś we mnie włączały - jakiś niewidzialny przycisk, który uruchamiał lawinę. Smutek, tragedia, śmierć. Nie mogłam o nich czytać i nie mogłam ich oglądać. Były wokół mnie, wiedziałam o tym. Zdawałam sobie sprawę, że istniały, i miałam świadomość, że zamknięcie oczu nie sprawi, że znikną, ale... ale wszystko we mnie było takie kruche. Wzmianka znajomego o chorej matce? Plakat na mieście z prośbą o procent podatku dla dziecięcego hospicjum? Przygnębiająca muzyka? To wszystko stanowiło iskrę. Jednak nie zawsze i nie w każdym momencie mojego życia. Nie wiedziałam, który z impulsów mnie przełączy, dlatego unikałam wszystkich.

Zatrzymałam się na kanale z serialem komediowym i natychmiast się uspokoiłam. Kopiec pierogów tonących w śmietanie znikał w zastraszającym tempie. Chryste, jak ja uwielbiam pierogi, pomyślałam. Po posiłku musiałam rozpiąć guzik w dżinsach, bo ledwie oddychałam. Powtarzałam sobie, że muszę skończyć z tym obżeraniem się, ale za każdym razem ulegałam pokusie.

Chciałam się trochę pouczyć, ale nie mogłam się skupić. Chodziłam po moim małym mieszkaniu, nie potrafiąc znaleźć sobie miejsca. Czy Filip do mnie zadzwoni? Czy jednak nie da dzisiaj rady? Czy naprawdę zaśpiewa mi tę piosenkę? A może to wszystko to był jakiś dziwny żart?

Wyjrzałam przez okno. Niebo zasnuły jasne, kłębiaste chmury, które przypominały mi wielkie poduchy wypełnione pierzem. Westchnęłam na ich widok, a potem zabrałam się do nauki. Jednym z moich sposobów na zapamiętywanie było notowanie. Wszystko, co zapisałam na kartce, byłam w stanie odtworzyć potem z pamięci.

Zbliżała się ósma i zawiedziona stwierdziłam, że Filip już się chyba nie odezwie. Wzięłam prysznic i sięgnęłam po wieczorną porcję leków, czyli antydepresant i farmaceutyk przeciwlękowy, który brałam przed snem. Mimo zapewnień lekarza o jego wysokiej skuteczności, wciąż budziłam się o trzeciej w nocy z przeświadczeniem, że za chwilę umrę. Mogłabym się sponiewierać potrójną dawką, ale wtedy nie dałabym rady wstać na zajęcia. Przespałabym cały następny dzień albo byłabym skołowana, a na to nie mogłam sobie pozwolić. Musiałam funkcjonować i się nie poddawać.

Czasami miałam ochotę przespać całe dnie i tygodnie. Nie martwić się o nic, nie stresować każdym kolejnym dniem. Nie chodzić na zajęcia, nie rozmawiać z ludźmi. Tak byłoby najłatwiej, ale czy wtedy mogłabym powiedzieć, że naprawdę żyję?

Nie mogłam tak po prostu się poddać. Nie byłam jeszcze na to gotowa.

Właśnie planowałam zakopać się pod kocem, gdy rozdzwonił się mój telefon. Serce załomotało mocno w piersi. Sięgnęłam po komórkę i odebrałam.

6.

- Halo - usłyszałem jej cichy, zachrypnięty głos.

- Chyba cię nie obudziłem? - zapytałem niepewnie.

Dochodziła dziewiąta. Byłem przekonany, że jest jeszcze wcześnie. A może się myliłem?

- Nie - odparła szybko.

Uśmiechnąłem się do siebie.

- To dobrze, bo obiecałem ci twoją piosenkę - przypomniałem i usiadłem na parapecie, obserwując w oddali wieżowce. - A ja zawsze dotrzymuję obietnic.

Usłyszałem w słuchawce prychnięcie i zmarszczyłem brwi.

- Nie wierzysz mi?

- Nie znam cię, więc jak mogłabym stwierdzić, czy ci wierzę - wyjaśniła. - Poza tym zaczynam podejrzewać, że mnie wkręcasz. Nie ma żadnej mojej piosenki, a te strzępki słów, które usłyszałam w metrze, to na pewno jakiś utwór BTS albo innego azjatyckiego boysbandu, który sobie przetłumaczyłeś w translatorze google.

