Faktor XX. Jak pracujące kobiety tworzą nowe społeczeństwo - Alison Wolf

-
Proszę czekać

WPROWADZENIE

Pewnego ranka w 1802 roku Jane Austen dokonała niezwykłego, oszałamiająco wręcz odważnego czynu. Zerwała zaręczyny.

Poprzedniego wieczoru zamożny młody człowiek Harris Bigg-Wither zaproponował jej małżeństwo, a ona powiedziała "tak". Szanse dwudziestosiedmioletniej wówczas Jane na otrzymanie kolejnej podobnej propozycji były znikome; z drugiej strony nie miała żadnego niezależnego dochodu. Owego grudniowego poranka całkowicie świadomie zrezygnowała ze wszystkiego, co zapewniało ówczesnym kobietom bezpieczeństwo oraz pozycję w społeczeństwie, a mianowicie z małżeństwa i posiadania potomstwa.

Staropanieństwo oznaczało życie spędzone w cudzych domach i uzależnienie od dobrej woli gospodarzy[1]. Gdyby Jane Austen dożyła podeszłego wieku, nie mogłaby liczyć na opiekę dzieci. Byłaby samotną kobietą w społeczeństwie, w którym nie istniały państwowa emerytura, ubezpieczenie zdrowotne ani zasiłki. Wybrała los, jakiego obawiano się wówczas najbardziej: los bezdzietnej starej panny.

Co więcej, jej położenie nie było wyjątkowe. I doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Przez niezliczone stulecia od zarania ludzkości taki właśnie los przypadał w udziale kobietom.

Dziś, zaledwie osiem pokoleń później, pracujące kobiety, które należą do elity społecznej, z trudem potrafią wyobrazić sobie podobne obawy i rozterki. W Czynniku XX opowiadam o tej siedemdziesięciomilionowej grupie (a liczba ta rośnie z dnia na dzień) stanowiącej prawdziwą siłę we współczesnym świecie. Piszę o życiu tych kobiet i decyzjach, jakie muszą podejmować. Stojące przed nimi możliwości są inne niż w epoce Jane Austen, nie tak ograniczone, niemniej wybory, jakich przychodzi im dokonywać, trudno nazwać łatwymi. Moja książka mówi również o tym, jak wielki i wciąż rosnący wpływ wywierają miliony wykształconych specjalistek na wszystkie aspekty życia społecznego.

To także książka o kobietach wywodzących się w linii prostej od Jane Austen i postaci przez nią stworzonych. Kobiety z Czynnika XX są jak bohaterki jej powieści - inteligentne i wykształcone. Nie doskwiera im bieda i odnoszą sukcesy życiowe, lecz nie są wyjątkowo bogate. Jak rodzina Elizabeth Bennet z Dumy i uprzedzenia, obracają się w kręgach, do których należą bankierzy z City, kupcy i duchowni, i jak w rodzinie samej Jane Austen ich świat zaludniają przedstawiciele zawodów wymagających wysokich kwalifikacji, jak prawnicy czy oficerowie marynarki, a także przedsiębiorcy i posiadacze nieruchomości.

Najbardziej rzucająca się w oczy różnica między światem Austen a naszym jest także najbardziej doniosła. Dziś kobiety wykonują zawody będące niegdyś domeną ich mężów, braci, synów i ojców. Są prawniczkami i pastorkami, pracują w bankach i prowadzą firmy. W krajach rozwiniętych pracują w zawodach wymagających szczególnych kwalifikacji lub zajmują się biznesem równie często jak mężczyźni, a w młodszych grupach robią to na równych prawach.

W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku powolna transformacja rynku pracy nagle nabrała szybszego tempa. Zachowania i oczekiwania kobiet ewoluowały, w miarę jak otwierały przed nimi swe podwoje ośrodki elitarnej edukacji, zmieniały się możliwości zatrudnienia oraz struktura rodziny. Nie bez znaczenia było także pojawienie się pigułki antykoncepcyjnej. Dopiero teraz, spoglądając wstecz, możemy dostrzec gruntowne różnice między życiem współczesnych kobiet a życiem pokolenia ich babek.

Powoli zaczyna do nas docierać, jak daleko poza sferę miejsca pracy sięga wpływ tych zmian. Stopniowe, lecz nieodwracalne przenikanie kobiet do światowej elity odmienia codzienne życie i pracę zarówno mężczyzn, jak i kobiet. Zmienia także ich życie osobiste. W niektórych przypadkach dostrzegamy te zmiany, w wielu innych, jak wykazuje moja książka, udokumentowane fakty przeczą wrażeniom obserwatorów. Umyka nam jedno: choć przez większą część dziejów ludzkości mówienie o "kobietach" en masse miało sens, w dzisiejszych czasach jest tego sensu pozbawione.

Wcześniej życie wszystkich kobiet, biednych i bogatych, było zdominowane przez te same doświadczenia i te same konieczności. Dziś elita doskonale wykształconych kobiet stała się odrębną klasą. Nie chodzi jednak o to, że te wykształcone kobiety, biznesmenki i posiadaczki tytułów naukowych, górne 15 czy 20 procent wszystkich pracujących kobiet w krajach rozwiniętych, odseparowały się od mężczyzn. Przeciwnie, współcześnie częściej niż kiedykolwiek wcześniej odgrywają męskie role w rodzinie. Oddaliły się za to od innych kobiet.

Szczęśliwe pokolenia

Ta "nowa klasa" kobiet wykrystalizowała się i stała się tak liczna w ciągu zaledwie trzydziestu czy czterdziestu ostatnich lat. Przedtem przez całe tysiąclecia niemal żadna kobieta nie miała szansy na prowadzenie pełnej, trwającej całe życie kariery zawodowej. W mojej rodzinie taką możliwość zyskały właśnie kobiety z mojego pokolenia. A jednak dopiero pisząc tę książkę, zdałam sobie sprawę, jak wyjątkową grupę stanowimy z punktu widzenia historii i w jak dużym stopniu moje własne życie wpisuje się w tę zbiorową narrację.

Dorastałam w dostatniej i spokojnej południowej Anglii. Uczyłam się w żeńskiej szkole średniej, gdzie za oczywiste uważano, iż wszystkie będziemy kontynuować edukację. Kilka moich koleżanek z klasy zajęło się pielęgniarstwem. Równie niewielka liczba rozpoczęła naukę w seminariach nauczycielskich. Reszta zdecydowała się na prawdziwe studia akademickie na wyższych uczelniach.

W pewnym momencie uświadomiłam sobie, jak nowe było to zjawisko. Moi dziadkowie przerwali naukę, by podjąć pracę we wczesnym wieku nastoletnim. Rodzice ukończyli szkoły średnie, nie mieli jednak możliwości kontynuowania edukacji na uniwersytetach, a ja i moja siostra mamy dyplomy wyższych uczelni. Jak w przypadku milionów innych kobiet żyjących w XX wieku w czasach powojennych, byłyśmy pierwszym pokoleniem z wyższym wykształceniem w naszej rodzinie. Ale ponieważ w mojej szkole i w moim środowisku było to czymś normalnym, dopiero wiele lat później zdałam sobie sprawę, jak niewiele kobiet nawet w naszym pokoleniu baby boomers miało dyplomy naukowe i jak niewiele uzyskało je wcześniej.

Moja siostra i ja byłyśmy w naszej rodzinie pierwszymi absolwentkami wyższej uczelni, lecz jako matki zwyczajnie uznałyśmy za oczywiste, że nasze dzieci ukończą - muszą ukończyć - studia wyższe. Dziś, w przeciwieństwie do czasów mojego dzieciństwa, uznaje się za pewnik, że dziecko z przeciętnie zamożnej rodziny, niezależnie od płci, będzie studiować. Gwałtowny wzrost liczby studentów okazał się pod wieloma względami korzystny dla kobiet, lecz równie ważny był dostęp do najlepszych ośrodków edukacyjnych. W istocie, jak staram się wykazać w tej książce, to jeden z najważniejszych elementów spośród tych, które przyczyniły się do powstania prawdziwie koedukacyjnej elity, zwłaszcza młodszego pokolenia.

Studiowałam na Uniwersytecie Oksfordzkim, w żeńskim kolegium (jednym z kilku), Somerville. Wiedziałam, rzecz jasna, że Oksford w moich czasach oferował znacznie mniej miejsc kobietom niż mężczyznom. Nie miałam jednak pojęcia, a zapewne nigdy nie przyszło mi to na myśl, że to samo dotyczy wielkich uniwersytetów amerykańskiej Ligi Bluszczowej - Harvardu, Yale, Princeton (znałam tylko te trzy). Choć wcale by mnie to nie zdziwiło. Tak właśnie wyglądało życie.

Jednak płyty tektoniczne zaczęły się przesuwać. Ja i moje rówieśnice miałyśmy otwartą drogę do wszystkich prestiżowych zawodów, które jeszcze niewiele wcześniej były zamknięte przed wykształconymi kobietami. A Oksford stanowił mikrokosmos zmian. Jedno po drugim męskie kolegia zaczęły przyjmować kobiety i stopniowo liczba studentek i studentów się wyrównała. Podobnie były zmuszone postąpić kolegia żeńskie.

Moje kolegium, Somerville, zaczęło przyjmować męskich studentów w 1994 roku. Zadecydowały o tym dwa powody: po pierwsze żeńskie kolegia traciły najlepsze studentki na rzecz kolegiów koedukacyjnych, a po drugie ich członkinie nie mogły ubiegać się o udział we władzach uniwersyteckich, gdzie w owym czasie zaczęto wymagać równego traktowania płci. Innymi słowy, zmiana nastąpiła w odpowiedzi na nowe wartości społeczne chronione przez prawo, a także racjonalne decyzje ambitnych młodych kobiet. Oba te czynniki były ważne i oba - jak zobaczymy w tej książce - są kluczowe dla zrozumienia naszego współczesnego świata.

Choć jako dwudziestolatka nie wiedziałam, że wkrótce przyjęty zostanie nowy model kształcenia uniwersyteckiego, zmiany zachodzące w miejscach pracy stanowiły osobną kwestię. Wychowałam się w świecie, w którym matki zostawały w domu. Pamiętam, że w moich wczesnych nastoletnich latach byłam całkiem przekonana, że przestanę pracować, gdy moje dzieci, jeśli będę je mieć, będą małe. Tak właśnie postępowali wszyscy ludzie, a raczej wszystkie kobiety. To było normalne. Jednak dekadę później postąpiłam inaczej.

Wracając do pracy tuż po urodzeniu dziecka, zrobiłam coś całkiem nowego, co jednak wkrótce miało stać się zupełnie naturalnym wyborem dla kobiet z wyższym wykształceniem. Pod innymi względami byłam swego rodzaju reliktem. Poza mną tylko jedna z moich rówieśniczek wyszła za mąż pod koniec ostatniego roku studiów, zaraz po uzyskaniu dyplomu, co było coraz rzadziej spotykane (jednak w moim przypadku doskonale się sprawdziło). Wcześnie także zaszłam w ciążę, dlatego moje dzieci są znacznie starsze niż większość pociech moich rówieśników. Nie byłam bardzo młodą matką pod względem biologicznym czy w porównaniu z poprzednimi pokoleniami, ale urodziłam dzieci w tym samym wieku, co moja matka. Dla miejskiego kręgu osób wykształconych, w którym się obracałam, było to nietypowe, chociaż dla małomiasteczkowego środowiska, z jakiego wywodziła się moja mama, było w pełni naturalne. To jedna z bardzo niewielu sytuacji, gdy całkiem mimowolnie postąpiłam sprzecznie z rodzącymi się trendami.

Dziś wykształcone kobiety wychodzą za mąż znacznie później, jeżeli w ogóle, i znacznie później rodzą też dzieci, jeżeli w ogóle je mają, a jednym z powodów jest wielka rewolucja lat sześćdziesiątych XX wieku. Nie rewolta studencka, lecz pigułka antykoncepcyjna. Te z nas, które weszły w dorosłość w epoce po wynalezieniu pigułki, żyją po drugiej stronie przepaści, która oddziela je od wszystkich poprzednich pokoleń. Seks może być bezpieczny. Możemy się odprężyć. Kobiety mogą uniknąć niepożądanej ciąży - całkowicie, bezpiecznie i samodzielnie. Co nie dziwi, zachowania seksualne także się zmieniły, a jedną z konsekwencji jest odkładanie zamążpójścia na później.

Moja generacja zdawała sobie sprawę z dokonujących się przemian. Niektóre osoby dołączały do komun i lansowały "wolną miłość" oraz seks z wieloma partnerami. Mnóstwo dziewczyn wchodziło w poważne relacje z kolejnymi chłopakami, z którymi sypiało, czego ich matki nigdy by nie zrobiły, zresztą nie miały takiej możliwości. Znałam trochę osób z pierwszej grupy i sporo z tej drugiej; pisywałam artykuły o seksie i aborcji do naszej gazetki studenckiej. I byłam całkiem świadoma, że świat fascynuje się tą tematyką. (Seks, studentki plus Oksford to prawdziwy samograj).

Okazałyśmy się znacznie mniej spostrzegawcze, gdy chodziło o zmieniający się obraz małżeństwa i rodziny. Większość z nas zakładała, że wyjdzie za mąż. W istocie nie dostrzegałyśmy tak silnego konfliktu między karierą zawodową i posiadaniem rodziny, jak starsze, często samotne kobiety, które uczyły nas w szkole średniej, oraz starsze, często samotne kobiety, wykładające na uniwersytecie.

Jednak po ukończeniu studiów weszłyśmy w świat, w którym - całkiem niespodziewanie - modele rodzicielstwa i małżeństwa miały się zmienić dla wszystkich, chociaż dla tych na szczycie "drabiny dochodów" w całkiem inny sposób niż dla tych na dole. Coraz więcej współczesnych kobiet i mężczyzn rezygnuje z małżeństwa albo z dzieci, albo z jednego i drugiego, chociaż kiedyś nikomu by to przez myśl nie przeszło.

Jak się przekonamy, nie chodzi tylko o to, że mężczyźni mogą mieć wszystko - karierę i rodzinę - a kobiety nie[2]. Ale dla najlepiej wykształconych kobiet korzyści płynące z pracy zawodowej wzrosły, a jednocześnie zwiększyło się ryzyko związane z rezygnacją z pracy. Mężczyźni i kobiety podejmują dziś całkowicie racjonalne decyzje, które różnią się od wyborów ich rodziców czy dziadków, ponieważ otwierają się przed nimi inne niż kiedyś możliwości dotyczące wykształcenia, zawodu i życia społecznego. W rezultacie styl życia wielu z tych osób po ukończeniu czterdziestego roku życia jest odmienny od tego, co wyobrażali sobie w wieku nastoletnim, kiedy sądzili, że będą prowadzić życie małżeńskie i wychowywać dwoje dzieci.

Moje pokolenie nie przewidziało tej sytuacji. Choć naturalnie jako studenci czy młodzi absolwenci nie ocenialiśmy i nie potrafilibyśmy ocenić tego, co działo się ze społeczeństwem jako całością. Normalne dla nas było to, co robiliśmy jako uprzywilejowana podgrupa. Mogło to być to samo, co robiła reszta społeczeństwa, lub nie. Okazało się, że postępowaliśmy inaczej niż pozostali.

Koniec pokrewieństwa losów

Począwszy od lat siedemdziesiątych XX stulecia, zajmujemy się badaniem społeczeństwa na niespotykaną wcześniej skalę. Dane statystyczne, szybkość przetwarzania informacji, liczba publikacji akademickich - wszystko to przyniosło w ostatnim półwieczu istny potop badań empirycznych, które chętnie podejmują tematykę kobiecą. Pisząc tę książkę, miałam do dyspozycji bardzo szeroki zakres materiałów i danych udostępnionych i powszechnie wykorzystywanych w domenie publicznej. (Jedynym wyjątkiem jest rozdział o seksie - większość prezentowanych w nim analiz ukazuje się po raz pierwszy).

Wykorzystałam ten zasób materiałów, aby zbadać, czy wszystkie współczesne kobiety zachowują się podobnie, czy też w ich postępowaniu dają się zauważyć znaczące różnice. Dane te wykazują raz po raz, że dzisiejsze kobiety bardzo się od siebie różnią nie tylko pod względem kariery zawodowej, modelu rodziny i codziennych zajęć, lecz nawet życia intymnego. Co więcej, różnice są wyraźnie powiązane z tym, czy kobiety należą, czy też nie, do dzisiejszych elit z racji wykształcenia i zawodu.

Byłam zdziwiona, że tego rodzaju porównań nie robiono częściej. Ale kobiety na ogół traktuje się jako jedną, homogeniczną grupę i mówi się o nich w taki sposób, jakby łączyła je wspólnota interesów. Robią tak nawet feministki i medialni komentatorzy wyspecjalizowani w sprawach kobiet. Słychać dyskusje o zarobkach kobiet ("brak równości"), ich preferencjach wyborczych ("poglądy liberalne") i opiniach na ten czy inny temat. Znacznie rzadziej dokonuje się porównań różnych grup kobiet.

Przez ogromną część historii ludzkości było to dość zrozumiałe. Blisko sto lat po Jane Austen Rudyard Kipling pisał w zbiorze poezji The Barrack Room Ballads:

Żona pułkownika i Judy O'Grady

Są w głębi duszy siostrami!

W czasach Kiplinga te słowa opisywały rzeczywistość. O mężczyznach nigdy nie dało się powiedzieć czegoś podobnego. Kobiety mogły należeć do elity lub biedoty, mogły być Irlandkami lub Hinduskami, ale ich aspiracje miały dość ograniczony charakter, gdyż dotyczyły małżeństwa i macierzyństwa. Mogły wyjść za mąż dobrze lub źle. Mogły urodzić dzieci, które je potem utrzymywały (jeśli dożyły dorosłości), albo nie. Te zdarzenia zawsze decydowały, jak się potoczą kobiece losy.

We współczesnych społeczeństwach postindustrialnych zmieniło się życie wszystkich, lecz kobiet w szczególności, ponieważ przeważająca ich część w krajach rozwiniętych może utrzymać się samodzielnie. Zarabiają i cieszą się niezależnością, bez względu na to, czy są niezamężne lub rozwiedzione, co było nie do pomyślenia w czasach Jane Austen. Większość rozwiniętych społeczeństw wspiera także ubogie samotne matki, przez co państwo w pewnym sensie zastępuje ich mężów.

Niemniej dla znaczącej większości kobiet to dzieci i rodzina, a nie kariera i praca zawodowa, stanowią centrum życia, jak było i dawniej. Gros osób, w tym także kobiet, pracuje, by żyć, a nie żyje, by pracować. W rezultacie wyłoniły się dwie całkiem odmienne grupy kobiet. Większa grupa hołduje konserwatywnym wyborom, również gdy chodzi o wykonywane zawody: są to mianowicie zajęcia, które tradycyjnie pozostają domeną płci pięknej. Pozostałe kobiety zaś, stanowiące elitę, upodobniły się do swoich kolegów. Podejmują takie same decyzje zawodowe, pracują w tych samych miejscach - co pociąga za sobą, jak się przekonamy, zarówno przewidywalne, jak i nieprzewidywalne skutki. Wiążą się także z podobnymi sobie mężczyznami.

Dziś kobiety o wyższym wykształceniu, zajmujące wysokie stanowiska (15 lub 20 procent wszystkich pań) nie tylko wykonują inne zawody niż reszta kobiet, lecz także prezentują całkiem inne modele pracy na przestrzeni całego życia. Od reszty pań odróżniają się tym, kiedy i jak dużo pracują. Wybierają również inne modele małżeństwa i macierzyństwa. Odsetek rozwodów w tej grupie też kształtuje się odmiennie. Te kobiety inaczej wychowują dzieci, inaczej prowadzą dom.

W swojej książce chcę pokazać, że wszystkie te zmiany są ze sobą połączone. Od otwarcia rynku pracy i stojącą za przemianą tego rynku ideą równości wiedzie prosta droga do świata, w którym coraz więcej absolwentek szkół wyższych pozostaje bezdzietnych i w którym wciąż rośnie popyt na opiekunki do dzieci. To świat, w którym określenie "klasa próżniacza" brzmi żartobliwie, ale tylko dla członków górnych warstw, i gdzie dawny kobiecy altruizm jest blednącym wspomnieniem. To także prosta droga do nowego stulecia, w którym zmiany zachodzą znacznie szybciej w krajach rozwijających się, niż kiedykolwiek zachodziły w moim własnym kraju. I do świata, gdzie połowa kobiet miliarderek, zawdzięczających majątek własnej pracy, mieszka w Chinach.

Teraz zdaję sobie sprawę, że moje pokolenie było pokoleniem przejściowym. Ja zawsze pracowałam; moja wykształcona matka zrezygnowała z pracy zarobkowej po ślubie, podejmując ją na nowo, gdy jej dzieci ukończyły szkołę. Moja siostra i ja zatrudniałyśmy nianie; moim rodzicom nigdy nie przyszłoby to do głowy. Zawsze pracowałam w instytucjach - na wyższych uczelniach, w urzędach państwowych, instytutach badawczych i komisjach eksperckich - gdzie normalne było to, że kobiety bywają przełożonymi, a mężczyźni podwładnymi. Obecność zarówno kobiet, jak i mężczyzn na spotkaniach, w których brałam udział, uznawałam za coś całkiem oczywistego.

Jest wiele osób podobnych do mnie, takich jak moja agentka, moje wydawczynie i redaktorki - bo w większości są to panie - i odnoszące sukcesy zawodowe kobiety, z którymi przeprowadzałam rozmowy przed napisaniem tej książki. Według moich szacunków na początku XXI wieku było nas na świecie 62 miliony. Mam na myśli wysoko wykwalifikowane kobiety z górnego kwintyla, należące do kadry zarządzającej wyższego stopnia lub kierujące dużymi firmami, i te, które pod względem zarobków zaliczają się do elity swych krajów. W chwili publikacji tej książki ich liczba sięga już 70 milionów i wciąż rośnie[3]. Powstaje masa krytyczna.

Jednocześnie jest to całkiem nowe zjawisko.

Zaczęliśmy od Jane Austen, która żyła zaledwie kilka pokoleń temu. "Ma imię na cześć Emmy", powiedziała niedawno moja znajoma, mówiąc o swej czarującej, rezolutnej dziesięcioletniej córce. "To moja ulubiona bohaterka Austen". Kobiety w książkach Jane Austen wyraźnie przypominają matkę tej współczesnej Emmy. Należą do zamożnej warstwy społeczeństwa, są pewne siebie, wykształcone, mówią bez ogródek, co myślą; stają przed trudnymi wyborami, podejmują decyzje, których niekiedy żałują. Utożsamiamy się z nimi. W istocie jednak ich życie było niewyobrażalnie wręcz odmienne od naszego. Dokonując wyborów, powielały zachowania kobiet, które żyły przed nimi na przestrzeni wieków. Współczesne kobiety, należące do elity, postępują zupełnie inaczej. Aby zilustrować ogrom i tempo zmian, zacznijmy od omówienia sylwetek Hillary Clinton, Margaret Thatcher oraz pierwszej brytyjskiej członkini parlamentu, bajecznie bogatej Amerykanki, Nancy Astor[4].

1 KONIEC Z TYM: ZERWANIE SIOSTRZANEJ WIĘZI

Na początku XX wieku Nancy Astor była jaśniejącą gwiazdą świata polityki. W 1979 roku Margaret Thatcher, zwana Żelazną Damą, została pierwszą kobietą premierem Wielkiej Brytanii i ikoną kilku kolejnych dekad. Z początkiem nowego wieku Hillary Clinton przegrała z Barackiem Obamą walkę o nominację prezydencką w prawyborach Partii Demokratycznej.

Trzy kobiety. Trzy kariery. Stanowią one tło tej książki i tło minionego stulecia, kiedy to życie wykształconych kobiet uległo tak wielkiemu przeistoczeniu. Astor, Thatcher i Clinton przenoszą nas ze starego świata do świata, który wciąż jest całkiem nowy. Porażka Clinton z kolei jest tak samo istotna dla tej opowieści, jak triumfy Astor czy Thatcher.

