ROZDZIAŁ 3
Jest niedzielny poranek. Otwieramy bar za godzinę, ponieważ jednak już teraz panuje skwar, uchylam i blokuję drzwi wejściowe, by zrobić przeciąg. Większość chińskich barów z jedzeniem na wynos ma czerwone fasady, bo to kolor pomyślności. Ciocia Jade zdecydowała się na zieleń - oznacza ona bogactwo, a przy okazji pozwala się nam wyróżnić.
Przed barem znajduje się wąski blat i kilka drewnianych stołków dla klientów oczekujących na zamówienia. Obok kasy stoi biały porcelanowy kot, który macha rytmicznie prawą łapą, żeby witać gości i przynosić szczęście. Wcześniej w naszym lokalu mieściła się speluna, a ponieważ ciocię Jade było stać wyłącznie na remont kuchni, wnętrze wciąż przypomina pub, z odsłoniętymi belkami stropowymi i boazerią na ceglanych ścianach. Klienci czasem zwracają nam uwagę na dziwny wystrój, ale wracają dla dobrego jedzenia.
Ściągam z haczyka fartuch Megan z wizerunkiem Hello Kity. Mój własny, biały, jest w praniu, a nie chcę pobrudzić podkoszulka mąką. Wierzchem dłoni odgarniam z czoła grzywkę. Muszę się wreszcie ostrzyc. Megan upierała się, żebym tego lata spróbował stylówy koreańskich piosenkarzy: dłuższe włosy u góry i krótkie, ostro cieniowane po bokach i z tyłu. Poszła nawet ze mną do salonu fryzjerskiego w chińskiej dzielnicy i pokazała fryzjerowi przykłady, jak wyobraża sobie efekt końcowy. "Wie pan, trochę jak gwiazdy kina lat dziewięćdziesiątych".
Mnie nie zależało na niczym aż tak awangardowym. Nie jestem członkiem boysbandu, nie mam też czasu każdego ranka suszyć włosów suszarką ani używać prostownicy. Zresztą, jaki sens ma taka fryzura, kiedy na dworze jest ponad trzydzieści stopni w cieniu?
Ostatecznie poszliśmy na kompromis - włosy średniej długości, które mogę układać za pomocą żelu lub zostawiać grzywkę. Wyszło ładniej, niż się spodziewałem. Nawet Megan była zadowolona.
- Twoja dziewczyna? - zapytał stylista, a ja się zaśmiałem.
- Kuzynka.
A teraz Megan siedzi przy okienku do wydawania zamówień i obrywa główki i ogonki kiełków fasoli. W uszach ma słuchawki i ogląda na smartfonie nowy klip Blackpink. Ciocia Jade poszła na poranne zakupy, po świeże warzywa, których zabrakło w porannej dostawie, Tim uczy się przy ladzie z używanego podręcznika do matematyki, a Clover biega po barze, na zmianę goniąc ulubioną gumową piłeczkę i atakując sznurówki moich sneakersów.
Zajmuję miejsce przy niewielkim stoliku w stylu knajpianym tuż obok lady. Rozłożyłem na nim wszystkie składniki niezbędne do przygotowania xiao long bao. Najpierw formuję ciasto w długi rulon, a potem palcami odrywam odpowiednio małe kawałki. Rozwałkowuję je na płaskie kółeczka i nakładam do środka kulki mielonej wieprzowiny, które zamroziliśmy przez noc. Inne chińskie restauracje sprzedają pierożki z różnymi nadzieniami - krabem, przegrzebkami czy krewetkami - ponieważ jednak specjalnością baru jest kuchnia singapursko-chińska, trzymamy się swojej popisowej wieprzowiny.
Rozlega się dzwonek, a Clover szczeka.
Odwracam się do drzwi.
- Przepraszam, ale jeszcze nie...
Urywam, bo w wejściu stoi Theo, seksowny chłopak klienta z poprzedniego dnia.
- Eee, cześć. - Uśmiecha się nieśmiało. Ma na sobie dżinsy i czarny podkoszulek z logo, którego nie rozpoznaję, co pewnie oznacza, że jest absurdalnie drogi. Jego włosy, niesfornie rozrzucone, mają chyba tworzyć wrażenie, że właśnie tak wstał dziś rano z łóżka. - Nie jestem pewien, czy mnie pamiętasz...
- Pamiętam doskonale - odpowiadam bez namysłu.
Megan unosi wzrok znad klipu k-popowego, a Clover robi krok naprzód, obnażając zęby.
- Clover! - Łapię ją za obrożę. Nienawidzi nieznajomych i warczy na każdego, kogo nie zna. - Przepraszam, to suczka przygarnięta z kliniki weterynaryjnej, łatwo się płoszy. Próbuję ją tego oduczyć. Zaczekaj, chcę czegoś spróbować.
Wskazuję Theo wyciągniętą ręką, podchodzę bliżej i dotykam jego ramienia - znak, że to przyjaciel, który ostatnio z nią ćwiczę. Zadziałało na kilku częściej bądź rzadziej widywanych osobach z wybiegu dla psów w parku, ale po raz pierwszy wypróbowuję ten gest na człowieku, którego nie spotkała nigdy wcześniej.
I nagle zdaję sobie sprawę, że dotykam Theo. Zakładam, że się cofnie, ale on wcale tego nie robi.
Clover wciąż patrzy na niego złowrogo, ale przynajmniej przestała warczeć. Odwraca się do mnie, jakby czekała na potwierdzenie, że wszystko jest okej.
- Dobra dziewczynka - mówię. - Bardzo dobra. Zostań.
Tim patrzy na Theo i pyta:
- To twój przyjaciel wstawił na Yelpie - i przy okazji kilku innych serwisach - jednogwiazdkową opinię, jako użytkownik UCZULONY-NA-KRETYNÓW?
- O Boże, serio? Kazałem mu przysiąc, że tego nie zrobi. - Theo jest naprawdę zażenowany. - Przyszedłem przeprosić za to, co się stało.
- Popełniliśmy błąd - mówię. - Osobiście dopilnowałem, żeby zwrot został wysłany.
Theo wyciąga z portfela gotówkę.
- Proszę. Potraktujcie to jako napiwek.
Gapię się na studolarowy banknot.
- Chyba się pomyliłeś. Nie chciałeś przypadkiem wyjąć dyszki?
Theo się śmieje.
- Nie, nie chciałem.
- Stówa? Za co? - wtrąca się Megan. - Za taniec ze striptizem? - Wychodzi zza okienka i piorunuje go spojrzeniem. - Jak się nazywasz?
Chłopak wydaje się zaskoczony jej otwartą wrogością.
- Theo Somers - odpowiada mimo to, a Megan krzyżuje ręce na piersi.
- Ciekawe. Skąd to nazwisko? Nie wyglądasz mi wcale na białego.
- Tato jest biały, a rodzina mamy pochodzi z Hongkongu...
- W takim razie powinieneś wiedzieć, że w chińskiej kulturze dawanie napiwków uważa się za obrazę! - nie daje mu dokończyć. - Spróbuj tego w Chinach, a kelner wciśnie ci pieniądze z powrotem w dłoń, patrząc na ciebie jak na łajno pandy.
Marszczę nos. Co jak co, ale subtelność nie jest mocną stroną Megan.
Theo dębieje.
- Przepraszam, nie miałem pojęcia...
- Wyjaśnijmy to sobie dokładnie - znów przerywa mu Megan. - Najpierw pozwalasz, żeby twój chłopak wydzierał się na mojego kuzyna z powodu cholernej cebulki na smażonym ryżu, a teraz chcesz mu to wynagrodzić kasą, jakbyśmy potrzebowali zapomogi?
W ciszy, która zapada, szum sufitowego wentylatora brzmi ogłuszająco. Theo ma taką minę, jakby przełknął porcję makaronu, który o wiele za długo leżał w lodówce, ale nie chciał tego po sobie pokazać.
I wtedy Megan wybucha śmiechem.
- Człowieku, szkoda, że nie widzisz swojej twarzy! Aż żałuję, że tego nie nagrywałam. - Szturcha Theo w ramię. - Wyluzuj, jesteśmy na Brooklynie, a nie w Chinach - no jasne, że uwielbiamy napiwki! Słoik stoi obok kasy.
Theo nie kryje ulgi. Podobnie jak ja.
Tymczasem Megan szczerzy się do niego, jakby chłopak zdał jakiś test.
- A skoro już tu jesteś, weźmiesz coś do jedzenia? - pyta.
- W tym tygodniu mamy specjalną ofertę na xiao long bao - odzywa się Tim. - Pięć dziewięćdziesiąt pięć za osiem sztuk, więc za stówę dostaniesz sto trzydzieści cztery - przelicza, nawet nie dotykając kalkulatora.
Theo wskazuje na pierożki leżące przede mną na tacy.
- Ty je zrobiłeś?
- Codziennie robię świeże, ciocia Jade w życiu nie pozwoliłaby nam ich mrozić i sprzedawać gotowych. Chcesz osiem na spróbowanie?
- Jasne - odpowiada. - Skoro to twoje dzieło...
Uśmiecham się mimowolnie.
- Się robi, osiem xiao long bao na wynos! - Megan bierze od Theo studolarówkę. - Za resztę fundniemy sobie sushi, kiedy moja mama będzie miała wolne.
- Zaraz, zaraz, a co z tym obiecanym striptizem? - rzuca ze śmiertelną powagą Theo.
Serce podchodzi mi tak wysoko do gardła, że prawie się dławię.
Megan puszcza do mnie oko i celuje w chłopaka palcem.
- Podoba mi się ten gość! - Podnosi ze stolika tacę z pierożkami. - Idę rozpalić pod parownikiem, a wy, chłopcy, sobie poplotkujcie, okej?
Twarz mi płonie, gdy Megan znika w kuchni. No pięknie, moi kuzyni wypaplali, że mówiłem o Theo. To chyba gorsze od fartucha Hello Kitty, który wciąż mam na sobie. Ściągam go szybko.
- Przepraszam za Megan, ona uwielbia wkręcać ludzi - tłumaczę. - Nie miałem bladego pojęcia, że tak bardzo da ci popalić.
- Po tym, co się wydarzyło z Adrianem, chyba sobie zasłużyłem - odpowiada Theo.
Kręcę głową.
- Megan ma rację, ale tylko częściowo. Kelnerzy w Chinach nie biorą napiwków, bo uważają, że dobra obsługa należy do ich obowiązków, a my schrzaniliśmy zamówienie twojego chłopaka.
W duchu trzymam kciuki, by odpowiedział: "Tak naprawdę on nie jest moim chłopakiem", po czym wiarygodnie wyjaśnił, co robił półnagi w jego mieszkaniu - i dlaczego nazwał go "bejbi".
Ale oczywiście tego nie robi. Podchodzi do ściany przy kasie, obwieszonej zdjęciami w przeróżnych ramkach. Na części fotografii widać ciocię Jade pozującą z hongkońskimi celebrytami, którzy jedli w restauracjach, gdzie wówczas pracowała, a pozostałe przedstawiają naszą rodzinę. Ciocia Jade z mamą, gdy były dziećmi, w towarzystwie Por Por i Gong Gonga, sześcioletnia Megan ze szczerbatym uśmiechem, trzymająca maleńkiego Tima na rękach przed urodzinowym tortem, Megan, Tim i ja w zoo Prospect Park kilka lat temu, podczas karmienia alpaki.
- To Singapur, prawda? - Theo wskazuje na najnowsze zdjęcie, na którym jest cała nasza piątka: mama, ciocia Jade, Megan, Tim i ja. W tle widać słynny singapurski hotel, Marina Bay Sands - trzy wieże zwieńczone podniebnym ogrodem, które przypominają wielki zacumowany okręt.
- Aha. Polecieliśmy tam w grudniu w odwiedziny do moich dziadków. - Tim był wtedy na etapie niezdarnego chudzielca, przez co Por Por nieustannie utyskiwała, że go nie karmimy. Megan, prawie tak samo szczupła i o długich kończynach, robi zmysłową minę, którą podłapała od idoli k-popu. Włosy cioci Jade, uwolnione z nieodłącznego czepka, powiewają na wietrze. Rondo kapelusza mamy rzuca cień na jej bladą twarz. Odrastały jej wtedy włosy, ale ona nie chciała przyciągać spojrzeń, a ponieważ przez chemioterapię stała się nadmiernie czuła na światło, nosi też okulary przeciwsłoneczne.
- Tam się urodziliście? - pyta Theo.
- Tylko nasza mama i ciocia. - Pokazuję zdjęcie mamy i cioci w tokijskim Disneylandzie, kiedy były nastolatkami. - Tutaj po raz pierwszy wyjechały razem na wakacje, tylko we dwie.
Odwraca się do mnie.
- Uczysz się w okolicy?
- W liceum Sunset Park. - Szkoła znajduje się zaledwie parę przecznic od nas, Megan też do niej chodzi. - W przyszłym tygodniu zaczynam ostatnią klasę. A ty?
- Też ostatnia klasa, ale w prywatnym liceum w Bay Ridge - odpowiada. - Niedaleko miejsca, gdzie mieszkam.
Mówi to zupełnie niezobowiązująco, tak jakby chodził do prywatnej szkoły z czesnym wynoszącym pięćdziesiąt tysięcy za rok tylko dlatego, że ma po drodze. Bay Ridge znajduje się w strefie naszego dowozu - ilekroć przejeżdżam obok tamtejszego liceum, mimowolnie przyglądam się bogatym dzieciakom przesiadującym na frontowych schodach. W swoich nienagannie udrapowanych sweterkach o podwiniętych rękawach wpasowałyby się bez trudu w kampus dowolnego uniwersytetu Ligi Bluszczowej. Theo nie jest pod tym względem żadnym wyjątkiem.
- A tak w ogóle to fajna koszulka - dodaje.
Patrzę w dół: MAKE LOVE, NOT PUPPIES. Mam ją z akcji adopcyjnej, którą każdego lata organizuje klinika weterynaryjna. Mimo że w tym roku nie było ze mną mamy, i tak zgłosiłem się na ochotnika do pomocy.
- Dzięki tej akcji przygarnęliśmy Clover - mówię i przyciągam do stolika dodatkowy stołek. - Siadaj, a ja sprawdzę, co z twoimi pierożkami.
Megan stoi przy parowniku - metalowej kuchence z perforowaną płytą, pod którą gotuje się woda. Para wystrzeliwuje przez otwory niczym gejzery.
- Masz rację, Dyl - odzywa się na mój widok. - Niezłe z niego ciacho.
- Ciii! Siedzi tuż za drzwiami, jeszcze cię usłyszy.
- A tak w ogóle to czego tutaj szukasz? - Przekłada osiem pierożków na bawełnianą szmatkę, którą wyłożyła dno dużego bambusowego koszyka.
- Nie wiedziałem, o czym z nim gadać, a nie chciałem nawijać o niczym jak idiota.
- Mógłbyś go zapytać o rozmiar bielizny. - Posyła mi rozbawiony uśmieszek. - Moim zdaniem emka, ale przez spodnie dobrze nie widać.
- Meg, zamordowałbym cię, gdybyś nie trzymała pierożków.
Megan chichocze i kładzie bambusowy koszyk na parowniku. Para strzelająca z otworów przechodzi przez dziurki w podstawie koszyka i gotuje jedzenie. Ciocia Jade mówiła nam, że kiedy pracowała w restauracji serwującej dim sum, musiała zmieścić na parowniku pięć koszyków - a każdy z nich miał zwykle inny czas gotowania.
Dziesięć minut później wychodzę z kuchni z nakrytym koszykiem. Theo ogląda przy ladzie struny skrzypiec. Tim wypożyczył instrument ze szkoły i skarży się teraz na kiepsko trzymające kołki. Unoszę zaskoczony brwi - to introwertyczny chłopiec, który nie otwiera się łatwo przed nieznajomymi. No chyba że chcą z nim gadać o matematyce albo muzyce.
- Dzięki za radę, wypróbuję ją - mówi teraz, po czym bierze skrzypce pod pachę i idzie z Clover do mieszkania na górze.
Theo wraca do stolika, a ja stawiam przed nim koszyk. Kiedy unoszę pokrywkę, para bucha dramatycznie ze środka, wypełniając powietrze między nami.
- Pachnie przepysznie. - Nachyla się, żeby zerknąć do środka. - Moja mama twierdzi, że jedzenie xiao long bao to swoista sztuka. Kiedy są gorące, bulion poparzy ci język, ale jeśli czekasz zbyt długo, ciasto robi się suche i łatwo pęka, gdy próbujesz podnieść pierożek.
- Całkiem sensowna rada. - Podaję mu płaską łyżkę, pałeczki i talerzyk z czarnym octem ryżowym oraz świeżym imbirem. - Smacznego.
- Pytanie. - Theo pokazuje składniki xiao long bao wciąż leżące po mojej stronie stolika. - Zjadłem ich tysiące, a do tej pory nie wiem, jak umieszcza się w pierożku zupę.
Siadam naprzeciwko niego.
- Najpierw gotujemy razem z mięsem kości wieprzowe, odcedzamy zupę i chowamy do lodówki. Dzięki zawartości żelatyny zupa robi się pod wpływem zimna galaretowata. Mieszamy z nią mielone mięso i sklejamy w pierożku, a kiedy pod wpływem pary nadzienie się nagrzewa, galareta zamienia się z powrotem w zupę.
- Genialne. - Słońce wpadające przez okno rozjaśnia brązowe włosy Theo. - No dobrze, a jak się je skleja, żeby powstały te fałdki?
- To jest najtrudniejsze - odpowiadam. - Zmarnowałem dziesiątki pierożków, zanim opanowałem technikę. Sekret tkwi w odpowiednim ściśnięciu krawędzi ciasta, zanim zaczniesz robić fałdki i skręcisz je w węzeł. Szefowie kuchni w restauracjach nagradzanych gwizdkami Michelina podają pierożki, które mają dokładnie osiemnaście fałdek.
- Niesamowite, biorąc pod uwagę, jakie są małe. - Theo podnosi pałeczki. - Wiedząc, ile pracy trzeba w nie włożyć, będę się podwójnie rozkoszował każdym pierożkiem.
Podnosi jednego delikatnie, nie rozrywając ciasta. Imponujące. Sprawnie trzyma pałeczki, widać, że mama go tego uczyła. Macza pierożka w occie i świeżym imbirze, kładzie go na łyżce, po czym wgryza się w fałdki od góry, żeby wypuścić gorącą parę - i dopiero wtedy zjada całość.
- Mmm, niebo w gębie - mówi, przeżuwając. - Ciasto jest miękkie, a mielone mięso i zupa pełne smaku. Fantastyczne.
- Musimy cię zatrudnić, żebyś to powtórzył w reklamie - rzucam.
Theo uśmiecha się i odpowiada:
- Daj znać, o który kanał chodzi, to wykonam kilka telefonów.
Nie umiem stwierdzić, czy żartuje. Próbuję sobie wyobrazić minę cioci Jade, gdyby wparowała tu ekipa filmowa - i, szczerze mówiąc, nie potrafię.
- Tylko żartowałem. Nie stać nas na reklamę.
Ponieważ xiao long bao szybko stygną, nie należy ich jeść zbyt długo, a ja nie mogę oderwać wzroku od Theo, gdy pożera jednego za drugim. Sam czuję się jak pierożek na parowniku - ilekroć Theo oblizuje usta, rozpuszczam się odrobinę w środku.
To jest właśnie całe moje szczęście - gdy wreszcie wpadam na kogoś w swoim typie, ten ktoś ma już chłopaka i biega półnago po jego mieszkaniu.
- Co to takiego? - pyta Theo.
Podążam za jego spojrzeniem - patrzy na ulotkę reklamującą konkurs. Przypiąłem ją do tablicy korkowej, by mi przypominała, że muszę porozmawiać o zgłoszeniu z ciocią.
- To konkurs dla nastoletnich cukierników na najlepsze księżycowe ciasteczka, organizowany przez Lawrence'a Lima, słynnego szefa kuchni - tłumaczę i odczepiam ulotkę od tablicy. - Każdy uczestnik może się zgłosić z pomocnikiem, a do finału zostanie wybranych osiem par. Ciasteczka będą oceniane podczas Święta Środka Jesieni - a zwycięzca pojawi się w odcinku programu kulinarnego Lima Poza utartym smakiem.
- Fajnie. Widziałem ten program kilka razy. Chciałem nawet wypróbować wietnamską restaurację, którą polecił, tylko że kiedy dotarłem na miejsce, kolejka ciągnęła się przez pół ulicy. I to on sponsoruje ten konkurs?
- Aha. W Singapurze i Malezji, gdzie się wychował, do obchodów Święta Środka Jesieni przywiązuje się sporą wagę.
Theo przygląda się zgłoszeniu, na którym wpisałem już siebie i ciocię Jade.
- Jakie ciasteczka zamierzacie zrobić?
- Specjalne niebieskie ciasteczka ze śnieżną skórką. Z rodzinnego przepisu, który przekazała nam moja babcia - odpowiadam.
- Niebieskie? O jakim smaku? Jagodowym?
- Nigdy ich nie próbowałem - przyznaję. - Księżycowe ciasteczka przyrządza się wyłącznie na Święto Środka Jesieni, a my zwykle odwiedzamy dziadków w lecie albo podczas przerwy bożonarodzeniowej. Ale moja mama wspominała, że niebieska barwa bierze się z wywaru z klitorii ternateńskiej.
Najbardziej żałuję tego, że nie wypytałem mamy o ciasteczka Por Por, gdy w zeszłym roku rozmawialiśmy o przystąpieniu do konkursu. Po prostu założyłem - niesłusznie, jak się okazało - że mam na to mnóstwo czasu.
- Zastanawia mnie coś jeszcze - odzywa się Theo, odkładając pałeczki. - Czemu nie podpiszecie umowy z Uber Eats albo jakąś inną firmą i zamiast tego wszystko robicie sami?
Unoszę brwi.
- Aż tak kiepsko się sprawdzam jako dostawca?
Theo się śmieje.
- Nie, zupełnie nie o to mi chodziło! Po prostu pamiętam, jak Adrian narzekał, że musi składać zamówienie przez waszą stronę, zamiast użyć aplikacji. Gdybyście zlecili dostawy firmie zewnętrznej, ty i twoja ciocia moglibyście się skupić na tym, w czym jesteście najlepsi, nie martwiąc się o to, czy macie czas i możliwości dowozić jedzenie.
- To wszystko prawda, tylko że firmy zewnętrzne kasują około trzydziestu procent wartości zamówienia. Dla małych barów takich jak nasz to zwyczajnie zbyt dużo - odpowiadam. - Na początku ciocia próbowała współpracy z kilkoma dostawcami, ale po roku uznała, że sami zajmiemy się dowozem. Poznała Chunga, naszego głównego kierowcę, za czasów pracy w Hongkongu - był jedynym hydraulikiem, który zgodził się przyjechać natychmiast, gdy mieli w restauracji poważną awarię. Pomagała mu potem ubiegać się o wizę pracowniczą i dała zatrudnienie. Z kolei wujek Bo stracił poprzednią pracę, gdy spadł z drabiny. Zastępowałem go wczoraj, bo jest chory.
- Podoba mi się etyka pracy twojej cioci - komentuje Theo. - Pomaganie przyjaciołom jest dla niej ważniejsze niż cięcie kosztów poprzez współpracę z zewnętrznymi, anonimowymi molochami.
Zaskakuje mnie, że podziela punkt widzenia cioci Jade.
- To prawda. Ciocia należy do ludzi, którzy nieustannie myślą o innych.
- Podobnie jak jej siostrzeniec. Kiedy wymagała tego sytuacja, pomogłeś z dowozami. - Theo patrzy mi w oczy. - A tak na marginesie, to był dla mnie łut szczęścia, bo gdybyś to nie ty wczoraj przyjechał, nie miałbym okazji spróbować tych niesamowicie smacznych, ręcznie robionych xiao long bao.
Chyba się rumienię. Odpowiedziałbym coś dowcipnego, ale w głowie mam pustkę.
Theo wstaje i sprawdza godzinę na iPhonie - oczywiście najnowszym.
- Sorry, ale muszę uciekać. Trener mnie zamorduje, jeśli znów się spóźnię na trening tenisa.
Rzeczywiście, ma budowę ciała tenisisty. Z naszej rodziny tylko ciocia jest fanką tego sportu, ale ja też chyba powinienem zacząć go oglądać, bo... czemu nie?
- Jasne. - Odprowadzam go do drzwi. - Fajnie, że wpadłeś.
- Dzięki za przepyszne jedzenie.
- Da radę uzyskać to na piśmie? Nasze oceny w internecie bardzo by na tym zyskały.
- Jasna sprawa. - Puszcza do mnie oko. - Wojownicy Woka mają kolejnego usatysfakcjonowanego klienta.
Rozlega się dzwonek, gdy Theo wychodzi. Patrząc za nim, zauważam objuczoną zakupami ciocię, która nadchodzi z przeciwnej strony ulicy. Mijają się, a chwilę później Theo znika za rogiem.
Z kuchni wypada jak burza Megan, piejąc z zachwytu.
- Ej, to było e p i c k i e!!!
Dzwonek znów brzęczy, kiedy przytrzymuję drzwi cioci Jade, która natychmiast zauważa uradowaną minę Megan.
- Co się stało? - pyta.
- Pamiętasz to ciacho z wczorajszej dostawy Dylana? Właśnie tu był - odpowiada Megan. - Wyobraź sobie, że przyszedł przeprosić za swojego chłoptasia! Dał Dylanowi stówę napiwku, po czym zorganizowali na miejscu spontaniczną randkę.
- Co? To nie była żadna randka. - Odbieram zakupy z rąk cioci. - Zamówił jedzenie, zapłacił za nie. I tyle.
- Serio? Bo nie zauważyłam, żebyś robił takie słodkie oczy do innych klientów.
- Nie robiłem słodkich oczu! To po pierwsze, a po drugie: podglądałaś nas?
- No jacha! Wyglądałeś tak, jakbyś miał ochotę zjeść go łyżką. - Megan posyła mi cwaniacki uśmieszek. - To kiedy znowu wpadnie?
Theo powiedział, że Wojownicy Woka mają kolejnego z a d o w o l o n e g o klienta, a to zupełnie co innego niż s t a ł y klient. I choć to tylko semantyka, Theo raczej by nie chciał, żeby jego chłopak - UCZULONY-NA-KRETYNÓW - wiedział, że się u nas stołuje. No i nie poprosił mnie nawet o numer telefonu.
Kręcę głową.
- Był uprzejmy, to wszystko.
Gdy Megan i Tim wnoszą zakupy do kuchni, ciocia Jade dostrzega ulotkę na stoliku.
- Co tam masz?
- Ogłoszenie o konkursie na najlepsze księżycowe ciasteczka. Tym, w którym mama chciała w zeszłym roku wziąć ze mną udział. - Pokazuję jej formularz zgłoszeniowy. - Pomyślałem, że zamiast tego zgłoszę się z tobą. Moglibyśmy zrobić niebieskie ciasteczka Por Por, tak jak planowała mama.
- Doskonały pomysł. - Ciocia przygryza wargę. - Jest tylko jeden problem. Nie znam przepisu.
Mrugam oszołomiony.
- Słu... słucham?
- Twoja mama kochała wypieki, natomiast mnie interesowało głównie gotowanie. Por Por miała notatnik, w którym zapisywała sekretne przepisy. Niestety, gdzieś go zapodziała, kiedy dopadła ją demencja. - Wzdycha. - Twoja mama znała przepis, tylko że tak dużo się działo... Nawet nie przyszło nam do głowy, by go spisać.
To będzie trudniejsze, niż sądziłem. Próba odtworzenia zapomnianego przepisu na deser, którego nigdy nawet nie kosztowałem, wydaje się skazana na porażkę.
- Mimo to uważam, że absolutnie powinniśmy wziąć udział w konkursie - mówi ciocia. - Szczególnie że właśnie na tym zależało twojej mamie. Weźmiemy się do pracy, gdy będę miała wolne, i zrobimy wszystko, co w naszej mocy, by odtworzyć przepis. Dobrze? - Kładzie mi dłoń na ramieniu. - Nie martw się. Znajdziemy sposób, żeby zapewnić słynnym ciasteczkom Por Por drugie życie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki