Falcon II - Katarzyna Wycisk

Reflow text when sidebars are open.
Dom Hunterów
(Kilka tygodni wcześniej)
Przez krótką chwilę stał przed jej domem, wpatrując się w jedno z dużych okien. Za cienkimi, jasnobrązowymi firankami, dostrzegł siedzącą na bujanym fotelu postać. Starsza kobieta delikatnie huśtała się w przód i w tył, trzymając w rękach grubą książkę. Okrągłe okulary z metalową, cieniutką oprawką opierały się o końcówkę jej nosa. Na kolanach leżał gruby, kraciasty koc.
Coś było ewidentnie nie tak. Cichy głos szeptał mu do ucha, że popełni zaraz wielki, niewybaczalny błąd, którego nie będzie w stanie odwrócić. Starał się go zignorować. Tak właściwie, nie powinien on w ogóle istnieć.
Srebrzące się, maleńkie płatki śniegu beztrosko tańczyły tuż przed jego oczami. Spadały mu na twarz, zamieniając się w kropelki zimnej wody. Powoli spływały w dół, by w końcu upaść na zasnutą śniegiem ziemię. Jego czarne kosmyki włosów szarpał lodowaty, porywisty wiatr. Jest gniewny i niezadowolony, pomyślał chłopak. Może jemu także nie podobała się myśl wykonania tego rozkazu?
Biała mgiełka wydobywała się z lekko sinawych ust żołnierza, z każdym jednym wydechem. Znał to miejsce. Prawdopodobnie już kiedyś tutaj był. Niestety, nie potrafił sobie przypomnieć, kiedy ani z jakich powodów.
Drewniany, pomalowany brązową farbą płot. Maleńka, wąska furtka, prowadząca do ogrodu. Brukowany chodnik kończący się tuż przed schodami domu. Nawet róże, pnące się po szerokiej pergoli, wydawały się dziwnie znajome. Tylko pokrywająca je gruba warstwa puszystego śniegu była nowa.
Wzdychając ciężko, spojrzał za siebie na małą grupkę, uzbrojonych w karabiny mężczyzn. Byli jak on, ubrani w ciepłe stroje militarne. Polarowe, grube szale zasłaniały im usta i nosy, a wielkie kaptury kurtek, zaciągniętych na głowy, rzucały cień na ich twarze.
Sfrustrowany chłopak przymrużył swoje fioletowe oczy, nabierając w płuca suchego, zimnego powietrza. Dlaczego nie potrafił sobie przypomnieć? Czyżby tracił już wszystkie zmysły? A może to tylko jego wyobraźnia płata mu figle? Może wcale nie znał tego miejsca? Może tylko mu się tak wydawało - to byłoby bardziej prawdopodobne.
Zaśmiał się cicho pod nosem, kiwając głową na boki. Powinien, jak najszybciej pozbyć się tych absurdalnych, głupich myśli i w końcu skupić na swojej misji. Musi wykonać powierzone mu zadanie i wrócić z powrotem do Kwatery. Spisać sprawozdanie i zameldować powodzenie misji swojemu przełożonemu.
Przełknął ślinę, ściągając z prawej dłoni skórzaną, czarną rękawicę. Podał ją jednemu z towarzyszy. Smukłymi, długimi palcami przejechał po szorstkich, zmarzniętych ustach, po czym ruszył w kierunku bramy wejściowej.
Nie musiał wtargać do środka domu. Po co tracić cenny czas, skoro równie dobrze mógł załatwić sprawę na zewnątrz. Wystarczy, że dotknie murów.
Ostatni raz odetchnął głęboko zimowym, świeżym powietrzem i uniósł głowę, zawieszając wzrok na prawie czarnym niebie. W oddali dostrzegł blady księżyc, którego blask odbijał się w jego fioletowo-błękitnych, niezwykłych oczach. Był lekko przysłonięty przez poszarpane chmury.
Z niewiadomych powodów, widok ten był dla chłopaka kojący. Poczuł się bezpiecznie, jakby był zupełnie gdzie indziej, jakby był ptakiem... wolnym, niezależnym, słuchającym tylko siebie samego ptakiem.
Nie odrywając wzroku od swojej przystani, położył dłoń na zimnym, ceglanym murze. Przejechał opuszkami palców po chropowatej warstwie, zostawiając za sobą jarzące się, niebieskie płomienie. Cierpliwie i ostrożnie kroczył po brukowanym chodniku, zbliżając się do grupki żołnierzy. Za jego plecami malowała się coraz szybciej rosnąca fala gorącego, śmiercionośnego ognia.
Nie słyszał żadnych krzyków ani wołania o pomoc. Jedyne, co widział, to maleńkie gwiazdy, unoszące się wysoko nad jego głową i ogromny księżyc.
Widząc usatysfakcjonowaną twarz Siedem, zrywam się burzliwie z łóżka, ruszając w jej kierunku. Jestem wściekła, ale również skołowana.
- Hej - wita się tym swoim złudnie przyjaznym i serdecznym głosem.
Nie odpowiadam. Nie potrafię rozgryźć jej mimiki. Jest spokojna, opanowana i taka... normalna. Jakby w ogóle nie zdawała sobie sprawy z tego, co zrobiła.
Podchodzi do mnie ostrożnym, płynnym krokiem. Zatrzymuje się zaledwie kilka centymetrów przed moją rozwścieczoną twarzą.
Ma na sobie dobrze dopasowany strój militarny i czarne, wysokie oficerki, które błyszczą, jakby były ledwo co wypolerowane. Spod cienkiej, materiałowej kurtki wystaje uchwyt pistoletu. Siedem i broń... któż by pomyślał. Ale Siedem, którą teraz widzę, nie ma nic wspólnego z tą, którą poznałam w bunkrze. Moja Siedem była przyjazną dziewczyną z dużą dawką optymizmu we krwi. Osoba przede mną jest zupełnie obca, inna.
- Myślałam, że zostałaś poinformowana o tym, że to ja będę cię eskortować? - pyta nagle, patrząc mi prosto w oczy.
Biorę głęboki oddech. Najchętniej rzuciłabym się na nią bez uprzedzenia i wyrwała choć parę kłaków z jej ślicznej, zdradzieckiej główki. Nie robię tego jednak. Próbuję zachować spokój, zaczekać na odpowiednią chwilę. Nie mogę pozwolić sobie na jakikolwiek błąd. Jestem sama. Nie mam żadnych szans na ucieczkę. Prawdopodobnie zanim zacisnęłabym ręce na jej szyi, do pokoju wparowaliby żołnierze i mnie obezwładnili. Poza tym, Siedem ma broń i obawiam się, że doskonale wie, jak jej skutecznie używać.
- Usiądź - nakazuje, wskazując na niskie łóżko za mną. - Mamy jeszcze trochę czasu - oznajmia, jakby nigdy nic. - Dobrze wiem, co w tej chwili o mnie myślisz, ale...
- Ale?! - wyrzucam w końcu z siebie, przerywając jej wypowiedź. Nabieram szybko powietrza przez zaciśnięte zęby. Czuję, jak rośnie we mnie złość. Przeszywam ją lodowatym spojrzeniem. Górna warga nerwowo mi drży z odrazy i pogardy do mojej rozmówczyni. - Jakiekolwiek wytłumaczenie sobie przygotowałaś, to nie wystarczy! - warczę, zakładając ręce na piersi, by powstrzymać się od szturchnięcia dziewczyny. - Zdradziłaś ich! Zdradziłaś ich wszystkich. Prawdopodobnie nigdy cię nie obchodzili. Przyznaj, że byli dla ciebie tylko żywymi pionkami - syczę, wykrzywiając twarz ze złości. Chce mi się płakać, ale brakuje mi już łez. - Jak mogłaś? - szepczę piskliwym, coraz cieńszym głosem. - Nie mogę pojąc, jak mogłaś im to zrobić?! - Tym razem wykrzykuję każde słowo. - Ty nie masz serca. - Kiwam automatycznie głową na boki. - Oni oddaliby za ciebie życie. Zrobiliby dla ciebie wszystko. Byli twoimi przyjaciółmi, twoją rodziną...
- Może i byli moimi przyjaciółmi, może i oddaliby za mnie życie, ale to Jack... Jack jest moją rodziną. To nigdy się nie zmieni. Przygarnął mnie. Zaopiekował się mną jak własną córką. Nigdy by mnie nie skrzywdził. Nigdy nie zostawiłby mnie na pastwę losu. Zawsze był dla mnie jak ojciec... ciągle jest - oznajmia twardo, po czym niespodziewanie spuszcza głowę, wpatrując się ślepo w białe kafle. - Nie oczekuję, że mnie zrozumiesz - dodaje po cichu. - Niczego od ciebie nie oczekuję. - Wzrusza delikatnie ramionami, ciężko wzdychając. Podnosi wzrok, by spotkać się z moimi zdezorientowanymi, zrezygnowanymi oczami. - Powinnaś odpuścić - radzi, a ja nie mogę uwierzyć własnym uszom. "Odpuścić"? Po tym wszystkim, co się stało? Wolne żarty. - Masz szczęście, że twoja rodzina się o ciebie martwi. Masz cholernie wielkie szczęście, że zrobili dla ciebie wszystko... wszystko, co było konieczne, byś była bezpieczna - mówi z lekkim niepokojem. - Uwierz mi, Alex. Najlepiej będzie, jak zapomnisz o tym, co się stało. Organizacja zostawi ciebie i twoją rodzinę w spokoju. Będziesz mogła wrócić do swojego beztroskiego życia. Będziesz znowu mogła robić normalne rzeczy... być jak inni...
- Jak możesz być tak naiwna? - pytam, wykrzywiając usta. Kiwam głową z niedowierzaniem. - Jak mam wrócić do dawnego życia? To niemożliwe! Po tym wszystkim, co mnie spotkało? Po tym, czego się dowiedziałam? Chyba nie wiesz, o czym mówisz, Siedem. Moje dawne życie nie istnieje! Zabraliście mi je! - mówię coraz głośniej i histeryczniej. - Moja babcia - dukam, przygryzając nagle dolną wargę, która zaczyna niekontrolowanie drżeć. - Zabraliście mi nawet ją - wyrzucam z siebie. Czuję kujący, nieprzyjemny ból w sercu. Mimowolnie przyciskam pięść do klatki piersiowej. Słowa, które właśnie ze mnie wyszły, bardziej bolą mnie niż osobę przede mną. Nie myślałam, że wypowiedzenie ich na głos będzie wiązało się z jeszcze większym cierpieniem. - Mówisz, że wrócę do rodziny, że będę szczęśliwa - mamroczę skrzypiącym, zachrypniętym głosem. - Nie mam rodziny. Twój ukochany, idealny ojciec mi ją odebrał. Powiedz mi więc, jak mam zapomnieć? Karzesz mi udawać, że wszystko jest w porządku? Jeśli myślisz, że potrafię wymazać z pamięci ostatnich kilka tygodni, to grubo się mylisz. Nie jestem dobrą aktorką. Nigdy nią nie byłam. Kiedyś próbowałam, ale to tylko pogarsza sprawę. Nie mam zamiaru traktować Monic jak matki. Zabraniam ci nazywać ją moją rodziną! - wrzeszczę w końcu, nie mogę się już powstrzymać.
Resztki łez zbierają się w kącikach moich oczu. Czuję ucisk w żołądku. Przełykam rosnącą gorycz w ustach i pociągam nosem. Nie będziesz przed nią płakać, Alex, powtarzam sobie w myślach. Nie waż się uronić choćby jednej łzy! Unoszę głowę, mrugając kilka razy powiekami. Nabieram powietrza i powoli go wypuszczam. Muszę się uspokoić. Obejmuję się rękoma, zaciskając palce dłoni na ramionach. Moje paznokcie nieświadomie wbijają się w skórę, przyprawiając o delikatny ból. Jestem tak spięta, że nie potrafię się rozluźnić.
Lepiej byłoby, gdybym o niczym nie wiedziała. Żyłabym dalej w słodkiej nieświadomości. Byłoby o wiele łatwiej, gdybym nadal mieszkała w tej wielkiej, bezpiecznej bańce mydlanej. Teraz, kiedy moja bańka pękła, nie ma już powrotu. Kiedy raz się czegoś doświadczy i odkryje prawdę, nie można wrócić. Nie jestem czarną tablicą, na której zapisane słowa można zmyć za pomocą gąbki. Bardziej przypominam pień drzewa, na którym wyryto wszystkie wspomnienia ostrym jak brzytwa nożem.
- Obawiam się, że nie masz innego wyboru, Alex - stwierdza Siedem, wyrywając mnie z namysłu. Beztrosko kładzie rękę na moim ramieniu.
Automatycznie wzdrygam, cofając się raptownie do tyłu. Nie chcę czuć na sobie jej dotyku, nie jestem w stanie znieść nawet jej widoku. Brzydzi mnie jej towarzystwo.
Mogłabym krzyczeć, splunąć jej w twarz. Mogłabym ją uderzyć, choćby spróbować. Mogłabym zrobić tysiące różnych rzeczy, by wyrzucić z siebie cały ten gniew i nienawiść... ale nie robię niczego. Wiem, że mój upór nie ma sensu. To byłoby nierozważne. Straciłabym tylko na sile, której i tak nie wiele mi zostało. Muszę odczekać. Nie mam innego wyboru. Przynajmniej nie widzę takowego w tym momencie.
- To jedyna droga, jaka ci pozostała - stwierdza zdradziecka dziewczyna. - To nie Jack jest tym złym - oznajmia, powtarzając słowa swojego przybranego ojca. - Niczego nie wiesz o Organizacji. Znasz tylko jeden punkt widzenia, a to nie wystarcza, by móc obiektywnie ocenić ludzi pracujących dla Falconu. Przedstawiono ci kilka negatywów, mankamentów i wad, ale nikt nie wspomniał o pozytywach naszego Projektu. Nikt nie opowiedział ci o plusach Organizacji. Może wydawać ci się, że wiesz, czym zajmuje się Falcon, ale w rzeczywistości nie masz bladego pojęcia.
- Nie rozumiem, jak możesz przypuszczać, że to nie oni są tymi złymi - nie dowierzam, gorzko się uśmiechając. - Czy to nie Falcon trzyma w celach niewinnych ludzi i miesza im w głowach, robiąc z nich zabójców, spełniających ich zachcianki? Czy to nie Falcon wymazuje im wspomnienia i robi pranie mózgu, obdzierając z uczuć? Czy to nie Falcon zlecił zamordowanie mojej babci? Czy...
- To było konieczne - przerywa mi nagle.
- Konieczne? Chyba sobie kpisz! - warczę, formując dłonie w pięści. Przełykam ślinę, by nie splunąć jej w twarz.
- Posłuchaj - zaczyna niewzruszona. - Organizacja robi dużo dobrego. Współpracuje z nami wielu ważnych ludzi, którzy w stu procentach zgadzają się z naszym zdaniem. Jeśli myślisz, że przeciwstawienie się Falconowi będzie łatwe, jesteś w błędzie. Dobrze wiem, co ci chodzi po głowie i myślę, że będzie lepiej, jak powiem ci coś jeszcze. To, że zwyczajni ludzie nie wiedzą o Organizacji, nie znaczy, że nie wie o niej Rząd. Nawet nie przypuszczasz, jak daleko sięga nasza władza.
Przechodzi mnie zimny dreszcz. Milczę, choć mam setki pytań. W gardle rośnie mi wielki, twardy głaz. Czekam z nadzieją, że dowiem się czegoś jeszcze.
- Główna Kwatera, w której się znajdujemy jest pod ochroną Rządu - ciągnie dalej Siedem. - Oficjalnie jesteśmy bazą wojskową. Musiałaś już wcześniej coś przypuszczać. Wiem, że nie jesteś aż tak głupia.
- Jakim cudem? - pytam półgłosem. - Nie mogę uwierzyć, że Władza tego państwa popiera to, co tutaj robicie! Przecież Falcon nie ma za grosz szacunku dla ludzkiego życia. Traktują innych jak przedmioty. Cała Organizacja jest czystym przeciwieństwem moralności. Macie się za jakieś bóstwa. Myślicie, że jesteście nietykalni, że nikt nie jest w stanie wam zaszkodzić. Ale w moich oczach jesteście tchórzami. Pozbawionymi serc mordercami. Cokolwiek mi powiesz, nic nie zmieni mojego zdania. Nic!
- Hmm - wzdycha, delikatnie się uśmiechając. - Zwyczajni ludzie mają gacie pełne strachu. Boją się inności. Dla nich jesteśmy jak aniołowie chroniący ich kruche życia przed demonami - tłumaczy, przepełniona dumą. - Jestem przekonana, że kiedyś to zrozumiesz. Mam nadzieję, że niedługo przejrzysz na oczy.
- Mam rozumieć, że twoim zdaniem dostarczenie Jackowi Jeden i Trzy było słuszne? - pytam, przepełniona odrazą.
- Trzy jest tutaj bezpieczniejszy - odpowiada bez zawahania, krzyżując ręce na piersi. - Prędzej czy później dostrzeże prawdę i do nas dołączy. Jest uparty, ale to się zmieni. Jestem pewna, że wkrótce odpuści. Musi! Gdyby nie jego, niczego nie warte, teorie spiskowe, już dawno wypuszczono by go z podziemi. Powinien wreszcie przestać się przeciwstawiać. Nie pojmuję, dlaczego mi to robi. Nic do niego nie przemawia. Ale ja jestem cierpliwa - przerywa, przymrużając na krótki moment swoje bursztynowe oczy. - Nauczę go wszystkiego. Pomogę zrozumieć. Wyciągnę go z tej bezpodstawnej rebelii, czy mu się to podoba czy nie.
- Siedem - wtrącam się. - To nie Trzy się myli. To nie on jest zaślepiony - kiwam głową na boki. - To ty nie dostrzegasz prawdy - odpieram sfrustrowana.
- Wystarczy - rzuca nagle twardym tonem. Ukradkiem spogląda na cyfrowy blat zegarka, zapiętego wokół nadgarstka. - Pora na nas - oznajmia surowo. - Wyprowadzę cię na zewnątrz. Przed bramą powinien już czekać samochód.
- Zaczekaj! - Wyciągam do niej rękę. - Wiesz, co stało się z resztą grupy? Dwa, Pięć i Nana. Pojmaliście ich? Są też tutaj? - pytam z niepokojem.
- Alex - zaczyna, spuszczając głowę. Mam złe przeczucie. - Żołnierze Falconu zostali wysłani do ich kryjówki z rozkazem eliminacji wszystkich żywych celów - oznajmia bez mrugnięcia okiem. - Nie mieliśmy innego wyboru. Zdrada jest surowo karana. Jeśli chodzi o Jeden i Trzy - przerywa, robiąc krótką pauzę, po czym ciągnie dalej. - Rekruci Sekcji Drugiej są rzadkością. Organizacja nie może pozwolić sobie na ich likwidację. Ale Sekcja Pierwsza ma wielu członków. Istnieją również inne osoby o zdolnościach Dwa czy Pięć.
- To nieprawda - dukam, wpatrując się w niewidzialny punkt przede mną. - To nie może być prawda. Nana... ona była jeszcze dzieckiem. - Mój głos drży i przerywa.
- Przykro mi, Alex - mówi z drażniącym spokojem. - To było konieczne.
- Konieczne? - powtarzam zszokowana. - Konieczne?!
- Hm - wzdycha. - Nie mam ci nic więcej do powiedzenia - oznajmia neutralnym tonem. - Weź się w garść - nakazuje. - Pora na nas.
Zrezygnowana, spuszczam wzrok. Oczami wyobraźni widzę Nanę, Dwa i Pięć. To musiała być rzeź. Nieludzkie, niemoralne... Brak mi słów. Tylko potwory bez serca byłyby zdolne do czegoś tak bestialskiego.
To nie ma sensu. Bezradnie stoję w miejscu, a wokół mnie słychać tylko cichy, głuchy pisk. To za wiele. Nie dam dłużej rady utrzymywać się na własnych nogach. Mam wszystkiego dość. Instynktownie przypieram plecy do ściany za mną, powstrzymując moje drżące ciało od upadku. Moje nerwy puszczają. Wszystko się kręci. Niech ktoś wyłączy tą pieprzoną karuzelę.
Moje życie jest maskaradą. Koszmarem, z którego nigdy się nie wybudzę. Nie mam już nikogo, komu mogłabym zaufać. Zostałam sama. Sama jak palec.
Moje nogi zaczynają się uginać. Są jak trzęsąca się galareta. Zjeżdżam w dół po chropowatej ścianie. Kulę się jak małe, przestraszone dziecko, chowając twarz za ramionami. Nie płaczę. Wydaję z siebie dziwne, ciche dźwięki przypominające łkanie, ale nie czuję nawet jednej słonej, cieplej łzy na policzku. Gorycz przepełnia mnie od środka. Serce łomocze jak zdesperowany więzień.
Powoli zaczynam myśleć, że to naprawdę koniec. Nie dam rady nikomu pomóc. Jestem zwyczajną, szarą dziewczyną. Nie mam się do kogo zwrócić. Może Siedem ma rację? Może powinnam o wszystkim zapomnieć? Zamienić się w sztuczną lalkę i zagrać w tym przerażającym teatrze życia? Nie... nie mogę tego zrobić. Moje serce i moja dusza mi na to nie pozwolą. Nawet, gdybym mocno zacisnęła oczy i postanowiła dryfować na ślepo, nie udałoby mi się uciec od prawdy.
Pozostało mi tylko czekać. Czekać na cud, na ratunek, na cokolwiek.
- Wstawaj - rozkazuje mi Siedem. - Musimy iść.
Po chwili czuję, jak dwie pary, ubranych w czarne, skórzane rękawiczki rąk, łapią mnie za ramiona, dźwigając gwałtownie do góry i stawiając na nogi.
- Frank już czeka - komunikuje brązowooka. Nie mówi do mnie. Zwraca się do dwójki, prowadzących mnie żołnierzy.
Bezsilnie podążam drogą, którą mnie wleką. Tępo wpatruję się w końcówki moich stóp. Białe skarpetki, z każdym następnym krokiem robią się coraz brudniejsze.
Moje oczy są całkowicie suche i szczypią, jakby ktoś nasypał do nich soli. Nawet przez chwilę nie unoszę głowy. Nie mogę, nie mam siły. Przecież kilka minut temu rozdarto mnie na małe kawałeczki i wrzucono do gorącego ognia. Spalono mnie... spalono, więc nie istnieję. To dziwne. Nielogiczne. Dlaczego ciągle czuję? Dlaczego ciągle boli? Dlaczego nie chce przestać? Niech przestanie... niech w końcu przestanie...
(Kilkanaście minut wcześniej)
- Proszę cię - zaczęła Siedem - wytłumacz mi, dlaczego? - zapytała z wyrzutem. - Nie mogę cię zrozumieć. Nie jestem w stanie pojąć tego, co zrobiłeś - przyznała, unosząc ręce w bezradności.
Jack westchnął zmęczony, po czym zajął miejsce na miękkiej sofie. Nie spiesząc się z odpowiedzią, sięgnął po kubek wypełniony gorącą kawą i powoli zaczął sączyć intensywnie pachnący trunek.
- Tato! - zawołała zniecierpliwiona dziewczyna, mimowolnie zaciskając pięści.
Dowódca Falconu poczuł lekki ucisk w sercu. Niemal każdego dnia dręczyły go wyrzuty sumienia. Traktował przybraną córkę jak jednego ze swoich żołnierzy. Nazywał ją nawet Siedem. Ale przecież robił to tylko i wyłącznie dla jej dobra. Nie mógł pozwolić sobie na faworyzowanie.
Tym bardziej czerpał przyjemność z każdej chwili spędzonej z nią sam na sam. Mógł wtedy, bez żadnych konsekwencji, poczuć się jak prawdziwy rodzic. Mógł rozkoszować się na dźwięk słowa "tata", które przecież tak sporadycznie padało z ust Alice.
- Masz mi za złe, że nie oddałem jej w ręce Monic? - odpowiedział pytaniem na pytanie. - A może bardziej dręczy cię fakt, iż zezwoliłem na spotkania z Trzy? - dodał, patrząc prosto w karmelowe, wielkie oczy.
Blondynka automatycznie wzdrygnęła. Nerwowo zamrugała kilka razy, nie mogąc się powstrzymać od tego krępującego odruchu. Po chwili nabrała głęboko powietrza w płuca i odważyła się mówić dalej.
- Trzy jest moją bronią - oznajmiła surowo, zbliżając się kilka kroków do brązowej sofy. - To chyba normalne, że się o niego martwię. - Wzruszyła ramionami, próbując znieść przenikliwe spojrzenie starszego mężczyzny. - Alex nie powinien on w ogóle obchodzić! - podniosła mimowolnie głos. - Może, gdybyś od razu pozwolił na to, by dzieliła pokój ze swoją bronią, zapomniałaby o mojej! - rzuciła stanowczo.
Dowódca pokiwał głową na boki, odstawiając kubek z powrotem na blat okrągłego, niskiego stolika. Nie podobało mu się, że Alice była w aż tak wielkim stopniu przywiązana do Trzy. Choć brała udział w szkoleniach mających na celu nauczenie się panowania nad emocjonalną więzią, nie wiele z tego wyniosła. Jack obawiał się, że uczucia jego przybranej córki prawdopodobnie nie miały nic wspólnego z więzią.
- Ten chłopak doprowadzi cię kiedyś do zguby - stwierdził w końcu, wskazując na przeciwległą pufę. - Usiądź - poprosił, delikatnie mrużąc jasnoniebieskie oczy.
Dziewczyna niepewnie zajęła miejsce, po czym oparła łokcie o kolana, przygryzając nerwowo dolną wargę.
- Nie sądzisz, że takie pobłażliwe traktowanie Alex jest lekkomyślne? - wypaliła, przymykając na moment powieki. - To do ciebie nie podobne - dodała, spoglądając na niewielką ramkę z czarno-białą fotografią, stojącą na drewnianej komodzie. - Przyznaj, że to ze względu na nią - wymamrotała w zamyśleniu, nagle smutniejąc.
Jack zastygł w bezruchu na kilka sekund, po czym również odszukał wzrokiem stare zdjęcie. Przedstawiało ono średniego wzrostu, szczupłą kobietę o długich blond włosach i zielonych oczach, trzymającą maleńkie dziecko na rękach.
Dowódca Falconu przełknął gorycz, która zebrała mu się w ustach. Wspomnienia z dawnych lat brutalnie wdarły się do jego myśli, pogrążając w nostalgii i przygnębieniu.
Choć minęło wystarczająco dużo czasu, on i tak nie mógł pogodzić się z brutalną przeszłością. Bywały dni, w których tracił resztki nadziei i był o krok od pójścia w ślady swojej żony. Gdyby nie Alice, pewnie już dawno nie byłoby go na tym świecie.
- Alex ci ją przypomina, prawda? - kontynuowała drobna dziewczyna. - Są do siebie bardzo podobne - dodała ostrożnie łagodnym tonem. - Twoja żona...
Usta Jacka mimowolnie mocno się zacisnęły, tworząc wąską linie na jego strapionej twarzy. Sophie była dla niego największym skarbem. To dla niej starał się być dobrym człowiekiem. Dla niej był gotowy zrobić wszystko. Ale Alice miała rację. Alex była jak jej lustrzane odbicie.
- Mam rację, hm? - wymruczała blondynka. - Nie mogę sobie tego w inny sposób wytłumaczyć. To jedyne racjonalne...
- To nie do końca tak, jak myślisz - przerwał jej nagle. - Choć nie powiem, że całkowicie się mylisz - przyznał niechętnie, ogarnięty uczuciem wstydu. - Alex z całą pewnością przyda się Organizacji. Dzięki jej słabości do Trzy - przerwał, kontrolując kątem oka reakcję swojej przybranej córki - możemy nią z powodzeniem dyrygować. Po przejściu szkolenia będzie tworzyć z Jeden idealną parę. Potrzebujemy jej. Falcon jej potrzebuje. Zobaczysz...
Dziewczyna o karmelowych oczach ciężko westchnęła, zawieszając wzrok na perskim dywanie leżącym pod jej stopami. Zdawała sobie sprawę, że posunięcia Jacka zawsze były dobrze przemyślane i zazwyczaj przynosiły same plusy, ale jej wewnętrzny głos nie chciał popuścić.
- Pozwól jej dzielić pokój z Jeden - wtrąciła stanowczo. - On i tak jej nie pamięta. Nie pamięta niczego, co działo się poza Kwaterą - przypomniała. - Zrozum mnie...
- Eh - mruknął zmęczony dowódca. - Nie trudno się domyślić, co chodzi po twojej roztrzepanej głowie, Alice - stwierdził, marszcząc brwi. - Myślisz, że jeśli Alex będzie spędzać więcej czasu u boku swojej broni, przestanie interesować się twoją - oznajmił spokojnie.
Spostrzegawczość Jacka nie była wielkim zaskoczeniem dla blondynki. Znała swojego przybranego ojca i doskonale zdawała sobie sprawę z jego inteligencji.
- Nie będę zaprzeczać - wymamrotała pod nosem, oblewając się mimowolnie rumieńcem. W nerwach zaczęła gnieść materiał swojej marynarki. - Jesteś w stanie się na to zgodzić? - zapytała nieśmiało.
- Mam inny wybór? - Kąciki ust dowódcy powędrowały do góry, malując subtelny uśmiech.
Alice odetchnęła z ulgą, czując napływ satysfakcji. Możliwe, że Alex całkowicie zapomni o Trzy. Możliwe, że Trzy dobrowolnie dołączy do Organizacji, kiedy spostrzeże brak zainteresowania ze strony Alex. Taka sytuacja byłaby po prostu idealna.
Jej życie wyglądałoby zupełnie inaczej, gdyby Trzy w końcu poszedł po rozum do głowy. Nie musiałby dłużej przesiadywać w lochach. Mógłby mieszkać razem z nią. Brać czynny udział w misjach. Tworzyć perfekcyjną, nieodłączną parę...
(Kilka godzin wcześniej)
Pomieszczenie, w którym go zamknięto było tak ciasne, że czuł się niczym maleńka, przerażona myszka. Ostre, drażniące światło stroboskopów wydawało się wypalać mu oczy i rozsadzać mózg. Do tego piekielnie głośna muzyka, która powoli doprowadzała go do obłędu. Ciągle te same, mocne kawałki metalowe przeszywające jego uszy niczym sztylety.
Mężczyzna nie był do końca pewny, jak długo go tutaj trzymali. Prawdopodobnie było to zaledwie kilka dni, ale dla niego minęła cała wieczność. Nie pozwalano mu zasnąć, nie dawano mu jeść ani pić. Był niemal przekonany, że cielesne tortury byłyby niczym, w porównaniu z tym, przez co musiał teraz przechodzić.
Błagał w duchu o szybką śmierć. Nigdy wcześniej nie przypuszczałby, że będzie się modlił o kres swojego życia. Ale tak właśnie było... lepsza kulka w łeb niż te nieludzkie tortury. Pomyśleć, że ani razu go nie uderzono. Nikt nie podniósł na niego ręki, by wyrządzić mu jakąkolwiek krzywdę fizyczną.
Wariował. Wpadł w amok, z którego nie będzie można tak łatwo wyjść. Na przemian krzyczał, wył z bólu i śmiał się gorzkim, przepełnionym cierpieniem i bezradnością śmiechem. Szaleństwo wkradło się w każdą komórkę jego ciała. Zżerało po kolei wszystkie nerwy, siejąc chaos i spustoszenie.
Jeśli miałby kiedyś opisać piekło, wyglądałoby dokładnie tak. Wylądował w piekielnej otchłani, by pokutować za swoje grzechy. Gdyby tylko mógł odwrócić czas... Przysięgał na wszystko i wszystkich, że stałby się idealnym, wzorowym obywatelem tego świata. Do diabła, przeszedłby nawet samą Matkę Teresę. Byle tylko zakończyć te katusze.
***
Niespodziewanie muzyka ucichła. Brzęczenie i pisk w jego uszach ciągle jednak odbijały się echem w pulsującej czaszce. Oślepiające światło powoli się ściemniło. Jego zaczerwienione oczy nadal szczypały, jakby ktoś nasypał do nich soli. Dygocząc, zaczął nerwowo rozglądać się dookoła, szukając źródła hałasu. Jego ruchy były nieskoordynowane i raptowne.
Był spanikowaną zwierzyną, która czekała na atak przyczajonego drapieżnika. Jego serce waliło nienaturalnie szybko, pompując wrzącą krew w nabrzmiałych żyłach. Płytki, niespokojny oddech, co chwilę przerywał, dając ujście zrozpaczonemu, cichemu jękowi.
Do pokoju wszedł wysoki, ubrany cały na czarno, młodzieniec. Nie miał przy sobie żadnej broni, ale więziony mężczyzna nie był pewny, czy to dobra czy zła wiadomość. Nieznajomy chłopak sunął ku niemu z finezyjną gracją. Jego postawa była nienaganna, a każdy ruch niemal perfekcyjny. Przenikliwe, ametystowe oczy patrzyły prosto na niego, przyprawiając o zimne dreszcze. Ciemne kosmyki błyszczących włosów zasłaniały mu czoło, delikatnie dotykając gęstych brwi.
Czyżby przysłano do niego anioła śmierci? Może faktycznie trafił do piekła? Przeszło mu przez myśl.
Mimowolnie zaczął się cofać. Nie uszedł jednak daleko. Twarda ściana, którą poczuł na plecach, tamowała mu drogę ucieczki. Dygocząc niczym osika, wgapiał się w kroczącą ku niemu smukłą postać.
Nieznajomy obserwował go jak jastrząb. Jakby miał zaraz ruszyć na niego i rozerwać kawałek po kawałku.