Nancy Astor, Amerykanka urodzona w Wirginii w 1879 roku, poślubiła jednego z najbogatszych ludzi na świecie, Waldorfa Astora. Zasłynęła jako pierwsza kobieta, która weszła do brytyjskiego parlamentu, a także jako organizatorka spotkań socjety i gorąca zwolenniczka reform społecznych. W 1919 roku została członkinią parlamentu, zaledwie dwanaście lat po tym jak w Finlandii pierwsze na świecie kobiety weszły w skład organów ustawodawczych. Udało jej się utrzymać mandat z trudnego okręgu przez dwadzieścia pięć lat, w okresie wielkiego kryzysu, podczas ośmiu kampanii wyborów powszechnych. Kiedy umierała, trwała wojna w Wietnamie, a swingujący Londyn powoli odchodził do lamusa. Jednak żaden z wymienionych wcześniej sukcesów nie stałby się udziałem Nancy, gdyby nie oszałamiająca uroda jej starszej siostry.

Ojciec Nancy, Chillie Langhorne, pochodził z południa Stanów Zjednoczonych. Zbił majątek po wojnie secesyjnej jako pośrednik zapewniający robotników do prac przy budowie linii kolejowych, a jego piękna córka Irene została "królową balu". Dlatego - i tylko dlatego - cała rodzina weszła do "lepszego" towarzystwa, początkowo nowojorskiego, później europejskiego.

White Sulphur Springs to miejscowość uzdrowiskowa z gorącymi źródłami, położona w Paśmie Błękitnym Apallachów w stanie Wirginia. Przed wojną secesyjną i także po niej stanowiła centrum "rynku matrymonialnego" na południu Stanów Zjednoczonych. "Pojechać do Springs, zatańczyć w pierwszej parze na balu maskowym, [...] zostać królową piękności, to była jedyna życiowa ambicja godna debiutantki z Południa [...]. Pojawienie się na balu mogło całkiem zmienić twoje życie", opowiada cioteczny prawnuk Irene[1]. Dzięki swojej urodzie Irene Langhorne została nie tylko królową balów w Wirginii, lecz także jedną z czterech królowych piękności w całej Ameryce. Spotkał ją też zaszczyt prowadzenia Wielkiego Marszu na nowojorskim Balu Patriarchów, dorocznym wielkim wydarzeniu wieku pozłacanego, jak nazywany jest w historii Stanów Zjednoczonych okres po wojnie secesyjnej[2]. W 1893 roku było to równoznaczne z wejściem w poczet gwiazd. Awans, który był przede wszystkim zasługą wdzięków Irene, sprawił, że jej młodsze siostry, w tym Nancy, weszły do najlepszych kręgów towarzyskich Nowego Jorku i Europy, co zapewniło im znacznie większy i bogatszy wybór kandydatów na potencjalnych mężów[3].

W 1964 roku, kiedy zmarła Nancy, inną deputowaną do parlamentu dzieliło zaledwie jedenaście lat od objęcia przywództwa brytyjskiej Partii Konserwatywnej. Margaret Thatcher była z wykształcenia chemiczką, z zawodu zaś prawniczką. I już od pięciu lat zasiadała w Izbie Gmin, z czasem zaś miała jako pierwsza kobieta objąć premierostwo Wielkiej Brytanii oraz stać się najdłużej urzędującym brytyjskim szefem rządu w XX wieku. Ojciec Margaret prowadził niewielki sklepik w nijakim prowincjonalnym miasteczku. Jej jedyna siostra była skromną żoną farmera. Życie Margaret odmieniło się jednak nie dzięki balom, lecz dzięki stypendium naukowemu Uniwersytetu Oksfordzkiego.

Dlaczego wybrałam Hillary Clinton na trzecią kluczową postać? Dlaczego prawybory Partii Demokratycznej w 2008 roku były tak ważne? Ze względu na powód przegranej Clinton.

Hillary Clinton startowała w prawyborach swej partii jako faworytka. Cieszyła się silnym poparciem ze strony aktywnych zawodowo kobiet i na równi z Barackiem Obamą zyskała uznanie młodzieży z wykształceniem średnim. Najważniejsze jednak okazały się głosy studentów college'ów, wśród których kobiety stanowią wyraźną większość. Ci młodzi stawili się tłumnie przy urnach, w przeciwieństwie do ich niestudiujących kolegów. Jak zauważyła Elizabeth Cline w "The New Republic": "kobieca siła przemówiła"[4]. Nie opowiedziała się jednak po stronie Clinton, lecz za Obamą.

Pokonanie Hillary Clinton przez Baracka Obamę było decydującym momentem dla współczesnych kobiet sukcesu. Nie dlatego, że kobieta miała okazję zaprezentować się jako kandydatka na prezydenta Stanów Zjednoczonych, lecz dlatego, że ostatecznie o wyniku prawyborów zdecydowały głosy konkretnej grupy kobiet, które nie uważały, by płeć kandydata miała jakiekolwiek znaczenie.

Dla wielu współczesnych dziewcząt bycie kobietą wcale nie jest najważniejszym aspektem ich życia. Płeć nie określa ich losu, jak definiowała przeznaczenie wszystkich kobiet we wcześniejszych wiekach czy tych urodzonych stosunkowo niedawno, jak Nancy Astor i jej siostry. W prawyborach z 2008 roku studenci, zarówno mężczyźni, jak i kobiety, opowiedzieli się za zmianą, jaką obiecywał im Obama. Innymi słowy, można uznać, że współczesne studentki nie sądzą, by sam fakt, że kandydatka jest kobietą, stanowił wystarczający powód, żeby na nią głosować.

Edukacja otwiera dziś kobietom wiele drzwi, tak jak było to w przypadku Margaret Thatcher. Odnoszą sukcesy. Coraz więcej z nich zdobywa tytuły magistra, pracuje na stanowiskach kierowniczych i eksperckich w świecie, w którym mogą wykonywać niemal każdy zawód, a ich zarobki osiągają pułap, jaki do niedawna wydawał się niewyobrażalny.

Stanowią jednak mniejszość. Najwyżej około jednej piątej dorosłej populacji kobiet można bezsprzecznie zaliczyć do tej grupy, w której wyższe wykształcenie idzie w parze z prestiżowym zawodem i wysokimi zarobkami. Z drugiej strony wykształceni, dobrze zarabiający pracownicy płci męskiej również stanowią jedynie około 15 procent wszystkich mężczyzn w krajach rozwiniętych, a w krajach rozwijających się jest ich znacznie mniej[5].

Feministki mówiły kiedyś o "siostrzeństwie", lecz dziś wykształcone kobiety mają mniej wspólnego z pozostałymi niż kiedykolwiek wcześniej. Jak zobaczymy w kolejnych rozdziałach, ta grupa coraz bardziej oddala się od reszty pod względem modeli relacji osobistych, małżeństwa, macierzyństwa i wychowywania dzieci. Jednak ponad wszystko kobiety oddaliły się od siebie w życiu zawodowym. Kariery wykształconych kobiet coraz bardziej przypominają kariery ich kolegów z pracy. W takim koedukacyjnym środowisku zawodowym uważa się za całkowicie normalne, że kobiety w pracy powinny być ambitne, że mężczyźni mogą i chcą być podwładnymi kobiet, a nie tylko szefami. I to napędza powszechną przemianę społeczną.

Zbędne siostry

Fakt, że miejsce pracy pełni centralną rolę w życiu kobiety, jest całkiem nowym zjawiskiem, chociaż kobiety oczywiście pracowały od zawsze. Na polach, w ogrodach i w domach; zajmowały się dziećmi, pielęgnowały chorych, przygotowywały posiłki, szyły i naprawiały ubrania. "Urabiały sobie ręce aż po łokcie", jak głosi znane powiedzenie. Ciężka praca nie była udziałem wyłącznie biednych kobiet. Na przestrzeni wieków kobiety z klasy średniej i najzamożniejszej również spędzały wiele godzin na pracach domowych i opiece nad swymi rodzinami.

Do niedawna jednak tylko biedne kobiety wykonywały płatną pracę[6], a znacząca większość z nich nawet w czasach po rewolucji przemysłowej pracowała w cudzych domach. Innymi słowy, otrzymywały wynagrodzenie za wykonywanie prac, które wykonywałyby także we własnych domach jako córki, a przy odrobinie szczęścia jako żony.

Dla kobiet ze wszystkich klas społecznych małżeństwo było niemal powszechnym celem. W pierwszym odcinku przebojowego serialu telewizyjnego Mad Men można zobaczyć scenę, która jest doskonałą syntezą atmosfery panującej nie tylko w latach pięćdziesiątych XX wieku, lecz także we wszystkich poprzednich epokach. Występuje w niej Joan Holloway, odpowiadająca za sprawy administracyjne agencji reklamowej przy Madison Avenue. Joan, według scenariusza "zarazem bardzo atrakcyjna i inteligentna"[7], ma radę dla nowej sekretarki, która dojeżdża do pracy z rodzinnej miejscowości pod miastem.

"Po dwóch latach, jeśli podejmiesz słuszne decyzje, przeniesiesz się do miasta, jak my.

Naturalnie, jeśli podejmiesz naprawdę słuszne decyzje, zamieszkasz na przedmieściu[1] i w ogóle nie będziesz chodzić do pracy"[8].

To kolejna wersja znanej od wieków mądrości. Czy to w roku 1800, czy 1850, w 1900 czy 1950 dziewczęta z klasy robotniczej podejmowały pracę, kiedy wchodziły w wiek nastoletni. Pracowały dla zarobku, dokładając się do utrzymania rodziny. Jeśli nie wyszły za mąż, pracowały dalej. Jeżeli jednak udało im się wyjść za mężczyznę ze stabilnym, dobrze płatnym zajęciem, pozostawały w domu.

W przypadku dziewcząt z klasy średniej ten model życia był rzadziej spotykany i pojawił się później. Kobiet z bogatych domów nie dotyczył prawie wcale, ale jedynie dlatego, że w większości epok dziewczęta z tej grupy społecznej nigdy nie pracowały dla zarobku. Do połowy XX wieku nawet na uprzemysłowionym Zachodzie najczęściej spotykanym modelem życia kobiety - każdej kobiety - była praca zarobkowa do chwili wyjścia za mąż, kiedy to kobieta przestawała pracować.

Z historii zakazu pracy dla mężatek wiemy, jak silne było przywiązanie do tego wzorca postępowania. Pod koniec XIX wieku wykształcone dziewczęta z klasy średniej zaczęły tłumnie wchodzić na rynek pracy jako nauczycielki, pielęgniarki czy urzędniczki. One także przestawały pracować po ślubie. W istocie jedynie nieliczne mogłyby kontynuować pracę, nawet gdyby tego chciały. W większości krajów w sektorze publicznym, będącym głównym pracodawcą tych kobiet, nauczycielki i urzędniczki obowiązywał ustawowy zakaz zawierania małżeństw, który przetrwał zaskakująco długo. Kobiety miały wybór: mogły pozostać niezamężne lub zrezygnować z pracy na rzecz żywiciela rodziny płci męskiej.

Amerykanka Claudia Goldin, zajmująca się historią ekonomii, mówi, że zakaz zawierania małżeństwa w szczytowym okresie dotyczył trzech czwartych ciała pedagogicznego w szkołach i ponad połowy wszystkich pracowników urzędów państwowych. Został on w dużej mierze zniesiony w latach czterdziestych XX wieku, ale w niektórych miejscach utrzymywał się do lat pięćdziesiątych[9]. Zakaz zawierania małżeństw przez nauczycielki i urzędniczki państwowe obowiązywał aż do 1945 roku w Wielkiej Brytanii, do 1957 roku w Holandii, do lat sześćdziesiątych w Australii[10], do 1973 roku w Irlandii. Pamiętam, jak ja sama, jako nietolerancyjna nastolatka, odnosiłam się z dezaprobatą do decyzji mojej ciotki, która porzuciła po ślubie pracę nauczycielki; nie miałam pojęcia, że ledwie kilka lat wcześniej nie miałaby wyboru. Ona sama uważała swoją decyzję za całkowicie normalną. Zamężne kobiety po prostu przebywały w domu.

A moja ciotka zdecydowanie chciała wyjść za mąż. Tego właśnie chciały kobiety. Trudno nam nawet wyobrazić sobie lęk, jaki budziło staropanieństwo w świecie skonstruowanym wokół małżeństwa. "Stare panny", kobiety, których "nikt nie chciał", były skazane na pozbawioną szacunku egzystencję, oferującą im ograniczone możliwości. Dotyczyło to wszystkich grup kobiet: czy to z klasy średniej, czy pracującej, zarówno wykształconych, jak i niewykształconych.

