Deszcz zaczął powoli kropić, kiedy ciemne, stalowoszare chmury zupełnie zasnuły niebo. Do tej pory Olga żywiła jeszcze cień nadziei, że pogoda jednak się wyklaruje. Przecież nad morzem, podobnie jak w wysokich górach, pod tym względem zawsze można spodziewać się wszystkiego. Trzymała się więc myśli, że płynące po niebie ciężkie chmurzyska, popychane silnymi podmuchami wiatru od strony morza, przejdą w siną dal i na niebie znów zagości słońce. Tym razem jednak tak się nie stało. Pomimo wczesnej pory, bo na zegarku widniała dopiero godzina szesnasta, wokoło zapanowała złowroga ciemność. Oldze zdawało się nawet, że słyszy rozchodzące się w przestrzeni głuche grzmoty, sygnalizujące pierwszą w tym roku burzę. Choć nastał maj, aura wciąż tkwiła gdzieś pomiędzy marcem a kwietniem.
Opatuliła się kocem i narzuciła na głowę kaptur czarnej, dresowej bluzy, którą kupił jej Kornel tuż przed wyjazdem nad morze. Tęskniła za nim i chciała już wrócić do domu. Razem z Katarzyną Sarnecką mieszkały w tym nadmorskim apartamencie od ponad dwóch tygodni, a w planach miały kolejne dwa. Obie nadal nie pracowały po styczniowym wypadku, chociaż każda z innego powodu. I o ile Kaśka nie zamierzała na razie wracać, o tyle Olga nie potrafiła już wysiedzieć w bezczynności. Do zeszłego piątku mieszkały z nimi dziewczynki, jednak w weekend przyjechał Kornel i zabrał je do domu. Ola nie mogła opuścić tylu dni w szkole. Ale obiecała, że zajmie się siostrą najlepiej jak umie, żeby mamie udało się w spokoju odpocząć. Siedząc na wygodnej, podwieszanej huśtawce na balkonie apartamentowca, którego okna wychodziły wprost na sosnowy las i rozpościerające się tuż za nim morze, Olga uśmiechnęła się do siebie. Co tam pogoda. Najważniejsze, że wszyscy byli cali i zdrowi i stanowili kochającą, wspierającą się rodzinę.
Dzwoniący telefon wyrwał ją z zamyślenia. Podniosła go ze szklanego blatu stolika i spojrzała na wyświetlacz. Jej twarz pojaśniała jeszcze bardziej, gdy dostrzegła przychodzące połączenie od męża.
- Hej, skarbie - odezwała się ciepło, miękko i z tęsknotą. Pomimo że Kornel wyjechał dopiero dwa dni temu, ona już nie mogła się doczekać, kiedy znów go zobaczy.
- Jak tam u was? - zapytał niskim głosem.
- Dobrze, tylko pogoda kiepska - odpowiedziała, poprawiając koc, który zsunął jej się z kolan. - Nie wiem, czy jest sens, żebyśmy tyle tu siedziały, jeżeli przez cały tydzień ma padać. Może po prostu wrócimy do domu? - rzuciła propozycję, z nadzieją, że Kornel przyjmie ją z entuzjazmem.
- Ani mi się waż! - odparł groźnie. - Nie pamiętasz już, co powiedział lekarz? Zmiana klimatu i otoczenia, odpoczynek, relaks i czas dla siebie, i to minimum przez miesiąc.
- Tak, ale... - Próbowała podjąć jeszcze jedną próbę, ale nie dał jej dokończyć.
- Nie, Olga - zaoponował może nieco zbyt chłodno. - Umawialiśmy się, że wrócisz do pracy dopiero w czerwcu, a do tego czasu będziesz grzeczną pacjentką. Czy nie to obiecałaś mi przed wyjazdem...? - Zawiesił głos.
- Tak. Właśnie to obiecałam ci przed wyjazdem - przyznała zrezygnowana.
- No, a obietnic należy dotrzymywać, czyż nie? - Wymusił na niej kolejne przyznanie mu racji.
- Oj, przestań już - zirytowała się. - Co u dziewczynek?
- Wszystko dobrze. - Zbył jej pytanie jakimś kurtuazyjnym frazesem, co znów niezbyt jej się spodobało. - A co u was? Jak się czujesz? Nic cię nie boli?
Przewróciła oczami, starając się nie dotykać rany na piersi. Oczywiście, że ją bolała. Zwłaszcza w wilgotne, pochmurne dni, kiedy wiał wiatr, a nieba nie rozświetlały promienie słońca, by przynieść radość i nadzieję. Ale nie chciała się na tym koncentrować. Nie chciała traktować siebie jak pacjentki, nie chciała myśleć o tym, że jeszcze niedawno leżała na onkologii i przeszła zabieg wycięcia guza. Nie chciała wspominać tego, co czuła, czekając na wyniki kolejnej biopsji, ponieważ pierwsza dała niejednolity wynik. Nie chciała pamiętać innych kobiet z tego samego oddziału, które przechodziły przez dużo większe piekło, które traciły nie tylko całe piersi, włosy i radość w oczach, ale i nadzieję na to, że kiedyś będzie dobrze. Nie chciała pamiętać Wiktorii, dwudziestopięcioletniej dziewczyny, która zmarła na raka, leżąc na łóżku niedaleko Olgi. Zacisnęła mocno oczy, by odgonić od siebie widok jej płaczącego męża, trzymającego na rękach bliźniaczki, zbyt małe, żeby pojąć, że ich dzieciństwo właśnie się skończyło. Westchnęła ciężko, a pod jej powiekami po raz setny lub może nawet tysięczny pojawiły się łzy na wspomnienie tej sceny.
- Olga? - zaniepokoił się Kornel. - Jesteś tam?
- Tak. Wszystko dobrze. Mam jakieś zakłócenia na łączach przez ten wiatr - skłamała i poprawiła kaptur, który zsunął jej się z głowy. Mimo zimna nie zdecydowała się wracać do apartamentu.
Nie potrafiła być szczera z mężem w tej sprawie. Od samego początku, od dnia, w którym wykryła u siebie guz w piersi, cały czas okłamywała Kornela. Udawała, że jest dzielna, że wierzy, iż to nic takiego, że w ogóle się tym nie martwi, bo przecież lekarze przed operacją potwierdzili, iż na dziewięćdziesiąt procent to jest niegroźna zmiana, a więc nic jej nie będzie. Ale prawda była zupełnie inna. Olgę trzymało permanentne przerażenie. Nawet teraz, kiedy już wiedziała, że nic jej nie grozi, cały czas czuła ten przeszywający lęk. A co, jeżeli lekarze się pomylili? Co, jeżeli znów wykryje u siebie guz i ten nie okaże się już taki niegroźny? Co, jeżeli umrze, tak jak Wiktoria, i jej dzieci będą wychowywały się bez mamy?
- Kornel, ja muszę już wrócić do pracy - powiedziała w końcu zdecydowanym tonem. - Zwariuję bez zajęcia. Ty nie wiesz, jak to jest, tak po prostu siedzieć i nic nie robić. Człowiek pogrąża się we własnych myślach i te myśli często prowadzą go w rejony, w których wcale nie chce się znaleźć - wyznała tylko tyle, ile mogła, chcąc być w miarę szczera, ale nie informować o swoich prawdziwych lękach.
- Co? - Kornel rzucił jakby w przestrzeń, a nie do słuchawki. - Co ty mówisz?
- Jak to: co mówię? Mówię, że chcę wrócić do pracy! - powtórzyła, mając nadzieję, że tym razem nie potraktuje jej jak ubezwłasnowolnionej histeryczki, która nie może o sobie decydować.
- To nie do ciebie. Mówiłem do Mirka, bo zaskoczył mnie nową sprawą - wyjaśnił i zamilkł.
Wiedziała, że właśnie do niego dotarło, iż nie powinien jej tego oznajmiać. Nowa szokująca sprawa była zdecydowanie tym, co mogło spowodować, że Olga, nie zważając na zdanie męża, lekarza i własnego rozsądku, wsiądzie w auto i przyjedzie do Jeleniej, by się nią zająć. Właściwie już by to zrobiła, gdyby nie fakt, że Kornel nie zostawił jej samochodu.
- To nic takiego. Nudy - zapewnił ją. - Po prostu źle coś usłyszałem i musiałem dopytać. Ale to standardowa sprawa. Nic, co by cię zainteresowało. No dobrze, kochanie, muszę już kończyć. Obowiązki wzywają.
- Kornel, ale...
- Zdzwonimy się wieczorkiem, dobrze? Buziaki i wypoczywaj. Nie mamy szans na co dzień przebywać w tak pięknym miejscu za tak małe pieniądze. Kocham cię - dodał i się rozłączył.
Olga westchnęła ciężko. Ileż by dała, aby teraz w Jeleniej przesłuchiwać świadków i tropić przestępców... Apartament, w którym mieszkały obecnie z Kaśką, faktycznie jawił się niemal niczym oaza luksusu, ale ona miała już tego luksusu powyżej dziurek w nosie. Chciała wrócić do swojego domu, łóżka i rodziny. Chciała znowu poczuć się sobą. Ale jeszcze nie mogła.
Spojrzała na piękny sosnowy las rosnący tuż za przeszkloną barierką tarasu. Próbowała się wyciszyć, nie zgadywać, czego mogła dotyczyć zgłoszona przez Mirka sprawa, i zrelaksować się na tyle, na ile to możliwe. Całe szczęście, że deszcz przestawał padać i być może wieczorem, o ile wiatr też nieco ucichnie, wybiorą się z Kaśką na spacer na plażę. Do głowy przyszła jej właśnie kolejna niepokojąca myśl. Kaśka wyszła sama dwie godziny temu i pomimo nagłego pogorszenia pogody do tej pory nie wróciła.
- Ogarnij się, Balicka! - zganiła na głos samą siebie i wstała z obszernego podwieszanego fotela. Chwyciła w ręce pusty talerz i kubek po herbacie i zaniosła je do zmywarki w aneksie kuchennym. - Nie wszystko ma wydźwięk kryminalny. - Nadal rozmawiała sama ze sobą. - Niektórzy po prostu lubią spacerować. Nawet kiedy jest brzydka pogoda.
Włączyła zmywarkę pełną brudnych naczyń i jeszcze raz spojrzała w stronę tarasu. Może i nie padało, ale nadal było ciemno, złowrogo i nieprzyjemnie. Skoro nie miała niczego innego do roboty, postanowiła położyć się do łóżka na kolejną już w tym tygodniu popołudniową drzemkę. Może kiedy zaśnie, czas zleci jej szybciej...