Poczułbym się autentycznie urażony, gdyby nie fakt, że wyczuwałem w jej głosie rozbawienie. Była o wiele bardziej rozgadana, gdy nie musiała patrzeć mi w oczy. Rozumiałem to, ale żałowałem, że ja nie mogę patrzeć na nią. Była zbyt intrygująca, żebym mógł odbierać sobie przyjemność jej widoku.

- Powoli. Po pierwsze, co to jest BTS? Po drugie, nie znam żadnego azjatyckiego języka, więc pudło. Po trzecie, nie wkręcam cię - powiedziałem na jednym wydechu. - Dlaczego tak myślisz?

- Bo to dziwne - skwitowała.

- A kto decyduje o tym, co jest, a co nie jest dziwne?

- Ludzie.

- Jacy ludzie?

- Wszyscy ludzie.

Westchnąłem ostentacyjnie do słuchawki.

- Nawet jeśli ludzie stwierdzą, że to jest dziwne i moja piosenka też jest dziwna, to co z tego? - zapytałem.

- Nic.

Wyszczerzyłem się.

- No właśnie. Chcesz jej posłuchać czy nie? - zapytałem, udając, że się gniewam i jestem zniecierpliwiony.

Nie czułem się urażony jej stwierdzeniem. Owszem, komuś, kto nie rozumie, jak powstaje muzyka, jak powstaje moja muzyka, to wszystko mogło się wydać dziwne. Nie muszę tego wyjaśniać, a inni nie muszą tego rozumieć.

Nina to rozumiała. Czułem to w kościach, tylko próbowała mnie wybadać. Nie dziwiłem się jej. Byłem kolesiem, który zaczepił ją na stacji metra i oświadczył, że napisał o niej piosenkę, chociaż nie zamienił z nią ani słowa. To w klubie się nie liczyło. Nie byliśmy wtedy sobą.

- Poczekaj chwilę, muszę się przygotować - zastrzegłem.

- Czyli dzwonisz do mnie tak bez przygotowania - westchnęła z udawanym rozczarowaniem, co mnie autentycznie rozbawiło.

O tak, była o wiele rozmowniejsza, gdy nie patrzyła mi w oczy.

Usiadłem na łóżku, sięgnąłem po gitarę i ustawiłem telefon na tryb głośnomówiący. Poczułem dziwne zdenerwowanie. Chciałem, żeby jej się spodobało. Zazwyczaj nie dbałem o opinię innych ludzi; nie z arogancji, tylko z powodu stosunku do muzyki. Była dla mnie, a ja byłem dla niej. Nie potrzebowaliśmy w tym związku innych. Dlaczego więc grałem publicznie? Bo uważałem, że muzyka zaczyna żyć dopiero, gdy ktoś ją usłyszy.

- Jesteś tam jeszcze? - krzyknąłem do słuchawki.

- Już myślałam, że zapomniałeś, po co poszedłeś - odpowiedziała, a w jej głosie wyczułem ekscytację.

Ja też ją czułem. Byliśmy kwita.

Dotknąłem strun i zacząłem śpiewać, mając przed oczami jej nieśmiały uśmiech i roziskrzone oczy.

Nie patrz na mnie.

Nie zdradzaj mi imienia.

Zaklniesz mnie i nie zaznam już wytchnienia.

Pokaż mi swą ciemną noc.

Pokaż mi swój szary dzień.

Nie znikaj, niech spowije nas mój cień.

Tańcz ze mną. Tańcz na dachu świata... lataj.

Tańcz we śnie. Tańcz na dachu świata... lataj.

Lataj. Lataj. Lataj.

Nie znikaj. Słyszę muzykę. Nie znikaj.

Poprosiłaś: O nic nie pytaj.

Zobacz mnie. Będę tym, kim chcesz.

Nie znikaj, bo słyszę w duszy deszcz.

Tańcz ze mną. Tańcz na dachu świata... lataj.

Tańcz we śnie. Tańcz na dachu świata... lataj.

Lataj. Lataj. Lataj.

W pokoju panowała ciemność. Nina była w moich żyłach i na opuszkach palców. Miałem ją na ustach i pod powiekami.

Cały czas odtwarzałem w głowie nasz taniec. Krótki, ale tak intensywny, jakbyśmy kochali się na środku parkietu. Było w tej dziewczynie coś niewiarygodnie pociągającego. Niewinność połączona z tajemnicą. Nigdy nie czułem czegoś podobnego.

- Jesteś tam? - zapytałem, gdy ucichły ostatnie dźwięki gitary.

- Jestem - powiedziała cicho, odchrząkując. - Jestem - powtórzyła.

Przyłożyłem słuchawkę do ucha i słuchałem jej przyspieszonego oddechu. Tak bardzo chciałem go poczuć na swojej skórze. Na ustach. Wszędzie.

- I co myślisz? - zapytałem.

Serce obijało mi się o żebra.

- To było... piękne - usłyszałem, że przełyka ślinę - i osobiste... - dodała cicho.

- Ja po prostu... - Zamknąłem oczy i pomyślałem życzenie.

"Zobacz mnie. Zobacz mnie i nie odchodź".

Chciałem powiedzieć coś więcej, ale Nina mnie ubiegła.

- Muszę już... iść. Dobranoc.

I rozłączyła się.

7.

Nie mogłam zasnąć. Nie pomogły leki i nie pomogły rytuały. Nie mogłam zmrużyć oka. W głowie odtwarzałam melodię piosenki, którą zaśpiewał Filip. Jego ciepły i zachrypnięty głos otulał mnie jak mgła. Pieścił.

Całe szczęście, że byliśmy od siebie tak daleko, bo nie wiem, jak bym zareagowała, gdybym cały czas mogła obserwować jego właściciela.

Nie znikaj. Słyszę muzykę. Nie znikaj. Poprosiłaś: O nic nie pytaj.

Nie miałam wątpliwości, że napisał to o mnie. A może właściwiej byłoby powiedzieć, że napisał to do mnie. Tak to odczułam i autentycznie się wzruszyłam. Nie mogłam wydusić z siebie słowa, dlatego musiałam się rozłączyć.

Niektórzy twierdzą, że antydepresanty otępiają, spowalniają reakcje i przytłumiają emocje. Ta opinia powoduje, że wielu ludzi nie sięga po pomoc w postaci lekoterapii. Prawda jest taka, że dobrze dobrany lek sprawia, że nasze emocje i uczucia wracają. Te prawdziwe. Niepokolorowane i niezafałszowane.

Moje do mnie wróciły.

Nie mogłam powstrzymać wzruszenia, bo w słowach tej piosenki było błaganie.

Dochodziła północ, a ja wpatrywałam się w ciemność otulającą pokój. Kiedyś bałam się ciemności, ale ten lęk ustąpił miejsca innym, bo one wszystkie nie mogły się we mnie pomieścić. Każdy z nich chciał przez moment być częścią mnie.

Odrzuciłam kołdrę i podeszłam do okna. Spojrzałam na miasto, które od dwóch lat było moim domem. Urodziłam się w Warszawie, ale gdy miałam pięć lat, przeprowadziliśmy się z tatą do Krakowa. Ledwie pamiętałam tamto życie, zamazane i niewyraźne, ale byłam go ciekawa. Wtedy jeszcze była z nami moja matka.

Gdy skończyłam osiemnaście lat, poinformowałam ojca, że chcę tu wrócić. Najpierw się zdenerwował, a potem wyglądał na przestraszonego. Nie chciał mi wyjaśnić powodu tego zachowania. Podejrzewałam, że chodziło o nią. O moją matkę, o której w domu prawie w ogóle nie rozmawiamy. Nigdy nie rozmawialiśmy. Matkę, która popełniła samobójstwo, gdy miałam prawie pięć lat. Tata zapewne nie chciał, żebym wracała do miejsca, które mogłoby mi się z tym kojarzyć. Tylko że ja ją ledwie pamiętałam. Jakieś przebłyski z jej kolorem włosów i zapachem. Pachniała jaśminem albo bzem. Czymś kwiatowym, tego byłam pewna.

Poza tymi skrawkami wrażeń miałam w głowie czarną dziurę, jakby ktoś wymazał mi wspomnienia, ale moja dawna terapeutka powiedziała, że ludzie pamiętają niewiele z tak wczesnego okresu, co potwierdzały badania naukowe. Około dziewiątego roku życia nie jesteśmy już w stanie przypomnieć sobie wczesnego dzieciństwa z powodu amnezji dziecięcej. Mózg ludzki jest niesamowity. Część połączeń nerwowych zrywa się, żeby zrobić miejsce na nowe. Gdy się uczymy, zapamiętujemy nowe rzeczy, zdobywamy umiejętności, w naszym mózgu aż się skrzy od reakcji w neuronach.

To wyjaśnienie jednak mi nie wystarczało, dlatego wróciłam.

Filip nie odezwał się do mnie po tym, jak się pożegnałam i rozłączyłam. Nie zachowałam się w porządku. Powinnam mu się wytłumaczyć, bo to było dziecinne. Sięgnęłam po telefon i napisałam:

To było naprawdę piękne. Przepraszam, że się rozłączyłam, ale ze wzruszenia nie wiedziałam, co powiedzieć.

Wysłałam i odczułam ulgę. Nie znosiłam sprawiać ludziom przykrości. Zwłaszcza tym, którzy byli dla mnie mili. Filip nie zrobił nic, żeby zasłużyć na takie histeryczne zachowanie.

Światło z mojego telefonu rozświetliło pokój. SMS.

Mogę zadzwonić?

Boże, co się działo z moim sercem. Waliło tak, jakby w Parku Jurajskim galopowało stado dinozaurów. Gdyby obok stała szklanka z wodą, na pewno by zadrżała od tego łomotu.

Odpisałam, że tak. Podeszłam do łóżka i usiadłam po turecku, wpatrując się w ekran. Byłam rozbudzona. Nie przejmowałam się tym, że rano będzie mi trudno wstać. W zasadzie mogłabym nie spać całą noc.

Telefon zadzwonił. Na ekranie pojawiło się imię dzwoniącego: Filip z podziemia.

Odebrałam.

- Halo. - Mój głos zabrzmiał niemrawo nawet jak dla mnie.

- Hej. - Jego z kolei brzmiał ostrożnie, ale z nutą zadowolenia.

Filip był rozbrajający w tych szczerych reakcjach. W swoim życiu poznałam dwóch chłopaków, którzy chcieli ode mnie czegoś więcej. Nie liczę facetów próbujących poderwać mnie w szkole albo w klubie. Każdy z nich był pozerem, próbował sprzedawać mi głodne kawałki, od których dostawałam ataku śpiączki. Drażniły mnie ich sztuczne uśmiechy, nachalna pewność siebie i przeświadczenie o zbawiennym wpływie na każdą oddychającą kobietę.

Filip był inny - jak dziecko, które nie musi ukrywać swoich emocji. Po prostu pokazywał, że jest szczęśliwy, gdy był szczęśliwy.

- Nie gniewasz się na mnie? - zapytałam.

- Jak mógłbym się na ciebie gniewać - odparł. - Cieszę się, że napisałaś, bo bałem się, że wystraszyłem cię na dobre.

- Nie wystraszyłeś mnie - zapewniłam od razu. - Nie chodzi o strach, tylko o... o to, że mnie zaskoczyłeś i zadziwiłeś. Zapamiętałeś, co ci powiedziałam w klubie. A to mnie zawstydziło, bo nie chciałam, żebyś mnie taką pamiętał - westchnęłam.

Nie wiem, czy mnie zrozumiał. Nie chciałam, by wziął mnie za kogoś, kim nie jestem.

Filip nabrał powietrza w płuca i głośno je wypuścił.

- Nawet jeśli wtedy chciałaś być kimś innym... to i tak byłaś sobą, Nina. To też byłaś ty i nie wiem dlaczego wstydzisz się tamtej wersji siebie - powiedział łagodnie. - Zapamiętałem cię i szukałem, bo właśnie taka wersja ciebie mnie zaintrygowała.

- Czyli musiałeś poczuć rozczarowanie, kiedy zobaczyłeś mnie w świetle dnia - dogryzłam.

W klubie miałam na sobie mocny makijaż, obcisłe dżinsy i bluzkę z rozcięciem na plecach. W przejściu podziemnym zwykły bawełniany T-shirt, trampki i spodnie z wysokim stanem. Na twarzy ani grama makijażu.

- Wprost przeciwnie. W każdej wersji jesteś równie intrygująca - powiedział z uśmiechem.

- Nie wiem, dlaczego tak mówisz, przecież nic o mnie nie wiesz. To takie gadanie jak tani podryw w barze na spadającego z nieba anioła albo na bolące nogi i chodzenie po głowie - obruszyłam się.

W słuchawce rozbrzmiał śmiech. Głośny i miły dla ucha.

- I czemu się śmiejesz? - rzuciłam, również nie mogąc się powstrzymać przed parsknięciem.

Ten dźwięk był cholernie zaraźliwy.

- To jeszcze ktoś podrywa dziewczyny na anioła spadającego z nieba? Ha ha ha. - Znów parsknął do słuchawki.

- Niestety - westchnęłam z udawanym znużeniem.

- Niewiarygodne - skwitował z rozbawieniem.

Cała złość ze mnie uleciała. Zapomniałam nawet, dlaczego tak się poirytowałam. Filip nie zaprosiłby mnie na kawę, gdyby uznał, że bez tej maski w postaci makijażu nie jestem dla niego interesująca.

- Sorki - burknęłam.

- Nina, Nina, Nina - zamruczał. - Powiedziałaś, że nic o tobie nie wiem. To prawda. No więc, podziel się czymś o sobie. Odwdzięczę się tym samym - zaproponował.

Uczciwe, pomyślałam.

- Co chcesz wiedzieć? - powiedziałam i podeszłam do okna, na którym się umościłam.

Patrzyłam na miasto tonące w ciszy, chociaż może to nie było dobre określenie. Warszawa nigdy nie spała i nigdy nie cichła, ale w tej chwili zwalniała.

- Hmm - zamruczał cicho. - Powiedz mi coś, czego nie wie nikt inny.

Przełknęłam głośno ślinę.

- Dlaczego miałabym ci zdradzać takie tajemnice? - Zrobiłam się podejrzliwa.

- Nie musisz. Ale jeśli to zrobisz, ja zdradzę ci swoją - szepnął. Zastanowiłam się przez chwilę, czując, jak znowu porywa mnie ekscytacja. Powinnam się w to bawić?

Oddychałam szybko, musiał to słyszeć. Milczał i czekał. Wyobraziłam go sobie przy telefonie. Jak obserwuje to samo miasto, na które teraz patrzyłam.

- Dlaczego chcesz poznać mój sekret? - zapytałam.

Jego oddech się zmienił.

- Bo chcę mieć część ciebie, której nie ma nikt inny - powiedział cicho.

Zadrżałam z podniecenia. Jego głos mnie hipnotyzował, dlatego niewiele myśląc, wypaliłam:

- Każdej nocy umieram.

Zapadło między nami kilkusekundowe milczenie. Przez chwilę obawiałam się, że się rozłączył.

- Co masz na myśli? - zapytał wreszcie.

W jego tonie nie było zdziwienia ani przestrachu.

Wzięłam głęboki wdech i opowiedziałam mu o swoich nocnych koszmarach bez snów, z których budziłam się z tym strasznym uczuciem. Każdej nocy punktualnie o trzeciej.

- Jak myślisz, dlaczego akurat o tej godzinie? - zapytał wręcz zaintrygowany.

- Musiałabym ci zdradzić kolejny sekret, a umawialiśmy się tylko na jeden - przypomniałam.

Nie wiem nawet, w którym miejscu miałabym zacząć, gdybym chciała mu o sobie opowiedzieć. Wiem natomiast, że gdybym skończyła, zablokowałby mój numer i zmienił miejsce, w którym daje swoje minikoncerty. Nikt nie chciałby się zadawać z kimś takim jak ja.

- W zasadzie teraz kolej na ciebie. - Chciałam jak najszybciej zmienić temat naszej dziwnej nocnej rozmowy.

Sięgnęłam po słuchawki z mikrofonem i podłączyłam je do telefonu. Tak było wygodniej.

- Co chcesz o mnie wiedzieć? - zapytał.

- Powiedz mi coś, czego nie wie nikt inny.

Ta gra była uzależniająca i pociągająca. I chciałam ukraść mu coś, co należało tylko do niego.

- Boję się gołębi i klaunów - wyznał.

Nie byłam w stanie się powstrzymać i wybuchnęłam gromkim śmiechem. Zsunęłam się z parapetu i uklękłam przed oknem, cały czas rechocząc. Szykowałam się na mroczny sekret, który odsłoni jego duszę, a ten wyskoczył z czymś takim.

- Hej. Nie śmiej się ze mnie - usłyszałam w słuchawce. - Jak możesz? Czy ja się z ciebie śmiałem?

Nie mogłam się powstrzymać i znowu parsknęłam.

- Mówisz poważnie?

- Śmiertelnie! - warknął. - Gołębie są okropne, przypominają mi szczury, bo szczurami też się brzydzę, ale gołębie mają jeszcze skrzydła, czyli to latające szczury. Brrrrr.

- A klauny?

- Pytasz serio? Czy jest na świecie osoba, która szczerze lubi klauny? Albo chciałaby mieć coś w kształcie klauna? Po cholerę ktoś je wymyślił? Oglądałaś To? Po tym filmie boję się piwnic, a mam dwadzieścia dwa lata - mówił zaaferowany.

Zapragnęłam go zobaczyć. Chciałam go pocałować. To pragnienie zaskoczyło mnie na równi z moim wybuchem wesołości. Nim zdołałam się powstrzymać, wypaliłam:

- Chciałabym cię teraz zobaczyć.

Zamknęłam oczy, jakbym udawała, że nie powiedziałam tego, co powiedziałam.

- Naprawdę chcesz mnie zobaczyć? - zapytał z niedowierzaniem.

- Tak - odparłam.

- Jeśli naprawdę tego chcesz, podaj mi adres, a przyjadę. - W jego głosie brzmiała gotowość do działania, jakby już zaczynał się ubierać i czekał przy drzwiach na mój sygnał.

- Teraz?

- Tak.

Krew w moich żyłach zaczęła szaleńczo krążyć. Było mi na przemian gorąco i zimno. Nie powinnam była tego robić. Nikt nie wiedział o istnieniu Filipa. Nikt nie mógłby go znaleźć, gdyby się okazało, że jest kimś innym, niż mi się wydaje. Jeśli chciałby mnie skrzywdzić, uszłoby mu to na sucho.

- Chciałabym, ale wyjście w środku nocy na spotkanie z człowiekiem, którego nie znam i o którym nie wie nikt z moich znajomych, brzmi jak początek krwawego kryminału - odpowiedziałam. - Nie mogę tak po prostu opuścić mieszkania i spotkać się z tobą w środku nocy. Przepraszam, ale to nie ja tak wymyśliłam świat - dodałam.

Było mi naprawdę przykro, bo w głębi serca mu ufałam. Czułam, że nigdy nie zrobiłby mi krzywdy, ale zdawałam sobie również sprawę z tego, że przeczucia nie zawsze były zgodne z rzeczywistością.

Może byłam lekką hipokrytką, bo wychodząc do klubu, zapadałam w sen na jawie i nie zwracałam uwagi na nic. Przestawałam się bać i to mi wystarczało. Kochałam tańczyć i czuć się wolna. Nie potrzebowałam towarzystwa ani alkoholu. Byłam sama i czasami bez kontroli. To był jednak inny przypadek. Tu nie miałam świadków i byłam totalnie bezbronna.

- Rozumiem - powiedział smutno. - I nie mam do ciebie o to pretensji - przyznał. - I powiem więcej. Cieszę się, że w ten sposób podchodzisz do sprawy - dodał i wyczułam, że jest przy tym szczery.

Gdyby naprawdę chciał mi coś zrobić, użyłby podstępu albo za wszelką cenę próbował udowodnić, że nie jest psycholem. A może to ja naczytałam się za dużo kryminałów i nasłuchałam zbyt wiele krwawych opowieści, westchnęłam w duchu.

- Dzięki, że to mówisz. - Oparłam głowę o szybę i po chwili dodałam: - Powiedz mi o sobie coś jeszcze - poprosiłam.

I powiedział. Mówił o tym, kiedy pierwszy raz wziął do ręki gitarę i jak się wtedy czuł. I o momencie, w którym po raz pierwszy wystąpił przed publicznością. Usłyszałam historię o człowieku, który kiedyś zaproponował mu przesłuchanie w studiu nagraniowym. Zostawił mu wizytówkę, ale Filip wyrzucił ją do najbliższego kosza na śmieci. Gdy go zapytałam dlaczego, odparł, że nigdy nie chciał być sławny, ale myślał o nagraniu swoich piosenek i wrzuceniu ich na YouTube.

Lubiłam słuchać jego głosu. Był ciepły, miękki, a od czasu do czasu pojawiała się w nim chrypka, dzięki której czułam, że przemawiają przez niego emocje.

- Wiesz co? - zapytał cichym, zmęczonym głosem.

- Co? - odparłam, ziewając.

- Chyba dzisiejszej nocy nie umrzesz - powiedział i w słuchawce zapadła cisza.

Rozłączył się.

Zaskoczona zerknęłam na wyświetlacz telefonu. Była trzecia zero dwa.