Wojny okazywały się katastrofalne w skutkach nie tylko dla młodych mężczyzn, którzy tracili życie lub sprawność, ale także dla kobiet, które mogłyby wyjść za mąż, lecz straciły tę szansę na zawsze. Skutkiem amerykańskiej wojny secesyjnej była największa liczba ofiar w historii tego kraju - w liczbach bezwzględnych, a co dopiero we względnych. W sumie poległo ponad pół miliona mężczyzn, w samych Stanach Skonfederowanych zginęła jedna piąta populacji wszystkich białych mężczyzn w wieku od trzynastu do czterdziestu pięciu lat[11].

W latach dwudziestych XX wieku w Anglii, Francji i Niemczech przekonano się, w jak wielkim stopniu rzeź I wojny światowej zdziesiątkowała społeczeństwa. Nagle zrozumiano, że w populacji jest znacznie więcej młodych kobiet niż młodych mężczyzn[12]. Miliony kobiet w większości krajów europejskich straciło adoratorów, narzeczonych i mężów. Najbardziej ucierpiały te, mające w chwili zakończenia wojny dwadzieścia kilka lat: 35 procent tych kobiet nigdy nie wyszło za mąż[13].

Wojna miała tragiczne skutki, ale z gazet z tamtej epoki jasno wynika, do jakiego stopnia powszechnie akceptowany obraz świata wpływał na reakcje ludzi. Kobiety istniały po to, by być żonami. Skoro nie było mężów, zaistniała nadwyżka kobiet.

W poruszającej książce Singled Out, opisującej to pokolenie, Virginia Nicholson cytuje niektóre komentarze z brytyjskiej prasy:

"Problem nadwyżki kobiet - dwa miliony, które nigdy nie wyjdą za mąż" (nagłówek "Daily Express" z 1921 roku).

"Problemem Wielkiej Brytanii są dwa miliony zbędnych kobiet" (Lord Northcliffe, właściciel "Daily Mail").

"Dwa miliony kobiet za dużo" ("The Times" z 1921 roku)[14].

Jedna z kobiet należących do pokolenia, które doświadczyło I wojny światowej, osamotniona po stracie narzeczonego, wspominała, jak siedziała wieczorem w wagonie kolejowym: "Patrzyłam na blade, obojętne, znużone twarze naprzeciwko mnie, podczas gdy koła pociągu wyśpiewywały "dwa miliony nadmiaru, dwa miliony nadmiaru", a ja byłam jedną z tych nadmiarowych kobiet"[15].

Problem ten nie dotyczył jedynie warstw wykształconych. Nie było to również zmartwienie wyłącznie biednych. "Nadmiarowe" kobiety pochodziły ze wszystkich klas społecznych. Ponieważ wszystkie kobiety ze wszystkich klas uważały zamążpójście i wychowywanie dzieci we własnym domu za najlepszą, najbardziej naturalną drogę życiową, były one w istocie "w głębi duszy siostrami".

Dopiero gdy minęły dwie trzecie XX wieku, ten globalny model zanikł. A z nim wspólnota kobiecego losu.

Na pierwszy rzut oka nie jest to oczywiste. Wiele kobiet wciąż chce wychodzić za mąż, aczkolwiek - jak zobaczymy w dalszej części książki - jest ich coraz mniej. Świat zamężnych kobiet pozostających w domu został wyparty przez świat, w którym większość mężatek pracuje. Wszędzie wychodzą z domów, odrywają się od kuchni, znajdując w zatrudnieniu niezależność zarówno finansową, jak i towarzyską.

Ale praca współczesnych kobiet nie jest doświadczeniem powszechnym w takim stopniu, w jakim dawniej było zajmowanie się domem i rodziną. Przeciwnie, doświadczenia na rynku pracy dzielą kobiety. Kobiety różnią się od siebie diametralnie pod względem rodzaju wykonywanej pracy, czasu, jaki na nią poświęcają, i motywacji. Dobrym punktem wyjścia do badania tych różnic może być Skandynawia.

Stopnie oddalenia

Czy na ziemi istnieje raj dla kobiet? Można by pomyśleć, że są nim kraje skandynawskie, rozciągające się na północ od pięćdziesiątego drugiego równoleżnika, nad brzegami Morza Bałtyckiego.

Skandynawowie są postrzegani przez świat i samych siebie jako prekursorzy równości płciowej. Są pokojowo nastawieni, egalitarni, a przy tym odnoszą sukcesy gospodarcze. Ich pionierskie programy społeczne mają gwarantować kobietom szanse rozwoju. Poza darmowymi żłobkami i przedszkolami oferują wyjątkowo dobrze płatny urlop macierzyński i ojcowski. Ogłosili wojnę ze szklanym sufitem, hamującym awans zawodowy kobiet. Jednym z kolejnych kroków jest wymóg wprowadzony w Norwegii, by w zarządach wszystkich dużych spółek akcyjnych zasiadało minimum 30 procent kobiet.

Skandynawowie postanowili poprawić sytuację kobiet. Jednak to, co dzieje się dziś w tych krajach, jest doskonałą ilustracją przepaści, jaka otwiera się między rozmaitymi grupami pracujących kobiet. Te dwie kwestie nieuchronnie się ze sobą wiążą.

Mamy skłonność do myślenia o dyskryminacji i równych szansach przez pryzmat liczb: interesuje nas liczba kobiet w zarządach wielkich firm lub w rządzie, czy też liczba kobiet - pilotów, stolarzy czy marines. Zważywszy na silne zaangażowanie Skandynawów w stwarzanie szans dla kobiet, narzuca się przypuszczenie, że przynajmniej w tych krajach mężczyźni i kobiety będą pracować obok siebie, równo reprezentowani na każdym szczeblu każdej profesji.

W istocie tego właśnie oczekujemy. W 2012 roku, na promocji pewnej książki w Nowym Jorku, słuchałam mówców ze Wschodniego Wybrzeża Stanów Zjednoczonych, zapewniających się nawzajem, że w Skandynawii nie istnieją stereotypy płciowe, że mężczyźni biorą urlopy rodzicielskie w tym samym wymiarze co kobiety i że szwedzcy ojcowie spędzają w domu z dzieckiem tyle samo czasu co matki. I niewątpliwie można by się tego spodziewać. Ale rzeczywistość wygląda inaczej.

Tak naprawdę najwyższe poziomy segregacji ze względu na płeć w rozwiniętym świecie spotkamy na rynkach pracy egalitarnych państw opiekuńczych w Skandynawii[16]. Międzynarodowa Organizacja Pracy, pilnie obserwująca nierówności na rynku pracy[17], oszacowała, że gdyby chcieć wprowadzić pełną równość płci we wszystkich zawodach, około jednej trzeciej wszystkich skandynawskich pracowników musiałoby się całkiem przekwalifikować.

Czy mamy do czynienia z ohydną hipokryzją? Bynajmniej. Rynek pracy w Skandynawii funkcjonuje tak jak we wszystkich krajach rozwiniętego Zachodu. Istnieją zawody, w których kobiety odnoszą sukcesy na równi z mężczyznami. Inne, nisko płatne zajęcia pozostają w przeważającym stopniu sfeminizowane bądź zmaskulinizowane. Tak dzieje się na całym świecie w krajach rozwiniętych, ale w Skandynawii podział jest jeszcze większy i wyraźniejszy. By zrozumieć przyczyny takiego stanu rzeczy, należy wyjaśnić, w jaki sposób współczesne miejsce pracy oddala nasze kobiece elity zarówno od przeszłości, jak i od reszty pań.

Równość na szczycie, podziały na dole

Na stanowiskach eksperckich i wśród kadry menedżerskiej coraz rzadziej mamy do czynienia z segregacją zawodową kobiet. W bogatych krajach należących do klubu OECD już w 2000 roku wykonywały one połowę zawodów specjalistycznych, nawet jeśli wciąż zajmowały znacznie mniej niż połowę miejsc w zarządach wielkich korporacji[18].

Wyobraźmy sobie rynek pracy jako piramidę. Na jej szczycie znajduje się jedna piąta wszystkich zatrudnionych. Są to osoby najlepiej wykształcone lub najlepiej wynagradzane - miliony wysoko wykwalifikowanych specjalistów, członków zarządów, menedżerów. Tutaj znajdziemy elitę kobiet, pracujących w przeważającej mierze obok bardzo podobnych im elit wykształconych mężczyzn: mężczyźni i kobiety, kobiety i mężczyźni. W tej grupie podział stanowisk w Szwecji czy Danii kształtuje się na tym samym poziomie co w Stanach Zjednoczonych: rynek pracy nie faworyzuje żadnej płci[19]. Z kolei sytuacja w Ameryce wygląda całkiem podobnie jak we Włoszech, Kanadzie, Australii, Wielkiej Brytanii czy Francji.

Weźmy teraz pozostałe cztery piąte, szeroki środek i podstawę piramidy. Tutaj, w odróżnieniu od górnych warstw, kobiety wciąż żyją i pracują w zdecydowanie kobiecym świecie.

Tutaj, a mówimy o większej części rynku pracy, kobiety są przeważnie zatrudniane w zawodach określanych jako kobiece, często w bardzo sfeminizowanych miejscach pracy[20]. Nie zauważymy tego, jeśli interesuje nas głównie liczba kobiet w radach nadzorczych i organach legislacyjnych, ponieważ obecnie "na wyższym szczeblu istnieje mniejsza segregacja ze względu na płeć niż w zawodach niższego szczebla"[21].

Sprawdźmy na przykład, jak jest w Stanach Zjednoczonych. Jeśli wybierzemy dwadzieścia najbardziej sfeminizowanych zawodów - to znaczy takich, które w liczbach bezwzględnych wykonuje najwięcej kobiet - okaże się, że w siedmiu z nich ponad 90 procent pracowników stanowią kobiety. Wykres 1.1 pokazuje, jak wielkim brakiem równowagi charakteryzują się niektóre z najczęściej wykonywanych zawodów, jest jednak wiele innych przykładów[22]. Ze wszystkich dwudziestu najliczniejszych grup zawodowych na kobiecym rynku pracy w Stanach Zjednoczonych tylko w trzech sektorach - gotowanie, zarządzanie pracownikami sprzedaży detalicznej i sprzedaż detaliczna - pracuje też wielu mężczyzn.

Wykres 1.1. Kobiety i mężczyźni zatrudnieni w najliczniejszych zawodach w USA, 2009

Grupy zawodowe z "górnej dwudziestki" są naprawdę bardzo liczne, w każdej z nich pracuje blisko lub ponad milion kobiet, co w sumie daje jedną czwartą wszystkich pracujących Amerykanek. Są to rodzaje prac, z jakimi jest w stanie poradzić sobie większość ludzi, bynajmniej nie wysoko wyspecjalizowane zawody przyszłości, o których obsesyjnie mówią rządy[23]. W 2010 roku dla firmy Facebook pracowało mniej niż 2 tysiące osób. W tym samym roku liczba wszystkich zatrudnionych w sieci supermarketów Walmart przekroczyła 2 miliony. Jest ich o milion więcej niż na początku stulecia i wielokrotnie więcej niż w 1975 roku, kiedy zatrudnienie wynosiło 21 tysięcy[24].

Nic nie wskazuje na to, by w przyszłości doszło do większych zmian. Rząd amerykański przewiduje, że najbardziej rozwojową branżą obecnej dekady będzie inżynieria biomedyczna. Brzmi pięknie. Co więcej, możemy się spodziewać, że znaczny odsetek nowych pracowników w tym sektorze będą stanowić kobiety. Ale na początku nie ma ich tam prawie wcale. Obiecywane 72 procent wzrostu oznacza jedynie 11,5 tysiąca nowych miejsc pracy[25]. Zestawmy to z pielęgniarkami domowymi: przewidywany przez rząd "zaledwie" pięćdziesięcioprocentowy wzrost przyniesie około 500 tysięcy nowych miejsc pracy[26]. Niemal wszystkie z nich zajmą kobiety.

W środkowych i dolnych strefach rynku pracy, we wszystkich zamożnych, rozwiniętych krajach, większość zawodów zdominowana jest albo przez kobiety, albo przez mężczyzn. Kobiety pracują w sfeminizowanych zawodach dokładnie tak, jak było dawniej[27]. Tymczasem wśród setek tysięcy spawaczy, mechaników samochodowych, dekarzy, stolarzy i kierowców ciężarówek na amerykańskim rynku pracy ponad 90 procent stanowią mężczyźni. Można dziś, w odróżnieniu od poprzednich epok[28], spotkać nieliczne kobiety stolarzy, mechaników samochodowych i kierowców ciężarówek. Ale jest ich niewiele, zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w każdym innym kraju.

I tu wracamy do Skandynawii. W latach dziewięćdziesiątych XX wieku blisko połowa wszystkich aktywnych zawodowo Norweżek, Szwedek i Finek pracowała w zawodach, w których ponad 80 procent zatrudnionych stanowiły kobiety[29]. To znacznie więcej niż średnia światowa. Jest to jednak tylko skrajny przejaw powszechnej prawidłowości.

Ogromną część zdominowanych przez kobiety zawodów z dolnych czterech piątych piramidy zatrudnienia na świecie stanowią zajęcia tradycyjnie uważane za kobiece: opieka nad dziećmi, nad chorymi i nad seniorami czy też serdeczne witanie gości wchodzących do biura, restauracji lub hotelu. Zadania te należały kiedyś do domowych obowiązków, a dziś kobietom płaci się za wykonywanie ich poza domem. Kraje skandynawskie są rekordzistami w dyskryminacji ze względu na płeć właśnie dlatego, że poszły najdalej w outsourcingu tradycyjnych kobiecych zajęć i zamianie niepłatnej "opieki" domowej w rodzaj formalnego zatrudnienia.

Kraje te są pionierami, jeśli chodzi o rozwój instytucjonalnych form opieki nad dziećmi: maluchy poniżej piątego roku życia mogą uczęszczać do opłacanych przez państwo żłobków i przedszkoli. Poza tym wysokie podatki finansują tu niespotykaną nigdzie indziej sieć klinik, domów opieki dla seniorów i centrów pobytu dziennego. To efekt determinacji Skandynawów, by pomóc kobietom wyjść z domu i znaleźć zatrudnienie. Dla rynku pracy miało to jeden, bardzo wyraźny skutek: stworzyło niezwykle dużą, nową grupę pracowników złożoną wyłącznie z kobiet, którym płaci się za wykonywanie tradycyjnie kobiecych zajęć[30]. Polityka krajów skandynawskich ma ogromne zalety. Państwa te zapewniają bezpieczeństwo i wspólne doświadczenia, które stają się udziałem całego społeczeństwa, co zbliża ludzi do siebie, i naturalnie otwierają przed kobietami zawody specjalistyczne. Ale za kierownicami ciężarówek nadal siedzą mężczyźni, a urlopy rodzicielskie wykorzystują przede wszystkim kobiety[31].

Jedna z tłumu

Na szczycie piramidy zatrudnionych najbardziej zaskakuje szybkość, z jaką zachodziły ostatnie zmiany - wszystkie zmierzające w kierunku wymieszania płci. Jeszcze w 1870 roku w całych Stanach Zjednoczonych były dokładnie trzy prawniczki[32], a wydział prawa Uniwersytetu Harvarda ostatecznie zaczął przyjmować studentki dopiero w 1950 roku. Ale sądzę, że większość aktywnych zawodowo osób zaskoczyłby fakt, że również w latach siedemdziesiątych XX wieku kobiety wciąż stanowiły mniej niż 5 procent prawników w Ameryce[33]. Jak pokazuje wykres 1.2, podobnie było w Wielkiej Brytanii.

Wykres 1.2. Kobiety w wybranych zawodach, Wielka Brytania (w proc.)

Później jednak odsetek kobiet zaczął wzrastać. Dane zaprezentowane na wykresie 1.2 dowodzą, że ostatnie czterdziestolecie odmieniło strukturę górnych warstw rynku pracy nawet w tak stereotypowo męskich dziedzinach, jak nauki ścisłe i programowanie komputerowe[34]. W 2002 roku w Ameryce 300 tysięcy kobiet pracowało w zawodach prawniczych, stanowiąc 40 procent wszystkich praktykujących prawników.

Sytuacja kształtuje się podobnie w całym świecie rozwiniętym, czy chodzi o lekarzy, czy o konsultantów zarządzania, kierowników działu zakupów, urzędników bankowych czy agentów ubezpieczeniowych[35]. Jednym wyjątkiem jest inżynieria: w 2009 roku kobiety stanowiły w Wielkiej Brytanii zaledwie 5 procent inżynierów mechaników, zresztą profesja ta wszędzie jest silnie zmaskulinizowana[36].

Z drugiej strony spójrzmy na marketing. Przed napisaniem tej książki nie zdawałam sobie sprawy, że kobiety całkowicie przejęły działy marketingu komercyjnego i politycznego. Lee Ann Daly rozmawiała ze mną w agencji Thomson Reuters, w której zarządza działem marketingu. Na wcześniejszych etapach swojej kariery pracowała w niewielkich agencjach reklamowych, rozwijających działalność stacjach radiowych i dużych korporacjach. Mówiąc, że sytuacja w marketingu "wreszcie się wyrównuje", nie chciała dać do zrozumienia, że w końcu pojawiają się tam kobiety. Miała na myśli, że w branży ścierały się grupy koedukacyjne i czysto kobiece. "Cieszę się, kiedy na wysokim stanowisku marketingowym mogę zatrudnić w swojej firmie mężczyznę. Mój szef marki jest mężczyzną". Przeszliśmy daleką drogę od czasów Mad Men.

Pracując w agencjach rządowych i na wyższych uczelniach, zawsze miałam wiele współpracowniczek. Obecnie jestem członkinią komisji finansowej mojej własnej uczelni, londyńskiego King's College, i gdy niedawno wychodziliśmy ze spotkania, podszedł do mnie jeden z naszych administratorów wyższego szczebla. "Zauważyłaś? Byłaś tam jedyną kobietą", stwierdził zaskoczony. Owszem, zwróciłam na to uwagę z tego samego powodu. To dla mnie niecodzienne doświadczenie.

Ale dla wielu pracujących i odnoszących sukcesy kobiet jeszcze nie tak dawno temu takie sytuacje były na porządku dziennym. Lawton Fitt ukończyła studia w Brown, a potem na Uniwersytecie Wirginii w latach siedemdziesiątych XX wieku, w 1979 roku rozpoczęła pracę w banku inwestycyjnym Goldman Sachs, gdzie była jedną z pierwszych kobiet, które osiągnęły status partnera[37]. Było to na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy Goldman wciąż był prawdziwą spółką partnerską. Lawton wspomina: "Gdy dołączyłam do firmy, wszystkie kobiety mogły usiąść podczas obiadu przy jednym stole, co zresztą robiłyśmy. Było nas razem szesnaście, włączając bibliotekarkę".

Wywiad z Lawton Fitt - drobną, szczupłą kobietą w swobodnym stroju, z przepiękną fryzurą - przeprowadziłam w jej domu w centrum Londynu. Była właśnie po całonocnym locie ze Stanów Zjednoczonych, a niebawem miała wyruszyć w dalszą drogę do Paryża i Berlina. Rozmawiałyśmy, siedząc na tarasie usytuowanym na dachu domu, z którego roztaczał się widok na Holland Park. Od czasu odejścia z Goldman Sachs jej życie polega na ciągłych podróżach między kontynentami. Zasiada w radach nadzorczych najróżniejszych instytucji finansowych, handlowych lub kulturalnych. Podczas naszej rozmowy na jej BlackBerry szybko i regularnie przychodziły kolejne wiadomości.

Oto, co mi powiedziała: "Na początku mojej pracy w banku inwestycyjnym brałam udział w spotkaniach, w których uczestniczyło siedemnastu mężczyzn i ja. Przez pierwsze kilka lat było to niezwykłe, ponieważ im wszystkim najwyraźniej wydawało się, że gdy widzą mnie po raz pierwszy, muszą zwrócić uwagę na to, że jestem jedyną kobietą w pokoju.

Oczywiście to świetnie, że się wyróżniasz, ale taka sytuacja ma również minusy. Każde twoje potknięcie staje się publiczne. Z drugiej strony jesteś zauważana na każdym etapie drogi pod górę. Po półtora roku zostałam wezwana do gabinetu prezesa na rozmowę o mojej pozycji w firmie i o tym, co mogliby zrobić, by ułatwić mi awans.

Z pewnością były takie chwile, gdy spotykałam się z ewidentną dyskryminacją, choć wtedy jej nie dostrzegałam. Ale w pewnym sensie uważam, że to dobrze, bo jeśli ktoś wpada w paranoję i widzi krokodyle pod łóżkiem, przez większość czasu stara się nie stąpać po podłodze".

Żadna z młodszych kobiet, z którymi rozmawiałam, nie doświadczyła tego, co Lawton Fitt. W samym Goldman Sachs, który wiedzie prym w branży cieszącej się złą sławą ze względu na morderczą kulturę pracy i obsadzanie stanowisk wyższego szczebla wyłącznie mężczyznami, jeden partner na siedmiu jest dziś kobietą, a na szczeblu wiceprezesów udział kobiet sięga 30 procent. Fitt zgadza się z opinią, że jest to punkt zwrotny, ponieważ "kiedy okazuje się, że jedną trzecią zarządu stanowią kobiety, trudno jest wciąż postrzegać je jako wyjątki wśród swojej płci. Inni przestają patrzeć na ciebie jak na kobietę, lecz postrzegają cię przede wszystkim przez pryzmat wykonywanego zawodu czy zajmowanego stanowiska. Dopiero później mimowolnie zauważają, że jesteś kobietą".

Dziś coraz mniej ambitnych absolwentek rozpoczyna pracę w zawodach, w których są nielicznymi przedstawicielkami płci pięknej. Coraz mniej z nich jest kobiecymi pionierkami w różnych firmach. Zamiast tego wchodzą na rynek pracy, na którym w 2011 roku odsetek kobiet górników w zachodnich krajach był niższy niż odsetek notowanych na Londyńskiej Giełdzie Papierów Wartościowych spółek górniczych z kobietami na stanowiskach prezesów.

To wiele wyjaśnia w kwestii wspomnianych prawyborów Partii Demokratycznej w 2008 roku. Stany Zjednoczone są ojczyzną Betty Friedman, Glorii Steinem i "głośnego" feminizmu. W prawyborach, w których studenci college'ów zapewnili zwycięstwo Barackowi Obamie, najwyższe kapłanki ruchu kobiecego popierały Hillary Clinton. Argumentowały, że młode kobiety powinny popierać właśnie ją, bo tak jak one jest kobietą. Steinem była wstrząśnięta, że w 2008 roku kobiety zaprzepaściły szansę głosowania na jedną z sióstr. Uznała, że niektóre z nich, "być może szczególnie te młodsze", dały się zwieść i "żywiły nadzieję na zanegowanie istnienia systemu segregacji płci lub na ucieczkę od niego"[38]. Ale nie miała na nie żadnego wpływu, czemu trudno się dziwić.

Studentki z roku 2008 - inaczej niż ich starsze koleżanki - nigdy nie doświadczyły niczego, co choćby w przybliżeniu przypominało system kastowy. Przeciwnie, na samym szczycie mężczyźni i kobiety pracują obok siebie, a w ich karierach i zwyczajach daje się zauważyć coraz więcej podobieństw. W rezultacie życie kobiet należących do elity coraz bardziej różni się od życia innych kobiet. To nowy i powszechny podział.

Praca na całe życie?

W pewnej chwili w latach czterdziestych XX wieku nastąpił krytyczny moment. Zamężne kobiety zaczęły podejmować pracę poza domem. Świat się zmienił.

Wcześniej mężatki podejmujące pracę poza domem należały do najsłabiej wykształconych wśród wszystkich kobiet. Praca zarobkowa kobiet po ślubie była, jak pisałam, najczęściej kwestią palącej konieczności, wynikającej z wdowieństwa bądź ubóstwa rodziny. Mniej więcej od lat czterdziestych sytuacja zaczęła się zmieniać. W kolejnych latach w Stanach Zjednoczonych i innych krajach przeciętny poziom wykształcenia pracujących mężatek był coraz wyższy w porównaniu z przeciętnym wykształceniem mężatek niepracujących poza domem. Specjalizująca się w historii ekonomii Claudia Goldin wskazuje, że ten niezauważalny moment, to przesunięcie punktu ciężkości, zapowiadało powstanie nowoczesnego rynku pracy[39].

Jednym z powodów, dla których zmiana przeszła niezauważalnie, był fakt, że gorzej wykształcone kobiety nie przestały pracować. Pracowały jak dawniej, ciągle z tych samych powodów. "Kiedy słyszę, jak ktoś mówi, że obecnie kobiety [...] pracują - komentuje socjolog Geoff Dench - przypomina mi się pewien redaktor magazynu plotkarskiego, który na wieść o katastrofie samolotu, zapytał: "Czy był ktoś na pokładzie?""[40]. Po prostu więcej mężatek poszło do pracy, a największa i najszybsza zmiana nastąpiła w grupie tych dobrze wykształconych.

Coraz więcej zamężnych kobiet wracało do pracy. Coraz więcej w ogóle jej nie porzucało[41]. W efekcie w dzisiejszych czasach zamężne Amerykanki pracują zarobkowo dziesięciokrotnie częściej niż sto lat temu.

Te zmiany nie następowały jedynie w Ameryce. Akcja wznowionej ostatnio sztuki Terence'a Rattigana, Flare Path, rozgrywa się podczas II wojny światowej w bazie lotniczej RAF, w realiach, które autor dobrze znał z czasów własnej służby wojskowej. Jedna ze scen odzwierciedla życie i postawy społeczne sprzed roku 1940, idealnie obrazuje też skalę powojennych zmian. Maudie Miller, żona pochodzącego z klasy robotniczej sierżanta, strzelca pokładowego bombowca, jest wstrząśnięta i głęboko urażona. Protekcjonalny cywil sądzi, że jej zwyczajnym zajęciem jest praca w pralni. Bynajmniej, zwraca mu uwagę Maudie.

- To dla mnie coś nowego, naturalnie.

- Wcześniej nie wykonywała pani tej pracy?

- Och, nie. Nie w czasie pokoju. Wtedy nie musiałam pracować. Dave miał dobrą pracę i mieliśmy własny dom[42].

Kilka dekad temu w świecie zaludnionym przez utrzymujących rodziny mężczyzn, których żony przebywały w domu, znacznie mniej kobiet niż mężczyzn wykonywało płatną pracę[43]. Dziś przyjmujemy, że w małżeństwach i związkach partnerskich regułę stanowią dwa dochody. Nastąpił wzrost udziału kobiet wśród zatrudnionych i w większości zamożnych krajów zachodnich stanowią one obecnie niemal ich połowę[44]. Nawet w Japonii, gdzie w opinii wielu cudzoziemców większość pań to pełnoetatowe gospodynie domowe, pracuje blisko dwie trzecie kobiet między piętnastym a sześćdziesiątym czwartym rokiem życia i stanowią one 43% wszystkich zatrudnionych.

Tak więc dziś Maudie pracowałaby także w czasach pokoju. Ale nie przez cały czas małżeństwa i najprawdopodobniej nie na pełny etat, ponieważ nie ma wyższego wykształcenia i nie wykonuje wyspecjalizowanego zawodu. A w tej wielkiej strefie, stanowiącej cztery piąte naszej piramidy zatrudnienia, kobiety nie tylko wykonują prace całkiem różne od męskich, często w silnie sfeminizowanych zawodach, ale również model przebiegu ich zatrudnienia jest całkiem inny.

Przerwy i powroty

Miliony miejsc pracy na niepełny etat, które nie istniały w latach czterdziestych XX wieku, ani nawet w latach sześćdziesiątych, stanowią dziś znaczną część gospodarki krajów rozwiniętych. Wszędzie są one wykonywane głównie przez kobiety, lecz nie przez przypadkowe kobiety ani nie przez wszystkie ich grupy. Im gorzej są wykształcone, tym bardziej prawdopodobne, że będą zatrudnione na część etatu, szczególnie gdy są mężatkami. To gorzej wykształcone kobiety najczęściej wypadają z rynku pracy na dłuższy czas, choć dzisiaj niemal wszystkie wracają w końcu do pracy. I odwrotnie, im lepiej kobiety są wykształcone, tym mniej prawdopodobne jest, że kiedykolwiek przestaną pracować, i tym bardziej prawdopodobne, że będą pracować na pełny etat.

Na wykresie 1.3 możemy zobaczyć, że w całym rozwiniętym świecie praca w niepełnym wymiarze jest w przeważającej mierze domeną kobiet[45]. W zamożnych krajach grupy OECD kobiety są zatrudniane w niepełnym wymiarze średnio trzy razy częściej niż mężczyźni. Ta podstawowa prawidłowość utrzymuje się niezależnie od tego, czy dany kraj plasuje się poniżej średniej zatrudnienia w niepełnym wymiarze godzin (jak Francja czy Hiszpania), czy powyżej (jak Australia czy Wielka Brytania)[46]. Holandia, jak pokazuje wykres 1.3, bije w tym względzie wszelkie rekordy - z powodów, do których jeszcze wrócimy. Ale chociaż zarówno Holendrzy, jak i Holenderki pracują w niepełnym wymiarze czasu częściej niż ich rówieśnicy z innych zamożnych krajów, wciąż najprawdopodobniej holenderskie kobiety będą pracowały w ten sposób trzykrotnie częściej niż mężczyźni.

Co ciekawe, w większości krajów jest to trend rosnący. Im więcej kobiet idzie do pracy, tym więcej z nich pracuje w niepełnym wymiarze. Wyjąwszy sytuacje dotkliwej recesji, sondaże systematycznie wykazują, iż znacznie więcej jest osób, które wolałaby mieć krótszy czas pracy, niż pracowników, którzy zgodziliby się na więcej płatnych godzin w tygodniu[47].

Praca na część etatu jest o wiele rzadziej spotykana wśród kobiet z dyplomami wyższych uczelni niż wśród tych gorzej wykształconych. Naturalnie, spotyka się pracujące w niepełnym wymiarze godzin specjalistki, poza tym nie wszystkim zatrudnionym na cały etat odpowiada ich czas pracy[48]. Weźmy jednak pod uwagę Holandię, światowego rekordzistę, gdy chodzi o pracę w niepełnym wymiarze godzin. Kobiety z wyższym wykształceniem będą tam pracować w pełnym wymiarze czasu dwukrotnie częściej niż kobiety bez wyższych kwalifikacji[49]. W Stanach Zjednoczonych natomiast znajdziemy znacznie większy odsetek kobiet pracujących w pełnym wymiarze niż w większości innych krajów rozwiniętych. Ale także tam pracujące kobiety z wyższym wykształceniem będą pracować w pełnym wymiarze zdecydowanie częściej niż ich gorzej wykwalifikowane koleżanki[50].

Wykres 1.3. Pracownicy (w wieku 16-64), którzy w 2009 r. pracowali w niepełnym wymiarze godzin (<30 godzin tygodniowo w ich głównym miejscu pracy, w proc.)

Kobiety i mężczyźni różnią się nie tylko odsetkiem niepełnozatrudnionych, ale także przeciętnym przebiegiem zatrudnienia w ciągu całego życia. Mężczyźni na ogół pracują przez całe dorosłe życie - lub starają się pracować, jeśli weźmiemy pod uwagę kryzys i zwolnienia. Wiele kobiet zaś przez znaczną część życia w ogóle nie pracuje zarobkowo. Nie chodzi o kobiety bezrobotne szukające pracy (unemployed), ale o niepracujące, które przebywają w domu, nie rozglądając się za pracą zarobkową (non-employed). Dotyczy to wielu kobiet, lecz nie wszystkich[51].

Inaczej sprawy się mają w wykształconych elitach. Kobiety z wyższym wykształceniem nie tylko częściej pracują w pełnym wymiarze[52], ale też rzadziej porzucają pracę na dłuższy okres. Można by się spodziewać, że urodzenie dziecka wywiera znaczny wpływ na pracę kobiety. Ale jak szczegółowo wyjaśnimy w rozdziale 3, kobiety z wyższym wykształceniem w większości i coraz częściej pozostają zatrudnione, nawet gdy mają małe dzieci. Gorzej wykształcone matki znacznie częściej przerywają pracę na pewien czas.

Kolejny raz na przykładzie Holandii i Stanów Zjednoczonych, z ich bardzo różniącymi się rynkami pracy, widzimy, że ten model stał się dominujący. Niemal nie zdarza się, żeby Holenderka z wyższym wykształceniem w ogóle nie pracowała, nawet gdy ma w domu małe dziecko. Z kolei Holenderki z wykształceniem poniżej średniego bardzo często całkowicie zaprzestają pracy zawodowej. W Stanach Zjednoczonych różnice wśród pań są ogromne. W grupie kobiet powyżej dwudziestego piątego roku życia, które nie ukończyły szkoły średniej, zawsze pracuje tylko jedna trzecia. W przypadku kobiet z wyższym wykształceniem to mniej więcej trzy czwarte.

Podobna prawidłowość dotyczy mężczyzn; najczęściej pracują zarobkowo mężczyźni z dyplomem studiów wyższych, najrzadziej - ci, którzy nie ukończyli szkoły średniej. Ale wśród kobiet ta różnica wszędzie wydaje się o wiele bardziej widoczna: w Stanach Zjednoczonych jest dwukrotnie większa niż wśród mężczyzn, a we Włoszech rysuje się jeszcze silniej[53].

Skoro, jak proponowałam, wyobraziliśmy sobie rynek pracy jako piramidę, gdzie górna piąta część składa się z osób wykonujących zawody, które wymagają wysokich kwalifikacji, wyobraźmy sobie teraz, że szczyt tej piramidy jest ciemny i jednolicie zabarwiony, a dolne partie dziurawe i niejednorodne. Kobiety w górnej części nie tylko pracują w środowisku zrównoważonym pod względem płci; w większości pracują też w pełnym wymiarze czasu, jak mężczyźni, i rzadziej porzucają pracę. Na niższych poziomach kobiety przerywają pracę i podejmują ją na nowo, a w przeciętnym tygodniu pracy znacznie więcej godzin spędzają poza miejscem pracy niż w nim.

Skąd bierze się tak wielka różnica między lepiej i gorzej wykształconymi kobietami? Wyjaśnienie może podsunąć nam przypadek Kate Middleton.

Kalkulacje

W kwietniu 2011 roku Kate Middleton szła do ołtarza w Opactwie Westminsterskim, by poślubić księcia Williama, drugiego w kolejce do brytyjskiego tronu. Z całą pewnością odrzuciła tym samym wszelkie szanse na niezależną karierę zawodową. Dobra (i kosztowna) prywatna szkoła, dobre stopnie, dobra uczelnia i dobra ocena na dyplomie końcowym ukształtowały osobę, która z chęcią, a wręcz z entuzjazmem, postanowiła wieść życie żony przy mężu.

Jak już zauważyliśmy, wiele dzisiejszych wykształconych młodych kobiet zwyczajnie nie postrzega świata w ten sam sposób co feministki z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku. Czy przypadek Kate to początek jakiegoś kontrtrendu? Może wskaźniki i model zatrudnienia, które opisałam przed chwilą, charakteryzują moment szczytowy, a niebawem kobiety chętnie powrócą do idei małżeństwa i pozostawania w domu?

Niektórzy tak właśnie sądzą. Obawa, że amerykańskie kobiety wpadają z powrotem w pułapkę małżeńskiej zależności, utrzymywania się z zarobków mężów, tak przeraziła Leslie Bennetts, że w 2007 roku - nie, na pewno nie był to rok 1907 - napisała ona książkę, w której żarliwie przestrzegała przed popełnieniem "kobiecego błędu"[54].

W 2010 roku londyńska prasa z zapałem roztrząsała kolejny scenariusz rodem z koszmarnego snu, gdy wykształcone matki i nauczycielki lamentowały nad ambicjami dziewczynek, pragnących zostać żoną lub dziewczyną piłkarza albo rozwódką z ogromnymi alimentami[55]. Jednak w rzeczywistości zarówno małżeństwo z piłkarzem, jak i milionowe alimenty zdarzają się niezwykle rzadko. Nie istnieje żaden przeciwny trend. Współczesne dziewczęta w większości będą dążyły do zdobycia i utrzymania pracy zarobkowej i nie zamkną się w domowych pieleszach. Im lepiej będą wykształcone, tym więcej będą pracować. Tak jak ich matki.

Matka Kate Middleton, co powinniśmy odnotować, prowadzi wraz z mężem firmę, która przynosi milionowe zyski. Middletonowie założyli rodzinny biznes i wspólnie dorobili się majątku. Carole Middleton z pewnością nie narzucała swoim dzieciom poglądu, że miejsce matki jest w domu. Starając się zrozumieć decyzję jej córki, musimy wziąć pod uwagę także osobiste upodobania i możliwości, ponieważ tylko tak zdołamy wyjaśnić wybór Kate i wybory innych kobiet. Upodobania, w przypadku Kate Middleton, dotyczą nie tylko osoby męża, lecz także konkretnego stylu życia - życia małżonki księcia. Możliwości z kolei związane są z tym, że mężczyzna, za którego wyszła, jest multimilionerem, dzięki czemu może prowadzić życie na wysokiej stopie bez zamartwiania się finansami rodziny, co jest rzadkością[56].

Upodobania i możliwości mogą wyjaśnić także odmienne modele pracy lepiej i gorzej wykształconych kobiet. Obraz naszego życia zawodowego jest wynikiem milionów, w istocie miliardów indywidualnych decyzji, podjętych na podstawie tego, co ceni każda jednostka i jakie okazje napotyka na swej drodze. Po zsumowaniu tych wszystkich czynników uzyskamy zadziwiająco podobne wyniki w całym rozwiniętym świecie, ponieważ w gruncie rzeczy nasze społeczeństwa są bardzo podobne. Są wyjątkowo zamożne i produktywne z punktu widzenia historii; zapewniają zabezpieczenie starszym, chorym i skrajnie ubogim; łączą je także podstawowe wartości, w tym wiara w indywidualne możliwości. Nasze rynki pracy, gdy chodzi o pracę w specjalistycznych zawodach, są zrównoważone pod względem płci (choć nie dotyczy to innych grup zawodowych), a kobiety częściej niż mężczyźni pracują w niepełnym wymiarze czasu. Ale pomiędzy poszczególnymi krajami istnieją także wyraźne różnice, co pomaga wyjaśnić, jak powstał powszechny model. Porównajmy dla przykładu Holandię i Szwecję.

Jak widzieliśmy wcześniej, w Holandii dużą popularnością cieszy się praca w niepełnym wymiarze godzin. Z możliwości tej najczęściej korzystają holenderskie matki (co nie stanowi żadnej niespodzianki), ale też kobiety w ogóle, bo ten sposób pracy dotyczy również ponad połowy pań, które nie posiadają dzieci[57]. Zdecydowana większość Holenderek nie zgodziłaby się pracować więcej niż czterdzieści godzin tygodniowo nawet za dwukrotnie większą pensję[58]. Tylko 4 procent kobiet pracujących w niepełnym wymiarze czasu chciałoby pracować w pełnym wymiarze; zamiast tego, jak mówią w sondażach, wolą mieć czas dla przyjaciół i na realizację swoich zainteresowań, a także zajmowanie się domem i rodziną[59]. W dodatku wydaje się, że młodsze Holenderki są jeszcze mniej skłonne pracować na cały etat niż starsze[60].

Najwyraźniej wiele holenderskich kobiet uważa, że praca ma instrumentalne, drugorzędne znaczenie, bo na pierwszym miejscu stawiają rodzinę i życie osobiste. To właśnie mam na myśli, pisząc o "upodobaniach". Holenderska psycholożka i dziennikarka Ellen de Bruin napisała książkę Dutch women don't get depressed (Holenderki nie wpadają w depresję). Są tak zadowolone z życia właśnie dlatego, że pracują w niepełnym wymiarze czasu, dowodzi autorka, i chodzi o życie domowe w ogóle, a nie tylko o radzenie sobie z opieką nad dziećmi[61].

Zgodziły się z tym Holenderki, które udzieliły wywiadów dziennikarce Helen Rumbelow. Szkolna psycholożka, Liesbeth Coen, samotna i bezdzietna, stwierdziła: "Mój najwyższy wymiar pracy to były dwadzieścia cztery godziny w tygodniu [...]. Czasem zazdroszczę ludziom, którzy robią błyskotliwą karierę zawodową, mogą pozwolić sobie na kosztowne wakacje, ale z łatwością mogę zwalczyć to uczucie, gdy przypomnę sobie, jak przyjemne jest moje życie". Wtóruje jej pracująca na część etatu Iris Bloem: "Zarobki nie stanowią problemu, jeśli zmieni się sposób życia. Jestem szczęśliwa, bo mogę się poświęcić swoim pasjom"[62].

Kwestie finansowe są tutaj kluczowe: wybory obu kobiet zostały podyktowane w równej mierze możliwościami, jak i upodobaniami. Rekordowa liczba osób pracujących w Holandii w niepełnym wymiarze czasu to stosunkowo nowe zjawisko. Niedawne reformy podatkowe i wyższe dodatki na dziecko[63] sprawiły, tak jak zakładano, że wiele kobiet podjęło pracę zarobkową. Ale zdecydowana większość z nich wybrała zatrudnienie w niepełnym wymiarze godzin. Według holenderskich naukowców stało się tak, ponieważ w wysoko produktywnej gospodarce holenderskiej "zawody wymagające stosunkowo wysokich umiejętności można wykonywać w niepełnym wymiarze godzin" i ponieważ w zamożnym państwie opiekuńczym "praca na pełny etat nie jest finansową koniecznością"[64]. Jest to prawda - przynajmniej w tym momencie - i dzięki temu kobiety zyskują możliwość ułożenia sobie życia według określonych upodobań[65].

Na obrzeżach świata akademickiego toczy się niewielka, lecz zajadła wojna między badaczami, którzy sugerują, że wiele kobiet przejawia zdecydowane zamiłowanie do zajmowania się domem i nie chce pracować w dokładnie ten sam sposób co mężczyźni, oraz innymi, dla których wszelkie różnice w męskich i kobiecych modelach życia zawodowego odzwierciedlają trwającą wciąż dyskryminację[66]. Na szczęście w Holandii nikt nie uważa, że powodem, dla którego w niepełnym wymiarze czasu pracuje blisko dwie trzecie zatrudnionych kobiet i tylko jedna szósta mężczyzn, jest wysoki poziom dyskryminacji na rynku pracy. Szwecja z kolei, znajdująca się na przeciwległym biegunie pod względem liczby niepełnozatrudnionych kobiet, popiera właśnie ten pogląd.

Szwedzkie społeczeństwo jest skonstruowane tak, by zachęcać ludzi do pracy w pełnym wymiarze czasu. "Szwedki są silniej zakorzenione na rynku pracy", jak ujmuje to jeden z zespołów badaczy, mając na myśli, że pracują przeciętnie więcej godzin niż inne Europejki i robią to, ponieważ praca w pełnym wymiarze jest normą, do której zachęca polityka władz[67]. To jednak stwarza osobne problemy.

Badacze pracujący na zlecenie Unii Europejskiej odkryli ostatnio, ku swemu zdziwieniu, że szwedzkie rodziny zauważają konflikt między pracą a życiem rodzinnym znacznie częściej niż ich rówieśnicy, żyjący w pozornie mniej "przyjaznych rodzinie" krajach europejskich. Różnice były o wiele wyraźniejsze w przypadku kobiet - wszystkich kobiet: i wychowujących dzieci, i bezdzietnych - a wyjątkowo duże w przypadku szwedzkich matek[68]. Powodem jest, jak się wydaje, to, że wiele kobiet czuje, iż nie może zrobić wszystkiego, co powinny lub chciałyby zrobić w domu albo z rodziną, a jednocześnie pracować w pełnym wymiarze godzin. Ale w Szwecji niełatwo jest znaleźć pracę na część etatu. Zależności między zarobkami, podatkami i świadczeniami popychają ludzi w stronę pracy w pełnym wymiarze i zmniejszają możliwości wyboru niepełnego etatu.

Należy przy tym pamiętać, że znacząca większość Holenderek pracujących w niepełnym wymiarze godzin i Szwedek pracujących w pełnym wymiarze nie zajmuje stanowisk specjalistycznych ani kierowniczych, podobnie jak większość Brytyjek, Japonek czy Australijek. Wykonują prace znajdujące się na dole, a nie na szczycie piramidy - prace, które traktują jako źródło zarobku.

Nie chcę sugerować, że pieniądze to jedyny powód, dla którego kobiety zatrudniane na niższych stanowiskach idą do pracy. Jest także kwestia towarzystwa innych ludzi, różnorodności, nadania dniom rytmu i sensu[69]. Chociaż wiele intensywnie rozwijających się zawodów w nowoczesnych gospodarkach wcale nie wymaga wysokich kwalifikacji ani nie jest dobrze płatnych, ludzie chętnie je wykonują. Osoby pracujące w zawodach wymagających sporych umiejętności manualnych, na przykład fryzjerstwo czy stolarstwo, odczuwają taką samą satysfakcję z wykonywanej pracy, jak wysoko wykwalifikowani pracownicy umysłowi[70].

Ale wiele prac podejmowanych przez zamężne czy samotne kobiety jest dość nieprzyjemnych, jak często bywało w przeszłości. Florence Aubenas, jedna z najlepszych francuskich dziennikarek śledczych, spędziła rok jako niewykwalifikowana pracownica w Caen w Normandii, gdzie robotnicy zostali zastąpieni w fabrykach przez maszyny lub ich miejsca pracy przeniesiono poza Francję. Ludzie, których spotykała:

"Ostrzegali mnie. Jeśli natrafisz na ogłoszenie oferujące pracę na promach w porcie Ouistreham, bądź ostrożna. Nie idź tam. Nie odpowiadaj na nie. Nawet o tym nie myśl. Zapomnij o tym. Wszyscy ludzie, których spotkałam [...], mówili to samo: to miejsce jest gorsze niż wszystkie inne [...], gorsze niż farmy ostryg, gdzie trzeba czekać wiele godzin między odpływami, zanim wejdzie się wytrząsać sieci w morzu, niezależnie od pogody. Gorsze niż praca w gospodarstwie warzywnym, gdzie zginasz kark nad cykorią czy marchewką, gorsze niż [...] hodowla grzybów, gdzie jesteś kompletnie skonany pod koniec dnia [...]. To harówka jak w kolonii karnej [...], ale wszystko jest lepsze niż praca na promach w Ouistreham"[71].

Tyle że nocne sprzątanie pływających na długich dystansach promów - ubikacje, wymiociny, rozdeptane niedopałki - okazało się ostatecznie jedyną pracą, w której mogła się zaczepić na dłużej niż tydzień czy dwa. Aubenas dołączyła do grupy składającej się, jak się przekonała, wyłącznie z kobiet zatrudnionych w niepełnym wymiarze godzin i wracających do domów o świcie, osiągających klasyczny kompromis między pracą, wydatkami a tym, co faktycznie chciały robić.

Nie powinniśmy jednak pytać, dlaczego ktokolwiek pracuje w niepełnym wymiarze, lecz raczej dlaczego tak wiele kobiet zatrudnionych w zawodach niewymagających kwalifikacji i niezaliczających się do elitarnych pracuje na cały etat. Różnice między Szwecją a Holandią wiele tu wyjaśniają. Relatywne koszty pracy i niepracowania w ogóle - a także możliwość pracy na część etatu - są różne. Potwierdza to doświadczenie Ameryki. Podobnie jak Skandynawia Stany Zjednoczone mają wyjątkowo wysoki odsetek kobiet pracujących w pełnym wymiarze godzin. Ale tam dochodzi pewien istotny czynnik, niespotykany w innych gospodarkach rozwiniętych. W Ameryce, jak podkreśla Vanessa Mobley, moja redaktorka z Nowego Jorku, "jest jeszcze drobna kwestia ubezpieczenia".

W Stanach Zjednoczonych, jeśli mamy dobrą pracę na cały etat i z pakietem świadczeń socjalnych, nie musimy martwić się rachunkami za leczenie ani zadręczać koszmarem ewentualnego wypadku, który może skończyć się kalectwem. Pracodawcy oferujący pełne ubezpieczenie zdrowotne na ogół wymagają zatrudnienia w pełnym wymiarze godzin. To dość silna zachęta.

Czy nasze społeczeństwa będą na dłuższą metę generować bogactwo, które umożliwi milionom kobiet świadomy wybór pracy w niepełnym wymiarze godzin z poczuciem, że mogą sobie na to pozwolić? Naprawdę tego nie wiem. Z pewnością będzie to coraz trudniejsze, w miarę jak dzisiejsze kraje rozwijające się będą się bogacić, zarobki tamtejszych pracowników będą wzrastać, a eksport do naszych krajów stanie się coraz droższy.

Cokolwiek nastąpi, wpłynie na losy konkretnych kobiet, korzystających z okazji i kalkulujących, co im się bardziej opłaca. Tak jak robią to teraz. Czy ta sama arytmetyka wyjaśnia, dlaczego wszędzie na świecie lepiej wykształcone kobiety pracują więcej godzin w tygodniu i przez więcej lat niż ich rówieśnice? Myślę, że tak.

Inne, choć takie same

Na pewnej płaszczyźnie, świadomie czy też podświadomie, wszyscy zadajemy sobie te same pytania. Czy jest gdzieś dostępna praca, która okazałaby się bardziej dochodowa? Jak bardzo potrzebuję pieniędzy? Co stracę, jeśli zamienię godziny płatnej pracy na czas wolny? Co najbardziej lubię robić? Miejsce pracy i dom znaczą dla różnych osób mniej lub więcej, ponieważ ludzie mają inne priorytety. Na całym świecie wynik tych kalkulacji jest różny dla poszczególnych grup. Ale zawsze odmienny dla wysoko wykwalifikowanych kobiet, w porównaniu z salowymi, sprzątaczkami czy pracownicami biurowymi.

Po pierwsze jako osoba ze specjalistycznym wykształceniem zarabiasz więcej. Teoretycznie mogłabyś więc bez problemu pracować krócej niż inne kobiety, a nie dłużej, ponieważ jesteś w stanie szybciej zarobić daną sumę. Ale oznacza to także większe wydatki - na jedzenie poza domem, wakacje, pralnię, pomoc domową: wszystkie te rzeczy, które ułatwiają połączenie pracy zawodowej z utrzymaniem zadbanego domu i przyjemnym spędzaniem czasu wolnego.

Po drugie, jeśli należysz do kadry specjalistów, ciągłość zatrudnienia wpływa na twoje przyszłe pobory. W przypadku dwudziestokilkulatków w ich pierwszych miejscach pracy nie istnieją realne różnice w zarobkach między kobietami a mężczyznami wykonującymi zawody umysłowe. Znakomita większość z nich pracuje w pełnym wymiarze czasu; w bankowości kobiety i mężczyźni zarabiają te same (ogromne) sumy, również w nauce, szkolnictwie wyższym i w medycynie kobiety i mężczyźni otrzymują średnio takie same (raczej niskie) wynagrodzenia[72]. Jednak długa nieobecność na rynku pracy - jak opisuję to bardziej szczegółowo w rozdziałach 2 i 3 - może mieć w dłuższej perspektywie poważny, negatywny wpływ na zarobki tych grup. Większość wykwalifikowanych kobiet sama to dostrzega, nawet bez czytania opracowań naukowych.

Po trzecie wykształcone kobiety często wykonują zawody, które przynoszą im satysfakcję. Susan Chira, redaktorka działu zagranicznego "New York Timesa", powiedziała mi podczas pospiesznego lunchu na Manhattanie: "Jestem klasycznym przykładem kobiety, dla której praca jest spełnieniem, elementem tożsamości. Od wczesnych lat naprawdę lubiłam swoją pracę i stanowiła ona część mnie". Jednak nie tylko prestiżowe zawody są atrakcyjne. Lindsey McBrayne, pracująca w administracji wyższej uczelni w Londynie, mówi, co sobie ceni: "Autonomię i zaufanie, jakim jestem obdarzana. Poza tym pracując, używam tych części mojego umysłu, które lubię uaktywniać".

I wreszcie po czwarte praca na stanowiskach eksperckich i kierowniczych ma to do siebie, że nie można wykonywać jej w niepełnym wymiarze czasu. Albo pracuje się na pełny etat, albo w ogóle rezygnuje z tego typu posady. A to "w ogóle" to poważna decyzja.

Tak się złożyło, że gdy zaczęłam pisać tę książkę, umówiłam się na kawę (co zdarza się rzadko) z moją żyjącą w wielkim napięciu sąsiadką i koleżanką Dianą, pracującą jako menedżerka wyższego szczebla w dużej stacji telewizyjnej. Jej marzeniem było przejść na część etatu i móc spędzać więcej czasu z dziećmi, lecz nie zdołała znaleźć żadnej oferty pracy, choć odrobinę zbliżonej do obecnego zajęcia. Obie byłyśmy tym zdumione. Istnieje całkiem spora grupa pracujących umysłowo kobiet, w większości matek, twierdzących, że chciałyby pracować krócej, ale, podobnie jak Diana, nie mogą tego osiągnąć[73]. Czy pracodawcy nie powinni entuzjastycznie skorzystać z takiej możliwości? Z pewnością mogliby przyciągnąć kobiety o wysokich kwalifikacjach, nawet proponując wraz ze zmniejszeniem etatu znacznie niższą stawkę godzinową niż ta, którą oferują za pracę w pełnym wymiarze. To prawdziwy scenariusz wyzysku kobiet, który tylko czeka na realizację.

Dlaczego więc nic takiego się nie dzieje? Czy to głupota? Uprzedzenia?

"Masz zagadkę do rozwiązania", orzekła Diana.

Od tamtej rozmowy zastanawiałam się nad tą kwestią kilkakrotnie i doszłam do wniosku, że pracodawcy prawdopodobnie nie postępują irracjonalnie. Tam, gdzie etaty zajmowane przez wyspecjalizowanych pracowników można łatwo podzielić, już się to dzieje się na dużą skalę: przykładem mogą być niektóre zawody medyczne i spora część nauczania szkolnego, i to we wszystkich krajach świata. Rośnie liczba urzędujących w niepełnym wymiarze czasu księży, pastorów i rabinów. Wszystkie uniwersytety wykorzystują wykładowców na niepełny etat, bo są tańsi[74]. Jeśli inne prace nie są dzielone w ten sposób, jeśli job sharing, czyli podział stanowisk pracy, nie jest powszechny[75], jeśli zawody z górnej części naszej piramidy zatrudnienia pozostają w przeważającej mierze pełnoetatowe, dzieje się tak zapewne nie z powodu instytucjonalnego seksizmu.

Jest oczywiste, że w niektórych zawodach nie da się pracować w niepełnym wymiarze czasu. Lawton Fitt wspomina, że w bankowości inwestycyjnej "rezygnuje się z własnego życia. Ludzie żyją w olbrzymim, niewiarygodnym wręcz stresie. Teraz wolę unikać robienia rzeczy, które sprawiają, że budzę się w nocy zlana zimnym potem. Ponieważ robiłam to przez prawie ćwierć wieku".

To bez wątpienia wyjaśnia, dlaczego w bankowości inwestycyjnej i finansach spotyka się wyjątkowo niewiele kobiet łączących macierzyństwo z nieprzerwaną karierą zawodową[76]. Ale nawet jeśli zejdziemy o kilka poziomów w dół pod względem wysokości zarobków oraz stresu, zasadnicze ograniczenia wciąż się utrzymują. Nie możesz odpowiednio zarządzać wydziałem wyższej uczelni, jeśli twój grafik nie obejmuje całego roboczego tygodnia; to samo dotyczy placów budowy, hoteli, redakcji czasopism. Sue Clarke, obecnie analityczka zatrudniona w instytucji rządowej, wspomina dwadzieścia lat przepracowanych w zarządzie college'u; podkreśla przy tym, jak ważne jest, by personel na wyższych stanowiskach pracował z dużym zaangażowaniem i... mieszkał w pobliżu. "Jest wiele rzeczy, które robi się wieczorami. Do tego dochodzi rekrutacja. Pamiętam przypadki, gdy pracownicy obiecywali, że przeprowadzą się bliżej, ale nie robili tego, a potem zwyczajnie nie nadążali z wypełnianiem obowiązków".

Należące do elity kobiety, zatrudnione w pełnym wymiarze godzin, mają wiele do stracenia, jeśli przerwą pracę na jakiś czas, a przy tym ograniczone możliwości przejścia na część etatu. Dlatego w porównaniu ze swymi gorzej opłacanymi, gorzej wykształconymi rówieśnicami mają mniej przerw w zatrudnieniu i o wiele rzadziej pracują w niepełnym wymiarze czasu.

Pozostaje jeszcze jedna nierozwiązana zagadka. Dlaczego więcej kobiet, zwłaszcza tych, które zajmują niższe stanowiska, w ogóle nie zrezygnuje z pracy zarobkowej na rzecz zajmowania się domem, pozwalając, by to ich mężowie utrzymywali rodzinę? Wiele z nich, jak widzieliśmy, zdecydowanie woli pracę na część etatu niż na cały, dlaczego więc w ogóle pracują? Maudie Miller, postać ze sztuki Terence'a Rattigana, o której wspominałam już wcześniej, podjęła pracę w czasie wojny. Kobiety z jej pokolenia, czy to Brytyjki, Amerykanki, Holenderki, czy Francuzki, nie marzyły o pracy w pralni. Co sprawia, że tak wiele z ich wnuczek zamiast do domu ciągnie do pracy w Walmarcie, Lidlu czy innym supermarkecie?

Przyczyną są znowu pieniądze - aczkolwiek nie jest wcale tak łatwo to wyjaśnić.

Przez ogromną część XX wieku większość kobiet rezygnowała z płatnego zatrudnienia po ślubie (choć zarobki mężczyzn były na ogół niższe niż dzisiaj) i nie robiły tak tylko ze względu na zakaz pracy dla zamężnych kobiet. Jak się jednak przekonamy w rozdziale 4, prace domowe zajmowały kobietom więcej czasu niż obecnie, a do tego wychodziły one za mąż w świecie, w którym rozwody były rzadkością.

Potem wszystko się zmieniło. Na "zajmowanie się domem", o czym szczegółowo opowiem w następnych rozdziałach, nie trzeba poświęcać już tyle czasu. Średnia liczba dzieci w rodzinie szybko się zmniejszyła. Skokowo wzrosła liczba rozwodów. Rynek pracy uległ przemianie. Liczba dobrych męskich zawodów, zapewniających utrzymanie całej rodziny, zaczęła się kurczyć. A liczba prac, które odpowiadają wielkiej masie kobiet, zaczęła wzrastać - obejmują one także sporo zajęć, które można wykonywać w niepełnym wymiarze czasu[77].

Dla rodzin szukających kompromisu między pracą a czasem wolnym, między opłaceniem rachunków i wydatkami z jednej strony a wizją radzenia sobie bez pieniędzy z drugiej, było to wystarczającą motywacją do wprowadzenia zmiany. Dla kobiet zaś większa niezależność finansowa, szczególnie w świecie, gdzie małżeństwa były coraz rzadsze, a rozwody coraz częstsze, musiała być atrakcyjna. Raz rozpoczęta zmiana umacniała się sama.

W czasie gdy wiele par ma do dyspozycji dwie - albo półtorej pensji, pozostałym coraz trudniej utrzymać się z jednej. Jeśli zamożniejsze rodziny podbijają ceny domów, jeśli dzieci innych ludzi przyjmują za oczywiste, że "normalne" dzieciństwo oznacza wakacje nad morzem i najnowszy sprzęt elektroniczny, jeśli wszyscy inni i tak pracują, i w domu nie ma nikogo, z kim można by porozmawiać, dlaczego nie postąpić tak samo?

Przejście ze starego świata do świata autentycznie nowego już się w dużym stopniu dokonało[78]. Miliardy indywidualnych ludzkich decyzji stworzyły społeczeństwa, w których miejsce pracy jest dla kobiet tak samo ważne jak dom. Ale w tym świecie wykształcone kobiety wiodą życie wyraźnie różniące się od życia pozostałych kobiet.

To prawda, że niemowlęta i małe dzieci, opieka nad nimi, wciąż stanowią centralny punkt życia większości kobiet (częściej niż w przypadku większości mężczyzn), ze wszystkimi troskami i satysfakcją, jakie przynosi rodzicielstwo. A jednak także w tym aspekcie istnieją wyraźne różnice między górnymi 20 procentami a całą resztą. Ponieważ wśród nowej elity najlepiej wykształconych, odnoszących największe sukcesy kobiet sposób wychowywania dzieci zmienił się najbardziej radykalnie. To zmiana, która oddala je jeszcze bardziej zarówno od poprzednich pokoleń, jak i od ich rówieśnic.

* * *

koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji