Fakir el Fukara - Karol May

Kup ebooka

8.00 zł
6.88 zł (8,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

AKIR EL FUKARA

 

Żołnierze naznosili całą kupę drwa, a jeden z nich przyniósł bardzo interesujące przedmioty, które znalazły pod drzewem.

- Zobacz-no, effendi, te dwie kości! - rzekł do mnie, zakłopotany trochę. - Zdaje mi się, że pochodzą z cielęcia. A że zazwyczaj nikt nie bierze ze sobą na step cieląt, by je tu zabijać, przypuszczam, że obozowali tu złodzieje, trudniący się kradzieżą bydła.

Wziąłem do ręki podane mi kości i - zdębiałem. Jedna z nich była połową łopatki, druga nasadą goleni.

- To nie są kości cielęcia, lecz człowieka! - ozwałem się.

- Allah! A zatem tu kogoś zamordowano.

- No, o morderstwie mowy niema. Człowiek ten, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa został pożarty.

Wszyscy otoczyli mnie wokoło, i krzycząc, starali się przekonać mnie, że nie mam słuszności.

- Nie mylę się, moi kochani, ponieważ znam się doskonale na budowie ludzkiego ciała i mogę z zamkniętemi oczyma odróżnić kolei ludzkie od zwierzęcych. Ta łopatka daje mi pewne oznaki, że gryzł te kości drapieżny zwierz. Czyżby w tej okolicy były lwy?

- Allah niech nas strzeże i broni i łaską swoją darzy! - krzyknął przewodnik. - Z pewnością nie był to żaden inny djabeł, jak tylko Chazzak el Dżuma, Tygodniowy drapieżca, lew z El Teitel!

- Dlaczego dano mu nazwę tej okolicy?

- Ponieważ odwiedza naprzemian wszystkie studnie znajdujące się między Ei Teitel, a Nilem.

- A jakiej okoliczności zawdzięcza drugie swe miano?

- Bo niema tygodnia, żeby nie pożarł człowieka. Znajduje się w tej okolicy już przeszło rok.

- I go nikt nie starał się upolować?

- Upolować? Co też tobie przychodzi do głowy, effendi! Allah strzeże każdego człowieka przed tym potworem, większym od wołu, a silniejszym, niż słoń.

- Wiadome jest jego legowisko? Widział go może kto z lwicą lub z młodemi?

- Niestety! Drapieżca nie posiada stałej siedziby: śpi raz tu, raz tam, gdzie go zaskoczy noc. Najprawdopodobniej szuka sobie przytułku na przestrzeni między jedną studnią, a drugą.

- A więc mamy do czynienia z Wahdanim, Wiem coś o tych szkodliwych i ogromnie niebezpiecznych zwierzętach. Odznaczają się niesłychaną drapieżnością. Jeżeli taki potwór raz zasmakuje w mięsie ludzkiem, to żywi się niem przez całe życie. Na zwierzęta napada jedynie wówczas, gdy mu grozi głodowa śmierć.

- To prawda, effendi; podobnym ludożercą jest właśnie ten wagabunda z El Teitel. Zdarza się nawet tak, że bestja w ciągu tygodnia zjada aż dwóch ludzi. - Kiedy on tu był?

- Przed pięciu albo sześciu dniami, jak można wnosić z wyschnięcia tych kości.

- O Allah, to okropne! Jeżeli tak, to możemy się spodziewać go... właśnie dziś! Gdyby był wczoraj lub przedwczoraj, znajdowałby się z pewnością w innych stronach, ale po sześciu dniach zdołał już odbyć swą okrężną podróż.

- Zależy zresztą od tego, ile on studzien odwiedza i czy zdobył sobie co po drodze. Przecież on nie może zjeść człowieka za jednym razem, oddała się dopiero wówczas, gdy wyssie resztki szpiku z kręgosłupa. Możliwe, że leżał on tu conajmniej trzy dni.

- W takim razie Allah miał na nas wzgląd i miłosierdzie. Drapieżca mógł nas napaść podczas ostatniej nocy. Jeżeli kości leżą już cztery dni, a on tu siedział trzy dni, wynika z tego jasno, że oddalił się stąd wczoraj, możemy więc spać spokojnie.

- Rozumowanie wcale trafne, ale mogłoby ono wprowadzić nas w błąd. Lew, jak wogóle każde inne zwierzę drapieżne, kręci się więcej na tych miejscach, gdzie raz znalazł zdobycz, niż tam, gdzie mu się nic nie trafiło. Możliwe więc, że pojawi się tu prędzej, niż to przypuszczasz.

- A niechże nas strzegą wszyscy święci całego kalifatu! A może on wcale się nie oddalił i czai się gdzieś w ukryciu?

- Gdyby tak było, zauważyłbym był niezawodnie jego ślady. Pominąwszy to zresztą, musimy zachować wielką ostrożność, bo lwy tego gatunku odznaczają się wielką przebiegłością i nie dają znać o sobie rykiem, jak to czynią inne ich pobratymce. One się skradają bardziej może zręcznie i ostrożnie, niż pantery i rzucają się na swoje ofiary znienacka, bez wydania z siebie głosu. Zastrzeliłem raz takiego zatwardziałego grzesznika, który tylko raz ryknął z uciechy, że wpadł na ślad ludzki. Potem zaś zbliżył się chyłkiem i po cichu, jak kot.

- Co ty mówisz, effendi! Ty zastrzeliłeś takiego potwora?

- O, nietylko jednego.

- I trafiłeś?

- Mój kochany, ja nigdy nie chybiam celu. Zdarzało mi się to jeszcze w chłopięcych latach, gdym się uczył strzelać, ale teraz... szkoda przecie kul i prochu na wiatr.

- I zabiłeś lwa?

- Powiedziałem ci to przecie wyraźnie.

- A iloma strzałami?

- Jednym. Raz tylko zdarzyło mi się, że zużyłem dwie kule.

- O, effendi, jak ty pięknie blagujesz, jak ty blagujesz!

Ani mi się śniło brać mu za złe tych wykrzykników, ponieważ nie było mi wcale obcem, w jaki sposób mieszkańcy stepów i pustyni na lwy polują.

Skoro tylko odkryją legowisko lwa, natychmiast mobilizują się wojownicy całego szczepu i jadą na miejsce, okrążają je, rzucają kamienie i krzyczą, co mają sił tak długo, dopóki nie wypłoszą zwierza z kryjówki. Wówczas strzelają wszyscy na oślep. Kule fruwają w powietrzu, ale nie trafia żadna, a jeśli trafi, to tylko zrani rozjuszonego zwierza, która rzuca się jak wściekły na całą gromadę, powala jednego albo nawet dwóch jeźdźców i zabija, a tymczasem inni się cofają, nabijają broń na nowo i strzelają z tym samym skutkiem, co przedtem. Lew rzuca się znowu na napastników i rozdziera trzeciego. W ten sposób brzmią salwy jedne po drugich tak długo, dopóki zwierz nie padnie wreszcie z podziurawioną skórą jak rzeszoto, nie trafiony bynajmniej, lecz wyczerpany przez upływ krwi. Zwycięstwo takie musi być z reguły okupione życiem kilku ludzi, ale to nie wchodzi w rachubę. Główna rzecz, że król pustyni padł zabity. Rzuca się tedy na niego cała zgraja, kopie nogami, obrzuca kamieniami, przeklina i pastwi się nad garścią zbitego ścierwa do syta. Nie zdarza się to nigdy w nocy, lecz jedynie w dzień. Że jeden jedyny Europejczyk może w ciemną noc jednym celnym strzałem położyć zwierzę, zbliżające się do wody lub do przynęty, uważają ci ludzie za wierutną bajkę, za najpewniejszą niemożliwość i nie wierzą w to wcale. Nie dziwnem mi więc było, że poczciwy przewodnik sądził, jakobym starał się bawić go "piękną blagą".

- On zabił lwa! - mówił dalej, uśmiechając się drwiąco. - Jednym strzałem i do tego w nocy, sam jeden jak palec! O Allah, o Mahomet, co za straszliwy bohater z effendiego! Radbym go widzieć jako Sijad es Saba, Polujący na lwy.

- No, no, nie pragnij tego - ostrzegłem go, nie obrażając się bynajmniej jego żartami. - Możesz to wyrzec w taką godzinę, że spełniłoby się twoje życzenie, czyli, że lew zjawiłby się tu może w tej chwili, a mnie się zdaje, że byłoby to dla ciebie niebardzo miłe i pożądane.

- Ależ przeciwnie odparł, śmiejąc się jeszcze ciągle - cieszyłbym się niezmiernie, gdyby życzenia moje mogły się ziścić. Boję się lwa akurat tyle, co i ty. Ludożerca należy do zwierząt olbrzymich i, jeżeli mu pozwolę zbliżyć się na dostateczną odległość, to trafię go napewno. Co może obcy effendi, który się syn tego kraju. Możemy się zresztą założyć, że w razie pojawienia się lwa, będę czynił to samo, co ty.

- Zgoda! O co zakład?

- Uważasz, że twój zegarek i luneta mają taką samą wartość, jak moja flinta wizyjna?

- Rozumie się.

- I nie żartujesz, effendi?

- Nie. Chcesz się tedy założyć koniecznie?

- Koniecznie, przysięgam ci na Allaha i na brodę proroka. Nie cofniesz się?

- Nie. I ty, skoro przysiągłeś na Allaha i brodę proroka, cofnąć się również nie możesz, bo widzisz, ty naprzód wyśmiewasz mnie, nie dając wcale wiary, i nagle bierze cię chętka na mój zegarek i lunetę i jesteś pewnym, tą oba te przedmioty są już twoją własnością, ponieważ zdaje ci się, że ja, w razie pojawienia się lwa, będę siedział przy ogniu najspokojniej w świecie i ani się ruszę. Ale mylisz się, i to grubo.

Spuścił oczy na chwilę, a potem ozwał się poważnie:

- Ja cię wcale nie chcę obrazić, tylko ci nie wierzę.

- A ja bynajmiej o tem nie myślę, że zwierz się pojawi, gdyby jednak tak było przekonam cię, że się mylisz. Przy zakładzie obstajesz?

- Przysiągłem.

- Nie pozostaje ci zatem, nic innego, jak tylko modlić się do proroka, by nie dopuścił lwa tutaj, a jeśli cię nie wysłucha, wówczas możesz się raz na zawsze pożegnać ze swoją historyczną flintą, Teraz musimy zajrzeć do jeńców...

Przerwałem zdanie, gdyż spostrzegłem nagle na zachodniej krawędzi pod światło sylwetkę wielbłąda z jeźdźcem, który stanął i zoczywszy nas, wahał się, czy nas ominąć, czy nie. Po krótkim namyśle podciął wielbłąda i popędziła wprost ku nam.

Przybywszy, zsiadł ze zwierzęcia i zagadnął:

- Zanim usta moje wypowiedzą salam, powiedzcie mi, kto jest waszym przewodnikiem.

- Ja nim jestem - odparłem.

- To są żołnierze, a ty bynajmniej nie wyglądasz na askieriego, egipskiego żołnierza, w jaki tedy sposób mogę to sobie wytłumaczyć?

- Czy uniform stanowi żołnierza?

- Nie. Wierzę ci. A co to za ludzie leżą powiązani? Co to ma znaczyć?

- Są to nasi jeńcy, łowcy niewolników.

- Czyż popełnił przez to zbrodnię?

- Oczywiście, Rabowanie ludzi...

- Niewolnicy i wogóle czarni nie są właściwie ludźmi. Puścisz tych jeńców na wolną stopę.

Mężczyzna ten liczył około lat trzydziestu, był chuderlawy i nosił niebardzo gęstą, długą brodę. Z posępnej, ascetycznej twarzy przebijała surowość. Stał dumnie wyprostowany przede mną, a oczy jego błyszczały prawie groźnie, jakgdyby nie ja, lecz on był tym, który ma tu rozkazywać. Nie miałem wyobrażenia, że człowiek ten, jako, Mahdi, odegra później tak wielką znakomitą rolę.

- Proszę? - spytałem go. - No, proszę! Jakiem prawem i na jakiej podstawie śmiesz domagać się tego, i to z taką pewnością?

- Ponieważ rozkazuję ja, fakir el Fukara.

- Bardzo ładnie, A ja jestem askari el asaker i robię tylko to, co mnie się podoba, Fakir el Fukara jest fakirem fakirów, a zatem najprzedniejszym z fakirów, dlatego ja nazwałem siebie żołnierzem żołnierzy, a więc najdoskonalszym z tych żołnierzy. On, zdaje mi się, nie oczekiwał takiej odpowiedzi, ponieważ zapytał:

- I ty mnie nie znasz? Nie słyszałeś nigdy o fakirze el Fukara?

To mówiąc, zamienił z czcigodnym fakirem, leżącym na ziemi, przelotne, ale wiele mówiące spojrzenie, co wcale mojej uwagi nie uszło. Znają się więc, pomyślałem i odrzekłem:

- Nie znam cię wcale, lecz moi jeńcy mają ten zaszczyt.

- A ty skąd wiesz o tem?

- Powiedziałeś mi to sam.

- Kiedy? Nic o tem nie wiem.

- W tej właśnie chwili. Powiedziały mi to oczy twoje. Uczyniłeś sławnemu Abd Aslowi przyrzeczenie, którego żadną miarą nie dotrzymasz.

- A jednak dotrzymam.... Zapytaj swoich jeńców, a powiedzą ci, że jestem potężnym i że, co przyrzekam, tego zawsze dotrzymuję.

- Zapytaj ich wprzód o mnie, a objaśnią cię dokładnie, że w tym momencie ja jestem tym, który rozporządza potęgą. Kim i skąd jesteś, zupełnie mi to obojętne. Zastępuję tu miejsce reisa eifendiny, a więc kedywa, powinno ci to wystarczyć.

- Nie zadawalnia mnie to wcale, lecz wywiera wręcz przeciwny skutek, niż się spodziewałeś. Zarówno wicekról jak i reis effendina nie znaczą w moich oczach nic i bynajmniej nie mam zamiaru zwracać się do nich.

Wówczas nie miałem wyobrażenia o jego stosunkach i dopiero później dowiedziałem się z jakich powodów mógł ten człowiek wyrażać się tak lekceważąco. Był on przez pewien czas w służbie rządowej, a potem zrezygnował z posady i wolał się zajmować handlem niewolników. Nie wiedziałem oczywiście o tem, lecz mimo to odparłem tonem wyższości i z pobłażliwym uśmiechem:

- A jednak, mimo wszystko, zwrócisz się do niego chociażby w tej chwili, gdy w jego imieniu wydam ci rozkaz.

- Zobaczymy, czy zechcę usłuchać tego rozkazu.

To powiedziawszy, dobył noża i pochylił się nad Abd Aslem.

- A to co znaczy? - krzyknąłem. Co chcesz robić? - Uwolnić z więzów tego oto mego przyjaciela!

- Ale ja na to nie pozwalam.

- Nie pytam ciebie wcale o to.

- Już przytknął ostrze noża do rzemieni, którymi były skrępowane członki jeńca, gdy wtem poskoczyłem ku niemu z tylu, chwyciłem oburącz za biodra i machnąłem nim tak, że poleciał o parę kroków w trawę. Podniósł się jednak w okamgnieniu, wyciągnął rękę uzbrojoną w nóż i rzucił się ku mnie, miotając słów ami wściekle:

- Poważyłeś się tknąć fakira el Fukara! Oto masz za to!..

Nie przyszło mi nawet na myśl, by dobyć rewolweru, żaden też z żołnierzy nie stanął w mej obronie, tylko jeden Ben Nil zerwał się, sięgnął ręką do pasa, lecz został na miejscu. Wszyscy byli pewni, że dam sobie sam radę z napastnikiem bez ich pomocy. I istotnie trafne było Ich przypuszczenie. W chwili gdy przeciwnik zbliżył się do mnie z podniesionem wysoko ramieniem, uderzyłem go z dołu pod pachę zaciśniętą pięścią tak niespodzianie i silnie, że przewrócił się znowu kilka razy po ziemi. Wówczas dobyłem rewolweru i, gdy poraz trzeci zamierzał rzucić się na mnie, jak dziki zwierz, rzekłem spokojnie, lecz stanowczo:

- Jeżeli postąpisz pół kroku, zastrzelę cię!

- Stój, pohamuj się, bo on nie żartuje - wtrącił Abd Asi - to przecie giaur!

Fakir el Fukara na te słowa stanął jak wryty na miejscu, jak skamieniały, niewiadomo czy ze strachu, przed lufą rewolweru, czy też z oburzenia i grozy na samo wspomnienie, że jestem giaurem.

- Giaur? Czyż nie jest muzułmaninem?

- Nie, lecz chrześcijańskim effendim - odparł stary.

- I ten pies ważył się mnie...

W tym momencie stanął przede mną Ben Nil z podniesionym batem i zapytał:

- Czy chcesz, effendi, abym mu tym oto batem napisał na skórze odpowiedź na jego głupie szczekanie?

- Tym razem jeszcze mu daruję - odrzekłem, - bo wypowiedział to w uniesieniu, jeżeli jednak odważy się choćby na pół słowa, któreby było dla mnie obrazą, sprawię mu taką bastonadę, że będzie ziemię gryzł z bólu i wściekłości.

- Allah! On mi grozi bastonadą! Chrześcijanin! Co za śmiałość, co za bezczelność!...

- No, co do śmiałości parsknąłem mu śmiechem w twarz - to wobec ciebie mowy o niej być nie może, nawet gdybyś miał po swej stronie dziesięciu towarzyszy takich, jak ty. Jesteś jednak sam jeden, a poza mną stoi dwudziestu żołnierzy.

- Czy oni są muzułmanami?

- Rozumie się.

- W takim razie powinni stanąć po mojej, a nie po twojej stronie. Bo czyż możliwe, żeby muzułmanin patrzył obojętnie na to, jak giaur i poganin grozi prawemu wyznawcy proroka plagą cielesną? Czy też muzułmanin ów rzuci się właśnie na tego samego, który jego współwyznawcę znieważa...

Na to zerwał się ku niemu Ben Nil i odpowiedział za mnie:

- Posłuchajno, każdy z nas kocha tego effendiego całem sercem, i w jego obronie gotów jestem walczyć z każdym, ktoby mu groził. W naszem pojęciu wart on więcej, niż dziesięciu, niż nawet stu fakirów el Fukara i zapewniam cię, że nie byłbyś wcale pierwszym z tych, którzy za nieposkromiony język jęczeli pod razami bata, jak potępieńcy. Radzę ci więc, bądź bardzo ostrożny, bo skoro nie zamkniesz gęby, wkrótce skóra może być w robocie i wtedy nie pomogą żadne błagania.

- Chłopcze! - przerwał mu fakir - ty sam raczej trzymaj język za zębami, bo co ty znaczysz razem ze swoją gromadą wobec mnie i moich poddanych, którzy dążą za mną i, jeżeli tylko krzyknę...

- Krzyknij, no, krzyknij! Chcemy słyszeć, czy chociaż jeden głos się odezwie...

- No tak, w tej chwili nie, bo nie mam nikogo ze sobą, ale później mogę was wszystkich jak nędzne robaki zdeptać i zniszczyć!

Wśród żołnierzy dał się zauważyć pomruk niezadowolenia, on jednak nie zważał na to i ciągnął dalej:

- Już przez to samo, że służycie chrześcijaninowi, wypieracie się swego proroka, a to rzecz wielce karygodna. Albo naprzykład, czy macie prawo więzić tych oto wiernych? Jeżeli nawet łowili niewolników, to czyż to grzech? Wskażcie mi, w którym rozdziale korami zabroniony jest handel niewolnikami.

Mówił to w nadziei, że uda mu się podburzyć przeciw mnie żołnierzy, był może nawet tego pewny. Nie próbowałem przerywać mu tych przekonywujących dowodów jakiemkolwiek zaprzeczeniem. Wyręczył mnie w tem Ben Nil, który, zabrawszy głos w imieniu wszystkich, odpowiedział.

- Ty nie wiesz, o co tu idzie i nie znasz wcale sprawy, więc cię objaśnię. Ibn Asl, syn tego starego fakira, napadł na Beni Fessarów, pozabijał mnóstwo ludzi, a młode kobiety i dziewczęta uprowadził z sobą, ażeby je sprzedać. My jednak mu je odebraliśmy i odprowadzili do ojczyzny, za co poprzysiągł nam zemstę i wysłał przeciw nam swego ojca na czele tych oto powiązanych jeńców. Zaczaili się oni w tem miejscu i mieli napaść na nas znienacka i wymordować co do nogi, z wyjątkiem effendiego, któremu miano odrąbać ręce i wyrwać język. Powiedz więc, kto ma słuszność, my razem z effendim, czy ci, którzy napadają na wiernych i rabują im kobiety? Godzi się to?

- Oczywiście, że nie - odparł fakir.

- A czy Beni Fessarowie są wiernymi, czy giaurami?

- Wiernymi.

- W takim razie Ibn Asl zasłużył na karę śmierci, a ci oto jeńcy są jego wspólnikami i muszą być ukarani, nie mówiąc już o zbójeckich zamiarach, o których wspomniałem.

To wyjaśnienie młodzieńca osiągnęło swój skutek, Fakir el Fukara zwrócił się do starego Abd Asla i zapytał:

- Czy to wszystko prawda, co tu słyszałem?

- Niech nam udowodnią - odrzekł, że chcieliśmy pomordować tych żołnierzy. To wszystko bezczelne kłamstwo.

- Ty raczej nie kłam - poskromiłem go. - Słyszałem na własne uszy wszystko, leżąc w zaroślach tuż blisko was w chwili gdy układałeś z dżelabim cały plan.

- Mogłeś się pomylić - wtrącił fakir el Fukara.

- Słyszałem wszystko bardzo dokładnie, a oprócz tego mam inne dowody na potwierdzenie tego, co mówię.

- Jakież to dowody? Muszę je rozważyć.

- Musisz? Cóż to za ton? Któż cię to ustanowił sędzią nade mną? Ja robię tylko to, co mnie się podoba, i mogę ci objawić w tej chwili swoją wolę. Żądam mianowicie, abyś się nie mieszał wcale do tej sprawy. Sparzyłeś sobie już ręce na tem wszystkiem i powinieneś być teraz nieco ostrożniejszym. Oprócz tego, przybyłeś tu i, nie znając mnie wcale, odgrywasz rolę jakiegoś zwierzchnika. Radzę ci jednak, jedź sobie, gdzieś się wybrał, albo przenocuj z nami - co ci lepiej dogadza. Mnie to obojętne, lecz jeżeli jednem słowem wmieszasz się w moje sprawy, przekonam cię natychmiast, że ja tu jestem chwilowo upełnomocnionym władcą.

- A w jaki sposób mnie przekonasz?

- W taki, że cię nie ścierpię i przepędzę precz. Ustąp mi z oczu! Możesz przenocować, gdzie chcesz: obok żołnierzy, byle nie razem z jeńcami. Nie wolno ci zajmować się niczem.

Spojrzał na mnie i wyczytał z oczu, że nie ścierpię dalszego oporu. W twarzy jego czaiła się straszna zaciekłość i złość, grożąca każdej chwili żywiołowym wybuchem. Rozsiedlał wielbłąda i puścił go wolno na paszę. Następnie wydobył z torby u siodła kubek na wodę, zawiniątko z pożywieniem i rozłożył się z tem nad samą studnią. Wprzód jednak zaczął wieczorną modlitwę, którą z powodu sprzeczki ze mną nie mógł odmówić we właściwej porze, to jest równocześnie z zachodem słońca. Również i moi żołnierze zapomnieli o mogrebie, czyli o przepisanej godzinie modlitwy i teraz dopiero wzięli sobie przykład z pobożnego przybysza.

Rozłożono cztery ogniska. Na przestrzeni między temi ogniskami leżeli jeńcy oświetleni tak, że najmniejszy ruch z ich strony nie mógł ujść naszej uwagi. Ponadto żołnierze usadowili się łańcuchem naokoło, a poza nimi również wkrąg leżały wielbłądy, spętane za przednie nogi.

- I ja usiadłem tuż przy studni, by spożyć wieczorny posiłek. Przysiedli się do mnie Ben Nil i przewodnik fessarski. Fakir el Fukara znajdował się od nas tak blisko, że mógł dokładnie słyszeć naszą rozmowę, Nie miałem wcale zamiaru kryć się przed nim z czemkolwiek, gdyż inaczej gotówby sobie pomyśleć, że się go boję. Domyślałem się, że Ben Nil skorzysta ze sposobności i przypomni mi swoje żądanie co do starego Abd Asla, i istotnie, skoro tylko skończyłem wieczerzę, ozwał się:

- Nie chciałem ci przeszkadzać, effendi, ale skoro jesteś już gotów, mogę teraz mówić, nieprawdaż? Przyrzekłeś, że wydasz mi starego fakira.

- No tak zupełnie, jak ci się zdaje, nie przyrzekałem.

- Słusznie, miałeś dowiedzieć się czegoś od niego, a potem pozwolić, bym go ukarał, jak na to zasłużył.

- Ale ja jeszcze z nim wcale nie mówiłem i bynajmiej mi się nie śpieszy.

- O, nie! Nie uwierzę w to wcale. Tobie bardzo zależy na tym wywiadzie i wiesz nawet dobrze, że mogłoby być za późno. Ociągasz się jednak, bo nie życzysz sobie jego śmierci.

- Allah go ukarze!

- No, oczywiście, ale za mojem pośrednictwem.

- Popatrz tylko, toż to siwowłosy i niedołężny starzec. Czyż miałbyś sumienie wbić mu nóż w piersi?

- Ale on miał sumienie zamknąć nas obu w studni, abyśmy tam marnie zginęli. A dziś, czy nie był gotów do wymordowania dwudziestu ludzi? Jeżeli go ułaskawisz, to popełnisz przez to wielki grzech wobec Allaha, który przecież i twoim jest Bogiem.

- To prawda - potwierdził przewodnik - i mnie zaglądała już śmierć w oczy z jego powodu tak samo, jak i żołnierzom, mamy więc prawo wszyscy domagać się krwi tego mordercy.

- Słusznie, słusznie - odezwały się głosy wśród żołnierzy.

- Słyszysz effendi, - pytał przewodnik - czyż wobec tego będziesz się dalej ociągał z przyzwoleniem na wykonanie przysługującego nam prawa? Jeśli tak, to bądź pewny, że nie będziemy się oglądali na ciebie i zrobimy, co nam się podoba.

Myślałem o tem wprzód, nim to powiedział. Żołnierze pałali wściekłym gniewem ku jeńcom i tylko wzgląd na mnie powstrzymywał ich od rozbestwienia. Z pewnością byliby pozabijali wszystkich na miejscu. Zresztą nie mogłem ich wcale zapewnić, że winowajców spotka w Chartumie zasłużona kara, i je zeli wbrew mej woli zapragnęli się pomścić, to nie było rady. Gdybym był się starał odwieść ich od zamiaru stanowczą groźbą - wówczas straciliby łatwo dla mnie poważanie. Lepiej więc było poświęcić jednego, niżby w czasie walki zginąć miało więcej, a tym jednym nie był kto inny, tylko stary fakir. Już oto byłem zdecydowany powiedzieć: dobrze, gdy wtem zbliżył się do mnie najstarszy z żołnierzy i zameldował:

- Przychodzę do ciebie, effendi, z pewną prośbą w imieniu wszystkich towarzyszy.

- Słucham cię - odrzekłem.

- Powiedz wpierw, czy byliśmy ci posłuszni i czy jesteś z nas wogóle zadowolony.

- Mogę przed reisem elfendiną każdemu z was wystawić jak najlepsze świadectwo.

- Dziękuję ci. To powiedz, żeśmy zawsze czynili to wszystko, co nam rozkazywałeś, nawet wówczas, gdy wola twoja była dla nas zupełnie niezrozumiałą. Wiedzieliśmy zawsze zgóry, że wszystko, co obmyślasz i przedsiębierzesz musi być dobre i słuszne i dlatego ceniliśmy cię zawsze i poważali. Mimo to w postępowaniu twojem zauważyliśmy pewien błąd i, jeżeli tylko się nie obrazisz, gotowi jesteśmy zganić cię za to. Jesteś mianowicie jako chrześcijanin bardzo pobłażliwy względem naszych wrogów, a przecie wrogów tych trzeba koniecznie zniszczyć, inaczej oni zniszczą nas! Jeżeli bowiem schwycę dziś swego śmiertelnego wroga i, powodowany litością, puszczę go na wolność, on tedy napadnie na mnie jutro. Myśmy właśnie dzięki twojej przezorności i sprytowi uszli dziś śmierci i mamy w rękach wszystkich wrogów, ale ty nie chcesz ani o tem słyszeć, abyśmy ich ukarali. Dobrze więc, zgadzamy się na to, i tym razem jeszcze nie wypowiadamy ci posłuszeństwa. Jeńców tych dostawimy do Chartumu i oddamy reisowi effendinie, wszelako jeden z nich musi zginąć z naszej ręki, a tym jest nie kto inny, tylko Abd Asl Domagamy się tego bezwarunkowo. Nie chcielibyśmy powstawać przeciw tobie lecz jeżeli odrzucisz tę naszą skromną prośbę, to nie jest wykluczone, że w nocy ten lub ów z nas zakradnie się do jeńców i utopi nóż w piersi pierwszego lepszego, jaki mu pod rękę podpadnie, no i oczywiście wielu z tych, których ocalić pragniesz, nie ujrzy światła bożego. Namyśl się więc dobrze...

Wypowiedział to w tonie dosyć energicznym, cóż więc miałem na to odrzec? Czy istotnie jako chrześcijanin byłem obowiązany szczędzić Abd Aslowi okrutnego losu po to, by wielu innych na tem ucierpiało? Jedyną deską ratunku w tem położenia była moja przebiegłość. Postanowiłem tedy zdać wszystko na łaskę lub niełaskę poczciwego Ben Nila. Nie powinno się przelewać krwi przynajmniej tak długo, jak długo ja mam coś do rozkazywania, a co potem, to już nie ode mnie zależy i dlatego odpowiedziałem, zgadzając się pozornie na ich żądanie.

- Sądząc wedle waszych poglądów, mówiłeś całkiem rozumnie, jednakże powiedz sam, czy mogę rozporządzać życiem fakira, który wcale do mnie nie należy. Prawo pierwszeństwa w wykonaniu sprawiedliwości na tym winowajcy ma nie kto inny, tylko Ben Nil.

- Słyszeliśmy jednak, że ty wzbraniasz mu tego.

- Bynajmniej. Jeżeli wy się zgodzicie, wolno mu postąpić, jak zechce.

- W takim razie, effendi, jużeśmy się zgodzili na wszystko.

- To znaczy, że oddajecie życie fakira w ręce Ben Nila.

- Tak.

- A zatem jużeśmy się porozumieli. Możesz to oznajmić swoim towarzyszom.

Żołnierz oddalił się zadowolony bardzo z obrotu sprawy, a Ben Nil chwycił mą rękę i ozwał się?

- Dziękuję ci effendi. Prawu pustyni stanie się zadość i, mam nadzieję, nie powtórzy się straszna zbrodnia, jakiej byliśmy świadkami.

- Idź więc i wbij związanemu i bezbronnemu starcowi nóż w piersi. To bardzo szlachetne i - bohaterskie!

Na te słowa spuścił wzrok ku ziemi. Widać było, że walczy z samym sobą. Po chwili podniósł głowę i zapytał:

- Czy ten starzec należy istotnie do mnie i czy mogę z nim uczynić, co mi się podoba?

- Możesz.

- Dobrze. Wykonam zemstę zaraz.

Zerwał się i dobył noża, gdy wtem przyskoczył ku niemu fakir el Fukara i chwycił go za ramię:

- Stój! To byłby mord, a ja na to nie pozwolę!

Ben Nil odepchnął go od siebie z taką siłą, jakiej byłbym nigdy nie przypuszczał u niego.

- Milcz! - krzyknął. - Co ty masz tutaj do rozkazywania! Na twoje słowa zważam tyle, co na brzęczenie muchy.

- Milcz sam, smarkaczu, bo jeżeli weźmie mnie ku temu ochota, zmiażdżę cię w moich rękach, jak nędznego komara.

- Spróbuj, nie bronię ci tego wcale.

Ben Nil miał już w ręce nóż, który przedtem z za pasa wyciągnął. Fakir el Fukara sięgnął teraz po swój nóż, lecz w tej chwili pospieszyłem ku niemu, wytrąciłem mu broń z ręki i krzyknąłem:

- Precz mi stąd, gdyż inaczej będziesz miał ze mną do czynienia.

- A ty ze mną! - odparł, pieniąc się ze złości.

- Ba! Ale mnie się zdaje, że miałeś już sposobność przekonać się, co znaczysz wobec mnie.

- No, no, poszczęściło ci się przypadkowo i nie mów hop, aż przeskoczysz. Bo czyż możliwe, żebyś miał więcej odwagi i zręczności, niż ja? Ja ci powiadam, że fakir el Fukara nie boi się żadnego nieprzyjaciela, choćby był olbrzymem lub samym djabłem. Zrozumiałeś?

Odpowiedź na to zamarła mi na ustach, gdyż w danej chwili do uszu naszych doleciał jakiś głos, podobny do dalekiego grzmotu albo do wycia znajdującej się w pobliżu hyeny, która ze snu się przebudziła. Głos ten nie był mi obcy. Po chwili usłyszałem to samo i nie było najmniejszej wątpliwości, że to nie kto inny się zbliża, tylko jego królewska wysokość, król zwierząt i władca pustyni we własnej osobie.

- Czy i tego nieprzyjaciela się nie boisz? - spytałem fakira, wskazując w stronę, skąd dochodził nas ryk zwierzęcia.

- Powiedziałem, że nie boję się nikogo i niczego.

- I jesteś gotów stanąć przed nim oko w oko?

- Tak - zaśmiał się - ale tylko pod tym warunkiem, że ty mnie do niego zaprowadzisz.

- A więc dobrze, zgadzam się. Proszę za mną! - odpowiedziałem, zaglądając do strzelby, czy nabita.

- Widzę, że z ciebie nielada bohater - zauważył z szyderstwem, - skoro nie wahasz się walczyć z hyeną.

- Z hyeną? Jesteś chyba głuchy i nie słyszałeś głosu jego królewskiej mości.

- Jego królewskiej mości? Masz na myśli lwa?

- Tak jest, lwa.

- Ależ to z pewnością hyena. Ty sam jesteś głuchy, albo tak bojaźliwy, że hyenę bierzesz za lwa. Jednakże, gdyby to był istotnie dusiciel trzody, już jabym się z nim zmierzył, aby przekonać cię...

Urwał nagle, bo ryk ozwał się znowu o wiele wyraźniej, niż za pierwszym razem, co oznaczało, że zwierzę do nas się przybliża. Zauważyły to nawet wielbłądy, parskając z trwogi, a przewodnik fesarski krzyknął:

- Allah kerim - Boże, ulituj się nad nami! To istotnie lew z El Teitel. Pożre nas wszystkich z kośćmi.

- Tak, tak. On wpadł na nasze ślady i tego oto dzielnego fakira el Fukara i dlatego aż dwa razy ryknął - odrzekłem. - Teraz jednak skradnie się tu po cichu, by wybrać sobie któregoś z nas na wieczerzę.

- Niechże nas Allah broni przed tym ogoniastym djabłem.

- A więc boisz się? Cóż jednak w takim razie będzie z naszym zakładem?

- Oh, ten zakład, effendi!...

- Miałeś przecie zamiar czynić to wszystko co ja.

- Naturalnie, że się nie cofnę - odrzekł, ale flinta wizyjna drżała przytem w jego ręku, jakby ją nawiedziła żółta febra.

- A zatem, chodź naprzeciw!

- Zwarjowałeś effendi?

- Bynajmniej. Jeżeli wyjdę naprzeciw, to go odszukam i zabiję, gdybym jednak tu został, zginąć musi jeden człowiek.

- Możliwe, ale w każdym razie nie ty, ani ja.

- Jednego bezwarunkowo pożre, a kogo, to wszystko jedno.

- O, przepraszam, to wcale nie wszystko jedno, czy lew zje mnie, czy kogo innego. Proszę cię więc i błagam, zostań; tu między nami. Jeśli pochowamy się za wielbłądy, to możemy być zupełnie bezpieczni.

- Czy sądzisz, że lew nie potrafi wydobyć swej ofiary nawet z pośród wielbłądów? Nie zatrzymuj mnie; śpieszę naprzeciw wroga, a ten oto dostojny fakir el Fukara będzie mi towarzyszył!

- Mówisz to zupełnie poważnie, effendi? - zapytał fakir.

- Chciałeś przecie sam iść ze mną razem. Inaczej gotów jestem sobie pomyśleć, że posiadam więcej odwagi i siły, niż ty. Chełpić się potrafi każdy tchórz, ale fakir el Fukara powinien przecie...

- Milcz! - przerwał mi żywo - idę!

- Dobrze, chodź! A ty Ben Fesarah?

- Ja.. ja... zostanę - odrzekł przewodnik.

- Wiedziałem, że tak będzie. Jesteś dzielny, ale tylko wtedy, gdy idzie na słowa. Pożegnajże się tedy ze swoją flintą wizyjną!

- O Allah, o Mahomet, o Abu Bekr i Osman! Moja piękna, moja sławna flinta! - jęczał żałośnie.

- Przepadnie, skoro tylko zostaniesz - dorzuciłem z poważną miną.

- Jeżeli tak, no to... to ja... ja pójdę, effendi, ale tylko za tobą, w tyle. Ty pierwszy musisz iść naprzód.

Drżał na całem ciele, ale mimo to stanął za mną, gotów do wyprawy. Tak też postępował dalej, chowając się za mnie, myśląc, że skoro zwierzę się pojawi, to ja pierwszy padnę ofiarą. Bawił mię tem swojem tchórzostwem i chętnie byłbym mu kazał pozostać, by nie zawadzał, ale że zasłużył na tego rodzaju karę, uparłem się. Oprócz tego wywnioskowałem z jego miny, że się zgubi, ledwie ujdziemy kilkanaście kroków.

- Dołożyć więcej drzewa do ogniska, aby płomienie oświetliły znaczniejszą przestrzeń! - rozkazałem i ruszyłem naprzód.

Żołnierze i jeńcy oniemieli z trwogi i żaden nie wyszeptał słowa. W milczeniu tylko szukali sobie kryjówki, około wielbłądów. Ja jeden z nich nie straciłem zimnej krwi. W podróżach swoich, stając wielokrotnie oko w oko z niebezpieczeństwem, nauczyłem się panować nad sobą i metoda ta okazała się znakomitą!

Fakir el Fukara ani się spodziewał, że jego przechwałki pociągną za sobą tak rychły i niebardzo miły skutek. Był zapewne wewnętrznie przekonany, że tu idzie o hyenę, a ponadto obawiał się, abym go nie poczytywał za tchórza, co było może jeszcze gorsze dla niego, niż samo niebezpieczeństwo.

Przewodnik ustąpił mu miejsca tuż za mną i sam pozostał na trzeciem miejscu. Nim jednak oddaliliśmy się poza obręb światła, zauważył, że nie daleko poruszyło się coś w zaroślach. Stanął więc nagle jak wryty i przykucnął za jedynym znajdującym się tu krzakiem.

- Tam jest, tam! O Allah miłosierny, o litościwy Allah! Uciekajcie, ratujcie się, a ja zbiorę całą odwagę swoją i zostanę tutaj!

Mieliśmy zatem uciekać, aby lew wpadł nam na karki, podczas gdy, "dzielny" przewodnik siedziałby sobie za krzakiem, jak u Allaha za drzwiami. Iście arabska logika!

I ja zauważyłem owo poruszenie, które takiego strachu biedakowi napędziło. Wiedziałem jednak, że to wcale nie lew, dlatego zwróciłem się do tchórza.

- No, no, chodź dalej, gdyż w przeciwnym razie flinta przepadła! Obowiązałeś się przecie czynić to wszystko, co ja.

- O, nie, nie! Ja tu zostanę i zastrzelę go znienacka, a wy uciekajcie, co wam sił starczy i krzyczcie mocno, żeby się was przestraszył.

Nie ulegało wątpliwości, że z wyrachowania domagał się od nas, abyśmy uciekali. Myślał, że zwrócimy tem na siebie uwagę lwa, którego zresztą wcale tu jeszcze nie było. Gdy odezwał się po raz pierwszy, był z pewnością oddalony o dwie mile angielskie, i dlatego to pozwoliłem sobie na dłuższą ironiczną rozmowę z obydwoma. Obecnie zwierzę znajdowało się conajmniej o trzy czwarte tej drogi.

Że ryk dał się słyszeć od zachodu, zwróciłem się oczywiście w tym kierunku i przystanąłem w tem miejscu, gdzie kończył się widnokrąg świetlny naszych ognisk i rozglądnąłem się za odpowiednią kryjówką. Było do przewidzenia, że lew będzie omijał krzaki i zarośla, aby nie sprawić hałasu. W tem miejscu było tylko jedno wolne przejście pomiędzy krzakami, przypuszczałem tedy napewno, że zwierzę właśnie stamtąd się wysunie. Było to zatem miejsce wymarzone na zasadzkę. Tuż obok nas stały dwa bliźniacze i dość grube akacje - drzewa gumowe. Bujne senesowe zarośla zatrzymywały blask ognisk i rzucały głęboki cień na nasze stanowisko.

- Tu się położymy. - szepnąłem - miejsce to jest najdogodniejsze.

- Dlaczego tu? - spytał fakir, przykucnąwszy koło mnie.

- Ponieważ właśnie o jakie dziesięć kroków stąd pojawi się lew.

- Allah kerim! Dlaczego tak blisko? Musimy się cofnąć co najmniej o jakie pięćdziesiąt lub sześćdziesiąt kroków.

- O, nie. Im bliżej, tem lepiej, tem pewniejszy strzał.

- Czyś ty zmysły postradał, effendi?

- Nie, ale posiadam więcej odwagi, niż ty. Słyszę wyraźnie, jak ci zęby dzwonią z trwogi.

- Co ja na to poradzę, skoro szczęka moja jakby się oderwać chciała...

- Czy i ręce ci także drżą?

- Oh, zgadłeś, Mróz ścina mi krew w żyłach.

- W takim razie nie strzelaj, gdy lew się pojawi, lecz zostaw to mnie! Mógłbyś spudłować, a to znacznie powiększyłoby nasze niebezpieczeństwo.

- Że też ja, na Allaha, zdecydowałem się na tę wyprawę. Nie jestem trwożliwy, ale nawinąć się na oczy ludożercy jest rzeczą, mimo wszystko, dosyć zuchwałą i ryzykowną. Nie odzywajmy się już, bo mógłby nas usłyszeć!

- My przecie szeptamy tylko, a zresztą on jeszcze daleko.

Fakir el Fukara popadł w śmiertelny trwogę. Słyszałem najwyraźniej, jak dzwonił zębami, a gdy położyłem mu rękę na ramieniu, by się przekonać, czy też i na całem ciele tak drży, wydał z siebie przeraźliwy okrzyk. Zdawało mu się, że moje palce, to kły straszliwego drapieżcy, który gotów rozszarpać go w kawałki.

Fesarah tymczasem powziął postanowienie, bo przykucnął za krzakiem i zdradzał w ruchach wielki niepokój. Oddalony był ode mnie o jakie czterdzieści kroków, odległość do studni wynosiła zaledwie drugie tyle; gdyby więc lew tam właśnie się pokazał, mógłbym go jeszcze wziąć na cel. Tak sobie obliczałem, gdy "bohater" leżał spokojnie za krzakiem i nie ruszał się, aż tu licho jakieś zniewoliło go do podniesienia się w kuczkę, ba, co więcej, widziałem najwyraźniej, jak podniósł swoją "cudowną" flintę wizyjną do ramienia, a głowę odchylił od kolby jak najdalej, kryjąc się za krzak. Lufa tej wspaniałej broni skierowana była w to miejsce, gdzie poprzednio zauważyliśmy pewne poruszenie. Co jemu przyszło do głowy? Czyżby miał czelność wypalić? Miałżebym krzyknąć ku niemu głośno, by dał pokój, jeśli mu życie miłe? Niestety, nawet na to nie było czasu, bo w tej chwili o uszy moje obił się huk jak z moździerza, a równocześnie strzelec, uderzony kolbą w głowę, wywrócił się na ziemię. Myślałem, że już teraz będzie leżał spokojnie, niestety, odgłos strzału własnej flinty tak go podniecił, że zerwał się na równe nogi i, wymachując rękoma na wzór śmig wiatraka, począł krzyczeć jak opętany:

- Hamdulillah! Chwała, cześć i dzięki Allahowi!... Mam go, zabiłem, zastrzeliłem, trafiłem w samo serce, patrzcie, padł już nieżywy, tarza się we własnej krwi, ten morderca, pustoszyciel i zjadacz ludzi, zabójca trzód i zwierzy ny wszelakiej! Cieszcie się, triumfujcie! Opiewajcie jego śmierć, jego koniec tak tchórzowski, marny, haniebny! Effendi, zbliż się tu do mnie, żywo, pokażę ci go, zobaczysz na własne własne oczy!...

Zachowanie się przewodnika było tego rodzaju, że nie dorównałby mu najbardziej zwarjowany obłąkaniec. Gestykulował rękoma, wierzgał nogami i miotał się na wszystkie strony bez opamiętania. Wywołało to w obozie ruch, żołnierze bowiem, słysząc jego triumfalne okrzyki, sądzili, że lew zabity; nie przybiegł jednak nikt. Co do mnie, to wszystkiego innego mogłem się spodziewać, tylko nie tego warjactwa ze strony "bohatera", podszytego mocno tchórzem. Co mu się przywidziało? Do czego, czy do kogo strzelał? Że nie do lwa, szyję dałbym za to. W tej chwili bowiem poczułem w powietrzu mocno odurzający odór, właściwy dzikim zwierzętom z rodzaju kotów. Osobniki, hodowane w menażerjach i ogrodach zoologicznych nawpół oswojone, w dwudziestej części nie wydają tak silnej woni, jak te, które żyją na wolności.

- Pójdźmy zobaczyć, effendi, on go naprawdę zastrzelił - szepnął fakir el Fukara.

- Et, głupstwo. Zwierzę zbliża się z przeciwnej zupełnie strony. Zwietrzyłem je już, skrada się prosto do nas.

- O, miłościwy Allah! Nie wypuszczaj z pod swej opieki wiernych, ratuj nas! Ale ty effendi, mylisz się bardzo. Fesarah jest zwycięzcą i ja śpieszę do niego.

- To mówiąc, zerwał się i uciekł. Gdybym nawet chciał, nie mógłbym go zatrzymać, bo nie było na to jednej chwili do stracenia.

Lew się pojawił we własnej swojej istocie. Wysunął się chytrze z głębi lasu i przystanął nagle, zobaczywszy jasno oświetloną przestrzeń. Płomienie z naszych ognisk obozowych strzelały wysoko w górę, dzięki czemu widno było jak w dzień i mogłem ze swego ukrycia przypatrzyć się dostatecznie czworonogiej bestji. Był to okaz istotnie wspaniały, wysoki, więcej niż na metr, a długi na jakie półtrzecia metra, nadzwyczaj silny i potężny, z bardzo długą, gęstą, czarną grzywą. Złożyłem się w pozycji leżącej, lecz nie mogłem wypalić, bo zwierzę przybrało postawę wcale dla celu niekorzystną, a zmarnować wystrzał, to rzecz wielce ryzykowna. Zresztą nie było czasu na długie namysły, bo lew zauważył uciekającego fakira i złożył się do skoku za nim. W tej chwili wydałem z siebie okrzyk tak głośny, jak tylko mogłem, by zwrócić uwagę rabusia na siebie. Gdyby bowiem "raczył łaskawie" skierować się ku mnie, miałbym doskonały cel, ale jego królewska wysokość nie raczyła nawet zauważyć mojej uprzejmości, zaszczycając jedynie fakira el Fukara swoimi względami. Jeden potężny skok, drugi, trzeci... Zobaczono go aż w obozie, gdzie powstał piekielny lament; krzyczał również Fesarah, jakby go na rożnie pieczono. Zastanowiło to fakira, obejrzał się, spostrzegłszy grożące mu niebezpieczeństwo, zdrętwiał i padł na kolana, próbując bez skutku dobyć z siebie głos. Jeszcze trzy skoki, a zwierz chwyci go w ostre swoje pazury...

Wszystko to było dziełem jednej chwili, ale zdołałem wyzyskać nawet tak krótki czas znakomicie. Nie wypuszczając wcale dubeltówki z prawej ręki, dobyłem lewą rewolwer i puściwszy się za drapieżcą, dałem sześć strzałów raz po raz w powietrze, naśladując przytem wycie. To pomogło. Lew teraz mnie zauważył i rzucił się w moją stronę. W okamgnieniu przykucnąłem do ziemi i złożyłem się... Odetchnąłem w tej chwili, będąc pewnym, że tamci dwaj są ocaleni. Lew bowiem rzuca się przedewszystkiem na tego, kto weń mierzy. Stanęliśmy naprzeciw siebie do rozstrzygającej walki, i nawet w tym momencie nie straciłem zimnej krwi. Jeden z nas zginie - to prawda i gdyby los padł na mnie - wszystko jedno. Kiedyś przecie człowiek tak czy owak zginąć musi, a czy to prędzej, czy później... Zwierzę tymczasem mierzyło wzrokiem przestrzeń, dzielącą go ode mnie. Za jednym susem nie mógł mnie dosięgnąć, na to trzeba było dwóch. Jeżeli go trafię w chwili, gdy po pierwszym skoku dotknie ziemi, to wygrana po mojej stronie, jeżeli zaś nie - to na drugi strzał zabraknie czasu.

Była to chwila iście piekielnej męki. Rozjuszony kot nie wydał z siebie żadnego głosu, co świadczyło o jego niezwykłej pewności siebie. Oto już rozpostarł przednie łapy szeroko, wzniósł je do góry, odbił się tylnemi i w chwili, gdy w oddaleniu dwunastu kroków przede mną wrył się pazurami w grunt - wypaliłem. Wstrząsł się cały i odbił w tył, jakby go kto pchnął silnie z przodu, i to było dla mnie znakiem, że kula nie chybiła, ale naprężona siła woli zwierzęcia i energja mięśni działały w dalszym ciągu. Potężne cielsko wzniosło się w powietrze, kierując się prosto na mnie tak, że poczułbym był z pewnością na ciele ostre pazury, gdyby mi było brakło przytomności umysłu. W momencie, gdy zwierz sięgnął w skoku najwyższego punktu, wypaliłem po raz drugi, wypuściłem strzelbę z rąk i szarpnąłem się gwałtownie, na bok, wyciągając równocześnie nóż z za pasa. Obrona ta jednak była na szczęście już zbyteczna. Zwierz leżał na grzbiecie, wierzgając nogami na jedną i drugą stronę w śmiertelnych, skurczach, poczem przeciągnął się straszliwie, buchnął pianą z otwartej szeroko paszczy i - koniec. Był nieżywy i bez szczegółowych badań i dochodzeń wiedziałem już w tej chwili z całego przebiegu, że obie kule nie chybiły ani na jotę, a mianowicie, pierwsza przez oko dostała się do mózgu, druga z dołu trafiła w samo serce. Mimo to nie miałem odwagi przystąpić bliżej, ponieważ zdarzało się wiele razy, że pozornie zabity lew, z kilkoma kulami w czaszce, zrywał się nagle, jak wściekły. Podjąłem więc z ziemi dubeltówkę, naładowałem nanowo i końcem luf poruszyłem nieboszczyka. Gdyby istotnie był się obudził, to nimby się jeszcze rzucił, dostałby dwie kule. Zwierzę jednak nie dawało żadnego znaku życia.

Wszystko stało się tak niezmiernie szybko, że fakir el Fukara ciągle jeszcze klęczał na ziemi, a Fesarah stał opodal nieruchomy, jak słup soli i darł się w niebogłosy. Żołnierze natomiast uciszyli się zupełnie, bo nic im już nie groziło. Pośpieszyłem teraz do fakira, chwyciłem go za ramię, chcąc go podnieść i rzekłem:

- Ty jeszcze klęczysz i modlisz się? Ludożerca już nie żyje.

- Nie ży... ży... je? - powtórzył ostatnie moje słowa bezwiednie.

- Z pewnością nie żyje i nie masz się już czego obawiać.

- Hamdulillah!

Wypowiedział jeszcze ten jeden wyraz, poczem wstał i, nie interesując się bynajmniej lwem, nie pytając o nic, czmychnął w las, aż się zakurzyło.

Chciał zapewne okazać mi w ten sposób wdzięczność za uratowanie mu życia. Ciekawy objaw; ale mniejsza o to. Fesarah słyszał moje słowa, otrząsnął się trochę z śmiertelnej trwogi i zapytał:

- Czy naprawdę już nie żyje?

- Z wszelką pewnością.

- I można go zobaczyć i dotknąć?

- Można.

- W takim razie zawołam żołnierzy, niech się przekonają o naszym triumfie, niech sławią naszą waleczność!...

Nie mogłem się powstrzymać od śmiechu na tę słowa. Mówił o "naszym" triumfie "naszej" waleczności... i byłem bardzo ciekaw zobaczyć lwa, którego on tak "walecznie" położył, ale przedewszystkiem trzeba było przypatrzyć się bliżej mojej zdobyczy. Towarzysze obozowi jednak nie śpieszyli się bardzo, nie biegli na miejsce zwycięstwa z okrzykami radości, lecz posuwali się z niedowierzaniem i obawą, zachowując się nadzwyczaj ostrożnie i cicho.

Lew był tak olbrzymich rozmiarów, że aczkolwiek bez życia, napełniał obecnych śmiertelną grozą. Musiałem użyć całej swojej powagi, nim udało mi się przekonać żołnierzy, że niema żadnego niebezpieczeństwa. O statecznie kilku odważniejszych zdecydowało się chwycić pokonanego drapieżcę za głowę i obrócić go na drugi bok. Dopiero gdy w ten sposób przekonano się, że niema już wogóle żadnego niebezpieczeństwa, odzyskali wszyscy swobodę i nagle powstał niesłychany zgiełk i hałas. Z całej gromady wyróżnił się oczywiście przewodnik, odgrywając rolę mówcy. Wskoczył na cielsko lwa, jak na trybunę i począł wrzeszczeć:

- Niech będzie uwielbiony Allah i jego wielki prorok! Dzień dzisiejszy jest dniem triumfu i sławy. Nieprawdaż, towarzysze?

- Tak jest! Sława! Cześć! Triumf! - krzyczeli żołnierze, zbiegłszy się tu wszyscy. Jeden tylko Ben Nil czuł się w obowiązku strzeżenia jeńców, pozostał więc w obozie.

- Słyszeliście - ciągnął dalej przewodnik - o lwie z el Teitel, który stale każdego tygodnia pożerał jednego wyznawcę proroka, aż oto nareszcie kraj wolny jest od tej plagi, dzięki dwóm bohaterom, którym należy się wdzięczność za to i sława przedewszystkiem z waszej strony, przyjaciele!

- Tak jest, prawda! - brzmiała odpowiedź.

Mówiąc o dwu bohaterach, miał z pewnością na myśli mnie i siebie. Nie oponowałem wcale, czekając, aż się wygada.

- We wnętrznościach tego oto króla pustyni, - krzyczał - tego pana z grubą głową, spoczęły wiecznym snem setki prawych wyznawców proroka, a może nieraz żarłok połknął i niewiernego, co go zapewne przyprawiło o ciężką niestrawność. Dziś przybył on nad tę studnię uprawiać dalej zbrodnicze swoje rzemiosło, ale na szczęście wyczerpała się cierpliwość najsławniejszych bohaterów Afryki, którzy, zapaleni słusznym gniewem oburzenia, rzucili się na potwora i odnieśli zwycięstwo. Ty, effendi, jesteś jednym z tych bohaterów, a drugim jestem ja we własnej swojej osobie. Wy zaś świadkowie tego czynu nieśmiertelnej sławy wznieście okrzyk; Niech żyją zwycięzcy!

- Niech żyją! Cześć im i sława! - krzyknęli obecni z całej piersi.

- Dusiciel ludzi i zwierząt nie przybył tu sam, lecz przyprowadził ze sobą bezbożnego towarzysza swoich haniebnych zbrodni. I ten właśnie towarzysz niecnota, którego duszę przeklętą powinien był Allah wcielić raczej w kulawego, parszywego psa, ten zbrodniarz miał czelność stanąć ze mną oko w oko. Ogarnął mnie niepowstrzymany zapał do walki... chwyciłem swoją flintę wizyjną, dałem strzał i dusza bestji powędrowała na samo dno piekła, a ścierwo leży tam w krzaku, opromienione jasnością mojej bohaterskiej sławy. Nim jednak okażę wam tego potwora, abyście mieli sposobność przekląć go i nasycić się zemstą, winniście wpierw uczcić zwycięzcę trzykrotnym okrzykiem.

Żądaniu temu stało się natychmiast zadość, poczem, upojony szczęściem, "zwycięzca" raczył także zauważyć i moją osobę, zwracając się ze słowami:

- Żem więc położył koniec żywemu grobowi tylu wiernych wyznawców proroka, należy mi się słusznie zegarek i luneta, bo godnie na to zasłużyłem, czyniąc to wszystko, co effendi. Uśmierciłem czworonogiego potwora, którego głos silniejszy był, niż grzmoty, ba, nawet ja prędzej niż effendi dokonałem tego czynu. Tu, pod memi stopami mam w tej chwili olbrzyma we własnej jego skórze, która powinna była być żywcem jeszcze z niego ściągniętą. Effendi zużył aż dwie kule do uśmiercenia tej bestji, podczas gdy mnie do zwycięstwa wystarczyła tylko jedna. Mimo to i temu zwycięzcy należy się nagroda i na jego cześć wznieście okrzyk: Niech żyje! Sława mu i cześć!

- Niech żyje! - krzyczeli gromko wszyscy.

- A teraz, kiedy uczciliśmy już należycie bohaterów i zwycięzców, przychodzi kolej na zwyciężonych. Mamy prawo szydzić, naigrawać się, sponiewierać ich do syta. Bijcie więc tego mordercę rodu ludzkiego, kłujcie go, wyrywajcie mu sierść, targajcie za uszy, za ogon, plujcie nań, obrzućcie go stekiem obelg, które mu się słusznie należą, i przekleństwami, aby jego podła dusza runęła w otchłań wiecznej hańby i tam skamieniała! Rzućcie się nań, podrzyjcie skórą w kawałki, rozszarpcie ścierwo, aby drugi podobny złoczyńca miał odstraszający przykład i nie ważył się rzucać na wyznawców proroka, lecz aby się zadowolił mięsem kóz i baranów! Skończyłem!

Zstąpił z tej szczególnej trybuny wśród wiwatów i okrzyków. Żołnierze podnieceni jego mową, rzucili się jak opętani, na cielsko i byliby je roznieśli, gdybym ich był nie powstrzymywał. Zależało mi bowiem na okazałej skórze zwierzęcia. Nie było to jednak łatwe do wykonania Musiałem zebrać wszystkie siły, by ich przekrzyczeć.

- Stójcie, przezacni wierni! Dusiciel z El-Teitel ma już dość za swoje, teraz powinniśmy odszukać sławnego lwa, któremu położył koniec nasz dzielny Ben Fesarah! Jestem ogromnie ciekaw zobaczyć teraz tę drugą pokonaną bestję!

- Nie dziwię się wcale tej ciekawości - przerwał przewodnik, - gdyż mój lew jest o połowę większy od twego. Wyobraź sobie, że głową sięgał powyżej krzaka, za którym się czaił. Wygrałem tedy zakład i mam nadzieję, że dotrzymasz przyrzeczenia. Gdybym był przegrał, nie wahałbym się ani na chwilę z oddaniem ci swej drogocennej pamiątki. Teraz ja stanę na czele, towarzysze. Uformujcie pochód triumfalny na miejsce walki, gdzie sława moja dosięgła ostatecznych granic i gdzie wygrałem wspaniały zakład!

Co do wyniku tego zakładu, to bynajmniej się o to nie troszczyłem. Byłem zgóry przekonany, że wygrałem i że "uwieńczony sławą" i nagrodą Fesarah znalazł się wobec nieuniknionej i bardzo przykrej kompromitacji. Wiedziałem bowiem doskonale, co to był za lew, którego głowa ciągle sterczała z krzaka. Wszystkie wielbłądy znajdowały się w obozie, a tylko fakir el Fukara puścił swego wolno na paszę. Wygłodzone stworzenie obgryzało najspokojniej w święcie młode gałązki krzaka, no i jeden z dwu "bohaterów" wziął je za co innego i albo je zabił, albo, co gorsza, postrzelił.

Pochód ruszył po cichu naprzód. Musiano bowiem zachować wielką ostrożność, bo nikt nie wiedział, czy drugi lew jest nieżywy, czy też zraniony. Im bliżej było tego strasznego miejsca, tem ostrożniej przewodnik postępował i zdradzał bardzo wymowną chęć ucieczki. Powstrzymał się jednak i stanął niby w celu pomówienia ze mną:

- Czy ty effendi, wierzysz niezłomnie w moje zdolności do bohaterskich czynów? - Najzupełniej, ponieważ zastrzeliłeś największe i najsławniejsze zwierzę pustyni. Niestety obawiam się tylko, czy spotka cię za to wdzięczność fakira el Fukara.

- Ale cóż znowu, ja wcale na jego wdzięczność nie liczę, wszak twój lew zagrażał jego życiu, a nie mój, z czego wynika że powinien on wyrazić wdzięczność jedynie tobie, effendi. Mój lew groził żołnierzom i jeńcom w obozie, wobec czego winni mi wdzięczność wszyscy, a tobie tylko jeden fakir, nawet ci tego nie zazdroszczę. Mniejsza, jednak o to. Bądź łaskaw, effendi, stanąć teraz na czele żołnierzy, bo ty masz bystrzejszy wzrok, niż ja.

- Mylisz się, mój kochany, mnie czasem wzrok nie dopisuje do tego stopnia, że trudno mi odróżnić lwa od wielbłąda. Łatwo sobie wyobrazisz, jak wielka nieprzyjemność spotkałaby cię, gdyby właśnie w tej tak ważnej chwili zawiódł mnie wzrok i coś podobnego mi się wydało. Zresztą ty jesteś tu zwycięzcą i wyłącznie na tobie ciąży obowiązek przewodniczenia.

Mówiłem tonem tak przekonywującym, że biedak musiał usłuchać. Stąpał naprzód ostrożnie, jak po jajach, z których ani jednego zgnieśc nie wolno; świadczyło to, że "dzielny zwycięzca" stracił w zupełności nietylko odwagę lecz i władzę w nogach, bo uszedłszy jakie sześć kroków, stanął nagle i ani rusz dalej. Rękę tylko przed siebie wyciągnął i ozwał się do mnie głosem zupełnie zdławionym:

- Allah kerim! Otóż i on! Wystawił dwie nogi z krzaka i wierzga niemi. Co robić effendi?

- Naprzód iść, tylko naprzód!

- Ba, ale on jeszcze żyje i gotów mnie ukąsić, albo nawet zjeść.

- Jeżeli tak, to nie pozostaje ci nic innego, jak tylko podejść ostrożnie i wpakować weń jeszcze jedną kulę! Wprawdzie przyniesie to pewną ujmę twej sławie, bo nie będziesz już mógł powiedzieć, żeś zużyj, jedną tylko kulę, a dwie, jak ja to uczyniłem, ale trudna rada.

- No, wiesz, co do tej sławy, to ja znowu nie jestem tak bardzo zachłanny, jak sobie wyobrażasz i, żeby ci dać tego dowód, proszę cię właśnie, wyręcz mnie. Co ci to szkodzi? Widzisz, ja rozporządzam tylko jedną kulą, podczas gdy ty masz nabitą dubeltówkę i o wiele łatwiej uporasz się z tym potworem. Nie odmawiaj mi więc, effendi, bardzo cię o to proszę i ustępuję swego miejsca!

- Dziękuję ci za dowód życzliwości i zaufania, mój drogi, niestety skromność moja nie pozwala mi z tego korzystać.

- To bardzo ładnie z twojej strony, effendi, ale... o Allah! On znowu wierzgnął nogami i mruczy coś. Nie słyszysz? Widocznie jest zły. Puśćcie mnie! Puśćcie!

Skoczył jak oparzony i schował się w tyle za plecami ostatniego żołnierza. Domniemany lew istotnie dawał pewne oznaki życia i wydobywał z siebie głos, nie był to jednak groźny pomruk rozjuszonego dzikiego zwierzęcia, lecz jęk zranionego wielbłąda. Nawet żołnierze cofnęli się z przestrachem w tył, pozostawiając mnie samego na przodzie. Zwróciłem się tedy do przewodnika mówiąc:

- Dobrze, jestem skłonny wyręczyć cię w tem trudnem zadaniu i wybawić was wszystkich, ale pod tym tylko warunkiem, że podejdę z tamtej strony i wypłoszę go tak, aby poszedł prosto na ciebie. Będziesz miał wspaniały, popisowy cel.

Postąpiłem parę kroków, jakbym istotnie chciał wykonać ten zamiar, gdy nagle przewodnik krzyknął rozpaczliwym głosem:

- Na Allaha, daj pokój, nie rób tego! Ja o czemś podobnem ani słyszeć nie chcę.

- A zatem jak widzę, boisz się. No dobrze, przekonam cię teraz, jak wielkie grozi ci niebezpieczeństwo. Popatrz tylko dobrze, czy to są tylne łapy lwa, czy też nogi wielbłąda?

Ostatni, wyraz zaakcentowałem tak wymownie, że wszyscy odgadli, co mam na myśli.

- Ależ to nieprawda, - zaprzeczył Fesarah - powiedziałeś sam przed chwilą, że czasem nie potrafisz odróżnić lwa od wielbłąda!

- A ty wielbłąda od lwa, o czem cię zaraz przekonam. Zwierzę, które postrzeliłeś, było istotnie większe od mego lwa, ale niestety nawet do niego niepodobne. Nie jest to bowiem żaden lew, tylko biedny, Bogu ducha winien, wielbłąd fakira el Fukara. Chodźcie przekonać się o tem!

Podszedłem do krzaka i poodginałem gałęzie tak, że wszyscy mogli zobaczyć. Było to istotnie wielbłądzisko, postrzelone w prawą tylną nogę, W tej chwili żołnierze odzyskali na nowo odwagę i przybiegli szybko do mnie, wybuchając niepowstrzymanym śmiechem.

- Co za lew, jaki groźny potwór! - wykrzyknął jeden z nich. - Gdyby nie Fesarah, byłby nas wszystkich połknął odrazu. Fesarah odwrócił od nas straszne niebezpieczeństwo, uratował nam wszystkim życie i dlatego zasłużył sobie na miano najdzielniejszego pogromcy lwów w całym kraju. A zatem, koledzy, wznieśmy okrzyk na jego cześć! Niech żyje wielki bohater Fesarah!