Zawsze
Już nie pamiętam, kiedy ostatnio pokonywałem te schody w dawnym młodzieżowym tempie. Wiodą z parterowej salono-kuchni na pięterko, gdzie jest pięknie urządzona sypialnia i łazienka, i to miejsce nad garażem, gdzie najbardziej lubię przebywać, bo stąd, po zapięciu pasów, mogę wystartować w przestworza. Już nie pamiętam, kiedy ostatnio pokonałem te schody, nie uświadamiając sobie tego.
Od pewnego czasu dokładnie wiem, kiedy zdobywam tę górę i ile trudu mnie to kosztuje. Schodów, jak zbójców w Powrocie taty, jest dwanaście. Z tym że tamci mieli swojego herszta, który mógł nakazać im wszystko, a moje schody przestały uważać mnie za pana i władcę i powoli zaczynają panować nade mną. Iwona nazywa je schodami do nieba. Może tam prowadzą, ale na pewno nie mnie.
Dzisiaj byłem już prawie na siódmym (ach, te siódemki) i to stało się właściwie między siódmym a ósmym. Po prostu ósmy osunął się całkiem nagle. Zapadł się niespodziewanie, po prostu zapadł się pod moim ciężarem i zamiast wznieść mnie w górę, zepchnął w dół. Kiedy wykonywałem potężnego fikołka, najpierw poczułem jakiś cholerny ciężar w piersi – taki, że chciałem w sposób naturalny ulżyć piersiom i rękami ten ciężar unieść, żeby nie ciążył aż tak bardzo. Nie było to jednak skuteczne, bo zamiast troszczyć się o coś, co w klatce piersiowej się urwało i kamienną lawiną leciało w dół, powinienem pomyśleć o głowie, która też nagle i niespodziewanie zaciążyła mi ołowiem i tu już nie było szans – poleciała z powrotem. Poleciała w dół, a ja za nią, żeby jej całkiem nie stracić, bo sądziłem, że jeszcze na coś może mi się przydać. Ale szybko się okazało, że klops. Zepchnięta niewidzialną ręką przeznaczenia, znów, jak na początku wspinaczki, znalazła się na pierwszym stopniu schodów. Na pierwszym.
Ale co to za radość, już nic nie wiem o bólu i cierpieniu, cóż to za wspaniałe uczucie, choć nie jestem pewien, że to uczucie, raczej stan jakiś, a w nim nieprawdopodobnie cudowny nastrój. Jakaś muzyka z nieodgadnionego źródła i to czułe dotknięcie matczynych rąk. Bo to jest dla mnie największym zaskoczeniem, że widzę nad sobą twarz, tę twarz, którą zobaczyłem siedemdziesiąt lat temu jako pierwszą w swoim życiu i teraz widok tej samej twarzy matki, jak wtedy... jak zawsze...
– Już mnie nie boli – szepcę tylko do niej. – Dziękuję, że jesteś przy mnie, sama tyle wycierpiałaś w życiu, że ja wstydziłbym się mówić o cierpieniu. Jest mi tak dobrze, zwłaszcza w twoich ramionach...
Tam
Ktoś kiedyś powiedział, że łóżko nie powinno stać na wprost drzwi wejściowych do sypialni. Coś mi się zdaje, że nawet wiem kto, bo o ile dobrze pamiętam, takie kategoryczne zdanie wygłosiła babcia, kiedy po wojnie rodzice meblowali nowe mieszkanie.
Dobrze to zapamiętałam, bo babcia mówiła to dokładnie wtedy, gdy ja próbowałam swoich talentów gimnastycznych, skacząc na sprężynach materaca leżącego na szerokim dębowym łożu moich rodziców.
Dzisiaj, za chwilę, na specjalne moje życzenie zawitają do mnie moje córki. Tania jest dość surowa, nie znosi sprzeciwu i, choć tego nie okazuje, wiem, że ma to w dużej mierze po mnie. Sama bowiem pamiętam, jak byłam nieustępliwa, kiedy musiałam ulegać kategorycznym przykazaniom mojej mamy, a jej babci.
Inna jest Ola. Ta doświadczyła w życiu tyle, że obdzieliłaby wiele matek, kobiet, panien, mężatek i chyba także wdów, bo już nie bardzo pamiętam, ale to chyba właśnie ona została na świecie sama.
