Fajerwerki. Zawierucha. Tom 5 - Ida Żmiejewska

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (29,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ I

1.

Pola zmru­żyła po­wieki i do­piero kiedy jej wzrok przy­wykł do ośle­pia­ją­cej bieli, ru­szyła przed sie­bie ścieżką wy­dep­taną w śniegu. Stą­pała ostroż­nie, gdyż bar­dzo cią­żyła jej torba z pro­wian­tem; za­opa­trze­nie w War­sza­wie od dawna było fa­talne, ale Bal­bina, so­bie tylko zna­nym spo­so­bem, zdo­była w ze­szłym ty­go­dniu tro­chę wie­przo­winy i zdą­żyła prze­ro­bić ją na wę­dliny.

Świeże za­spy też nie uła­twiały sprawy. Pola nie prze­bi­łaby się przez nie sa­mo­dziel­nie, ale na szczę­ście idące przed nią ko­biety prze­cie­rały szlak. Oprócz niej, z ko­lejki wą­sko­to­ro­wej, którą pol­ski ma­szy­ni­sta li­to­ści­wie za­trzy­mał po­mię­dzy sta­cjami, wy­sia­dło ich kilka; wszyst­kie po­dą­żały w tym sa­mym kie­runku - do obozu w Be­nia­mi­no­wie, gdzie la­tem ze­szłego roku Niemcy in­ter­no­wali ofi­ce­rów Le­gio­nów.

Do­sko­nale pa­mię­tała, jak w cza­sie Wiel­ka­nocy Staś za­sta­na­wiał się, co da­lej czeka go w woj­sku. Szybko otrzy­mał od­po­wie­dzi na wszyst­kie py­ta­nia; nie­stety, w naj­gor­szy z moż­li­wych spo­so­bów.

Wio­sną 1917 roku na roz­kaz gu­ber­na­tora Be­se­lera oku­panci za­brali się do or­ga­ni­zo­wa­nia Po­lni­sche We­hr­macht, czyli Pol­skiej Siły Zbroj­nej, i po­sta­no­wili wcie­lić do niej wszyst­kie Bry­gady Le­gio­nów. Z tej przy­czyny ofi­ce­ro­wie i żoł­nie­rze po­cho­dzący z ziem daw­nego Kró­le­stwa Pol­skiego mieli obo­wią­zek zło­żyć nową przy­sięgę na wier­ność ce­sa­rzom Wil­hel­mowi II i Ka­ro­lowi I.

Jej rota wy­jąt­kowo nie spodo­bała się le­gio­ni­stom, a to z tego po­wodu, że wy­mu­szała na nich obo­wią­zek "bra­ter­stwa broni woj­skom Nie­miec i Au­stro-Wę­gier oraz państw z nimi sprzy­mie­rzo­nych" oraz pod­po­rząd­ko­wa­nia się ich do­wódz­twu bez względu na sy­tu­ację po­li­tyczną i de­cy­zje przy­szłego pol­skiego rządu[1]. Jak tłu­ma­czył Poli zde­ner­wo­wany Sta­ni­sław, Po­lacy mieli stać się in­te­gralną czę­ścią nie­miec­kiej ar­mii, róż­niącą się od niej wy­łącz­nie mun­du­rami i sztan­da­rami, po­zba­wioną wszel­kiej sa­mo­dziel­no­ści i nie­pod­le­ga­jącą wła­dzom swo­jego kraju. Tym, co obu­rzyło le­gio­ni­stów, był też wi­doczny po­dział na Kró­le­wia­ków i Ga­li­cjan - ci ostatni, jako pod­dani Habs­bur­gów, zo­stali zwol­nieni ze ślu­bo­wa­nia.

Kró­le­wiacy - szcze­gól­nie ci z I Bry­gady - po­sta­no­wili trwać przy swoim i nic ni­komu nie przy­się­gać. Ta od­mowa, uznana przez Niem­ców za bunt, kosz­to­wała ich wiele. Zo­stali roz­bro­jeni, zdy­mi­sjo­no­wani, a na­stęp­nie od­tran­spor­to­wani do miejsc in­ter­no­wa­nia. Żoł­nie­rze do Szczy­piorna pod Ka­li­szem, a ofi­ce­ro­wie - wśród któ­rych zna­lazł się też szwa­gier - do Be­nia­mi­nowa. Ich ko­le­gów z Ga­li­cji wcie­lono zaś do ar­mii au­stro-wę­gier­skiej i ode­słano na front wło­ski.

Cała ro­dzina Kel­le­rów - i oczy­wi­ście pani Ame­lia Osnow­ska - sta­rała się od­wie­dzać Sta­ni­sława naj­czę­ściej, jak to moż­liwe. Po­cząt­kowo da­wało się przy­jeż­dżać do Be­nia­mi­nowa w do­wol­nych ter­mi­nach i bez prze­szkód roz­ma­wiać z nim przez płot, ale z cza­sem ko­menda obozu za­częła uprzy­krzać ży­cie in­ter­no­wa­nym. Te­ren zo­stał do­dat­kowo oto­czony dru­tem kol­cza­stym i roz­sta­wiono straże. Spo­tka­nia po­le­gały więc na dłu­gich spa­ce­rach wzdłuż ogro­dze­nia i wy­krzy­ki­wa­niu do sie­bie po­je­dyn­czych słów w chwi­lach, kiedy war­tow­nik sku­piał uwagę na kimś in­nym.

Ofi­cjalne od­wie­dziny wy­ma­gały spe­cjal­nego po­zwo­le­nia wy­da­nego w war­szaw­skiej Ko­men­dzie Mia­sta. Jesz­cze je­sie­nią do­ku­ment można było uzy­skać z ła­two­ścią, gdyż Niemcy, roz­sie­wa­jący plotki na te­mat nie­pew­nej przy­szło­ści ofi­ce­rów, li­czyli, że wy­stra­szeni krewni prze­mó­wią im do ro­zumu i prze­ko­nają do re­zy­gna­cji z pro­te­stu. Dzia­ła­nia nie przy­nio­sły ocze­ki­wa­nego skutku, więc utrud­nili pro­ce­durę i co­raz czę­ściej od­rzu­cali po­da­nia o prze­pustki. Przed Bo­żym Na­ro­dze­niem, aby zła­mać mo­rale in­ter­no­wa­nych, ro­dzi­nom nie wy­dano ani jed­nej. W związku z tym ciotka Klara, Zo­sia i Ju­lia zdo­łały spo­tkać się ze Sta­siem w stycz­niu. Pola, którą cięż­kie prze­zię­bie­nie przy­kuło do łóżka, zdo­łała wy­brać się do niego do­piero na po­czątku lu­tego.

Wę­drówka dłu­żyła się jej nie­mi­ło­sier­nie i miała wra­że­nie, że z każdą chwilą robi się co­raz zim­niej. Śnieg skrzy­piał pod po­de­szwami, mróz ką­sał nos i po­liczki, a od­dech za­mie­niał się w parę. Po ko­lej­nym kwa­dran­sie mar­szu do­tarła wresz­cie do drogi wio­dą­cej ku daw­nemu ro­syj­skiemu for­towi. Tam śnieg był udep­tany, więc szło się o wiele lżej i wi­dać już było jed­no­pię­trowe ce­glane bu­dynki roz­siane wśród rzadko ro­sną­cych so­sen; za car­skich cza­sów mie­ściły się w nich ko­szary, a te­raz roz­lo­ko­wano pra­wie stu ofi­ce­rów Le­gio­nów.

Ko­lejny raz zer­k­nęła na ze­ga­rek. Zbli­żała się pierw­sza po po­łu­dniu. Wy­ru­szyła z War­szawy po dzie­wią­tej, gdyż spo­dzie­wała się, że przez nocną śnie­życę i siar­czy­sty mróz po­dróż bę­dzie trwała dłu­żej niż zwy­kle. Miała ra­cję i gdyby nie ta prze­zor­ność, za­pewne nie zdą­ży­łaby na wy­zna­czoną go­dzinę.

Go­ści wpusz­czano na te­ren obozu przez szla­ban. Pil­no­wało go dwóch uzbro­jo­nych po zęby war­tow­ni­ków, któ­rzy bar­dzo skru­pu­lat­nie spraw­dzali do­ku­menty oraz ba­gaże; od dawna obo­wią­zy­wał za­kaz wno­sze­nia ga­zet, ulo­tek i ksią­żek. Po dru­giej stro­nie ogro­dze­nia cze­kali męż­czyźni wy­pa­tru­jący go­ści. Pola szybko omio­tła wzro­kiem całą grupę i skon­sta­to­wała, że wśród nich nie ma Sta­ni­sława.

Za­jęła miej­sce na końcu ko­lejki i od nie­chce­nia ro­zej­rzała się wo­koło. Wtem wstrzy­mała od­dech: nie­opo­dal niej, po tej sa­mej stro­nie szla­banu stały duże sa­nie za­przę­żone w dwa kare ko­nie z bia­łymi gwiazd­kami na łbach, któ­rych nie po­my­li­łaby z żad­nymi in­nymi na świe­cie. Roz­po­znała też oku­ta­nego w pledy woź­nicę - był to Wa­lek Ka­ro­lak z Dą­browy, ten sam, który mi­nio­nego lata po­ślu­bił Mie­cię. Co wię­cej, w wy­mosz­czo­nym ko­żu­chami po­jeź­dzie sie­działa jego młoda żona. Ich obec­ność mo­gła ozna­czać tylko jedno: w od­wie­dziny do Sta­ni­sława zje­chała pani Ame­lia. Nie­wy­klu­czone, że za­brała ze sobą któ­rąś z sióstr albo ja­kichś in­nych krew­nych.

Nie mu­siała długo cze­kać, aby do­wie­dzieć się, jak wy­gląda sy­tu­acja. Wes­tchnęła ciężko, gdyż speł­nił się jej naj­więk­szy kosz­mar - z bu­dynku ko­mendy obozu wy­szła Laura Żu­kow­ska w fu­trze z je­nota i ta­kiej sa­mej czapce, a to­wa­rzy­szył jej Sta­ni­sław odziany w swój zwy­kły szary szy­nel, z któ­rego na roz­kaz Niem­ców, uwa­ża­ją­cych in­ter­no­wa­nych za zwy­kłych cy­wili, już dawno temu znik­nęły ofi­cer­skie dys­tynk­cje.

A więc to tak... Ma­try­mo­nialne plany trzech wiedźm - tak Ju­lia żar­to­bli­wie na­zwała babki szwa­gra - ewi­dent­nie na­bie­rały re­al­nych kształ­tów i zmie­rzały do wy­cze­ki­wa­nego przez star­sze damy fi­nału.

Skoro Staś miał już dziś go­ści, to czy ją także wpusz­czą do niego?

Bli­ska łez Pola na­cią­gnęła kap­tur na twarz, cof­nęła się o kilka kro­ków i po­sta­wiła ba­gaż na ziemi. Nie chciała, aby Laura ją roz­po­znała. Nie oba­wiała się jej, zdą­żyła na­wet po­lu­bić, ale wo­lała nie wzbu­dzać po­dej­rzeń. Żu­kow­ska na pewno zdzi­wi­łaby się, zo­ba­czyw­szy ją tu samą, a po po­wro­cie do domu po­dzie­liła się in­for­ma­cją z babką. Pani Ame­lia przy naj­bliż­szym spo­tka­niu urzą­dzi­łaby zaś praw­dziwe prze­słu­cha­nie i Bóg ra­czy wie­dzieć, ja­kie wy­cią­gnę­łaby z niego wnio­ski. Nie­wy­klu­czone, że wła­ściwe.

Prawda była bo­wiem taka, że Pola ko­chała Sta­ni­sława z ca­łego serca, ale nie chciała, aby kto­kol­wiek - a przede wszyst­kim główny za­in­te­re­so­wany - po­znał jej ta­jem­nicę.

Co prawda przez lata wzdy­cha­nia do Wi­tolda, na­uczyła się ukry­wać uczu­cia, ale obec­nie ta umie­jęt­ność nie przy­da­wała się jej na nic. Tar­łow­ski, na któ­rego zer­kała z po­dzi­wem, za­cho­wy­wał się wo­bec niej uprzej­mie, opo­wia­dał o stu­diach i wy­na­laz­kach, ale za­wsze trzy­mał sto­sowny dy­stans. Sta­ni­sław był zaś ser­deczny i wy­lewny, więc pa­no­wa­nie nad sobą przy­cho­dziło jej z o wiele więk­szym tru­dem. A mu­siała się pil­no­wać, bo wie­działa do­sko­nale, że przy­jaźń i sym­pa­tia to wszystko, co od niego do­sta­nie. Staś - choć tak inny od Wi­tolda - też wi­dział w niej wy­łącz­nie szwa­gierkę.

Tym­cza­sem uśmiech­nięta Laura ser­deczne uści­skała swo­jego to­wa­rzy­sza, a on z sza­cun­kiem po­ca­ło­wał ją w rękę. Kel­le­równa nie mo­gła po­zbyć się my­śli, że za­cho­wują się jak na­rze­czeni, któ­rzy nie chcą ob­no­sić się pu­blicz­nie ze swoim szczę­ściem.

Nie spusz­czała z nich wzroku. Coś du­siło ją w pier­siach tak, że chwi­lami nie mo­gła zła­pać od­de­chu. Je­den ze straż­ni­ków spo­glą­dał na nią po­dejrz­li­wie, bo stała ni­czym wro­śnięta w zie­mię i nie po­su­wała się za ko­lejką. Za­raz po­sta­nowi ją wy­le­gi­ty­mo­wać, na­każe opusz­cze­nie obozu lub ze­chce do­kład­nie prze­szu­kać jej ba­gaż. Pola mimo tego, że nie pra­co­wała już w sek­cji kol­por­tażu Pol­skiej Or­ga­ni­za­cji Woj­sko­wej, przy­tar­gała do Be­nia­mi­nowa sporą por­cję nie­le­gal­nych dru­ków, otrzy­ma­nych od daw­nych ko­le­ża­nek. In­ter­no­wani mu­sieli wie­dzieć, co dzieje się za dru­tami.

Laura mi­nęła szla­ban i ko­rzy­sta­jąc z po­mocy Mieci, umo­ściła się w sa­niach. Wa­lek za­ciął ko­nie i po­jazd ru­szył gwał­tow­nie na­przód. Pa­sa­żerka od­wró­ciła się i we­soło po­ma­chała Sta­siowi, który zo­stał za ogro­dze­niem. Kiedy sa­nie prze­jeż­dżały obok niej, Pola prze­zor­nie na­chy­liła się nad ba­ga­żem. Na szczę­ście nikt nie zwró­cił na nią uwagi.

"Co ro­bić? - za­sta­na­wiała się go­rącz­kowo. - Za­wró­cić? Nie po­ka­zy­wać się wcale?"

Z jed­nej strony czuła, że po­winna na­tych­miast ucie­kać, ale z dru­giej tak bar­dzo chciała przy­naj­mniej spoj­rzeć mu w oczy i uści­snąć rękę.

- Po­lcia?!

Na dźwięk swo­jego imie­nia drgnęła i od­ru­chowo unio­sła głowę.

2.

- Psik! Ko­cie, idź stąd!

Wa­syl nie ra­czył za­szczy­cić Klary na­wet jed­nym spoj­rze­niem, tylko bez­czel­nie uda­wał po­grą­żo­nego w głę­bo­kim śnie. Do­sko­nale wie­dział, że za­kaz le­że­nia na oto­ma­nie w sa­lo­nie obo­wią­zuje go na­dal, ale wcale się tym nie przej­mo­wał.

- Idzi otsjuda! Ucha­dzi!

Dźwięk ro­syj­skiej mowy spra­wił, że zwie­rzak ze­rwał się z miej­sca i miękko ze­sko­czył na pod­łogę, a po­tem łyp­nął z wy­rzu­tem na okrutną prze­śla­dow­czy­nię.

- Pora, hun­cwo­cie, uczyć się pol­skiego! - Klara po­gro­ziła mu pal­cem.

Nie prze­pa­dała za tym ko­tem. Nie dość, że ni­kogo nie słu­chał i ro­bił, co chciał, to jesz­cze wy­glą­dał jak de­mon z pie­kła ro­dem. Na­prawdę by­wały ta­kie chwile, że z iry­ta­cji ukrę­ci­łaby mu łe­bek. Zno­siła jed­nak cier­pli­wie jego to­wa­rzy­stwo, po­nie­waż Zo­sia go lu­biła i kie­dyś na­wet po­wie­działa, że gdyby nie ko­niecz­ność opieki nad nim, nie prze­trwa­łaby drogi z Pio­tro­grodu do War­szawy. A i Linka za­ko­chała się w Wa­sylu od pierw­szego wej­rze­nia. Co cie­kawe, z wza­jem­no­ścią.

- Zna pol­ski bar­dzo do­brze - za­śmiała się matka, która aku­rat we­szła do po­koju. - A już Bal­binę ro­zu­mie do­sko­nale.

- Bal­binę ro­zu­miałby na­wet, gdyby mó­wiła po chiń­sku - mruk­nęła pod no­sem Klara. - Ona daje mu jeść.

Adela miała ra­cję, gdyż na słowo "jeść" zwie­rzak oży­wił się, za­strzygł uszami, a na­stęp­nie po­sta­wił ogon na sztorc i nie obej­rzaw­szy się na żadną z nich, po­ma­sze­ro­wał do kuchni, gdzie słu­żąca - która ofi­cjal­nie twier­dziła, że nie znosi go jak mo­ro­wej za­razy - po ci­chu pod­su­wała mu naj­smacz­niej­sze ką­ski.

- Po­pro­si­łam Bal­binę o coś cie­płego do pi­cia. - Matka usia­dła na swoim miej­scu za sto­łem. - Też masz ochotę?

- Oczy­wi­ście.

Tak szcze­rze, to naj­chęt­niej wró­ci­łaby do po­koju albo zaj­rzała do dziecka, które wła­śnie uci­nało so­bie po­po­łu­dniową drzemkę i - jak na złość - chyba nie za­mie­rzało się obu­dzić. Bała się zo­sta­wać sam na sam z Adelą, gdyż prze­czu­wała, że czeka je po­ważna roz­mowa o jej prze­szło­ści i przy­szło­ści, a przede wszyst­kim o Mar­ci­nie Gór­skim. Klara roz­stała się z nim osta­tecz­nie tuż przed Bo­żym Na­ro­dze­niem, ale do matki - przez dłu­gie mie­siące uda­ją­cej, że nie ma po­ję­cia o mi­ło­snym związku córki - wieść o tym chyba jesz­cze nie do­tarła.

- Oby Pola wró­ciła po wi­doku - wes­tchnęła Adela, spo­glą­da­jąc w okno. - Od tam­tej sprawy z We­nc­lem nie lu­bię, kiedy gdzieś jeź­dzi sama. A tu tyle go­dzin w ko­lejce. Z prze­siad­kami. I żeby znowu nie zła­pała prze­zię­bie­nia...

Klara też nie­po­ko­iła się o bra­ta­nicę, ale wie­działa, że trzy­ma­nie jej pod klo­szem do ni­czego do­brego nie do­pro­wa­dzi. Może gdyby Pola le­piej znała ży­cie i męż­czyzn, nie ścią­gnę­łaby na sie­bie tylu kło­po­tów.

- Li­czy­łam, że wy­pusz­czą Sta­ni­sława przed zimą.

- Mu­siałby naj­pierw zło­żyć przy­sięgę na wier­ność kaj­ze­rowi - oświad­czyła matka. - A on prze­cież nie chce, bo uważa, że ma obo­wią­zek po­stą­pić, jak na­leży. Boże drogi, kiedy ci Niemcy wresz­cie so­bie pójdą?

- Dużo panu Staś­kowi przyj­dzie z tego obo­wiązku - po­wie­działa z prze­ką­sem Bal­bina, która we­szła wła­śnie do po­koju z tacą, na któ­rej znaj­do­wał się im­bryk pe­łen na­paru z su­szo­nych skó­rek ja­błek za­stę­pu­jący im nie­moż­liwą do zdo­by­cia her­batę, oraz cia­steczka z mąki owsia­nej i spode­czek z kil­koma kost­kami cu­kru; przed Bo­żym Na­ro­dze­niem zdo­łały za­ku­pić cały funt tego rzad­kiego spe­cjału i ra­cjo­no­wały go so­bie bar­dzo oszczęd­nie. - Tylko su­choty. Albo i co gor­szego.

- Niech Bal­bina na­wet tak nie my­śli - zde­ner­wo­wała się Adela. - Wróci cały i zdrowy. I to wkrótce. Prze­czu­cia mnie nie mylą.

- Jak się nie bije na fron­cie, wi­nien sie­dzieć w domu - upie­rała się słu­żąca. - Dzie­ciaka pil­no­wać. Albo i na­szej pa­nienki, bo...

- Za­raz, za­raz... - prze­rwała jej nie­cier­pli­wie chle­bo­daw­czyni. - Czemu Sta­ni­sław miałby pil­no­wać Poli? Znowu o czymś nie wiem?

- Star­sza pani chyba oczów nie ma. - Bal­bina po­krę­ciła głową z po­li­to­wa­niem. - Toż na­sza pa­nienka świata za nim nie wi­dzi.

- Co ta­kiego?! - za­py­tały uni­sono matka i córka.

- Po co by le­ciała taki szmat drogi w naj­gor­szy mróz? Niby z do­brego serca? Żeby nie­szczę­ścia z tego ja­kiego nie było. - Słu­żąca zro­biła znak krzyża, a po­tem od­wró­ciła się na pię­cie i po­drep­tała do kuchni, gdzie cze­kał na nią nie­do­koń­czony obiad. I wiecz­nie nie­na­żarty Wa­syl.

- Przy­nieś mi, ko­chana, ko­niaku - po­pro­siła matka sła­bym gło­sem. - I so­bie też na­lej.

Kla­rze nie trzeba było po­wta­rzać tego dwa razy. Wy­jęła z kre­densu dwie ko­nia­kówki i bez zwłoki udała się do sy­pialni. Wy­cią­ga­jąc z szafki le­dwo co na­po­czętą bu­telkę z al­ko­ho­lem, po­my­ślała, że aby po­zwo­lić so­bie na ten ra­ry­tas, star­sza dama mu­siała znowu spie­nię­żyć coś ze swo­ich pre­cjo­zów. Chyba że do­stała Co­urvo­isiera od Zosi, je­dy­nej osoby w tym domu, którą było stać na ta­kie zbytki.

- Dzię­kuję - rze­kła Adela, kiedy córka po­sta­wiła przed nią na­peł­niony w jed­nej trze­ciej kie­li­szek. So­bie na­lała mniej.

- My­śli mama, że Bal­bina ma ra­cję? - za­py­tała, ża­łu­jąc, że po­chło­nięta wła­snymi pro­ble­mami, po­wro­tem Zosi, tu­dzież czu­wa­niem nad Ju­lią, która nie tylko po­go­dziła się z War­liń­skim, ale i do spółki z nim wy­wo­łała skan­dal, za­nie­dbała naj­młod­szą bra­ta­nicę. Są­dziła, że skoro Pola spę­dziła wio­snę i lato u Osnow­skich i nie krę­cił się przy niej ża­den po­dej­rzany męż­czy­zna, wszystko musi być w naj­lep­szym po­rządku. Choć w su­mie było. W ich śro­do­wi­sku zda­rzało się na­der czę­sto, że wdo­wiec, zwłasz­cza obar­czony dziećmi, de­cy­do­wał się na szybki ślub z sio­strą lub inną krewną zmar­łej żony.

- Jak tak so­bie po­my­ślę, to chyba i ma - od­parła Adela. - I tak na zdrowy ro­zum mał­żeń­stwo ze Sta­siem to naj­lep­sze, co mo­głoby ją spo­tkać. Oczy­wi­ście je­śli on od­wza­jem­nia jej uczu­cia. Na­sza Pola... - matka wes­tchnęła - ...jest de­li­katna jak kwia­tek. Nie­ko­chana uschnie. Zresztą do­ty­czy to każ­dej z was. A zwłasz­cza Ju­lii - do­dała szybko, wi­dząc, że córka otwiera usta.

Klara za­mie­rzała po­wie­dzieć coś in­nego, ale ucie­szyła się, że Adela nie wspo­mniała o jej związku z Mar­ci­nem, tylko o bra­ta­nicy, któ­rej nie­roz­ważne po­stę­po­wa­nie było te­ma­tem na długą roz­mowę.

- Ju­lia ma męża, który przy­siągł jej mi­łość przed oł­ta­rzem. Po­winna się po­sta­rać, aby nie za­po­mniał o tej przy­się­dze - rzu­ciła sta­now­czo, gdyż wciąż uwa­żała, że krnąbrna dziew­czyna kie­dyś po­ża­łuje swo­jego sza­leń­stwa. - Albo wy­słu­chać, co ma na swoje uspra­wie­dli­wie­nie, a nie od razu się roz­wo­dzić.

- Na miły Bóg - jęk­nęła Adela. - Cza­sem się za­sta­na­wiam, co ze­psu­łam przy twoim wy­cho­wa­niu. Mó­wisz cał­kiem jak pra­babka Do­mi­cela. An­drzej - unio­sła ostrze­gaw­czo rękę, bo Klara, obu­rzona po­rów­na­niem do przod­kini, która za ży­cia była po­stra­chem ro­dziny, znowu chciała się wtrą­cić - pierw­szy zła­mał przy­sięgę i Ju­lia miała prawo w niego zwąt­pić. A prze­cież w dniu ślubu pa­trzyła w niego jak w ob­raz. Gdyby po­stę­po­wał, jak na­leży, może za­po­mnia­łaby o swoim fe­bliku do dok­tora.

- To wszystko przez War­liń­skiego! - Klara nie wy­trzy­mała.

Oso­bi­ście nie ży­wiła już nie­chęci do pana Jó­zefa, który w osta­tecz­nym roz­ra­chunku oka­zał się uczci­wym czło­wie­kiem, a na­wet bar­dzo uczci­wym, zwa­żyw­szy, jak za­cho­wał się wo­bec nie­szczę­snej Lu­bar­to­wi­czówny. Dla­czego jed­nak mu­siał za­gu­sto­wać aku­rat w jej bra­ta­nicy?

- Co, na mi­łość bo­ską, chcesz od War­liń­skiego?! - Matka wbiła w nią zdzi­wiony wzrok. - W tym ba­ła­ga­nie on je­den po­stą­pił, jak na­leży. Szcze­rze się za­ko­chał, więc po­pro­sił Ju­lię o rękę. A kiedy od­mó­wiła i wy­szła za mąż za in­nego, znik­nął jej z oczu. I pew­nie nie po­ka­załby się do dziś, gdyby sama go nie zna­la­zła. A na­wet wtedy, sza­nu­jąc sa­kra­ment, wy­pro­sił ją za drzwi.

- Tyle że długo nie wy­trzy­mał - mruk­nęła drwiąco Klara. - Przy pierw­szej oka­zji... - Urwała rap­tow­nie, bo nie mo­gła prze­cież po­wie­dzieć matce wprost, że bra­ta­nica zdra­dziła męża ocho­czo i pra­wie na oczach świad­ków. Na szczę­ście Ma­ry­sia Za­piór­kie­wi­czowa, która bar­dzo lu­biła Ju­lię, nie roz­nio­sła tej hi­sto­rii po ca­łym mie­ście.

- Prze­cież wiem, że to ona uwio­dła jego - oznaj­miła Adela.

- Co też mama opo­wiada?! - za­py­tała, zgor­szona tą in­sy­nu­acją.

Sama tego nie ro­zu­miała, ale w głębi serca wciąż uwa­żała córki zmar­łego brata za nie­wi­niątka, które nie mają po­ję­cia, na czym po­lega istota re­la­cji mię­dzy ko­bietą a męż­czy­zną. A prze­cież wszyst­kie były do­ro­słe: dwie zdą­żyły wziąć ślub, a trze­cia umarła przy po­ro­dzie.

Matka na szczę­ście nie roz­trzą­sała da­lej sprawy, tylko oświad­czyła to­nem osoby ab­so­lut­nie pew­nej swych ra­cji:

- Ju­lia nie za­wie­dzie się na War­liń­skim. Wspo­mnisz moje słowa.

- Do­brali się jak w korcu maku. - Klara wy­dęła usta. - Oboje po­tra­fią ro­bić za­mie­sza­nie. A An­drzej...

- An­drzej po­rzu­cił ją na pewną śmierć - przy­po­mniała jej Adela. - I chciał że­nić się po raz drugi. To jego wina. I nie rób min, bo wiem, co mó­wię.

- W na­szej ro­dzi­nie nikt nie zmie­niał wy­zna­nia - przy­to­czyła ostat­nie ar­gu­menty, ja­kie miała w za­na­drzu. - Ani się nie roz­wo­dził. Nie było na­wet unie­waż­nie­nia mał­żeń­stwa.

Re­li­gijny aspekt pro­blemu sta­no­wił jedną z tych kwe­stii, która mar­twiła ją naj­bar­dziej. Nic dziw­nego, wy­cho­wy­wano ją prze­cież na przy­kładną ka­to­liczkę. Może nie udało się to w stu pro­cen­tach, ale prze­ko­na­nie o wyż­szo­ści Ko­ścioła rzym­skiego nad in­nymi wy­zna­niami utkwiło w niej bar­dzo głę­boko.

- Te­raz mó­wisz jak Okta­wia Bu­rzyń­ska. Ona też nie może się na­dzi­wić, że świat idzie do przodu.

- Po­doba się ma­mie kie­ru­nek, w któ­rym zmie­rza? Bo mnie nie­szcze­gól­nie.

- Naj­bar­dziej je­stem zmar­twiona tym, że moja wnuczka lek­ko­myśl­nie po­trak­to­wała sa­kra­ment mał­żeń­stwa. Gdyby miała wię­cej roz­sądku i za­cze­kała, od razu wy­bra­łaby wła­ści­wie. Nie mu­sia­łaby te­raz grze­szyć, żeby zna­leźć szczę­ście.

- Ja, pro­szę mamy, chcę ją ochro­nić przed tym grze­chem... I przed ana­temą - od­parła Klara z naj­więk­szą po­wagą, na jaką zdo­łała się zdo­być. - Ju­lia nie ma po­ję­cia, co ją czeka. Wszy­scy się od niej od­wrócą. Wszy­scy!

- My­ślisz, że ona o to dba?

- Jesz­cze nie. Ale kie­dyś do niej do­trze, jaki po­peł­niła błąd. Pro­szę. - Spoj­rzała bła­gal­nie na ro­dzi­cielkę. - Niech mama mi po­może.

- Wy­bacz, moja droga, nie będę się wtrą­cać.

Oczy­wi­ście, mo­gła się tego spo­dzie­wać. Matka za­mie­rzała jak zwy­kle śle­dzić wy­da­rze­nia z bez­piecz­nego dy­stansu i cze­kać, aż pro­blem roz­wiąże się sam albo znik­nie. Mina Klary mu­siała chyba zdra­dzać jej my­śli, gdyż star­sza dama żach­nęła się:

- Uwa­żasz, że cho­wam głowę w pia­sek, bo tak mi wy­god­nie?

- Nie, tylko...

- Na­prawdę chcesz, że­bym mie­szała w cu­dzych spra­wach? - Adela nie zwró­ciła uwagi na jej ci­chy pro­test. - Je­śli tak, to chęt­nie usły­szę, jak długo ty za­mie­rzasz grze­szyć z ko­mi­sa­rzem Gór­skim?

Jęk­nęła w du­chu, my­śląc, że nie po­winna była tak się za­pę­dzać i sta­wiać matki pod ścianą. W od­we­cie zo­sta­nie za­sy­pana py­ta­niami, na które wcale nie miała ochoty od­po­wia­dać.

- Pan Gór­ski i ja - za­częła ci­cho, spla­ta­jąc ner­wowo palce - już nie...

Jej słowa za­głu­szył gło­śny brzdęk tłu­ką­cego się szkła i roz­pacz­liwy płacz Linki. Klara w jed­nej chwili za­po­mniała nie tylko o Mar­ci­nie, ale na­wet o Ju­lii i War­liń­skim. Ze­rwała się z miej­sca i ile sił w no­gach po­pę­dziła do dzie­cin­nego po­koju. Matka po­spiesz­nie ru­szyła za nią, a z ku­chen­nego ko­ry­ta­rza wy­ło­niła się wy­stra­szona Bal­bina z cho­chlą w ręku.

- Linka?!

Drzwi były uchy­lone. Otwo­rzyła je na całą sze­ro­kość i za­raz o mało nie na­dep­nęła na ka­wałki cze­goś, co jesz­cze kilka mi­nut temu było klo­szem do lampy pa­mię­ta­ją­cej pra­babkę Do­mi­celę. Klara ja­kiś czas temu scho­wała go w sta­rym biurku Maksa, ale te­raz wszyst­kie szu­flady me­bla były po­wy­cią­gane, a ich za­war­tość wa­lała się po pod­ło­dze. Naj­wy­raź­niej mała po­sta­no­wiła spraw­dzić po prze­bu­dze­niu, ja­kie kryją w so­bie ta­jem­nice; ostat­nimi czasy zro­biła się cie­kaw­ska i nie był to jej pierw­szy wy­skok. Choć na ra­zie naj­bar­dziej spek­ta­ku­larny.

- Matko Bo­ska! - jęk­nęła Adela. - Gdzie jest Linka?! Je­śli coś jej... - Nie od­wa­żyła się do­koń­czyć.

Klara, sta­ra­jąc się omi­jać szkło, ner­wowo roz­glą­dała się po po­koju w po­szu­ki­wa­niu dziew­czynki. Było to trudne, gdyż płacz ucichł cał­ko­wi­cie.

- Jest! - rzu­ciła wresz­cie z ulgą. - Jest... Niech mama zo­ba­czy.

Linka sie­działa w ką­cie za łó­żecz­kiem, zaś mię­dzy nią a ostrymi ka­wał­kami klo­sza le­żał Wa­syl roz­cią­gnięty na całą dłu­gość, naj­wy­raź­niej pil­nu­jąc, aby jego mała przy­ja­ciółka nie zro­biła so­bie krzywdy.

- Spa­siba, koszka - rzu­ciła do niego po ro­syj­sku Klara, a po­tem po­rwała dziecko na ręce.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki