Jakie znowu mity?! ("Narzędziownik")
Aleksandra i Piotr Stanisławscy
Dlaczego pseudonauka jest taka pociągająca?
W marcu 2018 roku na pustyni Mojave w Kalifornii 61-letni Mark Hughes wystrzelił się w przestrzeń rakietą własnej konstrukcji. Z ułańską fantazją i prędkością ponad 800 km na godzinę pokonał ponad 600 metrów, po czym z hukiem wylądował. Zdołał nawet ocalić życie i zdrowie, choć ani dla niego, ani dla świadków obserwujących ten zbyt pośpieszny lot ku ziemi nie było to wcale oczywiste.
To imponujące, na jak duże poświęcenie jest gotów ten człowiek. Cztery lata wcześniej pierwszą próbę wzniesienia się w rakiecie własnej konstrukcji przypłacił licznymi obrażeniami z powodu silnych przeciążeń podczas startu. W 2018 roku borykał się z problemami formalnymi - wojował z władzami federalnymi o pozwolenie na start. Wydał też znaczne sumy na zbudowanie rakiety parowej oraz wyrzutni będącej osobliwą konstrukcją, na którą składały się przyczepa kempingowa i rusztowania. Po co to wszystko? I dlaczego to właśnie emerytowany amerykański kaskader stał się pierwszą postacią wymienioną w naszej książce obalającej naukowe mity?
Otóż Hughes od lat chce dowieść, że Ziemia jest płaska. Wróć! On od lat chce wykonać najwyższy na świecie skok, a bycie płaskoziemcą wydaje się jedynie sposobem na pozyskanie funduszy niezbędnych do zrealizowania tego celu. Hughes, który nosi wymowny pseudonim "Mad", to typowy amerykański daredevil - śmiałek bijący rekordy w świetle reflektorów i w obecności kamer. A do bicia rekordów potrzebny jest sprzęt. Drogi sprzęt.
Kiedy w 2016 roku Hughes zorganizował zbiórkę na budowę rakiety, z zamierzonych 150 tys. udało mu się zebrać zaledwie 310 dolarów. Kiedy jednak ogłosił, że realizuje projekt badawczy mający udowodnić płaskość Ziemi, kwota ta wzrosła do 8 tys. Chapeau bas, panie Hughes, to był strzał w dziesiątkę! Do zbudowania rakiety, w dużo tańszej wersji, zabrakło mu jeszcze co prawda 12 tys. dolarów, które musiał wyjąć z własnej kieszeni, tym niemniej wsparcie było znaczące.
Kto tak chętnie wspiera eksperyment mający zaprzeczyć kulistości Ziemi? Nam w Polsce ten pomysł wydaje się egzotycznym wariactwem, ale w Stanach Zjednoczonych to obecnie jeden z chętniej rozpowszechnianych mitów. Wyniki sondażu przeprowadzonego w tym kraju w 2018 roku pokazują, że w to, iż nasza planeta jest płaska jak naleśnik, wierzy aż 16% Amerykanów2!
Co istotne, ta dziwna moda za pośrednictwem internetu przychodzi też do Polski. I dlatego mit płaskiej Ziemi będzie dla nas punktem odniesienia. To na jego przykładzie prześledzimy najważniejsze składowe popularnego naukowego mitu.
Przypadek? Nie sądzę
Mit naukowy nie jest po prostu fikcją przeciwstawianą udowodnionym naukowo faktom. To coś znacznie bardziej złożonego, a znaczącą rolę odgrywa w nim - w warstwie przekazu - daleko idące uproszczenie. W micie tkwią elementy myślenia magicznego, odrzucenie specjalizacji na rzecz wiedzy ogólnej i polemizowanie z autorytetami w oparciu o "zdrowy rozsądek"3.
Mit od zarania dziejów był próbą porządkowania świata - poszukiwania odpowiedzi na pytania, w jaki sposób coś się wokół nas dzieje, a przede wszystkim DLACZEGO tak się dzieje - zwłaszcza gdy bezpośrednio nas dotyczy. Dlaczego piorun trafił akurat w to drzewo, pod którym schroniło się kilka osób? Ktoś musiał im źle życzyć, rzucił na nie urok.
Prymitywne? Nikt już dzisiaj tak nie myśli? W takim razie podam inne przykłady. Dlaczego to akurat moje dziecko zachorowało wkrótce po podaniu szczepionki? To nie może być zwykły przypadek - to zapewne wina szczepionki, którą mu podano. Pewnie producenci coś ukrywają, moje dziecko mogło paść ofiarą medycznego eksperymentu... Dlaczego rozbił się ten akurat samolot z ważnymi ludźmi na pokładzie, podczas gdy tysiące innych maszyn startuje i bezpiecznie ląduje każdego dnia. Katastrofę będącą splotem przypadków, błędnych decyzji podjętych pod wpływem chwili czy warunków zewnętrznych łatwiej jest oswoić, jeśli założymy, że jej przyczyną było celowe działanie - zamach czy karygodna lekkomyślność jednego człowieka.
Być może takie rozumowanie da się wyjaśnić naturalną skłonnością ludzkiego mózgu do poszukiwania reguł nawet tam, gdzie ich nie ma. Tu kłania się nasza ewolucyjna spuścizna, kluczowa dla przeżycia w grupie homininów na sawannie. Kiedy któryś z towarzyszy zjadł zielone owoce, a potem umarł, to łatwiej i bezpieczniej było założyć, że doprowadziły do tego owoce, aniżeli rozważać, czy aby nie zaistniały inne okoliczności towarzyszące. Jeśli zaś padł trupem z nieznanej przyczyny, rozsądek podpowiadał, że skoro nie jadł zielonych owoców, to pewnie zabił go gniew bogów. Jest skutek? Musiała być i przyczyna - nieistotne czy wymyślona, czy prawdziwa. Ważne, że dawała poczucie bezpieczeństwa i przeświadczenie, że zna się reguły, które rządzą światem.
Efektem tego sposobu myślenia jest choćby zjawisko zwane w psychologii podstawowym błędem atrybucji. Należy ono do kategorii błędów poznawczych, czyli specyficznych pułapek naszego myślenia, w które codziennie wpadamy. W tym przypadku chodzi o to, że z natury jesteśmy skłonni wyjaśniać zachowania innych ludzi ich cechami charakteru i świadomymi decyzjami, nie doceniając wpływu okoliczności zewnętrznych i przypadku. Czyli jeśli ktoś zajedzie mi drogę samochodem, to pewnie zrobił to specjalnie i miał na myśli coś złego. Z kolei jeśli to ja zajadę komuś drogę, to uważam, że powodowała mną wyższa konieczność. Taki sposób myślenia jest elementem stabilnego, dokładnego i spójnego wewnętrznie rozumienia świata.
Magia, panie!
Nauka jest wyjątkowo wdzięcznym polem do formowania się mitów. Jej galopujący rozwój już dawno przekroczył możliwości pojmowania przeciętnego człowieka. Postępująca specjalizacja staje się coraz mniej przejrzysta dla postronnego obserwatora. Naukowcy wydają się magikami odprawiającymi tajemne praktyki za zamkniętymi drzwiami swoich odciętych od świata laboratoriów. Nawet kiedy mówią o tym, czym się zajmują, nie robią tego - z punktu widzenia zwykłych ludzi - "normalnym" językiem, tylko wymądrzają się w taki sposób, by nie dało się nic zrozumieć. A brak zrozumienia tego, co chcą nam przekazać, budzi frustrację i tak naprawdę zmniejsza ciekawość i chęć dowiedzenia się, co mają na myśli. Wywołuje za to potrzebę uporządkowania tych wewnętrznych sprzeczności, zmniejszenia niepewności i znalezienie znaczenia w elementach wyglądających na losowe4.
"Nie wierzę w naukę" - stwierdził były kaskader Mark Hughes w wywiadzie udzielonym Associated Press, a media cytowały go tysiące razy. Po chwili dodał: "Wiem o aerodynamice i dynamice płynów oraz o tym, jak rzeczy poruszają się w powietrzu, o pewnej wielkości dysz rakietowych i ciągu. Ale to nie jest nauka, to tylko formuła. Nie ma różnicy między nauką a science fiction". Paradoksalnie jednak, to nauka przekracza zdolności rozumienia, a magia - już nie.
Rozłam na świat normalnych ludzi i świat nauki sięga dalej, o wiele dalej. Ze zdobyczy nauki korzystamy wprawdzie na co dzień, ale kto tam, panie, wie, co sprawia, że możemy rozmawiać przez telefony komórkowe. Dobrze ilustruje to ten obrazek:
Można to ciągnąć dalej: kto wie, co firmy farmaceutyczne pakują do szczepionek - aluminium, rtęć, DNA, abortowane płody, retrowirusy, a może coś jeszcze? Kto wie, czy rzeczywiście istnieje globalne ocieplenie, skoro tej zimy mieliśmy falę mrozów? Pewnie naukowcy celowo wprowadzają nas w błąd, sięgając po ekoterroryzm i siejąc panikę. Kto wie, czym tak naprawdę są smugi na niebie, które ciągną się za samolotami? A może ktoś rozpyla coś celowo, żeby wprowadzić do naszego organizmu określone substancje, które czynią nas łatwiejszymi do sterowania? Kto wie, co w rzeczywistości GMO robi roślinom? Skoro naukowcy przenoszą, wbrew naturze, geny między organizmami, to czy te geny nie zmieniają ludzkich ciał? I tak dalej, i tak dalej.
"Świat bez mitów byłby światem bez sensu. Nikt z nas nie chciałby żyć w rzeczywistości, która jest ich pozbawiona"5 - napisał dr hab. Marcin Napiórkowski w swojej książce Mitologia współczesna. To dlatego, że my, ludzie, bardzo lubimy rozumieć. Jak kania dżdżu łakniemy wiedzy, jak i dlaczego coś się wokół nas dzieje. W ten sposób porządkujemy sobie tę niesforną, zaplątaną jak supeł rzeczywistość, aby jej istota nie była dostępna jedynie garstce nerdów w białych kitlach.
Zdrowy chłopski rozum
A skoro już otacza nas "naukowa magia", to będziemy poszukiwać dla niej prostych wyjaśnień i ścieżek na skróty pozwalających znieść w nas poczucie niewiedzy, uwierające jak kamień w bucie. A co przeciwstawić niezrozumiałym zawiłościom, jeśli nie zdrowy chłopski rozum? To jedyne koło ratunkowe na oceanie naukowego bełkotu.
Wróćmy zatem do konkretów, czyli teorii zaprzeczającej kulistości Ziemi. Przecież na własne oczy widać, że jest ona płaska jak stół. Wystarczy się rozejrzeć. Płaska? Płaska. W dodatku nie obraca się wokół własnej osi, bo przecież gdyby tak było i podskoczylibyśmy odpowiednio wysoko, to wylądowalibyśmy kawałek dalej po tym, jak Ziemia wyjechałaby nam spod nóg. A jednak się nie kręci - że tak sparafrazuję Galileusza. Szach mat, okrągłoziemcy!
Nie tak prędko! - tu na chwilę włączają się naukowcy, którzy utrzymują, że krzywiznę naszej planety da się dostrzec z większej wysokości i że widać ją już choćby z samolotu. To stwierdzenie można jednak obalić, stosując zdroworozsądkowe rozwiązania, czyli sprawdzając to na własną rękę.
To dlatego eksperyment mający ostatecznie zweryfikować płaskość Ziemi musi być pozbawiony wpływu sił zewnętrznych - linii lotniczych, agencji kosmicznych czy organizacji żeglugi powietrznej. Bo przecież mogą one na przykład inscenizować za oknem obrazy generowane komputerowo, żeby pasażerowie się nie zorientowali, jak jest naprawdę. I to dlatego były kaskader Mark Hughes musi (a przynajmniej tak uważa) ryzykować życie, zamiast wsiąść do samolotu rejsowego i po prostu wyjrzeć przez okno na wysokości kilkanaście razy większej niż ta, którą zdołał osiągnąć we własnoręcznie zbudowanej rakiecie. Przy dobrej pogodzie i widoczności, na wysokości przelotowej 10-11 km, krzywizna powinna być już widoczna, choć niestety nie tak wyraźnie, jak widzieli ją pasażerowie concorde'ów latających na wysokości 18 km.
Jak łatwo się domyślić, wzniesienie się na 600 metrów nie wystarczyło daredevilowi, by dostrzec kulistość Ziemi. Aby zdobyć upragniony dowód, Hughes już zapowiada dalsze próby lotu "w kosmos" pojazdami własnej produkcji. I pewnie znów sobie gratuluje, że - aby realizować własne fantazje - zdecydował się zostać płaskoziemcą. Dzięki temu łatwiej mu będzie uzyskać wsparcie finansowe niezbędne do przeprowadzenia "badań".
Nie znam się, więc się wypowiem
Być może przemknęło Ci przez głowę, że to trochę dziwne, że facet twierdzący, iż dla niego nie ma różnicy między nauką a science fiction, ma odwagę przeciwstawiać swoje słabe argumenty światowym autorytetom w dziedzinie lotów rakietowych. Otóż dla niego nie stanowi to najmniejszego problemu. Jeśli wydaje Ci się, że Mark Hughes jest jedynym człowiekiem, który robi takie rzeczy, zerknij do komentarzy na stronie "Crazy Nauki" na Facebooku, zwłaszcza pod takimi tematami jak szczepienia czy globalne ocieplenie. Tam wypowiadają się liczni domorośli "eksperci" w dziedzinie wakcynologii, epidemiologii, mikrobiologii, fizyki atmosfery czy energetyki, otwarcie drwiąc sobie z popartych setkami badań argumentów. Istotą naukowego mitu jest przecież kwestionowanie autorytetów, zwłaszcza że zapewne działają one w zmowie, o czym za chwilę.
Za tę pewność siebie w dyskusjach ze specjalistami odpowiada kolejny z błędów poznawczych, zwany efektem Krugera-Dunninga. Dwóch socjologów - Justin Kruger i David Dunning - opisało tę dziwną słabość ludzkiego myślenia. Chodzi o to, że ludzie o niskich kwalifikacjach mają tendencję do przeceniania swoich umiejętności i wiedzy, eksperci w danej dziedzinie zaś mocno je zaniżają.
Przykładowo, jeśli zapytamy profesora w dziedzinie wakcynologii, czy szczepienia są bezpieczne, to zacznie tłumaczyć, że nie może tego tak arbitralnie stwierdzić, bo co prawda przytłaczająca większość badań tego właśnie dowodzi, jednak niektóre z nich wykazały, że ekstremalnie rzadko zdarzają się poważne skutki uboczne, a ponadto podstawy naukowe szczepień przez cały czas podlegają procesom falsyfikacji (czyli wykazania fałszywości), co stanowi podstawę metody naukowej, a więc nie można mówić o ostatecznym i zamkniętym stanowisku nauki w tym zakresie.
Na to samo pytanie antyszczepionkowiec bez chwili wahania palnie z grubej rury, że szczepionki z całą pewnością nie są bezpieczne, a nawet są śmiertelnie groźne, bo kuzyn brata szwagra zaszczepił się, wkrótce potem trafił do szpitala i zmarł (taki "dowód" nosi nazwę dowodu anegdotycznego). To oczywiście przerysowany obrazek, ale gdyby podobna wymiana zdań miała miejsce podczas publicznej debaty, to która ze stron Twoim zdaniem wypadłaby bardziej wiarygodnie: nadmiernie asekurancki naukowiec czy bardzo pewny siebie antyszczepionkowiec? No cóż, niestety masz rację.
Gdyby zapytać tego drugiego uczestnika debaty, na jakich źródłach opiera głoszone przez siebie antynaukowe twierdzenia, wymieni zapewne kilka "dyżurnych" badań, wyciąganych przy różnych okazjach przez ruch antyszczepionkowy. Badania te rzeczywiście, na pierwszy rzut oka, potwierdzają wskazaną tezę. To zjawisko nosi nazwę cherry picking i oznacza wybieranie tych nielicznych źródeł, które odpowiadają danym poglądom lub na pierwszy rzut oka na takie wyglądają, i jednoczesne odrzucanie tych, które nie pasują do z góry przyjętej tezy.
Jednak gdy przyjrzymy się wybranym badaniom, to albo zawierają one błędy metodologiczne, albo są niewiarygodne z innego powodu - zostały dawno obalone lub tylko pozornie popierają stanowisko antyszczepionkowców, a w rzeczywistości tego nie robią. Powołujący się na nie liczy, że nie będzie nam się chciało do nich zajrzeć (lub sam nie ma o tym pojęcia - z naszego doświadczenia wynika, że to również często się zdarza).
Jeszcze ciekawsze wnioski przedstawili badacze z Texas Tech University, którzy zapytali kilkudziesięciu płaskoziemców - uczestników konferencji w Karolinie Północnej i Kolorado - o źródła ich poglądów. Wnioski z tych badań naukowcy przedstawili na zjeździe Association for the Advancement of Science w 2018 roku6. Okazało się, że poglądy osób wierzących w płaską Ziemię ukształtowały się i utrwaliły głównie dzięki... filmom publikowanym w serwisie YouTube. Zawierają one rzekomo "niepodważalne dowody" na to, że żyjemy na planecie o kształcie naleśnika.
Jako społeczeństwo nie radzimy sobie z natłokiem informacji, o czym świadczy niezwykła popularność płaskoziemskich tematów w mediach społecznościowych i na YouTubie - komentuje psycholog Maciej Taraday. Stosujemy uproszczone schematy rozumowania i mamy tendencję do preferowania wiadomości, które potwierdzają naszą hipotezę oraz odrzucania tych, które nie są z nią zgodne. A internet daje okazję do potwierdzenia nawet najbardziej wykrzywionego obrazu świata i otrzymania społecznego dowodu słuszności na jego poparcie. Nietrudno jest więc znaleźć tam grupę osób zainteresowanych płaską Ziemią, co powoduje, że każdego dnia otrzymujemy porcję tendencyjnych informacji potwierdzających zniekształcony obraz rzeczywistości. I utwierdzamy się w przekonaniu, że jest to jedyny słuszny obraz7. Ponadto, stajemy się członkami awangardy burzącej stary porządek, a kierującej się jedynie szlachetną ideą poznania prawdy. Nieuwikłanej w instytucjonalne powiązania i interesy.
Wiele osób biorących udział we wspomnianych konferencjach płaskoziemców przyznało, że na filmy dowodzące płaskiego kształtu Ziemi trafiły po tym, jak oglądały na YouTubie nagrania dotyczące innych teorii spiskowych. Przyznawały, że w tej i w innych dziedzinach nie ufają ani naukowcom, ani władzom.