Jak to dobrze, że pozostawiono to łóżko tak, jak zapamiętałam je z czasów dzieciństwa. Na wprost drzwi wejściowych. Przynajmniej nie muszę odwracać głowy, kiedy ktoś wchodzi do sypialni. Wchodzi i od razu widzę, kto do mnie zawitał. Wczoraj był ten mój najlepszy kolega z czasów studiów. Byłam w nim obłędnie zakochana, a on, jak każdy fanfaron i sowizdrzał, nie docenił, lub może nawet nie dostrzegł, mego uczucia. Nie, na pewno dostrzegł, ale ten dureń najwyraźniej je zlekceważył. Wtedy świata poza nim nie widziałam. Przesłaniał mi widok na innych i dlatego kiedy pojawił się Adam, wyszłam za niego z rozpaczy i wściekłości na tego szaławiłę. Ciągle jednak oglądałam się za tym moim wyśnionym i wymarzonym. Była nawet w tych czasach piosenka, jakby o mnie. Wszyscy ją chwalili, że taka piękna i nastrojowa, ale tylko ja wiedziałam, ile cierpienia kosztowało mnie każdorazowe jej wysłuchanie. Ilekroć teraz ją słyszę, tylko ja wiem, jak bardzo ona jest o mnie.
"O mój wymarzony,
o mój wytęskniony,
nie wiesz przecież o tym ty,
że w małym miasteczku za tobą ktoś
wypłakał z oczu łzy..."
Te dzisiejsze myśli są dla mnie męczące. Muszę, koniecznie muszę teraz odpocząć. Zanim moje córeczki przyjdą, postaram się choć przez chwilę zdrzemnąć. Muszę nabrać sił na tak poważną rozmowę, którą przemyślałam w detalach.
Ach, te dzieci, one nie uszanują mojej słabości. Przypadły z hałasem do mojego łóżka i usiadły "w nogach". Ach, jakie one śliczne, jakie wesołe. Ale co ich tak bawi? Co ich tak śmieszy? Trzpiotki jakich dawno, a właściwie nigdy, nie widziałam, tak były rozbawione i szczęśliwe. Dokazują i skaczą po całym łóżku. Właściwie to nie skaczą, ale jakby fruną w podskokach i z łatwością przenoszą się z miejsca na miejsce. Nawet mi to, prawdę mówiąc, nie przeszkadza. W ogóle nie czuję ich podskoków. Cieszy mnie to, że są takie szczęśliwe. Zawsze mi zależało, żeby były swobodne i wesołe. Ale, zaraz, zaraz... dlaczego one są prawie golusieńkie, dlaczego zamiast białych fartuszków i plisowanych spódniczek mają jakieś zwiewne muślinowe narzutki? I skąd je mają? Przecież ja nigdy w domu nie ubierałam ich w takie nieziemskie stroje. Owszem, wiele razy widywałam podobne postacie, tak właśnie ubrane, ale na obrazach Rafaela czy Rubensa. Siedziały zwykle na gzymsach barokowych ołtarzy. Takie tłuściutkie dzieciątka tam są wszechobecne, ale u mnie? W moim łóżku?
– Dziewczynki, dość już tego dokazywania. Czekałam na was jako na duże panienki, nawet dorosłe kobiety, a wy znów zrobiłyście mi takiego psikusa. Posłuchajcie wreszcie, co mam wam do powiedzenia. Całe życie myślałam o chwili, kiedy będę się z wami rozstawać, więc uszanujcie mnie, proszę, i wysłuchajcie, co mam wam do powiedzenia.
– Oj, mamo, mamo kochana, my wiemy, dokładnie wiemy, co nam chcesz powiedzieć. Nie musisz się wysilać, nie musisz już odpoczywać w tym łóżku. My przyfrunęłyśmy, żeby cię zabrać ze sobą. Tam o nic nie będziesz się martwić, tam będziemy dla ciebie tańczyć, i zobaczysz, jak tam jest cudownie.
Fake. Opowiadania. Tom IV
Wydanie pierwsze, ISBN: 978-83-8083-684-6
? Zenon Rogala i Wydawnictwo Novae Res 2017
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.
REDAKCJA: Wioletta Cyrulik
KOREKTA: Emilia Kapłan
OKŁADKA: Karolina Kucharska
ILUSTRACJE: Michał Kozera
KONWERSJA DO EPUB/MOBI: InkPad.pl
WYDAWNICTWO NOVAE RES
al. Zwycięstwa 96 / 98, 81-451 Gdynia
tel.: 58 698 21 61, e-mail: sekretariat@novaeres.pl, http://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.
Wydawnictwo Novae Res jest partnerem
Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni.