Fala krwi - Caroline Grimwalker

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

Biedny Kaj

Droga pro­wa­dząca do pod­upa­dłego go­spo­dar­stwa w Ska­nii, gdzie mie­ści się ośro­dek szko­le­niowy, jest za­blo­ko­wana od ty­go­dnia. Ostatni atak grupy osza­la­łych fe­mi­ni­stek na­zy­wa­ją­cych sie­bie Fa­lo­chro­nami wy­wo­łał zbio­rową pa­ra­noję wśród tu­tej­szych męż­czyzn. Wy­ko­rzy­stali wszystko, co się dało, od za­rdze­wia­łych ma­szyn rol­ni­czych po ko­zły do pi­ło­wa­nia, worki z pia­skiem i taczki wy­peł­nione ka­mie­niami, by mieć pew­ność, że nikt nie­po­wo­łany nie za­krad­nie się od żad­nej strony. Tak jak wcze­śniej udało się to tym dziw­kom. Zwłasz­cza by nikt nie mógł się tu do­stać sa­mo­cho­dem. Ostat­nim ra­zem, gdy się tu zja­wiły, po­wstało za­mie­sza­nie i zgi­nęli lu­dzie. To się nie może po­wtó­rzyć.

Po­sta­wiony na war­cie Kaj drży na ca­łym ciele. Znaj­duje się na po­czątku stu­pięć­dzie­się­cio­me­tro­wej, wy­bo­istej drogi szu­tro­wej pro­wa­dzą­cej od kra­jówki nu­mer sie­dem­dzie­siąt aż do bu­dyn­ków go­spo­dar­stwa. Sie­dzi na koźle do pi­ło­wa­nia, oto­czony wor­kami z pia­skiem, wpa­trzony w prze­strzeń. Co ja­kiś czas na sie­dem­dzie­siątce wi­dać prze­jeż­dża­jący sa­mo­chód. Z rzadka prze­myka tam­tędy z tur­ko­tem ja­kaś cię­ża­rówka. Kilka po­je­dyn­czych mo­to­cy­kli. Przez więk­szość czasu jest jed­nak ci­cho i spo­koj­nie. Jak na od­lu­dziu. Praw­do­po­dob­nie dla­tego po­sta­no­wili się osie­dlić wła­śnie tu, w nie­wiel­kiej od­le­gło­ści od naj­bar­dziej wy­su­nię­tego na po­łu­dnie krańca je­ziora Vomb­sjön.

Rzut ka­mie­niem stąd znaj­duje się po­li­gon Björka, woj­skowy te­ren wciąż wy­ko­rzy­sty­wany przez siły zbrojne i po­li­cję. W prze­szło­ści była to rów­nież baza lot­ni­cza, ale za­mknięto ją pra­wie dwa­dzie­ścia lat temu.

Grubo tkana szara tu­nika, ubra­nie, które Si­xten upar­cie każe im no­sić, dra­pie go w uda. Kaj uważa, że to głup­ko­waty strój, ale skoro nikt się nie sprze­ci­wia, on też nie za­mie­rza. Poza tym naj­wi­docz­niej uwol­nie­nie ge­ni­ta­liów ma ja­kiś sens - może zda­niem Si­xtena po­winni mieć świa­do­mość tkwią­cej w nich po­tęgi fal­lusa i stale od­czu­wać jego moc.

Kaj znowu wraca my­ślami do po­ran­nego wy­kładu. Do­ty­czył mę­sko­ści i przod­ków. I stra­chu. Nie zda­wał so­bie sprawy, jak bar­dzo się boi. Do­piero Si­xten Törn­holm mu to uświa­do­mił. Za­nim po­znał go na fo­rum in­ter­ne­to­wym dla męż­czyzn ży­ją­cych w mi­mo­wol­nym ce­li­ba­cie, Kaj był pe­wien, że od­czuwa złość. Albo smu­tek. Te­raz jed­nak wie, że to strach. I że tak nie może być.

Opiera łok­cie na ko­la­nach i lekko wzdy­cha, wpa­tru­jąc się w ota­cza­jącą go za­sty­głą w bez­ru­chu prze­strzeń. Po­wie­trze dziś jest go­rące i su­che. Może na­wet tro­chę za su­che. Choć to zro­zu­miałe, w końcu jest śro­dek lata.

Pod­ska­kuje i pra­wie spada z ko­zła, gdy na­gle ką­tem oka do­strzega przy dro­dze brą­zowo-po­ma­rań­czo­wego mo­tyla. Kaj par­ska ner­wo­wym śmie­chem i po­trząsa głową. Od czasu ataku na farmę wszy­scy żyją w cią­głym na­pię­ciu, i to nie w ten przy­jemny spo­sób. Nie jest to pod­eks­cy­to­wa­nie, ja­kie od­czu­wali, gdy dwóch z nich przy­je­chało z tą fe­mi­ni­styczną suką w ba­gaż­niku i gdy za­mknęli ją w stajni.

Nie wie­dzieli, co wła­ści­wie mają z nią zro­bić. Dys­ku­to­wali o tym w kółko przez całe dwa dni. Roz­mowy nie na­le­żały do spo­koj­nych. Choć nie mo­gli się do­ga­dać, co ma się stać z Eleną Co­vaci, każdy męż­czy­zna na far­mie czuł tę upa­ja­jącą wła­dzę. Bo ją schwy­tali. Uniesz­ko­dli­wili i za­mknęli. Tę, która pod­szy­wała się pod męż­czy­znę, a po­nadto wy­ko­rzy­sty­wała do swo­ich ce­lów ich naj­bar­dziej czuły punkt - fora in­ter­ne­towe. I mie­szała z bło­tem Si­xtena. Ich przy­wódcę - je­dyną osobę na far­mie fak­tycz­nie ma­jącą świa­do­mość, co to zna­czy być praw­dzi­wym męż­czy­zną, jak na­leży się za­cho­wy­wać i my­śleć. Każdy z uczest­ni­ków jego szko­le­nia za­wdzię­cza mu wy­do­sta­nie się z piw­nicy domu swo­jej matki, ucieczkę od sa­mot­nego ży­cia in­cela i pod­ję­cie wy­zwa­nia, by stać się praw­dzi­wym sam­cem alfa. Zo­stać czę­ścią sil­nej grupy. Grupy z wła­dzą. Nie cho­dzi o uwy­dat­nioną szczękę i szorst­kość nad­garst­ków, jak wy­ja­śniał Si­xten.

"Całe szczę­ście" - my­śli Kaj, nie­świa­do­mie po­cie­ra­jąc swój zwiot­czały pod­bró­dek. Wszystko za­leży od na­sta­wie­nia. Na­leży wy­ko­rzy­stać mi­nione ty­siąc­le­cia mę­sko­ści. I nie po­strze­gać sie­bie jako ofiary.

- By­cie ofiarą ozna­cza nie­kom­pe­ten­cję - mówi Kaj bar­dzo sta­now­czym to­nem, ze wzro­kiem utkwio­nym w błysz­czą­cym czar­nym owa­dzie po­ru­sza­ją­cym się drogą. Słowa prawdy spra­wiają, że się pro­stuje. W tym mo­men­cie mie­niąca się na nie­bie­sko ważka bez­sze­lest­nie prze­la­tuje przed jego sto­pami. Po­wie­trze stoi nie­ru­chomo, ale drży tuż nad ho­ry­zon­tem. Pach­nie roz­grzaną słoń­cem zie­mią.

Gdy już usta­lili, że każdy, kto chce, może bez ogra­ni­czeń wy­ko­rzy­sty­wać ciało Eleny, i za­częli się za­sta­na­wiać, co jesz­cze z nią zro­bią... wtedy wszystko się po­pier­do­liło. Na­gle z pi­skiem opon dwa sa­mo­chody za­je­chały na po­dwó­rze i wy­ło­niły się z nich te cho­lerne suki, ni­czym de­spe­ra­dos z ja­kie­goś sta­rego we­sternu. Z bro­nią w ręku!

Kaj wciąż nie może się po­go­dzić z tym, jak się za­cho­wał, gdy roz­pę­tało się to pie­kło. Sie­dział w głów­nym bu­dynku i czy­tał naj­now­szy wpis Jor­dana Pe­ter­sona na blogu, kiedy usły­szał huk.

"I stchó­rzy­łem". To wspo­mnie­nie wy­wo­łuje w nim po­czu­cie wstydu.

Gdy wy­bu­chła strze­la­nina, sku­lony po­biegł do to­a­lety i tam się za­mknął. Wy­szedł do­piero po dłuż­szej chwili, gdy wszystko uci­chło. Są­dzi jed­nak, że nikt nie za­uwa­żył, jak bar­dzo się bał. Wi­dzi swoje za­ci­śnięte ręce na udach i je roz­luź­nia. Gdyby mógł cof­nąć czas, nie stchó­rzyłby, jest tego nie­mal pe­wien. I być może... sta­nąłby twa­rzą w twarz z za­gro­że­niem, wraz ze swo­imi braćmi.

Tak czy ina­czej, męż­czy­znom udało się prze­go­nić na­rwane fe­mo­idy. I na­gle pro­blem z tym, co mają zro­bić z Eleną Co­vaci, znik­nął, bo Si­xten za­strze­lił ją w trak­cie ataku. Wła­śnie dla­tego po­zo­stałe dziew­czyny spie­przały w po­pło­chu.

"Ucie­kły jak tchórz­liwe dziwki, któ­rymi w rze­czy­wi­sto­ści są".

Fakt, że po­li­cja nie zja­wiła się po ca­łym zaj­ściu, to we­dług Si­xtena znak. Gdyby te cho­lerne fe­mi­nistki chciały na nich do­nieść, zro­bi­łyby to już dawno temu. A skoro tego nie zro­biły, to ra­czej pla­nują coś znacz­nie gor­szego.

Ze­mstę.

I dla­tego dzień w dzień Kaj tkwi na war­cie w tym upale. My­śli swo­bod­nie wę­drują wła­śnie w tam­tym kie­runku, do owego pa­mięt­nego dnia i wy­da­rzeń, które po nim na­stą­piły.

Po wszyst­kim to Kaj i Lenny mu­sieli za­ko­pać ciało Eleny w le­sie za sto­dołą. Wo­lałby za­po­mnieć o tym za­da­niu. Mimo że za­wi­nęli zwłoki w stare worki po mące, wgłę­bie­nie wska­zy­wało na brak... twa­rzy tej suki. Kula wy­strze­lona przez Si­xtena prze­szyła kark i wy­le­ciała przo­dem, wraz z więk­szo­ścią twa­rzo­wej czę­ści czaszki, która le­żała po­tem na dzie­dzińcu po­roz­rzu­cana jak kon­fetti z mięsa i ko­ści. Póź­niej przy­znał, że nie tak miało być. Że ce­lo­wał w ko­lana, ale wszystko działo się za szybko. Kaj nie mu­siał po­ma­gać w sprzą­ta­niu po­dwórka, bo w tym cza­sie na­ba­wiał się pę­che­rzy na pal­cach od wy­ko­py­wa­nia rę­kami tego cho­ler­nego grobu. On i chło­pak, który mu po­ma­gał, nie dali rady zro­bić zbyt głę­bo­kiego dołu, ale nikt nie musi o tym wie­dzieć.

Dwa dni po tym wy­da­rze­niu Si­xten prze­kuł nie­po­kój i po­ru­sze­nie pa­nu­jące wśród męż­czyzn w coś zu­peł­nie in­nego. Wzbu­dził w nich pew­ność sie­bie. Mó­wił o Ko­bie­cie-La­ser. O tym, że męż­czyźni mu­szą się zmie­rzyć z ko­bie­tami w tym stwo­rzo­nym przez nie bru­tal­nym świe­cie i rów­nież sto­so­wać be­stial­skie środki, a na­wet uciec się do za­bi­ja­nia... skoro one tego wła­śnie chcą.

"Ko­bieta-La­ser. Taa, niech ją szlag".

Kaj kręci głową i spluwa ze zło­ścią na żwi­rową drogę, słońce praży go w głowę. Ech, fe­mi­nistki. Wszystko przez to, że się za mało bzy­kają, to jego dia­gnoza. Mi­nął po­nad mie­siąc i na­dal nic się nie dzieje. Mimo to ża­den z nich nie może się wy­lu­zo­wać. Cały czas ma się prze­czu­cie, że coś się wy­da­rzy, i to wkrótce, nie mó­wiąc o tym, że ko­biety bie­gają po uli­cach i strze­lają do męż­czyzn jak do zwy­kłej zwie­rzyny w tej no­wej dżun­gli. Dżun­gli, w któ­rej role się od­wró­ciły: ko­biety są łow­cami, a na męż­czyzn się po­luje.

"Prze­cież to chore".

Wszy­scy my­śleli, że to sza­le­niec dzia­ła­jący w po­je­dynkę, ale z ro­ze­sła­nego ma­ni­fe­stu wy­ni­kało, że tak na­prawdę była w to za­mie­szana cała grupa ko­biet. I ich też nie zła­pali. Wręcz całe to gówno zdaje się roz­prze­strze­niać i na­wet zwy­czajne dziew­czyny za­częły się zbroić. Hasz­tag #Fa­lo­chrony jest jed­nym z naj­czę­ściej uży­wa­nych w Szwe­cji, a na YouTu­bie cały czas po­ja­wiają się nowe fil­miki, w któ­rych ko­biety lub młode dziew­czyny wzy­wają do bru­tal­nego oporu.

"Oporu prze­ciwko czemu? - za­sta­na­wia się Kaj. - Mi­ło­ści?"

To je­dyna rzecz, ja­kiej kie­dy­kol­wiek pra­gnął. Naj­wy­raź­niej to zbyt wiele i te­raz jest jak jest.

Wojna.

Za­sę­pia się bar­dziej i znowu spluwa. Przy­po­mina so­bie film z ma­ni­fe­stu, po­ka­zy­wany jako sen­sa­cja we wszyst­kich pro­gra­mach in­for­ma­cyj­nych ja­kiś mie­siąc temu, i prze­szywa go dreszcz mimo le­ją­cego się żaru z nieba. Ma wra­że­nie, że wszystko wy­mknęło się spod kon­troli.

"No do­bra - my­śli - chcą wojny, to pro­szę bar­dzo. Aku­rat wojna to coś, w czym męż­czyźni mają ty­siące lat do­świad­cze­nia. Ostat­nim ra­zem zo­sta­li­śmy za­sko­czeni. Nie by­li­śmy przy­go­to­wani. Tego błędu nie po­peł­nimy po­now­nie".

Prze­rywa swoje roz­my­śla­nia, sły­sząc od­le­gły dźwięk za­kłó­ca­jący ten spo­kojny letni dzień. Skąd do­cho­dzi? Kaj nie po­trafi tego okre­ślić, brzmi jak... Czy to ja­dąca w tę stronę cię­ża­rówka? Nie, to inny ro­dzaj dźwięku, jakby... gwizd.

Ze­ska­kuje z ko­zła, pro­stuje ze­sztyw­niałe plecy i pod­nosi wal­kie-tal­kie z za­ku­rzo­nego brą­zo­wo­sza­rego worka z pia­skiem. Trzyma urzą­dze­nie przy ustach, jed­no­cze­śnie zer­ka­jąc w stronę drogi nu­mer sie­dem­dzie­siąt.

Wspo­mnie­nie ataku ter­ro­ry­stycz­nego w Ni­cei wy­pływa na po­wierzch­nię świa­do­mo­ści i na­gle Kaj za­czyna się de­ner­wo­wać. Je­śli udało im się zdo­być pie­przoną cię­ża­rówkę, to ko­zły i worki z pia­skiem na nic się nie zda­dzą. Zo­sta­nie z niego mo­kra plama po­chła­nia­jąca kurz z drogi, za­nim zdąży wsz­cząć alarm. Serce mu trze­po­cze.

"Czy po­wi­nie­nem zejść z drogi?"

Na­ci­ska przy­cisk z boku wal­kie-tal­kie.

- Farma, od­biór! Tu straż­nik nu­mer je­den. Coś sły­szę. Wy też? Od­biór!

Mały gło­śnik trzesz­czy.

- Straż­niku nu­mer je­den, tu farma. Co sły­szysz? Od­biór.

Kaj opusz­cza krót­ko­fa­lówkę i pró­buje wy­tę­żyć słuch. No wła­śnie. Co on tak wła­ści­wie sły­szy? To zna­jomy, a za­ra­zem nie­ty­powy od­głos. I jest co­raz bli­żej.

- Nie je­stem pe­wien - mówi z ocią­ga­niem - cze­kaj­cie... to...

Wła­śnie w tym mo­men­cie roz­po­znaje dźwięk.

- He­li­kop­ter! - wy­krzy­kuje z ulgą i prze­ra­że­niem jed­no­cze­śnie. - Sły­szę he­li­kop­ter. Co mam ro­bić? Od­biór.

Gdy od­po­wiedź nie przy­cho­dzi od razu, za­czy­nają mu się po­cić ręce. Prze­kłada wal­kie-tal­kie z jed­nej ręki do dru­giej i wy­ciera spo­coną dłoń o szorstką tu­nikę.

- Halo? Farma? Od­biór.

- Straż­niku nu­mer je­den, wi­dzisz he­li­kop­ter? Od­biór - od­zywa się w końcu męż­czy­zna po dru­giej stro­nie.

Wła­śnie wtedy he­li­kop­ter po­ja­wia się w za­sięgu wzroku Kaja, na wprost niego. Gdy wi­dzi nie­bie­sko-biały ko­lor, od­dy­cha z ulgą.

- Tak. Farma, wi­dzę go. To tylko po­li­cja, więc nie­ważne - mówi, pod­czas gdy duża me­ta­lowa ma­szyna zbliża się do niego. - Ale... kurde, leci tak ni­sko... - do­daje, za­po­mi­na­jąc za­koń­czyć sło­wem "od­biór".

Męż­czy­zna na far­mie coś mówi. Te­raz jed­nak trudno to usły­szeć, bo po­li­cyjny he­li­kop­ter kie­ruje się w stronę Kaja tkwią­cego na swoim ża­ło­snym po­ste­runku.

Kaj pod­nosi głos, by prze­krzy­czeć co­raz gło­śniej­szy war­kot śmi­gieł.

- Co ta­kiego? Od­biór.

- Po­wie­dzia­łem, że pew­nie to ćwi­cze­nia na po­li­go­nie Björka. Mo­żesz... - Reszty Kaj nie sły­szy, bo he­li­kop­ter prze­la­tuje tuż nad nim.

"Czy im w ogóle wolno la­tać tak ni­sko?"

Po­dmuch wia­tru unosi tu­many ku­rzu, szar­pie tu­niką Kaja i roz­wiewa mu włosy na wszyst­kie strony. Na ja­kiej są wy­so­ko­ści? Pięt­na­ście me­trów?

"Może to ktoś, kto do­piero uczy się ob­słu­gi­wać taką ma­szynę?" - my­śli Kaj i się od­wraca, pod­czas gdy he­li­kop­ter da­lej leci tuż nad żwi­rową drogą. W kie­runku farmy.

Ma złe prze­czu­cia. Męż­czy­zna czuje je w ca­łym ciele, ni­czym wi­jące się i ką­sa­jące ja­do­wite węże. Dla­czego leci tak ni­sko? I dla­czego aku­rat tu­taj? Prze­cież mają bazę lot­ni­czą i po­li­gon nie­da­leko stąd. A jed­nak kie­rują się pro­sto na farmę. Coś tu nie gra. Nic a nic. Dźwięk cich­nie, w miarę jak he­li­kop­ter od­dala się od Kaja. Przy­naj­mniej te­raz jest w sta­nie znowu sły­szeć wła­sne my­śli.

- Też go te­raz sły­szymy - mówi męż­czy­zna przez wal­kie-tal­kie. - O, cho­lera, leci strasz­nie ni­sko... - Kaj za­uważa, że męż­czy­zna rów­nież za­po­mina do­dać na końcu "od­biór".

Co tak na­prawdę go nie­po­koi? Po­li­cjanci chyba mogą la­tać, gdzie im się po­doba. Mimo wszystko... coś na­dal mu tu nie gra. Wielka me­ta­lowa be­stia skręca w prawo. Za­ta­cza sze­roki łuk, w dół za farmą, a kiedy zwraca się bo­kiem w stronę Kaja, drzwi he­li­kop­tera na­gle się otwie­rają.

Kilka se­kund po tym, jak sły­szy krzyki przez krót­ko­fa­lówkę, wi­dzi pierw­szy słup dymu i do­piero wtedy od­zy­skuje kon­trolę nad mię­śniami.

Upusz­cza wal­kie-tal­kie, które lą­duje mię­dzy sto­pami. Kiedy Kaj za­czyna biec, ją­dra obi­jają mu się o we­wnętrzną stronę ud. Ucieka, by ra­to­wać swoje ży­cie. Z dala od farmy. Z dala od pie­kła.

Kilka mi­nut wcze­śniej

Roz­dział 1

Linn

"Nie bę­dziemy miały dużo czasu, za­nim po­ścig za­cznie się na do­bre" - my­śli Linn, roz­glą­da­jąc się po wnę­trzu nieco pod­sta­rza­łego po­li­cyj­nego he­li­kop­tera. Eu­ro­cop­ter 135, wy­słu­żony szwedzki śmi­gło­wiec, nie­dawno za­stą­piony przez po­li­cję zu­peł­nie nową flotą Bell 429. Do­wie­działa się o tym w ciągu ostat­niego mie­siąca w trak­cie pla­no­wa­nia i re­ko­ne­sansu. Na po­li­go­nie Björka, nie­da­leko Ve­be­röd i Sjöbo, na­dal re­gu­lar­nie wy­ko­rzy­stuje się jed­nak star­sze mo­dele w róż­nego ro­dzaju szko­le­niach i ćwi­cze­niach.

"Nie krad­nie się po­li­cyj­nego he­li­kop­tera ot tak".

To bę­dzie wielka sprawa. Jesz­cze rok czy dwa lata temu ta myśl by ją prze­ra­żała. Te­raz ra­czej ją eks­cy­tuje. Jakby je­dyne, co jej po­zo­stało, to ro­bie­nie ta­kich cho­rych rze­czy. Ta­kich, które spra­wiają, że czuje, że żyje. I wła­śnie tak jest. Wszystko inne jest mar­twe. Wszystko. Linn rów­nież, a przy­naj­mniej jej wnę­trze.

Trzyma się pa­ska przy­mo­co­wa­nego nad drzwiami. Ob­lewa ją fala go­rąca wy­wo­łana wy­rzu­tem ad­re­na­liny, całe ciało śpiewa. Nie tylko ona czuje pod­nie­ce­nie. Adela, sie­dząca na miej­scu pi­lota, czy jak to na­zwać, krzy­czy, nie kry­jąc pod­eks­cy­to­wa­nia.

Adela jest jedną z naj­star­szych człon­kiń Fa­lo­chro­nów. Po od­by­ciu za młodu służby woj­sko­wej w Izra­elu zo­stała wy­kwa­li­fi­ko­waną pi­lotką śmi­głowca.

"Tę umie­jęt­ność zde­cy­do­wa­nie mo­żemy wy­ko­rzy­stać w obec­nej sy­tu­acji" - za­uważa Linn.

Adela i Le­onora po­znały się dzie­sięć lat temu w klu­bie strze­lec­kim i szybko się za­przy­jaź­niły, gdy od­kryły, że mają ze sobą wiele wspól­nego. Za­równo za­in­te­re­so­wa­nie Va­le­rie So­la­nas, jak i chęć uka­ra­nia bru­tal­nych i po­pa­pra­nych męż­czyzn. I jak to mó­wią: oto cała hi­sto­ria.

Linn ob­ser­wuje po­zo­stałe ko­biety na po­kła­dzie. Ve­ro­nica, Leo i Ba­har. Nowe przy­ja­ciółki. Nie, sio­stry, nowe sio­stry. Na śmierć i ży­cie, je­śli zaj­dzie taka po­trzeba. Wszyst­kie wy­glą­dają na prze­ra­żone i pod­eks­cy­to­wane jed­no­cze­śnie. Po­cząt­kowo nie były w stu pro­cen­tach pewne, czy wie­rzyć Adeli, że rze­czy­wi­ście zre­ali­zuje ten po­mysł, na który wpa­dła pod­czas bu­rzy mó­zgów. Że po­trafi la­tać ta­kim po­two­rem. Po­tem jed­nak za­częła mó­wić o ką­tach na­tar­cia śmi­gła, opo­rze ae­ro­dy­na­micz­nym, si­łach no­śnych i róż­nych in­nych rze­czach, o któ­rych Linn nie ma po­ję­cia. Wtedy do­tarło do nich, że tak na­prawdę przez cały czas miały u swego boku wy­szko­loną w woj­sku pi­lotkę śmi­głowca.

"Je­śli czło­wiek po­trafi la­tać jed­nym he­li­kop­te­rem, to po­trafi la­tać wszyst­kimi" - oznaj­miła z prze­ko­na­niem Adela.

- Chry­ste, po­spiesz się! - wy­krzy­kuje zdy­szana Ba­har, przy­ci­ska­jąc twarz do okna i wpa­tru­jąc się w po­ło­żony ka­wa­łek da­lej bu­dy­nek, w któ­rym prze­bywa cała masa po­li­cjan­tów.

- Tak, bła­gam - wtó­ruje jej Ve­ro­nica. - Kurwa, to nie na moje nerwy - do­daje, co chwilę kle­piąc się po po­licz­kach, jakby to był ja­kiś spo­sób na roz­ła­do­wa­nie na­pię­cia.

We­dług Adeli, która pla­no­wała tę ak­cję przez po­nad ty­dzień, dzi­siej­sze ćwi­cze­nia na te­re­nie po­li­gonu Björka to szko­le­nie kon­tro­le­rów ru­chu lot­ni­czego mo­ni­to­ru­ją­cych po­li­cyjne śmi­głowce. A te­raz - pra­wie mie­siąc póź­niej - jej plan zo­stał wresz­cie wpro­wa­dzony w ży­cie.

Cier­pli­wość. Nie jest to jedna z naj­moc­niej­szych stron Linn, ale by coś tak spek­ta­ku­lar­nego się udało i by one wy­szły z tego bez szwanku, wszystko trzeba do­brze prze­my­śleć i sta­ran­nie za­pla­no­wać.

Sama kra­dzież he­li­kop­tera, w trak­cie gdy uczest­nicy ćwi­czeń lot­ni­czych je­dli obiad w bu­dynku, oka­zała się za­ska­ku­jąco ła­twa. Zna­la­zła się na po­kła­dzie wraz z Ve­ro­nicą, Adelą, Ba­har i Leo oraz z ła­dun­kiem wy­bu­cho­wym za­le­d­wie kilka mi­nut po do­tar­ciu na te­ren po­li­gonu. Ma­szyna stała na pły­cie po­sto­jo­wej z od­blo­ko­wa­nymi drzwiami i cze­kała.

"Oczy­wi­ście. Ra­czej nikt się nie spo­dziewa, że ktoś bę­dzie pró­bo­wał po­rwać he­li­kop­ter".

Zwłasz­cza taki z wiel­kim gra­na­to­wym na­pi­sem "PO­LI­CJA". A gdyby ja­kiś zwy­kły czło­wiek spró­bo­wał to zro­bić, to pew­nie i tak by się za­bił, bo la­ta­nie taką ma­szyną jest na­prawdę nie­bez­pieczne, je­śli się tego nie po­trafi. Fa­lo­chrony jed­nak nie są jak zwy­kli lu­dzie, to pewne. Po­mału do­wia­duje się o tym cała Szwe­cja. Poza tym Adela jesz­cze ich nie za­wio­dła. Udało im się już za­jąć miej­sca w środku.

Za­pewne nie mi­nie wiele czasu, gdy po­łowa sił po­li­cyj­nych kraju - i praw­do­po­dob­nie także woj­sko - bę­dzie ich ści­gać, ale kilka mi­nut po­winno im w zu­peł­no­ści wy­star­czyć. Prze­cież zor­ga­ni­zo­wa­nie po­ścigu za skra­dzio­nym po­li­cyj­nym he­li­kop­te­rem chwilę po­trwa, a stąd na farmę jest naj­wy­żej mi­nuta lotu. To zna­czy je­śli w ogóle uda im się od­le­cieć.

Linn ob­ser­wuje spięte ko­biety we­wnątrz bla­sza­nego po­twora. Sie­dząca przy ste­rze Adela pod­ska­kuje z ra­do­snego pod­eks­cy­to­wa­nia i w po­śpie­chu prze­gląda ksią­żeczkę le­żącą na przed­nim sie­dze­niu. Ba­har wciąż pa­trzy przez okno. Ve­ro­nica po­ru­sza ustami tak, jakby coś bez prze­rwy bez­gło­śnie mó­wiła, jakby sama sie­bie pró­bo­wała pod­nieść na du­chu. I Leo - je­dyna, która wy­gląda jak zwy­kle. Twarz ni­czym wy­kuta z ka­mie­nia.

- Co tak długo? - pyta Leo Adelę.

- In­struk­cja użyt­ko­wa­nia w lo­cie - od­po­wiada, ma­cha­jąc ksią­żeczką.

Pod­nosi wzrok. Wszyst­kie oczy są na nią zwró­cone. Od­gar­nia na plecy dłu­gie czarne ra­sta­war­ko­czyki, cia­sno sple­cione w rzę­dach tuż przy skó­rze. Jesz­cze raz spo­gląda na ksią­żeczkę, po czym wzru­sza ra­mio­nami i z ner­wo­wym uśmie­chem rzuca ją za sie­bie. Z przodu koło niej nikt nie sie­dzi. Zwy­kle pi­lo­towi to­wa­rzy­szy na­wi­ga­tor lotu. Adela dziś o tym mó­wiła. Nie jest to jed­nak ko­nie­czne do wy­ko­na­nia lotu.

- Okej, okej, zro­zu­mia­łam, moje pa­nie. Te­raz, kurwa. Je­dziemy z tym!

Adela wci­ska prze­łącz­nik ozna­czony jako "BAT MA­STER", po czym na­tych­miast za­czy­nają wyć różne sy­gnały dźwię­kowe, co po­wo­duje, że wszyst­kie ko­biety z tyłu śmi­głowca pod­ska­kują i się kulą. Adela krzy­czy coś nie­zro­zu­miale, jed­no­cze­śnie szu­ka­jąc ja­kie­goś przy­ci­sku po­środku de­ski roz­dziel­czej na dole. W końcu znaj­duje wła­ściwy i wy­cie ustaje.

- Sorry, sy­gnały alar­mowe - wy­ja­śnia. Ma lekko za­ru­mie­nioną twarz i te­raz jej od­dech też jest przy­spie­szony. - Włą­czam wy­ci­sze­nie. Nie bę­dziemy się nimi przej­mo­wać - do­daje i szybko na­ci­ska gu­zik na su­fi­cie z na­pi­sem "FA­DEC". Na­stęp­nie uru­cha­mia sil­niki. Kiedy za­czy­nają war­czeć, Linn ciężko w to uwie­rzyć.

"Może nam się to uda".

Te­raz trzeba dzia­łać szybko. Nie da się po ci­chu wy­star­to­wać he­li­kop­te­rem. Pot ścieka Linn po ple­cach, gdy spo­gląda w stronę od­da­lo­nego o kil­ka­set me­trów bu­dynku. Spo­dziewa się, że w każ­dej chwili może wy­sko­czyć z niego po­li­cja i woj­sko. Z au­to­ma­tyczną bro­nią go­tową do strzału. Gło­śno prze­łyka ślinę.

Leo czę­sto po­wta­rza, że za­wsze masz wię­cej czasu, niż za­kła­dasz, kiedy ro­bisz coś, co wy­woła u lu­dzi szok, po­nie­waż opa­no­wa­nie na­ra­sta­ją­cej pa­niki i za­mie­sza­nia chwilę trwa. O ile - w prze­ci­wień­stwie do in­nych - pa­nu­jesz nad sobą, masz spore szanse na ucieczkę.

"Na to mu­simy te­raz li­czyć" - my­śli Linn.

Sil­niki się roz­grze­wają i po kilku se­kun­dach he­li­kop­ter unosi się nad zie­mią, choć nieco chwiej­nie. Przez chwilę wisi nie­ru­chomo za­le­d­wie parę me­trów nad as­fal­tem.

- Trzeba zsu­nąć się z po­duszki po­wietrz­nej two­rzo­nej przez ło­paty wir­nika! - wy­krzy­kuje Adela... i wtedy za­czy­nają się wzno­sić.

Gdy przy­spie­szają, Linn czuje ła­sko­ta­nie w brzu­chu i z fa­scy­na­cją ob­ser­wuje, jak Adela prawą ręką ob­słu­guje ster, a lewą - dźwi­gnię skoku ogól­nego, przy czym jed­no­cze­śnie ope­ruje pe­da­łami, po­ru­sza­jąc obiema sto­pami w dziw­nie skom­pli­ko­wa­nym tańcu, po to by he­li­kop­ter ro­bił to, co ona chce.

- W końcu mam to we krwi! - krzy­czy Adela, jakby z ulgą, gdy po­li­gon i wszy­scy za­sko­czeni po­li­cjanci oraz adepci lot­nic­twa szybko zni­kają im z pola wi­dze­nia.

- Adela, kurwa, je­steś bo­gi­nią! - woła Ve­ro­nica, wy­raź­nie ode­tchnąw­szy z ulgą.

Linn pa­trzy na Leo, jak otwiera pu­dełko, roz­gar­nia wełnę drzewną i wy­ciąga dwie szklane bu­telki z ka­wał­kami tka­niny we­tknię­tymi w szyjki. W drzwiach stoi Ve­ro­nica. To do niej Ba­har bę­dzie po­da­wać bu­telkę za bu­telką. Oprócz ben­zyny, znaj­duje się w nich olej sil­ni­kowy i smoła. Po pierw­sze dla­tego, że za­gęsz­czają mik­sturę, dzięki czemu ob­le­pia po­wierzch­nię, a po dru­gie po to, by stwo­rzyć gę­sty czarny dym, który z ko­lei utrudni ży­cie gnoj­kom w dole. W su­mie mają dwa­dzie­ścia bu­te­lek.

Kok­tajle Mo­ło­towa to może pry­mi­tywna broń, ale za to sku­teczna. Zwłasz­cza je­śli jest ich dużo i spa­dają z góry. Pie­przeni in­cele na far­mie wy­ko­nali nie­złą ro­botę, je­śli cho­dzi o ochronę przed ata­kiem lą­do­wym. Zbu­do­wali so­lidne ba­ry­kady, przez które prak­tycz­nie nie da się prze­do­stać. Ale przed tym nie zdążą się uchro­nić.

Fa­lo­chrony do­szczęt­nie spalą to cho­lerne miej­sce. Farma sta­nie w pło­mie­niach, za­nim kto­kol­wiek się zo­rien­tuje, co się dzieje. Poza tym na wła­sne ży­cze­nie tych idio­tów służby ra­tun­kowe będą mieć utrud­niony prze­jazd. Lato jest wy­jąt­kowo su­che w tym roku, więc wszystko po­winno się za­pa­lić szybko i bez pro­blemu.

We­dług Linn do­tar­cie tam po­li­cyj­nym he­li­kop­te­rem to ge­nialny po­mysł. Je­śli do­pi­sze im szczę­ście, po wy­rzu­ce­niu bu­te­lek za­pa­nuje na tyle duży chaos, że zdążą do­le­cieć na lą­do­wi­sko, ja­kieś trzy ki­lo­me­try na pół­nocny wschód, gdzie będą na nie cze­kać trzy sa­mo­chody na fał­szy­wych bla­chach. Adela i Ba­har mają je­chać jed­nym, Leo i Ve­ro­nica dru­gim, a Linn sama wsią­dzie do trze­ciego. Na­stęp­nie od­jadą - każda w in­nym kie­runku. Je­śli je­den z sa­mo­cho­dów bę­dzie ści­gany lub zo­sta­nie zła­pany, to przy­naj­mniej po­zo­stałe uciekną. Taki jest plan. Je­śli im się po­szczę­ści. A jak nie, to...

"Cho­ciaż cię po­msz­czę, ko­cha­nie" - my­śli Linn, wi­dząc oczami wy­ob­raźni piękną twarz Eleny. Błysk w oczach, który tak bar­dzo ko­chała. Ku­rze łapki i fi­glarny uśmiech da­jący jej po­czu­cie sensu ży­cia.

"Córka gang­stera - do­daje w my­ślach, a oczy za­cho­dzą jej łzami. - Za­wsze miała go­towe roz­wią­za­nie. Ni­gdy przed ni­czym się nie cof­nęła".

Ko­bieta, która wciąż in­try­go­wała i po­cią­gała ją swoją skom­pli­ko­waną oso­bo­wo­ścią. Jej du­sza przy­po­mi­nała ka­lej­do­skop. Kiedy wy­da­wało się, że Linn ma w gło­wie kom­pletny ob­raz Eleny, ten się zmie­niał. Ko­bieta, która ko­chała ją przez całe te upiorne wa­ka­cje przed dwoma laty i która miała ją ko­chać da­lej. Miały być szczę­śliwe.

"Dla­czego los jest tak okrutny? Wła­śnie gdy po raz pierw­szy w ży­ciu zna­la­złam mi­łość, zo­stała mi ona bru­tal­nie ode­brana".

Po­trząsa głową. Musi za­cho­wać ja­sność umy­słu. Nie ma tu miej­sca na po­grą­ża­nie się w smutku. Li­czy się tylko ze­msta. Bo to nie ży­cie za­brało jej Elenę, tylko ci je­bani in­cele w dole na far­mie. Czuje to w ciele. Jak my­śli roz­pę­tują bu­rzę w jej du­szy. Po­dmu­chy roz­pa­lo­nej do bia­ło­ści nie­na­wi­ści, po­py­cha­jące ją ślepo do przodu w to, co musi się te­raz wy­da­rzyć.

"Za­letą he­li­kop­tera - roz­my­śla da­lej - jest to, że jest szybki i nie musi trzy­mać się drogi".

Lot na farmę zaj­muje chwilę. Mi­nie co naj­mniej dzie­sięć mi­nut, za­nim po­li­cja przy­leci tu wła­snym śmi­głow­cem. Je­śli chcą je sku­tecz­nie ści­gać, mu­szą rów­nież wzbić swoje he­li­kop­tery w po­wie­trze, a w tej chwili naj­bliż­szy z nich znaj­duje się w Malmö, po­zo­stałe są roz­siane po ca­łym kraju. To zna­czy z wy­jąt­kiem tego, który wła­śnie po­rwały Fa­lo­chrony.

"Boże - my­śli w mo­men­cie, gdy so­bie to uświa­da­mia, i w żo­łądku skręca ją tak, że od­biera jej dech. - Na­prawdę to zro­bi­ły­śmy. Po­rwa­ły­śmy ten pie­przony he­li­kop­ter. Po­li­cyjny!"

Spo­gląda na ti­mer w ze­garku, który uru­cho­miła, gdy wy­star­to­wały tym mon­strum. Mi­nęły czter­dzie­ści dwie se­kundy. Leo coś mówi, ma­cha ręką i po­ka­zuje, że znaj­dują się te­raz w za­sa­dzie bez­po­śred­nio nad farmą.

- Co mó­wi­łaś? - Linn musi pod­nieść głos, żeby ją było sły­szeć.

Leo pod­cho­dzi bli­żej i pa­trzy na nią swoim lo­do­wa­tym i twar­dym spoj­rze­niem.

- Po­wie­dzia­łam, że wie­dzia­łam, że zo­sta­niesz jedną z nas.

Linn czuje, jak coś we­wnątrz niej chro­bo­cze. Ni­czym pa­zury po por­ce­la­no­wej po­wierzchni.

"Ale ja nie je­stem jedną z was - chcia­łaby po­wie­dzieć. - Nie za­bi­jam bez­myśl­nie. To wszystko dzieje się z ja­kie­goś po­wodu. I to waż­nego. Nie tylko dla­tego, że wszy­scy tam w dole są męż­czy­znami".

- Czy się mylę? - kon­ty­nu­uje Leo ostrzej­szym gło­sem i z unie­sio­nym pod­bród­kiem, przy­su­wa­jąc się do niej jesz­cze bli­żej. - Wa­hasz się? Te­raz, kiedy wszyst­kie ro­bimy to dla cie­bie?

"Nie po­doba mi się twój ton" - stwier­dza w my­ślach po­iry­to­wana Linn, po czym wy­mie­rza so­bie men­tal­nego li­ścia. "Co ja, do cho­lery, so­bie my­ślę?"

To ona przy­szła do nich z prośbą o po­moc, kiedy jej ży­cie le­gło w gru­zach. Nie na od­wrót. To ona za­pu­kała do ich drzwi, za­ła­mana i zdru­zgo­tana, nie­ma­jąca ni­kogo poza zgorzk­nia­łym ko­tem, Pa­nem Sy­kiem, i pa­lą­cym pra­gnie­niem ze­msty. Zna­la­zła Fa­lo­chrony. Bła­gała je o po­moc. A one sprzy­mie­rzyły się z nią. Zgo­dziły się ją wes­przeć. Są tu te­raz dla niej i wła­śnie po­rwały ten pie­przony he­li­kop­ter, by przede wszyst­kim ona mo­gła za­spo­koić swoje pra­gnie­nie ze­msty.

- Nie wa­ham się - od­po­wiada zde­cy­do­wa­nym to­nem, tym­cza­sem Adela sze­ro­kim łu­kiem zmie­nia kie­ru­nek lotu.

Leo ob­rzuca Linn dziw­nym spoj­rze­niem, po czym pod­pala szmatkę w pierw­szej bu­telce. Linn otwiera boczne drzwi he­li­kop­tera, pró­buje otrzą­snąć się ze wszyst­kiego i sku­pić na tym, co tu i te­raz. Na tej chwili. Na ze­mście. To naj­waż­niej­sza część planu. Kok­tajle Mo­ło­towa może i są sku­teczne, ale mogą też oka­zać się nie­bez­pieczne dla osoby, która ich używa.

"W naj­gor­szym ra­zie czło­wiek może szybko za­mie­nić się w ludzką po­chod­nię". Linn drży na ca­łym ciele.

*

Na ze­wnątrz sza­leje wiatr, a ło­skot śmi­gieł unie­moż­li­wia po­ro­zu­mie­wa­nie się jak­kol­wiek ina­czej niż za po­mocą ge­stów. Linn do­strzega spo­glą­da­ją­cego w górę prze­ra­żo­nego męż­czy­znę na dro­dze do­jaz­do­wej, który roz­ma­wia z kimś przez wal­kie-tal­kie. Pusz­cza pa­sek nad drzwiami i wy­sta­wia mu środ­kowy pa­lec. Chwieje się przez chwilę, po czym znowu chwyta się pa­ska i od­zy­skuje rów­no­wagę. Na­stęp­nie rzuca pierw­szą bu­telkę w dół na bu­dy­nek stajni, tam, gdzie ci skur­wiele trzy­mali Elenę. Gdzie ją... gdzie ona...

Na­tych­miast przed oczami po­ja­wiają się ob­razy Eleny po­strze­lo­nej w tył głowy przez Si­xtena Törn­holma. W za­sa­dzie cią­gle do niej po­wra­cają. Gdy kła­dzie się spać. Gdy sły­szy no­stal­giczne dźwięki pia­nina. Gdy wi­dzi ko­bietę z dłu­gimi si­wymi wło­sami. Gdy sły­szy za­bawny dow­cip, który chcia­łaby opo­wie­dzieć swo­jej uko­cha­nej tylko po to, by jesz­cze je­den je­dyny raz usły­szeć jej śmiech. Wtedy na­tych­miast się po­ja­wiają. Ob­razy, od któ­rych ni­gdy, prze­ni­gdy nie bę­dzie mo­gła się uwol­nić. Sze­roko otwarte oczy Eleny. Kiedy śmierć po­ja­wiła się zni­kąd i wszystko jej za­brała.

Wzrok Linn męt­nieje. Musi wziąć się w garść. Leo i Fa­lo­chrony są sza­lone, ale co z tego. Czyż ona sama też nie jest, skoro znaj­duje się tu z nimi w tej wła­śnie chwili? Po­trze­buje ich. Może po­winna być bar­dziej taka jak one. Pro­stuje się.

Gdy po­now­nie zmu­sza się, by smu­tek ustą­pił miej­sca wi­chrom nie­na­wi­ści, czuje się tak, jakby w końcu zdjęła rękę z roz­grza­nej płyty.

"Zro­bimy to. Ra­zem".

Zde­cy­do­wa­nym ski­nie­niem głowy po­ka­zuje Leo, żeby po­dała jej ko­lejną bu­telkę i kilka se­kund póź­niej trzyma w dłoni za­pa­lony kok­tajl Mo­ło­towa. Tym ra­zem zrzuca go na dach głów­nego bu­dynku. Ve­ro­nica też wkra­cza do ak­cji.

- Smaż­cie się w pie­kle, pier­do­lone chuje! - ry­czy i rzuca.

Bu­telka za bu­telką, za­po­wiedź śmierci w pło­mie­niach, spa­dają na ośro­dek dla in­celi Si­xtena Törn­holma, a silne za­pa­chy ben­zyny i spa­le­ni­zny wy­peł­niają płuca. Po tym jak wszyst­kie dwa­dzie­ścia bu­te­lek się roz­bija i każda z nich wznieca ogień, wy­wo­łu­jąc po­żar wy­su­szo­nych słoń­cem bu­dyn­ków, lu­dzie za­czy­nają wy­bie­gać na po­dwó­rze. Snują się za­mro­czeni jak prze­stra­szone i ża­ło­sne kur­czaki.

"Nie, nie kur­czaki".

Kury przy­naj­mniej zno­szą jajka. A ci idioci nie dają nic ni­komu, poza beł­ko­tem. Prze­ra­żone i ża­ło­sne ko­guty. Linn czuje przy­jemny dreszcz, gdy wi­dzi, jak je­den z nich staje w pło­mie­niach. Męż­czy­zna rzuca się na zie­mię i wije, ale tu­nika, którą ma na so­bie, naj­wy­raź­niej wy­ko­nana jest z ma­te­riału ide­al­nie na­da­ją­cego się na pod­pałkę. Ja­kiś fa­cet prze­biega obok, nie zwra­ca­jąc uwagi na pło­ną­cego ko­legę.

"Tchórz­liwe skur­wiele. To wa­sza wina, że Elena nie żyje. Ve­ro­nica ma ra­cję. Mam na­dzieję, że bę­dzie­cie sma­żyć się w pie­kle, gdy już tam tra­fi­cie".

Od­czu­łaby jesz­cze więk­szą sa­tys­fak­cję, gdyby mo­gła rzu­cić ostat­nim kok­taj­lem Mo­ło­towa pro­sto w głowę sa­memu Si­xte­nowi. Wi­dzieć, jak wije się w ago­nii za to, co zro­bił. Przez chaos, który za­pa­no­wał w dole - oraz przez gęst­nie­jący sza­ro­czarny dym - nie spo­sób jed­nak stwier­dzić, czy ten drań znaj­duje się wśród męż­czyzn wy­bie­ga­ją­cych z bu­dynku.

Nie mi­nęło wię­cej niż kilka mi­nut od mo­mentu, gdy wy­star­to­wały z po­li­gonu Björka. Wszyst­kie bu­telki zo­stały wy­rzu­cone, w dole pod nimi sza­leje pie­kło. Linn z Ve­ro­nicą za­my­kają drzwi, po czym Adela leci na pół­nocny wschód, w kie­runku wschod­niego brzegu je­ziora Vomb­sjön. Po­dej­mują ry­zyko, nie od­la­tu­jąc zbyt da­leko od po­li­gonu, lecz z tego co im wia­domo, był to je­dyny he­li­kop­ter w tym miej­scu.

- Mamy was, skur­wy­syny! - krzy­czy Adela trium­fal­nie, gdy zo­sta­wiają za sobą mo­rze pło­mieni, a Leo gra­tu­luje im wszyst­kim ko­lej­nego do­brze prze­pro­wa­dzo­nego ataku.

Linn przy­bija piątkę z Ve­ro­nicą, ale unika za­do­wo­lo­nego spoj­rze­nia Leo, bo wie, że te­raz mogą po­ja­wić się w nim nowe wy­ma­ga­nia.

"Zro­bi­ły­śmy to dla cie­bie. Te­raz mu­sisz za­cząć ro­bić coś dla nas".

Po­trząsa głową. Bie­rze głę­boki, do­da­jący otu­chy od­dech. "Jesz­cze przyj­dzie czas na mar­twie­nie się". Sku­pia się na tym, co te­raz musi zro­bić.

Pora wpro­wa­dzić w ży­cie ko­lejną część planu.

Roz­dział 2

Linn

Adela bar­dzo do­kład­nie wy­pa­truje miej­sca, w któ­rym mają wy­lą­do­wać. Tuż przy Södra Öved­svägen, w nie­wiel­kiej od­le­gło­ści od skrzy­żo­wa­nia z więk­szą drogą, Har­lösa­vägen. Eve­lyn, mimo upo­rczy­wej mi­greny mę­czą­cej ją przez trzy dni po­je­chała tam każ­dym sa­mo­cho­dem po ko­lei i za­par­ko­wała je­den po dru­gim nie­da­leko drogi. Po­zo­sta­wało mieć na­dzieję, że nikt ich jesz­cze nie za­uwa­żył. Rzadko ktoś tędy prze­jeż­dża, ale to miej­sce znaj­duje się bli­sko kilku bar­dziej uczęsz­cza­nych tras.

Linn wzdryga, się czu­jąc dłoń na ra­mie­niu. Leo przy­su­nęła się bli­żej i sie­dzi te­raz obok niej.

- Obej­rzyj się - mówi, a w oczach łow­czyni o ogo­rza­łej twa­rzy wi­dać blask triumfu i ra­do­ści.

Linn się od­wraca. Uczu­cie, które ją ogar­nia, gdy wi­dzi w dole gę­sty, kłę­biący się, czarny dym, jest nie do opi­sa­nia. Może so­bie tylko wy­obra­zić krzyki, ja­kie w tej chwili wy­dają ci skur­wiele. A jed­nak uważa, że to zbyt ła­godne. Zbyt miłe.

Oj­ciec zo­stał uka­rany nie­mal na­tych­miast po tym, jak za­bił ko­chaną małą Moę. Linn strze­liła do niego ze strzelby, pro­sto w klatkę pier­siową z za­le­d­wie dwóch me­trów i zgi­nął na miej­scu. Carl Wal­ter jest te­raz tylko stroną w Wi­ki­pe­dii cza­sem od­wie­dzaną przez ża­ło­snych męż­czyzn. I cza­sem przez Linn. Na­pi­sano tam mię­dzy in­nymi, że "zmarł w 2016". Nie może się na­cie­szyć tą kon­kretną li­nijką tek­stu.

Si­xte­nowi i ban­dzie po­słusz­nych mu im­be­cyli jed­nak dane było żyć przez po­nad mie­siąc po tym, co spo­tkało Elenę. Mo­gli się śmiać, jeść, od­dy­chać, żyć, a Elena... nie może. Już ni­gdy nie bę­dzie mo­gła tego zro­bić.

Na­gle ogar­nia ją po­czu­cie, że wszystko skoń­czyło się zbyt szybko. Jakby po­żar był mimo wszystko zbyt ła­godną karą. Si­xten i jego ża­ło­śni wy­znawcy za­słu­gi­wali na ko­goś ta­kiego jak Jo­han Kinne. Sa­dy­stycz­nego mor­dercę, który tor­tu­ro­wałby ich przez wiele dni.

Choć na­wet to by nie wy­star­czyło.

Ko­bieta kaszle i prze­łyka ślinę, gdy he­li­kop­ter na­gle szybko opada ni­sko nad zie­mią. Gdy kępki trawy, wy­ry­wane przez po­dmu­chy wia­tru, wzno­szą się wo­kół ogrom­nego me­ta­lo­wego kor­pusu, czuje ucisk w żo­łądku.

- Pół mi­nuty do lą­do­wa­nia - mówi gło­śno Adela. - Czy wszyst­kie wie­cie, do­kąd ma­cie je­chać?

Leo ści­ska ra­mię Linn i po­chyla się ku niej.

- Do­pa­dły­śmy ich. Wszyst­kich. Ni­gdy już nie będą mo­gli ko­rzy­stać z tej farmy.

Przy­wód­czyni Fa­lo­chro­nów może i ma serce z ka­mie­nia, jest bez­kry­tyczna i cał­ko­wi­cie stuk­nięta, ale tu ma ra­cję. Linn roz­ko­szuje się my­ślą, którą Leo wła­śnie ujęła w słowa.

"Do­pa­dły­śmy ich. Wszyst­kich".

Jest su­che lato, w ca­łym kraju sza­leją po­żary traw i la­sów. Poza tym farmę z każ­dej strony ota­czają róż­nego ro­dzaju ba­ry­kady. Mi­nie tro­chę czasu, za­nim na­dej­dzie po­moc. Linn ma na­dzieję, że ni­gdy to nie na­stąpi.

- To dla cie­bie, ko­cha­nie - szep­cze, gdy he­li­kop­ter chwieje się w po­wie­trzu, po czym do­tyka ziemi.

Od wy­star­to­wa­nia z po­li­gonu mi­nęło sześć mi­nut i dzie­sięć se­kund. Za­pewne pa­nuje tam te­raz, de­li­kat­nie mó­wiąc, za­mie­sza­nie. Adela ob­li­czyła, że po­ścig z Malmö po­jawi się na miej­scu w ciągu ja­kichś dzie­się­ciu mi­nut, o ile od razu wsz­częto alarm.

Serce pod­ska­kuje Linn do gar­dła, gdy wi­dzi, że ti­mer wska­zuje sześć mi­nut i trzy­dzie­ści cztery se­kundy. Wkrótce zjawi się tu po­li­cja i za­cznie dep­tać im po pię­tach. Mu­szą wiać te­raz, je­śli chcą mieć ja­ką­kol­wiek szansę na ucieczkę.

Jesz­cze ostat­nie uści­ski po wyj­ściu z he­li­kop­tera, na su­chej jak słoma tra­wie, i Adela z Ba­har ru­szają w jed­nym kie­runku, Ve­ro­nica z Leo w dru­gim, a Linn w trze­cim. Te­raz musi biec tak szybko, jak ni­gdy do­tąd. Na szczę­ście sa­mo­chód, któ­rym za­mie­rza uciec, wcale nie jest da­leko i jak na ra­zie praw­do­po­dob­nie nie za­blo­ko­wano żad­nej drogi.

"Tak my­ślę..."

Ru­sza z ser­cem wa­lą­cym tak, jakby grało na bęb­nie ba­so­wym w ze­spole de­ath­me­ta­lo­wym. Wcho­dzi w chasz­cze przy dro­dze. Prze­dziera się przez prze­rze­dzone za­ro­śla, bie­gnie za­ku­rzoną szu­trową drogą. Od­wraca się i wi­dzi Ba­har zni­ka­jącą w krza­kach. W tym mo­men­cie w od­dali roz­lega się dźwięk pierw­szych sy­ren.

"Cho­lera, ale szybko!"

Prze­waga dziew­czyn po­lega na tym, że po­li­cjanci nie wie­dzą, kogo szu­kają. Nikt ich nie wi­dział, gdy po­ry­wały he­li­kop­ter. Linn nie są­dzi, by kto­kol­wiek zdą­żył do­strzec, kto za­ata­ko­wał, poza jed­nym ko­le­siem spie­prza­ją­cym z farmy, który je wi­dział, gdy nad nim prze­la­ty­wały. Choć z pew­no­ścią mają swoje po­dej­rze­nia, albo będą je mieć po tym, jak mi­nie pierw­szy szok.

Sy­reny sły­chać co­raz bli­żej. Linn omiata wzro­kiem prze­strzeń wo­kół sie­bie, ko­szulka lepi się od potu. Jest parno i go­rąco. To, że zna­la­zły się tuż nad naj­więk­szym po­ża­rem w kraju, nie po­maga.

"Gdzie on, do cho­lery, JEST?"

Od­dech zmie­nia się w ści­śnięty, świsz­czący dźwięk, który jest oznaką pa­niki. Nie wi­dzi już żad­nej z po­zo­sta­łych ko­biet. Wy­jące sy­reny się zbli­żają, sły­chać też w od­dali cha­rak­te­ry­styczny ło­skot ło­pat wir­nika. He­li­kop­ter po­li­cyjny. Który za­raz tu bę­dzie.

"Kurwa mać".

Eve­lyn po­wie­działa, że za­par­ko­wała sa­mo­chody dość bli­sko sie­bie. Żeby nikt nie mu­siał biec wię­cej niż kil­ka­set me­trów, żeby nie zwra­cały uwagi prze­chod­niów ani nie za­kłó­cały ru­chu. Miało wy­glą­dać to tak, jakby trzy różne grupy lu­dzi po­sta­no­wiły spę­dzić dzień na ło­nie na­tury i za­par­ko­wały w po­bliżu pięk­nego te­renu wo­kół je­ziora i klasz­toru Öved. Lub po­szły zbie­rać grzyby. Tu, na po­łu­dniu, se­zon na kurki za­czyna się już w czerwcu.

Gdzieś w po­bliżu, nieco z tyłu, sły­chać ru­sza­jący z pi­skiem opon sa­mo­chód i pod­ry­wa­jące się z ziemi żwir i ka­myki. Za­le­d­wie kilka se­kund póź­niej roz­lega się dźwięk od­pa­la­nia ko­lej­nego auta, pa­sek kli­nowy pisz­czy i gło­śno zgrzyta, ale po chwili na­wet stam­tąd do­cho­dzi od­głos od­jeż­dża­ją­cego sa­mo­chodu. No do­bra. To zna­czy, że udało im się uciec.

"Zo­sta­łam tylko ja. Prze­klęty sa­mo­chód, gdzie on, do cho­lery, jest?"

War­kot he­li­kop­tera staje się gło­śniej­szy, sły­chać ko­lejne sy­reny. Przy odro­bi­nie szczę­ścia okaże się, że to tylko straż po­żarna, a nie po­li­cja. Choć Linn w to wątpi. Od­suwa wy­su­szoną ga­łązkę wierzby, pra­wie ją ła­miąc, i bie­gnie da­lej.

Krzak, przez który się prze­dziera, ma grube kolce, o które ha­czą jej bo­jówki. Nie może ru­szyć jedną nogą. Klnie i siłą wy­ciąga ją z za­ro­śli. Po­li­cyjny he­li­kop­ter jest na­prawdę bli­sko. Wtedy za­uważa sa­mo­chód i od­czuwa ulgę tak dużą jak wy­pi­cie ca­łej szklanki zim­nej wody w upalny dzień.

Mię­dzy dwoma krza­kami je­żyn ro­sną­cymi w tym miej­scu chyba od cza­sów epoki kredy do­strzega tył ciem­no­zie­lo­nej mazdy. Tylny zde­rzak jest na­kra­piany rdzą, a drzwi od strony kie­rowcy mają zu­peł­nie inny ko­lor niż reszta ka­ro­se­rii. Za­pewne po prze­je­cha­niu pa­ru­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów sa­mo­chód bę­dzie się nada­wał na złom, ale nic lep­szego nie udało im się za­ła­twić w tak krót­kim cza­sie. Naj­bar­dziej za­le­żało im na tym, by sa­mo­chody były w ko­lo­rach nie­rzu­ca­ją­cych się w oczy: zie­lo­nym, be­żo­wym i sza­rym. I żeby nie ku­po­wać ich od męż­czyzn. Leo nie chce ro­bić in­te­re­sów z męż­czy­znami i w tej kwe­stii Linn mu­siała ustą­pić.

Klęka tuż przy przed­niej opo­nie z le­wej strony auta i maca ręką pod błot­ni­kiem, z któ­rego od­pada za­bru­dzona sma­rem rdza.

"Gdzie on jest?!"

Pod­ska­kuje, gdy ła­mie pa­zno­kieć o coś ostrego. Gwał­tow­nie wciąga po­wie­trze. Pró­buje się opa­no­wać. Dzia­łać spo­koj­nie. Eve­lyn miała zo­sta­wić klu­czyk tu­taj, na opo­nie. Lecz je­dyne, co Linn czuje, to nie­re­gu­larne wgłę­bie­nia, żwir i za­kli­no­wane ka­myki.

Sły­szy wy­raź­nie, że ści­ga­jący je he­li­kop­ter znaj­duje się za­le­d­wie kil­ka­set me­trów od niej, a wi­docz­ność z tej wy­so­ko­ści jest bar­dzo do­bra. Na ra­zie chro­nią ją krzaki i le­śne za­ro­śla, ale za chwilę prze­staną. Je­śli mają na po­kła­dzie ka­merę ter­mo­wi­zyjną, ża­den las jej nie ochroni.

Kiedy w końcu wy­czuwa pal­cami coś, co spada obok koła, gło­śno od­dy­cha z ulgą.

Pod­nosi klu­czyk i go ca­łuje, po czym otwiera drzwi kie­rowcy i wsiada do sa­mo­chodu aku­rat w mo­men­cie, gdy na dro­dze od­da­lo­nej o kil­ka­set me­trów prze­jeż­dża ra­dio­wóz z nie­bie­skimi świa­tłami i włą­czo­nymi sy­re­nami z pręd­ko­ścią chyba ty­siąca ki­lo­me­trów na go­dzinę.

Ma wra­że­nie, że znaj­duje się w roz­grza­nym pie­kar­niku, sie­dze­nie pa­rzy ją w uda, na­wet przez spodnie. Linn opusz­cza szybę po swo­jej stro­nie za po­mocą ar­cha­icz­nej korbki, ale po­nie­waż na ze­wnątrz po­wie­trze stoi, nie­wiele to daje. W tym cho­ler­nym gra­cie musi być co naj­mniej z sześć­dzie­siąt stopni.

Ręka jej drży, gdy wkłada klu­czyk do sta­cyjki. Po­pra­wia lu­sterko wsteczne, wi­dzi swoje roz­bie­gane wiel­kie oczy i kro­ple potu na czole. Po­trząsa głową.

"Za­raz bę­dzie po wszyst­kim. Po pro­stu jedź. Spo­koj­nie i zgod­nie z pra­wem. Ni­czym nie­dzielna prze­jażdżka. Nie ma w tym nic dziw­nego".

Kła­dzie rękę na czar­nej kie­row­nicy, ale szybko musi ją stam­tąd za­brać, bo skóra - albo pla­stik, czy co to, do cho­lery, jest - pa­rzy. Linn znów klnie pod no­sem i bie­rze czapkę le­żącą na sie­dze­niu pa­sa­żera. Miała ją za­ło­żyć na głowę, by ukryć ła­two roz­po­zna­walne, krótko ścięte pla­ty­nowe włosy. Nie ma wyj­ścia. Pew­nie i tak umar­łaby na udar cieplny, gdyby ją za­ło­żyła w tej go­rą­cej śmier­tel­nej pu­łapce. Na­ciąga czapkę na lewą rękę i chwyta przez nią kie­row­nicę.

Ko­lejny ra­dio­wóz prze­jeż­dża główną drogą, w kie­runku farmy, którą do­piero co pod­pa­liły. Pot co­raz szyb­ciej spływa pod ko­szulką. Ko­bieta upew­nia się, że dźwi­gnia zmiany bie­gów jest na lu­zie, wci­ska sprzę­gło i ha­mu­lec oraz prze­kręca klu­czyk.

Nic się jed­nak nie dzieje.

Roz­dział 3

Linn

"Ja pier­dolę, kurwa!"

Linn stara się uspo­koić, ale dłoń ści­ska­jąca klu­czyk nie prze­staje się trząść. Pot ob­lewa całe ciało. Musi stąd ucie­kać i to te­raz. Od­ma­wia krótką mo­dli­twę i znów pró­buje od­pa­lić. Sa­mo­chód wy­daje se­rię ochry­płych, prze­cią­głych dźwię­ków. "HA, HA, HA". Jakby się z niej śmiał.

Ko­lejny pa­trol po­li­cji prze­jeż­dża ka­wa­łek da­lej, więc Linn kuli się ze stra­chu na sie­dze­niu kie­rowcy. Tak mocno za­ci­ska szczęki, że aż trzesz­czą zęby. Za­myka oczy i schyla głowę. Pró­buje ze­brać my­śli. Gdyby miała czas, mo­głaby otwo­rzyć ma­skę i być może uda­łoby jej się na­pra­wić to, co nie działa. Wskaź­nik po­ziomu pa­liwa in­for­muje, że bak jest pe­łen, Eve­lyn też tak mó­wiła, więc nie w tym leży pro­blem. Wo­kół sa­mo­chodu nie było czuć ben­zyny, więc ra­czej nie wy­cie­kła. Po la­tach maj­ster­ko­wa­nia przy mo­to­rach Linn teo­re­tycz­nie po­winna umieć na­pra­wić wszystko: uszko­dzony roz­rusz­nik, prze­wód za­pło­nowy, na­wiew. Ale w tej chwili nie ma na to czasu.

"No już. Da­lej. Bła­gam".

W po­śpie­chu udało im się zdo­być je­dy­nie sa­mo­chody prze­zna­czone na złom. Dzia­łały jed­nak za każ­dym ra­zem, gdy ko­biety je te­sto­wały. Linn zro­biła im prze­gląd i nie za­uwa­żyła żad­nych ra­żą­cych uste­rek. Więc dla­czego, do kurwy nę­dzy, ten rzęch nie chce się te­raz uru­cho­mić? Pusz­cza klu­czyk. Ściąga ra­miona do tyłu. He­li­kop­ter jest bar­dzo, bar­dzo bli­sko.

- Pro­szę... kurwa... ty mały chuju... czy był­byś tak ła­skawy i od­pa­lił? - sy­czy przez za­ci­śnięte zęby. Sły­szy ogromne zde­ner­wo­wa­nie w swoim gło­sie. - Pro­szę, pro­szę! - wy­krzy­kuje, po czym jesz­cze raz prze­kręca klu­czyk, wstrzy­mu­jąc od­dech.

Z sil­nika jed­nak do­cho­dzą je­dy­nie te same ochry­płe od­głosy i za­pada ci­sza. Linn wrzesz­czy na całe gar­dło i mocno ude­rza obiema rę­kami w kie­row­nicę. Gwał­tow­nym ru­chem ściąga czapkę z le­wej ręki, przy­kłada dłoń do czoła.

"Kurwa, co ja mam zro­bić? Myśl!"

Spró­buje ostatni raz, po­tem musi stąd ucie­kać. Prze­kręca klu­czyk w sta­cyjce z tak wiel­kim spo­ko­jem, na jaki ją stać, ale sil­nik ma­łej mazdy znowu za­nosi się szy­der­czym śmie­chem. Linn po­now­nie ry­czy na całe gar­dło. Po­tem otwiera drzwi i wy­siada z go­rą­cego jak pie­kło sa­mo­chodu. W cie­płym po­wie­trzu roz­le­gają się dźwięki, które su­ge­rują, że jest ści­gana. Sły­szy szcze­ka­nie psów i krzyki męż­czyzn.

Kuca przy maź­dzie i roz­gląda się wo­kół. Po jed­nej stro­nie leży je­zioro Vomb­sjön. W prze­ciw­nym kie­runku jest główna droga. Je­zioro ota­cza las. Może uda jej się tam ukryć? A może po­winna wyjść na drogę i pró­bo­wać zła­pać au­to­stop? Prze­myka mię­dzy krza­kami je­żyn, żeby nie było jej wi­dać z drogi, wy­ciąga cał­kiem nową ko­mórkę na kartę i dzwoni do Leo, która od­biera po pierw­szym sy­gnale.

- Mój sa­mo­chód nie od­pa­lił - szep­cze Linn, sku­lona za wiel­kim kol­cza­stym krza­kiem. W tym sa­mym cza­sie sły­szy prze­la­tu­jący nad nią he­li­kop­ter. - Da­cie radę po mnie wró­cić?

Czeka na od­po­wiedź Leo. Kiwa głową. Po­tem z de­ter­mi­na­cją w oczach się roz­łą­cza. No tak, oczy­wi­ście żadna z nich nie może za­wró­cić. Musi ra­dzić so­bie sama, naj­le­piej jak po­trafi. Tak to za­pla­no­wały i tak musi być. Te­raz może li­czyć tylko na sie­bie.

"Cie­kawe, czyby za­wró­ciła, gdyby zo­stał tu ktoś jesz­cze poza mną?"

Od­suwa od sie­bie tę myśl. Jest jak jest.

Jesz­cze raz spo­gląda w stronę drogi. Re­zy­gnuje z tego po­my­słu i bie­gnie po­chy­lona w kie­runku naj­bliż­szego za­gaj­nika. Ta­kiego, który wy­gląda na naj­gęst­szy.

Bra­kuje jej tchu, gdy prze­myka po bar­dziej osło­nię­tym i pa­gór­ko­wa­tym te­re­nie. Uważ­nie sta­wia kroki, a mimo to noga ze­śli­zguje się na nad­gni­łym grzy­bie. Linn klnie pod no­sem. Skrę­ce­nie stopy to ostat­nie, czego by so­bie ży­czyła. Ciało lepi się od potu, czuje też wy­raź­nie smród spa­le­ni­zny z farmy. Po­łowa Ska­nii za­pewne czuje ten za­pach. Ta myśl spra­wia, że wstę­pują w nią nowe siły, i za­czyna biec da­lej. Przed sie­bie. Z dala od farmy, z dala od za­bu­do­wań. Z dala od wszyst­kich dróg. Leo po­wie­działa, że mogą po­tem po nią przy­je­chać, je­śli uda jej się do­trzeć do­sta­tecz­nie da­leko. Być może póź­nym wie­czo­rem. Musi jed­nak znaj­do­wać się przy­naj­mniej w pro­mie­niu dzie­się­ciu ki­lo­me­trów od farmy Si­xtena Törn­holma.

Bie­gnie na pół­noc. Tak jej się wy­daje. Su­che pod­łoże chrzę­ści pod sto­pami, do­brze, że ostat­nio nie od­pusz­czała re­gu­lar­nego jog­gingu. Da so­bie radę.

Słońce ogrzało zie­mię i wy­pa­liło trawę na żół­to­brą­zowy ko­lor. Linn mija grubą so­snę, za­pewne ty­siąc­let­nią, i prze­ska­kuje przez rów. Za­trzy­muje się przy ko­lej­nej ogrom­nej so­śnie, opiera się ple­cami o szorstką korę i pró­buje zła­pać od­dech. Na­słu­chuje. He­li­kop­ter na­dal okrąża oko­licę. Za­ta­cza co­raz węż­sze koła. Chyba jest co­raz bli­żej.

"Cho­lera, do­kąd mam uciec?"

Ka­wa­łek da­lej wi­dzi opusz­czony dom. Szara spróch­niała chata z wy­bi­tymi oknami. Czy może się tam ukryć? Nie, to chyba nie naj­lep­szy po­mysł. Po­winna uciec jak naj­da­lej stąd. Mimo drżą­cych od wy­siłku nóg, od­py­cha się od pnia i znów bie­gnie.

Po chwili sły­szy wię­cej krzy­ków, a za­raz po­tem uja­da­nie psów. Nie jest to od­głos szcze­ka­nia ma­łego psa. To ra­czej psy użyt­kowe. Owczarki nie­miec­kie czy coś w tym ro­dzaju.

"Kurwa mać".

Zwięk­sza tempo, choć to ry­zy­kowne. Bie­gnie przez chasz­cze, zba­cza­jąc z każ­dej na­po­tka­nej ścieżki. Woli trzy­mać się z dala od utar­tych szla­ków. Gdy nieco da­lej do­strzega wodę, po­sta­na­wia skrę­cić w prawo. By zna­leźć się jak naj­da­lej od tego miej­sca. Bo to, co wi­działa, to chyba je­zioro Vomb­sjön? A może w oko­licy są inne małe je­ziora? Linn nie jest w sta­nie przy­po­mnieć so­bie szcze­gó­łów z mapy, którą stu­dio­wała w domu pod­czas pla­no­wa­nia ak­cji. Przez głowę prze­bie­gają cha­otyczne my­śli. Wy­prze­dzają. Go­nią. Dez­orien­tują. Bi­czują. Każdy od­dech roz­dziera jej gar­dło, jakby miał pa­zury. Je­śli od­dali się od je­ziora, po­winna...

Za­uważa rów wy­ła­nia­jący się spod zdra­dziecko wi­ją­cej się ro­ślin­no­ści, do­piero w mo­men­cie, gdy zie­mia znika pod jej sto­pami. Prze­wraca się.

Ude­rza ko­la­nem w wy­sta­jący ko­rzeń. Nie może po­wstrzy­mać krzyku, który wy­rywa się z gar­dła, gdy czuje prze­szy­wa­jący ból, do­cie­ra­jący do szpiku ko­ści. Boli jak dia­bli. Mu­siała tra­fić w nerw.

Kuli się, ociera łzy wście­kło­ści i mocno roz­ma­so­wuje rzepkę, tym­cza­sem słońce po­woli wy­pala skórę na ple­cach. Znów sły­szy mę­skie krzyki. Czy są nie­da­leko? Jak, do dia­bła, udało im się tu do­trzeć tak szybko?

Za­sta­na­wia się, czy nie zgar­nąć li­ści i igieł wo­kół sie­bie, by się nimi okryć. Za­grze­bać się ni­czym ści­gane zwie­rzę i mieć na­dzieję, że jej nie za­uważą. Je­śli jed­nak są z nimi psy tro­piące, nie bę­dzie miało to sensu, zu­peł­nie jak próba ukry­cia żwa­wego tłu­stego wie­prza w ba­se­nie z kul­kami.

"Zna­leź­liby mnie na­tych­miast".

Krzywi się z bólu i wstaje z ję­kiem. Udaje jej się prze­nieść cię­żar ciała na jedną nogę. Rów ma za­le­d­wie metr głę­bo­ko­ści. Wy­daje jej się, że wi­dzi, jak coś po­ru­sza się mię­dzy pniami drzew, które przed chwilą mi­jała. Te­raz na­prawdę musi się po­spie­szyć. Wy­czoł­guje się z rowu, za­ci­ska zęby i już ma za­cząć biec, gdy sły­szy za sobą pod­nie­cony krzyk:

- Po­li­cja! Stój, bo strze­lam!

Roz­dział 4

Si­xten

Si­xten Törn­holm nie bar­dzo wie, jak wy­ła­do­wać złość. Za­pala ja­rze­niówki na su­fi­cie i włą­cza kli­ma­ty­za­tor. Roz­lega się głu­che bu­cze­nie wen­ty­la­to­rów. Gdy na far­mie roz­pę­tało się pie­kło, sie­dział w swoim ga­bi­ne­cie i do­pra­co­wy­wał wie­czorne za­da­nie z ele­men­tami wi­zu­ali­za­cji dla uczest­ni­ków warsz­ta­tów. Wszystko było w naj­lep­szym po­rządku. Ży­cie. Farma. Grupa zwo­len­ni­ków. Wy­da­wało się, że na­wet uszło im na su­cho nie­pla­no­wane za­bój­stwo Eleny Co­vaci. Ale te­raz... te­raz...

Głę­boko z piersi Si­xtena wy­do­by­wają się groźne po­mruki. Pod­nosi bu­telkę wody sto­ją­cej na naj­niż­szej półce tuż obok dra­biny, po któ­rej wła­śnie zszedł, i ci­ska nią o ścianę z wście­kłym wrza­skiem. Bu­telka się od­bija i tra­fia w stos ciem­no­zie­lo­nych pu­deł z brzo­skwi­niami w puszce.

Te... je­bane cipy.

Jest tak wście­kły, że pra­wie nie może od­dy­chać. Musi usiąść. Naj­pierw jed­nak po­wi­nien opa­no­wać sy­tu­ację. Zo­rien­to­wać się, co się wła­ści­wie stało. Ko­lejny raz upew­nia się, że klapa na gó­rze jest po­rząd­nie za­mknięta, po czym bie­gnie na drugi ko­niec bun­kra przez ja­sno oświe­tlony i klau­stro­fo­bicz­nie wą­ski ko­ry­tarz. Tam włą­cza kom­pu­ter i dwa mo­ni­tory. Pod­czas gdy się uru­cha­miają, ściąga z sie­bie tu­nikę i rzuca ją na pla­sti­kowe po­jem­niki z wodą. Za­pach spa­le­ni­zny czuć na­wet na dżin­sach i ko­szulce, które nosi pod spodem.

W ciągu ostat­nich lat ku­pił wiele nie­ru­cho­mo­ści w ca­łym kraju, wszyst­kie rów­nie ta­nio.

"To miał być nasz azyl. Pierw­szy z wielu. Gdzie mo­gli­by­śmy być sobą, gdzie mógł­bym po­móc in­nym od­na­leźć sie­bie. Gdzie mo­gli­by­śmy ro­snąć w siłę". Gniew wzbiera w nim jak ry­czący po­twór.

Tę kon­kretną nie­ru­cho­mość ku­pił na li­cy­ta­cji ko­mor­ni­czej, a schron - ukryty pod starą za­grodą dla świń - był wła­ści­wie je­dy­nym po­wo­dem jej kupna. Poza tym go­spo­dar­stwo przed­sta­wia sobą nędzny wi­dok. "Ale prze­cież taką ru­inę można wy­re­mon­to­wać" - po­my­ślał, gdy zdał so­bie sprawę, że pod tym wszyst­kim kryje się nie lada gratka. Praw­do­po­dob­nie po­przedni wła­ści­ciel był kimś w ro­dzaju prep­persa. Albo po pro­stu śmier­tel­nie bał się wojny ato­mo­wej. Farma lam, która się tu mie­ściła, gdy te­ren zo­stał prze­jęty, na­le­żała do ko­biety, która w ogóle nie ko­rzy­stała z bun­kra. Uwa­żała, że jest tam po pro­stu nie­przy­jem­nie. Schron ist­nieje od wielu lat, a w daw­nych cza­sach bu­do­wano so­lid­nie. Po­do­bno bun­kier rze­czy­wi­ście może prze­trwać wy­buch bomby ato­mo­wej. Nie wia­domo.

Schron wy­ma­gał re­no­wa­cji. Si­xten zmo­der­ni­zo­wał to miej­sce, za­kła­da­jąc tu in­ter­net i mo­ni­to­ring. Fun­da­menty już były. Czyli wszystko, czego po­trze­bo­wał. Cał­ko­wi­cie bez­pieczne, jego wła­sne miej­sce, o któ­rym w za­sa­dzie wie tylko on. Ni­gdy jed­nak nie są­dził, że bę­dzie zmu­szony użyć go tak szybko. I to z ta­kiego po­wodu.

"To jest to­tal­nie po­pie­przone. Je­bane cipy".

Ner­wowo cho­dzi tam i z po­wro­tem po ko­ry­ta­rzu. Bun­kier jest jak łódź pod­wodna, tyle że pod zie­mią, a nie w mo­rzu. Wej­ście ukryto w ziemi we­wnątrz sta­rej za­grody dla świń i za­sy­pano ściółką. Ka­nał wen­ty­la­cyjny po­pro­wa­dzony zo­stał w ten spo­sób, że wy­cho­dzi dość da­leko od bun­kra - w le­sie, ka­wa­łek za sto­dołą, ukryty w sta­rym pniu. Prze­wody i wszystko inne, co mo­głoby zdra­dzić, co się tu kryje, rów­nież są scho­wane na różne spo­soby.

"Nikt mnie nie znaj­dzie".

A po­żar też go nie do­się­gnie. Tu, na dole, ma wszystko, co po­trzebne dla czte­rech osób, by mo­gły prze­żyć przez cały mie­siąc.

Mo­ni­tory za­czy­nają mi­gać. Za­raz, za po­mocą ośmiu ka­mer, bę­dzie mógł śle­dzić chaos pa­nu­jący dzie­sięć me­trów wy­żej. Prze­suwa ręką po twa­rzy i znów chce krzy­czeć, gdy od­krywa, że dwie ka­mery nie dzia­łają. Mu­siały się spa­lić. Za to przez sześć po­zo­sta­łych wi­dzi wozy stra­żac­kie, ka­retki i ra­dio­wozy. Do­tar­cie na miej­sce za­jęło im cho­ler­nie dużo czasu. Oczy­wi­ście. Na tym po­le­gał cały sens ba­ry­kad. Ochrona farmy do­pro­wa­dziła jed­no­cze­śnie do jej upadku. Kiedy w końcu wszyst­kim udało się prze­je­chać, ogień zdą­żył roz­pa­lić się na do­bre i roz­prze­strze­nić. Nie ma jed­nak tego złego, co by na do­bre nie wy­szło, bo dzięki temu Si­xten miał czas, by się tu wśli­zgnąć nie­zau­wa­żony. Wpa­truje się w mo­ni­tory i znów war­czy.

- Wszystko znisz­czone. Wszystko!

Naj­wy­raź­niej stra­żacy kon­cen­trują wy­siłki na ga­sze­niu ognia, który za­jął główny bu­dy­nek. Ze sto­doły zo­stał tylko dy­miący stos mo­krych zwę­glo­nych de­sek. Je­śli cho­dzi o bu­dynki z czę­ściami miesz­kal­nymi, rów­nież kiep­sko to wy­gląda. Staj­nia też jest cał­ko­wi­cie znisz­czona. Na jego oczach trze­cia ka­mera się wy­łą­cza. Si­xten po­wstrzy­muje ko­lejny ryk wście­kło­ści.

"Skręcę kark każ­dej z tych pie­przo­nych dzi­wek".

Do­sko­nale wie, kto wy­po­wie­dział im tę wojnę. Kto stoi za tym ata­kiem ter­ro­ry­stycz­nym. Te pier­do­lone Fa­lo­chrony. Jest tego w stu pro­cen­tach pewny. Gdy jedna z ka­mer po­ka­zuje trzę­są­cego się, po­kry­tego sa­dzą męż­czy­znę, kuś­ty­ka­ją­cego z ko­cem na ra­mio­nach, pro­wa­dzo­nego przez ra­tow­nika me­dycz­nego, Si­xten za­myka oczy, opiera czoło o dło­nie i roz­wście­czony bie­rze kilka głę­bo­kich od­de­chów. Jak, do cho­lery, do tego do­szło?

Nikt nie wi­dział, jak tu scho­dził. Za to on wi­dział wszyst­kich. Jak ucie­kali, ni­czym tchórz­liwe świ­nie. Wi­dział też he­li­kop­ter z ter­ro­ryst­kami. Po­li­cyjny, kurwa! Kręci głową i trudno mu uwie­rzyć, że to prawda. My­ślał, że przy­go­to­wali się na wszystko. Że za­blo­ko­wali każde miej­sce ewen­tu­al­nego ataku. I tak oto te zdziry przy­le­ciały skra­dzio­nym he­li­kop­te­rem po­li­cyj­nym.

Jak można się przed czymś ta­kim za­bez­pie­czyć? Dzia­łami prze­ciw­lot­ni­czymi?

Ni­gdy by nie po­my­ślał, że mają siłę, by eska­lo­wać kon­flikt. Oka­zało się, że to mało po­wie­dziane.

Otwiera oczy i wi­dzi, jak po­li­cja od­gra­dza część farmy nie­bie­sko-białą ta­śmą. Tuż przy kra­wę­dzi jed­nego z ujęć ka­mery do­strzega kilka osób za­kła­da­ją­cych białe kom­bi­ne­zony, pod­czas gdy ko­lejny ra­dio­wóz z pi­skiem opon wjeż­dża na te­ren go­spo­dar­stwa. Jakby chcieli tu zna­leźć ja­kieś cenne ślady.

Wy­łą­cza mo­ni­to­ring na jed­nym z ekra­nów i spraw­dza ser­wisy in­for­ma­cyjne, by śle­dzić re­la­cje z po­żaru w me­diach. W końcu wszystko się uspo­koi tam, na gó­rze. Od­jadą stra­żacy, po­li­cjanci i tech­nicy. Po­dob­nie bę­dzie z uczest­ni­kami jego warsz­ta­tów. Ci, co prze­żyli, opusz­czą farmę.

I mają czel­ność na­zy­wać sie­bie męż­czy­znami.

Si­xten pry­cha. Gdy wy­buchł po­żar, roz­bie­gli się we wszyst­kich kie­run­kach, jak prze­ra­żone szczury. Kom­plet­nie do ni­czego. Wła­śnie te­raz, gdy po­trze­buje wspar­cia, jak za­wsze po­zo­sta­wiony jest sam so­bie. Stres pod­nosi tętno i przy­wo­łuje - rów­nież jak za­wsze - złe wspo­mnie­nia. Tak jakby przez więk­szość czasu tkwiły za­kor­ko­wane w za­ka­mar­kach mó­zgu, a pod­wyż­szone ci­śnie­nie krwi wy­płu­ki­wało je na ze­wnątrz.

"Je­steś ge­jem, gów­nia­rzu? Wy­le­czymy cię z tego". Głos ojca. Umarł, ale na­dal żyje w Si­xte­nie. Na­wet po tak dłu­gim cza­sie pa­mięta jego słowa.

Cza­sem lu­dzie mó­wią, że mają pro­blem z przy­po­mnie­niem so­bie twa­rzy czy głosu swo­ich ro­dzi­ców. Si­xten chciałby, żeby tak było i w jego przy­padku. Ale nie­stety. Wy­cho­wa­nie taty sie­dzi w nim głę­boko. Jego wy­ma­ga­nia. Bo­le­sne na­uczki. I ob­raz jego twa­rzy. Jakże wy­raź­nie było wi­dać wstyd i strach ojca, kiedy zna­lazł pa­mięt­nik, w któ­rym mały Si­xten otwar­cie pi­sał wier­sze o swo­ich naj­skryt­szych my­ślach i uczu­ciach. Uczu­ciach do przy­stoj­nego chłopca ze szkol­nej ławki.

Do Fre­drika.

Ner­wowo wciąga po­wie­trze. Mimo wszystko jest wdzięczny ojcu. Jak wy­glą­da­łoby jego ży­cie, gdyby on nie po­kie­ro­wał nim w od­po­wiedni spo­sób? Nie uświa­do­mił, co jest wła­ściwe, a co nie? Może skoń­czyłby w skó­rza­nej czapce na od­ra­ża­ją­cej pa­ra­dzie rów­no­ści z in­nymi pe­de­ra­stami i wy­ma­chi­wał wi­bra­to­rami przy dzie­ciach. Si­xten pło­nie ze wstydu. Był za­gu­bio­nym dzie­cia­kiem i wła­śnie ojcu za­wdzię­cza to, kim jest dziś. Po­dob­nie jak inni za­gu­bieni męż­czyźni te­raz z ko­lei jemu dzię­kują za to samo.

Na­uka, jak być praw­dzi­wym męż­czy­zną, jest bo­le­sna, i to jest w po­rządku. Jego ży­ciową mi­sją stało się prze­ka­za­nie da­lej tej mą­dro­ści. Praw­dziwy męż­czy­zna po­trafi przy­jąć wiele cio­sów. Bóg świad­kiem, że Si­xten prze­żył już swoje. Ale... kim byłby bez tych do­świad­czeń? Prze­cho­dzi go dreszcz. Kimś gor­szym, to na pewno. Kimś słab­szym. I plu­ga­wym. Oj­ciec miał twarde pię­ści, ale wie­dział, co robi. Ura­to­wał go. Wy­bił z Si­xtena cio­to­wate, dziew­częce ce­chy i wy­cio­sał z niego męż­czy­znę, ka­wa­łek po ka­wałku.

Wspo­mnie­nia jak za­wsze wy­wo­łują dziwne uczu­cia. Mi­łość prze­mie­szaną z nie­na­wi­ścią. Po­dziw, ale i strach. Ule­głość, jak rów­nież obo­jęt­ność. Wdzięcz­ność, a jed­no­cze­śnie nie­smak. Wszystko na­raz.

"Przy­naj­mniej oj­ciec wie­dział, jak ob­cho­dzić się z ko­bie­tami, i na pewno nie stałby z boku i nie pa­trzył, gdyby coś ta­kiego mu się przy­tra­fiło".

Si­xten de­cy­duje się na na­stępny krok.

Lu­dzie bie­ga­jący po far­mie i prze­cze­su­jący całe to miej­sce nie znajdą go, będą my­śleć, że spa­lił się w środku, jak za­pewne stało się z wie­loma męż­czy­znami na far­mie. To na­wet do­brze, przez ja­kiś czas mogą w to wie­rzyć. Rzuca szyb­kie spoj­rze­nie na su­fit i się za­sta­na­wia.

Ci idioci, któ­rymi się ota­czał, osta­tecz­nie oka­zali się słabi. Jak oswo­jone, bez­zębne psy. Nie, go­rzej. Jak wy­ka­stro­wane, bez­zębne, pół­żywe szcze­niaki. Nie zdą­żył uczy­nić z nich stu­pro­cen­to­wych męż­czyzn, tak jak oj­ciec zro­bił to z nim. Je­śli ma wal­czyć z Fa­lo­chro­nami i wszystko im ode­brać, bę­dzie po­trze­bo­wał po­mocy. Praw­dzi­wej po­mocy. Musi zna­leźć ko­goś, kto nie boi się... po­su­nąć za da­leko. Ko­goś, kto działa z zimną krwią. Na­gle męż­czy­zna wpada na po­mysł, do kogo się zwró­cić.

Prze­cież je­den Po­lak jest mu wi­nien przy­sługę.

Na samą myśl o tym czło­wieku Si­xten gło­śno prze­łyka ślinę i prze­cho­dzą go ciarki, jakby owiał go lo­do­waty wiatr. Trudno. Je­śli ma so­bie z tym po­ra­dzić, bę­dzie po­trze­bo­wał po­mocy ko­goś, kto na­prawdę nie ma żad­nych za­ha­mo­wań. Je­dyny czło­wiek, który pa­suje do tego opisu, to wła­śnie ten Po­lak.

Roz­dział 5

Linn

Znowu je­dzie w ra­dio­wo­zie. Z przodu sie­dzi dwóch po­li­cjan­tów z za­cię­tymi mi­nami. Ona - sama na tyl­nym sie­dze­niu. Spo­cona, brudna, po­ko­nana. Jak to w ogóle moż­liwe? Linn opiera skroń o szybę i wierci się, by usiąść jak naj­wy­god­niej, ale nie jest to ła­twe, gdy jest się za­ku­tym w kaj­danki i po­obi­ja­nym po nie­uda­nej ucieczce.

Nie miała szans. Ból ko­lana, na które upa­dła w ro­wie, wciąż pro­mie­nieje wzdłuż ca­łej nogi, gdy pró­buje nią po­ru­szyć. Są w dro­dze do aresztu śled­czego w Trel­le­borgu. Wszyst­kie inne w po­bliżu były naj­wy­raź­niej prze­peł­nione. Obrońca z urzędu rów­nież się tam wy­biera. Linn ma głę­boką na­dzieję, że nie bę­dzie to ktoś, kogo zna. Cho­lera, co za że­nada. Cho­ciaż... nie. W ja­kiejś czę­ści czuje się od­po­wie­dzialna za to, co zro­biły.

"Dla Eleny" - my­śli. I dla Moi. Tej, która z po­wodu ojca Linn ni­gdy nie bę­dzie mo­gła mieć wię­cej niż szes­na­ście lat, a mimo to zdą­żyła po­zo­sta­wić po so­bie ślad i wpły­nąć na ży­cie jej i Eleny. Tej, która chciała się po­świę­cić, od­dać się w ręce po­li­cji i wziąć na sie­bie mor­der­stwo gwał­ci­ciela Ro­berta. Jej plan zo­stał rap­tow­nie prze­rwany przez be­stial­stwo ojca Linn.

Oraz dla ca­łej reszty. Dla córki Eve­lyn, Amandy, która ode­brała so­bie ży­cie; za małe dziecko Tiny, które jest na far­mie nie­da­leko Fje­lie, uro­dzone za­le­d­wie kilka ty­go­dni temu, i nie ma, kurwa, po­ję­cia, w ja­kim nie­spra­wie­dli­wym świe­cie przy­szło jej żyć. Tina po­sta­no­wiła nadać jej imię Va­le­rie. Wia­domo. Po Va­le­rie So­la­nas.

"Po­win­nam była za­dzwo­nić do An­tona i go ostrzec" - uświa­da­mia so­bie Linn. Te­raz, gdy ją zła­pali, jego ży­cie sta­nie się nie­zwy­kle trudne. Dzien­ni­ka­rze rzucą się na niego jak wy­gło­dzone sępy.

Do jej świa­do­mo­ści wdziera się pe­wien ob­raz. Jak mama i młod­szy brat An­ton leżą na za­krwa­wio­nej drew­nia­nej pod­ło­dze w pen­sjo­na­cie pod Ljung­by­hed. A ona my­ślała, że oboje nie żyją po ko­lej­nym bru­tal­nym ataku ojca. Do­piero gdy czuje słony smak w ustach, orien­tuje się, że łzy spły­wają jej po po­licz­kach. Pod­nosi skute dło­nie i wy­ciera twarz - na ile się da.

"Mam na­dzieję, że resz­cie udało się uciec".

Ra­dio­wóz skręca na drogę do­jaz­dową do Trel­le­borga, przy któ­rej ro­śnie rząd ogrom­nych palm, ni­czym na La­zu­ro­wym Wy­brzeżu. Obrzy­dliwy za­pach wo­do­ro­stów uno­szący się w po­wie­trzu daje jed­nak do zro­zu­mie­nia, że to zde­cy­do­wa­nie nie jest to miej­sce. Śmier­dzi tu wy­mio­ci­nami. Linn za­ci­ska szczęki.

I tak było warto, o ile po­zo­sta­łym ko­bie­tom udało się wró­cić na farmę. Linn nie ma ni­kogo poza An­to­nem. Może spę­dzić resztę ży­cia w wię­zie­niu, je­śli tak jest jej pi­sane. Bo w końcu to zro­biła. Ze­mściła się na ojcu i na Si­xte­nie Törn­hol­mie oraz jego pie­przo­nych in­ce­lach. Udało jej się, mimo że od mie­siąca była ści­gana za za­bój­stwo. Zna­la­zła się na li­ście naj­bar­dziej po­szu­ki­wa­nych prze­stęp­ców. Jej hi­sto­ria po­ja­wiła się na­wet w se­rialu do­ku­men­tal­nym Efter­lyst o naj­groź­niej­szych kry­mi­na­li­stach.

Może by­łoby do­brze, gdyby na wiele lat tra­fiła do za­kładu kar­nego dla ko­biet, bio­rąc pod uwagę to na­gra­nie, które krąży po naj­mrocz­niej­szych za­ka­mar­kach in­ter­netu. Na za­pi­sie z ka­mery niani elek­tro­nicz­nej w sy­pialni Erika Lind­ströma wy­raź­nie wi­dać, że to Elena, Linn i Moa zło­żyły mu nocną wi­zytę, bo na­cią­gnęły ma­ski na twarz do­piero po wej­ściu do środka. Nie­trudno się do­my­ślić, kto strzela Eri­kowi w głowę.

Za­słu­żył so­bie jed­nak na to. Źle trak­to­wał żonę i dzieci. A i to mało po­wie­dziane. Pod­czas spo­tka­nia z dziećmi w obec­no­ści ku­ra­tora Erik dźgnął żonę w pierś, uszka­dza­jąc jej płuco, przez co pra­wie zmarła.

Czło­nek Hells An­gels, Erik Lind­ström. Jak, do dia­bła, mo­gły to prze­oczyć?

Linn czuje, że po­pada w obłęd i za­raz wy­buch­nie hi­ste­rycz­nym śmie­chem. Cho­lera, kto by po­my­ślał! Są­dziły, że Lind­ström to fra­jer. Prze­mo­cowy spa­ślak. Taki, który uprzy­krza ży­cie swo­jej by­łej żo­nie i ich wspól­nym dzie­ciom, ale nic poza tym. Miały tylko wejść i go na­stra­szyć, a po­tem szybko wyjść. Taki był plan. Pakt. Lecz wszystko wy­mknęło się spod kon­troli. Lind­ström nie żyje, a na do­da­tek oka­zało się, że do­piero co zo­stał peł­no­praw­nym człon­kiem pie­przo­nego Hells An­gels. Cóż, przy­naj­mniej Linn nie musi się ich bać, do­póki sie­dzi w wię­zie­niu. Bo, z tego co jej wia­domo, nikt nie wie o po­zo­sta­łych człon­ki­niach Fa­lo­chro­nów. A z tych z na­gra­nia z sy­pialni Lind­ströma tylko ona jesz­cze żyje.

Tylko ona jesz­cze żyje. Ta myśl cią­gle wraca.

Cią­gle.

I cią­gle.

Tylko ona jesz­cze żyje.

Ostat­nie, co Linn po­wie­działa Moi, to że ma so­bie iść. Że jest dziec­kiem, a ona nie chce, żeby brała udział w tym, co pla­no­wały.

Oczy pieką od wzbie­ra­ją­cego pła­czu, czuje na­ra­sta­jące po­czu­cie winy. Ner­wowo ła­pie po­wie­trze, gdy ra­dio­wóz skręca na pod­jazd aresztu. Pró­buje sku­pić się na czymś in­nym. Jej my­śli są jed­nak jak śmier­telni wro­go­wie. Jak dra­pież­niki żądne krwi. Ata­kują ją raz za ra­zem, bez względu na to, jak bar­dzo stara się ich uni­kać.

Roz­wście­czony gang mo­to­cy­klowy, który pró­buje ją do­rwać, to ostat­nie, co jej te­raz po­trzeba. Na ra­zie nie jest to jed­nak naj­więk­szy pro­blem Linn.

Sa­mo­chód się za­trzy­muje i wy­ska­kują z niego po­li­cjanci. Otwie­rają drzwi i wy­pusz­czają ją. Pora na po­bra­nie od­ci­sków pal­ców i zdję­cia. Po­tem zo­sta­nie aresz­to­wana w re­kor­dowo krót­kim cza­sie. Linn w dro­dze do bu­dynku zwraca twarz ku słońcu i stara się chło­nąć każdy pro­mień, jakby miała go nie wi­dzieć przez długi, długi czas.

"Ale zro­bi­łam to. Do­rwa­łam ich, wszyst­kich".

Roz­dział 6

Willy

Willy'ego ści­ska w żo­łądku, gdy po­woli prze­jeż­dża po chy­bo­tli­wym mo­ście nad fosą i da­lej przez bramę w ogro­dze­niu wzmoc­nio­nym dru­tem kol­cza­stym pro­wa­dzącą do An­gels Place. To miej­sce ma swój spe­cy­ficzny kli­mat. Mie­sza­nina do­bra i zła stale wisi w po­wie­trzu. Po­łą­cze­nie naj­więk­szego szczę­ścia i naj­gor­szego stra­chu. Szare ka­mery w mil­cze­niu po­dą­żają za nim i jego sta­ran­nie wy­po­le­ro­wa­nym low­ri­de­rem.

Pro­spect, który stoi na straży, wpusz­cza go i za­myka za nim bramę. Mówi coś przez krót­ko­fa­lówkę i prze­ciąga ręką po znisz­czo­nych blond wło­sach spię­tych w ku­cyk. Willy przy­bywa jako ostatni.

"Nie­zbyt do­brze" - my­śli, roz­glą­da­jąc się ner­wowo. Może to zo­stać ode­brane jako brak sza­cunku dla klubu i za­sad pa­nu­ją­cych na spo­tka­niach. Jakby nie trak­to­wał tego po­waż­nie.

Zdaje so­bie sprawę, że to spo­tka­nie jest szcze­gólne.

Par­kuje mo­tor przed głów­nym wej­ściem bu­dynku, w któ­rym mie­ści się klub, i przez ko­lejne pół mi­nuty sie­dzi z rę­kami mocno za­ci­śnię­tymi na rącz­kach kie­row­nicy. Na kłyk­ciach pra­wej ręki ma wy­ta­tu­owane "AFFA". "An­gels fo­re­ver, fo­re­ver an­gels".

Spo­gląda na li­tery na dłoni. No tak. Gdzieś w środku na­dal tak to czuje. Jak mo­głoby być ina­czej, po tym wszyst­kim, co ra­zem prze­szli? W tej sa­mej chwili po­ja­wia się zna­jomy, na­gły i ostry ścisk w żo­łądku. Nie­po­kój. Na­pię­cie. Bo ni­gdy nie można się tu w pełni zre­lak­so­wać.

Spluwa na zie­mię, piętą na­ci­ska stopkę har­leya i z niego scho­dzi. W dłu­gim rzę­dzie stoi już dwa­na­ście in­nych im­po­nu­ją­cych mo­to­cy­kli marki Har­ley-Da­vid­son. Ni­czym od­po­czy­wa­jące po­twory. Je­den efek­tow­niej po­ma­lo­wany od dru­giego. Willy'ego prze­cho­dzi dreszcz na myśl o tym, co się w środku wy­da­rzy. On się z tym nie zga­dza. Uważa, że to nie w po­rządku. Gdyby jed­nak po­wie­dział o tym gło­śno, mo­głoby to być od­czy­tane... w różny spo­sób.

Stiffe wy­cho­dzi fron­to­wymi drzwiami, za­uważa Willy'ego i do niego ma­cha, wy­plu­wa­jąc snus na zie­mię. Z tyl­nej kie­szeni spodni wyj­muje pu­dełko z używką i wsa­dza pod wargę ko­lejną por­cję. Nad­miar snusu na pal­cach wy­ciera o po­de­szwę kow­boj­skiego buta. Willy od­ma­chuje wi­ce­prze­wod­ni­czą­cemu. Stara się od­dy­chać spo­koj­nie.

"To wszystko to gra. Wszę­dzie. Cały czas".

My­ślał, że w tym klu­bie bę­dzie ina­czej. Bez ściemy, tylko przy­ja­ciel­skie re­la­cje i ży­cie poza tra­dy­cyj­nymi za­sa­dami, któ­rych zwy­kli, sza­rzy Szwe­dzi czują się zo­bo­wią­zani prze­strze­gać. Dzień, w któ­rym zo­stał przy­jęty jako peł­no­prawny czło­nek, na­dal uważa za naj­waż­niej­szy mo­ment w ży­ciu. Dość szybko jed­nak po­jął, że na­wet ten świat bo­ryka się z pro­ble­mami. Du­żymi i ma­łymi. Przy­na­leż­ność do klubu ozna­cza, że stoi za tobą brac­two, z któ­rym nie­wielu chcia­łoby za­drzeć. Choć prze­cież na­wet tu­taj lu­dzie są tylko ludźmi, ze wszyst­kimi sła­bo­ściami i am­bi­cjami. Tu, jak wszę­dzie in­dziej, kie­ruje nimi chęć zdo­by­cia pre­stiżu i pie­nię­dzy. Piją i ćpają. Sto­sują ana­bo­liki. W przy­padku zrze­sze­nia osób z ob­se­sją na punk­cie ho­noru ta mie­szanka po­wo­duje, że wszystko szybko wy­myka się spod kon­troli.

Willy bie­rze kilka głę­bo­kich wde­chów i cięż­kim kro­kiem wcho­dzi do środka. Wie, co ma zro­bić, czego od niego chcą. Choć jed­no­cze­śnie zdaje so­bie sprawę, że tak się nie sta­nie. I je­śli nie chce, by cały klub sta­nął prze­ciwko niemu, musi uda­wać, że zga­dza się z ich de­cy­zjami.

Klub po­nad wszystko. Tak brzmi je­dyna, osta­teczna prawda. Dzi­siaj nie za­mie­rza jej pod­wa­żyć.

We­wnątrz at­mos­fera jest, jak zwy­kle, swo­bod­niej­sza i za­ra­zem bar­dziej na­pięta niż gdzie­kol­wiek in­dziej. Nad ba­rem wisi sznur po­ma­rań­czo­wych lam­pek. Au­to­maty do gry w pin­ball mi­gają, a z szafy gra­ją­cej do­biega mu­zyka Kala P. Dala. W głębi po­miesz­cze­nia dwóch człon­ków klubu gra w bi­lard. Willy zo­staje mocno wy­ści­skany i po­kle­pany po ple­cach ko­lejno przez prze­wod­ni­czą­cego, wi­ce­prze­wod­ni­czą­cego i skarb­nika.

"Cho­lera" - my­śli. Skarb­nik - ten, co pil­nuje pie­nię­dzy człon­ków i klubu - ma naj­więk­sze jaja. Po­myłka w li­cze­niu, na­wet nie­umyślna, może ozna­czać dla niego śmierć. Jest to... jak by to po­wie­dzieć... sta­no­wi­sko, które czę­sto trzeba ob­sa­dzić kimś no­wym.

Willy do­staje do ręki piwo i wita się z po­zo­sta­łymi, po czym wszy­scy sia­dają przy stole kon­fe­ren­cyj­nym. Wnę­trze bu­dynku, w któ­rym mie­ści się klub, jest znacz­nie ład­niej­sze, niż można by wnio­sko­wać z ze­wnętrz­nego wy­glądu. Wielu człon­ków to rze­mieśl­nicy. Sto­la­rze, hy­drau­licy, elek­trycy i tak da­lej. Wszy­scy wy­ko­nali tu ciężką pracę. Wło­żyli w to miej­sce serce i du­szę.

Mu­zyka prze­staje grać, męż­czyźni pa­trzą po so­bie z po­wagą. Wi­ce­prze­wod­ni­czący za­pala pa­pie­rosa. Gła­dzi się po ko­ziej bródce i strze­puje po­piół do po­piel­niczki wy­glą­da­ją­cej jakby zo­stała skra­dziona z noc­nego klubu w la­tach osiem­dzie­sią­tych lub dzie­więć­dzie­sią­tych. Od­rzuca do tyłu włosy spięte w ku­cyk i ze­bra­nie się roz­po­czyna.

Pierw­szym punk­tem po­rządku ob­rad jest dys­ku­sja, czyli czy­sta for­mal­ność. Mieli dziś gło­so­wać za wy­rzu­ce­niem Erika Lind­ströma z klubu. Gdyby żył. Już nie żyje, ale i tak zo­sta­nie wy­kre­ślony z li­sty człon­ków. Na stro­nie in­ter­ne­to­wej Hells An­gels World nie po­jawi się in­for­ma­cja o śmierci Erika, tak jak to się dzieje w przy­padku in­nych po­le­głych braci. Po­wód jest dla Willy'ego ja­sny. Na­prawdę to ro­zu­mie. Samo do­sta­nie się do klubu było dla Erika długą i krętą drogą. Miał sta­tus pro­specta dłu­żej niż kto­kol­wiek, kogo Willy zna. Na ca­łym świe­cie. Wcho­dził i wy­cho­dził z tej roli. Bo był głup­kiem. Ale... głup­kiem Willy'ego. Ta­kim, który wiecz­nie go­nił za pie­niędzmi, a jed­no­cze­śnie nie oszczę­dzał i po­pa­dał w długi. Nie­roz­sądne i rzadko wy­stę­pu­jące po­łą­cze­nie w tym to­wa­rzy­stwie.

"A te­raz Erik nie żyje".

Mimo to Willy uważa, że klub po­wi­nien po­mścić po­le­głego brata. Gdy to wszystko się wy­da­rzyło, na­dal był jego człon­kiem. Po­winni do­rwać te cipy z na­gra­nia. Za­równo mor­der­czy­nię Erika, jak i resztę tych je­ba­nych fe­mi­ni­stek, które jej po­mo­gły i przez które osza­lało pół świata.

Tak się jed­nak nie sta­nie.

Ni­kogo nie in­te­re­suje na­gra­nie z sy­pialni Erika. Bo już nie­ofi­cjal­nie po­sta­no­wiono, że na dzi­siej­szym spo­tka­niu Erik zo­sta­nie usu­nięty z klubu, co daw­niej, gdy Willy zo­stał człon­kiem, na­zy­wano nada­niem sta­tusu bad stan­ding, rów­no­znacz­nego z ba­ni­cją. Cał­kiem moż­liwe, że było to naj­szyb­sze gło­so­wa­nie w hi­sto­rii klubu. Na ca­łym świe­cie. Erik no­sił miano peł­no­praw­nego członka do­piero od dwóch mie­sięcy i nie miał na so­bie ka­mi­ze­lki, kiedy te dziwki go za­ata­ko­wały. To, że nie zo­stał jesz­cze for­mal­nie wy­rzu­cony, było tylko kwe­stią har­mo­no­gramu. Dla­tego wszy­scy tu­taj za­gło­sują tak samo. Sprawa tych zdzir nie bę­dzie brana pod uwagę. Bo nie ma nic wspól­nego z klu­bem. Mają tu­taj waż­niej­sze sprawy na gło­wie. Dwie duże do­stawy ko­ka­iny, za­kup kilku nie­ru­cho­mo­ści, w któ­rych wkrótce wy­buch­nie po­żar, i cała masa no­wych ugru­po­wań w Malmö za­kłó­ca­ją­cych sprawną dzia­łal­ność Hells An­gels. Butni imi­granci nie­ro­zu­mie­jący, z kim mają do czy­nie­nia. Któ­rzy uwa­żają, że wy­star­czy no­sić ta­kie same ko­szulki, wy­ma­chi­wać ta­nimi ju­gol­skimi pi­sto­le­tami i ra­po­wać naj­now­sze gang­ster­skie ka­wałki. Do tego do­cho­dzi wielka im­preza, która od­bę­dzie się tu­taj, w An­gels Place, już za dwa mie­siące. Więc klub ma wszel­kie po­wody, by nie brać na sie­bie wię­cej kło­po­tów.

Dla Willy'ego jed­nak to sprawa przy­jaźni. Przy­jaźni, która wy­kra­czała poza przy­na­leż­ność do gangu. Choć zdaje so­bie sprawę, że nie może tego po so­bie po­ka­zać.

- Willy?

Wzdryga się. Wie, że na­de­szła jego ko­lej, by ofi­cjal­nie od­dać głos. Po­chyla się, opiera na łok­ciach i mówi bez za­jąk­nię­cia:

- Tak. Gło­suję tak jak reszta. Lind­ström wy­la­tuje. - Kła­mie każdą ko­mórką swego ciała, ale robi to do­brze. Nikt chyba nie wi­dzi, co na­prawdę my­śli.

"Pie­nią­dze. Kurwa mać" - stwier­dza w my­ślach.

W dzie­więć­dzie­się­ciu dzie­wię­ciu pro­cen­tach przy­pad­ków, gdy w tej zwy­kle cho­ler­nie zgra­nej gru­pie do­cho­dzi do roz­dź­więku, do­ty­czy to pie­nię­dzy. Ale Erik był jego przy­ja­cie­lem. Je­śli klub nie za­cznie szu­kać tych bab, nie uka­rze ich za to, co zro­biły... to Willy bę­dzie mu­siał sam się za to za­brać.

Roz­dział 7

Linn

Areszt w Trel­le­borgu, zbu­do­wany w po­ło­wie lat osiem­dzie­sią­tych, przed­sta­wia ża­ło­sny wi­dok. Czte­ro­pię­trowy bu­dy­nek z nieco po­nad trzy­dzie­stoma miej­scami dla osa­dzo­nych. Na da­chu klau­stro­fo­biczny spa­cer­niak dla sied­miu aresz­to­wa­nych, po któ­rym można cho­dzić w kółku około go­dziny dzien­nie, o ile ma się szczę­ście i jest wy­star­cza­jąco dużo per­so­nelu. Znaj­duje się tu też ma­lut­kie po­miesz­cze­nie, które na­zy­wają si­łow­nią, ale w każ­dej ma­szy­nie bra­kuje krążka li­no­wego bądź śrubki, więc wszystko grze­cho­cze, chy­bo­cze lub zwy­czaj­nie jest nie do użytku. W ro­we­rze tre­nin­go­wym nie ma pe­dału. Ściany prze­siąk­nięte są smro­dem potu wy­dzie­la­ją­cego się pod wpły­wem stresu. Bież­nia le­dwo się roz­pę­dza do po­łowy pręd­ko­ści.

Linn po­pro­siła o moż­li­wość tre­no­wa­nia na drugi dzień po­bytu w aresz­cie i zde­cy­do­wa­nie wię­cej już o to pro­sić nie bę­dzie. Za to za­mie­rza zro­bić wszystko, by móc wy­cho­dzić na świeże po­wie­trze. We­dle prawa przy­słu­guje jej od jed­nej do dwóch go­dzin dzien­nie na da­chu. Cza­sami twier­dzą, że nie jest to moż­liwe, i zwa­lają na braki ka­drowe. Przed­tem - kiedy Linn była po dru­giej stro­nie krat - nie zda­wała so­bie sprawy, jak wiele może zna­czyć taka jedna go­dzina na dwo­rze. Te­raz już wie.

Jest wpół do dwu­na­stej i punk­tu­al­nie o tej po­rze, jakby lunch po­da­wała ze­ga­rynka we wła­snej oso­bie, sły­chać dwa stuk­nię­cia w cięż­kie me­ta­lowe drzwi, po czym otwiera się klapka i ktoś ła­duje przez nią pla­sti­kową tacę z wózka do po­da­wa­nia po­sił­ków.

Linn wstaje z pry­czy i bie­rze je­dze­nie. Je­śli chcia­łaby być miła, po­wie­dzia­łaby, że mięso wy­gląda jak pie­czony ja­rzą­bek, albo jak wiel­kie ka­wałki szczura w sza­rym so­sie - je­śli mia­łaby być szczera. Po­zdra­wia jed­nak uprzej­mie straż­niczkę i siada z tacą przy sto­liku.

Przed sobą ma mały te­le­wi­zor z pła­skim ekra­nem. Wy­łą­czony. Linn zo­stała pod­dana re­stryk­cjom i ma za­kaz oglą­da­nia wia­do­mo­ści, więc krótki ka­bel za­si­la­jący zo­stał usu­nięty. Krótki, żeby nie można było się na nim po­wie­sić. Ni­gdy nie miała skłon­no­ści sa­mo­bój­czych, ale po­byt tu­taj może to szybko zmie­nić.

Noce są naj­gor­sze. Wtedy ich wi­dzi. Tych wszyst­kich, któ­rzy zgi­nęli. Ką­tem oka, gdy za­sy­pia. W rogu celi, gdy nad ra­nem nie może spać. Pa­trzą na nią oskar­ży­ciel­sko. Smut­nymi oczami.

Ni­czym echo mi­nio­nego czasu wi­dzi swoje nie­wy­raźne od­bi­cie w czar­nym ekra­nie te­le­wi­zora. Przy­kle­puje włosy ster­czące na środku głowy, a po­tem za­uważa je... cie­nie na twa­rzy. Kiedy już je zo­ba­czy, nie może wy­rzu­cić ich z głowy. Wy­daje się, że są co­raz więk­sze. Znie­kształ­cają jej wy­gląd.

Ile osób zgi­nęło na far­mie Si­xtena kilka dni temu? A jesz­cze są Ro­bert, Erik Lind­ström, oj­ciec, Moa, Elena... tyle śmierci.

W środku tego wszyst­kiego stoi Linn, ni­czym brudna i prze­siąk­nięta złem oś.

"Je­steś córką swo­jego ojca" - od­zywa się wrogi we­wnętrzny głos, spra­wia­jąc, że prze­cho­dzą ją dresz­cze. Oj­ciec. Na samą myśl o nim za­ci­ska zęby. Gdy jego prze­moc po raz pierw­szy miała fa­talne skutki, ona miała za­le­d­wie osiem lat. To wtedy ze­pchnął mamę ze scho­dów, przez co skoń­czyła na wózku in­wa­lidz­kim. Gdyby tylko na tym po­prze­stał...

Dwa­dzie­ścia lat póź­niej, kiedy udało mu się uciec ze szpi­tala psy­chia­trycz­nego w Säter, w szyb­kim tem­pie roz­siał wo­kół sie­bie śmierć, ni­czym nie­na­wistne kon­fetti. Ska­to­wał mamę tak, że umarła. Pra­wie to samo spo­tkało młod­szego brata An­tona, któ­rego oca­lił je­dy­nie łut szczę­ścia. I jesz­cze ko­chana mała Moa, którą udu­sił w cza­sie gwałtu. Nie­wiele bra­ko­wało, a za­biłby także Linn. Pod­czas walki na śmierć i ży­cie, zdo­łała jed­nak strze­lić mu w klatkę pier­siową, kła­dąc na za­wsze kres ty­ra­nii Carla Wal­tera.

- Nie je­stem córką mo­jego ojca - szep­cze i pod­nosi wi­de­lec. Choć nie wie­rzy w wy­po­wia­dane przez sie­bie słowa.

To jego cień wi­dzi w swo­jej twa­rzy. Carl Wal­ter. Ilu lu­dzi za­bił... a ilu ona za­biła?

Nie może po­zbyć się tej my­śli.

"Jaki oj­ciec, taka córka".

Z krzy­kiem zrzuca tacę z je­dze­niem na zie­mię. Po­tem ude­rza pię­ścią w śro­dek ekranu te­le­wi­zora, tak że ten pęka.

Roz­dział 8

Si­xten

Przez całe trzy dni krę­cili się po zglisz­czach. Po­li­cja. Straż po­żarna. Tech­nicy.

"Ża­ło­śni idioci".

Dzien­ni­ka­rze też tu byli, wia­domo.

Ci są jesz­cze gorsi.

"Gdy­bym nie miał pod zie­mią za­pa­sów je­dze­nia, pew­nie już dawno umarł­bym z głodu" - my­śli Si­xten, sto­jąc na szczy­cie dra­biny i po­py­cha­jąc klapę pro­wa­dzącą na ze­wnątrz. Po dniach spę­dzo­nych w kli­ma­ty­zo­wa­nej kry­jówce jest za­sko­czony upa­łem pa­nu­ją­cym na dwo­rze.

Roz­gląda się po oko­licy i na­tych­miast po­chmur­nieje.

"Cho­lera, wszystko spło­nęło".

Po­nad gru­zami wisi przej­mu­jąca ci­sza. Bez­chmurne niebo ma in­ten­syw­nie nie­bie­ski ko­lor. Za­pach spa­le­ni­zny wciąż unosi się w po­wie­trzu. Nie­które pnie drzew w po­bliżu bu­dyn­ków są osma­lone, po­zba­wione li­ści i ga­łęzi po jed­nej stro­nie. Ta­śma po­li­cyjna po­lu­zo­wała się na końcu i po­wiewa na go­rą­cym let­nim wie­trze. Zwy­kle roi się tu od ma­łych pta­ków, ale te­raz roz­po­ściera się głu­cha, nie­po­ko­jąca ci­sza. Po­go­rze­li­sko. I spo­kój. Jakby zie­mia opła­ki­wała prze­laną na niej krew.

"Te pie­przone cipy my­ślą, że im się udało. Że za­ła­twiły nas wszyst­kich. Ale wkrótce za to za­płacą".

Si­xten roz­gląda się wo­kół po raz ostatni, po czym wspina się na górę i ostroż­nie za­myka za sobą klapę. Zgar­nia tro­chę su­chej ściółki, żeby za­kryć wej­ście do bun­kra. Przy­dep­tuje tam, gdzie trzeba. Na­stęp­nie otwiera drzwi i wy­cho­dzi z za­grody. Pro­stuje plecy i pod­ciąga dżinsy, które po ostat­nich dniach je­dze­nia sa­mych kon­serw są luźne w pa­sie. Do­piero wtedy ob­raz spu­sto­sze­nia po­ru­sza go do głębi. Na­prawdę pra­wie nic nie prze­trwało. Każdy bu­dy­nek się pa­lił. I spło­nął do­szczęt­nie.

"Gdy­bym nie był praw­dzi­wym męż­czy­zną, to­bym się po­pła­kał".

Kie­ruje się do głów­nego bu­dynku. Po­mru­kuje, dep­cząc po zwę­glo­nych de­skach i śmier­dzą­cych spa­le­ni­zną, po­skrę­ca­nych ka­wał­kach tka­niny. Po chwili uzmy­sła­wia so­bie, że to nie­mal cał­ko­wi­cie spa­lone tu­niki. Po­środku tego wszyst­kiego stoi ko­min, ni­czym sa­motny po­mnik ku pa­mięci tego, co kie­dyś tu było. Jak po­nury i po­rzu­cony ce­glany ku­tas w le­sie stra­wio­nym przez po­żar.

"Od­bu­dowa tego wszyst­kiego bę­dzie mnie cho­ler­nie dużo kosz­to­wać".

Zbiera siły, sły­sząc zbli­ża­jący się po­woli sa­mo­chód na dro­dze do­jaz­do­wej. Stara się przy­go­to­wać psy­chicz­nie na spo­tka­nie. To Po­lak. Si­xten szybko ogląda się przez ra­mię, by się upew­nić, że wej­ście do bun­kra nie jest wi­do­czne. Po­lak nie wie o jego ist­nie­niu i tak ma po­zo­stać.

Si­xten nie może oczy­wi­ście zo­stać tam na za­wsze, ale te­raz bun­kier do­brze się spraw­dza jako jego baza. Na ra­zie niech lu­dzie my­ślą, że Si­xten Törn­holm zgi­nął w po­ża­rze. Bo daje mu to więk­szą swo­bodę i nikt nie bę­dzie po­dej­rze­wał, że wła­śnie on stoi za tym, co się sta­nie z tymi su­kami z Fa­lo­chro­nów.

Może fak­tycz­nie Si­xten Törn­holm po­wi­nien znik­nąć raz na za­wsze? Ta myśl po­cząt­kowo wy­daje mu się ku­sząca.

"Mogę za­cząć zu­peł­nie nowe ży­cie".

Ale... w jego ży­ciu nie ma nic złego, wręcz prze­ciw­nie.

"By­łem do­kład­nie tam, gdzie chcia­łem być. Mia­łem wszystko, czego mógłby pra­gnąć męż­czy­zna".

Poza tym zo­stał... może nie­zbyt lu­bia­nym, ale... przy­wódcą. No i na pewno sław­nym. Ma to swoje za­lety. Nie. Po­wróci. Po­brać pie­nią­dze z ubez­pie­cze­nia i zbu­do­wać coś no­wego. Coś więk­szego. Tylko jesz­cze nie te­raz. Naj­pierw zaj­mie się ze­mstą.

Sie­dząc w bun­krze, śle­dził wia­do­mo­ści. Linn Wal­ter zo­stała schwy­tana za­raz po ataku. Jest po­dej­rzana o za­mor­do­wa­nie jesz­cze in­nych męż­czyzn poza tymi, któ­rzy zgi­nęli tu, w po­ża­rze. Tak czy ina­czej, mi­nie dużo czasu, za­nim wyj­dzie. Nie jest to naj­ła­twiej­sze, ale da się do­trzeć do jej współ­więź­nia­rek, to tylko kwe­stia wy­star­cza­ją­cych środ­ków i od­po­wied­nich lu­dzi.

"Od­po­wied­niego czło­wieka" - po­pra­wia się Si­xten i wzdryga na wi­dok pod­jeż­dża­ją­cego czar­nego sa­mo­chodu, który za­trzy­muje się wśród ruin spa­lo­nej farmy. Sa­mo­chód z przy­ciem­nia­nymi szy­bami lśni, jakby do­piero co zo­stał umyty i wy­po­le­ro­wany. Dro­gie auto. Bo i sam Po­lak nie jest tani.

We wczo­raj­szym re­por­tażu Efter­lyst o po­ża­rze na far­mie po­ja­wiło się też nie­ostre zdję­cie z po­bli­skiego fo­to­ra­daru. Wia­domo, że Linn nie mo­gła jed­no­cze­śnie pi­lo­to­wać po­li­cyj­nego he­li­kop­tera i sa­mo­dziel­nie prze­pro­wa­dzić za­ma­chu. Mu­siały to być co naj­mniej dwie osoby, a praw­do­po­dob­nie wię­cej. Dzie­sięć ki­lo­me­trów od farmy fo­to­ra­dar uchwy­cił sa­mo­chód ja­dący po­nad sto ki­lo­me­trów na go­dzinę po dro­dze z ogra­ni­cze­niem do sie­dem­dzie­się­ciu. Po­li­cji bar­dzo za­leży, by zi­den­ty­fi­ko­wać dwie osoby, które się w środku znaj­do­wały. Re­je­stra­cja była fał­szywa. Pa­sa­żera nie dało się zo­ba­czyć za roz­ło­żoną osłoną prze­ciw­sło­neczną, ale wszystko wska­zuje na to, że kie­rowcą była ko­bieta o gę­stych ciem­no­brą­zo­wych wło­sach. Na po­więk­szo­nym, nie­wy­raź­nym zdję­ciu po­ka­za­nym w Efter­lyst wy­glą­dała młodo. Si­xten ści­ska mocno w ręce wy­dru­ko­wane zdję­cie nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nej ko­biety, gdy drzwi kie­rowcy się otwie­rają i z czar­nego sa­mo­chodu wy­siada Po­lak.

Ma na so­bie czarny gar­ni­tur i białą ko­szulę. Bez kra­wata. To śred­niego wzro­stu, do­brze zbu­do­wany męż­czy­zna. Ża­den z niego osi­łek, ale też nie wy­gląda na mię­czaka. Włosy ma ze­brane w długi siwy ku­cyk na karku. Je­dyne, co go wy­róż­nia, to duża bli­zna pod no­sem i wgłę­bie­nie w gór­nej war­dze świad­czące o tym, że w dzie­ciń­stwie miał nie­dbale ope­ro­waną za­ję­czą wargę. Si­xten stwier­dza w my­ślach, że Po­lak jest przy­stojny na swój su­rowy mę­ski spo­sób. Za­raz w gło­wie od­zywa się głos ojca, który sy­czy, że Si­xten to obrzy­dliwa ciota. Więc Si­xten wy­rzuca z sie­bie te my­śli.

Jesz­cze moc­niej ści­ska zdję­cie w dłoni i pro­stuje się, gdy męż­czy­zna od­wraca się w jego stronę i spo­gląda na niego znad oku­la­rów prze­ciw­sło­necz­nych z czer­wo­nymi szkłami.

Cho­lera.

Wzdryga się i od­czuwa na­gły im­puls, by uciec jak naj­da­lej od tego czło­wieka. Ma wra­że­nie, że je­śli po­dej­dzie zbyt bli­sko, ska­le­czy się o jego aurę.

"Uspo­kój się. Po­trze­bu­jesz go".

Pół­główki z farmy nie dali rady. Ani ci, z któ­rymi ma kon­takt na fo­rach dla in­celi. Więk­szość z nich to sła­biaki, jak sami o so­bie mó­wią. Samce beta. Czy na­wet samce omega. Te­raz po­trzebny mu jest praw­dziwy sa­miec alfa. Ktoś śmier­tel­nie nie­bez­pieczny. I wła­śnie tu przy­cho­dzi z po­mocą Po­lak. Jego je­dyna spe­cjal­ność to za­bi­ja­nie.

"Śmierć wy­do­staje się po­rami jego skóry".

Przy­bysz roz­gląda się wy­mow­nie po spa­lo­nym go­spo­dar­stwie, za­cho­wu­jąc pełną kon­trolę nad ru­chami ciała. Ze spo­sobu, w jaki się po­ru­sza, ła­two można wy­wnio­sko­wać, że jest eks­per­tem w róż­nych sztu­kach walki i tak­tyce walki wręcz.

"Mógłby mnie za­bić w nie­całe trzy­dzie­ści se­kund".

- Ład­nie tu masz - od­zywa się Po­lak nie­mal per­fek­cyj­nym szwedz­kim. Głos ma mroczny i czy­sty.

Z tego co Si­xten się orien­tuje, męż­czy­zna nie­mal płyn­nie po­słu­guje się po­nad pięt­na­stoma ję­zy­kami. Nie wie na­wet, czy w ogóle jest rze­czy­wi­ście Po­la­kiem. Ale tak wła­śnie na­zywa się w dark­ne­cie.

- Czy mo­żemy wsiąść do sa­mo­chodu i po­roz­ma­wiać? - pyta Si­xten i prze­łyka ślinę, by móc kon­ty­nu­ować. - Jak wi­dzisz, mam te­raz mały pro­blem, by za­pro­sić cię do stołu. - Zre­zy­gno­wany wska­zuje zglisz­cza domu.

- Oczy­wi­ście. - Męż­czy­zna otwiera drzwi od strony pa­sa­żera. Po­ka­zuje mu, że może wejść.

Si­xten pod­cho­dzi bli­żej. Ko­lor oczu Po­laka wy­daje mu się nie­ty­powo brą­zowy, wpa­da­jący w czer­wony od­cień. Wy­ciąga do niego rękę.

- To ja je­stem Si­xten. Dzię­kuję, że przy­je­cha­łeś. Jak mam się do cie­bie zwra­cać?

Męż­czy­zna pa­trzy na jego wy­cią­gniętą rękę, ale nie po­daje mu swo­jej.

- Nie mu­sisz mnie wcale na­zy­wać. Pierw­sza wy­płata?

- To jedna z tych, które jej po­ma­gają. - Si­xten wyj­muje grubą ko­pertę wraz ze zdję­ciem nie­zna­nej mu ko­biety, za­do­wo­lony, że przy­naj­mniej ręka mu nie drży. - Tu­taj. W euro, tak jak się uma­wia­li­śmy.

Wska­kuje do sta­ran­nie wy­po­le­ro­wa­nego, wy­pa­sio­nego sa­mo­chodu i pa­trzy, jak męż­czy­zna idzie do auta od dru­giej strony.

- Mam cię gdzieś za­wieźć? - pyta z re­ze­rwą Po­lak, usiadł­szy na miej­scu kie­rowcy.

- Nie, to nie jest ko­nie­czne, ktoś inny mnie pod­wie­zie - od­po­wiada, ma­jąc na­dzieję, że nie sły­chać po nim, jak bar­dzo jest zde­ner­wo­wany.

Po­lak za­gląda do ko­perty i w mil­cze­niu li­czy gruby stos bank­no­tów. Wy­gląda na usa­tys­fak­cjo­no­wa­nego, po czym pa­trzy na zdję­cie z fo­to­ra­daru.

- To wszystko? - pyta, a Si­xten po raz ko­lejny zmu­szony jest spoj­rzeć mu w oczy.

- Po­tem Linn Wal­ter, oczy­wi­ście - od­po­wiada. - Sie­dzi te­raz w aresz­cie w Trel­le­borgu, z tego co wiem.

Po­lak za­czyna się śmiać, a wtedy Si­xten do­strzega jego ostre kły. Czy on je so­bie na­ostrzył?

- To bę­dzie cię sporo kosz­to­wać - mówi wresz­cie. Wy­lu­zo­wany. Bo w naj­mniej­szym stop­niu nie wątpi w swoje moż­li­wo­ści.

- Mam pie­nią­dze - od­po­wiada Si­xten, chcąc, by brzmiało to rów­nie szorstko, ale nie­zbyt mu to wy­cho­dzi. Roz­mowa z płat­nym za­bójcą twa­rzą w twarz to nie to samo co przez in­ter­net.

Zu­peł­nie nie to samo.

- Mo­żesz wy­sia­dać. Skon­tak­tuję się z tobą, kiedy na­dej­dzie ter­min ko­lej­nej płat­no­ści i je­śli będę cze­goś po­trze­bo­wać. Poza tym ni­gdy mnie nie wi­dzia­łeś. Ni­gdy o mnie nie sły­sza­łeś. Ja nie ist­nieję, czy to ja­sne?

- T-tak, ja­sne. - Si­xten nie­na­wi­dzi sie­bie za to małe za­jąk­nię­cie. Otwiera drzwi i wy­sta­wia nogę. - Jesz­cze jedno... - do­daje, oglą­da­jąc się przez ra­mię, i po­now­nie spo­tyka się z pło­ną­cym spoj­rze­niem Po­laka, które nie­mal za­piera mu dech w pier­siach z po­wo­dów, dla któ­rych sam przed sobą nie chce się przy­znać. - Nie rób tego szybko. To jest moje je­dyne żą­da­nie. Od­bierz jej wszystko. Wszystko. Ma cier­pieć przed śmier­cią i w trak­cie. Za­płacę, ile trzeba, pie­nią­dze to nie pro­blem.

Po­lak unosi brew z roz­ba­wie­niem, ale po chwili od­po­wiada:

- Wszystko zo­sta­nie jej ode­brane. Bę­dzie cier­piała. Przy­ją­łem.

Roz­dział 9

Willy

Pro­spect jest w za­sa­dzie pod­da­nym klubu, któ­rego człon­kiem chce zo­stać. Nie­wol­ni­kiem. Nie za­rzą­dza swoim cza­sem, nie ma wol­nej woli, a już na pewno żad­nej wła­dzy. Po­ja­wia się wtedy, gdy klub go o to prosi, i to bez dys­ku­sji. We­dług Willy'ego nie­któ­rzy peł­no­prawni człon­ko­wie cza­sami wy­ko­rzy­stują to tro­chę za­nadto, ale ta­kie są re­guły gry. To nie­mal jak otrzę­siny w szkole. Zno­sisz to, bo wiesz, że pew­nego dnia znaj­dziesz się po dru­giej stro­nie i bę­dziesz drę­czyć in­nych. Pro­spect nie może na przy­kład tak po pro­stu wy­je­chać z ro­dziną na wa­ka­cje na ty­dzień lub dwa, musi naj­pierw uzgod­nić to z klu­bem. Czy to dla nich w po­rządku? Czy so­bie bez niego po­ra­dzą?

Za to peł­no­prawny czło­nek, w do­datku je­den z bę­dą­cych naj­dłu­żej w tu­tej­szym od­dziale, to zu­peł­nie inna bajka. Wa­ka­cje. Ofi­cjal­nie wła­śnie te­raz wy­pa­dają wa­ka­cje Willy'ego, co ozna­cza dwa pełne ty­go­dnie na zna­le­zie­nie i uka­ra­nie tej zdziry i jej ko­le­ża­nek.

W jego dwu­po­ko­jo­wym miesz­ka­niu w Hel­sing­borgu ekran kom­pu­tera roz­świe­tla let­nią noc zim­nym srebr­nym bla­skiem. Pró­buje na­mie­rzyć swoje ofiary już od trzech dni i wy­daje mu się, że jest co­raz bli­żej.

Dzięki fil­mi­kowi na YouTu­bie z ma­ni­fe­stem tych fe­mi­ni­stek - a także lin­kowi w ko­men­ta­rzach pod nim - tra­fił na fe­mi­ni­styczne fo­rum, gdzie zo­stał przy­jęty jako gość. Lub ra­czej... jako ko­bieta, pod którą się pod­szył. To­czą się tu go­rące dys­ku­sje wo­kół Fa­lo­chro­nów. Willy jest za­fa­scy­no­wany i zde­gu­sto­wany za­ra­zem. Cały czas po­ja­wiają się nowe fil­miki. Na Twit­te­rze hasz­tag #Fa­lo­chrony cie­szy się po­pu­lar­no­ścią od ty­go­dni. Po­dob­nie jest z hasz­ta­giem #Ko­bie­ta­La­ser.

Kręci po­nuro głową i z lek­kim zdzi­wie­niem prze­gląda naj­now­sze po­sty.

Od­kąd sięga pa­mię­cią, to ko­biety oskar­żały męż­czyzn o prze­moc i okru­cień­stwo. A na tych fo­rach i na Fla­sh­backu, w ko­men­ta­rzach do dys­ku­sji o Fa­lo­chro­nach, użyt­kow­niczki nie­szcze­gól­nie wy­ka­zują po­ko­jowe na­sta­wie­nie. Są cho­ler­nie ostre i jesz­cze bar­dziej bru­talne w swo­ich wy­po­wie­dziach niż męż­czyźni. Z dumą na­zy­wają sie­bie cza­row­ni­cami i dziw­kami, jakby to było coś... do­brego.

"Świat osza­lał" - my­śli Willy, skro­lu­jąc i ro­biąc no­tatki.

Na fo­rach jest mowa o spo­tka­niu i krążą po­gło­ski, że po­jawi się tam któ­raś z pierw­szych Fa­lo­chro­nek. Willy musi tylko do­wie­dzieć się, gdzie od­bywa się spo­tka­nie, zi­den­ty­fi­ko­wać, która z ko­biet na­leży do "ma­tek za­ło­ży­cie­lek", o ile można to tak na­zwać, a na­stęp­nie śle­dzić ją, gdy spo­tka­nie się skoń­czy. Wtedy znaj­dzie bazę Fa­lo­chro­nów. Wtedy wy­kona pierw­szą część planu.

"Erik - my­śli Willy. - Uro­czy, ha­ła­śliwy, sza­lony i dziki Eryk". Jego wierny to­wa­rzysz. Wspól­nik zbrodni. Za­bi­cie go nie uj­dzie na su­cho tym ci­pom. Willy tego do­pil­nuje.

Roz­dział 10

Linn

W dro­dze na ko­lejne prze­słu­cha­nie Linn jest spo­kojna. Tym ra­zem rów­nież nie po­wie ani słowa. Za­mie­rza tylko słu­chać, kiedy oni za­czną bom­bar­do­wać ją py­ta­niami o Fa­lo­chrony i Ko­bietę-La­ser. Py­ta­niami, na które ni­gdy nie uzy­skają od­po­wie­dzi. Idzie be­żowo-zie­lo­nym ko­ry­ta­rzem, ra­zem z dwoma straż­ni­kami, ale przy­naj­mniej nie musi być za­kuta w kaj­danki. Po do­tar­ciu do po­koju prze­słu­chań, otwie­rają drzwi i wpusz­czają ją do środka, a sami zo­stają na ze­wnątrz.

Linn jest przy­go­to­wana na ko­lejną bez­sen­sow­nie spę­dzoną go­dzinę, ale kiedy wi­dzi, kto stoi przy stole i prze­gląda za­war­tość teczki, w pierw­szym od­ru­chu chce pod­biec i go uści­skać. Za­styga jed­nak tylko w bez­ru­chu.

- Mar...tin? - wy­do­bywa z sie­bie sła­bym gło­sem i robi parę kro­ków do przodu. Za­trzy­muje się. Nie wie, co on te­raz o niej my­śli. Po­li­cjant, który stał po jej stro­nie, od­kąd oj­ciec uciekł z Säter dwa lata temu, który zja­wił się ni­czym anioł stróż wtedy, gdy była prze­ko­nana, że umrze. Który ją ostrzegł, gdy po raz pierw­szy po­szu­ki­wano ją za za­bój­stwo.

Tro­chę nie­pew­nie robi ko­lejny krok. Cho­lera, na­wet sama nie do końca wie, co o so­bie my­śleć.

W spoj­rze­niu Mar­tina Ljung­st?la naj­pierw wi­dać ra­dość. Po­tem chłód. Na­stęp­nie smu­tek. W ciągu za­le­d­wie kilku se­kund jego oczy wy­ra­żają ty­siąc róż­nych emo­cji. W końcu po­li­cjant do niej pod­cho­dzi i kła­dzie ręce na jej ra­mio­nach.

- Linn - mówi. - Bar­dzo mi przy­kro, że wszystko tak się po­to­czyło. - Przy­ciąga ją do sie­bie i obej­muje, tak jak ona chciała to zro­bić wcze­śniej, ale nie była pewna, czy on tego chce. Od razu czuje, że sama też tego pra­gnęła, bo w brzu­chu po­ja­wia się przy­jemne cie­pło. Dawno nikt nie był dla niej tak miły. Dawno nikt nie otu­lał jej swoim cie­płem. Sia­dają, a Linn ociera łzę wy­my­ka­jącą się spod rzęs i od­chrzą­kuje.

- Roz­ma­wia­łem z Ulriką Rönn i Ca­trin ?kes­son - za­czyna Mar­tin, rzu­ca­jąc krót­kie spoj­rze­nie na ka­merę sto­jącą na sta­ty­wie przy stole. - Są zszo­ko­wane, de­li­kat­nie mó­wiąc. My­ślę, że wszy­scy je­ste­śmy.

Linn wi­dzi, że ka­mera jest wy­łą­czona. Za­tem nie jest to for­malne prze­słu­cha­nie. W ta­kim ra­zie... co to jest? Od­wie­dziny prze­cież od­by­wa­łyby się w po­koju wi­dzeń, nie tu­taj. Za­czyna się de­ner­wo­wać. Bawi się kra­wę­dzią kartki le­żą­cej mię­dzy nimi na stole, za­pada ci­sza, która pa­no­szy się jak nie­pro­szony gość.

Ulrika Rönn. Ca­trin ?kes­son. Na­zwi­ska po­wra­cają jak echo z in­nego czasu. Z czasu, kiedy w ko­mi­sa­ria­cie współ­pra­co­wała z pro­ku­ra­torką na­czelną i ko­mi­sarką śled­czą. Stała po tej do­brej stro­nie. Ja­snej stro­nie. Po raz ko­lejny wstyd zżera ją od środka.

Czy wszy­scy uwa­żają, że to oczy­wi­ste? Że tak mu­siało się stać? W końcu jest córką Carla Wal­tera. Za­truta już w ło­nie matki.

"Za­ra­żona złem?"

Z tru­dem prze­łyka ślinę.

"Prze­cież je­stem też córką ANNE Wal­ter, więc... może w po­ło­wie je­stem zła, w po­ło­wie do­bra?"

Czuje pod­cho­dzącą do gar­dła falę mdło­ści. By ją po­wstrzy­mać, po­pija wodę ze szklanki.

- Linn - od­zywa się Mar­tin z nie­po­ko­jem, gdy ona przez dłuż­szą chwilę nic nie mówi. - Je­stem po two­jej stro­nie.

"Co to w ogóle zna­czy?" - za­sta­na­wia się. Rze­czy­wi­ście, ostrzegł ją tam­tej nocy. Po tym jak za­biła ojca i udała się na farmę Fa­lo­chro­nów. "Nie wra­caj do domu, je­steś po­szu­ki­wana" - tak wtedy po­wie­dział. Gdyby ktoś się o tym do­wie­dział, Mar­tin zo­stałby zwol­niony. W końcu jest po­li­cjan­tem. Może w głębi du­szy jej dawne ko­le­żanki z pracy też są po jej stro­nie? Ulrika i Ca­trin są ko­bie­tami. A to coś zna­czy.

Linn wraca pa­mię­cią do roz­mowy z Ca­trin na ko­mi­sa­ria­cie, w cza­sie któ­rej da­wała do zro­zu­mie­nia, że jej je­dy­nym pro­ble­mem z Ko­bietą-La­ser jest to, że bez­myśl­nie wy­biera swoje ofiary.

"Wła­ści­wie, ja też tak uwa­żam".

Mar­tin Ljung­st?l wzdy­cha, cze­ka­jąc, aż Linn coś po­wie. Po­ciera ner­wowo czoło i kie­ruje roz­mowę na inne tory:

- By­łem dziś u An­tona - mówi i do­piero wtedy Linn spon­ta­nicz­nie re­aguje.

- Jak on się ma?

- No, wresz­cie się ode­zwa­łaś. - Uśmie­cha się Mar­tin. - Faj­nie, że włą­czy­łaś się do roz­mowy. An­ton jest w domu. Na­dal na zwol­nie­niu le­kar­skim i cho­dzi na fi­zjo­te­ra­pię. I zwy­kłą te­ra­pię. Bar­dzo chciałby cię od­wie­dzić, ale mu nie wolno. Re­stryk­cje, sama ro­zu­miesz. Co ja­kiś czas musi prze­pę­dzać wścib­skich dzien­ni­ka­rzy, ale poza tym wszystko u niego w po­rządku. No może tro­chę ciężko mu na du­szy, ale... trudno mu się dzi­wić po tym, co prze­szedł.

Linn kiwa głową ze smut­kiem.

- Dzię­kuję - od­po­wiada po chwili.

An­ton, jej młod­szy brat, stał się ko­twicą utrzy­mu­jącą ją w rze­czy­wi­sto­ści. Je­dyna nor­malna osoba w jej ro­dzi­nie i je­dyna, która... jej zo­stała. Ro­dzi się tylko py­ta­nie, jak bar­dzo znisz­czyło go w środku to wszystko. Z ca­łym sza­cun­kiem dla fi­zjo­te­ra­pii, ale nie­któ­rych ura­zów ni­gdy nie da się wy­le­czyć. Nie cho­dzi tylko o to, że An­ton dał się zwieść psy­cho­lo­gicz­nym gier­kom ojca i spo­ty­kał się z nim po kry­jomu, da­jąc mu bar­dzo po­trzebne alibi dwa lata temu. Ze­szłej wio­sny stał się ko­lej­nym z wielu ce­lów Carla. Zo­stali bru­tal­nie za­ata­ko­wani ra­zem z mamą. Prze­żył tylko dzięki nie­by­wa­łemu szczę­ściu.

"Na­wet nie chcę wie­dzieć, ja­kie tor­tury mu­siał znieść. W tych ostat­nich chwi­lach, kiedy mama jesz­cze żyła. Na co mu­siał pa­trzeć".

Je­śli jej nie­gdyś sko­remu do głup­ko­wa­tych żar­tów młod­szemu bratu jest te­raz ciężko na sercu, to z pew­no­ścią ma do tego pełne prawo po tym wszyst­kim, co się wy­da­rzyło.

Mar­tin prze­suwa kartkę na stole w stronę Linn.

- Tak przy oka­zji, po­my­śla­łem, że chcia­ła­byś wie­dzieć - mówi ła­god­nym to­nem. - Wła­śnie to otrzy­ma­li­śmy.

Linn spo­gląda na do­ku­ment le­żący przed nią. Wy­gląda na ofi­cjalne pi­smo. W jed­nym z ro­gów wid­nieje na­pis: "ORZE­CZE­NIE SĄ­DOWE". A także nu­mer sprawy i data. Szybki wy­rok, naj­wy­raź­niej. Wtedy uświa­da­mia so­bie, że Mar­tin przy­niósł tylko stronę z naj­waż­niej­szymi in­for­ma­cjami. Za­czyna czy­tać. Cho­dzi o He­lenę Schinc­kel.

"Ta pie­przona..."

Na sam wi­dok imie­nia, po­twór, który mieszka w klatce pier­sio­wej Linn, ry­czy, wbija pa­zury i chce się wy­do­stać. He­lena Schinc­kel - ta cho­lerna idiotka, ta głu­pia dzien­ni­karka, która po­mo­gła ojcu po jego ucieczce z Säter. Ta, która przy­go­to­wała torbę z rze­czami po­trzeb­nymi mu do re­ali­za­cji cho­rego, be­stial­skiego planu. Ta, która w pew­nym sen­sie przy­czy­niła się do śmierci mamy i tego, że An­ton praw­do­po­dob­nie po­trze­buje wszyst­kich do­stęp­nych na świe­cie te­ra­pii. To dzięki tej ko­bie­cie, oj­ciec mógł się ukry­wać na tyle długo, by zgwał­cić i za­bić Moę.

"To, że ta suka w ogóle żyje, to ja­kaś pie­przona kpina z wy­miaru spra­wie­dli­wo­ści".

Linn szuka wzro­kiem naj­waż­niej­szej in­for­ma­cji. Wy­rok. Wi­dząc to, pra­wie traci od­dech.

- Jak to... kurwa?!

Mar­tin pa­trzy na nią ze zro­zu­mie­niem.

- Cho­ciaż tyle, że jej ka­riera jest skoń­czona, Linn. Już ni­gdy nie bę­dzie mo­gła pra­co­wać w dzien­ni­kar­stwie. Jej wia­ry­god­ność zo­stała zre­du­ko­wana do zera, a na­wet go­rzej.

- Ale że co... grzywna? - Pró­buje zła­pać od­dech. - Za po­moc pie­przo­nemu... se­ryj­nemu mor­dercy?

Po raz pierw­szy wy­po­wiada to słowo na głos i czuje się z tym wy­jąt­kowo źle. Bo to ozna­cza, że ona sama jest...

"Córką se­ryj­nego mor­dercy".

- Pro­ku­ra­tor zro­biła, co mo­gła - od­po­wiada Mar­tin ze smut­kiem w gło­sie. - Schinc­kel nie po­mo­gła mu wła­ści­wie w sa­mej ucieczce. Uciekł sam. Ona nie miała z nim żad­nego kon­taktu po tym, jak zo­sta­wiła tę torbę z rze­czami. Więc... - Mar­tin roz­kłada ręce. - Wy­rok w za­wie­sze­niu i grzywna. Wcze­śniej nie była ka­rana. Wiesz, jak jest.

Ra­cja. Linn wie, jak to jest. Ale mimo wszystko. Wście­kłość skwier­czy w ca­łym ciele jak ze­rwana li­nia wy­so­kiego na­pię­cia. Rzuca się na lewo i prawo w jej wnę­trzu. Razi prą­dem i pa­rzy każde miej­sce, któ­rego do­tknie.

Ta je­bana cipa.

Gdyby He­lena Schinc­kel nie po­mo­gła ojcu, to może, może zo­stałby zła­pany pod­czas ucieczki z Säter. Wtedy mama by dzi­siaj żyła. I Moa. A An­ton nie byłby... tak skrzyw­dzony. Linn nie może w to uwie­rzyć. A więc wy­rok w za­wie­sze­niu. Ja­kaś grzywna. He­lena Schinc­kel cho­dzi po uli­cach jak wolna ko­bieta. Pod­czas gdy ona sie­dzi tu w aresz­cie i gnije. Może się za­ło­żyć, że za ja­kieś pół roku ukaże się książka, w któ­rej Schinc­kel przed­stawi swoją wer­sję wy­da­rzeń. To się sprzeda. Ta­kie książki za­wsze się sprze­dają. Pa­trzy na zgnie­cioną kartkę w swo­jej pię­ści, roz­luź­nia palce i upusz­cza ją na stół.

Mar­tin po­chyla się i wzdy­cha.

- Linn. Mu­sisz za­cząć współ­pra­co­wać. Nie bądź głu­pia. A przede wszyst­kim wsłu­chaj się w sie­bie. Ist­nieją dwa spo­soby na wyj­ście z tej sy­tu­acji: do­bry i zły. To jak bę­dzie? Ulrika i Ca­trin po­trze­bują po­mocy w spra­wie Ko­biety-La­ser i wiem, że je­steś w sta­nie im po­móc. Na­dal mo­żesz zro­bić coś do­brego.

Linn od­chyla się na krze­śle i de­mon­stra­cyj­nie krzy­żuje ręce na piersi.

- Nic o tym nie wiem.

- Oj, prze­stań - mówi Mar­tin zmę­czo­nym i dość ostrym to­nem, po czym zmu­sza się, by kon­ty­nu­ować ła­god­niej. - Pro­szę cię... Wiem, z czego wy­nika twoje na­sta­wie­nie, na­prawdę. Ale... to nie jest w po­rządku. Nie mo­żemy po­zwo­lić, żeby gang kry­mi­na­li­stek bie­gał po uli­cach i strze­lał do zwy­kłych lu­dzi, jakby był i sę­dzią, i ka­tem. Linn... sama by­łaś pra­cow­ni­kiem wy­miaru spra­wie­dli­wo­ści. Na pewno uwa­żasz, że to, co ro­bią te ko­biety, jest złe. Wiem, że czu­jesz to gdzieś w środku. Po­słu­chaj tego we­wnętrz­nego głosu.

Linn unosi brodę i pa­trzy na niego w mil­cze­niu. Na­gle ten zwy­kle po­wścią­gliwy po­li­cjant wy­bu­cha i wali pię­ścią w stół.

- Kurwa mać, Linn! - sy­czy. - Jak mo­żesz mi to ro­bić? Prze­cież ja za­wsze ci po­ma­ga­łem! Cho­ciaż gdyby to wy­szło na jaw, mo­głoby mnie to kosz­to­wać utratę pracy. Pora, że­byś te­raz ty mi po­mo­gła. Wiesz, kim są te po­zba­wione skru­pu­łów ter­ro­rystki, i mo­żesz mi po­móc je po­wstrzy­mać, za­nim za­biją ko­lej­nego nie­szczę­śnika. Ale nie! Sie­dzisz tu z za­ło­żo­nymi rę­kami, jak­byś była po­zba­wiona wszel­kich uczuć, mimo że giną zu­peł­nie nie­winni lu­dzie. Wiesz, kogo mi to przy­po­mina?

Nie musi tego mó­wić.

"Ojca. Przy­po­mi­nam mu mo­jego ojca".

Wal­czy ze sobą, by po­wstrzy­mać na­pły­wa­jące łzy, a także ra­niące słowa, które ci­sną się na ję­zyk. Słowa, któ­rych nie by­łaby w sta­nie cof­nąć. Czy po­winna coś po­wie­dzieć? Nie. Nie jest w sta­nie. Nic nie jest w sta­nie zro­bić.

"Nie­ważne, co zro­bię, bę­dzie źle".

Pali ją w żo­łądku, a oczy za­cho­dzą mgłą. Wbija wzrok w stół. Ani jedno słowo nie prze­cho­dzi przez jej usta.

Mar­tin Ljung­st?l za­pada się w so­bie i spusz­cza głowę, ale nie może uspo­koić od­de­chu po wy­bu­chu gniewu. Po kilku mi­nu­tach ci­szy wstaje i pod­nosi zmiętą kartkę.

- Wiem, że gdzieś tam je­steś, Linn. Wróć.

Roz­dział 11

Linn

Błą­dzi wzro­kiem bez celu po sza­rych ścia­nach i su­fi­cie celi. Nie po­trafi ja­sno my­śleć.

"Wiem, że gdzieś tam je­steś, Linn. Wróć".

Słowa Mar­tina Ljung­st?la wciąż cho­dzą jej po gło­wie. Lecz... on się myli. Linn Wal­ter, taka, jaką była, gdy spo­tkał ją po raz pierw­szy po­nad dwa lata temu, już nie ist­nieje. Prawda? A może wszystko, co się wy­da­rzyło, ją ośle­piło i tak na­prawdę Mar­tin, Ulrika i Ca­trin są po jej stro­nie? Czuje, że po­rzu­ciła całe wcze­śniej­sze ży­cie. Zo­sta­wiła je tak da­leko za sobą, że aż wy­daje jej się to nie­do­rzeczne.

"Wróć" - bła­gał Mar­tin. Lecz nie ma od­wrotu od tego, kim się stała. I może wła­śnie to prze­raża ją naj­bar­dziej. Bo kim się stała?

Tym, kim był jej oj­ciec... mor­der­czy­nią.

"Wiem, że gdzieś tam je­steś, Linn".

"Mor­der­czyni".

"Wróć".

My­śli wi­rują. Linn za­sta­na­wia się, czy nie wbiec pro­sto w cięż­kie me­ta­lowe drzwi i ude­rzyć w nie głową, z na­dzieją, że ze­mdleje i w końcu tro­chę od­pocz­nie. W tym mo­men­cie ktoś puka w klapę w drzwiach. W pod­no­szą­cym się kwa­dra­to­wym otwo­rze wi­dać jedną ze straż­ni­czek.

- Czer­wony Krzyż - mówi i otwiera klu­czem drzwi.

- Czer­wony K...? Nie chcę... - Linn nie zdą­żyła do­koń­czyć zda­nia, a drzwi się otwie­rają i na ze­wnątrz ma­cha do niej ni­ska ko­bieta z blond war­ko­czami.

- Cześć, Linn - mówi. - Mam na imię Kajsa. Chodź ze mną. Na­pi­jemy się kawy w po­koju od­wie­dzin.

Linn wzdy­cha. W pierw­szej chwili chce od­mó­wić, do­rzu­ca­jąc kilka do­brze do­bra­nych obelg, ale uświa­da­mia so­bie, że poza sie­dze­niem w tej pie­przo­nej celi nie ma nic in­nego do ro­boty. Do tego jej je­dyne to­wa­rzy­stwo to drę­czące my­śli i na­pie­ra­jące ściany. Tak więc pod­nosi wzrok i stwier­dza:

- Okej. Kawa to do­bry po­mysł. - Po­tem po­dąża za ko­bietą.

Straż­niczka zo­sta­wia je same. Sie­dzą przez chwilę w mil­cze­niu i pa­trzą na sie­bie, a kawa po­woli sty­gnie w ciem­no­brą­zo­wych pla­sti­ko­wych kub­kach na stole mię­dzy nimi. "Mimo tak na­pię­tej at­mos­fery - my­śli Linn - ta cała Kajsa wy­gląda na nie­przy­zwo­icie rześką. Nie­malże ra­do­sną". Ma pe­łen na­dziei błysk w oczach i czer­wone ru­mieńce ze stresu na po­licz­kach. Dziwne uczu­cie roz­cho­dzi się po żo­łądku Linn.

- A więc... Czer­wony Krzyż? - mówi nie­pew­nie, gdy krę­pu­jąca ci­sza trwa tro­chę za długo.

Kajsa roz­gląda się do­okoła, jakby chciała się upew­nić, że są same w tym ma­leń­kim po­miesz­cze­niu. Albo jakby szu­kała ka­mer. Po­tem po­chyla się nad sto­łem i ści­sza głos:

- Ja­sne. Można tak po­wie­dzieć. Pra­cuję dla Czer­wo­nego Krzyża, ale je­stem też jedną z... Fa­lo­chro­nów. Jak ty.

Linn za­miera. Kim może być ta dziew­czyna? Jest w wieku Ve­ro­niki. Nie wię­cej niż dwa­dzie­ścia parę lat. I wy­gląda, jakby sie­działa przed swoją naj­więk­szą idolką.

To dla­tego jest tak pod­eks­cy­to­wana.

Na­gle czuje mdły smak w ustach. Obec­nie wiele ko­biet na­zywa sie­bie Fa­lo­chro­nami. I oczy­wi­ście jest to w pew­nym sen­sie do­bre. Re­wo­lu­cja jest ko­nie­czna. Choć jed­no­cze­śnie... Płaci się za nią wy­soką cenę. Py­ta­nie: czy warto? Może dla Linn i in­nych z farmy - tak. Dla ko­biet, które na­prawdę zo­stały skrzyw­dzone przez męż­czyzn sto­su­ją­cych wo­bec nich bru­talną prze­moc. Które stra­ciły wszystko oprócz sie­bie na­wza­jem. Które za­tra­ciły na­wet sie­bie. Ale... dla prze­cięt­nej dziew­czyny z ulicy?

"Nie chcesz być taka jak ja - my­śli Linn. - Za­ufaj mi".

Choć za­raz po­tem po­ja­wia się ko­lejna myśl. Za kogo ona się uważa, żeby od­bie­rać ko­mu­kol­wiek prawo do buntu? Zwłasz­cza ko­bietę czeka wy­łącz­nie ży­cie w cią­głym stra­chu przed męż­czy­znami. W nie­koń­czą­cej się opre­sji pa­triar­chatu. Linn zdaje so­bie sprawę, że znów sie­działa zbyt długo w mil­cze­niu, po­grą­żona w my­ślach. Stara się zro­bić do­bre wra­że­nie i czub­kiem palca wska­zu­ją­cego prze­suwa po brzegu kubka z kawą.

- Jak wy­gląda sy­tu­acja? To zna­czy tam, na ze­wnątrz. Nie po­zwa­lają mi czy­tać ga­zet ani oglą­dać te­le­wi­zji.

Kaj­sie wy­raź­nie ulżyło, że Linn zde­cy­do­wała się na przy­jaź­niej­szy ton, i od razu się roz­pro­mie­nia.

- Jest su­per - mówi. - Nasz hasz­tag robi fu­rorę w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych i na YouTu­bie. To się na­prawdę dzieje. Te­raz. W tej chwili... re­wo­lu­cja jest już tu­taj. A osoba, któ­rej to wszystko za­wdzię­czamy... to ty. - W jej oczach po­ja­wia się błysk. Linn, po­mimo wszyst­kich my­śli, które przed chwilą krą­żyły jej w gło­wie, nic nie może po­ra­dzić na to, że czuje się dziw­nie dumna. A na­wet pod­eks­cy­to­wana.

Cho­lera. To nie ma sensu. Jakby żyły w niej dwie różne osoby. Albo sto. A każda z nich to psy­cho­patka, która nie może się za­mknąć. Wy­pija łyk kawy i uśmie­cha się nie­na­tu­ral­nie do Kajsy z war­ko­czami.

- No to chyba do­brze - sły­szy swoje słowa.

Kajsa jesz­cze raz roz­gląda się dys­kret­nie po tym ma­łym po­koju, po czym mówi:

- Słu­chaj, je­ste­śmy wszę­dzie. Mam na my­śli Fa­lo­chrony. W Czer­wo­nym Krzyżu, wśród na­uczy­cieli w szko­łach, w Ko­ściele, no i... ob­sta­wiam, że na­wet w par­la­men­cie. Im wię­cej osób otwar­cie po­prze re­wo­lu­cję, tym trud­niej bę­dzie in­nym twier­dzić, że cho­dzi o eks­tre­mizm. Je­śli każdy jest eks­tre­mi­stą, to zna­czy, że nikt nim nie jest. Dość tego glę­dze­nia. Dość już kam­pa­nii, które mają "zwró­cić uwagę na tę kwe­stię" i "uświa­da­miać", a które i tak koń­czą się na ni­czym. Męż­czyźni mieli tak wiele szans na zmianę na prze­strzeni dzie­jów. Ale te­raz... te­raz my wy­mie­rzamy karę.

Oczy Kajsy się świecą, a Linn nie może się po­wstrzy­mać i kiwa głową z apro­batą. Dziew­czyna z war­ko­czami ści­sza głos:

- Co wię­cej, na­wet w wy­mia­rze spra­wie­dli­wo­ści są Fa­lo­chrony. I w po­li­cji. I... wśród straż­ni­ków wię­zien­nych. - Robi wy­mowny ruch głową w stronę drzwi pro­wa­dzą­cych na ko­ry­tarz, a Linn za­czyna ro­zu­mieć.

Czy cho­dzi jej o ko­bietę, która je tu przy­pro­wa­dziła? Na tę myśl mo­tyle w brzu­chu bu­dzą się do ży­cia.

"Co to ozna­cza?"

- Szy­ku­je­cie tu ja­kąś ak­cję? - szep­cze.

Kajsa wyj­muje czer­wony ze­szyt i krótki ołó­wek z na­pi­sem IKEA. Po­chyla się bli­żej i przy­kłada czu­bek ołówka do kartki.

- Nie mamy zbyt wiele czasu. Ale... po­móż mi się z nimi skon­tak­to­wać, Linn. Z za­ło­ży­ciel­kami. Ra­zem bę­dziemy mo­gły ci po­móc. One i my, i na­sze wtyki w środku.

To na­tych­miast bu­dzi czuj­ność w Linn, która pro­stuje się na krze­śle.

Czy to pu­łapka?

Po­ciąga za roz­cią­gnięte rę­kawy sza­rej bluzy, którą do­stała w wię­zie­niu. Za­sta­na­wia się. Wy­ob­raża so­bie ko­biety, które no­siły tę bluzę przed nią, i robi jej się smutno. Co ma, do cho­lery, zro­bić? A je­śli to tylko ta­nia sztuczka, by dała się na­brać i wy­dała Leo, Ve­ro­nicę i po­zo­stałe ko­biety?

Ale... jaki ma wy­bór? Sie­dzieć tu i gnić, pod­czas gdy za mu­rami od­bywa się naj­więk­sza re­wo­lu­cja w hi­sto­rii? Bez niej? Mo­głaby da­lej po­grą­żać się w nie­na­wi­ści do sie­bie i roz­my­śla­niach, jed­nak... czy na pewno ma na to siłę?

Oczami wy­ob­raźni wi­dzi, jaka przy­szłość się przed nią ry­suje. Drzwi celi. Spa­cer­niaki. Pry­cze przy­mo­co­wane do ścian. Sa­mot­ność. Izo­la­cja. Zero spraw­czo­ści. Czeka ją co naj­mniej dzie­sięć lat wię­zie­nia, je­śli trafi przed sąd, co do tego nie ma wąt­pli­wo­ści. Być może do­ży­wo­cie. Do­ży­wo­cie w Szwe­cji to śred­nio osiem­na­ście lat. Po­trze­buje po­mocy z ze­wnątrz, by tego unik­nąć.

"Jak masz to za­miar zro­bić?" - mówi szy­der­czy we­wnętrzny głos.

Linn ma go­tową ri­po­stę i stwier­dza w my­ślach z go­ry­czą:

"Jaki oj­ciec, taka córka. Będę mu­siała stąd uciec, tak jak oj­ciec. A je­śli mam to zro­bić, będę po­trze­bo­wać po­mocy".

- Skąd mam wie­dzieć, że to nie ża­den pod­stęp? - pyta, wbi­ja­jąc wzrok w Kajsę.

Tamta mruga oczami. Jakby to py­ta­nie było naj­dziw­niej­szą rze­czą, jaką kie­dy­kol­wiek sły­szała, ale po chwili od­po­wiada ze spo­ko­jem:

- By­łam na spo­tka­niu i tam po­zna­łam Eve­lyn i Ba­har.

Dwa imiona, któ­rych ab­so­lut­nie nikt poza Fa­lo­chro­nami nie po­wi­nien znać. Linn po­sta­na­wia za­ry­zy­ko­wać.

Kajsa szybko no­tuje, gdy Linn ści­szo­nym gło­sem dyk­tuje jej współ­rzędne GPS farmy pod Fje­lie, jed­no­cze­śnie mo­dląc się w du­chu, by to wszystko nie oka­zało się pu­łapką, w którą wła­śnie te­raz wpada.

Roz­dział 12

Willy

Willy nie wie­rzy wła­snym oczom, kiedy par­kuje wy­po­ży­czo­nym sa­mo­cho­dem na naj­droż­szej ulicy Malmö. Spo­dzie­wałby się, że ta­kie spo­tka­nie od­bę­dzie się w ob­skur­nej su­te­re­nie, może na stry­chu, po ci­chu. Pew­nie my­ślał, że ko­biety, które się tam wy­bie­rają, będą się czaić w czar­nych ubra­niach, z dala od ulicz­nych świa­teł. Lecz coś mu­siało się stać.

"Te pie­przone dziwki osza­lały".

Wszyst­kie ko­biety. Nie tylko le­wi­cowe ak­ty­wistki, jak to było kie­dyś. Zor­ga­ni­zo­wały spo­tka­nie Fa­lo­chro­nów w domu Ce­ci­lii ?ker­lind, jed­nej z naj­bo­gat­szych sta­rych suk z Malmö. Nie wi­dać, żeby się spe­cjal­nie ukry­wały czy chciały zro­bić to po ci­chu, skoro się tak tłum­nie gro­ma­dzą. Na­wet nie są za­ma­sko­wane. Wręcz prze­ciw­nie. Gło­śno roz­ma­wiają, gdy mi­jają ano­ni­mowy sa­mo­chód Willy'ego. Gdyby przy­je­chał tu na mo­to­rze, przy­cią­gnąłby uwagę. Zwy­kle spra­wia mu to przy­jem­ność, ale te­raz by­łoby to nie­po­trzebne.

Ob­ser­wuje je, jak się scho­dzą, jedna po dru­giej. Młode, stare, sa­motne i w pa­rach. Cho­lera, ile ich tu jest? Stwo­rzyły od­nogi głów­nej or­ga­ni­za­cji, czy­tał o tym na fo­rach. Ko­biety łą­czą się w grupy i spi­skują, by pły­nąć na fali, jed­no­cze­śnie ją prze­ła­mu­jąc. Nie bar­dzo ro­zu­mie, o co w ogóle cho­dzi z tymi Fa­lo­chro­nami, ale do­my­śla się, że to zła wia­do­mość dla wszyst­kich męż­czyzn. Wi­dać to także po ko­bie­tach przy­by­łych tu dziś wie­czo­rem. Bo choć róż­nią się od sie­bie wie­kiem, ko­lo­rem skóry i sta­tu­sem spo­łecz­nym, to łą­czy je jedno: cho­dzą z unie­sioną głową. Dumne. Nie­mal agre­sywne.

Willy'ego prze­cho­dzi dreszcz. Nie­długo męż­czyźni będą się bali wy­cho­dzić na mia­sto.

Hells An­gels nie przyj­muje do klubu ko­biet. Willy uważa, że to do­brze. Ko­biety to co naj­wy­żej ich żony, dziew­czyny lub suki do ujeż­dża­nia. Roz­rywka. Przy­dają się do sprzą­ta­nia, bzy­ka­nia, zaj­mo­wa­nia się dziećmi i do­mem. Ko­biety są de­li­katne i spo­kojne, na­to­miast męż­czyźni to żoł­nie­rze. I to prze­cież do­brze, że męż­czyźni i ko­biety róż­nią się od sie­bie. "Do­brze" to mało po­wie­dziane. Rów­no­waga jest po­trzebna. W prze­ciw­nym ra­zie za­pa­no­wałby chaos. Jakby to wy­glą­dało, gdyby każdy... Willy prze­rywa, żeby nie po­my­śleć, że gdyby wszy­scy za­cho­wy­wali się jak męż­czyźni, świat szybko by ru­nął...

Wierci się ner­wowo na fo­telu kie­rowcy. Dra­pie się po szyi. Od­suwa od sie­bie tę na­trętną myśl.

To, co tu się dzieje, jest naj­zwy­czaj­niej w świe­cie dziwne. Spo­gląda w stronę domu, przed któ­rym stoi Ce­ci­lia ?ker­lind, no­bliwa se­niorka, i wita się ze wszyst­kimi. Willy jest pe­wien, że jedna z przy­by­łych tu ko­biet na­leży do grupy od­po­wie­dzial­nej za wy­sła­nie ma­ni­fe­stu do wszyst­kich ser­wi­sów in­for­ma­cyj­nych w tym roku. Ta, która z pew­no­ścią stoi za za­bój­stwami, znana jako Ko­bieta-La­ser. Willy ko­niecz­nie chce się do­wie­dzieć, kim ona jest, ale żeby mu się to udało, musi po­dejść bli­żej. Pod­słu­chać.

Dra­pie go w gar­dle i gło­śno prze­łyka ślinę. Co mu zro­bią, gdy go za­uważą?

Śmieje się sam do sie­bie. Czy on się boi ja­kiejś bandy... la­sek? Nie. Tak, kurwa, nie może być.

Za­biera ze sobą sprzęt do pod­słu­chu i wy­cho­dzi z sa­mo­chodu, gdy ostat­nia ko­bieta znika za drzwiami fron­to­wymi. To luk­su­sowa willa przy naj­droż­szej ulicy w mie­ście. Chyba w cza­sie im­prezy nie włą­cza się alarmu i ta­kich tam?

Willy schyla się i szybko prze­myka przez bramę. Bie­gnie na tył domu, a po­tem dzię­kuje za­równo upa­łowi, jak i swo­jej szczę­śli­wej gwieź­dzie, bo drzwi do ogrodu są uchy­lone, wiele okien rów­nież. Sprzęt do pod­słu­chu nie bę­dzie mu po­trzebny. Musi je­dy­nie stać nie­ru­chomo i uważ­nie słu­chać tego, co się te­raz wy­da­rzy. Krok po kroku zbliża się do od­kry­cia prawdy o tej ta­jem­ni­czej gru­pie. Wkrótce na­prawi świat i uka­rze te pie­przone cipy za to, co zro­biły Eri­kowi.

*

Dwie go­dziny póź­niej jest wku­rzony jak cho­lera. Żadna z za­ło­ży­cie­lek Fa­lo­chro­nów nie po­ja­wiła się na spo­tka­niu. Wy­sko­czyło im coś pil­nego - jak wy­ja­śniła ich wy­słan­niczka - i dla­tego nie mo­gły przyjść. Willy mu­siał prze­cier­pieć całą go­dzinę skraj­nie fe­mi­ni­stycz­nych le­wi­co­wych bredni, za­nim zo­stało to ogło­szone.

Cho­lera ja­sna. Musi wró­cić do kom­pu­tera.

Do punktu wyj­ścia.